Piaskun - Lars Kepler - ebook + książka

Piaskun ebook

Lars Kepler

4,5

Opis

Pewnej zimowej nocy na moście kolejowym niedaleko Sztokholmu maszynista zauważa przy torach broczącego krwią człowieka. Ranny trafia do szpitala z rzadkim w tych okolicach ciężkim zakażeniem bakteryjnym, tak zwaną chorobą legionistów. Zaskoczenie jest jeszcze większe, kiedy okazuje się, że ten człowiek od siedmiu lat widnieje w rejestrze zmarłych. Wszystko wskazuje na to, że jest jedną z wielu nieodkrytych ofiar seryjnego mordercy Jurka Waltera. Ale jakim cudem odnalazł się po tylu latach, skoro jego niedoszły morderca od dawna odsiaduje wyrok? I kim jest tajemniczy Piaskun, który usypia dzieci i przetrzymuje je w ciemnościach?

Szwedzki duet po raz kolejny wykonał niesamowitą robotę – ta książka nie pozwoli Wam zasnąć. Dofinansowano ze środków Unii Europejskiej, Program Kultura 2007–2013.

Wszystko, co można zrobić, to czytać i czytać – aż do samego końca. Ostrzegamy: jeśli otworzysz tę książkę, nie będziesz mógł jej odłożyć. Jest straszna. Jest przerażająca. Jest niesamowicie wciągająca. „Sundsvalls Tidning”

Kilka równoległych wątków, wskazówki zmyślnie rozproszone w tekście, porywające tempo. Kepler naprawdę wie, jak pisać kryminały. „Hallands Nyheter”

Wszystkie cztery książki z Jooną Linną w roli głównej mają dwie dominujące cechy – fantastyczną fabułę i perfekcyjny styl. „Nerikes Allehanda”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Już w księgarniach:

Lotte i Søren Hammer Niegodziwcy

Matti Rönkä Dobry brat, zły brat

Kjell Ola Dahl Mężczyzna w oknie

Friedrich Ani Śmierć nie ulega przedawnieniu

Thomas Enger Letarg

Lars Kepler Kontrakt Paganiniego

Johan Theorin Smuga krwi

Kjell Ola Dahl Czwarty napastnik

Thomas Enger Bóle fantomowe

Lotte i Søren Hammer Wszystko ma swoją cenę

Matti Rönkä Przyjaciele z daleka

Wojciech Chmielarz Podpalacz

Kjell Ola Dahl Wierny przyjaciel

Bernhard Jaumann Godzina szakala

Wojciech Chmielarz Farma lalek

Johan Theorin Święty Psychol

Friedrich Ani Ludzie za ścianą

Lars Kepler Świadek

Thomas Enger Żądza krwi

Kjell Ola Dahl Lodowa kąpiel

Bernhard Jaumann Kamienista ziemia

Jean Luc Bannalec Śmierć w Pont-Aven

W serii ukaże się także:

Johan Theorin Duch na wyspie

Więcej informacji: czarne.com.pl

Lars Kepler

Piaskun

Przełożyła Marta Rey-Radlińska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału szwedzkiego Sandmannen

Projekt okładki Piotr Bukowski Fotografia na okładce © by Ekaterina Nosenko / Getty Images Projekt typograficzny Robert Oleś

Copyright © by Lars Kepler, 2012 First Publisher by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Group Agency, Stockholm, Sweden Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2014 Copyright © for the Polish translation by Marta Rey-Radlińska, 2014

Redakcja Tomasz Mucha Korekta Jadwiga Makowiec / d2d.pl, Sandra Trela / d2d.pl Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

This project has been funded with support from the European Commission. This publication reflects the views only of the author, and the Commission cannot be held responsible for any use which may be made of the information contained therein.

Projekt dofinansowany przez Komisję Europejską. Publikacja odzwierciedla wyłącznie opinie autora; Komisja nie odpowiada za wykorzystanie informacji zawartych w publikacji.

ISBN 978-83-7536-847-5

Cena 29,90 zł

Jest środek nocy, śnieg zawiewa znad morza. Młody mężczyzna idzie przez wysoki most kolejowy w kierunku Sztokholmu. Twarz ma bladą jak zaparowane szkło. Dżinsy zesztywniały od zakrzepłej krwi. Idzie pomiędzy szynami, przekraczając podkłady. Pięćdziesiąt metrów pod nim majaczy lód pokrywający wody zatoki jak wąskie, białe prześcieradło. Białe drzewa i stojące w porcie cysterny z ropą są prawie niewidoczne. Śnieg, wirując, przecina światła dźwigu załadunkowego gdzieś daleko w dole.

Ciepła krew spływa po prawym przedramieniu mężczyzny na dłoń, a potem skapuje z koniuszków palców.

Słychać szum i brzęczenie, gdy nocny pociąg zbliża się po torach dwukilometrowego mostu.

Młody mężczyzna zatacza się, siada na szynie, ale zaraz wstaje i rusza dalej.

Pociąg przecina powietrze, widoczność pogarsza śnieżna kurzawa. Lokomotywa TRAXX jest już pośrodku mostu, kiedy maszynista dostrzega postać na torach. Trąbi i widzi, że człowiek się potyka, odskakuje w lewo, na sąsiedni tor, i chwyta się barierki.

Ubranie mężczyzny łopocze na wietrze. Most trzęsie się pod jego stopami. Człowiek stoi nieruchomo, z szeroko otwartymi oczami, nie puszczając barierki.

Nic, tylko wirujący śnieg i pochłaniająca wszystko czerń.

Zakrwawiona dłoń zaczyna przymarzać, mężczyzna odrywa ją i idzie dalej.

Nazywa się Mikael Kohler-Frost. Zaginął trzynaście lat temu, a przed siedmiu laty uznano go za zmarłego.

1

Szpital Löwenströmska. Oddział Psychiatrii Sądowej o Wzmocnionym Zabezpieczeniu

Stalowa brama zamyka się z głuchym łoskotem za nowym lekarzem. Metaliczne echo goni go w dół spiralnych schodów.

Anders Rönn czuje na plecach zimny dreszcz, kiedy nagle zapada martwa cisza.

Dziś zaczyna pracę w zamkniętym zakładzie detencyjnym dysponującym warunkami maksymalnego zabezpieczenia.

W ściśle odizolowanym bunkrze od trzynastu lat przebywa podstarzały Jurek Walter. Został skazany na internację psychiatryczną ze specjalnymi warunkami wypisu.

Młody lekarz niewiele wie o swoim pacjencie oprócz samej diagnozy: „Schizofrenia niezróżnicowana. Myślenie chaotyczne. Ostre stany psychotyczne powracające gwałtownymi napadami”.

Anders Rönn legitymuje się na poziomie zero, zostawia komórkę, zawiesza klucz na kracie w szafce i dopiero wtedy strażniczka otwiera mu pierwsze drzwi do śluzy. Lekarz wchodzi, czeka, aż drzwi się zamkną i podchodzi do następnych. Kiedy słychać sygnał, strażniczka otwiera także i te. Anders odwraca się i macha jej, a potem rusza korytarzem w stronę pokoju socjalnego na oddziale zamkniętym.

Główny specjalista na oddziale Roland Brolin jest mężczyzną około pięćdziesiątki o opadających ramionach i krótko obciętych włosach. Stoi, paląc papierosa, w części kuchennej pod wentylatorem i przegląda artykuł w magazynie Związku Zawodowego Pracowników Średniego Szczebla Służby Zdrowia. Tekst dotyczy przepaści dzielącej poziom wynagrodzenia kobiet i mężczyzn.

– Jurek Walter nigdy nie może zostać sam bez nikogo z personelu – mówi starszy lekarz. – Nie wolno mu spotykać innych pacjentów, nie wolno mu przyjmować odwiedzających, nie wolno mu wychodzić na podwórze. Nie wolno…

– Nigdy? – pyta Anders. – To raczej nie jest dozwolone, takie zamykanie…

– Nie, nie jest – ucina ostro Brolin.

– Co on właściwie zrobił?

– Same przyjemne rzeczy – odpowiada Roland i rusza korytarzem.

Chociaż Jurek Walter jest najgroźniejszym seryjnym mordercą w historii Szwecji, nie jest znany ogółowi. Obrady w ratuszu i w pałacu Wrangla[1] odbywały się za zamkniętymi drzwiami i są ściśle tajne.

Kiedy Anders Rönn i główny specjalista Roland Brolin przechodzą przez kolejne drzwi antywłamaniowe, młoda kobieta o wytatuowanych ramionach i z kolczykami w policzkach mruga do nich.

– Wróćcie żywi – mówi krótko.

– Nie masz się co niepokoić – mówi Roland do Andersa, zniżając głos. – Jurek Walter jest spokojnym, starszym panem. Nie bije się i nie podnosi głosu. Naszą główną zasadą jest nigdy do niego nie wchodzić. Ale Leffe z nocnej zmiany widział, jak chował nóż pod materacem, więc oczywiście musimy go skonfiskować.

