Wydawca: Papierowy motyl Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 98 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pięć... - Marika Krajniewska

Kilkanaście opowiadań, w których autorka stara się przeniknąć najgłębsze ludzkie niepokoje. Bohaterami opowieści są Rosjanie, Polacy, Grecy – osoby starsze i młodsze – łączą ich jednak tajemnice z przeszłości.
Marika Krajniewska snuje historie zarówno sięgające czasów wojennych, jak i rozgrywające się współcześnie. Obserwuje zachowania jednostki w obliczu niebezpieczeństwa, perturbacji politycznych, społecznych i obyczajowych. W zbiorze znajdują się niepublikowane dotąd w całości opowiadania nagrodzone m.in. w konkursie literackim Srebrne Jabłko Miłości Magazynu „Pani”.

„Osiemnaście opowiadań Mariki Krajniewskiej, autorki świetnej powieści «Za zakrętem», to czułe relacje o brutalności świata i o bólu istnienia. W tle wielu tych opowieści słychać echa – raz doniosłe, innym razem wyciszone – dwudziestowiecznej historii rosyjskiej i sowieckiej: do dziś dotkliwe, niepozwalające, mimo upływu czasu, zapomnieć. Niemal wszyscy bohaterowie to ludzie zranieni, naznaczeni piętnem trudnej pamięci krzywd i nieprawości. Ich przeżycia i doświadczenia, spisywane z poczuciem taktu i z dystansem, jaki narzuca forma literacka, ewokują pytania o możliwość pogodzenia się z losem”.

Opinie o ebooku Pięć... - Marika Krajniewska

Fragment ebooka Pięć... - Marika Krajniewska

Marika Krajniewska

Pięć…

Redakcja:Wydawnictwo Papierowy Motyl

Korekta:Ilona Turowska

Projekt okładki: Print Group Sp. z o.o.

Foto okładka: Tatiana Jachyra

Foto autorki: Tatiana Jachyra

© Copyright Marika Krajniewska 2011

© Copyright Wydawnictwo „Papierowy Motyl” 2011

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-62222-53-7

www.papierowymotyl.pl

Konwersja:

Moim dziadkom, od których wszystko się zaczęło i którzy wciąż żyją w moim sercu…

Pięć…

Opowiadanie zajęło I miejsce w konkursie literackim magazynu PANI „Srebrne Jabłko Miłości” 2009

Pożółkła kartka wciąż nie dawała mi spokoju. Wyblakłe litery tworzyły ciąg zdań, które wprowadziły mnie w zupełnie inny świat. I ta data na dole. 13 sierpnia 1943 roku. Skąd, u licha, w tym domu taki stary list? Żadnych imion, nazwisk. Tylko te straszne słowa.

– Pani Weroniko – usłyszałam i podniosłam głowę znad biurka. Momentalnie się zorientowałam, że w pokoju nauczycielskim zrobiło się tłoczno i gwarnie. Najwyraźniej w swym zamyśleniu nie usłyszałam dzwonka na przerwę.

– Dzień dobry – uśmiechnęłam się do młodziutkiej praktykantki, która z pewną nieśmiałością podeszła do zajmowanego przeze mnie biurka.

– Czy mogę zabrać dziennik czwartej „b”? Chyba że pani go jeszcze potrzebuje, to ja jakoś bez niego…

– Proszę – wyciągnęłam ku drobnej osóbce brązowy zeszyt.

– Czy ja mogę już…?

–Tak, naturalnie. Nie będę dziś pani przeszkadzać na lekcjach – uśmiechnęłam się zachęcająco.

– Ależ jak to tak? – dziewczęca buzia praktykantki zdawała się wyginać w znak zapytania. – Obawiam się, że raczej powinna pani…

– Wszystko będzie dobrze, poradzi sobie pani doskonale. Proszę już iść, dzieci czekają na panią. I niech pani spyta tego Wiśniewskiego, bo coś ostatnio za bardzo sobie odpuszcza – zachęciłam, kiedy dziewczyna niepewnym krokiem wychodziła z nauczycielskiego.

Wstałam zza biurka. Podeszłam do okna i aż mnie dreszcze przeszły. Ogołocone gałęzie drzew miotały się we wszystkich kierunkach. Gonione wiatrem, który już trzeci dzień z rzędu uprzykrzał sprawne poruszanie się po mieście. Czując ciepły powiew z farelki stojącej tuż przy biurku pani Uli, patrzyłam, jak szare, posępne niebo zaciąga się od wschodu jadowitym granatem.

– Chyba zacznie sypać śnieg – wydukałam nie wiedzieć, czy do okutanej szalem pani Uli, czy do siebie samej, czy może tak rzuciłam w puste chłodne powietrze.

