Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2004

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 598 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Piąta kobieta - Henning Mankell

W algierskim klasztorze ginie z rąk fundamentalistów islamskich szwedzka turystka. Jej śmierć zostaje zatuszowana, córka ofiary dowiaduje się o niej niemal przypadkiem. Rok później, we wrześniu 1994, w okolicach Ystad zostaje dokonanych kilka tajemniczych, makabrycznych morderstw. Dlaczego ginie w męczarniach spokojny starszy pan, poeta i ornitolog? Właściciel kwiaciarni? A potem pracownik naukowy? Do akcji wkracza komisarz Kurt Wallander, ale jego zespół czeka trudne zadanie – między ofiarami brak jest związku, ślady prowadzą donikąd. Kolejna, aż do ostatniej strony trzymająca w napięciu, mroczna powieść Henninga Mankella to doskonałe studium psychologiczne mordercy i ofiary, skłaniające do refleksji nad istotą przemocy i sprawiedliwości.

Opinie o ebooku Piąta kobieta - Henning Mankell

Fragment ebooka Piąta kobieta - Henning Mankell

HEN­NING

MAN­KELL

PIĄTA KO­BIE­TA

przełożyła Ha­li­na Thyl­we

Pa­tro­nat me­dial­ny:

Tytuł ory­gi­nału: Den fem­te ko­in­nan

Co­py­ri­ght © 1996 by Hen­ning Man­kell

Pu­bli­shed by agre­ement with Ord­fronts For­lag AB, Stoc­kholm and Le­on­hardt & Høier Li­te­ra­ry Agen­cy aps, Køben­havn

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2004

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ha­li­na Thyl­we, 2004

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2006

Wi­działem we śnie Boga, miał dwie twa­rze. Jed­na była łagod­na i czuła jak twarz mat­ki, a dru­ga przy­po­mi­nała twarz Sza­ta­na.

z Upad­ku ima­ma Na­wa­la el Sa­ada­wie­go

Pajęczy­na opla­ta pająka miłością i troską.

afry­kańskie, źródło nie­zna­ne

Al­gie­ria – Szwe­cja

maj-sier­pień 1993

Pro­log

Tej nocy, kie­dy przy­szli spełnić świętą misję, pa­no­wała głęboka ci­sza.

Fa­rid, najmłod­szy z czte­rech mężczyzn, pomyślał później, że na­wet psy nie wydały żad­ne­go dźwięku. Otu­lała ich ciepła noc, po­dmu­chy wia­tru znad pu­sty­ni były le­d­wie wy­czu­wal­ne. Cze­ka­li do za­pad­nięcia ciem­ności. Długą drogę z Al­gie­ru, z Dar Azi­zy, prze­by­li sta­rym, źle re­so­ro­wa­nym sa­mo­cho­dem. Dwa razy mu­sie­li prze­rwać podróż. Pierw­szy raz – żeby na­pra­wić lewe tyl­ne koło. Nie byli na­wet w połowie dro­gi. Fa­rid, który nig­dy dotąd nie opusz­czał sto­li­cy, usiadł w cie­niu ka­mien­ne­go blo­ku i ze zdzi­wie­niem pa­trzył na nie­zna­ny mu kra­jo­braz. Łysa, spękana opo­na roz­le­ciała się na północ od Bu Sa­ady. Dużo cza­su zajęło odkręce­nie za­rdze­wiałych mu­ter i za­mon­to­wa­nie za­pa­so­we­go koła. Fa­rid zro­zu­miał z ci­chej roz­mo­wy współto­wa­rzy­szy, że wsku­tek opóźnie­nia nie za­trzy­mają się na posiłek. Później, tuż pod El Qu­edem, zgasł sil­nik. Do­pie­ro po go­dzi­nie udało im się zna­leźć przy­czynę awa­rii i jakoś temu za­ra­dzić. Ich przywódca, bla­dy trzy­dzie­sto­let­ni mężczy­zna o ciem­nej bro­dzie i go­rejących oczach, ta­kich ja­kie mógł mieć wyłącznie wy­bra­niec Pro­ro­ka, wściekłymi sy­ka­mi po­na­glał kie­rowcę, pocącego się nad gorącym sil­nikiem. Fa­rid nie znał imie­nia przywódcy. Ze względów bez­pie­czeństwa nie wie­dział, kim jest ani skąd po­cho­dzi.

Nie wie­dział także, jak na­zy­wają się dwaj inni mężczyźni.

Znał je­dy­nie swo­je imię.

Po­tem kon­ty­nu­owa­li podróż. Było już ciem­no. Mie­li tyl­ko wodę do pi­cia, nic do je­dze­nia.

Do­tar­li do El Qu­edu nocą. Wokół pa­no­wała ci­sza. Za­par­ko­wa­li gdzieś w la­bi­ryn­cie ulic, nie­da­le­ko tar­go­wi­ska, i le­d­wie wy­sie­dli, sa­mochód od­je­chał. Po chwi­li z ciem­ności wyłonił się piąty mężczy­zna, który miał im wska­zać drogę.

Do­pie­ro kie­dy po­spiesz­nie prze­mie­rza­li nie­zna­ne zaułki, Fa­rid zaczął myśleć o tym, co się nie­ba­wem sta­nie. Pod pal­ca­mi wy­czu­wał pochwę noża o lek­ko za­krzy­wio­nym ostrzu, ukry­te­go w kie­sze­ni ka­fta­na.

O cu­dzo­ziem­cach po raz pierw­szy usłyszał od bra­ta, Ra­szi­da ben Me­hi­die­go. W ciepłe wie­czo­ry sia­dy­wa­li na da­chu domu ich ojca i pa­trzy­li na połyskujące światła Al­gie­ru. Fa­rid wie­dział, że Ra­szid jest za­an­gażowa­ny w walkę o prze­kształce­nie ich kra­ju w państwo is­lam­skie, prze­strze­gające zbio­ru praw usta­no­wio­nych przez Pro­ro­ka. Każdego wie­czo­ra mówił mu, ja­kie to ważne, by po­zbyć się cu­dzo­ziemców. Fa­ridowi schle­biało to, że brat znaj­du­je dla nie­go czas na roz­mo­wy o po­li­ty­ce. Początko­wo nie wszyst­ko ro­zu­miał. Do­pie­ro później zdał so­bie sprawę, że Ra­szid ma wo­bec nie­go określone pla­ny. Chciał, żeby Fa­rid uczest­ni­czył w ak­cjach usu­wa­nia cu­dzo­ziemców z ich kra­ju.

To było przeszło rok temu. Te­raz, idąc ciem­ny­mi wąski­mi ulicz­ka­mi w to­wa­rzy­stwie ubra­nych na czar­no mężczyzn, spełniał życze­nie Ra­szi­da. Cu­dzo­ziem­cy zo­staną usu­nięci. Nie będą nig­dzie de­por­to­wa­ni. Zginą. To od­stra­szy tych wszyst­kich, którzy mie­li­by ochotę do nich przy­je­chać.

„To święta mi­sja – po­wta­rzał Ra­szid. – Ucie­szy Pro­ro­ka. Prze­bu­do­wa kra­ju we­dle Jego wska­zań za­pew­ni ci świe­tlaną przyszłość”.

Fa­rid do­tknął noża. Do­stał go po­przed­nie­go wie­czo­ra od Ra­szi­da, kie­dy się żegna­li na da­chu. Miał ładną rękojeść z kości słonio­wej.

Do­tar­li do obrzeży mia­sta. Ulicz­ki wy­cho­dziły na plac tar­go­wy. Na bez­chmur­nym nie­bie świe­ciły gwiaz­dy. Za­trzy­ma­li się przed długim mu­ro­wa­nym do­mem o opusz­czo­nych żalu­zjach. Po dru­giej stro­nie uli­cy, za wy­so­kim żela­znym ogro­dze­niem, stała duża wil­la. Ich prze­wod­nik bezgłośnie rozpłynął się w ciem­nościach. Znów byli we czwórkę. Pa­no­wała ab­so­lut­na ci­sza. Fa­rid nig­dy cze­goś po­dob­ne­go nie doświad­czył. Przez dzie­więtnaście lat, które przeżył w Al­gie­rze, nie za­znał ta­kiej ci­szy.

Nie słychać na­wet psów, pomyślał, a prze­cież muszą tu gdzieś być.

W kil­ku oknach wil­li paliło się światło. Ulicą prze­je­chał z łosko­tem au­to­bus o zde­ze­lo­wa­nych re­flek­to­rach. Po­tem znów za­legła ci­sza.

Zgasło światło w jed­nym oknie. Fa­rid próbował osza­co­wać czas. Cze­ka­li chy­ba od pół go­dzi­ny. Był bar­dzo głodny, od rana nic nie jadł. Wy­pi­li już dwie bu­tel­ki wody, które z sobą za­bra­li. Nie chciał o nic pro­sić. Przywódca byłby obu­rzo­ny. Mie­li spełnić świętą misję, a on pyta o wodę.

Zgasło światło w dru­gim oknie. Po chwi­li willę spo­wiła ciem­ność. Cze­ka­li. W końcu przywódca dał im znak i po­spiesz­nie prze­cięli ulicę. Przy furt­ce sie­dział stróż. Spał. W ręku trzy­mał drew­nianą pałkę. Przywódca obu­dził go kop­nia­kiem, przy­tknął nóż do twa­rzy i coś szepnął do ucha. Mimo słabe­go oświe­tle­nia Fa­rid do­strzegł strach w oczach sta­rusz­ka; wstał i od­szedł, kuśty­kając na ze­sztyw­niałych no­gach. Otwo­rzy­li furtkę – ci­cho za­skrzy­piała – i wśli­zgnęli się do ogro­du. Moc­no pach­niał jaśmin i ja­kieś zioło, którego na­zwy Fa­rid nie pamiętał. Wciąż pa­no­wała ci­sza. Na ta­blicz­ce przy wy­so­kich drzwiach wejścio­wych zo­ba­czył na­pis: „Za­kon Sióstr Chrześci­ja­nek”. Za­sta­na­wiał się, co to może zna­czyć. W tym mo­men­cie po­czuł na ra­mie­niu czyjąś dłoń.

Drgnął. To przywódca go do­tknął i po raz pierw­szy się ode­zwał.

– Jest nas czte­rech – wy­szep­tał tak ci­cho, że na­wet wiatr by go nie usłyszał. – W środ­ku też są czte­ry oso­by. Śpią w po­je­dyn­czych po­ko­jach usy­tu­owa­nych po dwóch stro­nach ko­ry­ta­rza. Są sta­re, nie będą sta­wiać opo­ru.

Fa­rid po­pa­trzył na stojących obok dwóch mężczyzn. Byli kil­ka lat od nie­go star­si. Na­gle na­brał prze­ko­na­nia, że uczest­ni­czy­li już w po­dob­nej mi­sji. Tyl­ko on był no­wi­cju­szem. Ale nie od­czu­wał lęku. Ra­szid za­pew­nił go, że robi to dla Pro­ro­ka.

Przywódca spoj­rzał na nie­go, jak­by czy­tał w jego myślach.

– Miesz­kają tu czte­ry cu­dzo­ziem­ki – po­wie­dział po chwi­li. – Nie zgo­dziły się do­bro­wol­nie opuścić na­sze­go kra­ju. Czy­li wy­brały śmierć. Poza tym to chrześci­jan­ki.

Za­biję ko­bietę, pomyślał Fa­rid. Ra­szid o tym nie wspo­mniał.

Mogło być tyl­ko jed­no wytłuma­cze­nie.

To nie miało zna­cze­nia.

We­szli do wil­li. Bez tru­du otwo­rzy­li za­mek nożem. W ciepłym mro­ku za­pa­li­li la­tar­ki i ru­szy­li po sze­ro­kich scho­dach. W ko­ry­ta­rzu na piętrze wi­siała sa­mot­na żarówka. Ciągle było bar­dzo ci­cho. Mie­li przed sobą czwo­ro za­mkniętych drzwi. Wyjęli noże. Przywódca wska­zy­wał na drzwi i kiwał głową. Fa­rid wie­dział, że nie może się wahać. Ra­szid mówił, że wszyst­ko musi się odbyć błyska­wicz­nie. Nie po­wi­nien pa­trzeć na twarz. Niech pa­trzy na szyję i tnie. Moc­no i pew­nie.

Później nie­wie­le pamiętał z tego, co zaszło. Ko­bie­ta przy­kry­ta białym przeście­radłem miała chy­ba siwe włosy. W słabym świe­tle pa­dającym z uli­cy nie wi­dział jej wyraźnie. Obu­dziła się w mo­men­cie, w którym ściągnął przeście­radło, ale nie zdążyła krzyknąć ani zro­zu­mieć, co się dzie­je, kie­dy jed­nym ru­chem po­derżnął jej gardło i szyb­ko od­sko­czył, żeby się nie po­bru­dzić krwią. Po­tem się odwrócił i wy­szedł na ko­ry­tarz. Wszyst­ko trwało krócej niż pół mi­nu­ty. Gdzieś w nim tykały se­kun­dy. Już mie­li od­cho­dzić, gdy ode­zwał się je­den z mężczyzn. Przywódca za­stygł w bez­ru­chu, jak­by nie wie­dział, co robić.

W jed­nym z po­koi była jesz­cze jed­na ko­bie­ta. Piąta ko­bie­ta.

Nie po­win­no jej tam być. Może przy­je­chała z wi­zytą.

W każdym ra­zie to cu­dzo­ziem­ka. Mężczy­zna, który ją za­uważył, nie miał co do tego żad­nych wątpli­wości.

Przywódca wszedł do po­ko­ju. Fa­rid, który stał przy drzwiach, zo­ba­czył sku­loną ze stra­chu po­stać. Jej prze­rażenie przy­pra­wiło go o mdłości. Na sąsied­nim łóżku leżała mar­twa ko­bie­ta. Białe przeście­radło było prze­siąknięte krwią.

Przywódca wyjął nóż z kie­sze­ni i po­derżnął gardło piątej ko­bie­cie.

Po­tem opuścili willę równie nie­po­strzeżenie, jak do niej we­szli. Gdzieś w ciem­nościach cze­kał na nich sa­mochód.