– W jaki sposób? – pyta Anders.

– Złamiemy zasady.

– Wejdziemy do Jurka?

– Ty wejdziesz… i grzecznie poprosisz o nóż.

– Mam wejść…?

Roland Brolin wybucha śmiechem, a po chwili wyjaśnia, że zamiast jak zwykle podać pacjentowi zastrzyk z Risperdalu, przedawkują Zypadherę.

Brolin przeciąga kartę przez kolejny czytnik i wbija kod. Słychać wysoki sygnał i szum zamka.

– Czekaj – mówi Roland i podaje Andersowi pudełeczko z żółtymi zatyczkami do uszu.

– Powiedziałeś, że nie krzyczy.

Roland rozciąga usta w smętnym uśmiechu i przygląda się koledze zmęczonym wzrokiem, a potem wyjaśnia:

– Jurek Walter będzie mówił do ciebie spokojnie, na pewno sympatycznie – opowiada z powagą. – Ale potem wieczorem, w drodze do domu, skręcisz na przeciwległy pas i zderzysz się czołowo z ciężarówką… albo wpadniesz do sklepu z narzędziami i kupisz siekierę, zanim odbierzesz dzieciaki z przedszkola.

– Mam się teraz zacząć bać? – Anders uśmiecha się.

– Nie, ale zachować, mam nadzieję, ostrożność – mówi Roland.

Anders nie jest typem farciarza, ale kiedy znalazł w „Gazecie Lekarskiej” ogłoszenie o długoterminowym zastępstwie na zamkniętym oddziale psychiatrii sądowej, serce mocniej mu zabiło.

To tylko dwadzieścia minut samochodem od domu, a długoterminowe zastępstwo mogłoby prowadzić do stałego zatrudnienia.

Od czasu stażu w szpitalu w Skaraborg i w przychodni w Huddinge musiał się utrzymywać z dorywczych zastępstw w regionalnej klinice sądowej przy Szpitalu Świętego Zygfryda.

Długie dojazdy do Växjö i nieregularny czas pracy były nie do pogodzenia z pracą Petry w Ośrodku Sportu i Rekreacji i z autyzmem Agnes.

Zaledwie dwa tygodnie wcześniej Anders i Petra siedzieli przy stole w kuchni i próbowali wymyślić, co począć.

– Tak dalej być nie może – powiedział ze spokojem.

– Co teraz? – wyszeptała Petra.

– Nie wiem – odpowiedział, ocierając łzy z jej policzków.

Opiekunka Agnes z przedszkola powiedziała, że dziewczynka miała ciężki dzień. Nie chciała oddać szklanki po mleku, a inne dzieci śmiały się z niej. Nie mogła przyjąć do wiadomości, że posiłek jest skończony, bo Anders nie przyjechał po nią o zwykłej porze. Jechał prosto z Växjö, ale dotarł dopiero około szóstej. Agnes siedziała w jadalni, obejmując rączkami szklankę.

Po powrocie do domu stanęła w swoim pokoju, wpatrując się w ścianę obok domku dla lalek, i klaskała w dłonie na swój introwertyczny sposób. Nie wiadomo, co ona tam widzi, ale dziewczynka twierdzi, że przylatują szare patyczki, które musi policzyć i zatrzymać. Robi tak zawsze, kiedy ma silne stany lękowe. Czasami wystarczy dziesięć minut, ale tego wieczoru stała tak przez cztery godziny, zanim udało się położyć ją do łóżka.

2

Ostatnie drzwi zamykają się za lekarzami. Mężczyźni idą korytarzem do jedynej z trzech izolatek, która jest w użyciu. Świetlówka odbija się w linoleum. Tapeta jest porysowana na wysokości metra od ocierającego się o nią wózka z posiłkami.

Brolin chowa kartę magnetyczną i pozwala Andersowi pierwszemu podejść do potężnych, metalowych drzwi.

Przez pancerne szkło Anders widzi szczupłego mężczyznę siedzącego na plastikowym krześle. Jest ubrany w niebieskie dżinsy i dżinsową koszulę, gładko ogolony, a jego oczy są dziwnie spokojne. Siateczka zmarszczek pokrywająca jego twarz przywodzi na myśl popękaną glinę w wyschniętym korycie rzeki.

Jurek Walter został skazany tylko za dwa zabójstwa i jedną próbę zabójstwa, ale wiele wskazuje na to, że był zamieszany w jeszcze dziewiętnaście morderstw.

Trzynaście lat temu schwytano go na gorącym uczynku w lasku Lill-Jansskogen, w chwili kiedy wpychał z powrotem pięćdziesięcioletnią kobietę do trumny zakopanej w ziemi. Kobieta spędziła w niej już dwa lata, ale wciąż żyła. Odniosła straszliwe obrażenia, była niedożywiona, tkanka mięśniowa prawie zanikła, odmrożenia i odleżyny wyniszczyły jej ciało, a do tego doznała poważnych uszkodzeń mózgu. Jeśli policja nie wyśledziłaby i nie schwytała Jurka Waltera, prawdopodobnie nikt by go nie powstrzymał.

Lekarz wyjmuje trzy buteleczki z żółtym proszkiem, dolewa do każdej wody, potrząsa i miesza płyn okrężnymi ruchami, zanim wciągnie go do strzykawki.

Wkłada zatyczki do uszu i otwiera małe okienko w drzwiach. Słychać chrzęst metalu, a w powietrzu unosi się ciężki zapach betonu i kurzu.

Lekarz swobodnym tonem oznajmia Jurkowi Walterowi, że przyszła pora na jego zastrzyk.

Mężczyzna unosi brodę i miękko wstaje z krzesła, odwraca wzrok ku okienku i zbliża się do drzwi, rozpinając koszulę.

– Zatrzymaj się i zdejmij koszulę – mówi Roland.

Jurek Walter powoli idzie naprzód, a Roland zamyka okienko i szybko je zaryglowuje. Jurek staje, rozpina ostatni guzik i pozwala koszuli zsunąć się na podłogę.

Ciało mężczyzny kiedyś musiało być wysportowane, ale teraz zwiotczałe mięśnie i skóra luźno zwisają.

Roland ponownie otwiera klapkę, Jurek Walter zbliża się do drzwi i wyciąga żylastą rękę pokrytą tysiącem plamek pigmentacyjnych.

Anders przemywa mu ramię spirytusem. Roland wbija igłę w miękki mięsień i zdecydowanie zbyt szybko wpuszcza płyn. Dłoń Jurka drga z zaskoczenia, ale nie zabiera on ręki, dopóki nie dostanie pozwolenia. Brolin szybko zamyka i rygluje okienko, wyciąga zatyczki z uszu, uśmiecha się nerwowo i zagląda przez szybę.

Jurek Walter chwiejnie wraca na miejsce, zatrzymuje się i siada na łóżku.

Nagle zwraca wzrok ku drzwiom, aż Roland upuszcza strzykawkę.

Próbuje ją złapać, ale ta toczy się po betonie.

Anders łapie strzykawkę, a kiedy obaj podnoszą się i odwracają ku drzwiom izolatki, widzą, że wewnętrzna strona szyby jest zaparowana. Jurek nachuchał na nią i napisał palcem słowo „JOONA”.

– Co tu jest napisane? – pyta słabym głosem Anders.

– Napisał „Joona”.

– Joona?

– Co to do diabła ma znaczyć?

Mgiełka ulatnia się i widzą, że Jurek Walter siedzi tak jak przedtem na swoim łóżku, jakby w ogóle się stamtąd nie ruszał. Patrzy na swoje ramię, w które zrobiono mu zastrzyk, masuje mięsień i spogląda na nich przez szybę.

– Nic więcej tam nie było? – pyta Anders.

– Widziałem tylko…

Zza grubych drzwi słychać zwierzęcy ryk. Jurek Walter zsunął się z łóżka, klęczy na podłodze i wyje. Ścięgna szyi są napięte, żyły napuchły.

– Ile mu właściwie dałeś? – pyta Anders.

Z oczu Waltera widać tylko białka, mężczyzna podpiera się ręką, wyciąga jedną nogę, ale nagłe szarpnięcie przewraca go w tył, uderza głową o kant łóżka, krzyczy, a całe ciało drga w spazmatycznych konwulsjach.

– Oż kurwa… – szepcze Anders.

Jurek osuwa się na ziemię, kopie niekontrolowanie nogami, gryzie się w język, parska krwią, a potem leży na plecach, dysząc.

– Co zrobimy, jeśli umrze?

– Skremujemy go – odpowiada Brolin.

Jurka chwytają nowe konwulsje, całe ciało drga, ręce uderzają we wszystkich kierunkach, wreszcie wszystko się uspokaja.

Brolin spogląda na zegarek. Po policzkach spływa mu pot.

Jurek Walter jęczy, przetacza się na bok, próbuje wstać, ale nie ma siły.

