Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 344 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 35 min Lektor: Leszek Filipowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 35 min Lektor: Leszek Filipowicz

Opis ebooka Piąty beatles - Mariusz Czubaj

Rudolf Heinz  – profiler, miłośnik bluesa po traumatycznych przejściach i zagadkowe morderstwo, którego okoliczności są bardzo nietypowe. A do tego ta pozostawiona na miejscu zbrodni okładka Abbey Road Beatlesów.

Czubaj powraca w wielkim stylu!

Czerwiec 2012. Trwa mecz Polska–Rosja podczas mistrzostw Europy w piłce nożnej,
gdy
policjanci z Piły otrzymują wezwanie na dawne lotnisko, gdzie stacjonował kiedyś pułk myśliwców Su-22. Jest to miejsce zabójstwa, na które przybywa także Rudolf Heinz prowadzący kurs w miejscowej szkole policji. Heinza najbardziej intryguje okładka albumu Beatlesów Abbey Road pozostawiona w hangaroschronie. Profiler nawet nie przypuszcza, jaki obrót przybierze sprawa, która zajmie mu prawie dwa lata i okaże się ostatnią w jego karierze.

Opinie o ebooku Piąty beatles - Mariusz Czubaj

Fragment ebooka Piąty beatles - Mariusz Czubaj

MARIUSZ

CZUBAJ

PIĄTY BEATLES

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Wydanie I

Warszawa MMXV

Wybudować grób. To się tylko tak mówi.

(Wiesław Myśliwski, Kamień na kamieniu)

Shoot me!

(The Beatles, Come Together)

Pauli i Kindze

Prolog

Kamień zgrzytnął raz, drugi, trzeci. Udało się za czwartym razem.

Mężczyzna, który siedział po stronie kierowcy, zaciągnął się i wypuścił dym. Stres, który towarzyszył mu ostatnio niczym cień, odpuścił. Mężczyzna rozluźnił się. Przynajmniej na chwilę. Płomień oświetlił twarz pokrytą siwym kilkudniowym zarostem i zmarszczki wokół oczu.

Kierowca co jakiś czas spoglądał we wsteczne lusterko. Trochę z ostrożności. Trochę z przyzwyczajenia.

Przez ostatnią godzinę opowiadał, a ten drugi, nieco starszy, z włosami spiętymi w kucyk, słuchał.

Zatrzymali się przy drodze 913, kilka minut od lotniska. Mogli pojechać na stację benzynową, ale zawsze istniało ryzyko, że ktoś ich przypadkiem zauważy. Poza tym samochód zostałby zarejestrowany przez kamery, a tego woleli uniknąć. Obaj mieli kłopoty i dodatkowe nie były im potrzebne.

Jeden drugiemu mógł zadać pytanie, które wisiało w powietrzu. Ale przyjaciele nie zadają pytań, na które nie ma dobrej odpowiedzi.

Na które nie ma żadnej odpowiedzi.

Pasażer szczelniej owinął się płaszczem, trochę zbyt lekkim jak na tę porę roku. Marzec w dwa tysiące czternastym roku nie rozpieszczał. Przed tygodniem nastąpił kolejny atak zimy, samochody grzęzły w zaspach. Miał to być już ostatni atak kapryśnej pogody w Polsce, przynajmniej na to wskazywały prognozy. Kierowca śledził komunikaty meteorologiczne, choć nigdy wcześniej tego nie robił. Tym razem miał swoje powody.

Pasażer trzymał na kolanach niewielki wojskowy plecak. Rozsupłał go, wyjął piersiówkę i pociągnął łyk.

– Tobie nie proponuję – zwrócił się do kierowcy. Pierwsze zdanie wypowiedziane od bardzo długiego czasu.

Kierowca wyciągnął rękę, przejął piersiówkę i przyłożył do ust.

– W zasadzie wszystko mi jedno – wychrypiał. – A wiesz, mam ten wiersz ze sobą.

– Wiersz?

– No wiersz. Mówiłem ci. – Wskazał głową na schowek po stronie pasażera.

Przechylił się w prawo, wyjął atlas Polski i plan miasta, a następnie zeszyt w trzy linie, taki, jakiego używają dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej. Przerzucił kilka kartek i podał jedną luźną temu drugiemu. Zmierzchało. Zapalił światło w samochodzie. Pasażer zmrużył oczy i zaczął czytać.

Mówią, że 

Lennon nie umarł.

Chodzi koło warszawskiego Marriotta

Spaceruje po Central Parku

Stoi na dachu na Abbey Road.

Uprawia jogging

Ze słuchawkami na uszach

Gdy staje przed lustrem

Wita się ze sobą jak z dobrym sąsiadem

Od lat tym samym

– Dzień dobry, panie Chapman.

Tamten uśmiecha się

A zęby lśnią 

Jak wilcze kły.

Mówią, że 

Lennon nie umarł. 

Mówi się, że jak na swoje lata

Trzyma się całkiem nieźle.

Skończył, wypuścił powietrze ustami i spojrzał na kierowcę.

– Nic z tego nie rozumiem. Dla mnie to jak szyfr. Nie znam się na poezji.

Kąciki ust kierowcy drgnęły.

– Tego by brakowało, żebyś się znał. Rzeczywiście to coś w rodzaju szyfru.

Pasażer odwrócił głowę w stronę bocznej szyby i zacisnął dłonie na plecaku. Milczeli. Usłyszeli szum silników lotniczych.

Mężczyzna otulił się ramionami. Podwinął rękaw płaszcza i spojrzał na zegarek.

– Podrzucisz mnie bliżej?

Kierowca, nie mówiąc nic, odpalił silnik. Bez przeszkód dotarli pod terminal.

– Co będziesz teraz robił?

Pasażer odpiął pasy.

– Mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Nie mogę się mylić… A potem? Potem nie wiem. A ty?

– Lepiej nie pytaj. – Mężczyzna poprawił włosy spięte w kucyk. – W każdym razie tam, gdzie jadę, jest więcej słońca. Ostatnio i tu zrobiło się gorąco, ale nie o takie ciepło mi chodzi. Jeszcze chwila i przyjdzie im do głowy, że jestem kumplem tego Trynkiewicza.

Dawno nie było go w kraju, ale był na bieżąco z najgłośniejszymi wydarzeniami.

Pożegnali się bez słowa. W ich wypadku było to zbędne. Starszy wysiadł z samochodu i zarzucił plecak na ramię. Wiatr rozwiał mu poły płaszcza. Przez chwilę mężczyzna wyglądał jak ktoś z innego świata.

Miał już odjechać, gdy usłyszał pukanie w boczną szybę. Niespodziewanie pasażer znalazł się po tej stronie. Taka drobna sztuczka na pożegnanie, zupełnie w jego stylu. Mężczyzna opierał się o samochód i trzymał coś w dłoni.

Znów pukanie. Kierowca uchylił szybę.

– Zapomniałbym, to dla ciebie. Sarome. Japońska zapalniczka. Sarome po japońsku oznacza „bóg ognia”. No i jest znacznie lepsza niż ten twój szajs.

Kierowca wziął zapalniczkę. Chłód metalu. Ktoś z tyłu zniecierpliwiony zatrąbił. Spojrzenie we wsteczne lusterko. I znów rzut oka na prezent. Mimo zmroku dostrzegł na chromowanej obudowie wygrawerowaną datę i litery.

