Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 121 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pic - Jack Kerouac

Pic to opublikowana już po śmierci autora mini-powieść, której bohaterem jest murzyn imieniem Pic, który postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie i wieść życie włóczęgi.

Jack Kerouac - (1922-1969) - prozaik i poeta; kronikarz i prorok beat generation. Jego twórczość stała się głosem nieufnej wobec autorytetów młodzieży amerykańskiej i do dziś znajduje rzesze entuzjastów. Po ogromnym sukcesie powieści W drodze (1957) wydał wiele innych książek prozatorskich nawiązujących do niej tematem i formą, m.in. Włóczęgów Dharmy (1958), Podziemnych (1958), Big Sur (1962) oraz Wizje Gerarda (1963). Jest także autorem kilku tomów wierszy.

Opinie o ebooku Pic - Jack Kerouac

Fragment ebooka Pic - Jack Kerouac

Jack Ke­ro­uac

PIC

przełożyła Maja Kit­tel

Tytuł ory­gi­nału: Pic

Co­py­ri­ght © Jack Ke­ro­uac, 1958

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­rigth © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMIV

Wy­da­nie II

Roz­dział 1Ja i dzia­dek

Nikt mnie nig­dy nie ko­chał tak jak ja sam, oprócz mat­ki, ale ona nie żyje. (Mój dzia­dek jest taki sta­ry, że pamięta co było sto lat temu, ale co w zeszłym ty­go­dniu czy wczo­raj to nie). Mój tata wy­je­chał tak daw­no, że nikt już nie wie jak wyglądał. Mój brat w każde nie­dziel­ne popołudnie zja­wiał się przed do­mem w no­wym gar­ni­tu­rze, nie na tej sta­rej dro­dze, tyl­ko przed do­mem, a dzia­dek i ja po pro­stu usa­dza­liśmy się na gan­ku i ga­da­liśmy, ale mój brat nie zwra­cał na nas uwa­gi i pew­ne­go dnia zniknął i już nie wrócił. Więc dzia­dek jest sam i mówi, że zaj­mie się świ­nia­mi, a ja mam na­pra­wić płot i jesz­cze „wi­działem Pana jak prze­cho­dził przez ten płot sto lat temu, On tu wróci”. I przyszła ciot­ka Ga­sto­nia, dysząc i stękając i po­wie­działa, że to praw­da, że ona też w to wie­rzy, wi­działa Pana więcej razy niż mo­gli­byśmy zli­czyć i al­le­lu­ja, al­le­lu­ja, krzy­czy, „Bo co w Piśmie to wszyst­ko praw­da, słowo w słowo a mały Pic­to­rial Re­view Jack­son (to ja) musi iść do szkoły i na­uczyć się pisać i czy­tać”, na co dzia­dek po­pa­trzył na nią, jak­by się za­sta­na­wiał, czy splunąć jej w oko ty­to­niem czy nie, po czym odpo­wie­dział „Jak o mnie cho­dzi to w porządku”, tak po pro­stu, „ale ta szkoła nie należy do Pana i Pic już po­tem nie będzie na­pra­wiał żad­nych płotów”.

No więc po­szedłem do szkoły i wróciłem do domu ze szkoły następne­go dnia i nie spo­tkałem ni­ko­go, kto by wie­dział, skąd się wziąłem, tyl­ko mówili, że to Ka­ro­li­na Północ­na. Dla mnie to to nie była żadna Ka­ro­li­na Północ­na. W szko­le mówili, że jesz­cze nig­dy nie mie­li tam ta­kie­go ciem­ne­go, czar­ne­go chłopca. Sam wiem naj­le­piej, bo wi­działem białych chłopców, jak prze­cho­dzi­li koło domu, wi­działem różowych i nie­bie­skich i zie­lo­nych i po­ma­rańczo­wych i czar­nych, ale nig­dy nie wi­działem kogoś tak czar­ne­go jak ja.

Ale ja się wca­le nie przej­mo­wałem i jak byłem bar­dzo mały to nieźle się bawiłem i robiłem różne po­tra­wy ze świńskich flaków dopóki nie uznałem, że to na­prawdę strasz­nie śmier­dzi i w ogóle, a dzia­dek sie­dział na gan­ku uśmie­chał się i palił tę starą zie­loną fajkę. Któregoś dnia przyszło dwóch białych chłopaków i po­wie­dzie­li, że je­stem na­prawdę czar­ny jak mu­rzyńskie dzie­cia­ki. No więc ja po­wie­działem, że prze­cież wiem. Na to oni, że je­stem za mały na to, co chcą robić, już nie pamiętam co, a ja, że ten chłopak ma w ręku strasz­nie fajną żabę. Ale on mówi, że to nie żaba tyl­ko RO­PU­CHA i że RO­PU­CHA po­tra­fi sko­czyć sto mil w górę, mówi to głośno i wyraźnie po czym zwie­wają na wzgórze za po­lem dziad­ka. Więc już wiem, że jest Ka­ro­li­na Północ­na i że jest ro­pu­cha i śni mi się to przez całą noc.