– Możesz wejść za dwie minuty – oznajmia lekarz.

– Naprawdę mam tam wejść?

– Za chwilę będzie niegroźny.

Jurek przesuwa się na czworakach, śluz i krew kapią mu z ust. Chwieje się, zwalnia, aż opada na podłogę i nieruchomieje.

3

Anders zagląda przez grubą szybę w drzwiach. Jurek Walter od dziesięciu minut leży na podłodze. Ciało ma bezwładne po ustąpieniu spazmów.

Brolin wyciąga klucz, wtyka do zamka, waha się, zagląda przez okno, a potem otwiera.

– Baw się dobrze – mówi.

– Co zrobimy, jak się obudzi? – pyta Anders.

– Nie może się obudzić.

Brolin otwiera i Anders wchodzi do środka. Drzwi za jego plecami zamykają się, słychać szczęk zamka. W izolatce czuć zapach potu, ale i czegoś jeszcze. Kwaśna woń octu. Jurek Walter leży nieruchomo, ale oddycha powoli, co można poznać po ledwo dostrzegalnym ruchu pleców.

Anders stara się nie zbliżać do niego, chociaż wie, że teraz pacjent głęboko śpi.

W celi panuje dziwna akustyka, natarczywa, tak jakby dźwięk pojawiał się zbyt blisko.

Przy każdym kroku słychać szelest lekarskiego fartucha.

Oddech Jurka przyspiesza.

Z kranu do umywalki kapie woda.

Anders zbliża się do łóżka, spogląda na Jurka, a potem klęka.

Kątem oka dostrzega Brolina, który przez kuloodporną szybkę w drzwiach lękliwie przygląda się, jak Anders się pochyla i próbuje zajrzeć pod przykręcone do podłogi łóżko.

Na podłodze nic nie ma.

Anders podchodzi bliżej, uważnie przyglądając się Jurkowi, a potem kładzie się płasko na podłodze.

Teraz już nie może obserwować pacjenta. Musi się odwrócić do niego plecami, żeby móc poszukać noża.

Pod łóżkiem panuje półmrok. Przy ścianie ułożyły się kłębki kurzu.

Wyobraźnia podsuwa mu obraz Jurka Waltera otwierającego oczy.

Coś jest wetknięte pomiędzy drewniane szczebelki i materac. Trudno stwierdzić, co to może być.

Anders wyciąga rękę, ale nie sięga. Musi się przewrócić na plecy. Pod łóżkiem jest tak ciasno, że nie może odwrócić głowy. Próbuje wcisnąć się głębiej. Przy każdym wdechu czuje tępy opór konstrukcji. Palce szukają po omacku. Jeszcze kawałek dalej. Kolanem uderza o szczebel. Dmuchnięciem odgania kurz z twarzy i wczołguje się głębiej.

Nagle z tyłu, z izolatki, dobiega głuchy odgłos. Lekarz nie jest w stanie się odwrócić, żeby sprawdzić, co to. Leży nieruchomo i nasłuchuje. Jego własny oddech jest tak przyspieszony, że z trudem rozróżnia inne dźwięki.

Ostrożnie wyciąga rękę, sięga do przedmiotu czubkami palców, wczołguje się jeszcze głębiej i w końcu go wyciąga.

Jurek zrobił krótki, bardzo ostry nóż z kawałka stalowej listwy.

– Chodź już! – woła przez okienko starszy lekarz.

Anders próbuje się wydostać, wypycha ciało spod łóżka, kalecząc się w policzek.

Utknął, nie może wyjść, lekarski fartuch zaczepił się i nie da się go zdjąć.

Zdaje mu się, że słyszy szuranie dobiegające z miejsca, w którym leży Jurek.

Może to nic.

Anders ciągnie z całej siły, szwy trzeszczą, ale nie puszczają. Musi się wcisnąć z powrotem, żeby uwolnić materiał.

– Co robisz? – woła z przestrachem Roland.

Okienko w drzwiach trzaska, słychać przesuwany rygiel.

Anders dostrzega, że jedna z kieszeni fartucha zahaczyła się o poluzowaną listwę. Szybko odczepia materiał, wstrzymuje oddech i wyczołguje się na zewnątrz. Czuje narastającą panikę. Kalecząc brzuch i kolana, chwyta ręką brzeg łóżka i wydostaje się na zewnątrz.

Ciężko dysząc, odwraca się i wstaje, ściskając w ręku nóż.

Jurek leży na boku, jedno oko ma wpółotwarte we śnie, tępo wpatruje się przed siebie.

Anders podbiega do drzwi, przez szybkę widzi przestraszony wzrok szefa i próbuje się uśmiechnąć, ale słychać, że jest zdenerwowany, kiedy mówi:

– Otwórz drzwi.

Roland Brolin uchyla okienko.

– Najpierw oddaj nóż.

Anders spogląda na niego ze zdziwieniem i podaje mu narzędzie.

– Znalazłeś coś jeszcze – mówi Roland Brolin.

– Nie – odpowiada Anders, zerkając w stronę Jurka.

– List.

– Nie było nic innego.

Jurek zaczyna się wiercić na podłodze, wzdycha.

– Zajrzyj mu do kieszeni – prosi lekarz z nerwowym uśmiechem.

– Po co?

– Bo to jest rewizja.

Anders odwraca się i ostrożnie podchodzi do Jurka Waltera. Pacjent ma teraz zamknięte oczy, ale na pomarszczonym czole pojawiły się kropelki potu.

Anders niechętnie nachyla się i wsadza rękę do jednej z kieszeni. Dżinsowy materiał koszuli napina się i Jurek cicho pomrukuje.

Z tylnej kieszeni dżinsów sterczy plastikowy grzebień. Drżącymi rękami Anders przeszukuje kolejne ciasne kieszenie.

Z nosa kapie mu pot. Mruga, żeby coś widzieć.

Wielka dłoń Jurka otwiera się i zamyka.

W kieszeniach niczego nie ma.

Anders odwraca się ku drzwiom i kręci głową. Nie widzi, czy Brolin stoi za drzwiami. Lampa izolatki odbija się w szybie niczym szare słońce.

Musi już stąd wyjść.

Minęło zbyt wiele czasu.

Anders wstaje i spiesznie podchodzi do drzwi. Brolina tam nie ma. Anders przybliża twarz do szyby, ale niczego nie widzi.

Jurek Walter oddycha szybko, urywanie, jak dziecko, któremu przyśnił się koszmar.

Anders wali pięściami w drzwi. Gruby metal nie wydaje niemal żadnego dźwięku. Anders nie poddaje się. Nic nie słychać, nic się nie dzieje. Stuka obrączką w szybę, gdy nagle widzi rosnący na ścianie cień.

Czuje na plecach i ramionach zimny dreszcz. Z mocno bijącym sercem, czując dopływ adrenaliny do krwi, odwraca się. Widzi, jak Jurek Walter powoli podnosi się z podłogi. Twarz ma obwisłą, a błękitne oczy patrzą wprost przed siebie. Wciąż jeszcze krwawi z ust, wargi są dziwnie czerwone.

4

Anders wali pięściami w grube drzwi i krzyczy, ale Brolin nie otwiera. Kiedy odwraca się do pacjenta, czuje dudnienie pulsu w skroniach. Jurek Walter siedzi na podłodze, mruga, patrząc na lekarza, a potem zaczyna wstawać.

– To kłamstwo – mówi Jurek, a krew tryska mu na brodę. – Mówią, że jestem potworem, ale ja jestem tylko człowiekiem…

Nie ma siły wstać, z sapnięciem siada z powrotem na podłodze.

– Człowiekiem – mamrocze.

Ociężałym ruchem wsuwa rękę pod koszulę, wyciąga złożoną kartkę i rzuca na podłogę przed Andersem.

– List, o który pytał – mówi. – Od siedmiu lat proszę o spotkanie z przedstawicielem prawnym… Nie chodzi o to, że liczę na wyjście stąd… Jestem kim jestem, ale to nie zmienia faktu, że wciąż jestem też człowiekiem…

Anders pochyla się i sięga po papier, nie spuszczając Jurka z oczu. Starzec znów próbuje wstać, podpiera się rękami, zatacza, ale udaje mu się postawić stopę na podłodze.

Anders podnosi kartkę, cofa się i wreszcie słyszy zgrzyt klucza w zamku. Odwraca się, wlepia wzrok w szybę i czuje, jak trzęsą mu się nogi.

– Nie powinieneś był przedawkować mi leku – mamrocze Jurek.

Anders nie odwraca się, ale i tak wie, że Jurek stoi i patrzy na niego.

Kuloodporna szybka w drzwiach przypomina mętny lód. Nie widać, kto stoi po drugiej stronie i przekręca klucz w zamku.

– Otwórz, otwórz – szepcze mężczyzna, słysząc za plecami ciężki oddech.

