Pięćdziesiątka - Inga Iwasiów - ebook
Opis

Pięćdziesiątka. Wiek graniczny, pół wiek i miarka wódki. Małgorzata Miła wznosi toast za każdy rok. W takim momencie nie warto oszczędzać życia, dbać o pozory. Opowiada szczerze, bo zostało jej niewiele czasu, a plan popełnienia samobójstwa okazał się nierealny.

W swojej najnowszej powieści Inga Iwasiów mistrzowsko gra z własną biografią, ale także z historią literatury, tworząc własną wersję powieści alkoholowej. To z pozoru zimna, wystudzona, tak naprawdę mocna i dotkliwa rozprawa pięćdziesięcioletniej alkoholiczki z nałogiem. To alkoholizm pokazany z codziennej perspektywy, pozbawionej patosu i heroizmu.To stale obecne pytanie: jak daleko może się obnażyć kobieta, by uniknąć ohydy? Jak nisko może upaść? Gdzie jest granica obsceniczności? I co różni tę opowieść od męskich narracji?

Pięćdziesiątka to także opowieść o życiu w PRL-u – czasie, gdy „słowo intymność miało inne od dzisiejszego znaczenie”. Chwilami zabawne, chwilami gorzkie wspomnienie o czasach szarości i niedostatku skonfrontowanych z zaskakującym obyczajowym wyzwoleniem bohaterki. Mocna, odważna, igrająca ze stereotypami, zarazem chłodna i dotkliwa, zapadająca w pamięć powieść.

Powieścią Pięćdziesiątka nominowana do Nagrody Nike Inga Iwasiów po raz kolejny dowodzi pisarskiej klasy. Pokazuje, że jest mistrzynią trudnych tematów i jedną z najodważniejszych współczesnych polskich pisarek. Nie boi się ryzykować i wyprawiać w rejony do których nikt jeszcze nie dotarł.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 236

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gnijące owoce

Budzi mnie słońce; blask odbity od szklanej tafli wbudowanej w ścianę sypialni, promienie rozszczepione w smudze kurzu i rozmazanego płynu do mycia szyb. Piękno stworzone przez zaniedbanie, przez przeklęte kończenie w pół drogi. Zastosowaliśmy wiele niepraktycznych rozwiązań, dających nieoczekiwane efekty. Wydawały się umiarkowanie ekstrawaganckie. Lustro wyrównało kostropatą ścianę, było tańsze od szlachetniejszego drewna, nowocześniejsze. Zbudowaliśmy na antresoli gabinet cudów, z łóżkiem – sceną dla naszej sztuki przemian – w centralnym miejscu. Przepuszczona przez dziurki w żaluzjach wiązka światła popołudniami tworzy tęczę, rano ostry, intensywny sierp. Mogłabym rozpoznawać pory roku i doby, analizując światło na moim poddaszu, w te dni, gdy zapomnę dobrze zasłonić okno albo mam nadzieję, że nic mi nie przeszkodzi i prześpię świt, bez względu na sygnały z zewnątrz i z wewnątrz. Bo zwykle moja sypialnia jest ciemna, zamknięta i dźwiękoszczelna, zasysa mnie i unieruchamia. Zwykle, od jakiegoś czasu, od niezapamiętanego punktu, niezakreślonej w kalendarzu daty.

To pogmatwane. Nie jestem melancholiczką w depresji. Nie o tym będzie ta opowieść. Przysiadam na brzegu łóżka. Poranek, niegościnna pora. Zamierzam przetrwać. Czas przeszły daje złudzenie głębi, rozmnaża teraźniejszość, ale teraźniejszość uparcie przebija się na pierwszy plan i niweluje wpływy przyszłości. Mam swój świt, czekają mnie południe i wieczór. I noc, której wolałabym uniknąć. Nieprzyjazna, lepka noc, pora spotkań z przyjaciółmi i demonami.

Zanim otworzę oczy, odtwarzam czas ledwie przeszły: drętwość ręki, ból w stawie biodrowym i kwaśną suchość w ustach. Potem czuję zapach łóżka, przy pierwszym wdechu nieodróżnialny od porannego zapachu ciała, intymny, przyjemny, odurzający. Jestem słodka w smaku i miękka w dotyku, wiele razy mi to mówili, choć nie musieli, bo sama próbowałam. Ale coraz częściej paruję jak mała oczyszczalnia toksycznych ścieków. Z pościeli ulatnia się aromat środków piorących, poduszki i kołdra nasiąkają perfumami i potem, prześcieradło kremem do stóp. Trzymane między nogami jaśki mieszaniną szamponu i środka do higieny intymnej, wydzielin i moczu. Zwykle sięgam po stojącą na podłodze butelkę wody, starając się nie zmieniać pozycji. Leżę na brzuchu, z podwiniętą nogą i uchem zatkanym poduszką. Teraz też. Niewiele istnieje na świecie rzeczy tak stałych jak pozycja ciała zaraz po przebudzeniu.

