Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 314 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pięć dni w październiku - Jordi Sierra i Fabra

Hiszpania kilka lat po II wojnie światowej. Miguel Mascarell, inspektor policji w czasach republikańskich, był przekonany, że osiągnął już spokój po wieloletnim pobycie w więzieniu i uniknięciu wyroku śmierci. Nagle jednak, niczym widmo, wraca do jego życia Benigno Saéz, bezwzględny frankista, który zleca mu odnalezienie grobu siostrzeńca zabitego w pierwszych dniach hiszpańskiej wojny domowej. Saéz utrzymuje, że chce w ten sposób spełnić ostatnią wolę swojej siostry, śledztwo jednak przekonuje inspektora, że wcale nie o sentyment i honor może tu chodzić…

Opinie o ebooku Pięć dni w październiku - Jordi Sierra i Fabra

Fragment ebooka Pięć dni w październiku - Jordi Sierra i Fabra

O książce

Minął rok, od kiedy były inspektor Miquel Mascarell, po spędzeniu ponad ośmiu lat w frankistowskim obozie pracy, powrócił do „domu”. Tyle że nie ma już domu, a Barcelona nie jest tym samym miastem, które opuścił. Mimo to Mascarell i Patro – młoda kobieta, której dwukrotnie uratował życie – znajdują dla siebie miejsce w nieprzyjaznym świecie i próbują być szczęśliwi, choć on nie wierzy, że w jego przypadku jest to możliwe. A jednak…

I właśnie kiedy zapala się nikła iskierka nadziei, odwiedza ich Benigno Sáez, szara eminencja frankistowskiej dyktatury, człowiek, który pstryknięciem palca może zburzyć to, czego dwójce zranionych przez życie ludzi nie udało się jeszcze zbudować.

Sáez chce, by Mascarell odnalazł zwłoki jego siostrzeńca, który zginął przed dwunastu laty, w pierwszych godzinach hiszpańskiej wojny domowej. Obiecuje hojne wynagrodzenie. Szansa na wywiązanie się z tego zlecenia jest znikoma, mimo to Mascarell je przyjmuje. Dla pieniędzy? Ze strachu? A może żeby poczuć to, co kiedyś – dreszcz podniecenia związany z prowadzeniem dochodzenia?

Jordi Sierra i Fabra(ur. 1947 r.)

Jeden z najbardziej cenionych i zarazem najpoczytniejszych współczesnych pisarzy hiszpańskich (10 milionów sprzedanych egzemplarzy we własnym kraju!), laureat 30 nagród literackich. Debiutował w 1975 r. W dorobku ma kilkadziesiąt powieści (w tym cztery z byłym inspektorem policji Miquelem Mascarellem), biografie gwiazd muzyki rockowej oraz prawie 400 książek dla dzieci i młodzieży. Pisze po hiszpańsku i katalońsku; jego twórczość została przełożona na 25 języków.

www.sierraifabra.com

Tego autora

CIENIE W CZASIE

Miquel MascarellCZTERY DNI W STYCZNIUSIEDEM DNI W LIPCUPIĘĆ DNI W PAŹDZIERNIKUDWA DNI W MAJU

Tytuł oryginału:CINCO DÍAS DE OCTUBRE

Copyright © Jordi Sierra i Fabra 2011First Published by Random House Mondadori, S.A., 2011Translation rights arranged by IMC Agencia Literaria, SLAll rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Elżbieta Sosnowska 2014

Redakcja: Agnieszka Łodzińska

Zdjęcie na okładce: Las Ramblas Lloviendo, Fons Fotogràfic

Projekt graficzny okładki: © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-085-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Miguelowi Contiemu, Fernandowi Celai,Antoniowi Santaeugenii i „Pepo”,towarzyszom chłopięcych przygódi bohaterom przełomu lat pięćdziesiątychi sześćdziesiątych

DZIEŃ PIERWSZY

Poniedziałek, 11 października 1948 roku

1

Cisza w sypialni, kiedy jedno z małżonków śpi, a drugie, już rozbudzone, podpiera się na łokciu i patrzy na śpiącego, potrafi być pełna dźwięków.

