Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 586 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Piąty świadek - Michael Connelly

Czwarty thriller prawniczy Michaela Connelly’ego z udziałem Mickey’a Hallera.

Tym razem prawnik jeżdżący Lincolnem, broni Lisy Trammer i pomaga jej odzyskać zajęty przez bank dom. Kiedy jednak ginie dyrektor generalny tego banku, Lisa znajduje się na początku listy podejrzanych.

Opinie o ebooku Piąty świadek - Michael Connelly

Fragment ebooka Piąty świadek - Michael Connelly

Z an­giel­skie­go przełożył

ŁUKASZ PRA­SKI

Wydanie elektroniczne

O książce

O książce

Kry­zy­sy go­spo­dar­cze nie omi­jają ni­ko­go, na­wet praw­ników. Mic­key Hal­ler, obrońca w spra­wach kar­nych, którego biu­ro mieści się na tyl­nym sie­dze­niu ku­lo­od­por­ne­go lin­col­na, musi zmie­nić spe­cja­li­zację. Z po­wo­du re­ce­sji licz­ba wypłacal­nych klientów – głównie di­lerów nar­ko­ty­ko­wych i re­cy­dy­wistów – ma­le­je nie­mal do zera. Chcąc nie chcąc, Mic­key za­czy­na zaj­mo­wać się spra­wa­mi cy­wil­ny­mi, re­pre­zen­tując oso­by, które nie są w sta­nie spłacać wy­so­kich kre­dytów hi­po­tecz­nych i gro­zi im utra­ta nie­ru­cho­mości. Jed­na z jego klien­tek, na­uczy­ciel­ka Lisa Tram­mel – sa­mo­zwańcza orędo­wnicz­ka praw lu­dzi bro­niących domów przed przej­mo­wa­niem ich przez ban­ki, często ucie­kające się do nie­uczci­wych prak­tyk – zo­sta­je oskarżona o zabójstwo sze­fa działu kre­dytów hi­po­tecz­nych We­stLand Na­tio­nal, Mit­chel­la Bon­du­ran­ta. Hal­ler po­dej­mu­je się jej obro­ny. Ad­wo­kat, dla którego kwe­stie winy i nie­win­ności nie mają żad­ne­go zna­cze­nia, po­sta­na­wia zbu­do­wać linię obro­ny, wska­zując ławie przy­sięgłych „fi­gu­ran­ta”, czy­li in­ne­go po­ten­cjal­ne­go po­dej­rza­ne­go. Gdy w trak­cie do­cho­dze­nia od­kry­wa nie­ja­sne in­te­re­sy pro­wa­dzo­ne przez za­mor­do­wa­ne­go ban­kow­ca oraz sam pada ofiarą napaści ze stro­ny dwóch ban­dziorów, do­cho­dzi do wnio­sku, że jest na właści­wym tro­pie – za zabójstwem kryją się po­ra­chun­ki w świe­cie wiel­kiej fi­nan­sje­ry. Nie bacząc na nie­bez­pie­czeństwo, roz­gry­wa naj­lepszą par­tię obrończą w swo­jej ka­rie­rze…

O au­to­rze

MI­CHA­EL CON­NEL­LY

Czołowy ame­ry­kański au­tor po­wieści kry­mi­nal­nych. Stu­dio­wał dzien­ni­kar­stwo na Uni­ver­si­ty of Flo­ri­da; tam też uległ fa­scy­na­cji prozą Ray­mon­da Chan­dle­ra. Po stu­diach pra­co­wał jako re­por­ter spe­cja­li­zujący się w spra­wach kry­mi­nal­nych. W 1992 uka­zała się jego pierw­sza książka Czar­ne echo, która zdo­była pre­stiżową Na­grodę Ed­ga­ra Al­la­na Po­ego w ka­te­go­rii de­biu­tu. Łącznie Con­nel­ly na­pi­sał po­nad 20 po­wieści, m.in. Po­eta, Krwa­wa pro­fe­sja (sfil­mo­wa­na przez Clin­ta Eastwo­oda), Wy­dział spraw za­mkniętych, Praw­nik z lin­col­na, Oskarżyciel, Piąty świa­dek, Upa­dek, The Black Box i The Gods of Gu­ilt. Pi­sarz jest lau­re­atem wszyst­kich naj­ważniej­szych nagród przy­zna­wa­nych w upra­wia­nym przez nie­go ga­tun­ku li­te­rac­kim, zarówno kra­jo­wych jak za­gra­nicz­nych: An­tho­ny Award, Ma­ca­vi­ty Award, Sha­mus Award, Nero Award i wie­lu in­nych. W la­tach 2003-2004 pełnił funkcję pre­ze­sa sto­wa­rzy­sze­nia My­ste­ry Wri­ters of Ame­ri­ca.

www.mi­cha­el­con­nel­ly.com

Tytuł ory­gi­nału: THE FI­FTH WIT­NESS

Co­py­ri­ght © Hie­ro­ny­mus Inc. 2011 All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Lit­tle, Brown & Co., New York, USA

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Łukasz Pra­ski 2014

Re­dak­cja: Piotr Choj­nac­ki

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-032-7

Wy­daw­ca WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KURYŁOWICZ Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wawww.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Tego au­to­ra

STRACH NA WRÓBLE

TE­LE­FON

Mic­key Hal­ler

PRAW­NIK Z LIN­COL­NA

OŁOWIA­NY WY­ROK

OSKARŻYCIEL

PIĄTY ŚWIA­DEK

BO­GO­WIE WINY

Har­ry Bosch

WY­DZIAŁ SPRAW ZA­MKNIĘTYCH

DZIE­WIĘĆ SMOKÓW

UPA­DEK

CZAR­NE PUDEŁKO

Dla Den­ni­sa Woj­cie­chow­skie­goz mnóstwem po­dziękowań

CZĘŚĆ I

Ma­gicz­ne słowa

Roz­dział 1

Pani Pena spoj­rzała na mnie z dru­gie­go końca tyl­ne­go sie­dze­nia i błagal­nym ge­stem uniosła ręce. Ostat­nią prośbę po­sta­no­wiła skie­ro­wać bez­pośred­nio do mnie, mówiąc z wyraźnym ak­cen­tem po an­giel­sku.

– Pan pomoże, pa­nie Mic­key, proszę.

Zerknąłem na Ro­ja­sa, który sie­dział z przo­du, odwrócony do nas, choć nie mu­siał tłuma­czyć. Po­tem przez okno spoj­rzałem po­nad ra­mie­niem pani Peny na bu­dy­nek, który pragnęła za wszelką cenę utrzy­mać. Był to bla­doróżowy dom z dwie­ma sy­pial­nia­mi i li­chym ogródkiem za ogro­dze­niem z siat­ki. Be­to­no­wy sto­pień pro­wadzący na ga­nek po­kry­wało graf­fi­ti, nie­czy­tel­ne z wyjątkiem licz­by 13. To nie był ad­res. To było ślu­bo­wa­nie wier­ności.

Wresz­cie mój wzrok znów spoczął na pani Pe­nie. Miała czter­dzieści czte­ry lata, a jej udręczo­na twarz była na swój sposób atrak­cyj­na. Wy­cho­wy­wała sa­mot­nie trzech na­sto­let­nich synów i od dzie­więciu mie­sięcy nie płaciła rat hi­po­tecz­nych. Bank zajął nie­ru­cho­mość i za­mie­rzał ją sprze­dać.

Li­cy­tację za­pla­no­wa­no za trzy dni. Nie li­czyło się to, że dom był nie­wie­le wart i że stał w opa­no­wa­nej przez gan­gi dziel­ni­cy południo­we­go Los An­ge­les. I tak ktoś by go kupił, a pani Pena z właści­ciel­ki stałaby się na­jem­czy­nią – oczy­wiście pod wa­run­kiem, że nowy właści­ciel nie po­sta­no­wiłby jej wy­eks­mi­to­wać. Przez wie­le lat ko­rzy­stała z ochro­ny gan­gu Flo­ren­cia 13, ale cza­sy się zmie­niły i lo­jal­ność wo­bec nie­go nie mogła jej już w ni­czym pomóc. Był jej po­trzeb­ny praw­nik. Po­trze­bo­wała mnie.

– Po­wiedz jej, że zro­bię wszyst­ko, co się da – zwróciłem się do Ro­ja­sa. – Że pra­wie na pew­no uda mi się wstrzy­mać li­cy­tację i za­kwe­stio­no­wać za­sad­ność eg­ze­ku­cji. Przy­najm­niej przy­ha­mu­je­my rozwój wy­padków i zy­ska­my czas na opra­co­wa­nie długo­fa­lo­we­go pla­nu. Może jakoś sta­nie na nogi.

Po­ki­wałem głową i cze­kałem, aż Ro­jas przetłuma­czy. Pra­co­wał u mnie jako kie­row­ca i tłumacz, odkąd wy­ku­piłem pa­kiet re­kla­mo­wy w hisz­pańskojęzycz­nych sta­cjach ra­dio­wych.

Po­czułem, że w kie­sze­ni wi­bru­je mi komórka. Od­gadłem, że do­stałem SMS-a; sy­gnał połącze­nia byłby dłuższy. Zi­gno­ro­wałem to, a kie­dy Ro­jas skończył tłuma­czyć, wtrąciłem się, za­nim pani Pena zdążyła od­po­wie­dzieć.

– Po­wiedz jej, że musi zro­zu­mieć, że to nie jest roz­wiąza­nie jej pro­blemów. Mogę coś od­wlec i spróbować ne­go­cjo­wać z ban­kiem, ale nie obie­cuję, że nie stra­ci domu. Właści­wie już go stra­ciła. Za­mie­rzam go od­zy­skać, ale tak czy in­a­czej będzie mu­siała so­bie po­ra­dzić z ban­kiem.

Ro­jas przetłuma­czył, pod­kreślając ge­sta­mi niektóre słowa, choć ja tego nie robiłem. Praw­da była taka, że pani Pena w końcu będzie mu­siała opuścić dom. Cho­dziło tyl­ko o to, jak długo miałem pro­wa­dzić jej sprawę. Gdy­by chciała złożyć wnio­sek o ogłosze­nie upadłości kon­su­menc­kiej, ozna­czałoby to, że będę jej bro­nił przed eg­ze­kucją jesz­cze rok. Nie mu­siała jed­nak po­dej­mo­wać na ra­zie ta­kiej de­cy­zji.

– Po­wiedz jej, że musi mi też zapłacić za moją pracę. Po­daj jej gra­fik. Tysiąc z góry i har­mo­no­gram mie­sięcznych opłat.

– Ile mie­sięcznie i jak długo?

Znów po­pa­trzyłem na dom. Pani Pena za­pra­szała mnie do środ­ka, ale wolałem prze­pro­wa­dzić tę roz­mowę w sa­mo­cho­dzie. Byłem na te­ry­to­rium walk gangów i sie­działem w swo­im lin­col­nie town car BPS. Skrót ozna­czał Bal­li­stic Pro­tec­tion Se­ries, czy­li wóz był od­por­ny jak czołg. Kupiłem go od wdo­wy po za­mor­do­wa­nym członku kar­te­lu nar­ko­ty­ko­we­go z Si­na­loa. Sa­mochód miał pan­cer­ne bla­chy w drzwiach, a ku­lo­od­por­ne szy­by składały się z trzech warstw la­mi­no­wa­ne­go szkła. Szy­by w oknach różowe­go domu pani Pena nie były ku­lo­od­por­ne. Od człowie­ka z Si­na­loa na­uczyłem się, że nie należy bez ko­niecz­ności wy­cho­dzić z sa­mo­cho­du.

Pani Pena wyjaśniła mi wcześniej, że mie­sięczna rata kre­dy­tu hi­po­tecz­ne­go, który prze­stała spłacać przed dzie­więcio­ma mie­siącami, wy­no­siła sie­dem­set do­larów. Miała nadal nie płacić rat, gdy będę pro­wa­dził jej sprawę, tak długo, jak uda mi się po­wstrzy­mać bank, więc można było za­ro­bić.

– Po­wiedz­my, że dwieście pięćdzie­siąt mie­sięcznie. Do­sta­nie zniżkę. Daj jej wyraźnie do zro­zu­mie­nia, że do­brze na tym wyj­dzie i że nie wol­no się jej spóźniać z zapłatą. Możemy przyjąć kartę kre­dy­tową, jeżeli ma jesz­cze jakąś z po­kry­ciem. Upew­nij się tyl­ko, czy jest ważna do dwa tysiące dwu­na­ste­go.

Gdy Ro­jas tłuma­czył, znów używając gestów i o wie­le większej licz­by słów niż ja, wyciągnąłem te­le­fon. Wia­do­mość była od Lor­ny Tay­lor.

Za­dzwoń jak naj­szyb­ciej.

Za­mie­rzałem skon­tak­to­wać się z nią po spo­tka­niu z klientką. Ty­po­we biu­ro praw­ne miało zwy­kle me­nedżera kan­ce­la­rii i se­kre­tarkę. Moja kan­ce­la­ria znaj­do­wała się jed­nak na tyl­nym sie­dze­niu lin­col­na, więc Lor­na zaj­mo­wała się spra­wa­mi ad­mi­ni­stra­cyj­ny­mi i od­bie­rała te­le­fo­ny w swo­im miesz­ka­niu w West Hol­ly­wo­od, które dzie­liła z moim de­tek­ty­wem.

Moja mat­ka uro­dziła się w Mek­sy­ku, ale nig­dy nie dawałem po so­bie po­znać, jak do­brze ro­zu­miałem jej oj­czy­sty język. Od­po­wiedź pani Peny pojąłem – przy­najm­niej z grub­sza. Mimo to po­zwo­liłem Ro­ja­so­wi przetłuma­czyć jej słowa. Obie­cała, że przy­nie­sie z domu tysiąc do­larów za­licz­ki i będzie su­mien­nie płaciła mie­sięczne raty. Mnie, nie ban­ko­wi. Do­szedłem do wnio­sku, że jeżeli uda mi się przedłużyć jej po­byt w domu do roku, za­ro­bię na tym w su­mie czte­ry tysiące. Nieźle jak na pracę, którą miałem wy­ko­nać. Praw­do­po­dob­nie już nig­dy nie zo­baczę pani Peny. Złożę po­zew kwe­stio­nujący eg­ze­kucję i po­sta­ram się prze­ciągać sprawę. Być może w ogóle moja obec­ność na sali roz­praw okaże się nie­po­trzeb­na. Sądową ro­botę od­wa­li moja młoda wspólnicz­ka. Pani Pena będzie za­do­wo­lo­na, ja też. W końcu jed­nak dom pójdzie pod młotek. Jak za­wsze.