Docierają do mnie inne zapachy. Mocniejsza fala woni nieumytego wieczorem ciała, delikatne wspomnienie cielesnego konkretu, niewywietrzony opar wczorajszej kolacji, czegoś słodkiego i trochę nieprzyjemnego. Tak. Na biurku stoi talerz z owocami. Ogryzki, szypułki i pestki pomieszane z całymi i nadgryzionymi sztukami. Śliwki, jabłka i truskawki – przypominam sobie wieczorne menu. Przynoszą mi owoce, żebym nabrała sił, wstała, zmieniła pościel, zeszła na dół i wyszła na zewnątrz. Zawsze działało, zadziała i tym razem. Ale poprzedniego dnia musiał tu być ktoś jeszcze, bo ja nie zostawiam niczego, w przybliżeniu jadalnego. Dotyczy to także ludzi, których kocham. Pochłaniam wszystko, razem z ogryzkiem, i nigdy nie odchodzę, dopóki nie skończę. Wyjmuję pestki ze śliwek i brzoskwiń, bo wyplute i oblepione resztkami budzą we mnie obrzydzenie. Szypułki truskawek oddzielam nożykiem. Melony i arbuzy kroję na małe sześcianiki. Ssę pestki winogron i czereśni tak długo, aż przypominają wygotowane kości maleńkiego ptaka. Czemu ptaka? Nie wiem, trudno byłoby uznać je za podobne do kości gryzonia. Wszystko musi być na swój sposób ładne. Nie zostawiłabym talerza w pół drogi między ucztą a koszem na śmieci. Więc ktoś tu ze mną był, razem ze mną próbował zajeść niepokój, pomagał mi okazać wdzięczność za kilogramy dobroczynnych witamin, które złożyli u moich stóp ludzie przekonani, że apetyt oznacza zdrowie. Puszczona w ruch wewnętrzna maszyneria nie na darmo przecież nabiera tempa, odgłosy trawienia świadczą o produkcji energii. Trawienie to ratunek, życiodajny proces, najgorsze są cisza, stagnacja, wyłączenie. Wszystko jest po coś, Jonasz przetrwał trzy dni w brzuchu wieloryba, więc każdy posiłek oznacza, że przez jakiś czas będziemy czynni – mamy Jonasza do zmacerowania, zmiękczenia, obróbki i wydalania.

Owoce: banany i jabłka, pomarańcze i grejpfruty. Papaja i marakuja. Wszystkie, razem czy osobno, zbawienne w skutkach. Gdyby działały tak, jak się sądzi, w szczególności na wolne rodniki, raj byłby najzdrowszym miejscem na ziemi, a przecież wiadomo, że nie jest. W raju mieszkają zmarli, trudno ich nazwać zdrowymi. Wszyscy i zawsze, poza samobójcami, krzątamy się przy zapobieganiu podróżom do raju. Poprzednie pokolenia nosiły chorym w słoikach i termosach rosół, wygotowane drobiowe korpusy albo przerośniętą tłuszczem wołowinę, które im dłużej pyrkały na małym ogniu, tym były lepsze. Posypany zieloną pietruszką eliksir z zabitych zwierząt i pomarańczowych marchewek roztaczał w szpitalnych salach mdławy zapach rozkładu. Dopiero pod koniec XX wieku amerykańscy uczeni odkryli, że mityczne lekarstwo zaostrza dnę moczanową i prowadzi do szeregu innych den. Zostały owoce. Owoce są lepsze, niewinne. Jedząc kiwi, zwłaszcza te z nalepką fair trade, nikogo nie zabijamy, przynajmniej tak nam się wydaje. Tylko czy utrzymam je w środku tak długo, jak należy? Lekka nawet dla Mai, filigranowej rehabilitantki, nieważka. Ze śliskim przewodem pokarmowym.

Do niedawna jedynymi resztkami w moim otoczeniu były plamy. Na obrusie, na prześcieradle. Nie lubiłam ich. Byłam porządnicka, jeśli za dużo nie wypiłam. Z trudem znosiłam obecność innych, nie swoją aurę, obce przedmioty organizujące codzienność, spinające z sobą picie kawy, zakładanie bielizny, wyciąganie korka z wanny, wyrzucanie niedojedzonych kanapek, wylewanie odgazowanej coli. Patrzyłam mu w oczy, omijając wzrokiem poplamiony obrus; zawsze go czymś zalewał. Tak, w inne dni nie przeszkadzały mi jeziora na blacie i lepka podłoga, po której bezbłędnie trafiałam do niewywietrzonej kuchni. Ale skoro z tego zrezygnowałam, chciałam porządku. Po orgazmie leżał obok mnie radośnie wyczerpany, zadziwiony sam sobą, rozmiękczony, smaczny jak mango kryjące pod miąższem dziwnie spłaszczoną pestkę, o którą tak łatwo skaleczyć usta, i tylko wtedy na chwilę przestawał mnie głaskać. Zamierał skupiony na sobie, roztkliwiony tym jeszcze jednym razem, tym dowodem wydolności. „Zdechnę kiedyś, zdechnę”, mawiał, choć nie miał najmniejszego zamiaru zdychać. Przez resztę czasu, między zdychaniem a szczytowaniem, głaskał moje stopy, ramiona, policzki. Uwielbiałam zwłaszcza muskanie łydek; tak bardzo, że byłam gotowa znosić plamy po nim. Ale potem dłoń się zatrzymywała, on przysypiał, a ja oceniałam stan pobojowiska. Nie lubiłam plam, miałam ochotę wyjść spod jego ręki i wziąć się za szmatę.