O świ­cie byli już da­le­ko od El Qu­edu i pięciu mar­twych ko­biet.

Był maj 1993 roku.

*

List przy­szedł do Ysta­du 19 sierp­nia.

Po­nie­waż na ko­per­cie miał al­gier­ski stem­pel, wie­działa, że jest od mat­ki, i nie spie­szyła się z otwie­ra­niem. Chciała go prze­czy­tać w ci­szy i spo­ko­ju. Ko­per­ta była gru­ba, list mu­siał li­czyć wie­le stron. Mat­ka nie kon­tak­to­wała się z nią od przeszło trzech mie­sięcy. Z pew­nością miała jej dużo do opo­wie­dze­nia. Położyła list na sto­le w sa­lo­nie. Nie opusz­czało jej lek­kie zdzi­wie­nie. Dla­cze­go mat­ka tym ra­zem na­pi­sała ad­res na ma­szy­nie? Pomyślała, że znaj­dzie na to od­po­wiedź w liście. Do­pie­ro przed północą wyszła na bal­kon i usiadła na leżaku, który le­d­wie się mieścił między do­nicz­ka­mi. Była ciepła sierp­nio­wa noc. Może jed­na z ostat­nich ta­kich nocy w tym roku. Je­sień cze­kała za pro­giem. Otwo­rzyła ko­pertę.

Do­pie­ro kie­dy prze­czy­tała list do końca, rozpłakała się.

Wie­działa, że au­torką jest ko­bie­ta. Świad­czył o tym nie tyl­ko ładny cha­rak­ter pi­sma, ale także dobór słów. Aby ją mak­sy­mal­nie oszczędzić, z nie­zwykłą de­li­kat­nością opo­wie­działa o tym okrop­nym zda­rze­niu.

De­li­kat­ność nic nie zna­czyła. Li­czył się fakt. Nic więcej.

List na­pi­sała Françoise Ber­trand, po­li­cjant­ka pra­cująca naj­praw­do­po­dob­niej w cen­tral­nej al­gier­skiej ko­mi­sji do spraw zabójstw. Drogą służbową za­po­znała się z wy­da­rze­nia­mi, które ro­ze­grały się pew­nej ma­jo­wej nocy w mieście El Qued, na południo­wy zachód od Al­gie­ru.

Wszyst­ko było ja­sne, przej­rzy­ste i prze­rażające. Nie­zna­ni spraw­cy za­mor­do­wa­li czte­ry fran­cu­skie za­kon­ni­ce. Z pew­nością należeli do jed­ne­go z odłamów fun­da­men­ta­listów, którzy chcie­li się po­zbyć cu­dzo­ziemców, do­pro­wa­dzić kraj do upad­ku i, wy­ko­rzy­stując po­wstałą próżnię, usta­no­wić państwo is­lam­skie. Czte­rem za­kon­ni­com po­derżnięto gardła, po spraw­cach nie było śladu, po­zo­stała je­dy­nie krew, gęsta, za­krzepła krew.

Kie­dy nie­zna­ni mężczyźni przy­szli z nożami, w wil­li prze­by­wała piąta ko­bie­ta, szwedz­ka tu­ryst­ka, która kil­ka­krot­nie przedłużała po­zwo­le­nie na po­byt i przy­pad­kiem za­trzy­mała się u za­kon­nic tej nocy. Z pasz­por­tu zna­le­zio­ne­go w jej to­reb­ce do­wie­dzie­li się, że na­zy­wa się Anna An­der, ma sześćdzie­siąt sześć lat i po­sia­da ważną wizę tu­ry­styczną. Prócz pasz­por­tu był tam również bi­let lot­ni­czy z otwar­tym po­wro­tem. Po­nie­waż za­mor­do­wa­nie czte­rech za­kon­nic stwa­rzało wy­star­czająco dużo pro­blemów, funk­cjo­na­riu­sze ko­mi­sji do spraw zabójstw pod wpływem na­cisków po­li­tycz­nych po­sta­no­wi­li po­minąć piątą ko­bietę, zwłasz­cza że podróżowała sa­mot­nie. Po pro­stu nie było jej tam owej fa­tal­nej nocy. Zginęła w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym i zo­stała po­cho­wa­na w bez­i­mien­nym gro­bie. Wszyst­kie jej rze­czy usu­nięto. I w tym mo­men­cie po­ja­wia się Françoise Ber­trand. Jak na­pi­sała w swo­im długim liście, szef we­zwał ją do sie­bie wcześnie rano i wydał po­le­ce­nie, aby na­tych­miast udała się do El Qu­edu. Piątą ko­bietę już po­cho­wa­no. Françoise Ber­trand miała za­trzeć ewen­tu­al­ne ślady, a po­tem znisz­czyć pasz­port i inne rze­czy.

Anna An­der nig­dy nie była w Al­gie­rii. Miała zniknąć ze wszyst­kich re­jestrów. I właśnie wte­dy Françoise Ber­trand zna­lazła torbę, którą prze­oczy­li nie­sta­ran­ni śled­czy. Leżała za szafą. Może z niej spadła, nie po­tra­fiła tego roz­strzygnąć. W tor­bie były li­sty, które Anna An­der pisała do córki miesz­kającej w Ysta­dzie, w od­ległej Szwe­cji. Françoise Ber­trand prze­pra­szała za to, że przeglądała pry­watną ko­re­spon­dencję. Wzięła do po­mo­cy pew­ne­go za­pi­ja­czo­ne­go szwedz­kie­go ma­la­rza, którego po­znała w Al­gie­rze. Przetłuma­czył li­sty, nie mając pojęcia, o co właści­wie cho­dzi. Na ich pod­sta­wie wy­ro­biła so­bie określony pogląd. Już wcześniej nękały ją wy­rzu­ty su­mie­nia z po­wo­du piątej ko­bie­ty. Nie tyl­ko dla­te­go, że tak bru­tal­nie zo­stała za­mor­do­wa­na w tar­ga­nej wewnętrzny­mi waśnia­mi Al­gie­rii, którą Françoise szcze­rze ko­chała. Próbowała wyjaśnić, co się dzie­je w jej kra­ju, a przy oka­zji na­pi­sała kil­ka słów o so­bie. Jej oj­ciec uro­dził się we Fran­cji, przy­je­chał do Al­gie­rii z ro­dzi­ca­mi jako dziec­ko, tam dorósł i tam się po­tem ożenił z Al­gierką. Françoise, ich pierw­sze dziec­ko, długo czuła się roz­dar­ta pomiędzy Francją i Al­gie­rią. Ale te­raz wszyst­kie wątpli­wości zniknęły. Jej oj­czyzną jest Al­gie­ria. Cier­piała z po­wo­du an­ta­go­nizmów, które mogły do­pro­wa­dzić do roz­pa­du państwa. Ska­zując tę ko­bietę na nie­byt, godząc się na fik­cyj­ny wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy i nie biorąc od­po­wie­dzial­ności za to, że Anna An­der była w Al­gie­rii, po­gor­szyłaby i tak już zszar­ga­ny wi­ze­ru­nek kra­ju. Françoise Ber­trand nie mogła spać. W końcu po­sta­no­wiła się skon­tak­to­wać z córką zmarłej ko­bie­ty. Mu­siała za­po­mnieć o lo­jal­ności wo­bec przełożonych. Pro­siła, by nie ujaw­niać jej na­zwi­ska. Na zakończe­nie na­pi­sała: „Wy­znałam całą prawdę. Może robię błąd, opo­wia­dając o tym, ale czy mogłam postąpić in­a­czej? Zna­lazłam torbę z li­sta­mi do córki. Zdaję re­lację z tego, jak weszłam w ich po­sia­da­nie, i odsyłam je do ad­re­sa­ta”.

Do li­stu Françoise Ber­trand dołączyła nie­do­kończoną ko­re­spon­dencję mat­ki i pasz­port.

Córka położyła prze­syłkę na bal­ko­no­wej po­sadz­ce i długo płakała. Do­pie­ro o świ­cie pod­niosła się z leżaka i poszła do kuch­ni. Usiadła przy sto­le. W głowie miała kom­pletną pustkę. Ale po ja­kimś cza­sie zaczęła myśleć. Na­gle wszyst­ko stało się pro­ste. Uświa­do­miła so­bie, że przez całe lata nie robiła nic in­ne­go, tyl­ko cze­kała. Do tej pory nie miała pojęcia ani o tym, że cze­ka, ani o tym, na co cze­ka. Te­raz wie­działa. Naj­wyższy czas spełnić misję. Mat­ki nie było. Drzwi stanęły przed nią otwo­rem.

Poszła do sy­pial­ni i wyjęła spod łóżka pudełko z kar­tecz­ka­mi i dzien­ni­kiem. Położyła kar­tecz­ki na sto­le. Wie­działa, że jest ich czter­dzieści trzy i że na jed­nej musi być czar­ny krzyżyk. Zaczęła je ko­lej­no przeglądać.

Krzyżyk był na dwu­dzie­stej siódmej kar­tecz­ce. Otwo­rzyła dzien­nik i prze­bie­gała wzro­kiem rzędy na­zwisk, dopóki nie do­tarła do dwu­dzie­stej siódmej po­zy­cji. Od­czy­tała imię i na­zwisko, które sama tam wpi­sała, i po­wo­li zaczęła so­bie przy­po­mi­nać twarz.

Za­mknęła dzien­nik i włożyła kar­tecz­ki do pudełka.

Mat­ka nie żyje.

Wy­zbyła się wątpli­wości. Klam­ka za­padła.

Da so­bie rok. Żeby upo­rać się z żałobą i po­czy­nić wszyst­kie niezbędne przy­go­to­wa­nia. Rok. Nie dłużej.

Wyszła na bal­kon. Paliła pa­pie­ro­sa i pa­trzyła na budzące się mia­sto. Znad mo­rza nad­ciągała słota.

Położyła się tuż po siódmej.

Był ra­nek 20 sierp­nia 1993 roku.

Ska­nia

21 września – 11 paździer­ni­ka 1994

1

Parę mi­nut po dzie­siątej wie­czo­rem na­resz­cie skończył.

Na­pi­sa­nie ostat­nich zwro­tek zajęło mu dużo cza­su. Chciał, by były me­lan­cho­lij­ne i piękne. Po wie­le­kroć wy­rzu­cał nie­uda­ne wer­sje do ko­sza. Dwa razy miał ochotę zre­zy­gno­wać. Ale te­raz wiersz leżał przed nim na biur­ku. Tren de­dy­ko­wa­ny dzięciołowi śred­nie­mu, który od wcze­snych lat osiem­dzie­siątych prze­stał się po­ja­wiać w Szwe­cji. Jesz­cze je­den ga­tu­nek ptaków wy­trze­bio­ny przez człowie­ka.

Wstał i roz­pro­sto­wał ple­cy. Z każdym ro­kiem długie chwi­le spędza­ne przy biur­ku sta­wały się co­raz bar­dziej uciążliwe.

Taki sta­rzec jak ja, myślał, nie po­wi­nien już pisać wier­szy. Prze­myśle­nia sie­dem­dzie­sięcioośmio­lat­ka mają war­tość wyłącznie dla nie­go sa­me­go. Jed­no­cześnie wie­dział, że to nie­praw­da. Tyl­ko w świe­cie za­chod­nim lu­dzi sta­rych trak­tu­je się z pobłażaniem lub po­gardą. W in­nych kul­tu­rach da­rzy się ich sza­cun­kiem, a sta­rość utożsa­mia z mądrością. Nie prze­sta­nie pisać dopóty, dopóki star­czy mu sił, żeby utrzy­mać pióro w dłoni, i dopóki jego umysł będzie tak ja­sny jak te­raz. Nic in­ne­go mu nie po­zo­stało. Kie­dyś sprze­da­wał sa­mo­cho­dy. Prak­tycz­nie nie miał so­bie równych. Owszem, był szorst­ki w in­te­re­sach, ale znał się na tym jak mało kto.

W do­brych la­tach pro­wa­dził fi­lie w To­me­lil­li i Sjo­bo. Za­ro­bił dosyć pie­niędzy, by go było stać na wy­god­ne życie.

Li­czyły się jed­nak tyl­ko wier­sze. Cała resz­ta sta­no­wiła ulotną do­cze­sność. Wier­sze do­star­czały mu je­dy­nej niekłama­nej sa­tys­fak­cji.

Zaciągnął zasłony w oknach wy­chodzących na pola, które łagod­nie opa­dały ku mo­rzu, szu­miącemu gdzieś za ho­ry­zon­tem. Po­tem pod­szedł do regału. Wydał dotąd dzie­więć to­mików wier­szy. Stały na jed­nej półce. Wyszły w nie­wiel­kich nakładach, po trzy­sta eg­zem­pla­rzy, cza­sa­mi ciut więcej. Zwro­ty prze­cho­wy­wał w kar­to­nach, w piw­ni­cy, co by­najm­niej nie zna­czyło, że o nich za­po­mniał. Prze­ciw­nie, wciąż były jego dumą. Daw­no jed­nak po­sta­no­wił, że pew­ne­go dnia je znisz­czy. Wy­nie­sie na podwórze i pod­pa­li. Pozbędzie się tych skrom­nych książeczek, których nikt nie chciał kupić, kie­dy le­karz wyda na nie­go wy­rok śmier­ci lub on sam będzie prze­czu­wał swój rychły ko­niec. Ni­ko­mu nie po­zwo­li wy­rzu­cić ich na śmiet­nik.

Pa­trzył na grzbie­ty książek. Przez całe życie czy­tał wier­sze. Dużo znał na pamięć. Nie miał złudzeń. Jego po­ezja nie za­li­czała się do naj­lep­szej, ale też nie była naj­gor­sza. Od końca lat czter­dzie­stych, mniej więcej co pięć lat, wy­da­wał nowy to­mik i w każdym można było zna­leźć jakąś zwrotkę na przy­zwo­itym po­zio­mie. Był jed­nak sprze­dawcą sa­mo­chodów, a nie poetą, nikt nie re­cen­zo­wał jego twórczości w pra­sie, nikt nie przy­znał mu żad­nej na­gro­dy li­te­rac­kiej. Poza tym dru­ko­wał swo­je to­miki na własny koszt. Pierw­szy wysłał do re­no­mo­wa­nych sztok­holm­skich wy­daw­nictw. Otrzy­mał zwięzłe od­po­wie­dzi od­mow­ne na go­to­wych for­mu­la­rzach. Je­den z re­dak­torów zadał so­bie trud, by dodać kil­ka uwag od sie­bie i po­in­for­mo­wać, że nikt nie ma siły czy­tać wier­szy nie­mal wyłącznie o pta­kach. „Życie du­cho­we plisz­ki jest nie­in­te­re­sujące” – na­pi­sał.