Uznałem, że tra­fiła mi się nie­zbyt skom­pli­ko­wa­na spra­wa, choć pani Pena nie będzie życz­li­wie uspo­so­bioną klientką. Większość mo­ich klientów prze­sta­wała spłacać kre­dy­ty, kie­dy tra­ciła pracę albo przeżyła jakąś ka­ta­strofę zdro­wotną. Pani Pena prze­stała płacić, gdy jej trzej sy­no­wie tra­fili za krat­ki za han­del nar­ko­ty­ka­mi i na­gle zo­stała odcięta od co­ty­go­dnio­we­go wspar­cia fi­nan­so­we­go. Wie­działem, że to zda­rze­nie nie po­pra­wi jej re­pu­ta­cji. Ale bank nie grał z nią fair. Przej­rzałem akta, które miałem w lap­to­pie. Zna­lazłem po­twier­dze­nia, że wysyłano noty z żąda­niem zapłaty, a po­tem z za­po­wie­dzią przejęcia nie­ru­cho­mości. Tyle że według pani Peny żadna z tych not nig­dy do niej nie do­tarła. Wie­rzyłem w to. Po tej dziel­ni­cy doręczy­cie­le sądowi nie po­ru­szają się swo­bod­nie. Po­dej­rze­wałem, że za­wia­do­mie­nia lądowały w ko­szu, a doręczy­ciel po pro­stu kłamał, że do­star­czył je ad­re­sat­ce. Gdy­bym to umiał udo­wod­nić, mógłbym wy­ko­rzy­stać ten ar­gu­ment i bank od­cze­piłby się od pani Peny.

Na tym opie­rałaby się moja obro­na. Bied­na ko­bie­ta nig­dy nie zo­stała w należyty sposób uprze­dzo­na przed za­grożeniem. Bank ją wy­ko­rzy­stał i przystąpił do eg­ze­ku­cji, nie dając oka­zji do spłaty za­ległości, za co po­wi­nien zo­stać skar­co­ny przez sąd.

– No do­bra, je­steśmy umówie­ni – oznaj­miłem. – Po­wiedz jej, żeby poszła po pie­niądze, a ja wy­dru­kuję umowę i po­kwi­to­wa­nie. Jesz­cze dzi­siaj się tym zaj­mie­my.

Uśmiechnąłem się i skinąłem głową pani Pe­nie. Ro­jas przetłuma­czył, a po­tem wy­sko­czył z sa­mo­cho­du, żeby otwo­rzyć jej drzwi.

Kie­dy pani Pena opuściła lin­col­na, otwo­rzyłem w lap­to­pie sza­blon umo­wy po hisz­pańsku i wypełniłem go niezbędny­mi na­zwi­ska­mi i cy­fra­mi. Przesłałem umowę do dru­kar­ki za­mon­to­wa­nej wraz z inną elek­tro­niką na przed­nim fo­te­lu sa­mo­cho­du. Następnie za­brałem się do wy­pi­sy­wa­nia po­kwi­to­wa­nia wpłaty na mój ra­chu­nek po­wier­ni­czy prze­zna­czo­ny na ho­no­ra­ria. Wszyst­ko od­by­wało się przej­rzyście i le­gal­nie. Za­wsze. Tyl­ko w ten sposób kor­po­ra­cja ad­wo­kac­ka Ka­li­for­nii nie mogła się do ni­cze­go przy­cze­pić. Sa­mochód miałem ku­lo­od­por­ny, ale najczęściej mu­siałem uważać na ko­legów po fa­chu.

To był trud­ny rok dla Kan­ce­la­rii Ad­wo­kac­kiej Mi­cha­el Hal­ler i Wspólni­cy. Z po­wo­du re­ce­sji go­spo­dar­ki spra­wy kar­ne pra­wie zupełnie za­nikły. Oczy­wiście licz­ba przestępstw nie zma­lała. W Los An­ge­les zbrod­nia kwitła nie­za­leżnie od sta­nu go­spo­dar­ki, ale wypłacal­nych klientów było jak na le­kar­stwo. Od­no­siło się wrażenie, jak gdy­by nikt nie miał pie­niędzy na ad­wo­ka­ta. W kon­se­kwen­cji pro­ku­ra­tu­ra pękała w szwach od spraw i klientów, pod­czas gdy tacy jak ja przy­mie­ra­li głodem.

Miałem spo­ro wy­datków i czter­na­sto­let­nie dziec­ko w pry­wat­nej szko­le, które ile­kroć w roz­mo­wie po­ja­wił się te­mat col­le­ge’u, za­czy­nało mówić o Uni­ver­si­ty of So­uthern Ca­li­for­nia. Mu­siałem coś zro­bić i wy­ko­nałem ruch, który kie­dyś uważałem za nie do przyjęcia: zająłem się spra­wa­mi cy­wil­ny­mi. Je­dyną prężnie działającą dzie­dziną biz­ne­su praw­ne­go stała się obro­na w spra­wach eg­ze­ku­cyj­nych. Wziąłem udział w kil­ku se­mi­na­riach pro­wa­dzo­nych przez kor­po­rację, żeby być na bieżąco z te­matem, a po­tem zacząłem za­miesz­czać re­kla­my w dwóch języ­kach. Stwo­rzyłem parę stron in­ter­ne­to­wych i zacząłem ku­po­wać od okręgo­we­go urzędu re­je­stro­we­go spi­sy wniosków o eg­ze­kucję. W ten sposób moją klientką zo­stała pani Pena. Dzięki re­kla­mie bez­pośred­niej. Jej na­zwi­sko fi­gu­ro­wało na liście, więc wysłałem do niej list po hisz­pańsku, ofe­rując swo­je usługi. Po­wie­działa mi po­tem, że mój list był dla niej pierw­szym sy­gnałem, iż gro­zi jej zajęcie nie­ru­cho­mości.

Po­wia­da się, że przyjdą, jeżeli zbu­du­jesz. To praw­da. Miałem tyle pra­cy, że le­d­wie so­bie z nią ra­dziłem – jesz­cze dziś po spo­tka­niu z panią Peną miałem roz­ma­wiać z sześcio­ma klien­ta­mi – i po raz pierw­szy kan­ce­la­ria Mi­cha­el Hal­ler i Wspólni­cy mu­siała za­trud­nić praw­dzi­we­go współpra­cow­ni­ka. Ogólno­kra­jo­wa epi­de­mia zaj­mo­wa­nia nie­ru­cho­mości roz­prze­strze­niała się już wol­niej, ale by­najm­niej nie wy­ga­sała. W okręgu Los An­ge­les mogłem z tego żyć jesz­cze przez długie lata.

Każda spra­wa przy­no­siła zysk w wy­so­kości za­le­d­wie czte­rech czy pięciu tysięcy, ale w tym okre­sie mo­je­go życia za­wo­do­we­go ilość brała górę nad jakością. Miałem w ter­mi­na­rzu po­nad dzie­więćdzie­sięciu klientów, których bro­niłem przed przejęciem nie­ru­cho­mości przez bank. Moja córka mogła już na pew­no pla­no­wać stu­dia na USC. Co tam stu­dia – mogła na­wet zacząć myśleć o ma­gi­ste­rium.

Niektórzy uważali, że sam je­stem częścią pro­ble­mu i że po­ma­gam tyl­ko no­to­rycz­nym dłużni­kom oszu­ki­wać sys­tem, od­wle­kając uzdro­wie­nie całej go­spo­dar­ki. Taka cha­rak­te­ry­sty­ka na pew­no pa­so­wała do kil­ku mo­ich klientów. Większość z nich uważałem jed­nak za ofia­ry, naj­pierw oma­mio­ne ame­ry­kańskim ma­rze­niem o własnym domu i wro­bio­ne w kre­dy­ty, choć nie spełniały żad­nych wa­runków, aby je otrzy­mać, a po­tem oszu­ka­ne jesz­cze raz, gdy bańka pękła, a po­zba­wie­ni skru­pułów wie­rzy­cie­le przy­puścili na nich sza­leńczy atak, bez­li­tośnie zaj­mując ich nie­ru­cho­mości. Nie­gdy­siej­si dum­ni właści­cie­le domów w większości nie mie­li żad­nych szans w star­ciu ze sprawną pro­ce­durą postępowań eg­ze­ku­cyj­nych sta­nu Ka­li­for­nia. Bank nie po­trze­bo­wał na­wet zgo­dy sędzie­go, aby ode­brać komuś dom. Wiel­kie umysły fi­nan­sje­ry uważały, że to je­dy­na dro­ga. Nie ma się co roz­tkli­wiać. Im szyb­ciej kry­zys sięgnie dna, tym prędzej roz­pocz­nie się uzdro­wie­nie eko­no­mii. Cie­ka­we, co na to pani Pena.

Krążyła teo­ria, że to wszyst­ko spi­sek naj­większych banków w kra­ju, aby pod­ważyć pra­wa do własności, utrud­nić działanie sys­te­mu sądo­we­go i zbu­do­wać sa­mo­napędzający się prze­mysł eg­ze­ku­cyj­ny, dzięki cze­mu czer­pałyby ko­rzyści z całej sy­tu­acji. Oso­biście nie bar­dzo w to wie­rzyłem. Mimo to w trak­cie krótkiej prak­ty­ki w tej dzie­dzi­nie pra­wa wi­działem dość nie­etycz­nych po­staw tak zwa­nych uczci­wych biz­nes­menów, którzy często po­su­wa­li się do zwykłego ra­bun­ku, że za­czy­nałem tęsknić za sta­roświec­kim pra­wem kar­nym.

Ro­jas cze­kał przed sa­mo­cho­dem na powrót pani Peny z pie­niędzmi. Spoj­rzałem na ze­ga­rek i za­uważyłem, że możemy się spóźnić na następne spo­tka­nie – w spra­wie przejęcia nie­ru­cho­mości ko­mer­cyj­nej w Comp­ton. Sta­rałem się łączyć ter­mi­ny kon­sul­ta­cji z klien­ta­mi miesz­kającymi nie­da­le­ko sie­bie, żeby oszczędzić czas, ben­zynę i liczbę prze­je­cha­nych ki­lo­metrów. Dzi­siaj pra­co­wałem w południo­wej części mia­sta. Ju­tro za­mie­rzałem prze­nieść się do wschod­nie­go Los An­ge­les. Dwa dni w ty­go­dniu spędzałem w sa­mo­cho­dzie, pod­pi­sując umo­wy z no­wy­mi klien­ta­mi. Resztę cza­su poświęcałem pra­cy nad spra­wa­mi.

– Szyb­ciej, pani Pena – po­wie­działem. – Mu­si­my się zwi­jać.

Po­sta­no­wiłem wy­ko­rzy­stać tę chwilę i za­dzwo­nić do Lor­ny. Przed trze­ma mie­siącami zacząłem blo­ko­wać iden­ty­fi­kację mo­je­go nu­me­ru te­le­fo­nu. Gdy pra­co­wałem nad spra­wa­mi kar­ny­mi, nig­dy tego nie robiłem, ale w no­wym wspa­niałym świe­cie obro­ny przed eg­ze­ku­cja­mi nie chciałem, by lu­dzie zna­li mój nu­mer. Do­ty­czyło to zarówno praw­ników wie­rzy­cie­li, jak i mo­ich klientów.

– Kan­ce­la­ria Mi­cha­el Hal­ler i Wspólni­cy – po­wie­działa Lor­na w słuchaw­ce. – Czym mogę…

– To ja. O co cho­dzi?

– Mic­key, mu­sisz na­tych­miast je­chać na ko­mendę w Van Nuys.

Z jej tonu od­gadłem, że to na­prawdę bar­dzo pil­na spra­wa.

W Van Nuys znaj­do­wała się cen­tral­na ko­men­da po­li­cji Los An­ge­les działającej w roz­ległej Do­li­nie San Fer­nan­do w północ­nej części mia­sta.

– Dzi­siaj pra­cuję na południu. Co się dzie­je?

– Zgarnęli Lisę Tram­mel. Dzwo­niła.

Lisa Tram­mel była klientką. Ściślej mówiąc, moją pierwszą klientką, której bro­niłem przed eg­ze­kucją. Dzięki mnie nie wy­rzu­co­no jej z domu przez osiem mie­sięcy i byłem pe­wien, że mi­nie jesz­cze co naj­mniej rok, za­nim rzu­ci­my osta­teczną bombę ban­kruc­twa. Miała jed­nak głębo­kie po­czu­cie nie­spra­wie­dli­wości, tra­wiła ją fru­stra­cja i nie dawało się jej uspo­koić i nad nią za­pa­no­wać. Zaczęła pa­ra­do­wać przed ban­kiem z trans­pa­ren­tem potępiającym jego nie­uczci­we prak­ty­ki i bez­dusz­ne postępo­wa­nie. Cho­dziła tak, dopóki bank nie po­sta­rał się o wy­da­nie sądo­we­go za­ka­zu zbliżania się do bu­dyn­ku.

– Na­ru­szyła wa­run­ki za­ka­zu? Za­trzy­ma­li ją?

– Mic­key, za­trzy­ma­li ją pod za­rzu­tem mor­der­stwa.

Tego się nie spo­dzie­wałem.

– Mor­der­stwo? Kto jest ofiarą?

– Mówiła, że po­dej­rze­wają ją o zabójstwo Mit­chel­la Bon­du­ran­ta.

Znów na chwilę mnie za­mu­ro­wało. Spoglądając przez okno, zo­ba­czyłem, że pani Pena wy­cho­dzi z domu. W dłoni trzy­mała zwi­tek bank­notów.