Na wycieczkach szkolnych masowałyśmy się z dziewczynami na zmianę, wcierałyśmy sobie kremy w dłonie i stopy. Niewinne zabawy wieku dojrzewania. Nie grałyśmy w homo, po prostu byłyśmy, jak to dziewczynki, potencjalnie homo, prowadziłyśmy niewinne zabawy wieku dojrzewania. Żadna z nas nie marzyła o tym, żeby zostać masażystką. Ambicje sięgały wysoko, choć utknęły na stomatologii i w gabinecie szkolnej pedagożki. A i to w najlepszym razie, bo większość moich koleżanek rozpłynęła się w świecie, wyemigrowała albo czatuje na fejsie, pijąc bez przekonania wino. Maja wygląda, jakby zawód wybrała w gimnazjum, ale przecież nie zapytam jej ni z tego, ni z owego: „Maju, czy zawsze chciałaś masować ludzi?”. Może nosi w sobie inne pragnienia i za każdym razem pokonuje wstręt do obcego, wychudzonego, pokrytego grudkami, wydzielającego kwaśny pot ciała. Czasem mojego. Czy mogłam być jej marzeniem o przyszłości, taka jak teraz? Chyba przeceniam swoją rolę. Jestem tylko podstarzałą pacjentką, choć chciałoby się dodać temu nieco romantyzmu. Wcale nie jest oschła, nie traktuje mnie bezosobowo. Zagaduje, mam wrażenie, że stara się być miła, chociaż wykonuje zabiegi częściowo opłacane przez NFZ, mało dochodowe. No, opłacane w jakiejś jednej piątej, reszta istotnie należy do świata luksusu, gdzie uzdatnianie ciała odbywa się na takich samych prawach, jak w studiach odnowy biologicznej. Maja i ja na chłodnym prześcieradle, kłujące kości biodrowe i ciepłe dłonie. W innych okolicznościach spróbowałabym jej soku. Powinien być waniliowo-malinowy, tyle ile trzeba słodki, tyle ile trzeba wytrawny.

Wolałabym bułkę z serem, coś lepiej wiążącego z materią, gulę białka, glutenu i kalorii. Musiałabym jednak zejść po nią na dół, bo nikogo jeszcze nie ma, nikt mi nie przyniesie wczesnego śniadania. Mogę też sięgnąć po talerz, odgonić muszki i obgryźć owoce tam, gdzie nie zwilgotniały i nie zaczęły gnić. Potem przekręcę się ostrożnie na drugi bok, wyjmę spod poduszki hypnogen i poczekam we śnie, aż światło w moim pokoju zamieni się w tęczę. Pod wieczór łatwiej będzie wstać, zostanie mniej dnia do przeżycia.

Tym razem jeszcze wstanę, odłożę niewstawanie na następny. Przekonam się, wpłynę na siebie, wystarczy użyć dostatecznie mocnych argumentów.

Torcik truskaweczkowy

Na moje piąte urodziny babcia przygotowała tort. Upiekła złocisty biszkopt, a następnego dnia przecięła go nicią na trzy cieńsze części, przełożyła je mocno schłodzonym w lodówce Igloo kremem waniliowym, którym pokryła też boki i wierzch, a na górze ułożyła truskawki. Całość polała najpierw wystudzoną, a potem częściowo zastygłą galaretką truskawkową. Każdy powinien mieć takie wspomnienie, przebitkę na uważnie wykonaną robotę cukierniczą, żeby móc się nim zasłodzić do zarzygania w razie życiowego dołka. Sama nie umiałabym ani upiec biszkoptu, ani go podzielić, ani przełożyć kremem, ani ozdobić. Nie miałam ambicji, żeby dorównać babci, na nic zachęty. Przyglądałam się, asystowałam, ale poszłam swoją drogą, stawałam do innych kuchennych konkurencji.

Przyznaję: rekonstruuję na podstawie tego, co pamiętam z piętnastych urodzin. Uczestniczyłam wtedy w przygotowaniach, ubijałam jajka, mieszałam masę, potrząsałam galaretką w salaterce. Poznałam kilka kulinarnych tajemnic, których nigdy nie wykorzystałam.

Torcik na piąte urodziny prawdopodobnie nie był moim pierwszym. Na czarno-białym zdjęciu, tradycyjny, z płonącymi świeczuszkami, widnieje nie jako obiekt sam w sobie, ale na tle ustawionej starannie grupy: ja, rodzice, kuzynostwo, dziewczynka z sąsiedztwa. Na stole szampanówki, szklanki z herbatą, literatki, butelki oranżady, talerz kanapek, kompotierki, talerzyki. Zdejmował praktykujący u fotografa kuzyn małej sąsiadki, mojej pierwszej przyjaciółeczki. Torcik, przyjaciółeczka, urodzinki, truskaweczki – takim językiem do mnie mówiono. Sąsiad wpatrywał się we mnie jak wszyscy mężczyźni: intensywniej, niż należało. Kierował na mnie obiektyw. Ustawiał ostrość nerwowymi palcami, zdradzającymi pedofilski lęk. Nie, bez lęku, przecież nikt go nie straszył, nie podejrzewał, nie przywoływał do porządku. Małe dziewczynki wyrastają na duże. Wszystkim należy się męski zachwyt. Także tej, dla której zebrali się tam wtedy i przynieśli dary. Tej kokietce udającej skromnisię. Przewrotnej koteczce z zadatkami na ostatnią sukę. Mnie. Miałam na imię Małgosia, czyli Gosiunia.