Później za­nie­chał kon­taktów z wy­daw­nic­twa­mi i sam po­kry­wał kosz­ty dru­ku. Ta­nia, asce­tycz­na okładka, czar­ne li­te­ry na białym tle. Li­czyło się to, co w środ­ku. Mimo wszyst­ko miał wie­lu czy­tel­ników. I wie­lu wyrażało się o nim z uzna­niem.

Te­raz na­pi­sał wiersz o dzięcio­le śred­nim, pięknym pta­ku, którego nie można już było zo­ba­czyć w Szwe­cji.

Pta­si po­eta, pomyślał.

Pra­wie wszyst­ko miało związek z pta­ka­mi. Łopot skrzy­deł, noc­ne krzy­ki, wabiące nawoływa­nia. W pta­sim świe­cie do­strze­gał naj­skryt­sze taj­ni­ki życia.

Pod­szedł do biur­ka i wziął wiersz. Ostat­nia zwrot­ka na­resz­cie się udała. Odłożył kartkę. Coś zakłuło go w ple­cach. Czyżby miał za­cho­ro­wać? Co­dzien­nie nasłuchi­wał, czy przy­pad­kiem or­ga­nizm nie od­ma­wia posłuszeństwa. Za­wsze był spraw­ny fi­zycz­nie. Nie palił, jadł i pił z umia­rem. Dzięki temu cie­szył się do­brym zdro­wiem. Ale niedługo stuk­nie mu osiem­dzie­siątka. Jego czas do­bie­gał końca. Po­szedł do kuch­ni i nalał so­bie kawy z wiecz­nie włączo­ne­go eks­pre­su. Naj­now­szy wiersz prze­pełnił go me­lan­cho­lią i radością.

Je­sień życia, pomyślał. Traf­ne określe­nie. Wszyst­ko, co te­raz piszę, może być ostat­nie. I jest wrze­sień. Je­sień ka­len­da­rzo­wa i je­sień mo­je­go życia.

Zaniósł kawę do sa­lo­nu i ostrożnie usiadł w jed­nym z brązo­wych skórza­nych fo­te­li, które miał od po­nad czter­dzie­stu lat. Kupił je dla uczcze­nia suk­ce­su, ja­kim było uzy­ska­nie zgo­dy na pro­wa­dze­nie przed­sta­wi­ciel­stwa Volks­wa­ge­na w południo­wej Szwe­cji. Na sto­li­ku obok stało zdjęcie owczar­ka nie­miec­kie­go, Wer­ne­ra. Bra­ko­wało mu go naj­bar­dziej ze wszyst­kich psów, które miał. Sta­rość równa się sa­mot­ności. Lu­dzie kie­dyś obec­ni w na­szym życiu ode­szli. Po­tem do kra­iny cie­ni prze­niosły się psy. Nie­ba­wem zo­sta­nie tyl­ko on. W pew­nym mo­men­cie każdy jest sam na świe­cie. Chciał o tym na­pi­sać wiersz. Nie­ste­ty, bez po­wo­dze­nia. Te­raz, kie­dy upo­rał się z tre­nem o dzięcio­le, może po­wi­nien spróbować jesz­cze raz? Wie­dział, jak pisać o pta­kach, ale nie o lu­dziach. Pta­ki można zro­zu­mieć. Lu­dzie są najczęściej nie­prze­nik­nie­ni. Czy kie­dykolwiek udało mu się roz­gryźć sa­me­go sie­bie? Pi­sa­nie o tym, co nie­pojęte, byłoby równo­znacz­ne z wtar­gnięciem na te­ren opa­trzo­ny ta­blicą: „Wstęp su­ro­wo wzbro­nio­ny”.

Za­mknął oczy. Na­gle przy­po­mniało mu się py­ta­nie za dzie­sięć tysięcy ko­ron. To była końcówka lat pięćdzie­siątych albo początek sześćdzie­siątych. Czar­no-białe te­le­wi­zo­ry. Jakiś młody ze­zo­wa­ty mężczy­zna ucze­sa­ny na wodę wy­brał so­bie te­mat „pta­ki”. Od­po­wie­dział na wszyst­kie py­ta­nia i do­stał czek na za­wrotną wówczas sumę dzie­sięciu tysięcy.

Nie było go w stu­diu te­le­wi­zyj­nym, nie stał w dźwiękosz­czel­nej ka­bi­nie ze słuchaw­ka­mi na uszach, sie­dział wy­god­nie w tym właśnie skórza­nym fo­te­lu i też znał od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia. Nie po­trze­bo­wał żad­ne­go cza­su do na­mysłu. Ale nikt mu za to nie dał dzie­sięciu tysięcy ko­ron. Nikt nie wie­dział o jego im­po­nującej wie­dzy o pta­kach. Nadal poświęcał im swo­je wier­sze.

Drgnął. Coś wy­rwało go z zamyśle­nia. Jakiś dźwięk. Nasłuchi­wał. Czyżby ktoś był na podwórzu?

Nie, to nie­możliwe. Na pew­no się przesłyszał. Im człowiek star­szy, tym bar­dziej bojaźliwy. Po­zakładał porządne zam­ki. W sy­pial­ni na piętrze miał strzelbę, a w szu­fla­dzie w kuch­ni pi­sto­let. Gdy­by do jego od­lud­ne­go domu pod Ysta­dem przy­szli in­tru­zi, po­tra­fiłby się obro­nić. W ogóle by się nie za­wa­hał.

Wstał z fo­te­la. Znów zakłuło go w ple­cach. Ból przy­cho­dził fa­la­mi. Wsta­wił filiżankę do zle­wu i spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dziła je­de­na­sta. Już czas. Ter­mo­metr za oknem wska­zy­wał plus sie­dem stop­ni. Ciśnie­nie rosło. Nad Ska­nią prze­ciągał słaby wiatr z południo­we­go za­cho­du. Ide­al­ne wa­run­ki, pomyślał. Tej nocy sta­da po­win­ny ru­szyć na południe. Tysiące skrzy­dla­tych długo­dy­stan­sowców prze­fru­nie nad jego głową. Nie zo­ba­czy ich w ciem­nościach, ale je wy­czu­je. Przez te przeszło pięćdzie­siąt lat spędził nie­zli­czoną ilość je­sien­nych nocy na po­lach tyl­ko po to, żeby gdzieś wy­so­ko czuć obec­ność tysięcy ptaków.

Często myślał, że prze­miesz­cza się całe nie­bo.

Pta­ki śpie­wające ni­czym or­kie­stry sym­fo­nicz­ne umy­kają na zimę do cie­plej­szych krajów. Mają w swo­ich ge­nach in­stynkt od­lo­tu. Niezrówna­na umiejętność na­wi­ga­cji według gwiazd i pola ma­gne­tycz­ne­go nig­dy ich nie za­wo­dzi. Szu­kają sprzy­jających wiatrów, dzięki zma­ga­zy­no­wa­nym za­pa­som tłuszczu go­dzi­na­mi mogą się uno­sić w po­wie­trzu.

Wi­brujące od skrzy­deł nie­bo wy­ru­sza na do­roczną piel­grzymkę. Pta­sie loty do Mek­ki.

Czym jest człowiek w porówna­niu z noc­nym wędrow­cem? Sa­mot­nym star­cem przy­ku­tym do zie­mi? A tam, wy­so­ko, nie­bo uda­je się w drogę.

Często myślał, że uczest­ni­czy w świętym obrzędzie. W je­sien­nej mszy. Stał w ciem­nościach i wy­czu­wał obec­ność od­la­tujących ptaków. A z na­dejściem wio­sny wy­cho­dził im na po­wi­ta­nie.

Noc­ne prze­lo­ty były jego re­li­gią.

Za­trzy­mał się w przed­po­ko­ju, z dłonią na wie­sza­ku. Po chwi­li wrócił do sa­lo­nu i włożył swe­ter, który leżał na stołku przy biur­ku.

Sta­rość prócz roz­licz­nych udręk ma również to do sie­bie, że szyb­ciej się mar­z­nie.

Jesz­cze raz spoj­rzał na tren o dzięcio­le. Udał mu się. Może pożyje jesz­cze do­sta­tecz­nie długo, żeby wydać dzie­siąty, ostat­ni to­mik? Tytuł już miał. Noc­na msza.

Po­szedł do przed­po­ko­ju, włożył kurtkę i wcisnął na czoło cy­klistówkę. Otwo­rzył drzwi. Je­sien­ne po­wie­trze pach­niało mokrą gliną. Za­mknął drzwi i przy­zwy­cza­jał oczy do ciem­ności. Opusz­czo­ny ogród. Gdzieś w dali domyślał się świa­teł Ysta­du. Od naj­bliższe­go sąsia­da dzie­lił go szmat dro­gi. Na po­god­nym nie­bie świe­ciły gwiaz­dy. Tyl­ko na ho­ry­zon­cie wi­siały po­je­dyn­cze chmur­ki.

W taką noc skrzy­dla­te sta­da prze­fruną nad jego głową.

Miesz­kał w sta­rej za­gro­dzie, na którą składały się trzy za­bu­do­wa­nia. Czwar­te spłonęło na początku tego stu­le­cia. Bruk na podwórzu zo­sta­wił. Włożył dużo pie­niędzy w grun­towną re­no­wację. Po jego śmier­ci wszyst­ko przej­mie Mu­zeum Kul­tu­ry w Lun­dzie. Nie ożenił się, był bez­dziet­ny. Do­ro­bił się na sprze­daży sa­mo­chodów. Miał psy. I, rzecz ja­sna, pta­ki nad głową.

Ni­cze­go nie żałuję, pomyślał, idąc ścieżką pro­wadzącą do wieży, którą sam zbu­do­wał i z której wy­pa­try­wał noc­nych ptaków. Ni­cze­go nie żałuję, bo żałowa­nie cze­go­kol­wiek jest po­zba­wio­ne sen­su.

Była ładna wrześnio­wa noc.

A jed­nak coś go za­nie­po­koiło.

Przy­stanął i nasłuchi­wał. Nic, tyl­ko słaby szum wia­tru. Ru­szył. Może to ból go mar­twi? Te nagłe ukłucia w ple­cach? Nie­pokój miał swo­je źródło w nim sa­mym.

Znów przy­stanął i odwrócił się. Ni­ko­go. Był sam. Ścieżka opa­dała w dół. Po­tem będzie pagórek, a tuż przed nim sze­ro­ki rów, przez który prze­rzu­cił kładkę. Jego wieża stała na szczy­cie pagórka. W od­ległości dwu­stu czter­dzie­stu sied­miu metrów od drzwi jego domu. Za­sta­na­wiał się, ile razy tędy cho­dził. Znał każde za­ko­le tej ścieżki, każdą jej krzy­wiznę. Mimo to szedł wol­no i ostrożnie. Nie chciał ry­zy­ko­wać, że się przewróci i coś so­bie złamie. Sta­rzy lu­dzie mają kru­che kości. Gdy­by tra­fił do szpi­ta­la z pękniętą kością udową, na pew­no umarłby wsku­tek bez­czyn­ności. Zacząłby roz­myślać o swo­im życiu. A to byłby jego ko­niec.

Na­gle się za­trzy­mał. Za­hu­kała sowa. Gdzieś trzasnęła gałązka. Chy­ba w za­gaj­ni­ku za pagórkiem. Stał bez ru­chu i wytężał wszyst­kie zmysły. Zno­wu hu­ka­nie sowy i ci­sza. Ru­szył przed sie­bie, mrucząc pod no­sem.

Sta­ry i stra­chli­wy, pomyślał. Boi się duchów i ciem­ności.

Już wi­dział wieżę. Na noc­nym nie­bie od­ci­nała się jej czar­na syl­we­ta. Jesz­cze dwa­dzieścia metrów i będzie przy kładce. Sowa umilkła. To pusz­czyk, pomyślał, nic tyl­ko pusz­czyk.

Z całą pew­nością pusz­czyk.

Przed kładką stanął jak wry­ty. Coś było nie tak z wieżą. Zmrużył oczy, żeby le­piej rozróżnić szczegóły. Nie po­tra­fił roz­strzygnąć, co to ta­kie­go. W każdym ra­zie coś się zmie­niło.

Mam przy­wi­dze­nia, pomyślał. Wieża, którą po­sta­wiłem dzie­sięć lat temu, nie mogła się zmie­nić. Oczy mi zmętniały. Nic więcej. Kie­dy wszedł na kładkę i po­czuł de­ski pod sto­pa­mi, ciągle pa­trzył na wieżę.

Coś się nie zga­dza, pomyślał. Gdy­bym jej tak do­brze nie znał, mógłbym dojść do wnio­sku, że od wczo­raj­sze­go wie­czo­ra urosła o metr. Albo śnię. Śni mi się, że widzę sie­bie na wieży.

W tym mo­men­cie do­tarło do nie­go, że na wieży rze­czy­wiście ktoś stoi. Nie­ru­cho­my cień. Ni­czym po­wiew wia­tru prze­szył go lęk. Po chwi­li wpadł w złość. Ktoś, nie spy­taw­szy go o zgodę, wtargnął na jego te­ren i wszedł na wieżę. Przy­pusz­czal­nie kłusow­nik wy­pa­trujący sa­ren, które żero­wały w za­gaj­ni­ku. Nie wy­obrażał so­bie, by miał do czy­nie­nia z miłośni­kiem ptaków.

Zawołał do nie­ru­cho­me­go cie­nia. Nic, żad­ne­go od­ze­wu. Stra­cił pew­ność sie­bie. Zmętniałe oczy płatały mu fi­gla.

Zawołał jesz­cze raz, nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi i ru­szył da­lej kładką.