Głosów.

Czasem ciągle jeszcze słyszał głos Quimety.

Kto by przypuszczał, że tobie, w twoim wieku, trafi się druga szansa.

Zawsze trochę uszczypliwa, ironiczna.

I szczęśliwa.

Szczęśliwa, póki nie zaczęła się wojna, rak…

Po prostu jesteśmy sobie potrzebni. — Spojrzał na młode ciało Patro.

Głuptas z ciebie. Wiesz, że się cieszę.

Wiem.

Ale czasem, jeszcze w łóżku, zanim otworzył oczy, pragnął cofnąć się w czasie, znaleźć się w domu na ulicy Córcega, z żoną śpiącą obok niego, kiedy życie było proste, a on za chwilę wychodził do pracy tropić złoczyńców w Barcelonie rozjaśnionej w słońcu, wolnej.

Drobnych złodziejaszków albo i jakiegoś przestępcę.

Teraz miasto było ich pełne. Bezkarni poruszali się ulicami, obnosząc atrybuty wiktorii, podczas gdy oni, pokonani, odchodzili, w miarę jak czas płynął, martwi, wypędzeni, na zawsze uciszeni.

Patrzył na Patro.

Na jej zuchwałą młodość, niczym niezmąconą urodę, kształt ciała pod ciepłym kocem.

Spała na prawym boku z twarzą zwróconą w jego stronę, jedną ręką skrytą pod poduszką, a drugą, lewą, wyciągniętą i dłonią zwróconą ku górze. Wydawało się, że o coś prosi. Wydawało się, że prosi o jałmużnę.

Czasem też w jego snach pojawiała się Dolina Poległych. Wtedy budził się nagle zlany potem, ze ściśniętym gardłem, sztywnym ciałem, przepełniony grozą. Ciemności nocy potęgowały torturę. Wyciągał wtedy rękę, dotykał Patro, czuł jej ciepło, gładził nagą skórę. Uspokajał się, uciszało się walące jak oszalałe serce i zasypiał spokojny.

Spokojny.

Dziwne słowo.

Gdy nadchodził świt, w szarzejącym, widmowym półcieniu wpatrywał się w Patro i zastanawiał, jaki szczęśliwy traf, jaki cud sprawił, że końcowe lata swojego życia może spędzać u boku kogoś takiego jak ona.

Bo bez Patro nie potrafiłby już żyć.

Odsunął jej włosy z twarzy, odsłaniając miękki kontur, gęste brwi, długie rzęsy, prosty nos, pełne wargi, podbródek…

Spała nago.

Zawsze.

Przytulić ją, zapomnieć, zatonąć w tej bajkowej oazie i wierzyć, że życie, wbrew wszystkiemu, nie jest takie złe.

Pobożne życzenie.

Patro nagle uchyliła powieki.

Uśmiechnęła się.

— Dzień …bry… — zamruczała, połykając połowę liter.

— Dzień dobry — wyszeptał.

Patrzyli na siebie przez chwilę. Sekundę, dwie, trzy.

Wyciągnęła rękę i pogłaskała jego policzek.

Nie pierwszy raz zadziwiała go takim gestem.

— Czy coś się stało? — spytała ciepłym głosem.

— Nie.

— Kiedy tak patrzysz na mnie…?

— Co wtedy?

— Zaczynam się bać.

— Dlaczego?

— Nie wiem, o czym myślisz. Jesteś taki poważny…

— Piękno boli.

— Zawsze to powtarzasz.

— Bo to prawda.

Patro przysunęła się, przygarnęła do niego tak, żeby ramieniem otoczył jej szyję. Przylgnęła nagim ciałem do jego ciała, nogę położyła na jego nogach, a dłoń na piersi. Promieniowała ciepłem nie tylko dlatego, że wynurzyła się spod ciepłego koca. Taka była, delikatna, czuła, tak wyrażała pragnienie kochania go, bycia przy nim blisko.

Języczek u wagi.

Granica między tym, co było, i tym, co jest.

Miquel Mascarell przytulił ją.