A na skrzyżowa­niu ulic stał sklep i pan Du­na­ston po­zwa­lał mi i sta­re­mu psu sia­dać na scho­dach do tego skle­pu, ale to były wie­czo­ry, słyszałem pio­sen­ki z ra­dia, pra­wie tak samo do­brze i wyraźnie jak oni w środ­ku, tak na­uczyłem się dwóch, trzech, sied­miu pio­se­nek i po­tem śpie­wałem. No i któregoś razu zja­wił się pan Otis w tym swo­im wiel­kim sta­rym sa­mo­cho­dzie, kupił mi dwie bu­tel­ki Dr Pep­pe­ra, jedną za­niosłem do domu dla dziad­ka: on po­wie­dział, że pan Otis to strasz­nie faj­ny gość i znał jego tatkę i tatkę jego tat­ki całe sto lat temu i to byli do­brzy lu­dzie. Ale ja prze­cież to wie­działem i zgo­dzi­liśmy się i zgo­dzi­liśmy się jesz­cze, że Dr Pep­per su­per­anc­ko szczy­pie w język. Więc już wie­cie, jak się wte­dy do­brze bawiłem.

Czy­li tak to właśnie wyglądało. Dom dziad­ka był cały po­chy­lo­ny i trochę się walił, był zbu­do­wa­ny z prze­piłowa­nych de­sek, oni piłowa­li te de­ski jesz­cze jak do­pie­ro co przy­je­chały z lasu a te­raz się ze­sta­rzały i wy­pa­czyły, ta­kie bied­ne sta­re są. Dach często wy­pa­dał ze złączy i spa­dał dziad­ko­wi na głowę, ale jemu to nie prze­szka­dzało i da­lej so­bie sie­dział i się bujał. Wewnątrz mie­liśmy taki porządek jak w wy­schniętej dziu­rze po zębie ku­ku­ry­dzy, tak samo po­marsz­czo­ny i mar­twy i do­brze mi się tam ga­niało na bo­sa­ka, zresztą sami byście się prze­ko­na­li gdy­byście spróbowa­li. Dzia­dek i ja spa­liśmy w wiel­kim sta­rym łóżku i mie­liśmy cały pokój nad głowa­mi, ta­kie było wiel­kie. Pies spał na pro­gu i ja nig­dy nie za­my­kałem drzwi, chy­ba że w zi­mie. Ja rąbałem drew­no a dzia­dek palił pod ku­chenką. I cza­sem było tak, że sie­dzi­my so­bie jemy fa­solę i gro­szek i mięso, a ja mam taką WIEL­GACHNĄ łychę i wsu­wam do opo­ru – kie­dy jest co. Bo ciot­ka Ga­sto­nia przy­no­si nam je­dze­nie raz tak raz siak, co ty­dzień, co mie­siąc. Przy­no­si nam mięso, su­cha­ry i różne różności. Dzia­dek upra­wia fa­solę i ku­ku­rydzę na polu przy płocie, a po­tem da­je­my świ­niom to co wy­plu­liśmy z ust bo nie dało się po­gryźć. Pies też to je. Dom stoi na środ­ku pola. Niżej jest dro­ga, pia­sko­wa dro­ga, cała zjeżdżona i pełna ka­mie­ni, łażą nią muły, a co jakiś czas prze­jeżdża sa­mochód i wy­rzu­ca za sobą porządną chmurę ku­rzu wy­soką na milę, po­tem czuję wszędzie ten za­pach i py­tam się: „Pa­nie Święty, cze­mu on się nie wy­czyści?” i wy­dmu­chuję so­bie nos, psiuu! Więc tam da­lej stoi sklep pana Du­na­sto­na na skrzyżowa­niu dróg, a jesz­cze da­lej las so­sno­wy, gdzie co­dzien­nie rano przy­la­tu­je taki sta­ry kruk i sia­da na gałęzi i kra-a-kra-aacze aż chryp­nie i ja tak samo kra­kra­kra­kra­kraczę dokład­nie jak on i się śmieję, co rano, ha­ha­ha­ha­ha, ta­kie to dla mnie śmiesz­ne. A po dru­giej stro­nie jest ta­bak bra­ta pana Du­na­sto­na, duży, duży dom pana Oti­sa i dom pani Bell bar­dziej na środ­ku pola, a pani Bell jest chy­ba pra­wie tak sta­ra jak dzia­dek i też pali fajkę. W su­mie może mnie lubi. Co wieczór wszy­scy śpią w na­szym domu i w tam­tym i w ogóle we wszyst­kich i słychać tyl­ko starą sowę – pu­uhuu! – gdzieś tam w le­sie i iik! iik! iik! piszczą nie­to­pe­rze i uja­dają psy, a w ciem­nościach skrzy­pią świersz­cze skrzy­pią.No i wie­cie, jesz­cze to siuu-siuu do­chodzące z MIA­STA. Je­dy­ne cze­go nie słychać to sta­rego pająka tkającego swoją sieć, idę i prze­ry­wam tę jego pajęczynę – po­tem się wy­cie­ram, a pająk tka mi nową. W górze da­le­ko na nie­bie widać sto mi­goczących gwiazd, a tu na zie­mi tyle kro­pel jak­by padał deszcz. Wchodzę do łóżka i dzia­dek mówi: „Mały, trzy­maj te swo­je wiel­kie mo­kre sto­py z dala ode mnie!” ale po krótkiej chwil­ce moje sto­py są su­che i wty­kam je pod kołdrę. Po­tem patrzę na gwiaz­dy za oknem i śpię na do­bre.