– Do­bra, bierz te­le­fon i przełóż resztę dzi­siej­szych spo­tkań. Prze­każ Ci­sco, żeby je­chał do Van Nuys. Tam się spo­tkamy.

– Ja­sne. Chcesz, żeby na popołudnio­we spo­tka­nia po­je­chała Bul­locks?

„Bul­locks” na­zy­wa­liśmy Jen­ni­fer Aron­son, wspólniczkę, którą za­an­gażowałem. Była świeżo po pra­wie na So­uth­we­stern, szko­le mieszczącej się w daw­nym domu to­wa­ro­wym Bul­locks na Wil­shi­re.

– Nie, le­piej niech nie przyj­mu­je no­wych klientów. Po pro­stu przełóż ter­min. Słuchaj, chy­ba mam akta Tram­mel przy so­bie, ale u cie­bie jest li­sta kon­taktów. Znajdź jej siostrę. Lisa ma dziec­ko. Chłopak pew­nie jest w szko­le i ktoś go musi ode­brać, sko­ro Lisa nie może.

Za­le­ca­my każdemu klien­to­wi przed­sta­wie­nie długiej li­sty osób, z którymi można się kon­tak­to­wać, po­nie­waż cza­sem trud­no ich sa­mych zna­leźć, gdy mają się sta­wić w sądzie – albo zapłacić mi za pracę.

– Od tego za­cznę – od­parła Lor­na. – Po­wo­dze­nia, Mic­key.

– Wza­jem­nie.

Za­mknąłem te­le­fon, myśląc o Li­sie Tram­mel. W pew­nym sen­sie nie byłem za­sko­czo­ny, że zo­stała za­trzy­ma­na za zabójstwo człowie­ka, który próbował ode­brać jej dom. Oczy­wiście nie spo­dzie­wałem się, że do tego doj­dzie. Na­wet nie przy­pusz­czałem. Ale w głębi du­szy wie­działem, że coś musi się stać.

Roz­dział 2

Szyb­ko przyjąłem gotówkę od pani Peny i wręczyłem jej po­kwi­to­wa­nie. Obo­je pod­pi­sa­liśmy umowę i do­stała swój eg­zem­plarz. Wziąłem od niej nu­mer kar­ty kre­dy­to­wej, a pani Peny obie­cała mi, że kar­ta wy­trzy­ma obciążenie w wy­so­kości dwu­stu pięćdzie­sięciu do­larów mie­sięcznie, gdy będę dla niej pra­co­wał. Po­dziękowałem ko­bie­cie, podałem jej rękę, a Ro­jas od­pro­wa­dził ją do drzwi domu.

Otwo­rzyłem bagażnik pi­lo­tem i wy­siadłem. Bagażnik lin­col­na był na tyle duży, że mogłem w nim trzy­mać trzy kar­to­no­we pudła z ak­ta­mi i wszyst­kie niezbędne ak­ce­so­ria biu­ro­we. W trze­cim kar­to­nie zna­lazłem teczkę Tram­mel i wyciągnąłem. Wziąłem też wy­tworną aktówkę, którą nosiłem zwy­kle pod­czas wi­zyt na po­ste­run­kach po­li­cji. Kie­dy za­mknąłem klapę bagażnika, uj­rzałem sty­li­zo­waną liczbę 13 wy­ma­lo­waną spray­em na czar­nym la­kie­rze.

– Niech to szlag.

Ro­zej­rzałem się. Trzy podwórka da­lej bawiła się w błocie dwójka dzie­ciaków, ale wy­da­wały się za małe na graf­fi­cia­rzy. Poza tym uli­ca była pu­sta. Dziw­ne. Nie cho­dziło tyl­ko o to, że nie usłyszałem i nie za­uważyłem napaści na swój sa­mochód, do której doszło, gdy roz­ma­wiałem w środ­ku z klientką, ale minęła do­pie­ro pierw­sza, a wie­działem, że większość młodo­cia­nych gang­sterów wsta­je i wita dzień do­pie­ro późnym popołudniem. Te isto­ty pro­wa­dziły noc­ny tryb życia.

Wróciłem z teczką do sa­mo­cho­du. Za­uważyłem, że Ro­jas stoi przed we­randą i gawędzi z panią Peną. Gwizdnąłem, wzy­wając go ge­stem do sa­mo­cho­du. Mu­sie­liśmy je­chać.

Wsiadłem. Ro­jas od­czy­tał znak, wrócił truch­tem do lin­col­na i wsko­czył za kie­row­nicę.

– Do Comp­ton? – spy­tał.

– Nie, zmia­na planów. Mu­si­my je­chać do Van Nuys. I to szyb­ko.

– Do­bra, sze­fie.

Ru­szył, kie­rując się w stronę au­to­stra­dy 110. Do Van Nuys nie pro­wa­dziła bez­pośred­nio żadna au­to­stra­da, mu­sie­liśmy więc wrócić sto dzie­siątą do cen­trum, a stamtąd po­je­chać na północ sto pierwszą. Nie mo­gliśmy so­bie wy­brać w mieście gor­sze­go początku dro­gi.

– Co ci mówiła przy drzwiach? – za­py­tałem Ro­ja­sa.

– Pytała o pana.

– To zna­czy?

– Mówiła, że wygląda pan, jak­by nie po­trze­bo­wał żad­ne­go tłuma­cza.

Skinąłem głową. Często to słyszałem. Przez geny mo­jej mat­ki wyglądałem bar­dziej na miesz­kańca południo­wej niż północ­nej stro­ny gra­ni­cy.

– Chciała też wie­dzieć, czy jest pan żona­ty, sze­fie. Po­wie­działem, że tak. Jak pan chce się jesz­cze raz z nią spo­tkać i sko­rzy­stać, będzie go­to­wa. Ale pew­nie zażyczy so­bie ra­ba­tu.

– Dzięki, Ro­jas – od­parłem oschle. – Ra­bat już do­stała, ale będę pamiętał.

Za­nim otwo­rzyłem akta, prze­winąłem listę kon­taktów w te­le­fo­nie. Szu­kałem na­zwi­ska kogoś z biu­ra de­tek­tywów w Van Nuys, kto mógłby mi udzie­lić in­for­ma­cji. Nie zna­lazłem jed­nak ni­ko­go. Wcho­dziłem w ciem­no w sprawę o mor­der­stwo. To nie był do­bry początek.

Za­mknąłem klapkę te­le­fo­nu i podłączyłem apa­rat do łado­war­ki, po czym otwo­rzyłem teczkę. Lisa Tram­mel zo­stała moją klientką, od­po­wia­dając na sza­blo­nową ko­re­spon­dencję, jaką wysyłałem właści­cie­lom domów za­grożonych eg­ze­kucją. Przy­pusz­czałem, że nie byłem je­dy­nym ad­wo­ka­tem w Los An­ge­les, który to robił. Z ja­kie­goś po­wo­du Lisa od­po­wie­działa aku­rat na mój list.

Każdy praw­nik pro­wadzący pry­watną prak­tykę najczęściej musi wy­bie­rać klientów. Cza­sem wy­bie­ra źle. Lisa była jed­nym z ta­kich przy­padków. Bar­dzo chciałem zacząć pracę na no­wym te­re­nie. Szu­kałem klientów, którzy byli w ta­ra­pa­tach albo zo­sta­li wy­ko­rzy­sta­ni. Lu­dzi zbyt na­iw­nych, aby mo­gli znać swo­je pra­wa i możliwości działania. Szu­kałem ofiar losu i uznałem, że w Li­sie zna­lazłem właśnie taką osobę. Ide­al­nie pa­so­wała do mo­de­lu. Tra­ciła dom z po­wo­du splo­tu oko­licz­ności, które wy­mknęły się jej spod kon­tro­li jak prze­wra­cające się kost­ki do­mi­na. Kre­dy­to­daw­ca prze­ka­zał jej sprawę fir­mie praw­ni­czej, która poszła na skróty w pro­ce­du­rze eg­ze­ku­cji, a na­wet na­ru­szyła parę za­sad. Pod­pi­sałem umowę z Lisą, wy­zna­czyłem jej har­mo­no­gram płatności i podjąłem walkę w jej imie­niu. Spra­wa za­po­wia­dała się nieźle, cie­szyłem się, że będę ją pro­wadzić. Do­pie­ro po­tem Lisa stała się uciążliwą klientką.

Lisa Tram­mel miała trzy­dzieści pięć lat. Była mężatką i matką dzie­więcio­let­nie­go Ty­le­ra. Ro­dzi­na miesz­kała na Mel­ba Ave­nue w Wo­odland Hills. Kie­dy w 2005 roku ona i jej mąż Jef­frey ku­pi­li dom, Lisa uczyła wie­dzy o społeczeństwie w li­ceum Gran­ta, a Jef­frey sprze­da­wał bmw w sa­lo­nie w Ca­la­ba­sas.

Ich dom z trze­ma sy­pial­nia­mi miał hi­po­tekę w wy­so­kości sied­miu­set pięćdzie­sięciu tysięcy do­larów przy sza­cun­ko­wej war­tości dzie­więciu­set tysięcy. Ry­nek trzy­mał się wówczas moc­no, kre­dytów hi­po­tecz­nych było w bród i łatwo było je uzy­skać. Sko­rzy­sta­li z usług pośred­ni­ka, który zna­lazł im ni­sko opro­cen­to­wa­ny kre­dyt z ratą ba­lo­nową pod ko­niec pięcio­let­nie­go okre­su spłaty. Następnie kre­dyt zo­stał do­rzu­co­ny do pa­kie­tu hi­po­tek i po dwóch ce­sjach tra­fił na stałe do We­stLand Fi­nan­cial, spółki córki We­stLand Na­tio­nal, ban­ku z sie­dzibą w Los An­ge­les, którego cen­tra­la znaj­do­wała się w Sher­man Oaks.

Ro­dzi­nie wszyst­ko układało się świet­nie, dopóki Jeff Tram­mel nie uznał, że nie ma już dłużej ocho­ty być mężem i oj­cem. Kil­ka mie­sięcy przed ter­mi­nem płatności sied­miu­set pięćdzie­sięciu tysięcy Jeff ulot­nił się, zo­sta­wiając na par­kin­gu przed Union Sta­tion swo­je służbowe bmw M3, a Lisę ze spłatą ba­lo­nową na głowie.

Mając dziec­ko na utrzy­ma­niu i tyl­ko swo­je do­cho­dy do dys­po­zy­cji, Lisa oce­niła sy­tu­ację i podjęła de­cyzję. Go­spo­dar­ka za­czy­nała się już chwiać i opa­dać jak sa­mo­lot tracący siłę nośną. Żadna in­sty­tu­cja nie zgo­dziłaby się re­fi­nan­so­wać kre­dy­tu oso­bie z pensją na­uczy­cie­la. Lisa prze­stała spłacać raty i igno­ro­wała wszyst­kie pi­sma z ban­ku. Kie­dy nad­szedł ter­min płatności, roz­poczęło się postępo­wa­nie eg­ze­ku­cyj­ne i wte­dy właśnie wkro­czyłem do ak­cji. Przysłałem list Jef­fo­wi i Li­sie, nie wiedząc, że Jeff zniknął już z ho­ry­zon­tu.

Od­po­wie­działa na nie­go Lisa.

Klient uciążliwy to oso­ba, która nie ro­zu­mie cha­rak­te­ru na­szych re­la­cji, na­wet jeśli wyraźnie, cza­sem wie­lo­krot­nie na­kreślam ich gra­ni­ce. Lisa przyszła do mnie z pierw­szym za­wia­do­mie­niem o eg­ze­ku­cji. Przyjąłem jej sprawę i po­le­ciłem spo­koj­nie cze­kać, a sam za­brałem się do pra­cy. Lisa nie po­tra­fiła jed­nak spo­koj­nie cze­kać. Dzwo­niła do mnie co­dzien­nie. Gdy wniosłem sprawę prze­ciw­ko ban­ko­wi, przy­cho­dziła do sądu na ru­ty­no­we po­sie­dze­nia i de­cy­zje o od­ro­cze­niach. Mu­siała być na sali roz­praw, znać każdy mój ruch, zo­ba­czyć każdy list, jaki wysyłałem, wy­py­tać mnie o każdą prze­pro­wa­dzoną roz­mowę te­le­fo­niczną. Często dzwo­niła do mnie i krzy­czała, kie­dy za­uważała, że nie poświęcam jej spra­wie całej uwa­gi. Chy­ba poj­mo­wałem, dla­cze­go jej mąż dał nogę. Mu­siał od niej ucie­kać.

Zacząłem się też oba­wiać o zdro­wie psy­chicz­ne Lisy, u której po­dej­rze­wałem cho­robę dwu­bie­gu­nową. Nie­ustan­ne te­le­fo­ny i okre­sy ak­tyw­ności zda­rzały się cy­klicz­nie. Przy­cho­dziły ty­go­dnie, gdy w ogóle się do mnie nie od­zy­wała, a po­tem ty­go­dnie, kie­dy wy­dzwa­niała co­dzien­nie, po kil­ka razy, dopóki nie usłyszała w słuchaw­ce mo­je­go głosu.

Trzy mie­siące po tym, jak przyjąłem sprawę, Lisa po­in­for­mo­wała mnie, że zo­stała zwol­nio­na z pra­cy przez okręg szkol­ny Los An­ge­les z po­wo­du nie­uspra­wie­dli­wio­nych nie­obec­ności. Wte­dy właśnie zaczęła wspo­mi­nać o żąda­niach od­szko­do­wa­nia od ban­ku, który za­mie­rzał przejąć jej dom. Po­ja­wiło się u niej po­czu­cie, że ma do nich pra­wo. Bank był od­po­wie­dzial­ny za wszyst­ko: za odejście męża, stratę pra­cy, ode­bra­nie domu.