– Rzuciłaś tę małą na głęboką wodę – odwróciłam się od okna. Pani Ula patrzyła na mnie swymi zielonymi oczami, które chowały się za grubymi szkłami okularów.

– Nic to pani nie przypomina? – uśmiechnęłam się i wróciłam do swojego biurka.

– A i owszem – Pani Ula zdjęła okulary i przetarła oczy. – Byłaś tak samo przerażona, jak i ona. Nie sądziłam jednak, że ją dziś poślesz do tych łobuziaków samą.

– Kiedyś musi być ten pierwszy raz – westchnęłam, po czym włączyłam laptopa.

W oczekiwaniu aż sprzęt się ostatecznie włączy i pokaże mi okienko do zalogowania się, moje myśli wróciły do listu, który tak nagle znalazł się w moim posiadaniu. Musiałam tak siedzieć w zamyśleniu dłuższą chwilę, gdyż pani Ula, wstając od stołu powiedziała:

– Zapomniałaś hasła do komputera? Czy masz trudności z podjęciem decyzji, czy należy się zalogować czy też nie? – uśmiechnęła się pod nosem i wyszła z pokoju, trzymając w ręce elektryczny czajnik.

Muszę się zabrać do pracy – pomyślałam, inaczej zawalę terminy. Zresztą nie ma nic gorszego niż praca w święta. Odruchowo sięgnęłam do torebki, chcąc jeszcze raz zerknąć na pożółkłą kartkę. Jednak nie znalazłam jej tam. Przypomniałam sobie, że postanowiłam ją włożyć tam, skąd wypadła, kiedy sięgnęłam po starą grubą książkę, na okładce której nie mogłam odczytać tytułu. Książka musiała być bardzo stara, pomyślałam wtedy, gapiąc się na półki. Podeszłam więc bliżej i kiedy wyciągałam wciśnięty wolumin, coś spadło na podłogę tuż koło moich bosych stóp.

– Czy to z powodu mamy? – pani Ula stała przy włączonym czajniku i trzymała nad nim swoje zmarznięte dłonie.

– Ach, nie, nie – pośpieszyłam z odpowiedzią. Machnęłam ręką, chcąc ostatecznie rozwiać wątpliwości starszej pani i w końcu zalogowałam się do znajdującego się przede mną laptopa. Jednak wciąż trwałam w nieznanym świecie, który jawił mi się przed oczyma wraz ze starym krótkim listem. Po lekcjach pędem wybiegłam w ciemność zimowego popołudnia. Naciągnęłam szal na brodę. W mieszkaniu matki byłam zaledwie kwadrans później. Nie wiedziałam, czego mam szukać. W końcu znałam tu każdy kąt. Tak mi się przynajmniej wydawało. Nigdy nie pociągały mnie zakamarki szafek, półek, antresoli, ale z tego, co pamiętam, ani dziadek, ani matka nie przechowywali żadnych listów sprzed lat, które mogłyby mi w jakiś sposób teraz pomóc. A może to tylko przypadkowe słowa, nakreślone nieco krzywym pismem. Nierówno, niedbale. Idąc za głosem serca, przeszłam do starego gabinetu dziadka. Usiadłam przy biurku z ciemnego drewna. Dotknęłam znajomej wypukłości ręcznie rzeźbionej nogi mebla. Będąc małą dziewczynką, lubiłam się bawić pod biurkiem, udając, że jego nogi są zjeżdżalniami dla lalek. Bawiłam się więc w wesołe miasteczko, kiedy dziadek zajmował tuż obok swój stary fotel i pracował. Nagle zapragnęłam znów znaleźć się pod meblem, w miejscu będącym dla mnie oazą spokoju i bezpieczeństwa. Usiadłam na podłodze tuż obok. Włożyłam nogi pomiędzy podłogę i podstawę biurka. Poczułam miękkość dywanu, kiedy kładłam się na plecy i wsuwałam się głębiej. Zamknęłam oczy i próbowałam sobie wyobrazić jego obecność. Skrobanie po papierze, szelest przewracanych kartek. Głuchy odgłos przekładanych książek. Szuranie nogami, które musiał co chwila przestawiać, by nie ścierpły w jednej pozycji. Pamiętam, jak lubiłam zdejmować mu kapcie, kiedy trzymał nogę na nogę. Nawet tego nie zauważał, pochłonięty swym zajęciem. Potem zawsze mówił, że mamy w domu duszki, które kradną różne przedmioty, a najbardziej sobie upodobały jego kapcie w kratkę. Otworzyłam oczy. Ujrzałam deskę, równą, wypolerowaną. Mimo upływu czasu mebel był w nienagannym stanie. Nawet od spodu nie miał rysy. W tym momencie jednak zauważyłam, że z drugiej strony tuż przy szufladach jest małe pęknięcie. Wygramoliłam się spod biurka i podeszłam do szuflad. Kucnęłam i zaglądając pod spód, dotknęłam ręką dechy. Rysa była szersza, niż się wcześniej wydawało. Włożyłam do niej palec, myśląc, że koniecznie należy oddać biurko do naprawy.