De­ski się pod nim załamały i runął bezwład­nie w dół. Rów miał po­nad dwa me­try głębokości. Nie zdążył roz­rzu­cić ra­mion, żeby zmniej­szyć siłę upad­ku.

Czuł na­ra­stający ból. Prze­szy­wał go na wy­lot, jak­by ktoś przykładał mu do ciała rozżarzo­ne żela­zo. Był tak doj­mujący, że na­wet nie mógł krzy­czeć. Tuż przed śmier­cią zo­rien­to­wał się, że nie leży na dnie rowu. Wi­siał na swo­im bólu.

Pomyślał o pta­kach gdzieś nad nim. O nie­bie udającym się na południe.

Jesz­cze raz próbował uwol­nić się od bólu.

I tyle.

Było dwa­dzieścia po je­de­na­stej 21 września 1994 roku.

Tej nocy prze­la­ty­wały duże sta­da drozdów śpie­waków i drozdów rdza­wo­skrzydłych. Trzy­mając kurs południo­wo-za­chod­ni, tuż nad Fal­ster­bo, podążały z północy ku od­ległym ciepłym kra­jom.

*

Kie­dy za­padła ci­sza, ostrożnie zeszła z wieży. Oświe­tliła rów la­tarką. Hol­ger Eriks­son nie żył.

Zga­siła la­tarkę i stała nie­ru­cho­mo w ciem­nościach. Po chwi­li szyb­ko odeszła.

2

W po­nie­działek 26 września Kurt Wal­lan­der obu­dził się tuż po piątej w swo­im miesz­ka­niu przy Ma­ria­ga­tan w śródmieściu Ysta­du.

Le­d­wie otwo­rzył oczy, usiadł i spoj­rzał na ręce. Były brązowe. Opadł na po­duszkę i słuchał desz­czu bębniącego w okno sy­pial­ni. Z przy­jem­nością pomyślał o podróży, którą dwa dni temu zakończył na lot­ni­sku Ka­strup. Cały ty­dzień spędził z oj­cem w Rzy­mie. Było bar­dzo ciepło, opa­lił się. W naj­większe upały sia­da­li po południu na ławce w Vil­la Bor­ghe­se; oj­ciec w cie­niu, on – bez ko­szu­li – na słońcu. Był to je­dy­ny punkt spor­ny w trak­cie ich wspólnej wy­pra­wy. Oj­ciec nie po­tra­fił pojąć jego próżności po­le­gającej na od­da­wa­niu się słonecz­nym kąpie­lom. Ale ta różnica zdań nie miała zna­cze­nia, cho­dziło ra­czej o to, żeby nadać ich podróży jakiś wy­miar.

Wspa­niała podróż, pomyślał Wal­lan­der, leżąc w łóżku. Byłem z oj­cem w Rzy­mie i wszyst­ko się udało nad­spo­dzie­wa­nie do­brze.

Spoj­rzał na ze­ga­rek stojący na sto­li­ku tuż obok. Tego dnia wra­cał na służbę. Ale się nie spie­szył. Mógł so­bie jesz­cze poleżeć. Za­brał się do lek­tu­ry ga­zet, które przeglądał po­przed­nie­go wie­czo­ra. Zaczął od wy­ników wy­borów par­la­men­tar­nych. Po­nie­waż był wte­dy w Rzy­mie, głoso­wał za pośred­nic­twem pocz­ty. Oka­zało się, że so­cjal­de­mo­kra­ci do­sta­li przeszło czter­dzieści pięć pro­cent głosów. Ale co to właści­wie zna­czy? Czy coś się zmie­ni?

Położył ga­zetę na podłodze i wrócił myślami do Rzy­mu.

Za­trzy­ma­li się w ta­nim ho­te­li­ku koło Cam­po dei Fio­ri. Z ta­ra­su na da­chu mie­li piękny wi­dok na całe mia­sto. Tam pili rano kawę i pla­no­wa­li, jak spędzą dzień. Nig­dy nie doszło między nimi do kon­tro­wer­sji. Oj­ciec wie­dział, co chce zo­ba­czyć. Wal­lan­der cza­sa­mi się nie­po­koił, że to za dużo, że oj­ciec nie da rady. I bez prze­rwy go ob­ser­wo­wał, wy­pa­trując ja­kichś za­bu­rzeń i oznak du­cho­wej nie­obec­ności. Obaj wie­dzie­li, że cho­ro­ba o dzi­wacz­nej na­zwie Al­zhe­imer gdzieś tam czy­ha. Ale przez cały ty­dzień ich wspa­niałej eska­pa­dy ojcu do­pi­sy­wał hu­mor. Wal­lan­der czuł ucisk w gar­dle, myśląc o tym, że podróż należy do przeszłości i stała się je­dy­nie wspo­mnie­niem. Nie wrócą do Rzy­mu, po­je­cha­li tam tyl­ko raz. On i bli­sko osiem­dzie­sięcio­let­ni oj­ciec.

Chwi­la­mi łączyła ich duża zażyłość. Co nie zda­rzyło się od czter­dzie­stu lat.

Wal­lan­der od­krył, że – choć nie chciał się do tego przy­znać – są do sie­bie bar­dzo po­dob­ni. Obaj byli ran­ny­mi ptasz­ka­mi. Kie­dy Wal­lan­der po­in­for­mo­wał ojca, że w ho­te­lu nie po­da­je się śnia­da­nia przed siódmą, ten od razu za­pro­te­sto­wał. Zaciągnął go do re­cep­cji i po skan­sku, an­giel­sku, nie­miec­ku tu­dzież włosku w wy­da­niu ele­men­tar­nym wyjaśnił, że chce bre­ak­fast pre­sto. Nietar­di. Ab­so­lut­nie nietar­di. Nie wie­dzieć cze­mu kil­ka razy powtórzył pas­sag­gio a li­vel­lo, do­ma­gając się prze­su­nięcia śnia­da­nia co naj­mniej na szóstą, bo jeśli o tej po­rze nie do­staną kawy, to będą zmu­sze­ni po­szu­kać so­bie in­ne­go ho­te­lu. Oj­co­we pas­sag­gio a li­vel­lo per­so­nel przyjął ze zdzi­wie­niem i z sza­cun­kiem. Oczy­wiście przy­no­szo­no im śnia­da­nie o szóstej. Wal­lan­der później spraw­dził w słowni­ku, że pas­sag­gio a li­vel­lo to „prze­jazd ko­le­jo­wy”. Praw­do­po­dob­nie oj­ciec po­my­lił to z czymś in­nym. Nie miał pojęcia, z czym, i wolał nie pytać.

Wal­lan­der wsłuchi­wał się w deszcz. Za­le­d­wie ty­dzień spędzo­ny w Rzy­mie wy­da­wał się nie­mającym końca, oszałamiającym przeżyciem. Oj­ciec był sta­now­czy nie tyl­ko w kwe­stii po­ran­nej kawy, z dużą pew­nością sie­bie opro­wa­dzał go po mieście. Po pro­stu wie­dział, co chce zo­ba­czyć. Żad­nych na chy­bił tra­fił. Wal­lan­der zro­zu­miał, że oj­ciec pla­no­wał tę podróż od lat, on zaś wziął udział w piel­grzym­ce w cha­rak­te­rze sta­le obec­ne­go, acz nie­wi­dzial­ne­go gierm­ka. Nig­dy nie po­zna wszyst­kich jej taj­ników. Oj­ciec po­je­chał do Rzy­mu, by zo­ba­czyć coś, co dużo wcześniej przeżył.

Trze­cie­go dnia zwie­dza­li Ka­plicę Syk­styńską. Bli­sko go­dzinę oj­ciec wpa­try­wał się w skle­pie­nie z fre­ska­mi Mi­chała Anioła. Jak­by kie­ro­wał bezsłowną mo­dlitwę wprost do nie­ba. Wal­lan­der szyb­ko się pod­dał, od za­dzie­ra­nia głowy roz­bo­lał go kark. Owszem, zo­ba­czył coś piękne­go, ale oj­ciec z pew­nością wi­dział dużo, dużo więcej. Pomyślał bluźnie­rczo, czy przy­pad­kiem nie szu­ka tam głuszca albo za­cho­du słońca. Nie, bzdu­ra. Nie ule­gało wątpli­wości, że jego oj­ciec, od­pu­sto­wy ma­larz, po­dzi­wiał dzieło mi­strza w in­ten­syw­nym sku­pie­niu.

Wal­lan­der otwo­rzył oczy. Deszcz bębnił o szy­by.

Tego sa­me­go dnia wie­czo­rem, a był to trze­ci dzień ich rzym­skiej przy­go­dy, nie wie­dzieć cze­mu po­wziął po­dej­rze­nie, że oj­ciec szy­ku­je się do cze­goś, co za­mie­rza za­cho­wać w ta­jem­ni­cy. Zje­dli ko­lację na Via Vit­to­rio Ve­ne­to, zda­niem Wal­lan­de­ra było tam sta­now­czo za dro­go, ale oj­ciec się uparł. To ich pierw­sza i ostat­nia wspólna podróż do Rzy­mu, więc mogą so­bie po­zwo­lić na przy­zwo­ity posiłek. Później po­wo­li ru­szy­li do ho­te­lu. Był ciepły wieczór, do­okoła pełno lu­dzi. Oj­ciec opo­wia­dał o fre­skach w Ka­pli­cy Syk­styńskiej. Dwa razy zabłądzi­li. Po śnia­da­nio­wym bun­cie ojca trak­to­wa­no z dużą atencją. Ode­bra­li klu­cze, cze­mu to­wa­rzy­szyły grzecz­ne ukłony, i po­szli na piętro. W ko­ry­ta­rzu życzy­li so­bie do­brej nocy i zniknęli w swo­ich po­ko­jach. Wal­lan­der położył się i słuchał dźwięków do­bie­gających z uli­cy. Może myślał o Baj­bie, a może po pro­stu już za­sy­piał, gdy na­gle coś go za­nie­po­koiło. Włożył szla­frok i zszedł do re­cep­cji. Było bar­dzo ci­cho. Na za­ple­czu por­tier i re­cep­cjo­ni­sta w jed­nej oso­bie oglądał te­le­wizję. Wal­lan­der kupił u nie­go bu­telkę wody mi­ne­ral­nej. Młody człowiek o ciem­nych fa­lujących włosach pra­co­wał no­ca­mi, żeby sfi­nan­so­wać swo­je stu­dia teo­lo­gicz­ne. Po­wie­dział o tym Wal­lan­derowi przy pierw­szej oka­zji. Miał na imię Ma­rio, uro­dził się w Pa­dwie i zna­ko­mi­cie mówił po an­giel­sku. Stojąc z bu­telką w ręku, Wal­lan­der na­gle usłyszał sa­me­go sie­bie proszącego Ma­ria, żeby go obu­dził, gdy­by oj­ciec chciał nocą opuścić ho­tel. Młody człowiek spoj­rzał na nie­go; może się zdzi­wił, a może pra­co­wał już tak długo, że żadne życze­nia ho­telowych gości nie były w sta­nie go za­sko­czyć. Skinął głową. Oczy­wiście, jeśli star­szy pan Wal­lan­der wyj­dzie w nocy, on na­tych­miast za­pu­ka do po­ko­ju trzy­dzieści dwa.

I szóstej nocy za­pu­kał. W ciągu dnia krążyli po Fo­rum Ro­ma­num i zaj­rze­li do Ga­le­rii Do­ria Pam­phi­li. Później prze­szli pod­ziem­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi z Vil­la Bor­ghe­se do Schodów Hisz­pańskich i zje­dli ko­lację. Na wi­dok ra­chun­ku Wal­lan­der osłupiał. To był je­den z ich ostat­nich wspólnych wie­czorów, równie ciepły jak wszyst­kie po­przed­nie, wspa­niała podróż do­bie­gała końca. Oj­ciec jak zwy­kle try­skał ener­gią. Spa­ce­ro­wa­li po mieście, w jed­nej z ka­fe­jek wy­pi­li kawę i stuknęli się kie­lisz­ka­mi grap­py. W ho­te­lu ode­bra­li klu­cze i Wal­lan­der na­tych­miast zasnął.

Pu­ka­nie roz­legło się o wpół do dru­giej w nocy.

W pierw­szej chwi­li nie wie­dział, gdzie jest. Mało przy­tom­ny ze­rwał się z łóżka i otwo­rzył drzwi. Ma­rio nie­na­gan­nym an­giel­skim po­in­for­mo­wał, że star­szy pan, oj­ciec si­gno­ra Wal­lan­de­ra, właśnie opuścił ho­tel. Wal­lan­der błyska­wicz­nie się ubrał i wy­biegł. Oj­ciec pew­nym kro­kiem ma­sze­ro­wał po dru­giej stro­nie uli­cy. Ru­szył za nim, za­cho­wując bez­pieczną od­ległość. Pomyślał, że po raz pierw­szy śle­dzi własne­go ojca. Jego prze­czu­cia się po­twier­dziły. Początko­wo nie bar­dzo wie­dział, dokąd idą. Ale kie­dy za­nu­rzy­li się w wąskie zaułki, nie miał wątpli­wości. Scho­dy Hisz­pańskie. Oj­ciec do­tarł do kościoła u ich szczy­tu i usiadł. Czar­na krop­ka wy­so­ko w górze. Spędził tam bli­sko go­dzinę. Wal­lan­der trzy­mał się w ukry­ciu. Nie przy­po­mi­nał so­bie równie za­gad­ko­wej mi­sji. Wkrótce zna­leźli się przy fon­tan­nie di Tre­vi. Oj­ciec nie wrzu­cił mo­ne­ty przez ramię, tyl­ko pa­trzył na try­skające stru­mie­nie. W świe­tle ulicz­nej la­tar­ni Wal­lan­der wi­dział, jak błyszczą mu oczy.

Po­tem wrócili do ho­te­lu.

Następne­go dnia le­cie­li Ali­ta­lią do Ko­pen­ha­gi; oj­ciec, tak jak pod­czas podróży do Rzy­mu, sie­dział przy oknie. Wal­lan­der za­uważył, że się opa­lił. Do­pie­ro na pro­mie do Lim­ham­nu spy­tał ojca, czy jest za­do­wo­lo­ny z podróży. Oj­ciec po­ki­wał głową i coś wy­mru­czał. Wal­lan­der nie mógł li­czyć na większy en­tu­zjazm. Ger­tru­da przy­je­chała po nich. Wal­lan­der wy­siadł w Ysta­dzie. Wie­czo­rem za­dzwo­nił, żeby się do­wie­dzieć, czy wszyst­ko w porządku, i usłyszał od Ger­tru­dy, że oj­ciec ma­lu­je w ate­lier swój stały mo­tyw: zachód słońca nad bez­wietrz­nym kra­jo­bra­zem.