Popełniłem błąd i zdra­dziłem jej niektóre z ze­bra­nych prze­ze mnie in­for­ma­cji i stra­te­gię pro­wa­dze­nia spra­wy. Zro­biłem to, aby ją uspo­koić, żeby wresz­cie prze­stała do mnie wy­dzwa­niać. Po zba­da­niu do­ku­mentów kre­dy­to­wych wyszły na jaw pew­ne niespójności i błędy popełnio­ne pod­czas prze­ka­zy­wa­nia wie­rzy­tel­ności różnym hol­din­gom. Zna­leźliśmy ślady świadczące o oszu­stwie i uznałem, że będę je mógł wy­ko­rzy­stać na rzecz Lisy pod­czas ne­go­cja­cji przed roz­strzy­gnięciem spra­wy.

Te in­for­ma­cje utwier­dziły jed­nak Lisę w prze­ko­na­niu, że jest ofiarą prześla­do­wań ze stro­ny ban­ku. Ani razu nie przy­znała, że pod­pi­sała umowę o kre­dyt i jest zo­bo­wiązana do jego spłaty. W ban­ku wi­działa tyl­ko źródło wszyst­kich swo­ich nieszczęść.

Zaczęła od za­re­je­stro­wa­nia stro­ny in­ter­ne­to­wej www.ca­li­for­nia­fo­rec­lo­su­re­fi­gh­ters.com. Za jej pośred­nic­twem roz­poczęła działalność or­ga­ni­za­cji Dłużnicy Za­grożeni Eg­ze­kucją Prze­ciw­ko Pa­zer­ności, le­piej zna­nej pod skrótem FLAG1 – osten­ta­cyj­nie wy­ko­rzy­stując ame­ry­kańską flagę na swo­ich pro­te­sta­cyj­nych trans­pa­ren­tach. Su­ge­ro­wała w ten sposób, że wal­ka z eg­ze­kucją z nie­ru­cho­mości jest równie ame­ry­kańska jak coca-cola.

Po­tem zaczęła pi­kie­ty przed sie­dzibą We­stLand na Ven­tu­ra Bo­ule­vard. Cza­sem cho­dziła sama, cza­sem ze swo­im syn­kiem, a cza­sem z ludźmi, którym spodo­bały się jej hasła. Nosiła trans­pa­ren­ty potępiające ban­ki za udział w nie­le­gal­nych eg­ze­ku­cjach i wy­rzu­ca­niu na bruk ro­dzin.

Swo­imi działania­mi Lisa szyb­ko ściągnęła na sie­bie uwagę lo­kal­nych mediów. Wie­lo­krot­nie występowała w te­le­wi­zji i za­wsze miała na po­dorędziu ko­men­tarz, w którym wyrażała uczu­cia osób w po­dob­nej sy­tu­acji jak ona, sta­wiając je w roli Bogu du­cha win­nych ofiar epi­de­mii eg­ze­ku­cji, a nie zwykłych nie­wypłacal­nych dłużników. Za­uważyłem na­wet, że w Chan­nel 5 tra­fiła do stałego zbio­ru ma­te­riałów fil­mo­wych i uka­zy­wała się na ekra­nie przy oka­zji każdej re­la­cji związa­nej z przej­mo­wa­niem nie­ru­cho­mości w całym kra­ju albo in­for­ma­cji o sta­ty­sty­kach. Ka­li­for­nia była trze­cim sta­nem w kra­ju pod względem licz­by postępowań eg­ze­ku­cyj­nych z nie­ru­cho­mości, a ich cen­trum było Los An­ge­les. Kie­dy in­for­mo­wa­no o tych fak­tach, na ekra­nach te­le­wi­zorów po­ja­wiała się Lisa i jej gru­pa, niosąc ta­bli­ce:

NIE ZA­BIE­RAJ­CIE MI DOMU!DOŚĆ NIE­LE­GAL­NYCH EG­ZE­KU­CJI!

Utrzy­mując, że jej de­mon­stra­cje to nie­le­gal­ne zgro­ma­dze­nia utrud­niające ruch ulicz­ny, We­stLand wystąpił z wnio­skiem do sądu i uzy­skał dla Lisy za­kaz zbliżania się do bu­dyn­ku ban­ku i jego pra­cow­ników na od­ległość mniejszą niż trzy­dzieści metrów. Nie­zrażona tym moja klient­ka za­brała swo­je trans­pa­ren­ty i zwo­len­ników pod gmach sądu okręgo­we­go, gdzie co dzień wy­da­wa­no tytuły eg­ze­ku­cyj­ne.

Mit­chell Bon­du­rant był wi­ce­pre­ze­sem We­stLand. Kie­ro­wał wy­działem kre­dytów hi­po­tecz­nych. Na do­ku­men­tach związa­nych z kre­dytem udzie­lo­nym Li­sie Tram­mel na za­kup domu wid­niało jego na­zwi­sko, dla­te­go też fi­gu­ro­wało w całej do­ku­men­ta­cji jej spra­wy. Na­pi­sałem również do nie­go list, przed­sta­wiając w skrócie do­wo­dy nie­uczci­wych prak­tyk, ja­kich dopuściła się fir­ma praw­na wy­najęta przez We­stLand do wy­ko­na­nia brud­nej ro­bo­ty od­bie­ra­nia domów i in­ne­go mie­nia ich klien­tom, którzy nie wywiązy­wa­li się ze spłat kre­dytu.

Lisa miała pra­wo wglądu we wszyst­kie do­ku­men­ty związane ze swoją sprawą. Do­stała kopię li­stu i resz­ty pa­pierów. Mimo że to Bon­du­rant uosa­biał per­fi­dię ban­ku próbującego ode­brać Li­sie dom, nie mie­szał się do awan­tu­ry, cho­wając się za ple­ca­mi ban­ko­we­go ze­społu praw­ne­go. Nie za­re­ago­wał na mój list i nig­dy go nie spo­tkałem. Nie wie­działem, czy Lisa Tram­mel kie­dy­kol­wiek z nim roz­ma­wiała ani czy go wi­działa. Te­raz jed­nak nie żył, a Lisa zo­stała za­trzy­ma­na.

Zje­cha­liśmy ze sto pierw­szej na Van Nuys Bo­ule­vard i ru­szy­liśmy na północ. Cen­trum ad­mi­ni­stra­cyj­ne sta­no­wił plac oto­czo­ny dwo­ma gma­cha­mi sądo­wy­mi, bu­dyn­kiem bi­blio­te­ki, ad­mi­ni­stra­cji miej­skiej oraz sie­dzibą po­li­cyj­ne­go biu­ra Do­li­ny San Fer­nan­do, do którego należała ko­men­da Van Nuys. Wokół główne­go kom­plek­su znaj­do­wały się inne bu­dyn­ki in­sty­tu­cji pu­blicz­nych. Za­wsze trud­no tu było za­par­ko­wać, ale tym aku­rat nie mu­siałem się przej­mo­wać. Wyciągnąłem te­le­fon i za­dzwo­niłem do Den­ni­sa Woj­cie­chow­skie­go.

– Ci­sco, to ja. Je­steś nie­da­le­ko?

W młodości Woj­cie­chow­ski miał związki z gan­giem mo­to­cy­klo­wym Road Sa­ints, do którego należał już je­den Den­nis. Nikt nie po­tra­fił wymówić na­zwi­ska „Woj­cie­chow­ski”, więc na­zy­wa­li go Ci­sco Kid, po­nie­waż miał ciemną kar­nację i nosił wąsy. Po wąsach daw­no nie było już śladu, ale prze­zwi­sko zo­stało.

– Je­stem już na miej­scu. Spo­tka­my się na ławce przed wejściem na ko­mendę.

– Będę za pięć mi­nut. Roz­ma­wiałeś już z kimś? Nic nie wiem.

– Tak, sprawę pro­wa­dzi twój do­bry kum­pel Kur­len. Ofia­ra to Mit­chell Bon­du­rant, zna­le­zio­no go o dzie­wiątej rano w pod­ziem­nym par­kin­gu w bu­dyn­ku We­stLand na Ven­tu­ra. Leżał na zie­mi między dwo­ma sa­mo­cho­da­mi, nie wia­do­mo jak długo. Zginął na miej­scu.

– Zna­my już przy­czynę śmier­ci?

– To właśnie trochę mętna spra­wa. Naj­pierw ogłosi­li, że zo­stał za­strze­lo­ny, bo je­den z pra­cow­ników na in­nym po­zio­mie par­kin­gu po­wie­dział pa­tro­lo­wi, że słyszał dwa huki, jak­by strzały. Ale z oględzin zwłok na miej­scu wy­ni­ka, że zo­stał zatłuczo­ny na śmierć. Do­stał czymś twar­dym.

– Tam za­trzy­ma­li Lisę Tram­mel?

– Nie, z tego, co wiem, zgarnęli ją z domu w Wo­odland Hills. Muszę jesz­cze po­dzwo­nić, ale na ra­zie wiem mniej więcej tyle. Prze­pra­szam, Mick.

– W porządku. Niedługo wszyst­kie­go się do­wie­my. Kur­len jest na miej­scu czy z po­dej­rzaną?

– Do­wie­działem się, że Tram­mel za­trzy­ma­li on i jego part­ner­ka. Na­zy­wa się Cyn­thia Long­streth i jest de­tek­ty­wem z je­dynką. Nig­dy o niej nie słyszałem.

Ja też o niej nie słyszałem, ale sko­ro była de­tek­ty­wem pierw­sze­go stop­nia, przy­pusz­czałem, że jest nowa w zabójstwach i przy­dzie­lo­no ją Kur­le­no­wi, de­tek­ty­wo­wi trze­cie­go stop­nia, żeby na­brała doświad­cze­nia. Wyj­rzałem przez okno. Mi­ja­liśmy sa­lon BMW, więc przy­po­mniał mi się mąż Lisy, który sprze­da­wał auta tej mar­ki, za­nim po­sta­no­wił po­dziękować za udział w małżeństwie i uciec. Cie­ka­we, czy Jeff Tram­mel po­ja­wi się, sko­ro jego żona zo­stała za­trzy­ma­na pod za­rzu­tem mor­der­stwa. Za­opie­ku­je się sy­nem, którego po­rzu­cił?

– Mam spro­wa­dzić Va­len­zu­elę? – za­py­tał Ci­sco. – Pra­cu­je ulicę da­lej.

Fer­nan­do Va­len­zu­ela był poręczy­cie­lem, z którego usług ko­rzy­stałem, pro­wadząc spra­wy w Do­li­nie. Wie­działem jed­nak, że tym ra­zem nie będzie po­trzeb­ny.

– Z tym ra­czej bym się wstrzy­mał. Jeżeli zgarnęli ją za mor­der­stwo, nie ma szans wyjść za kaucją.

– No tak, ja­sne.

– Wiesz, czy wy­zna­czy­li już pro­ku­ra­to­ra?

Myślałem o swo­jej byłej żonie, która pra­co­wała w pro­ku­ra­tu­rze okręgo­wej w Van Nuys. Mogła być cen­nym źródłem in­for­ma­cji – pod wa­run­kiem że nie do­stała tej spra­wy. Wte­dy doszłoby do kon­flik­tu in­te­resów. Nie­raz już się tak zda­rzało. Mag­gie McPher­son nie byłaby za­do­wo­lo­na.

– Nie mam żad­nej wia­do­mości.

Za­sta­na­wiałem się, co po­win­niśmy zro­bić, wiedząc tak nie­wie­le. Miałem prze­czu­cie, że gdy tyl­ko po­li­cja zro­zu­mie, z czym ma do czy­nie­nia – mor­der­stwem, które może zwrócić po­wszechną uwagę na jedną z naj­większych ka­ta­strof fi­nan­so­wych na­szych czasów – na­tych­miast ode­tnie dostęp do wszyst­kich źródeł in­for­ma­cji. Trze­ba było działać szyb­ko.

– Ci­sco, zmie­niłem zda­nie. Nie cze­kaj na mnie. Jedź na miej­sce zda­rze­nia i zbierz, ile się da. Po­ga­daj z ludźmi, za­nim każą im za­mknąć gębę na kłódkę.

– Na pew­no?

– Tak. Sam po­radzę so­bie z pro­ku­ra­to­rem i dam znać, gdy­bym cze­goś po­trze­bo­wał.

– Do­bra, po­wo­dze­nia.

– Na­wza­jem.

Za­mknąłem te­le­fon i spoj­rzałem na tył głowy mo­je­go kie­row­cy.

– Ro­jas, skręć w pra­wo w De­la­no i za­wieź mnie do Syl­mar.

– Nie ma spra­wy.

– Nie wiem, ile mi to zaj­mie cza­su. Wy­sadź mnie, a po­tem wróć na Van Nuys Bo­ule­vard i po­szu­kaj bla­cha­rza. Spy­taj, czy da się jakoś usunąć farbę z tyłu sa­mo­cho­du.

Ro­jas po­pa­trzył na mnie we wstecz­nym lu­ster­ku.

– Jaką farbę?

Roz­dział 3

Po­li­cyj­ny gmach w Van Nuys to czte­ro­piętro­wy bu­dy­nek pełniący wie­le funk­cji. Mieści się w nim ko­men­da Van Nuys, a także ga­bi­ne­ty ko­men­dantów biu­ra Do­li­ny i cen­tral­ny areszt, z którego ko­rzy­sta cała północ­na część mia­sta. Byłem tu przy oka­zji różnych spraw, wie­działem więc, że jak w większości po­ste­runków de­par­ta­men­tu po­li­cji Los An­ge­les, dużych i małych, na­tknę się na licz­ne prze­szko­dy utrud­niające mi kon­takt z klientką.

Za­wsze po­dej­rze­wałem, że funk­cjo­na­riu­sze przyj­mujący in­te­re­santów na ko­mi­sa­ria­tach są wy­bie­ra­ni przez podstępnych przełożonych ze względu na swo­je umiejętności dez­in­for­mo­wa­nia i ma­ta­cze­nia. Jeżeli ktoś w to wątpi, niech wej­dzie na pierw­szy lep­szy po­ste­ru­nek w mieście i po­wie dyżurne­mu po­li­cjan­to­wi, że chce złożyć skargę na ja­kie­goś funk­cjo­na­riu­sza. Niech się prze­ko­na, jak długo po­trwa od­na­le­zie­nie właści­we­go for­mu­la­rza. Gli­nia­rze za biur­kiem na po­ste­run­ku są zwy­kle młodzi, mało roz­gar­nięci i nie­do­ucze­ni albo sta­rzy i nie­czu­li – ci działają z całko­witą pre­me­dy­tacją.