Drzwi uchylają się i Anders, potykając się, wypada z izolatki. Przewraca się na betonową podłogę korytarza. Drzwi zamykają się z trzaskiem, potężny mechanizm zamka zgrzyta, odpowiadając na ruch klucza.

Ciężko dysząc, lekarz opiera się o ścianę, odwraca się i widzi, że to nie główny lekarz oddziału go uratował, tylko młoda kobieta z kolczykami w policzkach.

– Nie pojmuję, co się stało – mówi. – Rolanda musiało zaćmić, zawsze tak pilnuje reguł bezpieczeństwa.

– Porozmawiam z nim…

– Może się źle poczuł… chyba ma cukrzycę.

Anders osusza wilgotne dłonie fartuchem i znowu podnosi wzrok na kobietę.

– Dziękuję, że pani otworzyła.

– Zrobię dla ciebie wszystko – żartuje strażniczka.

Lekarz próbuje się beztrosko uśmiechnąć, ale nogi mu się trzęsą, kiedy przechodzi za nią przez grube drzwi. Kobieta zatrzymuje się przy dyżurce ochrony i spogląda na niego.

– Jedyny problem z pracą tu na dole – mówi – to to, że z nudów, by nie zasnąć, trzeba wcinać masę słodyczy.

– Brzmi super.

Na jednym z monitorów widać Jurka siedzącego na skraju łóżka, z głową wspartą na dłoniach. W pokoju dziennym, w którym stoi telewizor i bieżnia, nie ma nikogo.

5

Przez resztę dnia Anders Rönn koncentruje się na wdrożeniu w nowe obowiązki: odprawy na górze, na oddziale trzydziestym, indywidualne plany terapii, warunki wypisu, ale myślami wciąż wraca do listu i tego, co powiedział Jurek.

Dziesięć po piątej opuszcza oddział psychiatrii sądowej i wychodzi na chłodne powietrze. Ciemność zamknęła się wokół oświetlonego terenu szpitala.

Anders ogrzewa dłonie w kieszeniach kurtki, przebiega przez wyłożony kamieniem placyk i wchodzi na parking położony naprzeciwko głównego wejścia do szpitala.

Kiedy tu przyjechał, parking był zapełniony samochodami. Teraz jest niemal pusto.

Mrużąc oczy, dostrzega, że za jego samochodem stoi jakiś człowiek.

– Halo! – woła Anders, przyspieszając kroku.

Mężczyzna odwraca się, przeciąga ręką po ustach i odsuwa się od samochodu. To główny specjalista Roland Brolin.

Anders zwalnia po chwili i wyciąga kluczyki z kieszeni.

– Oczekujesz przeprosin – odzywa się Brolin z wymuszonym uśmiechem.

– Wolałbym nie musieć informować kierownictwa szpitala o tym, co się wydarzyło – odpowiada mu Anders.

Brolin patrzy mu w oczy, wyciąga lewą rękę i otwiera dłoń.

– Daj mi list – mówi ze spokojem.

– Jaki list?

– List, który Jurek chciał, żebyś znalazł – odpowiada starszy lekarz. – Kartkę, kawałek gazety, fragment kartonu.

– Odebrałem mu nóż, tak jak było powiedziane.

– To była przynęta – wyjaśnia Brolin. – Chyba nie sądzisz, że narażał się na taki ból z powodu błahostki?

Anders przygląda się koledze, który ociera pot z górnej wargi.

– Co robimy, jeśli pacjent chce się spotkać z adwokatem? – pyta.

– Nic – odpowiada szeptem Brolin.

– Ale już cię o to prosił?

– Nie wiem, nie usłyszałbym, zawsze mam zatyczki w uszach. – Brolin uśmiecha się.

– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego…

– Potrzebujesz tej pracy – przerywa mu szef. – Podobno byłeś najgorszy na roku, masz wysoki kredyt do spłacenia, żadnego doświadczenia, żadnych referencji.

– Skończyłeś?

– Powinieneś oddać mi ten list – powtarza Brolin, zaciskając szczęki.

– Nie znalazłem żadnego listu.

Brolin przez chwilę patrzy mu w oczy.

– Jeśli kiedykolwiek znajdziesz list – mówi – musisz mi go oddać, nie czytając.

– Rozumiem – odpowiada Anders i otwiera kluczykiem drzwi.

Anders myśli, że starszy lekarz wygląda, jakby mu nieco ulżyło. Wsiada, zatrzaskuje drzwi i uruchamia silnik. Ignoruje pukanie w szybę, wrzuca bieg i rusza. W tylnym lusterku widzi, jak Brolin spogląda za nim bez uśmiechu.

6

Po powrocie do domu Anders prędko zamyka za sobą drzwi, przekręca klucz i zakłada łańcuch.

Serce bije mu mocno – z jakiegoś powodu odcinek drogi z samochodu do domu przebiegł.

Z pokoju Agnes dobiega spokojny głos Petry. Anders uśmiecha się do siebie. Już zaczęła czytać córce My na wyspie Saltkråkan. Zazwyczaj wieczorny rytuał zajmuje o wiele więcej czasu i zanim dojdzie do bajki na dobranoc, robi się o wiele później. To musiał być kolejny dobry dzień. Praca Andersa na zastępstwie sprawiła, że Petra odważyła się zmniejszyć swój etat.

W przedpokoju, wokół zabłoconych kozaków Agnes, zrobiła się mokra plama. Czapka i golfik leżą na podłodze przed komodą. Anders wchodzi do kuchni i stawia na stole butelkę szampana, a potem nieruchomieje przed oknem, wpatrzony w ciemny ogród.

Myśli o liście Jurka Waltera i już nie wie, co powinien zrobić.

Gałęzie wielkiego bzu skrobią o szkło. Anders patrzy w czarną szybę, widzi w niej odbicie swojej kuchni, słyszy zgrzytanie gałęzi i w głowie pojawia mu się myśl, że powinien pójść po ten duży sekator do warsztatu.

– Czekaj, czekaj – słyszy głos Petry. – Najpierw skończę czytać…

Anders wślizguje się do pokoju Agnes, który oświetla lampa sufitowa z księżniczką. Petra podnosi oczy znad książki i napotyka jego wzrok. Jasnobrązowe włosy spięła w wysokiego kucyka, a w uszach, jak zwykle, ma kolczyki w kształcie serc. Agnes siedzi jej na kolanach i powtarza, że znowu się pomyliła i że muszą jeszcze raz przeczytać o psie.

Anders podchodzi i klęka przed nimi.

– Hej, słonko – mówi.

Agnes zerka na niego, ale zaraz ucieka wzrokiem. Mężczyzna głaszcze ją po głowie, zaczesuje pasemko włosów za ucho i wstaje.

– Zostało trochę jedzenia, możesz sobie podgrzać – mówi Petra. – Ja muszę jeszcze raz przeczytać ten rozdział, zanim przyjdę.

– Pomyliłaś się przy psie – powtarza Agnes ze wzrokiem wbitym w podłogę.

Anders idzie do kuchni, wyciąga z lodówki talerz z jedzeniem i stawia na blacie obok kuchenki mikrofalowej.

Powoli wyciąga z tylnej kieszeni dżinsów list i rozmyśla o słowach Jurka: że jest człowiekiem.

Drobnym, pochyłym pismem na cienkim papierze Jurek napisał kilka bezbarwnych zdań. List był zaadresowany w prawym górnym rogu do firmy adwokackiej w Tenście i zawierał oficjalne zapytanie o pomoc prawnika w zrozumieniu, na czym dokładnie polega sądowa opieka psychiatryczna. Prosi o wyjaśnienie, jakie przysługują mu prawa, i o poinformowanie go, jeśli w przyszłości będzie mógł złożyć wniosek o ponowne rozpatrzenie wyroku.

Anders nie potrafi sprecyzować źródła nieprzyjemnego odczucia, ale jest coś dziwnego w tonie listu, połączeniu starannie dobranych słów i niemal dyslektycznych błędów.

Słowa Jurka wirują mu w głowie, kiedy idzie do gabinetu i wyciąga kopertę. Przepisuje adres, wkłada list do koperty i nakleja znaczek.

Wychodzi z domu w chłodną ciemność, idzie przez pole, w stronę kiosku przy rondzie. Po wysłaniu listu stoi jeszcze przez chwilę i patrzy na drogę Sandvägen i jadące samochody, a potem wraca do domu.

Wiatr sprawia, że pokryta szronem trawa na łące faluje jak woda. Jakiś zając zerwał się do ucieczki i pobiegł w stronę starych sadów.

Anders otwiera furtkę i spogląda do środka przez kuchenne okno. Dom przypomina domek dla lalek – oświetlony, otwarty. Anders teraz patrzy na przedpokój i widzi błękitny obraz, który wisiał tam od zawsze.

Drzwi do ich sypialni są otwarte. Pośrodku pokoju stoi odkurzacz. Wtyczka wciąż jeszcze tkwi w kontakcie.

Nagle Anders widzi jakiś ruch. Sapie z zaskoczenia. W sypialni jest jakiś człowiek. Stoi obok ich łóżka.