Urodziny kojarzą mi się ze zdrobnieniami, babunią, torcikiem i truskaweczkami. Jako dziecko co roku odbierałam w czerwcu taki zestaw. Potem próbowałam organizować go na własną rękę, kupując ciasto w tak zwanych renomowanych cukierniach. Gorsze i lepsze, ale niepachnące masłem, jajkami i wanilią, z chemicznym podtekstem. Podobne do babcinego udało mi się dostać dopiero w Nowym Jorku, w Little Italy od strony China Town. Filmowa sceneria, prezent na naszą piątą rocznicę. Oho, pomyślałam, domowa receptura miała coś wspólnego z włoską kuchnią. Niewykluczone. Napchałam usta słodkim i popijałam gorzką kawą, żałując, że nie zmieszczę drugiego kawałka. Erotyczny moment, nieodparta ochota na perwersyjnie bolesną przyjemność, opanowywanie mdłości. Maja wygląda na dziewczynę, która używa widelczyka. Raczej nie pochwaliłaby takiego niekontrolowanego, kompulsywnego pożerania. Ktoś pstryknął i ten moment, i moje wydęte wargi, ale odbitka do nas nie dotarła.

Babcia pochodziła ze wsi pod Poznaniem. Od 1946  roku pracowała w szczecińskiej gastronomii, uczyła się mieszać w garach i makutrach od cukierników i kucharzy wymieszanych w tyglu przesiedleń. Gotowała tłusto i obficie, bo pamiętała o powadze głodu. Poza tym mieliśmy sąsiadkę Włoszkę.

Tajemnicą włoskiej kuchni w latach sześćdziesiątych w Szczecinie była prostota. Kilka składników, ręczne robótki. Wyrabianie ciasta na makaron, krojenie go w cienkie nitki, rozrzucanie na krochmalonych lnianych ścierkach podsuszonego żółciutkiego spaghetti. Czteroskładnikowy sos. Po pierwsze: mielona w domu wołowina, kupiona od pracownika Miejskiego Handlu Mięsem, który „organizował” ją dla swoich stałych klientów i przynosił na własnym ciele zawiniętą w płótno. Płukało się ją krótko pod bieżącą wodą, a potem trafiała w gardziel przykręcanej do stołu ciężkiej maszynki niemieckiej marki. Spoista, jeszcze dzień wcześniej żywa tkanka stawiała lekki opór, ale po chwili, z cichym organicznym kląsknięciem, które brzmiało jak wspomnienie po życiu, wychodziła przez dziurki sitka w postaci niemych, słabych nitek. Do korbki trzeba było się przyłożyć. Resztki zbierało się z wnętrza maszynki kawałkiem starego chleba. Po drugie, trzecie i czwarte: cebula, przecier pomidorowy i czosnek. Potem dość długi aromatyczny proces. Przekąska: cebula podzielona na łódki, do których nabierało się posolonej oliwy ze spodka. Ktoś mnie zapytał: „Jakiej oliwy? Oleju rzepakowego?”. Być może. Świeżego oleju rzepakowego. Antipasto numer dwa, wpływy wschodnie: kwadraciki chleba z cienko pokrojonym boczkiem i cebulą. Wariant dla odważnych: słonina z cebulą podana na drewnianej desce, ze świni z domowego uboju zamawianej w okolicach grudnia, kiedy ochronna warstwa tłuszczu jest najgrubsza; świnia nosi na sobie słoninę jak człowiek kożuch, gdy brakuje mu własnego ciepła. Antipasto numer trzy: dynia z goździkami marynowana na słodko. Ponadto dla dorosłych kieliszek zmrożonej wódki. Kieliszek porządny, pojemny, na stopce; niska temperatura, żeby zabić smak kartoflanego fuzlu. Trzaskająca radośnie oranżada na popitkę i dla dzieci. Kompoty domowe lub kupne, z importu, mieszane: gruszki, śliwki, jabłka, brzoskwinie. Bardzo słodkie, różowawe.

W czterdziestym roku życia dowiedziałam się, że sos boloński potrzebuje tartej marchewki, szklanki dobrego rosołu i sporej dawki masła. Dobrobyt! Lubiłam też odgrzewane purée ziemniaczane z mlekiem. Niedzielny zapach pieczonego kurczaka i mizerii walczył o lepsze z aromatem szpinakowej lasagne. Na imieninowych stołach obok sałatki włoskiej, czyli jarzynowej z ukręconym w domu majonezem, pojawiała się zupa pomidorowa posypana cienko siekanym szczypiorkiem, obficie przyprószona świeżo zmielonym pieprzem i polana wysokoprocentową śmietaną. W latach osiemdziesiątych każde przyjęcie wieńczyła domowa pizza na grubym spodzie, z kiełbasą, majerankiem i serem gouda z Giżycka. Proszone podwieczorki oznaczały babkę piaskową i bezy pieczone na blasze. Kolacje z wódeczką – śledzie na pięć sposobów, a kiedy Centrala Rybna rozszerzyła asortyment, także kalmarowe krążki w cieście naleśnikowym, smażone w głębokim oleju. Całkiem rozmaicie, prawda?

Lubiłam przygotowywanie jedzenia i stołu, szczękanie sztućców, toasty, omawiane przez gości smaki. Wyjątkowość przyjęć imieninowych, świąteczną krzątaninę. Przekąski, zakąski, zabierane na wycieczkę kanapki. Kulinarna codzienność bywała nużąca, zresztą jadłam niewiele, raczej z rozsądku niż dla przyjemności.