Na ko­men­dzie Van Nuys po­wi­tał mnie funk­cjo­na­riusz w wy­pra­so­wa­nym mun­du­rze, z na­zwi­skiem CRIM­MINS na­dru­ko­wa­nym na pla­kiet­ce. Był si­wowłosym we­te­ra­nem, po­tra­fił więc zna­ko­mi­cie zmie­rzyć człowie­ka ciężkim i nie­przy­ja­znym spoj­rze­niem. Za­de­mon­stro­wał tę umiejętność, kie­dy przed­sta­wiłem się jako ad­wo­kat i wyjaśniłem, że w biu­rze de­tek­tywów cze­ka na mnie klient­ka. W od­po­wie­dzi za­cisnął usta i wska­zał mi rząd pla­sti­ko­wych krze­seł, gdzie miałem po­tul­nie zacze­kać, aż uzna za sto­sow­ne za­dzwo­nić na górę.

Po­li­cjant w ty­pie Crim­min­sa jest przy­zwy­cza­jo­ny, że ma do czy­nie­nia z zalęknio­ny­mi ludźmi, którzy robią dokład­nie to, co im po­wie, bo za bar­dzo się boją zro­bić co in­ne­go. Nie należałem do tej ka­te­go­rii.

– Nie, nic z tego – oznaj­miłem.

Crim­mins przy­mrużył oczy. Przez cały dzień nikt nie sprze­ci­wiał się jego woli – a co do­pie­ro obrońca kry­mi­na­listów – z ak­cen­tem na „kry­mi­na­listów”. W pierw­szym od­ru­chu uru­cho­mił ar­se­nał sar­ka­zmu.

– Czyżby?

– Owszem. Niech pan weźmie te­le­fon i za­dzwo­ni na górę do de­tek­ty­wa Kur­le­na. Proszę po­wie­dzieć, że idzie do nie­go Mic­key Hal­ler i jeżeli w ciągu dzie­sięciu mi­nut nie zo­baczę się ze swoją klientką, pójdę na drugą stronę pla­cu do sądu i po­roz­ma­wiam z sędzią Mil­l­sem.

Wy­mie­niw­szy to na­zwi­sko, zro­biłem znaczącą pauzę.

– Na pew­no pan wie, że na szczęście dla mnie sędzia Ro­ger Mills był obrońcą w spra­wach kar­nych, za­nim zo­stał wy­bra­ny na urząd. Wte­dy nie lubił tra­cić cza­su przez po­licję, a kie­dy usłyszy o tym, co się tu dzie­je, też mu się to nie spodo­ba. We­zwie pana i Kur­le­na do sądu i każe wam wyjaśnić, dla­cze­go wciąż utrud­nia­cie oby­wa­te­lo­wi ko­rzy­sta­nie z kon­sty­tu­cyj­ne­go pra­wa do kon­sul­ta­cji z ad­wo­ka­tem. Kie­dy ostat­nim ra­zem zda­rzyło się coś po­dob­ne­go, sędzie­mu Mil­l­so­wi nie po­do­bały się od­po­wie­dzi i wle­pił człowie­ko­wi, który sie­dział na tym sa­mym miej­scu co pan, pięćset do­larów grzyw­ny.

Crim­mins pa­trzył na mnie z taką miną, jak gdy­by nie nadążał za po­to­kiem mo­ich słów. Pew­nie wolał krótkie zda­nia. Za­mru­gał dwa razy i sięgnął po te­le­fon. Usłyszałem, jak ci­cho na­ra­dza się z Kur­le­nem. Po chwi­li odłożył słuchawkę.

– Znasz drogę, cwa­niacz­ku?

– Znam drogę. Dziękuję za po­moc, Crim­mins.

– Jesz­cze się po­li­czy­my.

Wy­ce­lo­wał we mnie pa­lec jak lufę pi­sto­le­tu, aby mógł się po­tem po­cie­szać myślą, jak świet­nie so­bie po­ra­dził z tym su­kin­sy­nem ad­wo­ka­tem. Skręciłem do wnęki w ko­ry­ta­rzu, gdzie – jak wie­działem – była win­da.

Na trze­cim piętrze cze­kał na mnie uśmiech­nięty de­tek­tyw Ho­ward Kur­len. Nie był to życz­li­wy uśmiech. Kur­len spoglądał na mnie z miną kota, który właśnie pożarł ka­nar­ka.

– Do­brze się pan bawił na dole, me­ce­na­sie?

– Tak, do­sko­na­le.

– No ale tu się pan spóźnił.

– Jak to? Już ją aresz­to­wa­liście?

Rozłożył ręce w geście uda­wa­nej skru­chy.

– Za­baw­ne. Moja part­ner­ka wy­pro­wa­dziła ją stąd tuż przed te­le­fo­nem z dołu.

– Cóż za zbieg oko­licz­ności. Mimo to chcę po­roz­ma­wiać z klientką.

– Będzie pan mu­siał przejść do aresz­tu.

Ozna­czałoby to praw­do­po­dob­nie do­dat­kową go­dzinę cze­ka­nia.

Właśnie dla­te­go Kur­len się uśmie­chał.

– Na pew­no nie może po­pro­sić pan part­ner­ki, żeby zawróciła i przy­pro­wa­dziła ją z po­wro­tem? To nie po­trwa długo.

Po­wie­działem to, choć miałem wrażenie, że ga­dam do ścia­ny. Kur­len za­sko­czył mnie jed­nak i wyciągnął te­le­fon. Wcisnął przy­cisk szyb­kie­go wy­bie­ra­nia. Albo był to sta­ran­nie przy­go­to­wa­ny kawał, albo rze­czy­wiście za­mie­rzał spełnić moją prośbę. Miałem z Kur­lenem swo­je przejścia. Star­liśmy się w paru daw­nych spra­wach. Nie­raz próbowałem pod­ważyć jego wia­ry­god­ność, kie­dy ze­zna­wał w pro­ce­sie. Rzad­ko mi się uda­wało, ale z po­wo­du tych doświad­czeń trud­no było po­tem oka­zy­wać so­bie ser­decz­ność. Mimo to wyświad­czał mi przysługę i nie bar­dzo wie­działem dla­cze­go.

– To ja – rzu­cił do te­le­fo­nu Kur­len. – Przy­pro­wadź ją z po­wro­tem.

Słuchał przez chwilę.

– Bo tak mówię. Przy­pro­wadź ją i już.

Rozłączył się, nie mówiąc part­ner­ce nic więcej, i po­pa­trzył na mnie.

– Jest pan moim dłużni­kiem, Hal­ler. Mógłbym panu kazać cze­kać ze dwie go­dzi­ny. I kie­dyś na pew­no bym tak zro­bił.

Ru­szył w kie­run­ku biu­ra de­tek­tywów. Dał mi znak, żebym po­szedł za nim. Idąc, stwier­dził od nie­chce­nia:

– No więc kie­dy po­pro­siła, żebyśmy po pana za­dzwo­ni­li, po­wie­działa, że bro­ni pan jej w postępo­wa­niu eg­ze­ku­cyj­nym.

– Zga­dza się.

– Moja sio­stra się roz­wiodła i też wpa­ko­wała się w po­dob­ny pasz­tet.

Zro­zu­miałem. Coś za coś.

– Chce pan, żebym z nią po­roz­ma­wiał?

– Nie, chcę tyl­ko wie­dzieć, czy le­piej wal­czyć, czy po pro­stu mieć to jak naj­szyb­ciej za sobą.

Biu­ro wyglądało, jak­by czas za­trzy­mał się tu w la­tach sie­dem­dzie­siątych ubiegłego wie­ku. Li­no­leum na podłodze, ścia­ny w dwóch od­cie­niach żółci i sza­re przy­działowe biur­ka z krawędzia­mi blatów za­bez­pie­czo­ny­mi gu­mową taśmą. Kur­len stał, cze­kając, aż wróci jego part­ner­ka z moją klientką.

Wyciągnąłem z kie­sze­ni wi­zytówkę i podałem mu.

– Roz­ma­wia pan z człowie­kiem, który wal­czy, więc od­po­wiedź może być tyl­ko jed­na. Nie mógłbym wziąć tej spra­wy z po­wo­du kon­flik­tu in­te­resów między nami, ale niech sio­stra za­dzwo­ni do kan­ce­la­rii. Skon­tak­tu­je­my ją z kimś do­brym. I niech się na pana powoła.

Kur­len skinął głową, po czym wziął ze swo­je­go biur­ka pudełko z płytą DVD i wręczył mi.

– Właści­wie mogę to już panu dać.

Spoj­rzałem na płytę.

– Co to jest?

– Przesłucha­nie pańskiej klient­ki. Zo­ba­czy pan na własne oczy, że prze­sta­liśmy jej za­da­wać py­ta­nia, gdy tyl­ko wymówiła ma­gicz­ne słowa: chcę ad­wo­ka­ta.

– Na pew­no to sprawdzę, de­tek­ty­wie. Po­wie mi pan, dla­cze­go ją po­dej­rze­wa­cie?

– Oczy­wiście. Jest po­dej­rza­na i chce­my jej po­sta­wić za­rzu­ty, bo to zro­biła i przy­znała się, za­nim jesz­cze po­pro­siła o ad­wo­ka­ta. Przy­kro mi, me­ce­na­sie, ale wszyst­ko odbyło się zgod­nie z prze­pi­sa­mi.

Uniosłem DVD, jak gdy­by to była moja klient­ka.

– Twier­dzi pan, że przy­znała się do zabójstwa Bon­du­ran­ta?

– Nie użyła tylu słów. Po­wiem tyl­ko tyle, że do cze­goś się przy­znała i cze­muś za­prze­czyła.

– A czy przy­pad­kiem nie użyła więcej słów, żeby po­wie­dzieć, dla­cze­go to zro­biła?

– Nie mu­siała. Ofia­ra właśnie prze­pro­wa­dzała pro­ce­durę eg­ze­ku­cyjną jej domu. To wy­star­czający mo­tyw. O mo­tyw je­steśmy spo­koj­ni.

Mogłem mu po­wie­dzieć, że się myli i że właśnie sta­ram się prze­rwać pro­ce­durę eg­ze­ku­cyjną, ugryzłem się jed­nak w język. Moje za­da­nie po­le­gało na ze­bra­niu in­for­ma­cji, nie na ich udzie­la­niu.

– Co jesz­cze pan wie, de­tek­ty­wie?

– Nic, co w tej chwi­li mógłbym panu prze­ka­zać. Będzie pan mu­siał po­cze­kać na resztę do ujaw­nie­nia do­wodów.

– Po­cze­kam. Wy­zna­czo­no już pro­ku­ra­to­ra?

– Nic o tym nie słyszałem.

Kur­len wska­zał ru­chem głowy prze­ciw­ległą stronę po­miesz­cze­nia. Kie­dy się odwróciłem, zo­ba­czyłem Lisę Tram­mel, którą pro­wa­dzo­no w stronę drzwi po­ko­ju przesłuchań. Miała ty­po­wy dla za­trzy­ma­nych wy­raz oczu dziec­ka we mgle.

– Ma pan piętnaście mi­nut – rzekł Kur­len. – Tyl­ko dzięki mo­jej uprzej­mości. Uważam, że nie ma po­trze­by wywoływać woj­ny.

Jesz­cze nie, pomyślałem, ru­szając w kie­run­ku po­ko­ju przesłuchań.

– Chwi­leczkę – zawołał za mną Kur­len. – Muszę zaj­rzeć do tecz­ki. Ro­zu­mie pan, prze­pi­sy.

Mówił o mo­jej aktówce z alu­mi­nium po­kry­te­go skórą. Mógłbym się nie zgo­dzić, twierdząc, że prze­szu­ka­nie na­ru­sza za­sa­dy po­uf­ności między ad­wo­ka­tem a klien­tem, ale zależało mi na roz­mo­wie z klientką. Wróciłem do Kur­le­na, położyłem aktówkę na biur­ku i otwo­rzyłem. Wewnątrz były tyl­ko akta spra­wy Lisy Tram­mel, czy­sty no­tat­nik oraz for­mu­la­rze umów i pełno­moc­nictw, które w dro­dze tu­taj wy­dru­ko­wałem w sa­mo­cho­dzie. Do­szedłem do wnio­sku, że Lisa będzie mu­siała pod­pi­sać nowe do­ku­men­ty, po­nie­waż z jej przed­sta­wi­cie­la w spra­wie cy­wil­nej staję się obrońcą w spra­wie kar­nej.

Kur­len szyb­ko przej­rzał za­war­tość aktówki i ge­stem po­zwo­lił mi ją za­mknąć.

– Ręczna ro­bo­ta, włoska skóra – stwier­dził. – Wygląda jak wyjścio­wa tecz­ka di­le­ra nar­ko­tyków. Chy­ba nie za­da­je się pan z niewłaści­wy­mi ludźmi, co, Hal­ler?

Na jego twa­rzy znów po­ja­wił się uśmiech na­je­dzo­ne­go kota. Po­czu­cie hu­mo­ru gli­nia­rzy jest je­dy­ne w swo­im ro­dza­ju.

– Rze­czy­wiście należała kie­dyś do ku­rie­ra – od­parłem. – Mo­je­go klien­ta. Ale tam, dokąd się wy­bie­rał, nie była mu już po­trzeb­na, więc przyjąłem ją w roz­li­cze­niu. Chce pan zo­ba­czyć ta­jemną skrytkę? Dość trud­no ją otwo­rzyć.

– Chy­ba so­bie da­ruję. Niezłe.

Za­mknąłem aktówkę i zawróciłem do po­ko­ju przesłuchań.

– A skóra jest ko­lum­bij­ska – do­rzu­ciłem.