Anders już ma wbiec do środka, kiedy dociera do niego, że ten ktoś tak naprawdę znajduje się w ogrodzie po drugiej stronie domu.

Widać go przez okno sypialni.

Anders biegnie wyłożoną kamieniami ścieżką, obok zegara słonecznego, na tyły domu.

Obcy musiał go usłyszeć, bo ucieka. Anders słyszy, jak przeciska się przez żywopłot z bzu. Biegnie za nim, odsuwa gałęzie, próbuje cokolwiek dostrzec, ale jest zbyt ciemno.

7

Mikael stoi w ciemności, kiedy Piaskun wdmuchuje do pokoju swój straszny pył. Nauczył się już, że wstrzymywanie oddechu nie ma sensu, bo kiedy Piaskun chce, by dzieci zasnęły, to zasną.

Dobrze wie, że za chwilę oczy poczują zmęczenie tak wielkie, że nie będzie w stanie utrzymać ich otwartych. Wie, że musi się położyć na materacu i zlać w jedno z ciemnością.

Mama opowiadała im o córce Piaskuna, mechanicznej dziewczynce – Olimpii. Wślizguje się do pokojów śpiących dzieci i nakrywa im ramiona kołdrami, żeby nie zmarzły.

Mikael opiera się o ścianę, czuje bruzdy w betonie.

Drobny piach wiruje niczym mgła w ciemnościach. Trudno jest oddychać. Płuca walczą, żeby nasycić krew tlenem.

Kaszle i oblizuje wargi. Są suche i sprawiają wrażenie zdrętwiałych.

Powieki ciążą coraz bardziej.

Teraz cała rodzina huśta się na ogrodowej huśtawce. Letnie słońce prześwieca przez liście okalających ją bzów. Zardzewiałe śruby poskrzypują.

Mikael uśmiecha się od ucha do ucha.

Huśtają się wysoko, mama próbuje wyhamować, ale tata się nie daje. Trącają stolik nogami, aż sok truskawkowy drga w szklankach.

Kiedy huśtawka osiąga najwyższy punkt, tata śmieje się i unosi ręce w górę jak na kolejce górskiej w wesołym miasteczku.

Głowa Mikaela opada, chłopak otwiera oczy w ciemności, zatacza się i podpiera ręką o chłodną ścianę. Odwraca się w stronę materaca, myśli, że musi się położyć, zanim zemdleje, kiedy nagle kolana uginają się pod nim.

Upada, uderzając o podłogę, na podwiniętą pod ciało rękę. Przez ogarniający go sen czuje ból w nadgarstku i ramieniu.

Z trudem przewraca się na brzuch, próbuje się czołgać, ale nie ma siły. Leży, dysząc, z policzkiem na betonowej podłodze. Próbuje coś powiedzieć, ale nie ma już głosu.

Oczy zamykają się mimo woli.

W tej samej chwili, w której zatapia się w ciemności, słyszy, jak Piaskun, człapiąc, wchodzi do pokoju, sunie swoimi pokrytymi pyłem nogami w górę po ścianie, a potem na suficie. Zatrzymuje się, wyciąga ręce i próbuje dosięgnąć go porcelanowymi palcami.

Jest czarno.

Kiedy Mikael się budzi, ma wyschnięte usta i boli go głowa. Oczy zalepia stary piasek. Jest tak zmęczony, że mózg próbuje ponownie zapaść w sen, ale jakiś okruch świadomości rejestruje, że coś się zmieniło.

Czuje dopływ adrenaliny jak porażenie prądem.

Siada w ciemnościach, słyszy po akustyce, że znalazł się w zupełnie innym pomieszczeniu, większym.

Nie jest już w kapsule.

Samotność go mrozi.

Ostrożnie, na czworakach, dopełza do ściany. Myśli wirują mu w głowie. Nie pamięta, jak dawno już stracił nadzieję na ucieczkę.

Ciało jest wciąż ociężałe po długim śnie. Wstaje na trzęsących się nogach i idzie wzdłuż ściany do rogu pomieszczenia, potem dalej, aż dociera do metalowej płyty. Po omacku bada krawędzie, to są drzwi, gładzi dłońmi ich powierzchnię, aż znajduje klamkę.

Ręce drżą.

W pokoju panuje całkowita cisza.

Ostrożnie naciska klamkę i oczekując oporu, prawie upada, kiedy drzwi się uchylają.

Jednym długim krokiem przekracza próg i znajduje się w jaśniejszym pomieszczeniu. Na chwilę musi zamknąć oczy.

Czuje się jak we śnie.

„Pozwól mi wyjść” – błaga w myślach.

Głowa chce pęknąć z bólu.

Mruży oczy, widzi korytarz, idzie więc naprzód na słabych nogach. Serce bije mu tak szybko, że z trudem łapie oddech.

Stara się być cicho, ale i tak wyrywa mu się słaby jęk strachu.

Wkrótce wróci Piaskun – on nie zapomina o żadnym dziecku.

Mikael nie jest w stanie szerzej otworzyć oczu, ale podąża w stronę zamglonej poświaty przed sobą.

„Może to pułapka?” – myśli. Może ktoś go wabi jak owada do płomienia świecy.

Ale nie przestaje iść, przesuwając dla pewności jedną ręką po ścianie.

Wpada na wielkie bele wełny mineralnej, sapie z przestrachu, uderza ramieniem w drugą ścianę, ale udaje mu się utrzymać równowagę.

Zatrzymuje się i kaszle najciszej jak się da.

Okazuje się, że poświata dobiega zza szyby w drzwiach.

Potykając się, podchodzi i naciska klamkę, ale drzwi są zamknięte na klucz.

Nie, nie, nie.

Szarpie za klamkę, pcha drzwi, znowu szarpie. Zamknięte. Już ma załamany osunąć się na podłogę, kiedy słyszy za sobą miękkie kroki, boi się jednak odwrócić.

8

Pisarz Reidar Frost opróżnia swój kieliszek wina, stawia go na stole w jadalni i na chwilę zamyka oczy, żeby się uspokoić. Któryś z gości klaszcze. Veronica stoi w swej niebieskiej sukni zwrócona twarzą do kąta, zakrywa oczy dłońmi i zaczyna liczyć.

Goście rozpierzchają się w różne strony, w licznych pokojach dworku rozbrzmiewają kroki i śmiechy.

Jedną z zasad gry jest to, że nie wolno opuszczać parteru, ale Reidar wstaje powoli, podchodzi do niewielkich, ukrytych drzwi i prześlizguje się przez przejście dla służby. Ostrożnie wspina się po wąskich schodach, otwiera kolejne drzwi zamaskowane kilimem i wchodzi na swoje prywatne terytorium.

Zdaje sobie sprawę, że nie powinien przebywać tu sam, ale mimo to przechodzi przez rząd przylegających do siebie pokoi.

Idąc z jednego do drugiego, zawsze zamyka za sobą drzwi i tak aż do tylnej galerii.

Wzdłuż jednej ze ścian stoją kartony z ubraniami i zabawkami dzieci. Jedno pudło jest otwarte, widać w nim jasnozielony, kosmiczny karabin.

Wygłuszony przez ściany i drzwi dobiega głos Veroniki:

– Sto! Szukam!

Reidar spogląda przez okna na pola uprawne i padoki. W oddali ciągnie się długa, brzozowa aleja prowadząca do dworku w Råcksta.

Reidar przesuwa krzesło i wiesza na oparciu marynarkę. Wspinając się na poduszkę krzesła, czuje zamroczenie alkoholem. Plama potu pojawia się na plecach białej koszuli. Zamaszystym ruchem przerzuca linę przez belkę pod sufitem. Krzesło skrzypi mu pod nogami. Końcówka ciężkiego sznura huśta się po drugiej stronie belki.

W powietrzu unosi się kurz.

Podeszwy półbutów zagłębiają się w dziwnie miękkim obiciu krzesła.

Przytłumione śmiechy i wołania dobiegają z dołu, gdzie odbywa się impreza, a Reidar zamyka na chwilę oczy i myśli o dzieciach, ich drobnych twarzyczkach, cudownych twarzyczkach, ramionkach i szczupłych rękach.

W każdej chwili potrafi przywołać ich dźwięczne głosy i tupot stóp po podłodze – wspomnienie omiata jego duszę jak letnia bryza, by za chwilę porzucić go zimnego i pustego w środku.

„Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Mikael” – myśli.

Ręce tak mu się trzęsą, że nie może związać pętli. Stoi nieruchomo, stara się wyrównać oddech i po chwili zaczyna od nowa. Nagle słychać pukanie do drzwi.

Odczekuje kilka sekund, potem puszcza linę, schodzi z krzesła i zdejmuje z oparcia marynarkę.

– Reidar? – woła cicho kobiecy głos.

To Veronica, musiała podglądać, licząc, i zauważyła, jak wymknął się przejściem dla służby. Otwiera drzwi do kolejnych sal, a jej głos staje się coraz wyraźniejszy.