Tort był prosty, odświętność miały zapewniać cukier, pierwsze truskawki, przywożone ze wsi masło i jajka. Krem babcia wyciskała z pergaminowej tutki. Dopiero w latach siedemdziesiątych dostała gdzieś specjalną plastikową tubę z tłokiem. Przedtem radziła sobie za pomocą kilku tricków. Mój tort miał zawsze szlaczki i napis GOSIA – tu odpowiednio – LATEK. Między napisem a szlaczkiem, w śliskim galaretowatym podłożu, zostawało miejsce na świeczuszki. Wzorek był regularny, więc porcjowanie nie budziło niepokoju, co często się zdarza przy kupnych, wymyślnie ozdobionych ciastach. Z rąk babci każdy dostawał mniej więcej tyle samo tego samego. Bez dyskusji o tym, co kto woli, a czego nie może. Bez ryzyka, że trafi się zębem na twardy odprysk skorupki orzecha lub kandyzowanego owocu. Bez podejrzeń, że na talerzyku sąsiada znalazła się większa doza ulubionego dodatku. Szerokość klina zależała wyłącznie od wielkości truskawek, między które gładko wchodził zamoczony w gorącej wodzie nóż. Ten sam, którym kroiliśmy chleb i kurczaka. Powściągliwi prosili o kawałek na dwie truskawki, szczodrzy dla siebie zgadzali się na czterotruskawkowy. U sąsiadów z pierwszego piętra, którzy tort kupowali, solenizantce przysługiwał środek ozdobiony kremową różą. Róża wyglądała pięknie, ale wiedziałam, że w smaku jest sztuczna i mdła. Wolałam swój tort, może niezdarnie wykończony, ale za to własny, swój w sensie, jaki nadawała temu słowu babcia. „Swoje mleko” mówiła o mleku przynoszonym rano w kance przez drugą babcię, którą podczas wakacji odwiedzaliśmy w nieodległej wsi, „swoje warzywa” o warzywach z działki przyjaciół, „swój obiad” o obiedzie ugotowanym w domu. Swój mógł być też człowiek, spokrewniony lub w inny sposób bliski, ale dla babci niespokrewnieni raczej rzadko bywali swoi. Nie miała męża, sądziłam, że poza nami nie ma nikogo. Długo brałam pozory za rzeczywistość. Oswajałam ledwo poznanych ludzi, chcąc, żeby byli moi. Nie przyjmowałam do wiadomości istnienia nieprzekraczalnych barier. Dziwiłam się, gdy ktoś mnie odrzucał. Szłam na całość, beznadziejnie ufna.

Dzień dobry

Byłam dzieckiem kochanym. Rodzice starali się dawać mi wszystko – dobre jedzenie, ładne ubrania, interesujące wakacje, zajęcia pozalekcyjne. Zabierali mnie ze sobą na spotkania ze znajomymi, organizowali sąsiedzkie i rodzinne kinderbale. Na spacerze brali swoje szczęście, swoją Małgosię za ręce, pozwalali jej usypiać między sobą, gdy nawiedzały ją nocne zmory i bezkształtne lęki. Wydawałam się sobie dobrze pomyślana. W cieple ich pochwał, oklaskiwana na imieninach i pod choinką, recytowałam, śpiewałam i organizowałam przedstawienia dla kilkorga dorosłych widzów. W rolach księżniczek obsadzałam swoje małe sąsiadki. Każdej bajce dodawałam kilka rozkwitających odbić: Śpiące Królewny były dwie, bo przecież nie mogłam nie podzielić się tą rolą z rówieśniczką z pierwszego piętra, która tak ładnie wyglądała na katafalku z przykrytej babcinym obrusem deski do prasowania. Obsypywałam ją imitującymi śnieg kulkami waty, a ona mrużyła oczy, bojąc się, że wpadnie jej pod powiekę coś ostrego. Głuptasek, wata nie zmienia stanu skupienia. Szewczykiem Dratewką byłam tylko ja, ponieważ żadna z koleżanek nie miała ochoty na męskie wcielenie, szorstkie i niefalbaniaste. Wielokrotnie pokonywałam smoka i złą panią, która kazała swoim poddanym jeść zupę mleczną. Kto powiedział, że Czerwony Kapturek nie może mieć siostrzyczki, starszej i dzielnej lub młodszej i przytulastej? Albo Królewna Śnieżka braciszka, lubiącego krasnale i kisiel truskawkowy? W te szczęśliwe dni, gdy w przedszkolu pozwalano mi czytać innym dzieciom, także powoływałam do życia postacie przemilczane w ortodoksyjnych wersjach bajek. Nauczyłam się czytać jako czterolatka, ale zawsze dodawałam od siebie kilka akapitów, fantazjowałam, omijałam co nudniejsze lub mniej zrozumiałe kwestie. Lubiłam być lektorką, zarządzać gromadką skupionych słuchaczy.

Domowy teatr prowadziłam kreatywnie i sprawiedliwie. Bez kompleksów malowałam plakaty farbami wodnymi i szyłam kostiumy z gałganków i papieru. Nie miałam zdolności manualnych, więc nadrabiałam zapałem. Braki kadrowe – zwykle obsada składała się z dwóch, trzech dziewczynek – uzupełniałyśmy, używając pacynek i przyklejonych do patyków szmacianych figurek. Spełniałam się, wymyślając scenariusze, prowadząc próby, zaganiając publiczność przed kotarę oddzielającą drzwi pokoju rodziców od reszty mieszkania. Wyglądała teatralnie, choć miała za zadanie po prostu tłumić odgłosy i wyciszać rozgardiasz wspólnego mieszkania, gęsto zasiedlonego tuż po wojnie i obrastającego teraz kolejnym pokoleniem, meblami, ciuchami, książkami i innymi bambetlami, które z czasem miały zyskać status świadków przeszłości. Brakowało tylko miśnieńskiej porcelany, rodowe serwisy w naszej kamienicy składały się z fajansowych kubków opatrzonych nazwami instytucji, z których ktoś je wyniósł. Podczas występów wychwytywałam każdy przejaw znudzenia czy zniecierpliwienia dorosłych tym delikatnym dziecięcym radarem, w którego istnienie wielu z nich nie wierzy. Miałam ten radar precyzyjnie skalibrowany; nadal taki jest. Mogłabym być wróżką, zawsze wiem, co inni myślą i czują.