W drzwiach po­ko­ju stała part­ner­ka Kur­le­na. Nie znałem jej, ale nie chciało mi się jej przed­sta­wiać. I tak nie mie­liśmy się trak­to­wać życz­li­wie, poza tym po­dej­rze­wałem, że to taki typ, który po­dając mi rękę, spróbuje ją zmiażdżyć, żeby zro­bić wrażenie na Kur­le­nie.

Przy­stanąłem na pro­gu drzwi, które dla mnie przy­trzy­my­wała.

– Wszyst­kie urządze­nia re­je­strujące są wyłączo­ne, zga­dza się?

– Oczy­wiście.

– Jeżeli nie, będzie to na­ru­sze­nie…

– Zna­my za­sa­dy.

– Ja­sne, ale cza­sa­mi niby przy­pad­kiem o tym za­po­mi­na­cie, praw­da?

– Te­raz ma pan czter­naście mi­nut. Chce pan roz­ma­wiać z klientką czy ze mną?

– Ra­cja.

Wszedłem i drzwi za­mknęły się za mną. Pokój miał dwa na dwa i pół me­tra. Spoj­rzałem na Lisę i położyłem pa­lec na ustach.

– Co? – zdzi­wiła się.

– To zna­czy, że masz się nie od­zy­wać, Liso, dopóki ci nie po­wiem.

W od­po­wie­dzi rozpłakała się rzew­ny­mi łzami, za­wodząc długo i głośno, a po chwi­li jęki przeszły w zupełnie nie­zro­zu­miałe zda­nie. Lisa sie­działa przy kwa­dra­to­wym sto­li­ku na­prze­ciw pu­ste­go krzesła. Szyb­ko je zająłem i położyłem na sto­le aktówkę. Wie­działem, że jest zwrócona twarzą w stronę ukry­tej ka­me­ry, więc na­wet nie odwróciłem się, żeby jej szu­kać. Szczęknąłem za­trza­ska­mi aktówki i przy­ciągnąłem ją do sie­bie, licząc, że ple­ca­mi zasłonię teczkę przed okiem ka­me­ry. Mu­siałem zakładać, że Kur­len i jego part­ner­ka widzą nas i słyszą. Jesz­cze je­den powód, dla którego po­trak­to­wa­li mnie „uprzej­mie”.

Pod­czas gdy prawą ręką wyciągałem po ko­lei no­tat­nik i do­ku­men­ty, lewą otwo­rzyłem skrytkę. Włączyłem przy­cisk zagłusza­cza aku­stycz­ne­go Pa­qu­in 2000. Apa­rat emi­to­wał sy­gnał ra­dio­wy o ni­skiej często­tli­wości, który dez­orien­to­wał wszel­kie urządze­nia podsłucho­we działające w od­ległości ośmiu metrów. Jeżeli Kur­len i jego part­ner­ka nie­le­gal­nie podsłuchi­wa­li naszą roz­mowę, w tym mo­men­cie usłysze­li tyl­ko biały szum.

Aktówka i ukry­te w niej urządze­nie miały pra­wie dzie­sięć lat i o ile wie­działem, ich właści­ciel nadal prze­by­wał w więzie­niu fe­de­ral­nym. Przyjąłem te rze­czy w roz­li­cze­niu co naj­mniej sie­dem lat temu, kie­dy utrzy­my­wałem się głównie z pro­wa­dze­nia spraw nar­ko­ty­ko­wych. Wie­działem, że po­li­cja sta­le próbuje za­sta­wiać co­raz lep­sze pułapki, a w ciągu dzie­sięciu lat tech­ni­ka elek­tro­nicz­ne­go podsłuchi­wa­nia mu­siała przejść przynaj­mniej dwie re­wo­lu­cje. Dla­te­go nie byłem całkiem spo­koj­ny. Wciąż mu­siałem ostrożnie do­bie­rać słowa i miałem na­dzieję, że to samo będzie robiła moja klient­ka.

– Liso, nie będzie­my roz­ma­wiać o wszyst­kim, bo nie wie­my, kto może nas słuchać, ro­zu­miesz?

– Chy­ba tak. Ale co się tu dzie­je? Nie ro­zu­miem, co się dzie­je!

Co­raz bar­dziej pod­no­siła głos, który przy ostat­nim słowie prze­szedł w krzyk. Znałem już ten emo­cjo­nal­ny sche­mat, słyszałem go już kil­ka razy pod­czas na­szych rozmów te­le­fo­nicz­nych, kie­dy pro­wa­dziłem tyl­ko sprawę eg­ze­ku­cji jej domu. Gra szła jed­nak o znacz­nie wyższą stawkę, mu­siałem więc położyć temu kres.

– Dość tego, Liso – oświad­czyłem sta­now­czo. – Nie będziesz na mnie wrzesz­czeć, ro­zu­miesz? Jeżeli mam cię re­pre­zen­to­wać w tej spra­wie, nie możesz na mnie wrzesz­czeć.

– Do­brze, prze­pra­szam, ale oni mówią, że zro­biłam coś, cze­go nie zro­biłam.

– Wiem i będzie­my wal­czyć. Ale nie wrzesz­czeć.

Ściągnęli ją z po­wro­tem jesz­cze przed ofi­cjal­nym aresz­to­wa­niem, więc Lisa wciąż miała na so­bie własne ubra­nie. Na białym T-shir­cie z kwia­to­wym wzo­rem nie do­strzegłem żad­nych śladów krwi. Na po­licz­kach lśniły łzy, ciem­ne włosy były po­tar­ga­ne. Drob­na Lisa w ostrym świe­tle po­ko­ju przesłuchań wy­da­wała się jesz­cze drob­niej­sza.

– Muszę ci zadać kil­ka pytań – zacząłem. – Gdzie byłaś, kie­dy zna­lazła cię po­li­cja?

– W domu. Dla­cze­go mi to robią?

– Posłuchaj mnie, Liso. Mu­sisz się uspo­koić, żebym mógł cię o wszyst­ko spy­tać. To bar­dzo ważne.

– Ale o co cho­dzi? Nikt mi nic nie mówi. Po­wie­dzie­li tyl­ko, że je­stem aresz­to­wa­na za za­mor­do­wa­nie Mit­chel­la Bon­du­ran­ta. Kie­dy? Jak? W ogóle nie zbliżałam się do tego człowie­ka. Nie złamałam wa­runków za­ka­zu.

Uświa­do­miłem so­bie, że byłoby le­piej, gdy­bym wcześniej obej­rzał płytę, którą do­stałem od Kur­le­na. Ale nie­ko­rzyst­na sy­tu­acja na początku spra­wy to w moim fa­chu nic nie­zwykłego.

– Liso, na­prawdę zo­stałaś aresz­to­wa­na pod za­rzu­tem mor­der­stwa Mit­chel­la Bon­du­ran­ta. De­tek­tyw Kur­len, ten star­szy, po­wie­dział mi, że przy­znałaś…

Wrzasnęła i zasłoniła twarz dłońmi. Zo­ba­czyłem, że ma kaj­dan­ki. Znów popłynęły łzy.

– Do ni­cze­go się nie przy­znałam! Nic nie zro­biłam!!!

– Spo­koj­nie, Liso. Po to właśnie je­stem. Żeby cię bro­nić. Mamy jed­nak mało cza­su. Dali mi dzie­sięć mi­nut, a po­tem za­biorą cię do aresz­tu. Muszę…

– Za­mkną mnie?

Niechętnie po­ki­wałem głową.

– A kau­cja?

– W przy­pad­ku za­rzu­tu mor­der­stwa bar­dzo trud­no o zwol­nie­nie za kaucją. A na­wet gdy­by przyjęto mój wnio­sek, nie masz…

W małym po­ko­iku znów roz­legło się prze­raźliwe wy­cie. Stra­ciłem cier­pli­wość.

– Liso, prze­stań!!! Posłuchaj, cho­dzi o two­je życie, ja­sne? Mu­sisz się uspo­koić i mnie posłuchać. Je­stem two­im ad­wo­ka­tem i zro­bię, co się da, żeby cię stąd wyciągnąć, ale to trochę po­trwa. Spróbuj od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nia bez tych wszyst­kich…

– Co z moim sy­nem? Co z Ty­le­rem?

– Ktoś z mo­jej kan­ce­la­rii ma się skon­tak­to­wać z twoją siostrą, żeby mógł z nią zo­stać, dopóki cię stąd nie wyciągnie­my.

Bar­dzo uważałem, żeby nie dawać jej do zro­zu­mie­nia, kie­dy dokład­nie zo­sta­nie zwol­nio­na. Dopóki cię stąd nie wyciągnie­my. Moim zda­niem mogła to być kwe­stia dni, ty­go­dni, a na­wet lat. Być może nie wyj­dzie już nig­dy. Nie należało jed­nak po­da­wać jej żad­nych kon­kretów.

Lisa skinęła głową, jak gdy­by ode­tchnęła z ulgą na wia­do­mość, że syn będzie pod opieką sio­stry.

– A twój mąż? Masz jakiś nu­mer kon­tak­to­wy do nie­go?

– Nie, nie wiem, gdzie jest, zresztą i tak nie chcę, żebyś się z nim kon­tak­to­wał.

– Na­wet jeżeli cho­dzi o two­je­go syna?

– Zwłasz­cza jeżeli cho­dzi o syna. Moja sio­stra do­brze się nim zaj­mie.

Skinąłem głową i nie drążyłem dłużej tego te­ma­tu. Nie była to pora na wy­py­ty­wa­nie jej o nie­uda­ne małżeństwo.

– Do­brze, po­roz­ma­wiaj­my więc spo­koj­nie o tym, co się zda­rzyło dziś rano. Do­stałem od de­tek­tywów DVD, ale naj­pierw chcę wszyst­ko usłyszeć od cie­bie. Po­wie­działaś, że kie­dy zja­wi­li się de­tek­tyw Kur­len i jego part­ner­ka, byłaś w domu. Co robiłaś?

– Sie­działam… sie­działam przy kom­pu­te­rze i wysyłałam e-ma­ile.

– Do kogo?

– Do zna­jo­mych. Do lu­dzi z FLAG. Pisałam im, że spo­tka­my się ju­tro o dzie­siątej przed sądem, i pro­siłam, żeby wzięli ta­bli­ce.

– Do­brze, a kie­dy przy­je­cha­li de­tek­ty­wi, co dokład­nie po­wie­dzie­li?

– Mówił tyl­ko mężczy­zna. Zaczął…

– Kur­len.

– Tak. We­szli i de­tek­tyw zaczął pytać o różne rze­czy. Po­tem po­pro­sił, żebym po­je­chała z nimi na ko­mendę i od­po­wie­działa tam na kil­ka pytań. Chciałam wie­dzieć, o co cho­dzi, po­wie­dział, że o Mit­cha Bon­du­ran­ta. Nie wspo­mi­nał, że umarł czy zo­stał za­mor­do­wa­ny. Zgo­dziłam się. Pomyślałam, że może wresz­cie pro­wadzą śledz­two w jego spra­wie. Nie wie­działam, że w mo­jej.

– A czy po­wie­dział ci, że przysługują ci pew­ne pra­wa, że możesz z nim nie roz­ma­wiać i skon­tak­to­wać się z ad­wo­ka­tem?

– Tak, zupełnie jak w te­le­wi­zji. Po­wie­dział mi o mo­ich pra­wach.

– Kie­dy dokład­nie?

– Kie­dy już tu byliśmy i po­wie­dział, że je­stem aresz­to­wa­na.

– Przy­je­cha­liście tu ra­zem?

– Tak.

– Roz­ma­wiałaś z nim w sa­mo­cho­dzie?

– Nie, pra­wie cały czas gadał przez te­le­fon. Słyszałam, jak mówi „mam ją” czy coś w tym guście.

– Miałaś kaj­dan­ki?

– W sa­mo­cho­dzie? Nie.

Spry­ciarz z tego Kur­le­na. Nie skuł oso­by po­dej­rza­nej o mor­der­stwo i za­ry­zy­ko­wał jazdę z nią jed­nym sa­mo­cho­dem, żeby uśpić jej czuj­ność i nie budząc większych po­dej­rzeń, nakłonić ją do roz­mo­wy. Nie da się za­sta­wić lep­szej pułapki. Dzięki temu oskarżenie mogłoby utrzy­my­wać, że Lisa nie zo­stała jesz­cze aresz­to­wa­na, czy­li wy­po­wia­dała się do­bro­wol­nie.

– No więc przy­wiózł cię tu­taj i zgo­dziłaś się z nim po­roz­ma­wiać.

– Tak. Nie miałam pojęcia, że mnie aresz­tują. Myślałam, że mam po­ma­gać im w śledz­twie.

– Ale Kur­len nie mówił, co to za spra­wa.

– Nie, w ogóle. Do­pie­ro kie­dy usłyszałam, że je­stem aresz­to­wa­na i mogę sko­rzy­stać z te­le­fo­nu. Wte­dy też założyli mi kaj­dan­ki.

Kur­len uciekł się do paru naj­star­szych sztu­czek, które nie zniknęły z re­per­tu­aru po­li­cyj­ne­go, bo wciąż były sku­tecz­ne. Aby wie­dzieć, do cze­go Lisa się przy­znała, jeżeli w ogóle przy­znała się do cze­gokolwiek, mu­siałem obej­rzeć DVD. Była zde­ner­wo­wa­na, więc nie chciałem jej o to wy­py­ty­wać w tej chwi­li, bo zo­stało mi nie­wie­le cza­su. Jak gdy­by na po­twier­dze­nie tego roz­legło się głośne pu­ka­nie do drzwi i czyjś stłumio­ny głos po­in­for­mo­wał mnie, że mam jesz­cze dwie mi­nu­ty.

– W porządku, zajmę się tym, Liso. Mu­sisz jed­nak naj­pierw pod­pi­sać kil­ka do­ku­mentów. Pierw­szy to nowa umo­wa o obronę w spra­wie kar­nej.

Pod­sunąłem jej jed­no­stro­ni­co­wy do­ku­ment, kładąc na nim długo­pis. Lisa przej­rzała tekst.