Reidar gasi światła i wychodzi z pokoju dziecięcego. Otwiera drzwi do sąsiadującego z nim salonu i czeka.

Veronica podchodzi do niego z kieliszkiem szampana w dłoni. Jej ciemne, lekko oszołomione przez alkohol oczy promieniują ciepłem.

Jest wysoka i szczupła, modnie ostrzyżona, po chłopięcemu.

– Czy mówiłem, że chcę się z tobą przespać? – odzywa się pisarz.

Kobieta chwiejnie okręca się dookoła.

– Zabawne – mówi, ale spojrzenie ma smutne.

Veronica Klimt to agentka Reidara. Faktem jest, że nie napisał ani linijki przez ostatnie trzynaście lat, ale te trzy książki, które wydał wcześniej, wciąż zapewniają mu dochód.

Teraz z jadalni na parterze słychać muzykę, szybki, basowy rytm wibruje w szkielecie domu. Reidar staje przy kanapie i przeciąga dłonią po srebrnych włosach.

– Zostawiliście mi chyba trochę szampana? – pyta, siadając.

– Nie – odpowiada Veronica, podając mu swój napełniony do połowy kieliszek.

– Dzwonił do mnie twój mąż – mówi Reidar. – Stwierdził, że powinnaś już wracać.

– Nie chcę, zamierzam się rozwieść i…

– Nie wolno ci – przerywa jej pisarz.

– Czemu tak mówisz?

– Bo nie chcę, żebyś myślała, że mi na tobie zależy – odpowiada.

– Wcale tak nie myślę.

Reidar wypija resztkę z kieliszka, kładzie go na kanapie, zamyka oczy i czuje zawroty głowy.

– Wyglądałeś na smutnego i trochę się zaniepokoiłam.

– Czuję się jak król.

Znowu słychać śmiechy, klubowa muzyka jest teraz tak głośna, że stopami można wyczuć wibracje podłogi.

– Goście zaczną tęsknić za tobą.

– No to chodźmy i wywróćmy to miejsce do góry nogami. – Reidar uśmiecha się.

Od siedmiu lat pilnuje, by mieć wokół siebie ludzi prawie przez całą dobę. Ma masę znajomych. Czasami wydaje huczne przyjęcia we dworze, czasami kameralne kolacje. W niektóre dni, kiedy jedno z dzieci ma urodziny, trudniej jest dalej żyć. Wie, że bez ludzi wokół siebie bardzo szybko zostałby pokonany przez samotność i ciszę.

9

Reidar i Veronica otwierają drzwi do jadalni, dudniąca muzyka uderza ich jak obuchem. Ludzie tłoczą się w ciemności, tańcząc wokół stołu. Niektórzy jedzą polędwicę z sarny i grillowane warzywa.

Aktor Wille Strandberg rozpiął koszulę, przeciska się teraz do Reidara i Veroniki, wykrzykując coś, ale nie da się rozróżnić słów.

– Take it off![2] – woła Veronica.

Wille śmieje się, zdziera z siebie koszulę, rzuca Veronice i tańczy przed nią z rękami założonymi na karku. Okrągły brzuch mężczyzny w średnim wieku podskakuje w rytm szybkich ruchów.

Reidar opróżnia kolejny kieliszek wina, a potem tańczy z Willem, kręcąc biodrami.

Muzyka przechodzi w cichszą, łagodniejszą fazę, a stary wydawca David Sylwan łapie Reidara za rękę i coś wysapuje. Twarz ma spoconą, ale szczęśliwą.

– Co?

– Dziś jeszcze nie robiliśmy zawodów – powtarza.

– Stud poker? – pyta Reidar. – Strzelanie, zapasy…

– Strzelanie! – odzywają się głosy.

– Przynieście pukawkę i więcej butelek szampana – mówi z uśmiechem Reidar.

Powraca dudniący rytm, w którym toną wszystkie rozmowy. Reidar zdejmuje ze ściany obraz olejny i wynosi go przez drzwi. To jego portret namalowany przez Petera Dahla.

– Lubię ten obraz – odzywa się Veronica, próbując go zatrzymać.

Reidar strąca jej dłoń i wychodzi na korytarz. Prawie wszyscy goście wychodzą za nim do lodowatego parku. Świeży śnieg otula miękko ziemię. Pod czarnym niebem wirują białe płatki.

Reidar maszeruje w głębokim puchu, podchodzi do drzewa i wiesza portret na jabłoni o gałęziach pokrytych śniegiem. Wille Strandberg niesie za nim flarę, którą znalazł w jakimś pudle w komórce. Zdejmuje folię i pociąga za sznurek. Słychać huk, potem trzaski i flara zaczyna świecić mocnym płomieniem. Wille ze śmiechem zatacza się i wbija ją w śnieg pod drzewem. Białe światło sprawia, że pień i nagie gałęzie zdają się świecić.

Teraz wszyscy widzą portret Reidara ze srebrnym piórem w ręce.

Tłumacz Berzelius przyniósł trzy butelki szampana, a David Sylwan z uśmiechem pokazuje starego colta Reidara.

– To nie jest zabawne – rzuca lekkim tonem Veronica.

David staje koło Reidara. Wkłada do magazynka sześć nabojów i kręci cylindrem.

Wille Strandberg nie ma koszuli, ale alkohol sprawia, że nie czuje zimna.

– Jeśli wygrasz, możesz sobie wybrać konia ze stajni – mamrocze Reidar i bierze rewolwer od Davida.

– Kochani, bądźcie ostrożni – prosi Veronica.

Reidar odsuwa się na bok, celuje z wyprostowanej ręki i strzela, ale w nic nie trafia, tylko echo odbija się między budynkami.

Kilka osób uprzejmie klaszcze w ręce jak przy grze w golfa.

– Moja kolej! – mówi David ze śmiechem.

Veronica trzęsie się. Zanurzone w śniegu stopy w delikatnych sandałkach aż pieką z zimna.

– Lubię ten portret – powtarza.

– Ja też – mówi Reidar, oddając kolejny strzał.

Kula trafia w górny róg płótna, obraz drga, złocona rama poluzowała się i zwisa krzywo.

David, chichocząc, wyjmuje mu rewolwer z ręki, zatacza się i upada. Oddaje jeden strzał w niebo, a po chwili jeszcze jeden, kiedy próbuje wstać.

Kilkoro gości bije brawo, inni ze śmiechem piją jego zdrowie.

Reidar odbiera mu rewolwer i otrzepuje ze śniegu.

– Ostatni strzał decyduje – oznajmia.

Veronica podchodzi do niego i całuje w usta.

– Jak się czujesz?

– Doskonale. Nie mógłbym być szczęśliwszy.

Veronica patrzy na niego, odsuwa kosmyk włosów z jego czoła. Na kamiennych schodach dworku stoi grupka gości, słychać ich szepty i śmiechy.

– Znalazłam lepszy cel! – woła rudowłosa kobieta, której imienia Reidar nie pamięta.

Wlecze po śniegu olbrzymią lalkę. Nagle manekin wyślizguje jej się z rąk, kobieta upada na kolana, potem znowu wstaje. Wilgoć plami jej sukienkę w lamparcie cętki.

– Zobaczyłam go wczoraj, leżał pod brudnym brezentem w garażu – oznajmia z triumfem.

Berzelius podbiega do niej, żeby pomóc jej nieść. Lalka z malowanego plastiku to Spiderman i jest równie wysoka co Berzelius.

– Brawo, Marie! – wykrzykuje David.

– Zastrzel Spidermana – mamrocze któraś z kobiet za ich plecami.

Reidar podnosi wzrok, patrzy na manekina i upuszcza pistolet w śnieg.

– Idę się położyć – oznajmia nagle.

Odpycha kieliszek z szampanem, który podsuwa mu Wille i niepewnym krokiem wraca do głównego budynku.

10

Veronica idzie z Marie poszukać Reidara w domu. Przemierzają sale i pokoje. Na schodach prowadzących na piętro leży jego marynarka. Na górze jest ciemno, ale w głębi widać światło igrających płomieni. Reidar siedzi na kanapie przed kominkiem. Zgubił spinki do mankietów, rękawy koszuli zwisają. Obok, na niskiej szafce z książkami, stoją cztery butelki Château Cheval Blanc.

– Chciałam tylko przeprosić – odzywa się Marie, opierając się o framugę.

– Olej to – mamrocze Reidar, nie odwracając się.

– Głupio zrobiłam, że wyciągnęłam tę lalkę bez pytania – ciągnie Marie.

– Jeśli o mnie chodzi, możecie spalić całe to stare badziewie.

Veronica podchodzi do niego, klęka na podłodze i z uśmiechem spogląda mu w oczy.

– Poznałeś Marie? – pyta. – Jest przyjaciółką Davida. Chyba.