Wal­lan­der wstał z łóżka i po­szedł do kuch­ni. Było wpół do szóstej. Na­sta­wił wodę na kawę. Dla­cze­go oj­ciec wy­mknął się w nocy? Dla­cze­go sie­dział na scho­dach? Co błysz­czało w jego oczach, kie­dy stał koło fon­tan­ny?

Nie wie­dział. Zro­zu­miał jed­nak, że oj­ciec ma swój se­kret­ny pej­zaż wewnętrzny. Nie za­mie­rzał tam zaglądać, po­zo­stał za nie­wi­dzialną gra­nicą. Nig­dy go nie za­py­ta o ten sa­mot­ny noc­ny spa­cer po Rzy­mie.

Kie­dy kawa się go­to­wała, po­szedł do łazien­ki. Z za­do­wo­le­niem za­uważył, że wygląda zdro­wo i że nie brak mu ener­gii. Włosy spłowiały od słońca. Przy­tył. Być może za sprawą spa­ghet­ti. Wolał się nie ważyć. Naj­ważniej­sze, że wy­począł. I cie­szył się, że podróż doszła do skut­ku.

Nie od­czu­wał przy­krości na myśl, że wkrótce zno­wu będzie po­li­cjan­tem. W ostat­nich la­tach nie palił się do pra­cy po po­wro­cie z urlo­pu. Za­sta­na­wiał się na­wet nad zna­le­zie­niem so­bie in­ne­go zajęcia, na przykład jako ochro­niarz w ja­kiejś fir­mie. Był jed­nak po­li­cjan­tem. Doj­rze­wał do tego po­wo­li, ale nie­odwołal­nie. Był i będzie po­li­cjan­tem.

Biorąc prysz­nic, przy­po­mniał so­bie wy­da­rze­nia sprzed kil­ku mie­sięcy, kie­dy Szwe­cji poszczęściło się w mi­strzo­stwach świa­ta w piłce nożnej. Ciągle przeżywał ka­tu­sze, myśląc o pościgu za se­ryj­nym mor­dercą, którym oka­zał się za­bu­rzo­ny emo­cjo­nal­nie czter­na­sto­let­ni chłopiec. W Rzy­mie pamięć o tej tra­ge­dii rozpłynęła się w podświa­do­mości. Te­raz wróciła. Rzym­skie wa­ka­cje ni­cze­go nie zmie­niły. Zno­wu był w tej sa­mej rze­czy­wi­stości.

Sie­dział przy sto­le w kuch­ni do siódmej. Deszcz bębnił nie­prze­rwa­nie. Włoskie upały były już tyl­ko od­ległym wspo­mnie­niem. Do Ska­nii za­wi­tała je­sień.

O wpół do ósmej po­je­chał do ko­men­dy. Na par­kin­gu spo­tkał Mar­tins­so­na. Ciągle padało. Szyb­ko się przy­wi­ta­li i ru­szy­li do wejścia.

– Jak podróż? – spy­tał Mar­tins­son. – A tak w ogóle to miło cię zno­wu wi­dzieć.

– Ojcu się bar­dzo po­do­bało.

– A to­bie?

– Przy­jem­na podróż. I było ciepło.

We­szli do środ­ka. Ebba, od przeszło trzy­dzie­stu lat na eta­cie re­cep­cjo­nist­ki ystadz­kiej ko­men­dzie, przy­wi­tała go ciepłym uśmie­chem.

– Czy można się aż tak opa­lić we Włoszech we wrześniu? – za­py­tała, zdzi­wio­na.

– Owszem. Jeśli się prze­by­wa na słońcu.

Idąc ko­ry­ta­rzem, Wal­lan­der pomyślał, że po­wi­nien był coś kupić dla Ebby. Wku­rzył się na sie­bie.

– Tu­taj ci­sza i spokój – po­wie­dział Mar­tins­son. – Żad­nych poważniej­szych spraw. Właści­wie jed­no wiel­kie nic.

– Może będzie­my mie­li spo­kojną je­sień.

Mar­tins­son po­szedł po kawę. Wal­lan­der otwo­rzył drzwi do swo­je­go po­ko­ju. Nic się w nim nie zmie­niło. Biur­ko było pu­ste. Zdjął kurtkę, po­wie­sił ją na wie­sza­ku i uchy­lił okno. W po­jem­ni­ku na ko­re­spon­dencję zo­ba­czył kil­ka okólników z Główne­go Zarządu Po­li­cji. Wziął pierw­szy z brze­gu i, nie czy­tając, położył na biur­ku.

Pomyślał o skom­pli­ko­wa­nym do­cho­dze­niu w spra­wie prze­my­tu sa­mo­chodów ze Szwe­cji do byłych państw blo­ku wschod­nie­go. Zaj­mo­wał się tym od bli­sko roku. I pew­nie do tego wróci, jeśli pod­czas jego urlo­pu nie zaszło nic szczególne­go.

Za­sta­na­wiał się, czy będzie nad tym ślęczał aż do eme­ry­tu­ry, czy­li mniej więcej przez piętnaście lat.

Kwa­drans po ósmej po­szedł do sali ze­brań. O wpół do dzie­wiątej po­li­cjan­ci z wy­działu kry­mi­nal­ne­go zbie­ra­li się, by omówić za­da­nia na naj­bliższy ty­dzień. Przy­wi­tał się – wszy­scy po­dzi­wia­li jego opa­le­niznę – i usiadł na swo­im miej­scu. Pa­no­wał smętna­wy, sen­ny nastrój, jak zwy­kle w je­sien­ne po­nie­działki. Cie­ka­we, ile po­nie­działko­wych po­ranków tu­taj prze­sie­dział. Po­nie­waż Lisa Hol­gers­son, ich nowa sze­fo­wa, była w Sztok­hol­mie, ze­branie pro­wa­dził Hans­son. Mar­tins­son miał rację. Nie­wie­le się wy­da­rzyło pod jego nie­obec­ność.

– No to będę mu­siał wrócić do prze­my­tu sa­mo­chodów – po­wie­dział Wal­lan­der, nie kryjąc re­zy­gna­cji.

– Chy­ba żebyś chciał się zająć włama­niem do kwia­ciar­ni – po­cie­szającym to­nem za­uważył Hans­son.

Wal­lan­der po­pa­trzył na nie­go ze zdzi­wie­niem.

– Włama­nie do kwia­ciar­ni? Co zginęło? Tu­li­pa­ny?

– O ile wie­my, nic – od­parł Sved­berg, dra­piąc się po łysi­nie.

W tym mo­men­cie otwo­rzyły się drzwi i do po­ko­ju szyb­kim kro­kiem weszła Ann-Britt Höglund. Po­nie­waż jej mąż był w ciągłych roz­jaz­dach i nie­ustan­nie podróżował do tak od­ległych krajów, o których nikt nie słyszał, sama opie­ko­wała się dwójką dzie­ci. Jej po­ran­ki wyglądały dosyć cha­otycz­nie, często spóźniała się na ze­bra­nia. Ann-Britt Höglund pra­co­wała w ystadz­kiej po­li­cji od po­nad roku. Była najmłod­sza w wy­dzia­le kry­mi­nal­nym. Początko­wo niektórzy ko­le­dzy, między in­ny­mi Sved­berg i Hans­son, otwar­cie ma­ni­fe­sto­wa­li swo­je nie­za­do­wo­le­nie, że muszą pra­co­wać z ko­bietą. Wal­lan­der szyb­ko się na niej po­znał i wziął ją w obronę. Nikt już nie ko­men­to­wał jej spóźnień. Przy­najm­niej nie w jego obec­ności. Usiadła przy sto­le, spoj­rzała na nie­go, uśmiechnęła się i skinęła głową, jak­by ją za­sko­czył jego powrót.

– Mówimy o kwia­ciar­ni – po­in­for­mo­wał ją Hans­son. – Pomyśleliśmy, że może Kurt by się temu przyj­rzał.

– Do włama­nia doszło w czwar­tek w nocy – po­wie­działa.

– Eks­pe­dient­ka od­kryła to w piątek rano. Złodzie­je we­szli przez okno z tyłu domu.

– Co zginęło? – spy­tał Wal­lan­der.

– Nic.

Wal­lan­der skrzy­wił się.

– Jak to „nic”?

Ann-Britt Höglund wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Po pro­stu nic.

– Na podłodze były pla­my krwi – dodał Sved­berg. – Właści­ciel kwia­ciar­ni wy­je­chał.

– Wy­da­je mi się to bar­dzo dziw­ne – po­wie­dział Wal­lan­der. – Czy na­prawdę war­to zaprzątać so­bie tym głowę?

– To jest dziw­ne – stwier­dziła Ann-Britt Höglund. – Nie umiem od­po­wie­dzieć, czy war­to zaprzątać so­bie tym głowę.

Wal­lan­der pomyślał, że przy­najm­niej przez jakiś czas nie będzie mu­siał ślęczeć nad tym bez­na­dziej­nym do­cho­dze­niem w spra­wie sa­mo­chodów, które nie­ustan­nie prze­my­ca­no za gra­nicę. Po­wi­nien mieć je­den dzień na oswo­je­nie się z fak­tem, że nie jest już w Rzy­mie.

– Mogę się przyj­rzeć – po­wie­dział.

– Zaczęłam się tym zaj­mo­wać – rzekła Ann-Britt Höglund.

– Kwia­ciar­nia jest w śródmieściu.

Ze­bra­nie do­biegło końca. Ciągle lało. Wal­lan­der po­szedł po kurtkę i po­je­cha­li do śródmieścia jego sa­mo­cho­dem.

– Jak podróż? – spy­tała, kie­dy się za­trzy­ma­li na czer­wo­nym świe­tle przed szpi­ta­lem.

– Wi­działem Ka­plicę Syk­styńską – od­parł Wal­lan­der, wpa­trując się w deszcz. – A ojcu przez cały ty­dzień do­pi­sy­wał hu­mor.

– Wygląda na to, że wszyst­ko się udało.

Świa­tlo się zmie­niło. Ru­szy­li. Pi­lo­to­wała go, bo nie bar­dzo wie­dział, gdzie jest ta kwia­ciar­nia.

– A tu jak było? – spy­tał Wal­lan­der.

– Spo­koj­nie. Przez ty­dzień nic się nie zmie­niło.

– A na­sza nowa sze­fo­wa?

– Jest w Sztok­hol­mie i oma­wia ko­lej­ne pro­po­zy­cje cięć. Będzie do­bra. Co naj­mniej tak do­bra jak Bjork.

Wal­lan­der ob­rzu­cił ją spoj­rze­niem.

– Nie sądziłem, że go lubiłaś.

– Robił tyle, ile mógł. Cze­go więcej można wy­ma­gać?

– Ni­cze­go. Ab­so­lut­nie ni­cze­go.

Za­par­ko­wa­li na Va­stra Val­l­ga­tan przy Pot­t­ma­kar­grand. Na po­ry­wi­stym wie­trze huśtała się ta­blicz­ka z nazwą kwia­ciar­ni. „Cym­bia”. Sie­dzie­li w sa­mo­cho­dzie. Ann-Britt Höglund dała mu kil­ka kar­tek w pla­sti­ko­wej ko­szul­ce. Wal­lan­der przeglądał je i słuchał.

– Właści­cie­lem jest Gösta Run­feldt – mówiła Ann-Britt Höglund. – Wy­je­chał. Eks­pe­dient­ka przyszła w piątek rano, tuż przed dzie­wiątą. Za­uważyła wy­bitą szybę. Po obu stro­nach leżały odłamki szkła, a w kwia­ciar­ni były ślady krwi. Nic nie zginęło. Pie­niędzy nie zo­sta­wia­no tam na noc. Eks­pe­dient­ka za­dzwo­niła na po­licję trzy mi­nu­ty po dzie­wiątej. Przy­je­chałam tam chwilę po dzie­siątej. Wszyst­ko się zga­dzało. Zbi­ta szy­ba. Pla­my krwi na podłodze. Nic nie zginęło. Dziw­ne.

Wal­lan­der za­sta­na­wiał się.

– Nie bra­ko­wało ani jed­ne­go kwiat­ka?

– Według eks­pe­dient­ki, nie.

– Czy na­prawdę można za­pa­miętać, ile kwiatów jest w każdym wa­zo­nie?

Zwrócił jej pa­pie­ry.

– Możemy ją o to za­py­tać – od­rzekła Ann-Britt Höglund. – Kwia­ciar­nia jest otwar­ta.

Kie­dy Wal­lan­der otwo­rzył drzwi, zadźwięczał sta­roświec­ki dzwo­nek. Za­pa­chy przy­po­mniały mu o rzym­skich ogro­dach. Nie było klientów. Z za­ple­cza wyszła ko­bie­ta w śred­nim wie­ku. Na ich wi­dok skinęła głową.

– Przy­pro­wa­dziłam ko­legę – po­wie­działa Ann-Britt Höglund.

Wal­lan­der się przy­wi­tał.

– Czy­tałam o panu w ga­ze­tach.

– Mam na­dzieję, że nic złego.

– Ach, skąd, same miłe słowa.

Wal­lan­der do­wie­dział się z no­ta­tek Ann-Britt Höglund, że ko­bie­ta na­zy­wa się Wa­nia An­ders­son i ma pięćdzie­siąt trzy lata.

Po­wo­li ob­cho­dził kwia­ciar­nię. Z na­wy­ku pa­trzył, gdzie sta­wia sto­py. Wil­got­ny za­pach kwiatów przy­woływał wspo­mnie­nia. Wy­szedł na za­ple­cze i stanął pod drzwia­mi, których górna część była prze­szklo­na. Za­uważył świeży kit. Tędy do­stał się złodziej – lub złodzie­je. Przyglądał się podłodze wyłożonej płyt­ka­mi ze sztucz­ne­go two­rzy­wa.