– Co to? – nagła fala zdumienia i podekscytowania wezbrała we mnie. Wyczułam coś, co nijak nie mogło być elementem starego mebla. Próbując wydostać to coś, starałam się sobie przypomnieć, czy w trakcie zabawy nie włożyłam tu jakiegoś misia, laleczki czy innej zabawki. Po kilku próbach udało mi się palcem popchnąć przedmiot bliżej i w końcu chwyciłam go mocniej i szarpnęłam. Zeszyt otworzył się w miejscu zaznaczonym zgiętym rogiem kartki.

***

Okutany od stóp do głów kroczyłem przez las. Musiałem jak najszybciej znaleźć się w miejscu, do którego ją zabrali. Boże, modliłem się w duchu, żeby tylko jej nie wywieźli. Żeby tylko… Para buchała z moich zaciśniętych ust i nozdrzy, schowanych pod grubą wełnianą warstwą szalika. Kątem oka widziałem, jak na rzęsach gromadzą się białe grudki. Dookoła nie było żywej duszy. Las wydawał się posępny, smutny, ale nie przerażający. Zresztą w obliczu wydarzeń nic nie było w stanie mnie już przerazić. Tylko jedno. Tylko jedno… Boże, nie pozwól na to. Od kiedy to ja się do Boga uśmiecham, przeszło mi przez myśl. Okazuje się, że potrafię. Jeżeli jesteś, nie pozwól im na to. Pod moimi stopami, obutymi w stare walonki, trzeszczał śnieg. Słyszałem go tak wyraźnie. Z oddali raz po raz donosiły się dźwięki groźniejsze, lecz – o dziwo – prawie przeze mnie niedostrzegalne. Słysząc je kolejny rok z rzędu, przyzwyczajasz się, traktujesz jak coś naturalnego. Odgłosy wybuchów i strzałów. To przerażające.

Las nagle się kończył. Przede mną jeszcze kilka kilometrów drogi. Doskonale ją znałem, toteż marsz w ciemnościach grudniowego poranku nie był czymś nadzwyczajnym. Wręcz przeciwnie, musiałem zdążyć przed wschodem słońca. Teraz zaczynał się najgorszy odcinek. Za jeziorem skręcę w prawo, przejdę przez polanę, a raczej się przeczołgam. Oni potrafią już tu czatować na intruzów. Nieważne, czy swój czy nie. Czy czerwony, czy biały… Byle zdążyć na czas. Transport z jeńcami odjeżdża o dziewiątej. Witek tak mówił. Mówił też, że jest jeden klawisz, co to z nim można się dogadać. Znam go zresztą, niejednokrotnie razem piliśmy. Kiedy przeczołgałem się przez polanę, zobaczyłem w oddali płot z drutem kolczastym. Już niedaleko. Nie słychać warkotu silników, to dobry znak. Zdążę, muszę. Najwyżej mnie złapią i wsadzą, nieważne. Bez niej życie poza drutem kolczastym nie ma sensu.

– Stój! – usłyszałem za plecami znajomy głos. Podniosłem jednak zziębnięte ręce do góry i wciąż stojąc tyłem, powiedziałem:

– To ja, stary, Saszka Martynow.

– Opuść ręce. Masz, napij się – Klawisz wcisnął mi do rękawicy piersiówkę z wódką.

Łyknąłem nieco. Po chwili pociągnąłem drugi łyk. Delikatne ciepło połechtało żołądek.

– Widziałem ją – oznajmił po chwili milczenia.

– Jest cała?

– Cała, wsadzili ją razem z tymi babami z targu, które rzuciły się na milicjanta.

– Znalazła się tam przypadkiem.

– Nie mówiła… nic nie mówiła.

– Co teraz będzie? – spytałem, wciąż patrząc w jego oczy. Wydawały się obojętne.

– Jej nie wywiozą. Potrzebują ludzi do kuchni. Dziś przyszedł rozkaz, żeby ją, i jeszcze trzy młode, na ziemniaki posadzić.

Ni to od mrozu, ni to z jeszcze innego powodu, łza spłynęła po moim zarośniętym zziębniętym policzku. Westchnąłem ciężko. Bogu dzięki.

– Czy będę mógł ją zobaczyć?

Klawisz roześmiał się histerycznie. Splunął na gęsty śnieg, po czym pociągnął z piersiówki.

– Powiem jej, że byłeś. Za dwa dni mam wartę, przynieś jej list. Przekażę. Póki co tyle.

– Dziękuję – powiedziałem, wciąż nie mogąc opuścić tego miejsca.

– Zmiataj stąd. Zaraz się rozpocznie zmiana warty. No już, pospiesz się!