Reidar wznosi w stronę rudowłosej milczący toast i upija duży łyk. Veronica odbiera mu kieliszek, kosztuje wina i siada.

Zdejmuje buty, odchyla się na oparcie i kładzie nagie stopy na jego kolanach.

Mężczyzna ostrożnie gładzi jej łydkę, muska siniak zrobiony przez nowe puśliska do strzemion, wewnętrzną stronę uda i łono. Kobieta pozwala na to, nie dbając o obecność Marie w pokoju.

Płomienie w olbrzymim palenisku strzelają wysoko. Reidar czuje na twarzy pulsujący żar.

Marie ostrożnie podchodzi bliżej. Reidar patrzy na nią. Rude włosy zaczęły się skręcać w cieple. Sukienka w lamparci wzór jest pomięta i poplamiona.

– Wielbicielka – mówi Veronica, odsuwając kieliszek, po który sięga Reidar.

– Uwielbiam twoje książki – odzywa się Marie.

– Jakie książki? – rzuca ostro Reidar.

Wstaje, wyciąga z witryny czysty kieliszek i nalewa sobie wina. Marie źle interpretuje jego gest i wyciąga po nie rękę.

– Mam nadzieję, że w kiblu radzisz sobie sama – mówi Reidar i upija trochę z kieliszka.

– Nie musisz być…

– A jak chcesz wina, to się napij wina, do diabła – przerywa jej podniesionym głosem.

Marie czerwieni się i gwałtownie wciąga powietrze. Drżącą ręką sięga po butelkę i nalewa sobie. Reidar ciężko wzdycha i po chwili odzywa się łagodniejszym tonem:

– Uważam, że to jeden z lepszych roczników.

Bierze butelkę i siada z powrotem na kanapie.

Z uśmiechem przygląda się Marie, która siada obok niego, kręci kieliszkiem i próbuje wina.

Reidar śmieje się i dolewa jej, zagląda jej w oczy, poważnieje i całuje w usta.

– Co ty wyprawiasz? – pyta szeptem kobieta.

Reidar znów delikatnie całuje Marie. Ta odsuwa głowę, ale mimowolnie się uśmiecha. Upija odrobinę wina, patrzy mu w oczy i po chwili oddaje mu pocałunek.

Mężczyzna pieści jej kark, wsuwa palce we włosy, potem przesuwa dłoń na łopatkę, wyczuwa ramiączko sukienki, które zsunęło się z miękkiego ramienia.

Marie odstawia kieliszek, całuje Reidara jeszcze raz i myśli sobie, że oszalała, pozwalając mu pieścić pierś.

Reidar czuje w gardle ból od z trudem powstrzymywanego płaczu, kiedy dłonią gładzi jej udo pod sukienką, wyczuwa palcami plaster nikotynowy, przesuwa dłoń na pośladki.

Marie lekko odpycha jego rękę, którą próbuje zdjąć jej figi, wstaje i wyciera usta.

– Może powinniśmy wrócić do gości – mówi, starając się zachować obojętny ton.

– Tak.

Veronica siedzi nieruchomo na sofie i nie odpowiada na pytający wzrok Marie.

– Idziecie ze mną?

Reidar kręci głową.

– W porządku – szepcze Marie i rusza do drzwi.

Jej sukienka połyskuje, kiedy przechodzi przez próg. Reidar wlepia wzrok w otwarte drzwi. Ciemność przypomina brudny zamsz.

Veronica wstaje, sięga po swój kieliszek i pije. Pod pachami na sukience wykwitły jej plamy potu.

– Jesteś świnią – mówi.

– Próbuję tylko korzystać z życia – odpowiada cicho pisarz.

Chwyta ją za rękę i przykłada sobie do policzka, przytrzymuje ją i spogląda w jej smutne oczy.

11

Ogień w palenisku zgasł i w pokoju zrobiło się lodowato. Reidar budzi się na kanapie. Oczy go pieką, przypomina sobie opowieści swojej żony o Piaskunie. Tym, co sypie piaskiem dzieciom w oczy, żeby zasnęły i spały całą noc.

– Kurwa – mówi szeptem i siada.

Jest nagi i rozlał wino na skórzane obicie kanapy. W oddali słychać grzmot odrzutowca. Światło poranka przebija się przez zakurzone okna.

Reidar wstaje i widzi, że Veronica zasnęła skulona na podłodze przed kominkiem. Zawinęła się w obrus ściągnięty ze stołu. Gdzieś z lasu dobiega szczekanie jelenia. Impreza piętro niżej trwa, ale jakby przytłumiona. Reidar bierze z sobą do połowy pełną butelkę wina i niepewnym krokiem opuszcza pokój. Głowę rozsadza mu pulsujący ból, kiedy po skrzypiących, dębowych schodach idzie do sypialni na piętrze. W połowie drogi zatrzymuje się, wzdycha i wraca z powrotem na dół. Delikatnie podnosi Veronicę i kładzie na kanapie, otula ją kocem i odkłada okulary na stół.

Reidar Frost ma sześćdziesiąt dwa lata i jest autorem trzech światowych bestsellerów, tak zwanej serii Sanctum.

Osiem lat wcześniej wyprowadził się z domu w Tyresö i kupił dwór Råcksta niedaleko Norrtälje. Dwieście hektarów lasu, pola uprawne, stajnie i piękny padok, na którym czasem trenuje piątkę swoich koni. Trzynaście lat temu stracił rodzinę w strasznych okolicznościach. Pewnego wieczoru jego syn i córka zaginęli bez śladu, po tym jak wymknęli się odwiedzić kolegę. Rowery Mikaela i Felicii zostały znalezione na drodze spacerowej w okolicy Badholmen. Wszyscy, poza jednym komisarzem z fińskim akcentem, byli przekonani, że dzieci bawiły się zbyt blisko wody i utonęły w zatoce Erstaviken.

Policja zaprzestała poszukiwań, chociaż ciał nigdy nie odnaleziono. Roseanna, żona Reidara, nie była w stanie znieść jego osoby i swojego żalu. Wyprowadziła się na jakiś czas do siostry, a potem zażądała rozwodu i za pieniądze ze sprzedaży mieszkania przeniosła się za granicę. Zaledwie kilka miesięcy po separacji została znaleziona w wannie w hotelu w Paryżu. Popełniła samobójstwo. Na podłodze leżał rysunek, który zrobiła dla niej Felicia na Dzień Matki.

Dzieci uznano za zmarłe. Ich imiona widnieją na nagrobku, który Reidar rzadko odwiedza. Tego samego dnia, w którym orzeczenie sądowe weszło w życie, Reidar zaprosił do domu przyjaciół i od tamtego czasu pilnuje, żeby impreza trwała, tak jak pilnuje się ognia, żeby nie zgasł.

Reidar Frost jest przekonany, że zapije się na śmierć, ale jednocześnie wie, że pozostawiony sam sobie odbierze sobie życie.

12

Pociąg towarowy mknie przez zimowy, nocny krajobraz. Lokomotywa TRAXX ciągnie prawie trzystumetrowy skład.

W sterówce siedzi maszynista Erik Johnsson, rękę opiera na panelu sterowania. Huk z przedziału maszynowego i dudnienie torów są rytmiczne i monotonne.

Płatki śniegu migają w tunelu światła rzucanego przez reflektory. Reszta tonie w mroku.

Kiedy pociąg wyjeżdża z szerokiego zakrętu wokół Vårsty, Erik Johnsson znowu zwiększa prędkość.

Myśli o tym, że przy takiej zadymce będzie musiał stanąć najpóźniej w Hallsbergu, żeby przeprowadzić kontrolę systemu hamowania.

W oddali dwie sarny przeskakują przez nasyp kolejowy i wybiegają na białe pole. Poruszają się w śniegu z czarodziejską miękkością i znikają w ciemnościach nocy.

Kiedy pociąg zbliża się do długiego mostu Igelstabron, Erik myśli o tym, jak czasem brał z sobą w trasę Sisselę. Całowali się w każdym tunelu i na każdym moście. Teraz żona odmawia opuszczenia choćby jednej lekcji jogi.

Ostrożnie hamuje, mija Hall i wślizguje się na most. Ma uczucie, jakby unosił się w powietrzu. Śnieg wirujący w świetle reflektorów sprawia, że świat zdaje się poruszać w górę i w dół.

Lokomotywa jest już pośrodku mostu, wysoko ponad lodami Hallsfjärden, kiedy Erik Johnsson dostrzega niewyraźny cień we mgle. Człowiek na torach. Erik trąbi z całej siły i widzi, jak postać robi krok w prawo i wchodzi na przeciwległy tor.

Lokomotywa zbliża się bardzo szybko. Na pół sekundy mężczyzna pojawia się w świetle reflektorów. Mruga. Młody chłopak o martwej twarzy. Na chudym ciele powiewa ubranie, a po chwili postać znika.

Erik instynktownie użył dodatkowego hamulca i cały skład zwalnia. Słychać huk i metaliczne zgrzyty, ale Erik nie jest pewien, czy nie przejechał tego człowieka.