– Przy­pusz­czam, że krew była tu­taj – po­wie­dział.

– Nie – za­prze­czyła Ann-Britt Höglund.

Wal­lan­der zmarsz­czył czoło i po­szedł za nią do kwia­ciar­ni.

Stanęła pośrod­ku.

– O, dokład­nie w tym miej­scu.

– A przy stłuczo­nej szy­bie nie było żad­nych plam?

– Nie. Te­raz ro­zu­miesz, dla­cze­go to wszyst­ko jest dziw­ne? Dla­cze­go krew jest tu­taj, a nie przy drzwiach? Jeśli przyjąć, że to włamy­wacz się ska­le­czył.

– A niby kto miałby się ska­le­czyć?

– No właśnie. Kto?

Wal­lan­der jesz­cze raz ob­szedł kwia­ciar­nię. Próbował so­bie wy­obra­zić, jak się to odbyło. Ktoś wy­bi­ja szybę i wcho­dzi. Pośrod­ku jest krew. Nic nie zginęło.

W każdym przestępstwie jest coś z pla­no­we­go działania. Chy­ba że przestępcą jest sza­le­niec. Wie­dział to z doświad­cze­nia. Ale prze­cież żaden sza­le­niec nie włamie się do kwia­ciar­ni, żeby nic nie ukraść.

To się po pro­stu nie trzy­mało kupy.

– Zakładam – po­wie­dział – że to były kro­ple krwi.

Ku jego zdzi­wie­niu Ann-Britt Höglund pokręciła głową.

– Nie, żad­nych kro­pli, tyl­ko ma­lut­ka kałuża.

Za­sta­na­wiał się. Nic nie wymyślił.

– A więc nic nie zginęło? – zwrócił się po chwi­li do stojącej w głębi eks­pe­dient­ki.

– Nic.

– Na­wet kil­ka kwiatów?

– O ile się orien­tuję, nie.

– Czy za­wsze wie pani dokład­nie, ile jest kwiatów?

– Tak

Od­po­wie­działa szyb­ko i zde­cy­do­wa­nie.

Po­ki­wał głową.

– Czy znaj­du­je pani ja­kieś wyjaśnie­nie tego włama­nia?

– Nie.

– To nie pani kwia­ciar­nia?

– Nie. Właści­ciel na­zy­wa się Gösta Run­feldt. Pra­cuję u nie­go.

– Jeśli do­brze zro­zu­miałem, wy­je­chał. Czy skon­tak­to­wała się pani z nim?

– To nie­możliwe.

Po­pa­trzył na nią z uwagą.

– Dla­cze­go?

– Bo jest na sa­fa­ri. Ogląda or­chi­dee.

Wal­lan­der za­sta­na­wiał się nad tym, co usłyszał.

– Czy mogłaby pani po­wie­dzieć coś więcej?

– Gösta to miłośnik or­chi­dei. Wie o nich wszyst­ko. Jeździ po świe­cie i ogląda wszel­kie możliwe ga­tun­ki i od­mia­ny, ja­kie tyl­ko ist­nieją. Pi­sze o nich książkę. Te­raz jest w Afry­ce. Nie mam pojęcia, gdzie. W każdym ra­zie będzie z po­wro­tem w przyszłym ty­go­dniu, w środę.

Wal­lan­der skinął głową.

– Po­roz­ma­wia­my z nim, kie­dy wróci. Czy mogłaby go pani po­pro­sić, żeby się do nas zgłosił?

Wa­nia obie­cała prze­ka­zać wia­do­mość. Do kwia­ciar­ni wszedł klient. Ann-Britt Höglund i Wal­lan­der wy­szli w deszcz i wsie­dli do sa­mo­cho­du.

Wal­lan­der zwle­kał z włącze­niem sil­ni­ka.

– Można so­bie na­tu­ral­nie wy­obra­zić złodzie­ja, który popełnia błąd. Wy­bi­ja nie tę szybę. Tuż obok jest sklep ze sprzętem kom­pu­te­ro­wym.

– A kałuża krwi?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Mógł nie za­uważyć, że się ska­le­czył. Stał z opusz­czoną ręką i rozglądał się. Krew kapała w jed­no miej­sce i po­wstała kałuża.

Po­ki­wała głową.

Wal­lan­der za­pa­lił sa­mochód.

– Będzie spra­wa o ubez­pie­cze­nie. Nic poza tym.

Wrócili w desz­czu do ko­men­dy.

Była je­de­na­sta.

Po­nie­działek 26 września 1994 roku.

Wspo­mnie­nie podróży do Rzy­mu sta­wało się co­raz bar­dziej od­ległe. Jak za­ni­kająca fa­ta­mor­ga­na.

3

We wto­rek 27 września w Ska­nii nadal padało. Me­te­oro­lo­dzy za­po­wia­da­li, że po ciepłym le­cie je­sień będzie desz­czo­wa. Na ra­zie nic nie wska­zy­wało na pomyłkę w pro­gno­zach.

Po­przed­nie­go wie­czo­ra, kie­dy Wal­lan­der wrócił z pra­cy pierw­sze­go dnia po podróży do Włoch i zro­bił byle jaką ko­lację, którą spożył z wyraźną niechęcią, wie­lo­krot­nie próbował się do­dzwo­nić do Sztok­hol­mu, gdzie miesz­kała jego córka Lin­da. Na chwilę prze­stało lać i otwo­rzył drzwi na bal­kon. Iry­to­wało go, że Lin­da się nie ode­zwała, by spy­tać, jak się udała podróż. Wma­wiał so­bie, acz bez po­wo­dze­nia, że córka ma dużo pra­cy. Tej je­sie­ni podjęła stu­dia w pry­wat­nej szko­le te­atral­nej i pra­co­wała jako kel­ner­ka w re­stau­ra­cji lun­cho­wej na Kung­shol­men.

O je­de­na­stej za­dzwo­nił do Baj­by do Rygi. Zno­wu się roz­pa­dało i ze­rwał się wiatr. Nie­mal zdążył za­po­mnieć o ciepłych dniach w Rzy­mie. Prócz roz­ko­szo­wa­nia się wspa­niałą po­godą i służenia ojcu za to­wa­rzy­sza podróży myślał o Baj­bie. La­tem wy­bra­li się do Da­nii. Był wykończo­ny i przygnębio­ny męczącym pości­giem za czter­na­sto­let­nim mor­dercą. Pod ko­niec po­by­tu spy­tał ją, czy za nie­go wyj­dzie. Od­po­wie­działa wy­mi­jająco, ale nie za­mknęła za sobą wszyst­kich drzwi. Nie próbowała też ukry­wać przy­czyn swo­ich wątpli­wości. Szli nie­kończącym się wy­brzeżem w Ska­gen, tam gdzie spo­ty­kają się dwie cieśniny i gdzie wie­le lat temu spa­ce­ro­wał z ówczesną żoną, a później od­by­wał sa­mot­ne prze­chadz­ki, kie­dy cier­piał na de­presję i poważnie się za­sta­na­wiał nad odejściem z po­li­cji. Wie­czo­ry były nie­sa­mo­wi­cie ciepłe. Mi­strzo­stwa świa­ta w piłce nożnej przy­kuły lu­dzi do te­le­wi­zorów i wy­lud­niły wy­brzeże. Zbie­ra­li ka­my­ki i mu­szel­ki. I Baj­ba po­wie­działa, że nie bar­dzo so­bie wy­obraża wspólne życie z po­li­cjan­tem.

Jej mąż, Kar­lis, ma­jor łotew­skiej po­li­cji, zo­stał za­mor­do­wa­ny w 1992 roku. Właśnie wte­dy ją po­znał, pod­czas pełnych za­wi­ro­wań i nie­rze­czy­wi­stych dni spędzo­nych w Ry­dze. W Rzy­mie za­da­wał so­bie py­ta­nie, czy on sam na­prawdę chce się po­now­nie ożenić. Czy małżeństwo w ogóle jest ko­niecz­ne? Łączyć się skom­pli­ko­wa­ny­mi i for­mal­ny­mi więzami, które dzi­siaj pra­wie nic nie znaczą? Był w długim związku z matką Lin­dy, Moną. Kie­dy pięć lat temu nie­ocze­ki­wa­nie mu oznaj­miła, że chce się roz­wieść, nic nie ro­zu­miał. Do­pie­ro te­raz przy­najm­niej częścio­wo przyjął do wia­do­mości po­wo­dy, dla których za­mie­rzała roz­począć nowe życie bez nie­go. Zda­wał so­bie sprawę, dla­cze­go tak się mu­siało stać. Po­tra­fił oce­nić sa­me­go sie­bie i przy­znać, że po­no­si większą część winy, po­nie­waż grze­szył per­ma­nentną nie­obec­nością w domu i no­to­rycz­nym bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia tym wszyst­kim, co było dla niej ważne. Jeśli w ogóle można mówić o wi­nie. Naj­pierw szli obok sie­bie. Po­tem ich dro­gi zaczęły się roz­cho­dzić tak po­wo­li i nie­zau­ważal­nie, że stało się to ja­sne do­pie­ro po fak­cie, kie­dy było już za późno, kie­dy stra­ci­li się z oczu.

Często o tym myślał w Rzy­mie. I do­szedł do wnio­sku, że chce się ożenić z Bajbą. Chciał, żeby się do nie­go prze­pro­wa­dziła. Po­sta­no­wił kupić dom pod mia­stem. Dom z ogro­dem. Nie­dro­gi, ale w ta­kim sta­nie, żeby sam mógł się upo­rać z re­mon­tem. Kupi też psa, o którym ma­rzył od lat.

I w po­nie­działkowy wieczór, kie­dy w Ysta­dzie zno­wu się roz­pa­dało, po­wie­dział o tym Baj­bie. Miał wrażenie, że kon­ty­nu­uje roz­mowę, którą to­czył z nią w myślach w Rzy­mie. Kil­ka razy zaczął mówić na głos. Nie uszło to na­tu­ral­nie uwa­gi ojca drepczącego w upa­le tuż obok. Uszczy­pli­wie, ale z pewną życz­li­wością spy­tał, kto tu się właści­wie sta­rze­je i komu gro­zi po­mie­sza­nie zmysłów.

Ode­brała na­tych­miast. Usłyszał radość w jej głosie. Opo­wie­dział o podróży, a po­tem powtórzył py­ta­nie sprzed kil­ku mie­sięcy. Przez mo­ment między Rygą i Ysta­dem wędro­wała ci­sza. Po­tem przy­znała, że myślała o tym. Nadal ma wątpli­wości, nie jest ich ani mniej, ani więcej.

– Przy­jedź do mnie – po­wie­dział Wal­lan­der. – Nie będzie­my o tym roz­ma­wiać przez te­le­fon.

– Do­brze. Przy­jadę.

Na ra­zie nie usta­li­li ter­mi­nu. Baj­ba pra­co­wała na ry­skim uni­wer­sy­te­cie i mu­siała pla­no­wać wol­ne dni z dużym wy­prze­dze­niem. Ale kie­dy Wal­lan­der odłożył słuchawkę, był nie­mal pe­wien, że wkra­cza w nową fazę swo­je­go życia. Baj­ba przy­je­dzie i on po raz dru­gi się ożeni.

Po­tem długo nie mógł zasnąć. Kil­ka razy wy­cho­dził do kuch­ni, sta­wał przy oknie i pa­trzył w deszcz. Będzie mu bra­ko­wało sa­mot­nej la­tar­ni kołyszącej się na wie­trze.

Cho­ciaż późno zasnął, wcześnie był na no­gach. Chwilę po siódmej za­par­ko­wał przed ko­mendą i szyb­kim kro­kiem, w za­ci­nającym desz­czu, wszedł do środ­ka. Po­sta­no­wił od razu za­brać się do lek­tu­ry ob­szer­ne­go ma­te­riału o kra­dzieżach sa­mo­chodów. Im dłużej będzie zwle­kał, tym większej na­bie­rze do tego niechęci i stra­ci wszel­ki zapał. Po­wie­sił kurtkę na krześle dla gości, żeby wyschła, po czym zdjął z półki bli­sko półme­tro­wy plik akt do­cho­dze­nio­wych. Właśnie zaczął porządko­wać sko­ro­szy­ty, kie­dy roz­legło się pu­ka­nie do drzwi. Wal­lan­der usłyszał, że to Mar­tins­son.

– Wejdź!

– Jak cię nie ma, za­wsze przy­chodzę pierw­szy – skon­sta­to­wał Mar­tins­son. – Te­raz zno­wu będę dru­gi.

– Stęskniłem się za mo­imi sa­mo­cho­da­mi – wyjaśnił Wal­lan­der, po­ka­zując za­wa­lo­ne sko­ro­szy­ta­mi biur­ko.

Mar­tins­son trzy­mał w ręku jakiś pa­pier.

– Za­po­mniałem ci to dać wczo­raj. Lisa Hol­gers­son chciała, żebyś na to spoj­rzał.

– Co to jest?

– Prze­czy­taj. Wiesz, że po­li­cja ma się wy­po­wia­dać w najróżniej­szych spra­wach.

– Roz­pa­trze­nie wnio­sku?

– Mniej więcej.

Wal­lan­der nie­co się zdzi­wił. Mar­tins­son rzad­ko udzie­lał mętnych od­po­wie­dzi. Kil­ka lat temu był ak­tyw­nym człon­kiem li­be­rałów i przy­pusz­czal­nie ma­rzyła mu się ka­rie­ra po­li­tycz­na. O ile Wal­lan­der wie­dział, am­bit­ne pla­ny roz­wie­wały się w miarę kur­cze­nia się elek­to­ra­tu. Po­sta­no­wił nie ko­men­to­wać wy­ników ostat­nich wy­borów.

Kie­dy Mar­tins­son wy­szedł, Wal­lan­der usiadł i prze­czy­tał to, co od nie­go do­stał. Skończył i prze­czy­tał jesz­cze raz.

I szlag go tra­fił. Już daw­no nie był taki wściekły. Wy­biegł na ko­ry­tarz i wpa­ro­wał do po­ko­ju Sved­ber­ga, który nie miał zwy­cza­ju za­my­ka­nia drzwi.