1969. LK

– Nie wiedziałem, że paliłeś.

– W ogóle mało wiemy o sobie, prawda? Mimo że znamy się dość długo. Ta zapalniczka była w dobrych rękach. Opowiem ci kiedyś o tym.

Kolejny dźwięk klaksonu. Tym razem jakby bardziej agresywny.

Kierowca uniósł rękę do góry w geście przeprosin i ruszył z piskiem opon. Spojrzał w lusterka, ale nigdzie nie dostrzegł mężczyzny w płaszczu.

Tylko przy drodze w okolicy lotniska pozostały brunatne sterty śniegu. W centrum miasta po zimie nie było ani śladu. Naprawdę końcówka zimy.

Co będzie robił? Naprawdę nie wiedział. Ale miał jeszcze coś do załatwienia. Komunikaty meteorologiczne. Rzeczywiście stały się dla niego ważne.

Gdy Rudolf Heinz, policjant i najlepszy profiler w Polsce, do niedawna o nieposzlakowanej opinii, wjeżdżał w osiedlową uliczkę, nie myślał już o lotnisku i swoim towarzyszu.

Myślał o wilczych kłach.

O zębach, które lśnią jak wilcze kły.

Część IMaxwell’s Silver Hammer

1

Pierwszy strzał przebił szybę na wysokości głowy pasażera, druga kula powędrowała między fotele, kolejna utkwiła w klatce piersiowej kierowcy. Dziwne to uczucie, gdy strzela się do policyjnego samochodu. A jeszcze dziwniejsze, gdy w radiowóz mierzy policjant. Trzymałem strzelbę gładkolufową kaliber .22 i składałem się do kolejnego strzału.

Był czerwcowy poranek. Na kępkach trawy lśniły krople rosy, a gdy zdejmowałem słuchawki peltor, słyszałem dobiegający z oddali świergot ptaków. Byłem na poligonie szkoły policyjnej w Pile, a za mną stał przeraźliwie chudy, ubrany na czarno mężczyzna.

Gdy za broń chwyta amator, stań za jego plecami.

Tak powiedział.

Facet składał się z samych mięśni i ścięgien i nazywany był Munchem. Widocznie komuś bardzo dawno temu skojarzył się z norweskim malarzem i jego najsłynniejszym dziełem. I tak już zostało. W policji czasami trafiają się pasjonaci sztuki, tak jak w każdej grupie zawodowej, a potem są takie błyskotliwe efekty.

– No jak było tym razem, Munchu? – Zsunąłem słuchawki, odwróciłem się i spojrzałem na kościstą twarz wyrażającą wieczne zdumienie.

Przyjechałem do Piły wcześniej. Miałem poprowadzić warsztaty z profilowania dla dwunastoosobowej grupki pozbieranej z różnych województw. Pracowałem z policjantkami i policjantami, którzy postanowili poszerzyć kwalifikacje. Żadne z nich nie było specjalistą w mojej działce i to wcale nie ułatwiało zadania. Dwóch, jeden z Gdańska, drugi ze Szczecina, przysypiało w rogu salki wykładowej. W sumie miałem to gdzieś. Z dnia na dzień ich twarze, nosy i oczy były coraz bardziej zaczerwienione, a ja wiedziałem, że nie był to efekt palącego słońca. Pewnie któregoś pięknego wieczoru już bardzo zmęczeni zaklinują się w obrotowej bramce prowadzącej do części hotelowej i to będzie ich koniec. Jak nie teraz, to przy następnym szkoleniu. Jeśli chodzi o pozostałą dziesiątkę, rozkład sił był do przewidzenia: prymus z Krakowa, kujonka z Poznania i bezczelny koleś z Warszawki. Jeden miejscowy, z pilskiej dochodzeniówki. I jeszcze dwie milczące dziewczyny, zawsze siadające w środkowym rzędzie. Najbardziej irytujący był ten z Warszawy. Widzisz mowę ciała i czujesz ewidentny brak chemii. Kręcił z niedowierzaniem głową, otwierał zdumione oczy, uśmiechał się, a z wyrazu jego twarzy można było wyczytać pytanie: co ja tutaj robię? Zawsze w pierwszym szeregu, pewność siebie, taki kierownik kuli ziemskiej. Więc ten odstawiał swój teatrzyk, prymus i kujonka zadawali pytania, pozostali cicho kibicowali jednej lub drugiej stronie, a może nawet przyjmowali zakłady: kto kogo. Generalnie wszystko było w normie.

Zaczęło się pierwszego dnia, po godzinie, gdy kujonka znienacka zapytała mnie, co sądzę o Behavioral Evidence Analysis. Te trzy słowa wymówiła z akcentem godnym farmera z Kentucky. A przynajmniej godnym porcji skrzydełek w KFC. Ciekawe, gdzie o tym wyczytała.

Klasyka. Zawsze ktoś z czymś wyskoczy, by sprawdzić prowadzącego. Z czymś mądrym. Jak nie overkilling, to coś mniej banalnego. Tak jak teraz.

– Z całym szacunkiem, ale nie sądzę, byśmy byli na tym poziomie, by zajmować się BEA – odpowiedziałem.

Dziewczyna pokręciła głową i powtórzyła pytanie. Reszta gapiła się na mnie, a jeden, ten w pierwszym rzędzie, uśmiechnął się ironicznie. Był koło trzydziestki, przerzedzone blond włosy. I przede wszystkim wysokie czoło. Jak Anders Breivik albo John Cleese. Dwaj faceci o niebanalnym poczuciu humoru. Ten, który siedział przede mną, kojarzył się bardziej z Norwegiem. Ochrzciłem go więc w jedyny możliwy sposób.

Zatem klasyka. Kto kogo.

Wziąłem głęboki wdech.

Opowiedziałem o badaniach prowadzonych przez Brenta Turveya i czym BEA różni się od tradycyjnych metod stosowanych przez FBI, a także o tworzeniu profili opartych na wywiadach z przestępcami.

– Pamiętajcie, seryjni mordercy to uwodziciele. Potrafią wkręcić w swoją opowieść. A ta często różni się od tego, co mówią nam ślady i analiza wiktymologiczna. Wniosek płynie z tego taki: więcej dedukcji, stosowanie jednak klasycznych metod, mniej zaufania dla wywiadów z przestępcami oraz ich opowieści. Zresztą… Zresztą coś wam pokażę.

Dwóch policjantów przysypiało, a ja szukałem w laptopie odpowiedniej prezentacji.

No jak było tym razem, Munchu?

Naprawdę nazywał się Paweł Kolęda, ale jeśli tylko mógł, unikał swojego nazwiska. Przecięliśmy się lata temu, przy okazji jakiegoś szkolenia. On był w kiepskiej formie i ja też. Na mój stan miał wpływ nadmiar pitego alkoholu, na jego – użeranie się z adeptami trudnej sztuki strzeleckiej.