Wszystko to było skomplikowane. Życie tyczyło się w jakimś półotwarciu, za półprzesłoną. Rodzice potrzebowali intymności, ale pluszowa kotara nie mogła oddzielić ich ode mnie, kiedy ruszałam nocą w stronę ich małżeńskiego tapczanu. Słowo „intymność” wtedy, w tych mieszkaniach kwaterunkowych ze wspólnymi kuchniami i toaletami na półpiętrze, znaczyło co innego niż dzisiaj. Mieliśmy na wyłączność małą kuchenkę, łazienkę dzieliliśmy z pięcioosobową rodziną. Nie najgorzej. Wodę do kąpieli w wielkiej wannie na lwich łapach ogrzewał żeliwny piecyk, karmiony przez dorosłych węglem i drewnem, ale w pokojach stały fantazyjnie kute przedwojenne kaloryfery. Lubiłam wkładać ręce między ich żeberka, delikatnie, nie przyciskając, żeby się nie sparzyć. Kotłownia była w piwnicy. W piecu c.o. palili jacyś kompletnie obcy, dzicy mężczyźni. Schodzili w ciemną czeluść, nie witając się z dzieciarnią na podwórku, nie podnosząc głowy ku balkonom i oknom, z których zwieszały się niepracujące poza domem kobiety. Nie byłabym w stanie powiedzieć, czy palacz był cały czas ten sam, czy może sezonowy. Zestalony w jedno pyłem, mgłą i potem. Czy mógł gdzieś w podobnym do naszego miejscu wracać po pracy jako ojciec, ściągać z głowy brudną czapkę, odpowiadając na pozdrowienia sąsiadów? Myć ręce w kuchennym zlewie, obejmować delikatnie żonę przewiązaną perkalowym fartuchem i pytać syna o odrobienie lekcji. Każdy z tych zmierzających ciężkim krokiem do kotłowni mężczyzn, czy może ten nasz jeden palacz bez właściwości, mógł mieć młodą żonę i syna, mógł nawet być już dziadkiem, choć pachniało od nich samotnością. Pasowała do ich przygarbionych pleców i brudnych ubrań, ale trudno wymagać, żeby człowiek szuflujący sterty węgla i wrzucający do pieca czarne bryły – zawsze trochę za dużo, więc kamienica była przegrzana – przychodził do pracy czysto ubrany. Zresztą nie mieliśmy pralek, czystość parowała proszkiem Ixi, codzienność niezmienianymi swetrami. Starsze dzieci mówiły, że nocami dochodzą z piwnicy odgłosy rozmów. Nie wiadomo, kto tam dyżurował, kto ogrzewał się, być może zostawał na noc, pilnując stałej, wysokiej temperatury. Zbyt wcześnie kładłam się spać, by zaobserwować ruch przy zasypanych pyłem węglowym pięciu schodkach prowadzących do odrapanych metalowych drzwi. Ale coś tam się działo po zmroku, a nad ranem cichło.

To, że nie mieliśmy w pokojach kaflowych pieców, tylko w łazience ten jeden podobny do kozy, a gotowaliśmy na kuchenkach gazowych, czyniło z nas śródmiejską arystokrację. Nie wiedziałam o tym wtedy, ale nasza przedwojenna kamienica należała do wyjątkowych w tym rejonie miasta, nowocześnie pomyślanych przed wojną. Dzieci, których rodziny miały mniej szczęścia przy kwaterunku, były wdrażane w męczącą procedurę palenia w piecach. Załatwianie węgla, składowanie go w piwnicy razem z drewnem na rozpałkę, wnoszenie na piętra ciężkich wiader, czyszczenie paleniska, rozpalanie, dorzucanie do ognia, pilnowanie, żeby nie zgasło, nie wyziębiło się za bardzo – to wszystko powinno należeć do mężczyzn. Ale cóż, matki moich koleżanek i kolegów, zdesperowane i zniechęcone czekaniem, aż ich mężczyźni się ruszą, często przejmowały te obowiązki. I próbowały jak najszybciej wychować sobie pomocników. Zwłaszcza chłopcy mieli za zadanie przywlec codziennie wiadra i dosypywać, rzadziej robiły to wątłe dziewczynki. W tych domach, w zwykle zbyt zimnych pokojach, przyłączałam się do rytuału przytulania pleców do pieca. Nie miałam tego u siebie, między żeberka kaloryferów wchodziły tylko dłonie lub stopy, ale ominęła mnie dzięki temu próba wiadra, nauka, że rodzina i dom oznaczają niechcianą ciężką pracę. Tak więc palacz c.o., bezkształtna figura, miał wpływ na nasze życie, wytwarzał naszą intymną więź nazywaną ciepłem, wybawiał nas ode złego za ciężkiej pracy.