– Wi­działeś to? – spy­tał, wy­ma­chując kartką od Mar­tins­so­na.

Sved­berg pokręcił głową.

– Nie. Co to jest?

– Pi­smo od nowo po­wstałej or­ga­ni­za­cji, która chce się do­wie­dzieć, czy po­li­cja nie ma ja­kichś uwag do na­zwy.

– Czy­li?

– „Przy­ja­cie­le Sie­kie­ry”.

Sved­berg tępo po­pa­trzył na Wal­lan­de­ra.

– „Przy­ja­cie­le Sie­kie­ry”?

– „Przy­ja­cie­le Sie­kie­ry”. Biorąc pod uwagę wy­da­rze­nia sprzed kil­ku mie­sięcy, py­tają, czy ta na­zwa przy­pad­kiem nie zo­sta­nie źle ode­bra­na. Bo by­najm­niej nie za­mie­rzają skal­po­wać lu­dzi.

– A co za­mie­rzają?

– Jeśli do­brze zro­zu­miałem, ma to być coś w ro­dza­ju re­gio­nal­ne­go sto­wa­rzy­sze­nia, które chciałoby otwo­rzyć mu­zeum sta­rych narzędzi pra­cy.

– To chy­ba nieźle brzmi. Dla­cze­go je­steś taki wściekły?

– Dla­te­go, że ich zda­niem po­li­cja ma czas na ta­kie rze­czy. Oso­biście uważam, że „Przy­ja­cie­le Sie­kie­ry” to dosyć dzi­wacz­na na­zwa jak na re­gio­nal­ne sto­wa­rzy­sze­nie. Ale naj­bar­dziej wku­rza mnie to, że mu­si­my się czymś ta­kim zaj­mo­wać.

– Po­wiedz to sze­fo­wej.

– Owszem, po­wiem.

– Chy­ba się z tobą nie zgo­dzi. Te­raz zno­wu wszy­scy będzie­my w pre­wen­cji.

Wal­lan­der uświa­do­mił so­bie, że Sved­berg ma spo­ro ra­cji. Za jego pamięci w po­li­cji bez prze­rwy do­ko­ny­wały się ra­dy­kal­ne zmia­ny. Zwłasz­cza w za­kre­sie skom­pli­ko­wa­ne­go sto­sun­ku do mgli­ste­go i groźnego cie­nia, zwa­ne­go ogółem. Ów ogół, nękający ni­czym zmo­ra Główny Zarząd Po­li­cji i każdego po­li­cjan­ta z osob­na, po­sia­dał jedną cechę: nie­wier­ność.

Obec­nie, by go za­spo­koić, po­sta­no­wio­no prze­kształcić szwedz­ki or­gan strzegący porządku i bez­pie­czeństwa w ogólno­kra­jową po­licję pre­wen­cyjną. Nikt nie wie­dział, jak miałoby to wyglądać. Szef Główne­go Zarządu na wszyst­kich bra­mach po­przy­bi­jał swo­je tezy o tym, że po­licja po­win­na być wi­docz­na. Po­nie­waż nikt nig­dy nie słyszał, żeby była niewi­docz­na, prak­ty­ko­wa­nie no­wej li­tur­gii oka­zało się dość utrud­nio­ne. Utwo­rzo­no już pie­sze pa­tro­le i mi­niod­działy żwawo pedałujące na ro­we­rach. Szef Główne­go Zarządu miał przy­pusz­czal­nie na myśli wi­dzial­ność du­chową. Stąd po­mysł na od­ku­rze­nie kon­cep­cji po­licji pre­wen­cyjnej, czy­li przy­ja­znej, miękkiej jak po­dusz­ka pod głową. Nikt jed­nak nie po­tra­fił wyjaśnić jej związków ze wzro­stem co­raz bru­tal­niej­szej przestępczości w Szwe­cji. W każdym ra­zie sta­no­wiła ele­ment no­wej stra­te­gii, po­le­gającej między in­ny­mi na roz­strzy­ga­niu, czy nowo po­wstała or­ganizacja re­gio­nal­na może przyjąć nazwę „Przy­ja­cie­le Sie­kie­ry”.

Wal­lan­der po­szedł po kawę, wrócił do swo­je­go po­ko­ju i za­brał się do opasłych ma­te­riałów do­cho­dze­nio­wych. Nie mógł się sku­pić, myślał o ostat­niej roz­mo­wie z Bajbą, ale w końcu się przemógł i po kil­ku go­dzi­nach do­tarł do tego punk­tu, na którym się za­trzy­mał przed podróżą do Włoch. Za­dzwo­nił do ko­le­gi z Go­te­bor­ga. Omówili kil­ka wspólnych kwe­stii. Kie­dy skończy­li, była dwu­na­sta. Wal­lan­der zgłod­niał. Ciągle padało. Wsiadł do sa­mo­cho­du i po­je­chał na lunch do jed­nej ze śródmiej­skich re­stau­ra­cji. O pierw­szej był z po­wro­tem w ko­men­dzie. Le­d­wie usiadł na krześle, za­dzwo­nił te­le­fon. Ebba z re­cep­cji.

– Masz gościa – po­wie­działa.

– Kto to?

– Na­zy­wa się Ty­ren i chce z tobą po­roz­ma­wiać.

– O czym?

– O ewen­tu­al­nym za­gi­nięciu.

– Czy nikt inny nie może się tym zająć?

– Mówi, że musi po­roz­ma­wiać z tobą.

Wal­lan­der po­pa­trzył na rozłożone przed sobą pa­pie­ry. Nie było tam nic aż tak pil­ne­go, żeby nie mógł przyjąć zgłosze­nia o za­gi­nięciu.

– Przyślij go tu­taj – po­wie­dział i odłożył słuchawkę.

Otwo­rzył drzwi i zaczął porządko­wać biur­ko. Kie­dy pod­niósł wzrok, w pro­gu stał mężczy­zna. Wal­lan­der wi­dział go po raz pierw­szy. Miał na so­bie fir­mo­wy kom­bi­ne­zon OK. W po­ko­ju za­pach­niało ropą i ben­zyną.

Wal­lan­der podał mu rękę i po­pro­sił, żeby usiadł. Mniej więcej pięćdzie­sięcio­let­ni mężczy­zna, który przed­sta­wił się jako Sven Ty­ren, miał rzad­kie siwe włosy i był nie­ogo­lo­ny.

– Chciał pan ze mną roz­ma­wiać – zaczął Wal­lan­der.

– Ro­zu­miem, że jest pan do­brym po­li­cjan­tem – po­wie­dział Sven Ty­ren.

Jego ak­cent świad­czył o tym, że po­cho­dzi z za­chod­niej Ska­nii, z ro­dzin­nych stron Wal­lan­de­ra.

– Po­li­cjan­ci w większości są do­brzy – od­parł Wal­lan­der.

– Wca­le nie. Sie­działem swe­go cza­su za ta­kie tam dro­bia­zgi i dużo po­li­cjantów było zwy­czaj­nie do bani.

Po­wie­dział to z ta­kim na­ci­skiem, że Wal­lan­de­ra za­tkało.

Po­sta­no­wił puścić to mimo uszu.

– Chy­ba nie przy­szedł pan tu po to, żeby mi o tym po­wie­dzieć. Cho­dzi o za­gi­nięcie?

Sven Ty­ren miął w rękach cy­klistówkę OK.

– W każdym ra­zie to dziw­ne.

Wal­lan­der wyjął z szu­fla­dy kołono­tat­nik i otwo­rzył na czy­stej stro­nie.

– Za­cznij­my od początku. Kto ewen­tu­al­nie za­ginął? I co jest dziw­ne?

– Hol­ger Eriks­son.

– Kto to jest?

– Je­den z klientów.

– Domyślam się, że pro­wa­dzi pan stację ben­zy­nową.

Sven Ty­ren pokręcił głową.

– Roz­wożę ropę opałową na północ od Ysta­du. Hol­ger Eriks­son miesz­ka między Ho­ge­sta­dem i Lödin­ge. Za­dzwo­nił do biu­ra i po­wie­dział, że nie­wie­le mu zo­stało w baku. Umówiliśmy się na do­stawę w czwar­tek rano. Ale kie­dy przy­je­chałem, ni­ko­go nie było.

Wal­lan­der no­to­wał.

– Mówi pan o ubiegłym czwart­ku?

– Dwu­dzie­ste­go dru­gie­go.

– A kie­dy on za­dzwo­nił?

– W po­nie­działek.

Wal­lan­der za­sta­na­wiał się.

– Czy nie zaszła jakaś pomyłka co do dnia i go­dzi­ny?

– Przy­wożę mu ropę od przeszło dzie­sięciu lat. Nig­dy przed­tem nie było żad­nych pomyłek.

– I co pan zro­bił, kie­dy się oka­zało, że go nie ma?

– Wlew do baku był za­mknięty, to od­je­chałem. Zo­sta­wiłem mu wia­do­mość w skrzyn­ce pocz­to­wej.

– Co było po­tem?

– Nic.

Wal­lan­der odłożył długo­pis.

– Jak się roz­wo­zi ropę, to się po­zna­je lu­dzi – mówił Sven Ty­ren. – Nie mogłem tego tak zo­sta­wić. Hol­ger Eriks­son nie mógł nig­dzie wy­je­chać. Wczo­raj po południu zno­wu tam po­je­chałem. Po pra­cy. Swo­im sa­mo­cho­dem. Moja kart­ka ciągle leżała w skrzyn­ce. Pod pocztą, która przyszła po czwart­ku. Wszedłem na podwórze i za­dzwo­niłem do drzwi. Ni­ko­go nie było. Jego wóz stał w garażu.

– Czy Hol­ger Eriks­son miesz­ka sam?

– Nie ma żony. Do­ro­bił się majątku na sprze­daży sa­mo­chodów. Poza tym pi­sze wier­sze. Raz do­stałem od nie­go książkę.

Na­gle Wal­lan­der przy­po­mniał so­bie, że w głównej w ystadz­kiej księgar­ni wi­dział kie­dyś na­zwi­sko Eriks­so­na na półce z li­te­ra­turą re­gio­nalną. Szu­kał cze­goś na czter­dzie­ste uro­dzi­ny Sved­ber­ga.

– Jesz­cze jed­no się nie zga­dzało – po­wie­dział Sven Ty­ren. – Drzwi były otwar­te. Pomyślałem, że może jest cho­ry. W końcu ma pra­wie osiem­dzie­siąt lat. No to wszedłem, ale ni­ko­go nie było. W kuch­ni zo­ba­czyłem włączo­ny eks­pres. Za­la­ty­wało przy­pa­loną kawą. I wte­dy po­sta­no­wiłem tu­taj przyjść. Coś jest nie tak.

Sven Ty­ren wy­da­wał się au­ten­tycz­nie za­nie­po­ko­jo­ny. Wal­lan­der wie­dział jed­nak z doświad­cze­nia, że większość za­gi­nięć wyjaśnia się sa­mo­ist­nie. Bar­dzo rzad­ko przy­da­rzało się coś poważnego.

– Czy on nie ma sąsiadów? – spy­tał.

– Dom leży na od­lu­dziu.

– Co się, pana zda­niem, mogło stać?

– Myślę, że nie żyje – szyb­ko i sta­now­czo od­po­wie­dział Sven Ty­ren. – Myślę, że ktoś go zabił.

Wal­lan­der cze­kał na dal­szy ciąg. Ale się nie docze­kał.

– Dla­cze­go pan tak myśli? – spy­tał po chwi­li.

– Bo to się nie zga­dza. Zamówił ropę. Za­wsze był w domu, kie­dy przy­jeżdżałem. Nie zo­sta­wiłby włączo­ne­go eks­pre­su do kawy. I za­mknąłby drzwi, na­wet gdy­by cho­dziło o krótki spa­cer na te­re­nie po­siadłości.

– Czy nie miał pan wrażenia, że ktoś się tam włamał?

– Nie, wszyst­ko wyglądało jak zwy­kle. Oprócz tego eks­pre­su.

– To zna­czy, że nie po raz pierw­szy był pan u nie­go w domu.

– Za­wsze kie­dy przy­wo­ziłem ropę, za­pra­szał mnie na kawę i czy­tał swo­je wier­sze. Chy­ba się cie­szył z mo­ich wi­zyt, bo był dosyć sa­mot­ny.

Wal­lan­der za­sta­na­wiał się.

– Po­wie­dział pan, że Hol­ger Eriks­son nie żyje i że być może ktoś go zabił. Dla­cze­go miałby to zro­bić? Czy miał wrogów?

– Nic o tym nie wiem.

– Ale był zamożny?

– Tak.

– Skąd pan o tym wie?

– Wszy­scy to wiedzą.

Wal­lan­der zo­sta­wił ten wątek.

– Do­brze – po­wie­dział – przyj­rzy­my się temu. Na pew­no znaj­dzie się ja­kieś na­tu­ral­ne wytłuma­cze­nie jego nie­obec­ności. Prze­ważnie tak jest.

Za­no­to­wał ad­res. Zdzi­wił się, słysząc, że po­siadłość na­zy­wa się „Sa­mot­nia”.

Od­pro­wa­dził Sve­na Ty­re­na do re­cep­cji.

– Je­stem pe­wien, że coś się stało – po­wie­dział Sven Ty­ren na pożegna­nie. – To nie w porządku, że go nie ma, kie­dy przy­wożę ropę.

– Odezwę się do pana.

W tym mo­men­cie do re­cep­cji wpadł Hans­son.

– Kto, do ja­snej cho­le­ry, za­blo­ko­wał wjazd cy­sterną?! – rzu­cił wście­kle.

– Ja – spo­koj­nie od­parł Sven Ty­ren. – Już odjeżdżam.

– Kto to był? – spy­tał Hans­son, kie­dy Ty­ren wy­szedł.

– Zgłosił za­gi­nięcie – od­po­wie­dział Wal­lan­der. – Słyszałeś o pi­sa­rzu Hol­ge­rze Eriks­so­nie?

– O pi­sa­rzu?

– Albo o sprze­daw­cy sa­mo­chodów.

– O pi­sa­rzu czy sprze­daw­cy?

– Po­dob­no jest jed­nym i dru­gim. I, zda­niem kie­row­cy tej cy­ster­ny, za­ginął.