– Niby fajnie. Praca na łonie przyrody. Tylko gdy w niecce strzelnicy robi się plus czterdzieści lub minus dwadzieścia, przestaje być przyjemnie. Poza tym gdy robisz w tym fachu, musisz mieć oczy naokoło głowy. Pełna koncentracja, jeśli jesteś z plutonem na strzelnicy. Czasami zdarzają się nieprzewidywalne historie. Na przykład taka, Heinz. Jak do ciebie mówią? Hipis? Na przykład taka, Hipis. Jesteśmy na osi. Zaraz ma się zacząć strzelanie w pozycji leżącej z AK. Podchodzi chłopak z niewyraźną miną. Co jest? Taka sprawa, panie podkomisarzu, mówi szeptem. Mamy tu jednego, który odgrażał się, że jak dostanie kałacha, to nas wszystkich zajebie. Podbiegam, facet stoi z karabinem. Patrzę mu w oczy. On w moje. I widzę w nich wszystko. A zwłaszcza przymulenie i mgiełkę szaleństwa. Mogłem czytać jak z książki. Co dalej? Prawy sierpowy, kopniak w brzuch, dwóch się rzuciło i zabrali mu broń. Jeszcze tego samego dnia dostał wilczy bilet i kilka kopów na drogę.

Takie rzeczy się zdarzają. On opowiadał, a ja kupiłem flaszkę. Potem opowiedziałem o eksksiędzu, który mało mnie nie spalił, a on przyniósł drugą butelkę. Nie wiem, kto postawił trzecią i czy któryś z nas miał siłę, by coś składnie opowiedzieć.

Podeszliśmy do samochodu. Stary polonez trzymał się dzielnie. Niedawno saperzy podłożyli pod niego ładunek, ale przetrwał.

Munch zdjął okulary z powłoką anti-fog orazanti-scratch i anty-coś-tam-jeszcze, ze szkłami z polaryzacją powstrzymującą niekontrolowane odbicia. Kosztowały dobrych kilka tysięcy, a nie marne dwieście złotych jak w internetowych sklepach z militariami dla przygłupów. Popatrzył na szybę. Tylko na filmach szkło pryska w drobny mak. W rzeczywistości pocisk przebija szybę, a wokół otworu powstaje pajęczynka.

– Pierwszy strzał okej. Pasażer nie żyje. Zaraz poszukamy pocisku w środku. Są różne szkoły. Jedna mówi, żeby najpierw zdejmować pasażera, bo ma wolne ręce i jest bardziej niebezpieczny, druga, by zacząć od kierowcy. Tylko że nie skontrolowałeś odrzutu. Ten drugi strzał pomiędzy nich – pokazał palcem – to lipa. Co to było? Facet by odjechał, a ty wąchałbyś smród spalin. Poza tym za wolno. Znów za wolno strzelałeś. A ja liczyłem na ciebie. I taką fajną strzelbę dostałeś.

Rzeczywiście, nie był to mossberg, który jest standardowym wyposażeniem oddziałów szturmowych, ale stara włoska strzelba z pięknie inkrustowaną kolbą i równie finezyjnie zdobionym zamkiem. Munch czule pogładził broń. Potem pochylił się, zebrał gilzy i wsunął do kieszeni. Pomyślałem, że ma fetyszystyczny stosunek do broni palnej, ale zostawiłem tę uwagę dla siebie.

– Chodź, podjedziemy, Hipis, na główną oś. Mam jeszcze dla ciebie niespodziankę. Wyluzujesz się przed swoimi uczniami.

Podeszliśmy do niebieskiego forda i Munch otworzył bagażnik.

– Specjalnie dla ciebie pistolet automatyczny stworzony przez panów Hecklera i Kocha. Będziesz miał szansę się wykazać.

Pokazałem im zdjęcia i opisałem okoliczności. Nawet tych dwóch z tyłu się ocknęło.

Radom. Straszna jatka. Mnóstwo krwi i nóż w roli głównej. Mieszkanie na parterze w czteropiętrowym bloku. Małżeństwo siedemdziesięciolatków. Poza tym wigilia. Drzwi do mieszkania były otwarte. Okno też. Ciała zostały znalezione przez dzieci i wnuki, które przyjechały na kolację. Ot, taki prezent na całe życie.

Analizowali fotografie przez godzinę. Mieli ustalić najbardziej prawdopodobną wersję zdarzeń. Wypaliłem w tym czasie dwa chesterfieldy, wypiłem kawę, zamieniłem kilka zdań z zastępcą komendanta. Ktoś oprowadzał gimnazjalistów po szkole. Grupka stanęła przy oknie, z którego widać drzewo nazywane w żargonie szkoły „sandałowym”. Z gałęzi zwisały, niczym dojrzałe owoce, buty policjantów, którzy szczęśliwie skończyli swój pierwszy podstawowy kurs. Na „sandałowcu” wisiały różne rozmiary. Buty kobiece i męskie. Całkiem rozpadające się i w dobrym stanie. W sumie kawałki ludzkich historii. Wróciłem do naszej salki. Moi uwinęli się z zadaniem i wytypowali prymusa z Krakowa, który miał zreferować ustalenia.

– Nie mamy pewności, ale sprawców było przynajmniej dwóch. Wskazuje na to modus operandi. Tych dwoje zabito w odmienny sposób. Kobiecie zadano ponad dwadzieścia ciosów w różne części ciała, bezładnie, na oślep. W wypadku mężczyzny mamy trzy trafienia, w tym dwa powierzchowne. On musiał zginąć pierwszy. Być może podzielili się robotą. Mężczyznę zabił zawodowiec, tego drugiego zaskoczyła obecność staruszki, kobieta zdążyła otworzyć okno, by wezwać pomoc. Mord, jak to w święta, na tle rabunkowym. Starsi ludzie spodziewają się gości, są zaaferowani przygotowaniami, mniej czujni niż zwykle. Jakoś tak się to odbyło.

Patrzyłem na dwanaście twarzy. Prymus wiercił się na krześle i czekał na pochwałę. Kujonka świdrowała mnie wzrokiem i miała ściągnięte usta. Tylko Breivik uśmiechał się z pobłażaniem i patrzył na mnie, mrużąc oczy.

– To teraz powiem wam, jak najpewniej było. Mam tu jeszcze kilka slajdów godnych uwagi, które pominąłem, zgoda, pozbawiłem was danych. – Kliknąłem. – Więc po pierwsze, skarpety.

Popatrzyli na mnie zaskoczeni.

– Oni mieli taki zwyczaj. Ona na gwiazdkę dawała mu zawsze skarpety w kratkę, a on jej w paski. I tak od lat.

Któryś z policjantów zachichotał.

– Szałowa para. I zmysłowa.

Tych dwóch z końca pokiwało głowami.

– Ale tym razem – ciągnąłem i pokazałem kolejne zdjęcie – staruszkowi nie było do śmiechu. Widzicie tę torbę z Biedronki? Znaleźliśmy ją pod ich oknem. Wiecie, co tam było? Kasa. Mnóstwo forsy. Ona odkładała pieniądze przez te wszystkie lata i teraz postanowiła zrobić mu niespodziankę. Pokazała mu tę gotówkę. Czaicie?

– A facet wpadł w szał – odezwał się Breivik. – Otworzył okno, cisnął tę torbę, babina zaczęła wrzeszczeć i skoczyła do niego, on chwycił za nóż.

– I zadał jej mnóstwo ciosów. Raz, bo był wściekły. Dwa, bo nie umiał tego zrobić. Trzy, bo nóż był tępy. Żaden tam overkillingczy inne pierdoły. A potem wziął drugi nóż i zrobił sobie nacięcia. To są tak zwane cięcia próbne, standard w przypadku samobójców. A potem… – Zawiesiłem głos.