To już wie­cie, jak się wte­dy bawiłem?

Roz­dział 2Co się zda­rzyło

Bied­ny dzia­dek, któregoś dnia po pro­stu nie mógł wstać i wszy­scy przy­szli od ciot­ki Ga­sto­nii i po­wie­dzie­li, że na pew­no umrze z roz­pa­czy. Ale położyłem głowę obok na po­dusz­ce i dzia­dek po­wie­dział, że to nie­praw­da. I zaczął krzy­czeć, żeby wszy­scy się wy­nieśli oprócz jego wier­ne­go psa. Pies usiadł przy łóżku, wył i lizał dziad­ko­wi rękę. Ciot­ka Ga­sto­nia wy­go­niła go na dwór. „Sio! Już cię tu nie ma”. Ciot­ka Gas­to­nia umyła mi też twarz przy pom­pie. Wsa­dziła mi szmatę do ucha aż się za­tkało i kręciła mi pal­cem w tym uchu aż myślałem, że umrę. Więc zacząłem płakać. Dzia­dek też płakał. Syn ciot­ki Ga­sto­nii biegł i biegł z po­wro­tem drogą, pat-pat-pat jesz­cze nie wi­działem, żeby kto tak szyb­ko biegł. No i zja­wił się pan Otis w wiel­kim sta­rym sa­mo­cho­dzie i za­trzy­mał się pro­sto pod drzwia­mi. To był sil­ny wy­so­ki mężczy­zna z żółtymi włosa­mi, i wie­cie, on mnie pamiętał więc mówi: „No no no, i co te­raz z tobą będzie, chłopcze?”.