Obcym z okolic piwnicy, w ogóle obcym, nie należało ufać, rodzice ostrzegali mnie przed nimi łagodnie i enigmatycznie, ale stanowczo. Wszystkim należy się oczywiście szacunek. Pani w sklepie, kulawemu sąsiadowi, nienormalnej Ance, która przychodziła w odwiedziny do kuzyna, kelnerce, wozakowi i przedszkolance. Nawet alkoholikowi z przybudówki, chociaż jemu z daleka, bez przesady. Trzeba mu było mówić „dzień dobry” i pod żadnym pozorem nie wolno było przyłączać się do bandy dzieciaków, które pod K+M+B na jego drzwiach pisały „pijak” lub jakieś brzydkie słowa albo stawiały mu na progu butelkę po winie z zebranymi od wszystkich sikami. Też sikałam, solidarnie – do butelki, niełatwe zadanie – i nie leciałam od razu do domu myć rączek mimo strachu przed złapaniem jakiejś choroby. Patrzyłam z daleka, jak pijak się wychyla i bierze flaszkę, łatwowierny i powolny. Miałam nadzieję, że zna ten numer i nie wypija naszych sików, tylko daje okazję do zabawy, bo pamięta, że rodzice małych barbarzyńców, chcąc odkupić ich winy, dadzą mu jakieś drobne na prawdziwy denaturat. I zganią nas, nie tak groźnych jak obcy spoza dzielnicy, niebezpieczni dla nie swojego pijaka ludzie, na których teren zapuszczał się, zbierając surowce wtórne. Kuksańce od swoich były przewidywalne, niemal pieszczotliwe. Zapewniały kontakt z otoczeniem, stanowiły okazję do wymiany paru słów.

Brałam udział w zbiórce sików, czyli nie byłam ślepo posłuszna wiszącej nad nami władzy dorosłych, nienaganna. Dobrowolna rezygnacja z podwórkowych zabaw oznaczałaby pierwotne i bezapelacyjne wykluczenie, po latach miałabym skazę pieszczoszki. Lawirowałam między naukami rodziców a praktyką dziecięcej wspólnoty. Wszyscy znaliśmy granice wolności. Starałam się nie zdejmować majtek za garażami w miejscu widocznym z balkonu najbliższej sąsiadki, chowałam się poza zasięgiem jej wzroku. Bezbłędnie reagowaliśmy na ton głosu wołających z okna matek. Nie było sensu chować się po kątach, kiedy krzyk zaczynał dramatycznie wibrować w studni między oficynami naszych kamienic. Ojcowie wołali rzadko, prawie nigdy. Wracali do domu i siadali przy kuchennym stole w oczekiwaniu na zupę; wezwania matek oznaczały wtedy, że trzeba czym prędzej przyjść, umyć łapy i stawić się do raportu. Mój ojciec wracał wieczorem, więc tylko w środku lata mógł zastać mnie na podwórku. Jedną z naszych ulubionych zabaw była gonitwa w koło, przez bramę do głównej klatki i tylnego wyjścia, z pokonywaniem zakrętów, schodków, pochlorowanych miejsc w rogach. Samochodów jeździło niewiele, nasza spontaniczność nie groziła wypadkiem. W następnych dekadach ruch tak się nasilił, że mury popękały i obsunęło się podtrzymywane prowizorycznymi stemplami sklepienie bramy.

Ojciec mógł wejść na podwórko, pod trzepak i przywitać się z dzieciakami, miał taki zwyczaj. Potem mówił „Chodź, Gosiu”, a ja przy wszystkich brałam go za rękę. Nie groziło mi przezwisko maminsynka, byłam tatycórcią. Chyba jedyna tak na oczach wszystkich. Pozostali mężczyźni pracowali na zmiany i wracali do domu ciężkim krokiem, czasem niepewnym, prawie takim jak nasz pijak. Odmrukiwali „dzień dobry”, zamknięci w sobie, wściekli, ciężcy. Niektórych po prostu nie było, marynarze wypływali na kilka miesięcy, inżynierowie i wojskowi pojawiali się po przechwałkach swoich synów i córek, nie po to jednak, żeby schodzić na podwórko. Dla dzieci marynarzy przyjazd ojców oznaczał siedzenie w domu i niekończące się wizyty u znajomych i krewnych, dla dzieci żołnierzy – wkuwanie matematyki i pracę nad tężyzną fizyczną. Najlepiej było dzieciom robotniczym. Chowano je surowo, ale miały najwięcej czasu na bieganinę, trzepak, grę w klasy i pokazywanie golizny za garażami w ramach transakcji wymiennych: cipka za gumę balonową, za szklankę wody z saturatora, torebkę oranżady, albo po prostu – najpierw cipki, potem siusiaki. Ladies first. Tak poznałam tę zasadę.

Mówienie „dzień dobry” nie przychodziło mi łatwo. Wyczuwałam w tym podstawowym zachowaniu społecznym, do którego przyuczano mnie pewnie już w wózku, jakąś trudność, jakieś niebezpieczeństwo. Wstydziłam się witać, a należało to robić niezwłocznie, kiedy tylko na horyzoncie pojawił się znajomy dorosły. Nabrałam zwyczaju lustrowania klatki schodowej przez judasza, żeby sprawdzić, czy droga wolna. Udawałam zamyśloną, gapę, udawałam, że nie rozpoznaję. Nie jestem pewna swoich dawnych motywacji. Mogły mną kierować pycha i przekonanie, że zrobienie pierwszego kroku jakoś mnie upodrzędnia. Wychowywana w cieplarni naszej małej rodziny, stawiana zawsze na pierwszym miejscu przez troje najbliższych ludzi i przez dalszych krewnych, być może myślałam, że cały świat powinien mnie pozdrawiać, sadzać wygodnie, delikatnie gładzić. Druga, bardziej prawdopodobna, możliwość jest taka, że chciałam uniknąć odrzucenia. Kuliłam się od zwykłych relacji międzyludzkich, jeszcze nieprzyzwyczajona do obcesowego stawiania granic, do tego wszystkiego, czego z czasem nie rejestrujemy nawet kątem oka.