– To jednak nie było fair, że nie przedstawił nam pan od razu wszystkich okoliczności – odezwała się kujonka.

– Może i tak. Ale chciałem pokazać wam, jak ważna jest analiza śladów. W metodzie BEA jest poniekąd tak samo. Mamy wrócić do podstaw. Do tego, co sami zobaczymy. Gadki zostawiamy na potem. I nie dajemy się im uwieść. Tyle o tym.

Tym razem strzelałem zza zasłony. Mimo wczesnej pory czułem, że się pocę. Dwie skrajne tarcze. Bieg do kolejnej kryjówki. Znów ogień ciągły do dwóch innych sylwetek i jeszcze raz ta sama zabawa. Wystrzelałem dwa magazynki. Zapach prochu unosił się w powietrzu, czułem mrowienie w dłoniach i szczypanie w oczach, gdyż nie miałem okularów za kilka tysięcy. W ogóle ich nie miałem. Zdjąłem słuchawki.

– Chodź, mistrzu – usłyszałem – zobaczymy, ilu zabiłeś. Umówmy się, że nie widziałem, ile czasu zajęło ci załadowanie drugiego magazynka.

Podeszliśmy do tarcz, Munch spojrzał na pierwszą i westchnął. Podszedł do następnej. Przyłożył rękę do sylwetki.

– Popatrz, wszystko powinno mieścić się w obrysie dłoni. A u ciebie? Siejesz po całości. Tam z tyłu, za tym złym, są przypadkowe niewinne osoby. Siałeś w ich stronę. Ciekawe, ile z nich oberwało.

Przy ostatniej, szóstej tarczy uśmiechnął się. Wyglądał jak rozweselona śmierć.

– Widzisz, tu jest najlepiej. Wyluzowałeś się, mniej napięcia, nie myślałeś o zadaniu, tylko o przyjemności, jaką daje strzelanie. Może będą jeszcze z ciebie ludzie. – Poklepał mnie po ramieniu. – Musisz tylko częściej do nas przyjeżdżać.

Strzelanie, które sprawia przyjemność. Muszę to zapamiętać.

Wracaliśmy do samochodu.

– À propos miłych rzeczy. Dziś chyba kończysz ze swoimi. Widzimy się na meczu, prawda? Dokopiemy ruskim. Należy im się.

Obiecałem, że zajrzę. Bez większego entuzjazmu.

Chciałbym, byście zapamiętali jedno. Kontekst. Najważniejszy jest kontekst. Czasem też drobiazgi. I nie dajcie się zwieść pozorom. Statystyki są potrzebne, komputerowe bazy danych, zbierające do jednego worka podobne przypadki, też są istotne, ale same nie rozwiążą spraw. Ostatecznie każda sprawa jest inna i trafi być może w wasze ręce.

Przemawiałem jak ksiądz na rekolekcjach. Była czternasta, a na dłoniach wciąż miałem ślady prochu. Za godzinę skończymy, będą uśmiechy, przybijemy piątkę, każdy dostanie certyfikat ukończenia warsztatów. I do następnego razu. Przyjrzałem się mojej grupce. Średnia wieku trzydzieści lat. Dla słuchaczy należałem do zstępującej generacji. Rok, dwa, góra pięć i w moim wypadku będzie po zawodach. Najpewniej. Moja pogawędka to coś w rodzaju ostatniej walki Apacza. Tak to odbierają i tak na mnie patrzą. Rudolf Heinz i łabędzi śpiew. Przesłanie dla przyszłych pokoleń. Nie cierpię tych podsumowań.

– Na koniec opowiem wam jeszcze jedną historię. Byłem w tym roku w Glasgow. Mamy tam co dwa lata zjazdy profilerów. Ciekawe nawet. Był tam profesor z Oksfordu. Kevin Dutton, psycholog. Nie bardzo lubię psychologów.

Trójka w środkowym rzędzie, dwie dziewczyny i chłopak z Piły, zgodnie kiwnęła głowami. Oni też nie lubili.

– Ale akurat ten gość był ciekawy. Wiecie, co powiedział? Że największy odsetek psycholi można spotkać w korporacjach, wśród dziennikarzy i prawników. A wiecie dlaczego? Bo są to takie zawody, gdzie promuje się bezwzględność, urok osobisty, odporność na stres i emocjonalny chłód… – Zawiesiłem głos.

Zmierzałem do końca.

– W tej grupie znajdują się także policjanci. Więc przemyślcie sprawę. Może lepiej zostać rzeźbiarzem. Albo nauczycielem. Dutton mówił, że takie zawody hamują psychopatyczne zapędy, choć ich nie eliminują. Ale najciekawsze powiedział na końcu: że niewiele różni w sumie Teda Bundy’ego od Steve’a Jobsa. Małego skurwiela, który potrafił wyrzucić faceta z roboty w windzie między parterem a trzecim piętrem. Kapujecie? – Oparłem ręce o blat stołu. – I jeszcze jedno. Zadałem mu pytanie, jak zatem odnaleźć psychola w naszej populacji? Wiecie, co odpowiedział? Po oczach. Poznaje ich po oczach. Wyczucie i doświadczenie. First look. Zatem – rozłożyłem ręce – bierzcie się do roboty.

Ukłoniłem się, jakbym był na scenie, kilka osób zaklaskało. Ci z końca przeciągnęli brawa. Kujonka składała notatki. A mnie chciało się palić. Wyłączyłem laptopa i schowałem do pokrowca. Kursanci opuścili salę. Wszyscy z wyjątkiem jednej osoby.

– Mam do pana pytanie, panie komisarzu. – Breivik podszedł do biurka. – Pan chyba nie lubi korporacji, prawda?

– Czytasz w moich myślach, synu.

Nie patrzyłem na niego.

– A ja mam wrażenie, że jest pan bardzo uprzedzony do ludzi sukcesu. Do takich, którym powiodło się, o których głośno na Twitterze. Nie lubi pan nowinek technicznych, bo to taki pic na wodę. Założę się, że nie ma pan konta na fejsie, a zamiast iPhone’a używa pan starej nokii. I nie jestem pańskim synem.

Podniosłem wzrok. Policzki Breivika pokrył lekki rumieniec. Z korytarza dobiegło kilka męskich roześmianych głosów. Rozległ się tupot butów.

– Jeśli chciałeś w ten sposób poprosić, abyśmy wymienili się telefonami, to nie tędy droga – powiedziałem cicho.

– Po prostu myślę, że jest pan bardzo uprzedzony. A uprzedzenia i profesjonalizm to raczej dwa bieguny. Takie przesądy nie przeszkadzają panu w pracy? A teraz może spojrzy pan w moje oczy.

Zrobiłem, o co prosił. Przez kilka sekund staliśmy jak dwaj bokserzy. Byliśmy podobnego wzrostu. Tyle że on szczuplejszy. I znacznie młodszy. Żaden z nas nie drgnął. Czułem, jak napinają mi się mięśnie pod koszulą, a ciało zyskuje dodatkową gęstość. Breivik odpuścił pierwszy.

– Jestem ciekaw, co pan w nich dostrzegł. Bardzo jestem ciekaw, panie komisarzu.

Nie spodziewał się odpowiedzi, a ja nie zamierzałem jej udzielać. Uśmiechnął się, niemal niedostrzegalnie skinął głową i wyszedł. Przez chwilę wpatrywałem się jeszcze w pustą przestrzeń. W miejsce, gdzie krzyżowały się nasze spojrzenia. A potem zrobiłem to samo co Breivik. Opuściłem salę.

Mężczyzna wyłączył dyktafon. Podwinął mankiety białej koszuli. Najpierw zajął się lewym rękawem, następnie, z równą starannością i metodycznie, prawym. Popatrzył przez okno. Zamknął je godzinę temu, aby nic go nie rozpraszało. Utkwił wzrok w szarej bryle ministerialnego gmachu po drugiej stronie ulicy. Zamknął oczy, wykonał kilka półkoli głową, od lewego ramienia do prawego i z powrotem. Był gotów pracować dalej.

W jego robocie najważniejsza była systematyczność. Systematyczność oraz cierpliwość. Żadnej drogi na skróty.

Cofnął nagranie i usłyszał ten sam zmęczony, nieco zachrypnięty głos.

– Jestem ciekaw, co pan w nich dostrzegł. Bardzo jestem ciekaw, panie komisarzu.

Mężczyzna sięgnął po długopis i zapisał coś na kartce.

– Jestem pewien. – Głos umilkł, potem dało się słyszeć szczęk zapalniczki i odgłos wypuszczanego dymu. – Więc jestem pewien, że będziecie tego nagrania słuchali nie raz. Będziecie je analizowali, szukali dowodów, raz jeden z was, raz drugi. I wiecie co? Życzę powodzenia.

Potem zaległa cisza.

Mężczyzna słyszał już to nagranie. Mało tego, był przy nim. Widział policjanta siedzącego na krześle, pochylonego do przodu, z siwym trzydniowym zarostem na twarzy, zaczesującego ręką włosy, które fantazyjnie odstawały na wszystkie strony. A teraz postać ta skurczyła się do niewielkich rozmiarów. Zamknęła w urządzeniu wysokiej klasy. Doskonała jakość dźwięku. Tak, oczywiście, mieli nagranie zarejestrowane na kamerze, ale mężczyzna wolał słuchać słów. Obrazy są złudne. Wprowadzają niepotrzebne zamieszanie.

Przez dobrą minutę nikt na nagraniu nie powiedział słowa. Odgłos palenia papierosa i skrzyp krzesła to jedyne dźwięki, które w tym czasie zostały zarejestrowane.

Mężczyzna pochylił się nad dyktafonem.

– Życzysz powodzenia – powiedział, jakby przemawiał do żywego człowieka. – No to zobaczymy, jak będzie. Naprawdę, zobaczymy, Heinz, jak to się skończy.

2

Nie cierpisz piłki nożnej? Naprawdę?

– Naprawdę.

Zdziwione oczy kolegów i zdania powtarzane jak natrętny refren. Ci starsi kilka razy zapytali go o Heinza piłkarza. Był taki wiele lat temu. Odpowiadał, że to przypadkowa zbieżność nazwisk. Nie miał ochoty nic tłumaczyć i opowiadać swojego życia. A już w ogóle nie chciał wracać do czasów, gdy Józef Heinz, piłkarska gwiazda ze Śląska, opuścił rodzinę, zostawił żonę i małego chłopca, by grać w Niemczech. Dwa lata temu spotkali się po raz pierwszy po kilkudziesięciu latach. I od razu w szczególnych okolicznościach, gdy musiał ojcu ratować życie. W ciągu ostatnich miesięcy kilkakrotnie budziły go wspomnienia. Piwnica. Uprowadzony chłopiec, związany ojciec. I nóż w rękach psychopaty. Później rozmawiali kilkakrotnie przez telefon. Józef, a właściwie już od dawna Joseph, zapowiedział swój przyjazd. Ale to nastąpi, gdy Polacy wyjdą z grupy. Może po starej znajomości skołuje bilety na mecz. Bilety, nie bilet.

Propozycję poprowadzenia warsztatów w Pile przyjął z ulgą. Chciał uciec od Euro. Uwolnić się od piłkarskiej zarazy, która rozprzestrzeniała się szybciej niż jakikolwiek wirus. Wprawdzie w Katowicach nie rozgrywano meczów, ale epidemia nie ominęła tego miasta. Banery i billboardy zachęcały do odwiedzenia strefy kibica, puby zapraszały na coś zimnego i gorący doping, sąsiedzi w „kukurydzy” na Osiedlu Tysiąclecia tworzyli w oknach i na balkonach futbolowe ołtarzyki, pełne flag, szalików i reprezentacyjnych gadżetów. Karolak, sąsiad, który mieszkał piętro niżej, ustawił na balkonie coś w rodzaju kukły piłkarza. Wypchana pakułami reprezentacyjna koszulka i piłka w miejscu głowy. Karolakowie nawet papieża tak nie witali. W gazetach reportaże o dzielnych budowniczych autostrad, kojarzące się Heinzowi ze stachanowskimi poematami ku czci przodowników wytopu surówki. W radiu niewydarzony antropolog opowiadał o cywilizacyjnym skoku, który towarzyszyć miał mistrzostwom. Gamoń. I jeszcze w perspektywie wizyta starego, który nawiedzi ojczyznę. Całe szczęście, że ubywa tych, którzy go pamiętają.

W Pile jednak nie było dużo lepiej. Od Euro nie dało się uciec. Poprzedniego dnia po południu pokręcił się trochę i spotkał trzech Irlandczyków. Dowiedział się, że byli w mieście, którego nazwy nie zapamiętali. Tam, gdzie mieszkał Kopernik. I jakimś cudem, sami nie wiedzieli dlaczego, zabrakło dla nich miejsc w hotelu. Byli absolutnie pijani i absolutnie szczęśliwi. Powiedz nam, bracie, w jakim mieście jesteśmy. What? Pila? Ale to ciągle w Polsce? Okej.

Zrobił swoje i właściwie powinien wracać do Katowic. Popatrzył na zegarek. Wyliczył, że gdy dojedzie, będzie naprawdę późno. Czuł narastające zmęczenie. I jeszcze ten Breivik, który wyprowadził go z równowagi. Postanowił, że zostanie. Kilka godzin nie robi różnicy. Być może szukał pretekstu, by nie odczuwać samotności, gdy otoczony i odizolowany blachą, będzie wracał do domu. Być może chciał się po prostu napić tego wieczoru.

Od dwóch dni mecz z Rosją był tematem numer jeden. Będą prowokacje i uliczne walki? Będą. Chłopaki zacierali ręce. Byli na tyle daleko od Warszawy i Stadionu Narodowego, że nie groziło im żadne uzupełnianie zasobów i tworzenie taktycznej rezerwy na wypadek, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Mogli spokojnie usiąść w lokalu i kibicować.

Heinz przyszedł do baru dwie godziny przed meczem. Wiedział, że dziś stężenie policjantów w „Misiu” przekroczy wszelkie dopuszczalne normy. Można by zrobić pomiary do Księgi Guinnessa. Pamiętał, że przez chwilę była w tym miejscu sieciowa restauracja, ale nie przyjęła się. „Miś” nawiązywał nazwą do peerelowskiego filmu, był dość przyjazny i na tyle przestronny, że mogli tu przebywać równocześnie nawet ci, którzy za sobą nie przepadali. Trzeba tylko wyjść ze szkoły policji, przeciąć zawsze pusty plac i po minucie, jak powiedziałby GPS, osiągasz cel.

Rozejrzał się. Sporo miejsc było zajętych, najwięcej w okolicach wielkich monitorów. Ktoś zamachał ręką. Munch w towarzystwie dwóch kolegów, jednego ze szkoły oraz oficera z Warszawy. Na pustych krzesłach leżały biało-czerwone flagi i szaliki.

Podszedł do baru i stanął w kolejce. Na ekranie telewizora widział relację na żywo z centrum Warszawy. Kilkakrotnie pokazywali dwie grupki. Jedna goniła drugą, ale trudno było zorientować się, kto jest kim. Potem przebitka na okolice stadionu. Tu z kolei kilka starszych osób z transparentami: „Putin morderca” oraz „Bracia Rosjanie! Nie chrońcie winnych mordu w Smoleńsku”.

– Będą niezłe jaja. – Barman wskazał głową monitor. – Już są. Co podać?

Kupił cztery piwa. Na jakiś czas miał spokój z chodzeniem. Następną kolejkę postawi ktoś inny.

Przysiadł się jeszcze jeden. Micio. Tak się przedstawił. Ni to imię, ni nazwisko. Komenda miejska w Augustowie. Podał Heinzowi lepką od potu dłoń i usiadł na sąsiednim krześle. Miał na sobie biały T-shirt, który przylegał do ciała, a na wysokości brzucha pojawiła się plama o rozmiarach piłki. Heinz przesunął się w bok, ale w sumie niewiele mógł zrobić. Wymienił spojrzenia z Munchem, który drugi raz tego dnia miał oblicze zadowolonej śmierci.

Reporter, który pojawił się na ekranie, żywo gestykulował i pokazywał dłonią za siebie. Heinz rozpoznał rondo de Gaulle’a. A potem kamera pokazała dwie grupy. Kibice wygrażali pięściami policjantom uzbrojonym w tarcze i pałki. „Nakarmimy psa, psa, psa”, wrzeszczeli jedni, a policyjny szpaler zrobił krok do przodu. Kibice zaczęli skandować równocześnie dwa hasła. „Raz sierpem, raz młotem, gestapo, czerwoną hołotę, gestapo, gestapo”. Okrzyki wymieszały się, a potem ktoś zaintonował hymn. Szaliki i flagi powędrowały w górę.

– Będzie zabawa, będzie się działo – mruknął ten z Warszawy. Nazywał się Andrzej Pyza i pracował w laboratorium kryminalistyki w komendzie stołecznej. – Dobrze, że jesteśmy tu. Właściwi ludzie na właściwym miejscu.

Stuknęli się szklankami.

Atmosfera gęstniała, zgiełk rósł i przybywało kibiców. Kilka twarzy Heinz znał z widzenia, ktoś mu się ukłonił. Kilka razy ktoś krzyknął: „Polska biało-czerwoni”, inny, gdzieś przy barze, zawołał Adamiakową, rozległ się rechot i brzęk tłuczonego szkła.

Do meczu pozostały minuty, w telewizorze analizowano składy drużyn, a Pyza opowiadał, co mu się przed laty przytrafiło. Policyjne opowieści tysiąca i jednej nocy, na które zawsze jest czas i miejsce, gdy spotkają się ludzie z branży z różnych stron kraju.

– Nie pracowałem jeszcze wtedy w stołku. Dzwoni dyżurny, że na zadupiu, gdzieś na peryferiach Warszawy, ciało znaleźli. Minus dwadzieścia, zimno jak skurwysyn, jadę, tam już czeka ekipa. Mówią mi, że libacja była i jeden musiał dostać nożem. Na miejscu pusto, żadnych świadków, no to pytam, skąd wiedzą.

– Od wróżbity Macieja – wtrącił Munch.

– Wtedy go jeszcze nie było. A przydałby się. Jasnowidz Jackowski był na topie. Powiedzieli, że szklanki po wódce stały. Aha, i nienapoczęta flaszka. I wiecie, co zrobili? Wymyli naczynia i rozrobili wódeczkę, bo zimno przecież.

– Umyli… Higieniści jacyś – powiedział Heinz.

– Potem chcieli mnie wrobić, że nie zabezpieczyłem śladów. Dopiero gdy zagroziłem pismem do prokuratora, odpierdolili się. Do takich bez kija nie podchodź.

– Ja ostatnio miałem faceta, który wkładał sobie kabelki w dupę – powiedział Micio. Nie było wątpliwości, że chce przebić poprzednią opowieść. Przejechał dłonią po blacie, pozostawiając tłustą smugę, spojrzał na ekran i wyprostował się. – Zaczekajcie.

Wstał i chwycił za szalik. Wiele osób w „Misiu” zrobiło to samo. Heinz wstał. Nie miał szalika ani flagi. Nie zaśpiewał hymnu.

– Dobra – sapnął – zanim się rozkręcą, to wam powiem. Więc z jednej strony wtyczka do kontaktu, a z drugiej… – Wykonał gest, jakby mocował coś za plecami.

– Tak się stymulował, czy jak to nazwać… I wiecie co? Elektrycy robili jakąś instalację w bloku, nastąpiło przepięcie. Nie było co z niego zbierać.

– W sumie piękna śmierć – mruknął Heinz. – Jest też takie powiedzenie, że coś się pali koło dupy. Ale żeby aż tak…

Pokiwali głowami. Pięciu jeźdźców Apokalipsy. Pięciu policyjnych mędrców.

Munch w sobie tylko znany sposób, nie ruszając się z miejsca, załatwił następną kolejkę. Ktoś chciał im podebrać krzesło. Było zajęte.

– Na kogo właściwie czekamy? – spytał Heinz.

– Na „Ruska” – powiedział pilski policjant. – Borys Rusiński od nas, ten z dochodzeniówki. Był u ciebie na kursie. Dziwne – spojrzał na zegarek – że go jeszcze nie ma. A „Rusek” byłby dzisiaj jak najbardziej na czasie.

Roześmiał się, podkreślając finezję swojego dowcipu.

Mecz trwał w najlepsze. Co chwila ktoś podrywał się i zawiedziony opadał na krzesło. Kilku nie wytrzymało. Porzucili wygodne miejsca i wpatrywali się w ekran na stojąco. Heinz poszedł do toalety. Przepłukał zimną wodą twarz i wtedy usłyszał złowrogie buczenie, które przerodziło się w jęk. Wyszedł, spojrzał na miny kibiców i nie musiał patrzeć na ekran, by wiedzieć, co się stało.

– Piękna śmierć – mruknął. Tym razem tylko do siebie.

Wyszedł przed bar i zapalił papierosa. Nikt się nie śmiał, palacze rozmawiali cicho, jak na pogrzebie. Pomyślał, że jeśli Polacy przerżną ten mecz, to w istocie będzie pogrzeb. Kolejna żałoba narodowa. Dyscyplina, w której bylibyśmy wielokrotnymi mistrzami. Był ciepły czerwcowy wieczór. Pomyślał nagle, że przydałoby mu się parę dni wolnego. Nie wiedział jeszcze, jak by je spędził, ale przydałyby się teraz. Może spędziłby je sam. Albo z gitarą. Lub z kobietą. Z pewnością nie z jedną i drugą naraz. To już wiedział.

Wrócił do stolika. Popatrzył na ponure twarze. Micio ukrył twarz w dłoniach. Pyza skubał nerwowo hiszpańską bródkę. Munch wysyłał wiadomość.

I wtedy zobaczył kolejnego gościa wchodzącego do baru. Wysokie czoło. Czarny T-shirt. Żadnych barw narodowych. Breivik przelotnie spojrzał na ekran i zaczął się rozglądać po sali. Też postanowił zostać w Pile jeden wieczór dłużej.

– Widzicie tego kolesia? – Heinz wskazał głową. Wszyscy pochylili się w jego stronę, a on zaczął tłumaczyć.

W końcu Breivik ich dostrzegł. Zobaczył też wolne miejsce przy stoliku.

– Przepraszam, czy mogę się do panów dosiąść? – Spojrzał na Muncha.

Najpewniej uznał, że ten jest tu szefem.

Munch powoli uniósł głowę.

– To zależy.

– Od czego?

– To zależy – powtórzył Munch. – Zależy, czy wspomagasz Orkiestrę Świątecznej Pomocy i czy wrzucasz do tych śmiesznych puszek.

Breivik otaksował wszystkich spojrzeniem. Micio zacisnął wargi i lekko kiwał głową. Pyza wciąż skubał brodę. Heinz patrzył mu prosto w oczy.

– Tak – odpowiedział Breivik. – Czasami wrzucam do tych śmiesznych puszek.

– Bo widzisz – ciągnął Munch – tu jest stolik takich, którzy nie wrzucają. Stolik odrzuconych.

– Można wiedzieć dlaczego? Dlaczego nie wrzucacie?

Śmierć uśmiechnęła się.

– Można. Widzisz, nie lubimy być dobrzy. Albo inaczej: nie lubimy, gdy nas się do tego zmusza. Chcemy być dobrzy wtedy, gdy sami o tym zadecydujemy, a nie na zawołanie. Wszystko we właściwym miejscu, o właściwej porze.

– Ja mam taką zabawę – wtrącił się Pyza. Wypił łyk piwa. – Od lat, gdy orkiestra kwestuje, gram w taką grę. Nazwałem ją Grą w Serduszko. Wiesz, na czym polega? Wychodzę na Trakt Królewski i przez dwie godziny idę tak, by nie dać się złapać i przypiąć sobie tego cholernego czerwonego serduszka. Watahy wolontariuszy. Obława jak za okupacji. I nie daj się złapać. Wiesz, jakie to trudne?

Breivik milczał.

– Wy tam w Warszawie to macie nieźle najebane – powiedział Micio.

– Akurat tę grę podsunął mi kumpel z Poznania. Miasta słynącego z hojności.

Przez chwilę słyszeli rozemocjonowany głos Dariusza Szpakowskiego. Ponoć nasi piłkarze odnaleźli już rytm gry. A potem wszyscy, wszyscy z wyjątkiem Breivika, parsknęli śmiechem.

– W sumie więc jest z tobą tak. – Heinz wyciągnął przed siebie zaciśniętą pięść i skierował kciuk do dołu. Pozostali zrobili to samo i potrząsali rękami. – Wiesz, o co chodzi? Nie lubimy cię. Hejtujemy, dislajkujemy czy jak się to na tym twoim fejsie nazywa.

– W sumie, chłopaki – Munch przeciągnął się na krześle – moglibyśmy go jeszcze zapytać o piosenkę Madonny. Dać jeszcze jedną szansę. O czym jest Like a Virgin?

Heinz obrzucił spojrzeniem Micia, Pyzę i tego z Piły. Nie był pewien, czy wiedzieli, o co chodzi.

– Bo jedyna prawdziwa odpowiedź, która zapewniłaby ci miejsce przy stole, jest taka, że to piosenka o tobie.

– Kurwa – warknął Breivik i zrobił krok do przodu. – Jedyna prawdziwa odpowiedź…

Nie dokończył. Munch uniósł się błyskawicznie i zamarł. Otworzył usta. Sekundę, może dwie narastał tumult na sali, a potem histeryczny ryk niemal rozsadził ściany.

– Błaszczu! – krzyknął Micio. Przeciągnął ostatnią samogłoskę i przykleił się spoconym ciałem do Heinza. – Jak on to zrobił!

Polacy strzelili wyrównującą bramkę. Żałoby nie będzie. Rozpoczęła się feta. Jedną skrajność zastąpiła inna.

Profiler uwolnił się z objęć. Spojrzał na Muncha, który zajęty był robieniem zdjęcia rozentuzjazmowanym kibicom. Odwrócił się do Breivika.

– Spieprzaj stąd – wysyczał. – Spieprzaj, zanim ten koleś przypomni sobie o twoim istnieniu. Idź do baru i napij się czegoś zimnego. Możesz wziąć nawet na mój koszt. Ale spadaj i to już!

Patrzyli sobie w oczy. Kolejny raz tego dnia. W końcu Breivik dał za wygraną. Wzruszył ramionami, obrócił się na pięcie, burknął coś pod nosem i tyle go widzieli. Na wielkim monitorze z różnych ujęć powtarzano rajd Błaszczykowskiego, zejście do środka, strzał i rozpaczliwą interwencję rosyjskiego bramkarza.

W przerwie Heinz wyszedł znów zapalić.

Przy stoliku pojawił się „Rusek”. Jakoś przeoczył jego wejście. Byli zatem w komplecie. Ale Borys Rusiński nie usiadł. Pochylił się, rozmawiał o czymś z Munchem, żywo gestykulowali, a wreszcie mistrz strzelania wskazał ręką w stronę wyjścia. „Rusek” popatrzył tam i napotkał spojrzenie profilera.

Podszedł szybkim krokiem.

– W jakiej jest pan formie, komisarzu? – zaczął bez zbędnych wstępów.

– Lepszej niż Adamiakowa. I niż ci grajkowie na boisku – odpowiedział.

Policzył. Cztery piwa. Rzeczywiście. Czuł się całkiem dobrze.

– Jest sprawa – powiedział policjant. – Wiem, że nie pańska i że jest mecz, ale mamy ciało. Dlatego cholera nie mogłem być tu z wami.

– Pechowy dzień, co?

Rusiński przytaknął.

– Czasami myślę, że nie ma innych. I naprawdę przepraszam. Mamy ciało na byłym lotnisku wojskowym i są… są pewne okoliczności. Po prostu chciałbym, by pan to zobaczył. First look. Sam pan mówił…

Heinz wrócił do stolika i pożegnał się. Wieczór będzie dziś w Polsce długi, niezależnie od końcowego wyniku. Wyszedł przed „Misia” i odetchnął z ulgą. Jakby zdjęli mu ciężar z pleców. W jednej chwili piłkarskie święto przestało go obchodzić.

3

Spokojna twarz, zamknięte oczy. Żadnych widocznych oznak bólu lub strachu. Chłopak był młody. Góra dwadzieścia lat, ale pewnie mniej. Sklejony kosmyk włosów przesunięty nieco na lewą stronę czoła, szczątkowy zarost na policzkach. Odrapana żarówka na dyndającym kablu rzucała słabe światło. Część twarzy, poniżej linii oczu, pokrywał cień. Cisza, spokój. Można by uwierzyć, że wakacyjna beztroska.

Tak wygląda człowiek śpiący spokojnym snem. Człowiek, którego opuściły wszelkie zmartwienia i kłopoty.

Tyle że nikt nie śpi ze skrępowanymi rękami i nogami.

Drogę na lotnisko pokonali w dwanaście minut. Gdyby jechali oznakowanym samochodem na sygnale, byliby jeszcze szybciej. Rusiński chciał opisać przebieg zdarzeń, ale Heinz powstrzymał go gestem. Zaraz będzie na miejscu, zobaczy sam, wygłaszane na wstępie sugestie i prezentowany wówczas punkt widzenia komplikują sprawę i zamazują obraz. Ślady. Liczą się ślady. I pierwsze spojrzenie.

Profiler otworzył okno. Poczuł przyjemny powiew na twarzy. Zapowiadała się ciepła noc. Ulice Piły były wyludnione. Minęli ze dwa, może trzy samochody. Dziś wszyscy, od Rzeszowa po Szczecin, od Wałbrzycha po Suwałki, byli jedną wielką reprezentacją narodową. Tak działa siła instynktu stadnego, który przetrwał od najdawniejszych czasów, najczęściej się tli, a czasami wybucha żywym płomieniem. Sam kiepsko odnajdował się w takiej plemienności, ale to nic nie znaczyło. Wyjątki i czarne owce trafiają się wszędzie. Okna i balkony w domach były pootwierane, gdzieniegdzie ciepły niebieskawy poblask z telewizyjnych ekranów przenikał przez szyby. Wszyscy skupieni na meczu. Policja też.

Święty czas. Chwila narodowej ekstazy.

Świetny moment, by kogoś zabić.

Dojeżdżali do lotniska, które lata świetności miało za sobą. Było tu zupełnie inaczej, gdy polskie wojsko na znak bratniej pomocy otrzymało samoloty Su-22. Pułk myśliwców, stacjonujący na niemal stu hektarach, stał się wizytówką miasta. Kilka ton żarcia dziennie tu dowożono. Pod koniec nawet własną orkiestrę mieli, a teraz, „Rusek” machnął ręką, teraz to szkoda gadać. Wszystko rozszabrowane, rozkradzione i zdewastowane. I brak pomysłu, co z tym fantem zrobić.

– Kto pilnuje terenu? – zainteresował się Heinz.

– Jak to kto? Nikt. A kto by to upilnował? Zachował się pas startowy. Gigant. – „Rusek” puścił kierownicę i rozłożył dłonie, by dodać wagi swym słowom. – Trzy i pół kilometra. Więc gówniarze od czasu do czasu urządzają sobie wyścigi. Jest tu kilka firm usługowych, robią jakieś wertikale, rolety. Byliśmy kilka razy wzywani do włamań. Poza tym wolna amerykanka. Gdyby miał pan ultralekki samolot, taką cessnę na przykład, mógłby pan przylecieć, posadzić maszynę, załatwić sprawy i spokojnie, nienękany przez nikogo, udać się dalej. Coś w rodzaju prywatnego lotniska. I kto by coś panu zrobił?

Wjechali na lotnisko. „Rusek” włączył długie światła i zwolnił. Heinz wychylił głowę. Reflektory omiatały ogromne połacie niezabudowanego terenu, a samochód poruszał się z logiką znaną jedynie kierowcy.

– Byłem tu kiedyś w nocy, totalna mgła, na pięćdziesiąt metrów nic nie widać. Ze dwie godziny krążyłem, aby wyjechać. Dziś – „Rusek” uśmiechnął się – jest luz.

Przejechali ze dwa kilometry, gdy niespodziewanie z ciemności wyłoniły się kontury samochodów. Kilka ludzkich sylwetek stało pochylonych nad ogniem, w tle rozbrzmiewał głos komentatora sportowego. Heinz poczuł zapach pieczonego mięsa. Obrzucił Rusińskiego pytającym spojrzeniem.

– Jeden z hangaroschronów, my też jedziemy do takiego – wyjaśnił „Rusek”. – Teren wokół tego przerobiono na stadninę koni. Taki country club na lotnisku. Od czasu do czasu jakieś imprezki tu organizują.

– Nasz jest daleko stąd?

– Nie.

– Skoro ci bywają często, może coś widzieli? Przepytał ich już ktoś?

– Jeszcze nie.

Dojechali na miejsce.

Jeden radiowóz postawiony w poprzek zastawiał drogę i zniechęcał ciekawskich, których nie było. Drugi ustawiono tak, aby reflektory oświetlały wnętrze hangaru. „Rusek” wręczył profilerowi latarkę. Obaj obeszli budynek. Hangaroschron przeznaczony dla myśliwca Su-22 przypominał olbrzymią pieczarę. Dzieci mogłyby wyobrażać sobie, że jest to jaskinia, w której mieszka smok. Potężna metalowa brama z namalowanym białą farbą napisem „Nieupoważnionym otwieranie zabronione” była uchylona. Heinz poświecił latarką.

– To nie tu – powiedział Rusiński. – Od drugiej strony.

Do hangaroschronu przylegało coś, co na pierwszy rzut oka kojarzyło się z magazynem. Albo warsztatem. W istocie dokonywano tam drobnych napraw, gdy zachodziła taka potrzeba. Taka lotnicza kosmetyka. Niekiedy, zdążył dowiedzieć się po drodze od „Ruska”, magazyn wynajmowali mechanicy samochodowi. Ale kto by chciał przyjeżdżać tu na naprawy i błądzić po lotnisku?

Najważniejsze pytanie: co tu się stało? Najczęściej Heinz nie miał okazji, aby być na miejscu od razu po wykryciu przestępstwa. Na ogół pojawiał się, gdy ślady krwi już wyblakły, swąd spalenizny się ulotnił, po policyjnej taśmie zabezpieczającej nie było śladu, a sąsiedzi, jeśli tacy byli, zapomnieli o koszmarze i wrócili do normalnego życia. Posiłkował się wówczas zdjęciami, sporządzoną dokumentacją, porównywał dane z tym, co widział, próbując ułożyć wszystkie puzzle. Co tu się stało?

Przywitał się z dwoma technikami i poprosił o kombinezon ochronny. Obrócił się bokiem, wyminął policyjny samochód i wszedł do środka.

Magazyn miał kształt kwadratu o boku około pięciu metrów. Heinz omiótł światłem wnętrze. Ruszył na środek, zatrzymał się, oświetlił ciało i wycofał się do wyjścia. W sumie pusto. Na szarej betonowej podłodze, przy ścianie nieopodal drzwi, znajdował się zdezelowany stół, a obok stało stare krzesło. W ścianach, równie szarych i chropawych jak podłoga, dostrzegł kilka haków i wkrętów. Pewnie kiedyś wisiały tu szafki na podstawowe narzędzia potrzebne w takim miejscu. Na jednym z haków zobaczył kawałek drutu. Ze środka ściany po drugiej stronie wystawał zardzewiały kran, a pod nim znajdował się przeżarty korozją zlew. Heinz poświecił latarką. Żadnych niedopałków czy resztek jedzenia. Nic. Pod zlewem leżał kawałek zmurszałego drewna. Wyglądał jak trzonek pilnika, którego ostatni raz używano wieki temu.

Tak. W sumie byłoby pusto, gdyby nie ciało znajdujące się na środku.

Uważnie przyjrzał się chłopakowi.