– Ale ho­no­ra­ria – jęknęła. – Sto pięćdzie­siąt tysięcy do­larów za pro­ces? Nie mogę tyle zapłacić. Nie mam ta­kich pie­niędzy.

– To stan­dar­do­we ho­no­ra­rium, ale tyl­ko w przy­pad­ku, gdy­by doszło do pro­ce­su. A jeżeli cho­dzi o pie­niądze, to do­ty­czy ich resz­ta do­ku­mentów. Ten upo­ważnia mnie do sta­rań o umowę na książkę i film na te­mat spra­wy. Współpra­cuję z agen­tem, który zaj­mu­je się ta­ki­mi rze­cza­mi, i jeżeli znaj­dzie się chętny na kon­trakt, na pew­no do nie­go do­trze. Ostat­ni do­ku­ment daje mi pra­wo za­trzy­ma­nia pie­niędzy uzy­ska­nych z tytułu ta­kiej umo­wy, dopóki nie zo­sta­nie z nich opłaco­na obro­na.

Wie­działem, że jej spra­wa wzbu­dzi duże za­in­te­re­so­wa­nie. Epi­de­mia eg­ze­ku­cji była naj­większą ka­ta­strofą fi­nan­sową w kra­ju. Można było li­czyć, że po­wsta­nie książka czy film, a ja ko­niec końców mogłem na tym za­ro­bić.

Nie wczy­tując się w do­ku­men­ty, wzięła długo­pis i je pod­pi­sała. Scho­wałem pa­pie­ry do aktówki.

– Liso, dam ci te­raz naj­ważniejszą na świe­cie radę. Wysłuchaj jej, a po­tem po­wiedz mi, że zro­zu­miałaś.

– Do­brze.

– Nie roz­ma­wiaj o tej spra­wie z ni­kim oprócz mnie. Nie roz­ma­wiaj z de­tek­ty­wa­mi, ze strażni­ka­mi w aresz­cie, z in­ny­mi osa­dzo­ny­mi, nie roz­ma­wiaj o tym na­wet ze swoją siostrą i sy­nem. Kie­dy ktoś cię za­py­ta… a możesz mi wie­rzyć, że będą pytać… od­po­wiedz po pro­stu, że nie możesz roz­ma­wiać o swo­jej spra­wie.

– Ale nie zro­biłam nic złego. Je­stem nie­win­na! Tyl­ko win­ni nic nie mówią.

Ostrze­gaw­czym ge­stem uniosłem pa­lec.

– My­lisz się i wy­da­je mi się, że nie trak­tu­jesz se­rio tego, co mówię.

– Ależ trak­tuję, na­prawdę.

– W ta­kim ra­zie mnie posłuchaj. Nie roz­ma­wiaj z ni­kim. Do­ty­czy to też te­le­fo­nu w aresz­cie. Wszyst­kie roz­mo­wy są na­gry­wa­ne. Nie mów o swo­jej spra­wie przez te­le­fon, na­wet ze mną.

– W porządku, ro­zu­miem.

– Jeżeli to ci ma po­pra­wić sa­mo­po­czu­cie, możesz od­po­wia­dać na wszyst­kie py­ta­nia: „Nie je­stem win­na za­rzu­ca­nych mi czynów, ale za radą mo­je­go ad­wo­ka­ta nie będę roz­ma­wiać o tej spra­wie”. Co ty na to?

– Może być.

Otwo­rzyły się drzwi i stanął w nich Kur­len. Posłał mi po­dejrz­li­we spoj­rze­nie, z którego wy­wnio­sko­wałem, iż do­brze zro­biłem, biorąc ze sobą zagłuszacz. Po­pa­trzyłem na Lisę.

– Musi być go­rzej, żeby po­tem było le­piej, Liso. Trzy­maj się i pamiętaj o złotej za­sa­dzie. Z ni­kim nie roz­ma­wiaj.

Wstałem.

– Następnym ra­zem zo­ba­czy­my się w sądzie i do­pie­ro wte­dy będzie­my mo­gli po­roz­ma­wiać. Mu­sisz te­raz iść z de­tek­ty­wem Kur­le­nem.

Roz­dział 4

Na­za­jutrz rano Lisa Tram­mel stanęła przed sądem okręgo­wym Los An­ge­les pod za­rzu­tem mor­der­stwa pierw­sze­go stop­nia. Pro­ku­ra­tu­ra dodała do oskarżenia oko­licz­ność „czy­ha­nia na ofiarę”, co ozna­czało, że Li­sie gro­zi dożywo­cie bez możliwości zwol­nie­nia wa­run­ko­we­go, a na­wet kara śmier­ci. Była to tyl­ko za­gryw­ka ze stro­ny oskarżenia. Wie­działem, że pro­ku­ra­tor chce zakończyć sprawę ugodą, za­nim sym­pa­tia opi­nii pu­blicz­nej prze­chy­li się na stronę oskarżonej. A jak le­piej osiągnąć ten cel, niż wy­grażając jej dożywo­ciem i karą śmier­ci?

W sali roz­praw było tłoczno – wszyst­kie miej­sca, w tym stojące, zaj­mo­wa­li dzien­ni­ka­rze oraz człon­ko­wie i sym­pa­ty­cy or­ga­ni­za­cji FLAG. Z dnia na dzień spra­wa na­brała rozgłosu, po­nie­waż ro­zeszły się plot­ki o teo­rii po­li­cji i pro­ku­ra­tu­ry, że do mor­der­stwa ban­kow­ca do­pro­wa­dziło postępo­wa­nie eg­ze­ku­cyj­ne prze­ciw­ko spraw­czy­ni. W szerzącej się w kra­ju za­ra­zie fi­nan­so­wej po­ja­wił się krwa­wy wątek, a wsku­tek tego szczel­nie wypełnił się sąd.

Po nie­mal do­bie spędzo­nej w aresz­cie Lisa za­cho­wy­wała się znacz­nie spo­koj­niej. Stała jak zom­bie w odgrodzo­nej części sali, cze­kając na swo­je dwie mi­nu­ty przed sądem. Za­pew­niłem ją, że po pierw­sze, syn tra­fił bez­piecz­nie pod opie­kuńcze skrzydła jej sio­stry, a po dru­gie, że kan­ce­la­ria Hal­ler i Wspólni­cy uczy­ni wszyst­ko, co się da, aby miała naj­lepszą i naj­bar­dziej rze­telną obronę. Zależało jej przede wszyst­kim na jak naj­szyb­szym opusz­cze­niu aresz­tu, żeby zająć się dziec­kiem i pomóc swo­jemu ze­społowi praw­ne­mu.

Choć po­sie­dze­nie wstępne było tyl­ko ofi­cjal­nym po­twier­dze­niem za­rzutów i początkiem pro­ce­du­ry kar­nej, wie­działem, że będę miał też okazję złożyć i uza­sad­nić wnio­sek o kaucję. Za­mie­rzałem to zro­bić, po­nie­waż w pra­cy przyświe­cała mi fi­lo­zo­fia, aby użyć wszel­kich możli­wych spo­sobów i nie po­minąć żad­ne­go punk­tu. Nie miałem jed­nak złudzeń co do wy­ni­ku mo­ich sta­rań. Zgod­nie z pra­wem zo­sta­nie wy­zna­czo­na kau­cja. Ale w rze­czy­wi­stości w spra­wach o mor­der­stwo kau­cje sięgały mi­lio­no­wych kwot, nie­osiągal­nych dla prze­ciętne­go człowie­ka. Moja klient­ka była bez­ro­botną sa­motną matką, prze­ciwko której to­czyło się postępo­wa­nie eg­ze­ku­cyj­ne. Sied­mio­cy­fro­wa suma ozna­czała, że Lisa nie wyj­dzie z aresz­tu.

Sędzia Ste­phen Flu­har­ty prze­sunął sprawę Tram­mel na początek wo­kan­dy, chcąc pójść na rękę me­diom. An­drea Fre­eman, pro­ku­ra­tor wy­zna­czo­na do spra­wy, od­czy­tała za­rzu­ty, a sędzia usta­lił ter­min roz­pra­wy wstępnej na przyszły ty­dzień. Do tego czas Tram­mel nie mogła roz­począć ne­go­cja­cji z oskarżeniem. Po szyb­kim załatwie­niu for­mal­ności Flu­har­ty miał zarządzić krótką przerwę, aby eki­py te­le­wi­zyj­ne mogły zwinąć sprzęt i opuścić salę, ale prze­szko­dziłem mu, składając wnio­sek o usta­le­nie kau­cji za zwol­nie­nie mo­jej klient­ki. Zro­biłem to również po to, aby spraw­dzić re­akcję pro­ku­ra­tor. Od cza­su do cza­su uśmie­chało się do mnie szczęście i oskarżenie, uza­sad­niając wy­soką kaucję, zdra­dzało jakiś dowód czy stra­te­gię.

Fre­eman była jed­nak zbyt prze­biegła, by popełnić taki błąd. Oświad­czyła, że Lisa Tram­mel sta­no­wi za­grożenie dla społeczeństwa i po­win­na cze­kać na dal­sze eta­py postępo­wa­nia w aresz­cie bez możliwości wyjścia za kaucją. Zwróciła uwagę, że ofia­ra przestępstwa nie była je­dyną osobą za­an­gażowaną w pro­ce­durę eg­ze­ku­cji domu Lisy, ale jed­nym z ogniw łańcu­cha. Gdy­by Tram­mel wyszła na wol­ność, in­nym lu­dziom i in­sty­tu­cjom z tego łańcu­cha gro­ziłoby nie­bez­pie­czeństwo.

Ni­cze­go ważnego nie ujaw­niła. Od początku wy­da­wało się oczy­wi­ste, że oskarżenie wskaże na postępo­wa­nie eg­ze­ku­cyj­ne jako mo­tyw za­mor­do­wa­nia Mit­chel­la Bon­du­ran­ta. Fre­eman po­wie­działa tyl­ko tyle, by prze­ko­nująco uza­sad­nić ko­niecz­ność za­trzy­ma­nia Lisy w aresz­cie, lecz nie­wie­le zdra­dziła o sa­mej li­nii oskarżenia. Wie­działem, że jest niezła, bo sta­wa­liśmy już na­prze­ciw sie­bie w kil­ku spra­wach. O ile pamiętałem, wszyst­kie zakończyły się moją prze­graną.

Kie­dy na­deszła moja ko­lej, stwier­dziłem, że nie ma żad­nych przesłanek, a tym bar­dziej do­wodów na to, że Lisa Tram­mel miałaby sta­no­wić za­grożenie dla społeczeństwa albo że mogłaby uciec. Jeżeli nie ma ta­kie­go do­wodu, sędzia nie może odmówić wy­zna­cze­nia kau­cji.

Flu­har­ty podjął sa­lo­mo­nową de­cyzję, znaj­dując złoty śro­dek: przy­znał zwy­cięstwo obro­nie, uznając, że należy wy­zna­czyć kaucję, a równo­cześnie usta­lił jej wy­so­kość na dwa mi­lio­ny do­larów, co ozna­czało wy­graną oskarżenia. Sku­tek był taki, że Lisa nie wy­cho­dziła. Po­trze­bo­wałaby za­bez­pie­cze­nia na dwa mi­lio­ny albo poręczy­cie­la. Dzie­sięć pro­cent poręcze­nia kosz­to­wałoby ją dwieście tysięcy w gotówce, a to nie wcho­dziło w ra­chubę. Zo­sta­wała w aresz­cie.

Sędzia w końcu zarządził przerwę, dzięki cze­mu miałem jesz­cze parę mi­nut na roz­mowę z Lisą, za­nim zo­sta­nie wy­pro­wa­dzo­na z sali przez zastępców sze­ry­fa. Gdy wy­cho­dzi­li dzien­ni­ka­rze, jesz­cze raz szyb­ko ją prze­strzegłem, żeby nie pusz­czała pary z ust.

– W tej chwi­li to jesz­cze ważniej­sze, Liso, bo na sprawę rzu­ciły się me­dia. Dzien­ni­ka­rze będą na­wet próbo­wa­li do­trzeć do cie­bie w aresz­cie: albo bez­pośred­nio, albo przez in­nych więźniów czy od­wie­dzających, którym ufasz. Dla­te­go pamiętaj…

– Z ni­kim nie roz­ma­wiać. Oczy­wiście.

– To do­brze. Chcę też, żebyś wie­działa, że mój cały zespół spo­ty­ka się dzi­siaj po południu, żeby prze­ana­li­zo­wać sprawę i usta­lić jakąś stra­te­gię. Czy jest jakaś rzecz, którą mie­li­byśmy omówić? Chcesz mi po­wie­dzieć coś, co mogłoby nam pomóc?

– Mam tyl­ko jed­no py­ta­nie, do cie­bie.

– Ja­kie?

– Dla­cze­go w ogóle mnie nie za­py­tałeś, czy to zro­biłam?

Zo­ba­czyłem zastępców sze­ry­fa, którzy we­szli do ogro­dzo­nej części sali i stanęli za Lisą, go­to­wi od­pro­wa­dzić ją z po­wro­tem do celi sądo­wej.

– Nie muszę cię o to pytać – od­rzekłem. – Ta wie­dza nie jest mi po­trzeb­na do wy­ko­ny­wa­nia mo­ich obo­wiązków.

– W ta­kim ra­zie mamy żałosny sys­tem. Nie wiem, czy mogę mieć ad­wo­ka­ta, który mi nie wie­rzy.

– Wybór należy do cie­bie i na pew­no za drzwia­mi sądu znaj­dziesz wie­lu ad­wo­katów, którzy chętnie przyjęliby tę sprawę. Ale nikt le­piej ode mnie nie zna jej oko­licz­ności ani szczegółów eg­ze­ku­cji, a na­wet jeżeli ktoś twier­dzi, że ci wie­rzy, to nie zna­czy, że tak jest na­prawdę. Nie bawię się we wci­ska­nie ta­kich kitów, Liso. Wy­znaję za­sadę: nie py­taj, a się nie do­wiesz. To działa w obie stro­ny. Nie py­taj mnie, czy ci wierzę, a nie będę mu­siał ci mówić.