Po­szli po kawę.

– To coś poważnego? – spy­tał Hans­son.

– Fa­cet był za­nie­po­ko­jo­ny.

– Chy­ba skądś go znam.

Wal­lan­der mógł po­le­gać na pamięci Hans­so­na. Kie­dy wy­padło mu z głowy ja­kieś na­zwi­sko, najczęściej właśnie jego pro­sił o po­moc.

– Na­zy­wa się Sven Ty­ren – po­wie­dział Wal­lan­der. – Po­dob­no sie­dział za ja­kieś dro­bia­zgi.

Hans­son myślał.

– Wy­da­je mi się, że był za­mie­sza­ny w po­bi­cia – ode­zwał się po chwi­li. – Dosyć daw­no temu.

– Chy­ba zajrzę do tego Eriks­so­na. I wpiszę go do re­je­stru zgłoszo­nych za­gi­nięć.

Po­szedł do sie­bie po kurtkę i włożył do kie­sze­ni ad­res „Sa­mot­ni”. Po­wi­nien był naj­pierw wypełnić for­mu­larz po­trzeb­ny do re­je­stra­cji osób za­gi­nio­nych, ale odłożył to na później. Było wpół do trze­ciej, kie­dy opuścił ko­mendę. Ulew­ny deszcz za­mie­nił się w mżawkę. Idąc do sa­mo­cho­du, drżał z zim­na. Po­je­chał na północ i bez tru­du od­na­lazł po­siadłość Eriks­so­na. Zgod­nie z nazwą, leżała na od­lu­dziu. Brązowe pola opa­dały ku mo­rzu, którego nie było stąd widać. Gdzieś na drze­wie wrzesz­czały wro­ny. Wal­lan­der otwo­rzył skrzynkę pocz­tową. Żad­nej ko­re­spon­den­cji. Po­dej­rze­wał, że wyjął ją Sven Ty­ren. Wszedł na bru­ko­wa­ne podwórze. Wszyst­ko tu było za­dba­ne. Wsłuchi­wał się w ciszę. Na za­grodę składały się trzy za­bu­do­wa­nia. Kie­dyś były czte­ry, ale jed­no albo ro­ze­bra­no, albo spłonęło. Wal­lan­der po­dzi­wiał słomia­ny dach. Sven Ty­ren miał rację. Tyl­ko ktoś zamożny może so­bie na to po­zwo­lić. Za­dzwo­nił do drzwi. Po chwi­li za­pu­kał, na­cisnął klamkę i wszedł do środ­ka. Nasłuchi­wał. Pocz­ta leżała na stołku obok sto­ja­ka na pa­ra­so­le. Na ścia­nie wi­siały lor­net­ki. Je­den fu­te­rał był otwar­ty i pu­sty. Wal­lan­der wol­no ob­cho­dził dom. Ciągle pach­niało przy­pa­loną kawą. Za­trzy­mał się przy biur­ku w sa­lo­nie o dwóch kon­dy­gna­cjach i wi­docz­nych bel­kach stro­po­wych i po­pa­trzył na leżącą na brązo­wym bla­cie kartkę. Światło było słabe, więc ujął ją w dwa pal­ce i pod­szedł do okna.

Wiersz o pta­ku. O dzięcio­le.

Pod spodem wid­niała data: „21 września 1994. Go­dzi­na 22.12”.

Wal­lan­der jadł wte­dy z oj­cem ko­lację w re­stau­ra­cji przy Piaz­za del Po­po­lo.

Te­raz, stojąc w tym ci­chym domu, miał wrażenie, że był to je­dy­nie sen.

Odłożył kartkę na miej­sce. O dzie­siątej w środę wie­czo­rem Hol­ger Eriks­son na­pi­sał wiersz. Dzień później Sven Ty­ren miał przy­wieźć ropę. Ale dzień później go nie ma. I drzwi są otwar­te.

Tknięty pewną myślą, udał się na po­szu­ki­wa­nia baku. Według wska­zań licz­ni­ka, był nie­mal pu­sty.

Wrócił do domu, usiadł na sta­rym żeber­ko­wym krześle i rozglądał się.

Coś mu mówiło, że Sven Ty­ren się nie mylił. Że Hol­ger Eriks­son rze­czy­wiście za­ginął.

Po chwi­li wstał i prze­pa­trzył spo­ro sza­fek, za­nim zna­lazł za­pa­so­we klu­cze. Za­mknął drzwi i od­je­chał. Deszcz zno­wu przy­brał na sile. Tuż przed piątą był w ko­men­dzie i wypełnił for­mu­larz o za­gi­nięciu Hol­ge­ra Eriks­so­na. Ju­tro z sa­me­go rana roz­poczną po­szu­ki­wa­nia.

W dro­dze do domu kupił pizzę, którą zjadł, siedząc przed te­le­wi­zo­rem. Lin­da się nie ode­zwała. Parę mi­nut po je­de­na­stej położył się i nie­mal na­tych­miast zasnął.

W środę o czwar­tej rano obu­dziły go nud­ności. Zwy­mio­to­wał, za­nim zdążył do­biec do łazien­ki. Przy oka­zji do­stał bie­gun­ki. Nie miał pojęcia, czy za­szko­dziła mu piz­za, czy może przy­wlekł z Włoch grypę żołądkową. O siódmej był tak wy­cieńczo­ny, że za­dzwo­nił do ko­men­dy. Złapał Mar­tins­so­na.

– Oczy­wiście wiesz, co się stało? – spy­tał Mar­tins­son.

– Wiem tyl­ko tyle, że rzy­gam i mam sraczkę.

– Dzi­siaj w nocy za­tonął prom. Nie­da­le­ko Tal­li­na. Zginęły set­ki lu­dzi. Większość to Szwe­dzi. Na pokładzie było po­dob­no spo­ro osób za­trud­nio­nych w po­li­cji.

Wal­lan­de­ro­wi znów zbie­rało się na wy­mio­ty, ale nie od­cho­dził od te­le­fo­nu.

– W ystadz­kiej po­li­cji? – spy­tał z nie­po­ko­jem.

– Nie. Coś okrop­ne­go.

Wal­lan­de­ro­wi trud­no było w to uwie­rzyć. Kil­ka­set osób zginęło w ka­ta­stro­fie pro­mu? Ta­kie rze­czy się nie zda­rzają. W każdym ra­zie nie w po­bliżu Szwe­cji.

– Nie mogę dłużej roz­ma­wiać – po­wie­dział. – Zno­wu będę rzy­gał. Na biur­ku zo­sta­wiłem for­mu­larz o za­gi­nięciu Hol­ge­ra Eriks­so­na. Niech się ktoś tym zaj­mie.

Rzu­cił słuchawkę na widełki i w ostat­niej chwi­li do­padł łazien­ki. Kie­dy wra­cał do łóżka, za­dzwo­nił te­le­fon.

To była Mona. Jego eks­małżonka. Na­tych­miast się za­nie­po­koił. Kon­tak­to­wała się z nim tyl­ko wte­dy, kie­dy coś się działo z Lindą.

– Roz­ma­wiałam z Lindą – po­wie­działa. – Nie było jej na pro­mie.

Do­pie­ro po dłuższej chwi­li zro­zu­miał, o czym mówi.

– Masz na myśli ten prom, który za­tonął?

– A niby co miałabym mieć na myśli? Kie­dy giną set­ki lu­dzi, dzwo­nię do córki, żeby się upew­nić, czy wszyst­ko w porządku.

– Na­tu­ral­nie masz rację. Nie ko­jarzę naj­le­piej, bo je­stem cho­ry. Wy­mio­tuję. Mam grypę żołądkową. Czy możemy po­roz­ma­wiać in­ne­go dnia?

– Cho­dziło mi tyl­ko o to, żebyś się nie nie­po­koił.

Po skończo­nej roz­mo­wie Wal­lan­der się położył.

Przez chwilę myślał o Hol­ge­rze Eriks­so­nie i o ka­ta­stro­fie pro­mu.

Miał gorączkę. Wkrótce zasnął.

Mniej więcej w tym sa­mym cza­sie prze­stało padać.

4

Po kil­ku go­dzi­nach zaczął prze­gry­zać sznur.

Cały czas to­wa­rzy­szyło mu uczu­cie, że za chwilę zwa­riu­je. Nic nie wi­dział, bo coś zasłaniało mu oczy i pogrążyło świat w ciem­nościach. Nic nie słyszał, bo to, co we­tknięto mu w uszy, szczel­nie przy­wie­rało do błon bęben­ko­wych. Je­dy­ne dźwięki były w nim, przy­po­mi­nały szum, który chciał się wy­do­stać na zewnątrz. Naj­bar­dziej do­ku­czało mu to, że nie może się ru­szyć. Dla­te­go miał wrażenie, że jest na do­brej dro­dze do obłędu. Choć leżał po­zio­mo na ple­cach, wy­da­wało mu się, że z za­wrotną szyb­kością spa­da w otchłań. Może była to je­dy­nie ha­lu­cy­na­cja, wy­raz jego wewnętrzne­go rozkładu. Sza­leństwo po­wo­li dzie­liło jego ciało i świa­do­mość na części, które nie miały już ze sobą nic wspólne­go.

Za wszelką cenę próbował się trzy­mać rze­czy­wi­stości, zmu­szał się do myśle­nia. Dzięki przy­tom­ności umysłu i opa­no­wa­niu może znaj­dzie od­po­wiedź na to, co się stało. Dla­cze­go nie jest w sta­nie się ru­szać? Gdzie jest? I z ja­kie­go po­wo­du?

Żeby nie dać się po­nieść pa­ni­ce i zdławić czający się obłęd, sta­rał się za­cho­wać kon­trolę nad cza­sem. Z nie­sa­mo­witą dys­cy­pliną li­czył mi­nu­ty i go­dzi­ny. Po­nie­waż ocknął się w ciem­nościach, związany i roz­ciągnięty na ple­cach, nie ist­niał żaden początek. Równie do­brze mógł się tu­taj uro­dzić.

W tym do­zna­niu tkwiło źródło obłędu. W przebłyskach świa­do­mości usiłował się wcze­pić w co­kol­wiek, co wy­da­wało się mieć związek z rze­czy­wi­stością. Od cze­go mógłby wyjść.

Na przykład, na czym leży. To nie było przy­wi­dze­nie. Wie­dział, że ma pod sobą coś twar­de­go. Ko­szu­la pod­sunęła się powyżej le­we­go bio­dra, wy­czu­wał chro­po­watą po­wierzch­nię. Kie­dy próbował się ru­szyć, dra­pała mu skórę. Leżał na ce­men­to­wej po­sadz­ce. Dla­cze­go? Jak się tam zna­lazł?

Wra­cał do ostat­nie­go nor­mal­ne­go punk­tu wyjścia, za­nim opadły go te nagłe ciem­ności. Ale już tam nie wszyst­ko było ja­sne. Niby wie­dział, co się stało, a jed­nak nie wie­dział. Prze­sta­wał rozróżniać przy­wi­dze­nie od praw­dy i wpa­dał w pa­nikę. Wte­dy szlo­chał. Krótko, gwałtow­nie, i równie gwałtow­nie milkł, po­nie­waż nikt nie mógł go usłyszeć. Nie miał zwy­cza­ju płakać, kie­dy nikt go nie słyszał. Nie za­li­czał się do tych, którzy płaczą wyłącznie w sa­mot­ności.

Właści­wie tyl­ko tego jed­ne­go był pe­wien. Że nikt go nie słyszy. Gdzie­kol­wiek jest ta prze­rażająca ce­men­to­wa po­sadz­ka, czy uno­si się w kom­plet­nie mu ob­cym wszechświe­cie, czy w do­brze zna­nym, w po­bliżu nie było ni­ko­go. Ni­ko­go, kto by go usłyszał.

Prócz czającego się obłędu po­zo­stało mu je­dy­nie kil­ka punktów opar­cia. Wszyst­ko inne mu ode­bra­no, nie tyl­ko tożsamość, ale i spod­nie. Zbliżała się północ, następne­go dnia miał je­chać do Na­iro­bi. Za­mknął wa­lizkę i usiadł przy biur­ku, żeby po raz ostat­ni przej­rzeć do­ku­men­ty. Wi­dział to bar­dzo wyraźnie. Nie miał wte­dy pojęcia, że jest w po­cze­kal­ni śmier­ci, którą ktoś dla nie­go przy­go­to­wał. Pasz­port leżał na biur­ku po le­wej stro­nie. W ręku trzy­mał bi­le­ty lot­ni­cze, a na ko­la­nach, w pla­sti­ko­wej ko­szul­ce, były do­la­ry, kar­ty kre­dy­to­we i cze­ki podróżne, które za­mie­rzał po­twier­dzić. Za­dzwo­nił te­le­fon. Wszyst­ko odłożył i pod­niósł słuchawkę.

Po­nie­waż był to ostat­ni ludz­ki głos, jaki usłyszał, kur­czo­wo się go chwy­cił. Sta­no­wił ostat­nie ogni­wo łączące go z rze­czy­wi­stością, które przy­najm­niej na ra­zie chro­niło go przed obłędem.

Ładny, miękki i przy­jem­ny głos. Miał pew­ność, że słyszy go po raz pierw­szy. Dzwo­niła ko­bie­ta, której nig­dy przed­tem nie spo­tkał. Chciała kupić róże. Naj­pierw prze­pro­siła, że zakłóca mu spokój o tak późnej po­rze, bar­dzo jej jed­nak zależało na tych różach. Nie po­wie­działa, dla­cze­go. Ale od razu jej uwie­rzył. Nikt prze­cież nie będzie kłamał w ta­kiej spra­wie. Nie pamiętał, żeby zadał jej lub so­bie py­ta­nie, co się stało, dla­cze­go do­pie­ro w nocy, kie­dy wszyst­kie kwia­ciar­nie są po­za­my­ka­ne, przy­po­mniała so­bie, że musi mieć róże.

Ale się nie wahał. Miesz­kał bli­sko kwia­ciar­ni, jesz­cze nie spał. Mógł to załatwić w nie­spełna dzie­sięć mi­nut.

Te­raz, leżąc w ciem­nościach i co­fając się myślami, uświa­do­mił so­bie, że jed­ne­go nie