Dziwna para. Ojciec-kochanek, kobieta-z-sennego-marzenia, poraniony mężczyzna, odrodzona dziewczyna, zapomniany policjant, odkupiona prostytutka…

Dwie odległe wyspy na oceanie życia.

Pocałował ją w czoło i mocniej przygarnął, jak zwykle robił w chwilach gniewu albo rozpaczy.

— Patro…

— Co?

— Wiesz co.

— Nie, nie wiem. — Uniosła nieco głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

— Powinnaś znaleźć sobie kogoś młodego, z przyszłością.

— Znowu zaczynasz? — powiedziała cicho.

— Tak.

— Proszę cię, przestań.

— Nie mogę.

— A ja nie chcę tego słuchać.

— Gdybyś miała dziecko…

— Zwariowałeś?

— Ja nie będę długo żył.

— Skąd wiesz?! — zawołała. — Chcesz, żebym urodziła dziecko? Panna z dzieckiem?

— Nie. Nie ze mną. Kiedy wyjdziesz za kogoś.

— Tak, zrobię to kiedyś, tobie na złość. — Jeszcze bardziej się przysunęła. — Zresztą, kto by się we mnie zakochał?

— Jesteś śliczna i młoda. Nie masz jeszcze trzydziestu lat, to pełnia życia…

— Trochę już tę urodę zużyłam…

Pocałował ją, czując, że zadrżała.

Głos Quimety.

Miquel, czasem jesteś taki głupi.

To co mam zrobić?

Niczego nie rozumiesz, prawda?

Jasne, że rozumiem.

Więc żyj. Dostałeś dar od losu. Korzystaj z niego. Bez ciebie zarabiałaby na ulicy.

A ja dalej tkwiłbym w pensjonacie na Rambli.

Nie, już by ciebie nie było, już byś nie żył.

Cholera, Quimeta…

— Miquel. — To już głos Patro.

— Tak?

Nie odpowiedziała od razu. Uniosła się na łóżku i uklękła, pochylona ku niemu. Białe piersi połyskiwały w cieniu niemal tak jak i jej oczy, teraz szeroko otwarte. Ujęła jego twarz i uśmiechnęła się czule.

Jak dziewczynka.

— Dlaczego nie możesz zrozumieć, że jestem z tobą szczęśliwa, że czuję się bezpieczna, spokojna i, co najważniejsze, że cię kocham? Dlaczego?

— Jestem stary.

— Jesteś dojrzałym mężczyzną.

— Tak.

— I podobasz mi się.

— Nie bądź…

Patro zamknęła mu usta pocałunkiem.

Gorącym pocałunkiem.

Pobudzającym wszystkie zmysły.

Chciał ją zatrzymać, nie pozwolić uciec, ale zwinnym ruchem nóg odepchnęła się od niego. Wyskoczyła z łóżka.

Stała na podłodze, elektryzująca, prowokująca.

— Chodź.

— Nie. — Pokręciła głową. — Zmarnowałeś okazję.

— Na chwilkę.

— Już nie. Późno się zrobiło.

— Dokąd idziesz?

— Powiedziałam pani Anie, że jej pomogę w sklepie.

Pasmanteria. Zupełnie jak gdyby czas się zatrzymał. Wkrótce miało minąć dziesięć lat od dnia, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, w styczniu tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego, na moment tylko, zanim rzuciła się do ucieczki.

Dziesięć lat.

Z czego osiem i pół spędził w koszmarze o nazwie Dolina Poległych.

— Dlaczego córka nie pomoże pani Anie?

— Mam ci przypominać, że chodzi do szkoły, ma lekcje do odrobienia i różne takie sprawy?

Córka pani Any też urosła. Nastolatka, energiczna, silna, pewna siebie.

Miquel Mascarell położył się i zamknął oczy.

— Może byś trochę popisał?

— Myśli mam często mało klarowne i wspomnienia się zacierają.

— Zwykła wymówka.

— Kto to będzie czytał?

— Ja. — Po chwili dodała: — Czy to ważne, kto będzie czytał? Ty pisz! Chyba że wolisz iść na spacer do parku, jak inni?

Nie powiedziała „starcy”.

Gdy otworzył oczy, Patro już nie było.