Odwrócił się, zapalił papierosa i pogwizdując, oddalił się w kierunku bramy więzienia, które kilka lat temu powstało na miejscu wyburzonej szkoły.

***

– Znów oglądasz ten chłam – stwierdził Marcin, wchodząc do salonu, który pełnił funkcję jadalni, sypialni i biura. Na ekranie plazmy, którą udało nam się kupić w zeszłym roku w świątecznej promocji, bardzo znany rosyjski projektant Zajcew właśnie karcił bohaterkę programu za jej totalne bezguście. Wolałam się nie odzywać. Jakikolwiek komentarz z mojej strony z pewnością doprowadzi do awantury. To u nas ostatnio awansowało do poziomu „normy”. – Co z obiadem? – spytał, kierując się w stronę kuchni. Usiłowałam się skupić na programie, lecz tak naprawdę czekałam. Czekałam, aż będzie po wszystkim.

– Nie zrobiłaś nic? – zdziwienie Marcina było na tyle komiczne, że musiałam się powstrzymać od sarkastycznego prychnięcia.

– Dopiero wróciłam z pracy.

– Tak późno?

– A co? Przeszkadza ci to w czymś?

– Ty się weź, kobieto, uspokój. Po prostu myślałem, że będę mógł jak każdy normalny człowiek zjeść obiad po powrocie do domu z pracy. – Marcin nakreślił rękoma w powietrzu coś na kształt znaku nieskończoności. Ciekawe, co chciał tym wyrazić?

– Ja też właśnie tak myślałam, że jak normalny człowiek będę mogła po powrocie z pracy coś zjeść. A tu niespodzianka! Nie zrobiło się nic zjadliwego. A przecież mogło, prawda?

Nie przestawałam gapić się w telewizor, choć mój mózg nie był w stanie rejestrować tego, co działo się w świecie rosyjskiej mody. Wcisnęłam przyciski na pilocie. Obraz zniknął błyskawicznie, jakby miał dość naszej wymiany zdań. Ja też miałam jej dosyć. Ciągle to samo. Ile to już trwa? Rok, dwa? Więcej?

– Kochanie – Marcin usiadł koło mnie na sofie. – Wiem, że jesteś przygnębiona po stracie mamy, ale życie toczy się dalej…

– Tak, i trzeba żyć, by robić normalnym ludziom obiady – przerwałam słodki monolog męża.

– A żebyś wiedziała – głos zaczynał mu drżeć. A to oznaczało jedno: wkurzenie maksymalne. Zaraz powie swym piskliwym głosikiem jakiś kąśliwy komplement typu „wariatka” i pójdzie do kuchni. Nie omieszka przy tym trzasnąć drzwiami.

– I gdzie ty byłaś tyle czasu? Pracę chyba skończyłaś wcześniej? – Marcin wciąż pozostawał na swoim miejscu.

No proszę, pomyślałam, zmiana tematu, ton ten sam.

– Tu i tam, musiałam coś załatwić.

– O, masz jakieś tajemnice…

– No wiesz, święta się zbliżają, a chyba nie chciałbyś wiedzieć, co dostaniesz pod choinkę? No ale skoro nie mam mieć przed tobą sekretów, to proszę bardzo. Powiem ci. Byłam na zakupach i kupiłam taki elegancki…

– Dobra, nie chcę wiedzieć. Wariatka!

I tym oto sposobem miałam wolny salon dla siebie. No co z tego? Jaka jestem tym wszystkim zmęczona… Podeszłam do biurka i wzięłam do ręki brązowy tom Anny Kareniny, oczywiście oryginał z 1905 roku. Tuż pod okładką leżała pożółkła kartka. Jej treść znałam na pamięć. Wiedziałam, że ta książka należała kiedyś do dziadka, powojennego emigranta z terenów byłego Związku Radzieckiego. Znałam wiele historii o jego życiu, ale nigdy nie było w tych historiach żadnej kobiety. Podeszłam do torebki i wyjęłam stary zeszyt.

***

– Jutro przed dwudziestą – Klawisz wyrzucił niedopałek papierosa, który skrył się pod grubą warstwą śniegu. Wciąż mocno sypało. – Po kolacji wartownicy idą na wódkę, w końcu sobota, coś im się też od życia należy – sarkastyczny śmiech przeszedł w duszący kaszel. – Radzę ci – powiedział po chwili – nie zmarnuj okazji. – Wpuścisz mnie? – poczułem rozlewające się po całym ciele ciepło. Ciepło nadziei.

– Nie rozumiesz… – położył mi ciężką rękę na ramieniu. Zbliżył swoją wychudzoną twarz, poczułem zapach tytoniu i wódki. – Masz jej wsadzić. Jak będzie w ciąży, to wypuszczą.

Stałem jak