Prze­rwałem, aby się prze­ko­nać, czy chce od­po­wie­dzieć. Nie chciała.

– Ro­zu­mie­my się? Nie będę tra­cić ener­gii i cza­su, jeżeli chcesz po­szu­kać so­bie na moje miej­sce kogoś, kto ci będzie wie­rzył.

– Chy­ba się ro­zu­mie­my.

– W ta­kim ra­zie spo­tka­my się ju­tro, żeby po­ga­dać, jak się za­brać do spra­wy. Mam na­dzieję, że mój de­tek­tyw zro­bił już wstępne ro­ze­zna­nie, co pokażą do­wo­dy. Będzie…

– Mic­key, mogę cię o coś spy­tać?

– Oczy­wiście.

– Mógłbyś mi pożyczyć pie­niądze na kaucję?

Nie byłem za­sko­czo­ny. Daw­no stra­ciłem już ra­chubę, ilu klientów pro­siło mnie o pożyczkę na kaucję. Nig­dy dotąd nie wcho­dziła w grę tak wy­so­ka kwo­ta, ale wątpiłem, czy ostat­ni raz słyszę taką prośbę.

– Nie mogę tego zro­bić, Liso. Po pierw­sze, nie mam ta­kich pie­niędzy, a po dru­gie, jeżeli ad­wo­kat fun­du­je swo­je­mu klien­to­wi kaucję, do­cho­dzi do kon­flik­tu in­te­resów. Dla­te­go nie mogę ci w tym pomóc. Moim zda­niem mu­sisz się przy­zwy­cza­jać do myśli, że zo­sta­niesz w aresz­cie przy­najm­niej do końca pro­ce­su. Kau­cja wy­no­si dwa mi­lio­ny, więc żeby do­stać poręcze­nie, po­trze­bo­wałabyś co naj­mniej dwu­stu tysięcy. To mnóstwo pie­niędzy, Liso, a jeżeli je masz, to chciałbym, żebyś połowę zapłaciła obro­nie. Tak czy in­a­czej, nie wyj­dziesz z aresz­tu.

Uśmiechnąłem się, ale Lisa nie do­strzegła ni­cze­go wesołego w tym, co jej mówiłem.

– Gdy­bym zapłaciła tyle za poręcze­nie, to do­stanę z po­wro­tem te pie­niądze po pro­ce­sie? – spy­tała.

– Nie, tra­fiają do poręczy­cie­la jako za­bez­pie­cze­nie ry­zy­ka, bo to on będzie mu­siał wyłożyć całe dwa mi­lio­ny, gdy­byś uciekła.

Ostat­nie słowa wyraźnie ją rozwście­czyły.

– Nie ucieknę! Za­mie­rzam tu zo­stać i wal­czyć. Chcę po pro­stu być przy swo­im synu. Po­trze­bu­je mat­ki.

– Liso, nie miałem na myśli kon­kret­nie cie­bie. Wyjaśniłem tyl­ko, na czym po­le­ga poręcze­nie kau­cji. W każdym ra­zie strażnik, który stoi za tobą, wy­ka­zu­je się dużą cier­pli­wością. Mu­sisz z nim te­raz iść, a ja muszę wra­cać do pra­cy nad obroną. Po­ga­da­my ju­tro.

Skinąłem głową zastępcy sze­ry­fa, który zbliżył się, by za­brać Lisę do sądo­we­go aresz­tu. Gdy prze­cho­dzi­li przez sta­lo­we drzwi z boku prze­gro­dy dla za­trzy­ma­nych, Lisa spoj­rzała na mnie prze­stra­szo­nym wzro­kiem. Nie mogła wie­dzieć, co ją cze­ka, że to do­pie­ro początek naj­gor­sze­go kosz­ma­ru jej życia.

An­drea Fre­eman skończyła roz­ma­wiać z in­nym pro­ku­ra­to­rem, mogłem więc ją do­go­nić, gdy wy­cho­dziła z sali roz­praw.

– Ma pani ochotę napić się kawy i po­ga­dać? – za­py­tałem, zrównując się z nią.

– A pan nie ma ocho­ty po­ga­dać ze swo­imi ludźmi?

– Mo­imi ludźmi?

– Z ludźmi z ka­me­ra­mi. Na pew­no stoją w sze­re­gu na ko­ry­ta­rzu.

– Wolałbym po­roz­ma­wiać z panią, a jeżeli pani chce, mo­gli­byśmy na­wet omówić założenia udzie­la­nia in­for­ma­cji me­diom.

– Chy­ba mogę poświęcić panu kil­ka mi­nut. Zje­dzie­my na dół czy woli pan iść do mnie i napić się pro­ku­ra­tor­skiej kawy?

– Chodźmy le­piej do su­te­re­ny. W pani biu­rze mu­siałbym się sta­le oglądać przez ramię.

– Mówi pan o swo­jej byłej żonie?

– Nie tyl­ko, cho­ciaż ostat­nio na­sze sto­sun­ki układają się całkiem nieźle.

– Miło mi to słyszeć.

– Zna pani Mag­gie?

W Van Nuys pra­co­wało co naj­mniej osiem­dzie­sięciu pro­ku­ra­torów.

– O tyle o ile.

Wy­szliśmy z sali roz­praw i stanęliśmy ramię w ramię na­prze­ciw kor­do­nu dzien­ni­ka­rzy, aby złożyć oświad­cze­nie, że na tym eta­pie postępo­wa­nia nie będzie­my się wy­po­wia­dać na te­mat spra­wy. Kie­dy ru­szy­liśmy w kie­run­ku win­dy, swo­je wi­zytówki wcisnęło mi do ręki co naj­mniej sześciu re­por­terów, w większości spo­za mia­sta: z „New York Ti­me­sa”, CNN, Da­te­li­ne, Sa­lon i obłędnie po­pu­lar­ne­go, 60 Mi­nu­tes. W ciągu nie­całej doby z ciułacza spraw eg­ze­ku­cyj­nych w południo­wym Los An­ge­les za dwieście pięćdzie­siąt mie­sięcznie stałem się głównym obrońcą w spra­wie, która mogła zy­skać rangę sym­bo­lu tej epo­ki fi­nan­so­wej.

I bar­dzo mi się to po­do­bało.

– Już ich nie ma – po­wie­działa Fre­eman, kie­dy zna­leźliśmy się w win­dzie. – Może już pan od­kleić od twa­rzy ten uśmiech bu­fo­na.

Spoj­rzałem na nią i na­prawdę się uśmiechnąłem.

– Aż tak to widać?

– A jakże. Niech się pan cie­szy, dopóki może.

W nie­zbyt sub­tel­ny sposób przy­po­mniała, co mnie cze­ka w tej spra­wie. Fre­eman była wschodzącą gwiazdą pro­ku­ra­tu­ry okręgo­wej, a niektórzy twier­dzi­li, że kie­dyś będzie się ubie­gać o naj­wyższe sta­no­wi­sko w urzędzie. Według obie­go­wych opi­nii swoją ka­rierę i re­nomę w pro­ku­ra­tu­rze za­wdzięczała ko­lo­ro­wi skóry i po­li­ty­ce wewnętrznej. Su­ge­ro­wa­no, że do­sta­je do­bre spra­wy, po­nie­waż jest re­pre­zen­tantką mniej­szości, która jest pro­te­go­waną in­nej mniej­szości. Wie­działem jed­nak, że to ogrom­ny błąd. An­drea Fre­eman była pie­kiel­nie do­bra w tym, co robiła, na dowód cze­go w sądo­wych star­ciach z nią miałem ze­ro­wy bi­lans zwy­cięstw. Gdy po­przed­nie­go dnia wie­czo­rem do­stałem wia­do­mość, że zo­stała przy­dzie­lo­na do spra­wy Tram­mel, po­czułem się, jak­by ktoś mnie dźgnął między żebra. Bolało, ale nic nie mogłem na to po­ra­dzić.

W bu­fe­cie na dole na­la­liśmy so­bie kawy z ter­mosów i zna­leźliśmy sto­lik w ci­chym kącie. Fre­eman zajęła miej­sce, z którego wi­działa wejście. To zwy­czaj wszyst­kich stróżów pra­wa, od funk­cjo­na­riu­szy pa­tro­li przez de­tek­tywów po pro­ku­ra­torów. Nig­dy nie od­wra­cać się tyłem do miej­sca po­ten­cjal­ne­go ata­ku.

– No więc sy­tu­acja wygląda tak – zacząłem – że być może będzie pani oskarżać po­ten­cjalną bo­ha­terkę Ame­ry­ki.

Fre­eman zaśmiała się, jak­by roz­ma­wiała z sza­leńcem.

– Ja­sne. O ile wiem, nie ro­bi­my bo­ha­terów z mor­derców.

Pomyślałem o głośnej spra­wie toczącej się kie­dyś w tym mieście, która mogłaby pod­ważyć jej twier­dze­nie, ale dałem temu spokój.

– Może rze­czy­wiście wy­bie­gam za da­le­ko – przy­znałem. – Po­wiedz­my, że moim zda­niem sym­pa­tie opi­nii pu­blicz­nej w tej spra­wie będą po stro­nie oskarżonej, a do­le­wa­nie oli­wy do ognia przez me­dia tyl­ko to wzmoc­ni.

– Na ra­zie na pew­no tak. Ale kie­dy opi­nia pu­blicz­na po­zna do­wo­dy i zo­staną ujaw­nio­ne szczegóły, nie będzie pro­ble­mu z sym­pa­tia­mi. Przy­najm­niej z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia. Ale o co panu cho­dzi, Hal­ler? Chce pan po­roz­ma­wiać o ugo­dzie już w pierw­szym dniu postępo­wa­nia?

Przecząco pokręciłem głową.

– Ależ nie. Nie chcę roz­ma­wiać o ni­czym ta­kim. Moja klient­ka twier­dzi, że jest nie­win­na. Wspo­mniałem o sym­pa­tiach z po­wo­du za­in­te­re­so­wa­nia, ja­kie spra­wa już za­czy­na bu­dzić. Właśnie do­stałem wi­zytówkę od pro­du­cen­ta 60 Mi­nu­tes. Dla­te­go chciałbym usta­lić ja­kieś za­sa­dy i uzgod­nić, co mówimy me­diom. Po­wie­działa pani o do­wo­dach, które po­zna opi­nia pu­blicz­na. Mam na­dzieję, że ma pani na myśli do­wo­dy przed­sta­wio­ne przed sądem, a nie wybiórczo prze­ka­za­ne „Los An­ge­les Ti­mes” lub komuś in­ne­mu z czwar­tej władzy.

– Na ra­zie chętnie usta­no­wiłabym ka­te­go­rycz­ny za­kaz. Nikt pod żad­nym po­zo­rem nie roz­ma­wia z me­dia­mi.

Zmarsz­czyłem brwi.

– Nie je­stem go­to­wy po­sunąć się tak da­le­ko.

Ze zro­zu­mie­niem po­ki­wała głową.

– Tak myślałam. Wo­bec tego za­le­całabym ostrożność. Nam oboj­gu. Ja w każdym ra­zie nie za­wa­ham się pójść do sędzie­go, jeżeli uznam, że próbuje pan wpływać na kan­dy­datów na przy­sięgłych.

– W ta­kim ra­zie obie­cuję to samo.

– Świet­nie. Czy­li na ra­zie to mamy usta­lo­ne. Coś jesz­cze?

– Kie­dy mogę się spo­dzie­wać początku ujaw­nia­nia do­wodów?

Upiła duży łyk kawy.

– Z po­przed­nich spraw wie pan, jak pra­cuję. Nie prze­pa­dam za za­sadą „od­kryję kar­ty, jeżeli ty od­kryjesz swo­je”. To za­wsze działa w jedną stronę, bo obro­na gu­zik od­kry­wa. Dla­te­go wolę przykręcić ku­rek.

– Mu­si­my chy­ba dojść do ja­kie­goś po­ro­zu­mie­nia, pani pro­ku­ra­tor.

– Kie­dy zo­sta­nie wy­zna­czo­ny sędzia, może pan z nim po­roz­ma­wiać. Nie za­mie­rzam jed­nak być miła dla spraw­czy­ni mor­der­stwa, bez względu na to, kto jej bro­ni. Po­wiem panu jesz­cze, że udzie­liłam już ostrej na­ga­ny pańskie­mu kum­plo­wi Kur­le­no­wi za to, że wczo­raj prze­ka­zał panu tę płytę. Do tego w ogóle nie po­win­no dojść i ma szczęście, że nie kazałam od­sunąć go od śledz­twa. Niech pan to po­trak­tu­je jako pre­zent od pro­ku­ra­tu­ry. Ale na więcej proszę nie li­czyć… me­ce­na­sie.

Spo­dzie­wałem się ta­kiej od­po­wie­dzi. Fre­eman była pie­kiel­nie dobrą pro­ku­ra­tor, ale w mo­jej oce­nie nie grała fair. Pro­ces miał być po­ry­wającą walką na fak­ty i do­wo­dy stron, z których każda ma równe umo­co­wa­nie praw­ne i prze­strze­ga tych sa­mych za­sad. Ale wy­ko­rzy­sty­wa­nie za­sad do ukry­wa­nia i za­ta­ja­nia faktów i do­wodów było normą dla Fre­eman. Wolała usta­wioną grę i fo­ro­wa­nie jed­nej stro­ny. Dla niej była to gra w kot­ka i myszkę i nie do­cie­rało do niej na­wet, że mam grać w otwar­te kar­ty.

– Daj spokój, An­dreo. Gli­ny za­re­kwi­ro­wały kom­pu­ter mo­jej klient­ki i jej wszyst­kie do­ku­men­ty. To jej rze­czy i po­trze­buję ich, żeby w ogóle zacząć bu­do­wać linię obro­ny. Nie możesz trak­to­wać tego jako do­wodów do ujaw­nie­nia.

Fre­eman za­cisnęła usta i wyglądała, jak gdy­by na­prawdę za­sta­na­wiała się nad kom­pro­mi­sem. Po­wi­nie­nem się domyślić, że to tyl­ko ko­me­dia.