Podłożył ręce pod głowę.

Tak, wbiła sobie do głowy, że powinien pisać.

Kogo będą interesować jego wspomnienia?

Wspomnienia przegranego komunisty we frankistowskiej Hiszpanii.

Może kiedyś będą coś warte, po dwudziestu, trzydziestu, pięćdziesięciu latach.

Kiedy staną się świadectwem czasów.

Kiedy opowiedzą historię inną niż ta pełna kłamstw, którą już teraz pisali zwycięzcy.

To by oznaczało, że za dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt lat wróci nadzieja.

Piękne słowo.

Druga wojna światowa skończyła się trzy lata temu i nic się nie zmieniło. Inne państwa odwróciły się od Hiszpanii, zaścianka Europy. Dosyć miały problemów z odbudową własnych krajów. Ostatni bastion faszyzmu nic już nie znaczył i nikomu nie zagrażał. W końcu Hiszpania pod rządami Franco, poza stworzeniem Błękitnej Dywizji, pozostała w czasie wojny neutralna. Jeśli nie podniesie głowy…

Franco nienawidził komunizmu; komunizm stał się nowym wrogiem.

Tak, słowo „nadzieja” było piękne, lecz tak odległe, niemal egzotyczne.

W polityce spotykały się zaskakująco różne charaktery.

I w polityce, i w życiu, jak Patro i on.

Nie miał ochoty wstawać. Zdawało mu się, że przygniata go kamienna płyta. A czekał go przecież tylko kolejny zwykły, łagodnie jesienny poniedziałek. Nikt nie zauważy, że został w łóżku, nikomu go nie zabraknie. Jedyną osobą, dla której istniał, była Patro, jego Patro, dziewczynka-kobieta, jego cud, a ona zbierała się do wyjścia, do pasmanterii pani Any, na ulicy Gerona, poniżej Aragonu, za torami kolejowymi.

Nagle usłyszał dzwonek do drzwi.

Dzwonek do drzwi.

Ranek już mijał, nie było bardzo wcześnie. Nie miał żadnej stałej pracy, żył z tego, co wyniósł z domu Rodriga Casamajora w lipcu poprzedniego roku i dał Patro, dzięki czemu mogli razem cieszyć się życiem, niemal jak nowobogaccy, chociaż z umiarem, bez ostentacji. O tej porze do drzwi mogły dzwonić tylko sąsiadki albo portierka.

Chciał wstać.

Ale usłyszał głos Patro.

— Ja otworzę!

A po chwili dźwięk otwieranych drzwi.

I męski głos.

Głos silny, głęboki, poważny.

Gdy Patro stanęła w drzwiach sypialni, jej twarz była blada jak ściana.

Jak widmo.

— Miquel…

— Kto przyszedł?

— Ten człowiek… chce z tobą rozmawiać.

— Ze mną?

— Tak.

Nikt nie wiedział, że żyje ani że tu mieszka, z Patro.

Nikt?

— Mówi, że nazywa się Benigno Sáez — szepnęła.

Uderzyła go cisza.

A zaraz potem dudniąca lawina odgłosów z przeszłości.

Patro, w szlafroku i znoszonych domowych pantoflach, stała w drzwiach, obiema rękami przytrzymując szlafrok przy szyi, jak gdyby bała się, że zemdleje i upadnie jak kiedyś, naga.

To już nie była szczęśliwa i czuła dziewczynka-kobieta sprzed kilku chwil.

— Co ci jest? — zapytał Mascarell.

— Nic, nic.

— Ale ty… drżysz.

— Proszę, później ci powiem. Idź do niego.

Wstał z łóżka i podszedł do niej, zanim uciekła. Widział zagubiony wzrok, wyczuł strach, drżenie ciała. Serce mu zamarło i ogarnął go niepokój.

— Patro…

— Nie każ mu czekać i, proszę, niech jak najszybciej stąd wyjdzie, błagam, błagam…

Tylko tyle.

Nie udało mu się jej zatrzymać.

Ukryła się na galeryjce, a on spojrzał na korytarz, na którego końcu znajdowała się bawialnia i stał jego gość.

Benigno Sáez de Heredia.