Po­tem bie­rze dziad­ka za dłoń i prze­wra­ca ocza­mi i wsa­dza rękę do wiel­kiej czar­nej tor­by, po to coś do osłuchi­wa­nia, po­tem słucha i wszy­scy na­chy­lają się żeby też posłuchać, syn ciot­ki Ga­sto­nii też, ale ciot­ka odpędza go plaśnięciem w twarz i wte­dy pan Otis szy­ku­je się, żeby ostu­kać dziad­ka tą ręką co ją trzy­ma pod drugą na jego klat­ce pier­sio­wej, ale na­gle patrzą so­bie w oczy i jest im tak smut­no, że pan Otis prze­sta­je. „A, sta­ry” mówi pan Otis do dziad­ka „I jak się czu­jesz?” na co dzia­dek wy­szcze­rza żółte zęby w uśmie­chu i mówi, krztusząc się: „Tam leży faj­ka, to bar­dzo porządna faj­ka” i mru­ga do pana Oti­sa. Nikt nie wie co tam dzia­dek wy­ga­du­je, ale pan Otis wie i dzia­dek się śmie­je tak bar­dzo, że aż się trzęsie jak drze­wo, kie­dy w środ­ku łazi po nim wie­wiórka. Pan Otis pyta „Gdzie jest?” a dzia­dek po­ka­zu­je na półkę i ciągle się krztu­si i śmie­je do pana Oti­sa. No bo za­wsze go lubił. A tam na górze na tej półce, tak wy­so­ko, że nig­dy jej nie za­uważyłem, leży ta faj­ka, o której roz­ma­wia­li. Pan Otis ją ściągnął, była zro­bio­na z kol­by ku­ku­ry­dzy i naj­większa i naj­lep­sza, jaką dzia­dek kie­dykolwiek zro­bił. Pan Otis pa­trzy na nią i wygląda tak smut­no, jak jesz­cze nig­dy nie wi­działem. Mówi „Pięć lat” i nic więcej nie mówi, bo to ostat­ni raz, kie­dy wi­dzi dziad­ka i dzia­dek o tym wie. Mija trochę cza­su i dzia­dek za­sy­pia, a wszy­scy stoją do­okoła i ga­dają, że nie wiem, jak ktoś może spać przy nich, i proszę co mówią: że dzia­dek jest bar­dzo cho­ry i na pew­no umrze, a ja, mały Pic, no co wte­dy ze mną? Aha, i strasz­nie przy tym płaczą, szczególnie ciot­ka Ga­sto­nia i jej przy­ja­ciółka pani Jo­nes, bo ko­chały dziad­ka tak jak ja, syn ciot­ki, on też płakał i te wszyst­kie małe dzie­cia­ki, które przy­pałętały się z uli­cy żeby po­pa­trzeć. Pies wyje pod drzwia­mi, żeby go wpuścić. I wte­dy pan Otis kazał wszyst­kim prze­stać się mar­twić, może dzia­dek jed­nak wy­zdro­wie­je, ale nie był taki pew­ny więc chciał spraw­dzić czy dałoby się wysłać dziad­ka do szpi­ta­la i tam by go wy­le­czy­li. Wszy­scy się zgo­dzi­li że tak trze­ba zro­bić i byli wdzięczni panu Oti­so­wi, bo chciał zapłacić z własnych pie­niędzy, żeby dzia­dek wrócił do zdro­wia. „Te­raz z tym małym”, mówi do ciot­ki Ga­sto­nii, „na pew­no twój mąż i oj­ciec się zgo­dzi żebyś go wzięła?” na co ona „Pan spuści łaskę na ich ser­ca”. A pan Otis mówi: „Tego nie wiem, ale proszę się nim do­brze zająć i dać mi znać czy wszyst­ko w porządku”. Jezuśku, jak ja płakałem kie­dy oni to mówili, kie­dy wszy­scy mówili te wszyst­kie rze­czy. I kie­dy za­bie­ra­li bied­ne­go dziad­ka do sa­mo­cho­du jak ja­kie­goś prze­je­cha­ne­go psa i położyli go na tyl­nym sie­dze­niu i od­wieźli do szpi­ta­la.Albo kie­dy ciot­ka Ga­sto­nia za­mknęła drzwi u dziad­ka, a on nig­dy ich nie za­my­kał, nig­dy nig­dy od stu lat. A mnie się robi nie­do­brze ze stra­chu i chcę upaść na zie­mię i wy­ko­pać so­bie tam jamę i tam się scho­wać i płakać bo nie znam ni­cze­go oprócz tego domu i dziad­ka, odkąd się uro­dziłem ni­cze­go in­ne­go nie wi­działem, a te­raz oni tu przy­chodzą i chcą mnie za­brać z tego pu­ste­go domu, a mój dzia­dek mi umarł na­wet nie mógł nic na to po­ra­dzić. Je­zus, ja prze­cież ciągle pamiętam co on mówił o płocie i o Panu i o panu Oti­sie i o mo­ich wiel­kich mo­krych sto­pach i pamiętam, że jesz­cze tak nie­daw­no tu był a te­raz jest strasz­nie da­le­ko więc płaczę i wszy­scy się mnie wstydzą.