Nie każdy znajomy dorosły odpowiadał nam na powitania, ale niektórzy zatrzymywali się na schodach i zagadywali o szkołę, zdrowie babci czy pierwszą komunię. Zagadywali z ciekawości, łatwo było z dzieciaka wyciągnąć coś, co można podać dalej podczas sąsiedzkiej babskiej herbatki. Poza tym część kobiet po prostu lubiła dzieci i zadawała pytania, żeby chwilę pogadać. Zdarzały się jednak i takie, które tylko odburkiwały albo wręcz traktowały nas jak powietrze. Taka obojętność kilka razy zmiotła mnie ze schodów.

Niepotrzebnie brałam wszystko tak bardzo do siebie. Dzieci i dorośli pozornie zamieszkiwali jeden świat, jedno miasto, jedną kamienicę, ale podziały były ostre. W szkole zdarzało się bicie, a i kuksaniec wymierzony niesfornemu, cudzemu dziecku na podwórku nie należał do rzadkości. Kobiety instynktownie stawały w obronie swoich synów i córek, jeśli zauważyły coś rażąco niesprawiedliwego w zachowaniu innych. Zabrał zabawkę, uderzył, brzydko nazwał – wymierzały karę i szorstko zagarniały swoje małe do gniazda. Zabawek było niewiele i raczej się ich nie wynosiło, a jeśli już, to miało się obowiązek ich pilnować. Najczęściej chodziło o sprzęt do piaskownicy, kilka plastikowych foremek, służących całkiem dużym dziewczynkom do zabawy w dom. O skakankę, piłkę, hulajnogę, rower. Na „Daj się przejechać” należało odpowiedzieć „Tata nie pozwala”. Więksi chłopcy tego nie respektowali, używali siły. Odpowiedzią musiała być siła. Niekiedy dziecięce konflikty przenosiły się o poziom czy dwa wyżej – na starsze rodzeństwo lub od razu na matki. Kobiety załatwiały sprawy na klatce schodowej, głośno, zapominając nauk o grzeczności, jakich udzielały wcześniej synom i córkom. Kiedy któraś uderzyła cudzego dzieciaka, zaczynała się mała wojna, chociaż nie zawsze. Część matek, znękana niesubordynacją latorośli, z ulgą przyjmowała pomoc w wychowaniu. Moi rodzice by nie przyjęli, w żadnym wypadku. Ale też nikomu nie przyszłoby do głowy mnie bić. Byłam krucha, szczuplutka i grzeczna, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo wkrótce miały się pojawić wątpliwości. Poza tym nosiłam ładne ubrania, co sygnalizowało ewentualnym agresorom, że ktoś o mnie dba i w razie czego pospieszy z odsieczą. Tylko w szkole parę razy dostałam po łapach, w ramach zbiorowej egzekucji. Zmilczałam. Wiedziałam, w których domach na nieśmiałe „Czy Asia, Kasia, Ania wyjdzie?” odpowiadano „Czego?” i zamykano drzwi przed nosem, a w których wpuszczano na wewnętrzną wycieraczkę i pozwalano zaczekać. Często wysyłano mnie z misją wydobywczą, bo w tych zimnych domach i bezceremonialnych dialogach miałam fory, jako ta ładna, delikatna i schludnie ubrana. Nie przepędzali mnie, pozwalali wypowiedzieć prośbę i ewentualnie krzyczeli do córek, że mogą iść, albo że pójdą, jeśli posprzątają, skończą lekcje, zjedzą, przyniosą zakupy z warzywniaka.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Pięćdziesiątka

Dostępne w wersji pełnej

Łażenie po śmieciach

Dostępne w wersji pełnej

Czarna dziura

Dostępne w wersji pełnej

Mama odchodzi

Dostępne w wersji pełnej

Osiemnastka

Dostępne w wersji pełnej

Środki zaradcze

Dostępne w wersji pełnej

Szafa

Dostępne w wersji pełnej

Łóżko

Dostępne w wersji pełnej

Choroby

Dostępne w wersji pełnej

Lekcje angielskiego

Dostępne w wersji pełnej

Ciągi

Dostępne w wersji pełnej

Czterdziestka

Dostępne w wersji pełnej

Tańce godowe

Dostępne w wersji pełnej

Blizna

Dostępne w wersji pełnej

Pocztówki

Dostępne w wersji pełnej

Głębsze cięcie

Dostępne w wersji pełnej

Spacery

Dostępne w wersji pełnej

Lustrzana tafla

Dostępne w wersji pełnej

Rehabilitacja

Dostępne w wersji pełnej

Trzeźwość

Dostępne w wersji pełnej

I że cię nie opuszczę

Dostępne w wersji pełnej

Trzecia

Dostępne w wersji pełnej

Projekt graficzny serii

PEKAESZ

Opracowanie okładki

Janusz Staszczyk

Zdjęcie na okładce

Tetra Images/Getty Images

Redakcja

Helena Sztajn

Korekta

Jadwiga Piller

Justyna Kulesza-Nguyen

Copyright © by Inga Iwasiów, 2015

Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2015

Zrealizowano w ramach stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-053-6

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl