Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 272

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Piąta łódź - Monika Kompaníková

Lucia i Jarka mieszkają na przedmieściach. Jarka ma dwanaście lat, często zostaje sama w domu, włóczy się po okolicy i chciałaby mówić do Lucie „mamo”, ale Lucie jej na to nie pozwala. Pewnego dnia Jarka ucieka – zabiera ze sobą wózek z półrocznymi bliźniętami i ośmioletniego Kristiana, który też uciekł z domu. W domku w ogrodzie próbują stworzyć „rodzinę”.

Kompaníková, dzięki swojemu talentowi do snucia opowieści, tworzy niesamowitą atmosferę. Książkę określa się mianem przełomowej słowackiej powieści, wielu krytyków uznaje ją za rzadki przykład współczesnej prozy społecznie zaangażowanej.

Opinie o ebooku Piąta łódź - Monika Kompaníková

Fragment ebooka Piąta łódź - Monika Kompaníková

Monika Kompaníková

PIĄTA ŁÓDŹ

Przełożyła Izabela Zając

Wrocław 2016

W MOICH SNACH często pływają łodzie. Drewniane, wyglądem przypominają obiekty z kreskówki, w której wszystko może się zdarzyć. Koślawe, zbite z grubo ciosanych desek. Szczeliny między żebrami wysmarowane kitem, nierówności zakryte warstwą farby w odcieniu kobaltowym lub bieli ołowianej. Wydają się wątłe, chybotliwe, ale przyjazne. Niekiedy mają kabinę, w której można się ukryć, czasami są tylko pustymi skorupkami bez wioseł i lin. Kołyszą się na powierzchni, w stojącej wodzie bez nurtu, w bezwietrzu. Po przebudzeniu jestem mokra i zmęczona, bolą mnie ręce. Włosy mam zlepione potem. Budzę się zawiedziona i niezaspokojona, z poczuciem na próżno zmarnowanej energii – nie sięgnęłam dna ani nie dotarłam do portu. Prądy denne mnie nie wciągnęły, a wiatr krąży uwięziony w jakiejś kotlinie, z dala od wody.

PO RAZ PIERWSZY ujrzałam łodzie prawie dwadzieścia lat temu podczas krótkiego odpoczynku, który bardziej przypominał chwilę zawieszenia na jawie niż prawdziwy sen. Zostało po nim raczej wrażenie niż obraz, słabe mdłości.

Byłam w ogrodzie, leżałam na trawie. Suche sierpniowe źdźbła bodły mnie przez podkoszulek, bawiłam się w taką prostą grę: musiałam leżeć nieruchomo, dopóki nie zdarzy się coś banalnego i przewidywalnego – dopóki nie spadnie liść, dopóki krawędź cienia nie sięgnie głazu, dopóki nie usłyszę gwizdu drozda. Gdy to nastąpi, będę się mogła poruszyć i podrapać. Jeśli nie, będę trwała w bezruchu. Czekałam na sygnał kolejnego pociągu w oddali i towarzyszący mu przenikliwy dźwięk metalu szlifującego metal. Nie poruszyłam się, nie poprawiłam koszulki, dopóki nie dobiegł mnie ten znajomy odgłos. Starałam się wytrzymać, nawet jeśli musiałam zaciskać zęby, bo źdźbła były ostre jak igły. Leżałam jeszcze jakieś pięć minut, ramiona szeroko rozłożone, ukryte w trawie, dłonie zwrócone do niebios. Czułam mrówkę chodzącą po dłoni. W końcu trochę się powierciłam, mrówka sobie poszła, a ja na moment zagubiłam się w czasie i przestrzeni. Wydawało mi się, że leżę na dnie łódki. Łajba huśtała się, kołysząc mnie do snu. Sen we śnie. Spod przymkniętych powiek widziałam tylko błękitne niebo, jasne i świetliste, krawędzie łódki i leżące nade mną wiosło oparte na ukos o burtę. Gdy nadejdzie pora, żeby wstać, chwycę wiosło obiema rękami i podciągnę się w górę, pomyślałam. Kiedy nadejdzie ta pora? Skąd będę wiedziała?

Później niemrawo pełznący cień altanki ogrodowej zasłonił mi oczy i poczułam, że ktoś stoi nade mną. Przez chwilę byłam zdezorientowana, ale czułam się bezpiecznie. Obróciłam głowę, zamrugałam oczami i podniosłam wzrok. Nikogo nie było, ale rosła tam jabłoń, a nieco dalej stała altanka. Drzewo się kołysało, a jego ruch idealnie pasował do mojego snu. Wydawało się rozłożyste i gęste, bo każdy liść jawił się podwójnie przez swój migotliwy cień, który tworzył się w moim oku. Dojrzewające jabłka wisiały na gałęziach jak ozdóbki-niedoróbki, które nie znalazły lepszego miejsca na ziemi. Ale wystarczyło zamrugać, przetrzeć oczy opuszkami palców, by drzewo od razu odzyskało swą płodność. Jabłka przypomniały mi, że tego dnia prawie nic nie jadłam. Oparłam się na łokciach i jeszcze raz na chwilę zamknęłam oczy. Mogłabym tak leżeć kolejne pół godziny, z badylem wbijającym się pod łopatkę. A może i dwie, jakby mi się naprawdę chciało, jakbym miała jakiś powód, na przykład gdyby szło o zakład. O bułkę albo gorące kakao. Wtedy oddałabym za nie wszystko. Miałam dwanaście lat.

Usiadłam, pokręciłam głową na boki, w górę i w dół, żeby rozluźnić zesztywniały kark. Sięgnęłam ręką do tyłu i wymacałam krąg ubitej ziemi. Wyglądał jak miejsce, z którego po latach udało się wytoczyć beczkę, miejsce pozbawione wody i roślinności.

Pamiętam każdy swój ruch, to, że parę razy przejechałam dłonią po ziemi. Wszystko, co z niej wystawało, przyklepałam i wygładziłam palcami. A nawet to, że potem położyłam się na boku i długo wpatrywałam w tę łysinę, jakbym się chciała upewnić, że naprawdę tam jest, że wcale mi się nie przyśniła, gdy leżałam na trawie. Mogłam przecież śnić o łódce i o tym małym grobie. To się zdarza. Człowiek sobie leży, rozmyśla, zasypia na godzinę, dwie. Dwie godziny życia przepadają w jakiejś otchłani, z której nikt ich już nie wyciągnie, aby je przeżyć z pełną świadomością, lepiej, inaczej. Sen łączy ze sobą to, co na pozór nieprzystawalne, a później człowiek nad tym duma, szukając związku. Lucia, moja mama Lucia, która od małego powtarzała mi, żebym nie zwracała się do niej „mamo”, jakby była jakąś starą prukwą, często tak zasypiała. Z przymkniętymi oczami, z dwiema czarnymi wilgotnymi szparkami. Niekiedy spała bez jednego mrugnięcia, innym razem gałki oczne poruszały się jak wahadło metronomu. Zapadała w sen, gładząc palcami oparcie, zwinięta w kłębek, z podwiniętymi nogami, po czym wynurzała się z kanapy jak z bagna, jak cień mojej prawdziwej, żywej i energicznej mamy. Nagle się budziła, otrząsała, poprawiała włosy i twierdziła, że zdarzyło się coś, co wcale nie mogło się wydarzyć, gdy tak przez chwilę, minutkę czy dwie, siedziała na kanapie i rozmyślała. Ktoś jej zabrał papcie, wylał wodę z czajnika, włączył telewizor i przestawił czas w komórce. Po takim śnie bywała zmęczona. Jak możesz być zmęczona, skoro przespałaś dwie godziny, pytałam. Ale nie, ona nie spała, tylko odpoczywała i przeglądała telegazetę. Na moje pytania odpowiadała powoli, ciężko dysząc, albo tylko szeptała i przymykała oczy, żebym jej uwierzyła. I żebym przed wyjściem na podwórko nalała wody do czajnika i zaparzyła jej porządną siekierę.

KILKA GARŚCI ZIEMI wykopanych zabawkową plastikową łopatką chroniło martwego kota przed robakami. A mnie samą przed usilną potrzebą przyglądania mu się i grzebania patykiem w jego nadpsutych wnętrznościach. Leżał tam, jeszcze ciepły, rozmiażdżony bieżnikiem opony przed działką sąsiada. Motor sąsiada przepołowił go, tak że wyglądał niczym dwie ściśnięte sznurkiem kiełbaski. Miał zakurzone futerko i nienaturalnie wygiętą jedną łapkę. Gdyby nie oko, zawieruszony błyszczący koralik, który wypadł z oczodołu, wyglądałby zupełnie zwyczajnie, wyciągnięty na drodze dojazdowej, leniwy i samolubny, nieczuły wobec mojej nieustępliwej chęci zaprzyjaźnienia się z nim. Czarna pantera, tygrys Tracy’ego.

Nie zastanawiałam się długo, wiedziałam, że nikt inny nie sprzątnie tej czarnej smugi. A poza tym przeczuwałam, że sama nie oprę się pokusie, by wziąć patyk, nóż albo sekator i trochę pogmerać w kocie. Zżerała mnie ciekawość, co jest pod futerkiem, jakie to jest w dotyku, jak pachnie. Czy to takie samo mięso jak w szkolnej stołówce, czy może raczej przypomina skaleczony palec. Jednocześnie dręczyła mnie myśl, że nie wypada, nie na oczach wszystkich, bez białego fartucha, sterylnych narzędzi i nadziei, że ożyje.

Gdy miałam siedem lat, z dzieciakami z podwórka pochowaliśmy wróbla. Znaleźliśmy go pod balkonami na osiedlu. Różowe żyjątko z paroma mokrymi piórkami i wielkimi sinymi powiekami. Aż trudno uwierzyć, że coś takiego wzbije się kiedyś w powietrze i miło będzie popatrzeć, jak dziobie okruszki przed supermarketem. Wybraliśmy mu ładne spokojne miejsce, wygrzebaliśmy dziurę głęboką na trzy palce, z dwóch kredek i kamienia zrobiliśmy miniaturowy nagrobek, kamień i krzyż, jak wtedy, gdy umiera człowiek. Pogrzeb też odprawiliśmy prawdziwy. Ubrani w ciemne dresy, przynieśliśmy kwiatki i cienkie tortowe świeczki, pasujące rozmiarem do małego grobka. Ze ściśniętymi gardłami, zająkując się przy każdym słowie, wydukaliśmy „Aniele Boży, stróżu mój…”. Ci, którzy nie znali modlitwy, wymawiali tylko ostatnie sylaby. Każdy z nas poczuł słaby powiew śmierci. Na moment otarła się o nas świadomość jej nieodwracalności. Więcej nie byliśmy wtedy w stanie pojąć. I jeszcze to przerażenie, paraliżujący strach przed umieraniem i bezwładem. Zdawaliśmy sobie sprawę, że sami jesteśmy jeszcze pisklętami, słabiutkimi, delikatnymi i tak maleńkimi, że w każdej chwili możemy się wychylić przez poręcz i z połamanymi nogami skończyć na betonie pod blokiem. Trochę to trwało. Refleksje o śmierci i ptakach. Po tygodniu mieliśmy już inną zabawę, a o wróblu zdążyliśmy zapomnieć.

KIEDY CZTERY czy pięć lat później stałam przed działką nad rozjechanym kotem, byłam sama. Nie było ze mną żadnych kolegów, w których mogła odbijać się moja własna niepewność, tkwiłam tam odarta z wiary w anioły stróże, pozbawiona szczerego smutku za kotem, który nigdy nie dał się pogłaskać. Obawiając się własnego zaciekawienia.

Dokładnie obejrzałam go z odpowiedniej odległości, a po krótkim wahaniu dotknęłam palcem. Ciepły i miękki przypominał odkrytą kołdrę. Był tylko odrobinę brzydszy niż jakikolwiek inny śpiący kot. Nie było mi go żal, nie czułam nic szczególnego. Nie był moim kolegą, lecz konsumentem, który pojawiał się, jak tylko wyjmowałam coś do jedzenia, i który nigdy nie dziękował za posiłek. Próbowałam wycisnąć łezkę, ale nie potrafiłam. Próbowałam na niego nie patrzeć, ale też bez skutku.

Wróciłam na działkę, wzięłam miotłę stojącą za drzwiami altanki i zaczęłam zamiatać pokój, żeby zająć czymś myśli. Z kupką śmieci na starej gazecie dotarłam aż za ogrodzenie. Nie odpuściłam sobie krótkiego spojrzenia na czarny punkt na drodze. Następnie wytrzepałam koce i poduszki. W pewnej chwili miałam wrażenie, że zza żywopłotu dobiega mnie czyjeś nawoływanie. Rzuciłam poduszki i wybiegłam przed bramkę, ale nikogo nie było. Znów tylko ten punkt, czarna dziura wciągająca ciekawskie dziewuchy. Wreszcie wzięłam łopatę i za trzecim czy czwartym razem udało mi się go zgarnąć z ziemi. Przez chwilę chodziłam w tę i we w tę z ciężką łopatą, zastanawiając się, czy nie przerzucić go za płot do sąsiada, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że pożegnam się z nim godnie.

Pogrzeb wróbla to był rytuał, tajny, cichy i chłodny, był przypieczętowaniem przyjaźni, naszym wspólnym strachem. Co nam po jakimś wróblu, liczyliśmy się my, dzieciaki z osiedla, które czują się dorosłe i ważne, gdy mają swoją tajemnicę. Kiedy ta tajemnica ma zapach śmierci. Każdy, działając wspólnie z innymi, zrobił coś dla wróbla, bez narzekania i kłótni. Bez marudzenia i przekleństw, za to z przekonaniem, że rola, która spadła nam wprost z nieba, jest naprawdę doniosła.

Pogrzebać kota, praca jak każda inna, brudna i męcząca, z narzędziem zbyt ciężkim i topornym dla moich chudych rąk. Zanim obeszłam dookoła altankę, jabłonie i zapuszczone grządki, opadłam z sił i byłam tak nieostrożna, że kot niepostrzeżenie zsunął się z łopaty i zobaczyłam jego drugi, mniej estetyczny bok. Nie mogłam się zdecydować, gdzie go zakopać. Ze stosu żwiru usypanego pod ścianą altanki wzięłam ładny biały kamień. Nadal trzymam go na półce nad łóżkiem, leży obok zbielałej kociej czaszki, dwa niemal identyczne przedmioty. Stanęłam w rozkroku i rzuciłam kamień za siebie. W miejscu, gdzie spadł, wykopałam jamę. Użyłam do tego dziecięcej łopatki do piaskownicy. Następnie wsunęłam kota na zwykłą łopatę i ostrożnie włożyłam go do ziemi, tak jak przekłada się ciasto do formy. Łopatę starannie wytarłam o trawę i odłożyłam do drewutni. Zakopałam zwłoki i wyrównałam ziemię, na wierzchu położyłam kępkę trawy, którą wcześniej stamtąd wykopałam. Trochę przydeptałam, żeby się pozbyć garbu, ale i tak wyglądało śmiesznie. Wreszcie wyrwałam zniszczoną roślinność i przerzuciłam przez płot na działkę sąsiada, licząc na naturalną plenność chwastów. Za parę tygodni, a może nawet wcześniej, trawa porośnie świecącą łysinę i po grobie nie będzie ani śladu.

Nikt go nie szukał. Ani ten, kto go przejechał motorem, gdy spał, ani sąsiedzi, którzy w tym czasie rzadko odwiedzali działki nad miastem, chyba że akurat dojrzały jakieś owoce. Ja też za nim nie tęskniłam, nie za tym konkretnym, bo w okolicy błąkało się ich wiele i nawet jeśli jeden znikał, za dwa dni pojawiał się następny. Wiedziałam, że wcześniej czy później znów przyjdzie nowy, będzie się łasił, mruczał i plątał pod nogami. Wystarczy, że zostawię przed drzwiami nieumyty kubek po jogurcie, kości albo kawałek bułki. Koty są jak muszki owocówki, które wylęgają się, gdy na dno kieliszka spada pierwsza kropla wina. Będą drapać drzwi i miauczeć, a jak tylko dostaną swój przydział żarcia, w mig czmychną. Zawsze znajdują dziurę w ogrodzeniu, przeciskają się pod bramką, a potem odchodzą spokojnie, doniośle, z podniesionym ogonem, wyrażając pogardę dla kolejnego dzieciaka, który się zlitował i podzielił swoim podwieczorkiem. Kolejnego smarkacza, zbyt tchórzliwego i ślamazarnego, by zdążył wymusić od kota odrobinę czułości.

WYCHODZĄC, zawsze skrupulatnie zamykałam drzwi altanki i bramkę na skobel. Jak tylko słońce zaszło za rozciągniętą na niebie chmurę, niespodziewanie się ochłodziło. Zarzuciłam bluzę, wytrzepałam z kieszeni okruszki i ruszyłam w dół po rozjeżdżonych koleinach. Pogłębiły się w czasie deszczu, woda wymyła z nich kamienie i piasek. Na krótko przystanęłam w miejscu, gdzie motor przejechał kota. Mimowolnie wcisnęłam trampkiem w ziemię kilka posklejanych kawałków czarnej sierści, powodując zejście niewielkiej lawiny z piasku wewnątrz koleiny. Nie czułam obrzydzenia ani smutku. Doskwierały mi nuda i głód.

SZŁAM wyboistą drogą. Uwierał mnie ten kot. Myślałam o tym, co robiłam przez ostatnie trzy godziny: szybki bieg ze stacji kolejowej między garażami do linii pierwszych ogródków działkowych, ot tak, bez powodu, dla zabicia czasu. Wspinaczka pod górę, szybki marsz z kilkoma postojami przy krzewach dojrzałych jeżyn. Gdzieś w głowie kołatała przestroga nauczycielki: nigdy nie jedzcie jeżyn z winnic, są pryskane! Czarny punkcik widoczny już z daleka, lecz niemożliwy do zidentyfikowania, większy punkcik – kot. Zapach spalonej benzyny, zaskakująco żywa reakcja martwego ciała na ucisk dwóch palców, ciężka łopata, otarte kostki dłoni, pół jawa, pół sen, z głową na trawie, mrówką na dłoni, sen w kołyszącej się łódce, krótki, intensywny zawrót głowy, uparty skobel, z którym zawsze musiałam się siłować, żeby zatrzasnąć go jak należy, chłód i kłujące okruchy w kieszeni. W oddali na dworcu komunikat o odjeździe pociągu, którego przywykłe ucho nawet nie dosłyszy.

Przyspieszyłam kroku, a w miejscu, gdzie trawa przechodzi w asfalt, zaczęłam biec i biegłam aż do chwili, gdy tuż przed dworcem poczułam słabe trzaśnięcie w kolanie i ugięły się pode mną nogi. Trochę szumiało mi w uszach, mięśnie nóg drżały, miałam wrażenie, że kolano puchnie jak bańka. Ale to tylko złudzenie, kolano było w porządku, trochę się trzęsło. Ogromna potrzeba rozmowy i bliskości kogoś żywego i dużego opadła na mnie niczym mgła, gdy tak leciałam jak na złamanie karku w ten chłodny sierpniowy wieczór. Na chwilę przysiadłam na ławce przed dworcem. Musiałam się porządnie wydyszeć. Powietrze było ciężkie, pachniało dymem i świeżym moczem spływającym po ścianie kiosku z gazetami. W okolicy dworca zawsze czuć urynę i papierosy.

LUCIA była w domu, w kuchni paliło się światło, widziałam z daleka. Z uczuciem ulgi i radości rozpędziłam się i ostatnie sto metrów pokonałam, w zupełnej ciemności, w wielkich susach – trzy końskie, krwawe kolano wstaje – jak w zabawie podwórkowej. Krwawe kolano.

Na klatce schodowej panował mrok, świecił tylko długi rząd dzwonków i nazwisk przy bramie, skracając drogę do domu. Brama była niedomknięta, widocznie komuś, kto wyszedł tylko na papierosa, nie chciało się sięgać po klucze. Żeby się nie zatrzasnęła, trzeba ją było przymykać bardzo ostrożnie, przytrzymać nogą, aż języczek zamka dotknie futryny, albo zablokować otwór ulotką. Moja Lucia też zostawiała przymknięte drzwi, gdy na kogoś czekała. Zawsze się przy tym dziwnie kuliła, chowała głowę w ramiona jak indyk, a włosy opadały jej na czoło. W tym czasie nosiła farbowany blond długości do ramion. Miała minę winowajcy niczym kochanka sąsiada. Tyle że ona nie miała żadnego kochanka w sąsiedztwie, zwyczajnie nie chciało jej się wyłazić z łóżka. Nie chciało jej się zdejmować nogi założonej na nogę i schodzić z trzeciego piętra, co więcej, była zbyt leniwa, żeby kilka razy na dzień otwierać drzwi od mieszkania, więc te same czynności powtarzała na naszym korytarzu. Kuliła się w szlafroku i bamboszach. Spod rozpuszczonych włosów wyglądało jedno czujne oko, uważne na wrogim terytorium wspólnego korytarza, na którym czyhają sąsiedzi. Zostawiała uchylone drzwi, z drugiej strony podkładała mój trampek, żeby przeciąg nie otworzył ich na oścież. W ten sposób jej kumple mogli wchodzić do mieszkania bez pukania, kiedy im się żywnie podobało. Często nawet nie zdejmowali butów i zachowywali się u nas jak w poczekalni, którą nad ranem ktoś pozamiata i wyrzuci pety z popielniczek. W poczekalni nie zamyka się drzwi, nie zdejmuje butów, spluwa się na ziemię, a gumę do żucia przykleja do oparcia. Wchodzi się bez przekonania, żeby przeczekać, wychodzi pospiesznie, bez pozdrowienia.

Ja zawsze musiałam zdejmować buty, nawet jeśli szłam tylko na drugi koniec przedpokoju po kurtkę, inaczej dostałabym po łbie. Dla innych robiła wyjątek. Nigdy nie powiedziała złego słowa na ich ubłocone buciory, tylko gapiła się na nie zawstydzona. Było jej wstyd, że we własnym mieszkaniu nie potrafi zaprowadzić porządku i nauczyć gości zasad, ale na nic więcej nie umiała się zdobyć. Była słaba i bezsilna, nie potrafiła zawalczyć nawet o to, żeby goście zdejmowali buty. Rękę i głos podnosiła tylko na mnie, bo ja należałam do niej, byłam cząstką jej samej. To tak, jakby uderzyła samą siebie, jakby samej sobie robiła wymówki, jakby polewała się w wannie zimnym prysznicem. Żadnego chuchania-dmuchania, za karę, niech to będzie nauczka.

KOLEJNĄ OSOBĄ, której Lucia się bała, była babcia Irena. Nawet wówczas, gdy Irena prawie bezwładna leżała przykuta do łóżka, trzeba jej było zmieniać pieluchy i podawać przetarte na papkę posiłki. Lucia pozwalała jej sobą rządzić, pouczać się, choć wiedziała, że Irena nie ma racji, że jej żądania są absurdalne. Lucia była na każde jej zawołanie, dla świętego spokoju, żeby uniknąć konfliktu. Nie cierpiałam jej bierności, którą ktoś z zewnątrz, ktoś, kto nie wiedział, jakie relacje panują w naszej rodzinie, mógłby uznać za miłość, poświęcenie dla starej, schorowanej matki. Poświęcenie, które powinno być naturalne, lecz nie było, ponieważ stosunki między Lucią a Ireną miały charakter czysto handlowy. Lucia miała do nas obu stosunek kupiecki, nie rodzinny. Nie było mowy o głębokim przywiązaniu, harmonii, zrozumieniu. Ani krzty intymności czy bliskości.

Potrafiła być dla mnie miła, jeśli zachowywałam się zgodnie z jej oczekiwaniami i nie sprawiałam problemów. Jeśli nie będziesz dobra, to nawet się do mnie nie przyznawaj, często mi powtarzała. Rób sobie, co chcesz. Rób sobie, co chcesz, Jarka! Ale ze swoimi problemami do mnie nie przychodź, zrozumiano?

Irena była identyczna. Pewnego razu powiedziała Lucii: będziesz mi zmieniać pościel, a ja pozwolę ci u siebie zamieszkać. Inaczej musiałabyś jeszcze poczekać na mieszkanie. Nie próbuj mnie oszukiwać, wciąż jestem przy zdrowych zmysłach, choć wolałabyś, obie byście wolały, żebym zaraz padła…

Rodzina funkcjonująca na zasadzie handlu wymiennego. Nigdy nic dobrego z tych spółek nie wynikło.

NA KAŻDE SPOJRZENIE LUCII musiałam sobie zapracować. Harowałam, mydliłam, żeby tylko nie dać jej pretekstu do odtrącenia. Przez całe dzieciństwo nie robiłam nic innego, tylko starałam się, żeby wszystko było tak, jak chce Lucia. Nauczyłam się odczytywać jej życzenia z ruchu warg, żeby móc je spełnić, zanim je wypowie. Ale jej życzenia zwykle były tak ekstrawaganckie, że w swojej infantylności nie byłam w stanie ich pojąć ani spełnić. Mogłam zrobić zakupy, pranie, rozwiesić bieliznę, odnieść transporter z pustymi butelkami do sklepu. Poza tym przynosiłam ze szkoły piątki, a na życzenie mogłam zostać w swoim pokoju przez dwa dni i sikać do rondelka.

INNE DZIECI w tym czasie bawiły się niby-miotłą, niby-garnkiem, niby-mydłem, niby-pieniędzmi. My przeskoczyłyśmy okres na niby.

KUMPLE LUCII wydzwaniali i wydzwaniali, a jeśli brama była zamknięta, przyciskali po kolei wszystkie dzwonki. Gdy ktoś z sąsiadów z przekleństwem na ustach im otworzył i tarabanili się na górę, niecierpliwie się dobijali, jakby Lucia nie miała nic innego do roboty, tylko warować pod drzwiami z ręką na klamce. Używali naszej łazienki, ręczników, moich też, tych malutkich, zawieszonych nisko nad podłogą na specjalnym plastikowym wieszaczku w kształcie uniesionego psiego ogonka, moich własnych ręczniczków. Przychodzili do mojego pokoju, kładli się w moim łóżku, pijani jak bela. A ile razy się zdarzało, że nie miałam gdzie spać! Zostawał po nich tylko smród, zaświnione prześcieradło, czasami jakaś zapalniczka albo drobniaki, które wypadły im z kieszeni.

ULUBIONY PAN LUCII, jakiś inżynier, który załatwiał jej różne dorywcze zajęcia, kładł się w moim łóżku nawet wtedy, kiedy w nim leżałam. Przychodził w nocy albo nad ranem, myśląc, że śpię, zawsze, kiedy była u nas jakaś impreza, dużo ludzi i łatwo można było zniknąć Lucii z oczu. Ostrożnie zamykał za sobą drzwi, ściągał buty, wkopywał je pod łóżko, zdejmował podkoszulek i spodnie, kładł mi jedną rękę na ustach, drugą wsuwał między uda. Dyszał głośno i szybko jak zgoniony pies, a w jego oddechu wyczuwałam papierosy i mokrą, rzuconą w kąt szmatę. Zaciskałam powieki i otwierałam usta, żeby dusza mogła się ulotnić. Wyobrażałam sobie, że jestem pod wodą i pływam. Pływam, a wszystko, co czuję, dotyk, ślinę, oddech, to wszystko wywołuje woda, roślinność i zwierzęta. Nawet nie pisnęłam, nie poruszyłam się, nigdy nie zdobyłam się na sprzeciw, tylko cicho i posłusznie opuszczałam swoje ciało. Kiedy było po wszystkim, zamykał za sobą drzwi, a ja wracałam do siebie, zmieniałam piżamę, pościel i spałam dalej.

Do rana potrafiłam na tyle wyprzeć go z pamięci, że mogłam razem z nim i Lucią siedzieć przy stole w kuchni i zwyczajnie jeść śniadanie. Gdy natykałam się na niego na osiedlu, jak gdyby nigdy nic udawałam, że go nie pamiętam, wcale go nie znam. Właściwie często nie pamiętałam niczego konkretnego, niczego przerażającego lub bolesnego, czego nie można by było przełknąć, tylko jakieś mgliste poczucie brudu i wstydu. Jak wtedy, gdy pewna pani w autobusie powiedziała mi, że śmierdzę i że to nie przystoi takiej dziewczynce jak ja. Że powinnam się lepiej umyć. Nie przystoi mi też wielki spocony facet.

Gorsze rzeczy ci faceci wyprawiali z Lucią, cały dom trząsł się w posadach, sąsiedzi wzywali policję, bo sami nie mieli odwagi wejść do środka przez uchylone drzwi. Nie mogłam jej tym obarczać i skarżyć się, że w moim łóżku leży jakiś pan, który mi się nie podoba, podczas gdy drugi rżnie ją w pokoju obok. Nie słuchałaby mnie, nie wierzyła, że ja, taka mała, mam jakieś problemy. Twoje problemy, Jarka, to żadne problemy. Same duperele, powiedziałaby. Trele-morele-duperele.

Jej kumple to była cała banda kolesi z poprawczaka. Szorstkie gesty i ostre gadki, blizny na przedramionach, nieboracy, którzy potrafili się rozpłakać nad talerzem knedli ze śliwkami, bo ich najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa wiązały się z knedlami. A po obiedzie mogli trzasnąć pustym talerzem o ścianę albo demonstracyjnie pociachać sobie nadgarstki. A Lucia jak gąbka chłonęła i chłonęła, ucząc się od nich samych pożytecznych rzeczy. Po każdym coś jej zostało – przez chwilę słuchała jazzu, potem muzyki filmowej. Raz paliła kadzidełka, kiedy indziej robiła przemeblowanie według zasad feng shui. Później zaczęła palić w kuchni i ubikacji, wrzucać pety do muszli, pływały w niej jeszcze dwa dni, brudne buty wkładać do kosza z bielizną, zużytą bieliznę upychać w szafie. Nauczyła się popijać wódkę winem i mieszać w ciemno różne trunki z lekarstwami, nauczyła się wkładać w razie potrzeby palec do gardła, sikać do rondelka, wylegiwać się na kanapie z nogami wyłożonymi na oparciu. Leżeć całymi godzinami w półśnie z przymkniętymi powiekami, pod które – niczym w drzwi wejściowe – można by wetknąć zapałki. Szczelina między snem a czuwaniem. Ciało gotowe się otrzepać i powoli rozruszać, jeśli tylko wysiłek zostanie nagrodzony. Ciepłe i miękkie, choć Lucia często skarżyła się, że czuje się zesztywniała i zimna jak trup, że ciągle ma lodowate dłonie, nogi i tułów, nie może się w żaden sposób rozgrzać.

Niekiedy kładłam się obok niej, ale nie zostawałam za długo, bo czułam, że Lucia i tak jest myślami gdzie indziej, a na dziecinne podszczypywanie, łaskotki, pytania i głaskanie zareaguje wrogim prychnięciem. Leżała jak szmata, spocona, wilgotna, niekiedy brudna, bywały dni, kiedy była tak zmęczona, że nie dawała rady dojść do łazienki i umyć się. Zmysły miewała tak przytłumione, że nie czuła własnego zapachu, potu i resztek jedzenia pod paznokciami. Bałam się, że jest na coś chora, cierpi na poważne uszkodzenie jakiegoś organu wewnętrznego, czego nie widać na zewnątrz – żadnej krwi, wysypki i siniaków. Coś, co trawi ją od środka i powoduje tajemnicze chroniczne zmęczenie.

Wyobrażałam sobie jakiegoś robaka albo tasiemca, który wędruje jelitami do serca, zagnieżdża się i wysysa z niej energię i emocje. Tasiemiec jest odporny na leki i alkohol, przez skórę i mięśnie nie trafiają do niego żadne prośby, groźby ani płacz innych ludzi. Kiedy bezpiecznie zagnieździ się w komorze serca, zaczyna rosnąć jak drzewo. W górę, do głowy i mózgu, wypuszcza pędy niczym konary w koronie drzewa, w dół – do rąk i nóg – jak system korzeniowy. Stopniowo wypełnia całego człowieka. Trwa to długie miesiące, lecz ciało na pozór wydaje się nietknięte. Obecność tasiemca widać tylko po oczach. Wyobrażałam sobie właśnie tasiemca, bo nie widziałam żadnego innego powodu, dla którego Lucia miałaby być wiecznie zmęczona i niezdolna do wykonywania choćby najprostszych czynności, dbania o podstawową higienę. W końcu była wtedy bardzo młoda, młodsza od mam wszystkich moich kolegów. Na pierwszej i zarazem ostatniej wywiadówce, na którą się wybrała, nauczycielka nie chciała jej nic powiedzieć, bo nie uwierzyła, że to moja mama. Ja sama mówiłam jej po imieniu, a nauczycielka była zmieszana, bo nigdy się z czymś takim nie spotkała. Więcej Lucia nie pokazała się w szkole, wszystkiego dowiadywała się przez telefon. Miała dwadzieścia dwa albo dwadzieścia trzy lata, a ja chodziłam do pierwszej klasy. Pracowała od przypadku do przypadku i miała mnóstwo znajomych, którzy jej pomagali. Jak było lepiej, wyglądała na moją siostrę. Bardzo zależało jej na młodym wyglądzie. Nie chciała, żeby ją kojarzono z czymkolwiek, co dotyczy macierzyństwa i rodzicielstwa, była przekonana, że jako samotna matka jest nieatrakcyjna dla mężczyzn. Mawiała, że poród ją zniszczył, że nic gorszego nie może spotkać kobiety. Przyspiesza starzenie ciała, odmienia duszę, robi z kobiety dojną krowę. Nieodwracalnie przekreśla życie.

LUCIA MIAŁA SZESNAŚCIE LAT, kiedy pojawiłam się na świecie. Całkiem zrozumiałe, że jej uczucia były dalekie od radości, szczęścia i poczucia spełnienia. Zostać matką w tak młodym wieku mogło oznaczać dla niej tyle, co zestarzeć się, zabetonować w domu, w mieszkaniu, skisnąć, roztyć się, zaniedbać, stracić przyjaciół, kochanków, chęć do życia, czas wolny, sen, niezależność. Dlatego broniła się rękami i nogami. Na wyjście ubierała się jak moje koleżanki z klasy, krótkie spódniczki, różowe i fioletowe, podkoszulki z lateksowymi nadrukami. Niekiedy wciągała wąskie dżinsy i przyduże chłopięce trampki, na głowę naciągała kaptur albo zakładała bejsbolówkę. Dzwoniła bransoletkami, tanimi, odrapanymi kółkami, które zsuwały jej się z nadgarstków. Chodziła z rozcapierzonymi palcami, rozstawionymi szeroko jak zęby grabi, żeby bransoletki nie zsunęły się z chudego nadgarstka. Mogłybyśmy sobie pożyczać ciuchy, nosić na zmianę buty, robić razem zakupy, gdybyśmy miały podobny gust i gdyby Lucii na tym zależało.

NIE NAZYWAJ MNIE MAMĄ, ciągle mi powtarzała, czuję się wtedy jak jakaś stara prukwa. Mów mi Lucia. To imię nie przechodziło mi przez gardło. Zawsze utykało gdzieś w przełyku, nie mogąc się przecisnąć, zabrzmieć szczerze i naturalnie. Ale tego też się nauczyłam.

W końcu jesteś moją mamą, myślałam. A może nie? Mama jest zawsze wiadoma, prawda? Nie muszą wszyscy wiedzieć. Wstydzisz się mnie? Przestań mnie zamęczać bzdurami! Jestem padnięta. Jestem padnięta.

Kropka ucinająca każdą rozmowę.

ZMĘCZENIE i ociężałe, spowolnione ruchy wcale do niej nie pasowały. Była taka młoda. Pamiętam ją tuż po śmierci Ireny, kiedy nie musiałyśmy się już włóczyć po wynajmowanych mieszkaniach i znosić humorów schorowanej staruszki. Miałam dziesięć lat, potrafiłam się sobą zająć, dużo czasu spędzałam w kółkach zainteresowań i w świetlicy. Lucia miała w miarę stabilną pracę, co oznaczało, że od jakichś trzech miesięcy pracowała w jednym miejscu, miała w miarę stabilny związek, co oznaczało, że ten jej pan w razie potrzeby naprawiał zepsutą spłuczkę, a na umywalce leżała jego szczoteczka do zębów. Z tamtych czasów pamiętam Lucię narwaną, wesołą, biegającą po mieszkaniu jak kot z pęcherzem, pamiętam nawet, że gotowała, sprzątała, robiła zakupy i poświęcała się wszystkim innym zajęciom typowym dla zwyczajnych mam. I tylko wtedy, gdy była naprawdę zdenerwowana – kłótnia z kochankiem, spóźniająca się wypłata – stawała przy oknie, potupywała nogą i długaśnym paznokciem kciuka wybijała rytm jakiejś piosenki na jeszcze dłuższym palcu serdecznym. Dostałyśmy w spadku mieszkanie, Irena nie żyła – to był prawdziwy cud.

IRENA regularnie urządzała w mieszkaniu dokładne czystki.

Po raz pierwszy sumiennie posprzątała w 1968 roku, kiedy jej małżonek, niejaki pan Miletič, zwiał do Austrii. Wszystkich bardzo to zaskoczyło, bo pan Miletič przez całe życie był jak cicha woda, spokojny, godny zaufania, bezkonfliktowy pracownik. Pewnego dnia wybrał się na cmentarz do Devina, miał powyrywać chwasty z grobu brata, i tyle go widzieli. Dwa czy trzy lata później przyszła widokówka, a potem już nic, ziemia się pod nim zapadła. Zostawił w Bratysławie żonę i dwuletnie dziecko. Gdy Irena opowiadała o nim wyuczonym cierpiętniczym tonem, zawsze był panem Miletičem, serwilistą i słabeuszem cierpiącym na brak zdecydowania, z rękami umazanymi ziemią aż po łokcie. Ta wyprawa na cmentarz musiała ją nieźle zaskoczyć. Nigdy go nie poznałam, nie wiedziałam o nim nic poza tym, że chodził przygarbiony, miał piękny ogród, gdzie spędzał cały wolny czas. Tam albo na cmentarzu w Devinie.

Irena była dyrektorką przedszkola i kiedy u progu czterdziestki, w sześćdziesiątym szóstym, zaszła w ciążę, to było jakby meteoryt spadł z nieba i wszystko zrównał z ziemią. Nikt z jej otoczenia nie wiedział, co z tym fantem zrobić. Czy z nieoczekiwanego zdarzenia uczynić sensację i zbić na tym kapitał, czy też udawać, że nic się nie stało i przykładać jej miód na rany. Irena musiała prędko przedstawić światu ojca dziecka, wyjść za mąż, pogodzić dobrze przećwiczoną rolę starej panny, która swój umysł i ciało poświęciła wychowaniu socjalistycznej młodzieży, z zadaniami odpowiedzialnej matki i żony. Po sześciu tygodniach od porodu dziecko trafiło do żłobka, który znajdował się pod biurem dyrektorki, i dokładnie co trzy godziny dostawało butelkę sztucznego mleka, a na tyłek zasypkę przeciw odparzeniom. Irena – zgodnie z duchem czasu – wzorowo prowadziła własną karierę i dom, do momentu aż niejaki pan Miletič nie postanowił wypielić grobu brata. Z dnia na dzień panią dyrektor przeniesiono do stołówki w suterenach betonowego budynku, bo jako małżonka emigranta nie mogła wychować dzieci na porządnych komunistów.

MIESZKANIE wyczyściła w ciągu trzech dni od upokarzającego upadku do sutereny. Po dziadku nie została ani jedna zapałka wetknięta między materace. Zdegradowali ją do poziomu niejakiego Miletiča, który przed ucieczką był konserwatorem w zakładach chemicznych Dimitrovka, była weryfikowana jako jednostka podejrzana. Nagle się postarzała, a zło, które w niej buzowało i które zakrywała protekcjonalnym uśmiechem, piastując ciepłą posadkę, przedarło się na powierzchnię i ujrzało światło dzienne. Zamknęła się w domu. Wypucowała swój betonowy bunkier i wyśrubowała codzienny rytm dnia. Żaden konserwator już go nie zakłócał. Łyżki i widelce ułożone na serwetkach jak na studniówce, nigdy nieużywane dekoracyjne ścierki ślicznie ułożone według kolorów. Wszystko w jednym tonie.

W Neudorfie, dziesięć kilometrów za granicą z Austrią, jest duża kwiaciarnia Miletich. Myślę, że mogłabym tam kiedyś zajrzeć. Popatrzeć na kwiaty, sadzonki, cebulki.

PIĘTNAŚCIE LAT PÓŹNIEJ znów zrobiła generalne porządki, równie skrzętne jak wtedy. Sprzątała po Lucii i po mnie. Lucia skończyła siedemnaście lat niedługo po porodzie. Skoro ja po sześciu tygodniach wróciłam do pracy, to dlaczego ty byś nie mogła, argumentowała Irena. Znajdź sobie szybko jakiś kąt, a na razie możesz zostać z małą w kuchni. Trzy miesiące i ani dnia dłużej. Zniszczyłyście mi życie, nie chcę was tu więcej widzieć. Zabierz ze swojego pokoju wszystko, co jest ci potrzebne, resztą się zajmę. Pokój będzie zamknięty, żebyś wiedziała, że nie masz tam już czego szukać.

Potem Irena bez litości wyrzuciła mamine pluszaki, klocki, bajki, wszystkie jej dziecięce rzeczy, wszystko, czego Lucia nie spakowała i nie schowała. Zabrała tyle co nic, bo nie traktowała gróźb Ireny poważnie. Nagle znalazła się na jakimś chybotliwym moście, dzielącym i zarazem łączącym dzieciństwo z dorosłością. Straciła wszystkie przedmioty, które świadczyły o tym, że była dzieckiem, że chodziła do szkoły, że miała swoje zabawki, ale jeszcze nie zdołała własnymi siłami zgromadzić atrybutów, które czyniłyby ją dorosłą. Zawisła gdzieś pomiędzy. Jeszcze nie pogodziła się z tym, że została matką, ale nie była już dzieckiem. Nie należała do żadnej grupy, nie miała fundamentów, na których mogłaby się oprzeć i nie chwiać. Nic nie łączyło jej już z okresem niewinności. I nie istniało nic, co pozwoliłoby jej bezpiecznie wkroczyć w przyszłość. Zupełnie nic.

NA BOŻE NARODZENIE 1989 roku Irena pozbierała do jednego wielkiego pudła wszystkie legitymacje, proporczyki, odznaki, plakietki, protokoły ze zjazdów, pamiątki z wczasów związkowych, jednym słowem wszystko, co potwierdzało, że była aktywną komunistką. Następnie urządziła święta według tradycji chrześcijańskiej, wszystko jak należy, jakby za zaciągniętymi storami robiła to od zawsze. W chwilach zagrożenia zachowywała się jak ślimak hermafrodyta, przeobrażała się i nieubłaganie brnęła przez bagno.

WRÓCIŁYŚMY do Ireny, gdy miała jakieś sześćdziesiąt pięć lat i złamane biodro. Chyba musiało jej się to wtedy wydawać najtańszym i najrozsądniejszym rozwiązaniem. Któż inny w końcu miałby się nią zaopiekować i odwdzięczyć za lata poświęcenia. Któż inny, jeśli nie własna córka i wnuczka, która była już na tyle duża, że mogła dźwigać ciężary i umiała policzyć resztę w sklepie. Lucia przystała na ten pomysł, bo dziewięć lat tułaczki po wynajmowanych mieszkaniach było katorgą. Spuściła oczy i rozpakowała manatki, przyznając się do porażki.

W dwupokojowym mieszkaniu Ireny spędziłyśmy w trójkę niespełna rok. Po tygodniu zdałam sobie sprawę, że każde inne rozwiązanie byłoby dla naszej świętej trójcy lepsze, ale Lucia powiedziała, że trzeba się pomęczyć. Że Irena nie będzie żyła wiecznie.

NIE NAZYWAJ MNIE BABCIĄ, ostrzegła mnie już na początku, gdy zaczęłyśmy się zadomawiać. Wydaję ci się babciowata? pytała urażona. Ani trochę, myślałam sobie. Babcię wyobrażam sobie zupełnie inaczej, serdeczną i czułą, zawsze gotową przytulić. Ale ciebie będę nazywać jędzą. Tak jak Lucia.

Mów mi Irena. Już nieraz ci to mówiłam. Nie jestem dla ciebie żadną babcią. Ani dla nikogo innego.

Rozkaz!

Mieszkałam więc z Lucią i Ireną. Równie dobrze mogły to być dwie opiekunki. Spokojnie mogłam mieszkać choćby u sąsiadów.

DO TEJ PORY wynajmowałyśmy kąt na drugim końcu miasta. Czteropokojowe mieszkanie dzielone z sześcioma czy siedmioma studentami jakiejś uczelni artystycznej. Nigdy nie widywałam ich wszystkich naraz, a ich twarze zlewały mi się w jedną barwną plamę. Odnosiłam wrażenie, że pożyczają sobie ciuchy, buty, perfumy, partnerów i myśli, że mają jedną wspólną szafę, z której wyjmują to, co wpadnie im w oko, bez względu na płeć czy rozmiar. Byli zabawni i zwykle w dobrym nastroju, ale męczyły mnie ich późne powroty, dziwactwa i sprzeczki. Często zamieniali się pokojami i łóżkami. Na przykład łysy wchodził wieczorem do jednej sypialni, a rano wychodził z drugiej. Albo pojawiał się ktoś obcy i zajmował miejsce kogoś, kto zniknął bez słowa i do kogo jako tako zdążyłam się przyzwyczaić. Miałam poczucie, że mieszkamy w plastikowym domku dla lalek, a jakiś złośliwy berbeć ciągle zmienia konstelację sprzętów i reorganizuje relacje według swoich niemożliwych do przewidzenia kaprysów. A ja do tych zaskakujących zmian nie umiem przywyknąć.

Brakowało mi prywatności i spokoju. Spałyśmy z Lucią na wąskim tapczanie w maleńkim pokoiku, który od czasu do czasu służył jednej współlokatorce za ciemnię, innej zaś za pracownię ceramiczną. Musiałyśmy się wyprowadzić, a kiedy Irena wyłuszczyła swoją wspaniałomyślną propozycję, Lucia bez chwili zastanowienia ją przyjęła. Przebolała nawet zapłacony z góry miesięczny czynsz i kaucję za zerwanie umowy.

STARAŁA SIĘ zakamuflować poczucie porażki. Po przeprowadzce do Ireny zachowywała się okropnie. Wpadłyśmy jak tornado, a ona natychmiast bezwzględnie i nieubłaganie zaczęła reorganizację. Irena musiała się przenieść na tapczan do wąskiego ciasnego salonu, a my dwie korzystałyśmy z luksusów dużej jasnej sypialni.

Przeniosła tu telewizor, Irenie zostawiwszy radio, które złośliwie pozbawiła anteny. W ciągu paru dni długotrwale i drobiazgowo budowany przez Irenę system rozleciał się w drobny mak. Lucia wepchnęła między ręczniki swoje rajstopy, pozmieniała kanały, sztućce wysypała do jednej przegródki w szufladzie, szklane ryby i łabędzie zamknęła w pudle.

To nie kabaret! wrzeszczała Irena. Gdzie porządek, gdzie ład! Wszystko zepsułaś! Wszystko doszczętnie zepsułaś… Cierpiała jak zwierzę, ale była bezsilna, nie mogła nic zrobić. Mogła już tylko dziobać laską dywan, przytrzymując się drzwi. Do niczego więcej nie była zdolna, nie była w stanie nawet podnieść kuli na taką wysokość, żeby rozrzucić wszystkie ręczniki po pokoju. Utrzymanie się w pionie kosztowało ją dużo wysiłku.

Patrzenie na te dwie kobiety, które łączyła tylko chytrość i wzajemna zależność, było przygnębiające. I jeszcze ta świadomość, że jestem ich cząstką, że jesteśmy ze sobą nierozerwalnie połączone więzami pokrewieństwa. Ktoś z zewnątrz nawet by się nie domyślił, że jesteśmy rodziną, w końcu mówimy sobie po imieniu, ale w naszych żyłach płynie ta sama krew.

IRENA tworzyła obrazy. Haftowane krzyżykiem martwe natury z owocami i bukiety bzu, zakurzone, wyblakłe, bez życia. Pewnego razu Lucia zdjęła wszystkie jej prace ze ścian i bezceremonialnie zaczęła je wyjmować z ram. Irena stała przede mną jak stary zwalony komin, z którego została tylko chwiejąca się kupa gruzu. Jedną ręką opierała się o futrynę, a kulą w drugiej próbowała przyciągnąć do siebie zdarte płótna. Kolana jej drżały, a kula drapała dywan. Nie wiedziałam, czy powinnam czuć żal, czy satysfakcję. W szkole w kółko nam powtarzali, że trzeba szanować starszych, ustępować im miejsca i pomagać w zakupach. Widziałam z bliska jej wykrzywioną gniewem i bezsilnością twarz, jej oczy pozbawione rzęs, zaczerwienione, wodniste, i żółtawą cerę, która przypominała pognieciony papier woskowy z mięsnego. Widziałam przerzedzone włosy, którym brakowało srebrnego połysku, blizny, drobne kłaczki, przebarwienia i ścięgna powleczone pogniecionym papierem woskowym. Była wręcz nieznośnie prawdziwa, uwypuklił się każdy szczegół jej cielesności, całkiem zniknęła świadomość, że to moja babcia. Przyglądałam jej się, jakbym obserwowała owada pod mikroskopem. Czułam charakterystyczny starczy zapach i widziałam w niej tylko jędzę, która wyciąga pazury, żeby wbić je w moje ramię i posłużyć się mną niczym dodatkową kończyną. Jej wiek nie robił na mnie wrażenia, choć w tej chwili miałam jego świadomość. Powtarzałam sobie, pomóż jej, stań w jej obronie, wybacz. Lucia robi to wszystko z czystej złośliwości, Lucia jest tą złą, zjadliwą. Nie zdobędzie się na nic więcej, może tylko dręczyć bezbronne zwierzę, a tak się przecież nie robi, to podłe.

Nagle Irena zamachnęła się, chcąc uderzyć Lucię kulą, ale ręka, którą opierała się o futrynę, ześlizgnęła się. Instynktownie obróciła się w moją stronę, wyciągnęła dłoń usianą plamami wątrobowymi, rozciągnęła palce jak drapieżny ptak gotowy chwycić w locie gryzonia. Przerażona odskoczyłam na bok, minęłam Lucię i uciekłam na korytarz. Usłyszałam łomot, a może mi się wydawało.

Po tym incydencie Irena wycofała się i pozwoliła Lucii robić w mieszkaniu, co jej się żywnie podoba. Rok później zmarła.

ZARAZ PO POGRZEBIE IRENY Lucia w pośpiechu zrzuciła całą czerń, którą miała na sobie, zdjęła płaszcz i sukienkę, zostawiwszy wszystko na ziemi. Później wbiegała do każdego pokoju i otwierała na oścież okna i drzwi. Zrobiła taki przeciąg, że po mieszkaniu fruwały rachunki i serwetki ze stolika nocnego Ireny. Gołębice zwiastujące wyczekiwany pokój. Biegała po mieszkaniu w czerwonym staniku, potykała się o czarne ubrania porozrzucane po podłodze, białe świstki bezszelestnie lądowały na dywanie i meblach. Brązowe październikowe liście, wciągnięte przez przeciąg, zaczepiały się w fałdach firan.

Zanim zdążyłam się rozebrać, Lucia potknęła się o swój płaszcz i padła jak długa na podłogę. Z tyłu na udzie miała wielki sinożółty siniak. Leżała jak kłoda, a na twarz spadł jej jakiś ręcznik. Trzęsła się, a ja nie wiedziałam: szlocha, czy się śmieje? W podobnej pozycji zmarła Irena. Ale tego Lucia nie mogła wiedzieć, bo to nie ona ją znalazła. Ona zobaczyła ją już ubraną, wyretuszowaną, podreperowaną, w całej tej śmiertelnej godności i powadze.

MIESZKANIE, które dostałyśmy w spadku, było zagracone równiusieńko poukładanymi rupieciami. Najpierw pozbyłyśmy się wszystkiego, co przypominało Irenę, jej rzeczy osobistych, ciuchów, wazoników, figurek, obrazków, których Lucia nie zdążyła zlikwidować w ciągu ostatniego roku. Ubrania uszyte z dederonu, które nie nadawały się nawet na szmaty, upchnęłyśmy do worków foliowych i postawiły przy kontenerach na śmieci, na wypadek gdyby komuś się to do czegoś przydało. Tak się teraz robi, nikt nie wstydzi się wywlekać swoich szaf na oczach całego osiedla, za to wszyscy wstydzą się do nich sięgnąć. Tygodniami widywałyśmy potem kostiumy Ireny, ścierki, nylonowe firanki i pończochy rozwłóczone po osiedlu, zwisające z drzew, mokre, brudne i porzucone w przydrożnym rowie. Żadnej z tych rzeczy, które podczas sprzątania przewinęły nam się przez ręce, już nigdy nikt na siebie nie włożył, nie wyprał, nie przywrócił jej życia. Nawet dobrze zachowanym sweterkom dzierganym szydełkiem, które Irena przechowywała w papierze woskowym. Koty rozwlekły je po całym parkingu.

Kiedy usunęłyśmy z mieszkania drobiazgi należące do Ireny, zdecydowałyśmy, a właściwie to Lucia zdecydowała, że trzeba pozbyć się obrzydliwych szaf z dębowym fornirem, które przerażająco skrzypiały. Chwiały się pomimo podłożonego papieru, bałam się, że kiedy będę wyjmować skarpety z górnej półki, przywalą mnie i przerąbią na pół. Będę leżała przecięta jak ten czarny kot, a Lucia nie będzie miała siły podnieść szafy, żeby połączyć tułów i nogi w jedną całość. Wyobrażałam sobie, jak tam leżę, z głową i połową tułowia pod szafą. Precyzyjne cięcie. Moje nóżki jak patyczki, w czarno-białych chińskich trampkach, rozrzucone na dywanie jak dwie zapałki.

Szafy