Roz­dział 3Dom ciot­ki Ga­sto­nii

Więc za­bie­rają mnie do domu ciot­ki Ga­sto­nii, to wiel­ki dom, bo tam miesz­ka je­de­naście czy dwa­naście osób, od naj­mniej­sze­go dzi­dziu­sia aż po sta­re­go dziad­ka Jel­key, który nig­dy nie wy­cho­dzi bo jest sta­ry i ślepy. I ten dom w ogóle nie jest jak dom dziad­ka. Wszędzie te wszyst­kie okna i wiel­ki ce­gla­ny ko­min i ga­nek do­okoła całego domu, z krze­sełkami, a na brze­gach jest wy­sy­pa­ny pia­sek i pest­ki od ar­bu­za, żeby nikt się nie pośli­zgnął. Rany, w życiu jesz­cze nie wi­działem tylu much co w tym domu. O nie, to nie miej­sce dla mnie. Są drze­wa na podwórzu i wiśnia też i niezła huśtaw­ka, ale kręci się tam sześcio­ro czy sied­mio­ro dzie­ciaków, wszyst­kie piszczą i wrzeszczą, a świ­nie są ja­kieś inne, nie ta­kie faj­ne jak świ­nie dziad­ka. Ale nuda. O nie, nie chcę tu zo­sta­wać. Nie ma gdzie spać, chy­ba że w jed­nym łóżku z trze­ma czy czte­re­ma chłopa­ka­mi a ja nie mogę spać jak wpy­chają mi łokcie w twarz.

A dzia­dek Jel­key strasz­nie mnie prze­stra­szył, mówi: „Przy­pro­wa­dzić tu tego chłopca” więc mnie przy­pro­wa­dzają i po­tem łapie mnie za ręce i wbi­ja we mnie jed­no wiel­kie żółte oko, ale źle wy­ce­lo­wał, bied­ny, więc pa­trzy gdzieś nad moją głową i nic nie wi­dzi. Tego dru­gie­go oka wca­le nie ma, zo­stała mu tyl­ko za­su­szo­na dziu­ra, która we­ssała się do środ­ka głowy. W ogóle nie ma oczu, bied­ny sta­ru­szek. I trzy­ma mnie tak moc­no, że aż mnie boli i mówi: „Aha to jest ten chłopiec, no wy­star­czy, jak go do­tknę raz dzien­nie”. Wte­dy pod­bie­ga ciot­ka Ga­sto­nia i odciąga mnie od nie­go i mówi: „cze­mu chcesz przekląć tego chłopca, sko­ro już przekląłeś wszyst­kich sie­dem razy? Co on win­ny, że jego oj­ciec zro­bił ci to z ocza­mi, to tyl­ko dzie­ciak”. A dzia­dek Jel­key krzy­czy „Za­mie­rzam go do­tknąć sie­dem razy, żeby umarł i nikt mnie nie powstrzy­ma”. „A właśnie że nie” wrzesz­czy ciot­ka Ga­sto­nia, a wu­jek Sim, czy­li mąż ciot­ki Ga­sto­nii, za­bie­ra ją na dwór, mnie też, za­czy­nam biec i cho­wam się na podwórzu, tak się boję, że dzia­dek Jel­key zno­wu mnie do­pad­nie. O nie, wca­le mi się nie po­do­ba dom ciot­ki Ga­sto­nii, ani trochę.

Później było tak, że dzia­dek Jel­key sie­dzi w kącie i je z mis­ki na ko­la­nach i wszy­scy inni siedzą przy sto­le, a dzia­dek Jel­key słyszy, że wszy­scy roz­ma­wiają więc pyta: „Czy to ty chłopcze?” i ma na myśli mnie. Cho­wam się za ciotkę Ga­sto­nię. „No chodź, stań tu przy mnie, chłopcze, żebym mógł cię do­tknąć ze dwa razy. Wte­dy zo­staną już tyl­ko czte­ry i spełni się klątwa”. „Nie zwra­caj uwa­gi, co mówi” mówi mi ciot­ka Ga­sto­nia. Wuj Sim wca­le się nie od­zy­wa i nig­dy na mnie nie pa­trzy i je­stem taki wy­stra­szo­ny i cho­ry, że nie wiem czy przeżyję jesz­cze długo u ciot­ki Ga­sto­nii, chy­ba pójdę do lasu i tam umrę, bo robię się taki nie­bie­ski. Ciot­ka Ga­sto­nia mówi, że chy­ba za­cho­ro­wałem, bo stra­ciłem je­de­naście funtów, czuję się okrop­nie źle i słabo i przez cały dzień leżę na zie­mi. „Cze­mu ty ciągle leżysz i płaczesz w tym ku­rzu, dzie­cia­ku” mówi mi ciot­ka Ga­sto­nia „po co się mażesz w tym błocie”. Bo ciot­ka musi mi to błoto po­tem wy­cie­rać. Ale to nie ona, to dzia­dek Jel­key i wu­jek Si­me­on i wszyst­kie dzie­cia­ki rzu­cają we mnie pia­skiem. I nikt nie chce mnie za­brać do szpi­ta­la do dziad­ka. „O Jezuśku muszę prze­stać tyle płakać”.

Dzia­dek Jel­key wy­sta­wił rękę przez