Maszynista ma dreszcze, czuje pulsowanie adrenaliny w całym ciele, kiedy dzwoni na 112.

– Jestem maszynistą, przed chwilą minąłem człowieka na Igelstabron… stał na środku torów, ale chyba go nie przejechałem…

– Czy są ranni? – pyta operator centrali alarmowej.

– Chyba go nie stuknąłem, widziałem go tylko przez kilka sekund.

– Gdzie dokładnie pan go widział?

– Pośrodku Igelstabron.

– Na szynach?

– Tu nie ma nic oprócz szyn, to wiadukt kolejowy…

– Stał nieruchomo, czy szedł w jakimś kierunku?

– Nie wiem.

– Mój kolega zawiadamia właśnie policję i karetkę w Södertälje. Ruch kolejowy przez most musi zostać wstrzymany.

13

Centrala alarmowa bezzwłocznie wysyła radiowozy z obu stron mostu. Zaledwie dziesięć minut później pierwszy samochód skręca na sygnale z Nyköpingsvägen i podjeżdża żwirowaną drogą obok Sydgatan. Dróżka wije się stromo pod górę. Nie jest odśnieżana i puszysty śnieg wzbija się na maskę i szybę samochodu.

Policjanci zostawiają wóz przy wjeździe na most i z latarkami ruszają wzdłuż torów. Przedzierają się przez śnieg na szynach. Daleko pod nimi samochody jadą po autostradzie. Cztery tory zbiegają się w dwa, ciągną się wysoko ponad obszarem przemysłowym Björkudden i zamarzniętą zatoką.

Policjant idący na przedzie zatrzymuje się i pokazuje coś palcem. Wyraźnie widać, że ktoś szedł przed nimi wzdłuż prawego toru. W ruchomym świetle latarek pojawiają się prawie zasypane ślady stóp i pojedyncze plamy krwi.

Świecą przed siebie, ale nie widać nikogo w zasięgu wzroku. Światła portu prześwitują od spodu, sprawiając, że śnieg zdaje się pulsować pomiędzy szynami jak dymy pożaru.

Dopiero teraz drugi radiowóz podjechał do mostu z drugiej strony głębokiego fiordu, ponad dwa kilometry przed nimi.

Słychać dudnienie opon, kiedy polisassistent[3] Jasim Muhammed zawraca na skraju torów. Jego kolega Fredrik Mosskin właśnie połączył się przez radio z policjantami na moście.

Huk wiatru w mikrofonie sprawia, że z trudem da się rozróżnić słowa, ale najwyraźniej ktoś dopiero co szedł po torach.

Samochód zatrzymuje się, reflektory oświetlają wysoką skalną ścianę. Fredrik kończy połączenie i pustym spojrzeniem patrzy przed siebie.

– Co się dzieje? – pyta Jasim.

– Wygląda na to, że szedł w tę stronę.

– Co mówili o krwi? Było jej dużo?

– Nie słyszałem.

– Chodźmy sprawdzić – mówi Jasim i otwiera drzwi.

Niebieskie światło migocze w świerkach, których gałęzie uginają się pod śniegiem.

– Karetka jest w drodze – oznajmia Fredrik.

Śniegu nie pokrywa szreń i Jasim zapada się po kolana. Mężczyzna wyszarpuje latarkę z kieszeni i oświetla szyny. Fredrik poślizgnął się na nasypie, ale idzie dalej.

– Jakie zwierzę ma fiuta na grzbiecie? – pyta Jasim.

– Nie wiem – mamrocze Fredrik.

W powietrzu jest tyle śniegu, że nie widzą świateł latarek kolegów po drugiej stronie mostu.

– Koń policjanta – odpowiada Jasim.

– No żesz k…

– Moja teściowa opowiedziała ten dowcip dzieciakom. – Jasim uśmiecha się i wchodzi na wiadukt.

Nie widać żadnych śladów na śniegu. Albo mężczyzna jest wciąż na torach, albo skoczył. Nad ich głowami coś dziwnie brzęczy w kablach. Pod nimi rozpościera się strome urwisko.

We mgle majaczą światła położonego nieopodal więzienia Hall, co przywodzi na myśl podwodne miasto.

Fredrik próbuje połączyć się przez radio z kolegami, ale słychać tylko same zakłócenia.

Ostrożnie wchodzą dalej na most. Fredrik idzie za Jasimem z latarką w ręku. Jasim widzi swój cień chwiejący się z boku na bok.

To dziwne, że nie widać kolegów z drugiej strony.

Nad zatoką wieje silny wiatr znad morza, sypiąc im w oczy śniegiem. Policzki tężeją z zimna.

Jasim próbuje coś dostrzec spod przymrużonych powiek. Most ginie w wirującej ciemności. Nagle na granicy mroku i światła latarki dostrzega jakąś postać, to coś jak ludzik z kresek, ale bez głowy.

Jasim ślizga się, po omacku chwyta barierkę i widzi śnieg spadający pięćdziesiąt metrów w dół.

Latarka uderza w coś i gaśnie.

Serce bije mu gwałtownie. Jasim mruży oczy i patrzy przed siebie, ale nie widzi już postaci.

Fredrik woła coś za jego plecami, więc się odwraca. Kolega pokazuje ręką w jego kierunku, ale nie da się rozróżnić słów. Wygląda na przestraszonego, zaczyna szarpać kaburę i Jasim rozumie, że kolega chce go ostrzec, że pokazuje mu coś, co ma za plecami.

Odwraca się i wciąga głośno powietrze.

Po torach, dokładnie w jego kierunku, czołga się człowiek. Jasim cofa się, próbując wyciągnąć broń. Postać staje na nogi, chwieje się. To młody mężczyzna. Wbija pusty wzrok w policjantów. Twarz ma chudą, zarośniętą, ze sterczącymi kośćmi policzkowymi. Zatacza się, zdaje się mieć problemy z oddychaniem.

– Połowa mnie została pod ziemią – mówi, dysząc.

– Jest pan ranny?

– Kto?

Młody mężczyzna kaszle i upada na kolana.

– Co on mówi? – pyta Fredrik, trzymając jedną rękę na rozpiętej kaburze.

– Jest pan ranny? – pyta Jasim.

– Nie wiem, nic nie czuję, ja…

– Proszę pójść ze mną.

Jasim pomaga mu wstać i widzi, że prawą rękę mężczyzny pokrywa czerwona, lodowa skorupa.

– Jestem tylko w połowie… Piaskun zabrał… zabrał połowę…

14

Brama wjazdowa dla karetek w szpitalu Södersjukhuset zamyka się. Młodsza pielęgniarka o czerwonych policzkach pomaga personelowi ambulansu wysunąć nosze i zawieźć je na oddział ratunkowy.

– Nie znaleźliśmy żadnych dokumentów potwierdzających tożsamość, nic…

Pacjent zostaje przekazany pielęgniarce wykonującej triage[4] i przewieziony do sali intensywnego nadzoru.

Po zbadaniu parametrów życiowych pielęgniarka przyznaje mu status żółty, drugi w kolejności, oznaczający konieczność szybkiego udzielenia pomocy medycznej.

Cztery minuty później do sali wchodzi lekarka Irma Goodwin, a pielęgniarka zdaje krótki raport.

– Drogi oddechowe drożne, brak ciężkich obrażeń… ale słaba saturacja, gorączka, oznaki splątania, oznaki zaburzenia krążenia.

Lekarka zagląda do karty i podchodzi do chudego mężczyzny. Rozcięto mu ubrania. Koścista klatka piersiowa unosi się w rytm ciężkiego oddechu.

– Nadal nie znamy nazwiska?

– Nie.

– Podaj mu tlen.

Podczas gdy pielęgniarka umocowuje cewnik z tlenem, młody mężczyzna leży z zamkniętymi oczami, powieki mu drżą.

Wygląda na niedożywionego, ale nie ma na ciele żadnych śladów po wkłuciach. Irma nigdy wcześniej nie widziała aż tak białego człowieka. Pielęgniarka ponownie sprawdza mu temperaturę w uchu.

– Trzydzieści dziewięć i dziewięć.

Irma Goodwin zakreśla, jakie badania należy zrobić, a potem znowu patrzy na pacjenta. Klatka piersiowa drga, mężczyzna pokasłuje i na chwilę otwiera oczy.

– Nie chcę, nie chcę – powtarza jak w transie. – Muszę do domu, muszę, muszę…

– Gdzie pan mieszka? Może pan powiedzieć?

– Kto… kto z nas? – pyta pacjent i przełyka z trudem.

– Ma zwidy – komentuje półgłosem pielęgniarka.

– Czy gdzieś pana boli?

– Tak – odpowiada z niepewnym uśmiechem.

– Może pan powiedzieć…

– Nie, nie, nie, nie, ona krzyczy we mnie, nie wytrzymam, nie mogę, ja…

Oczy uciekają mu w tył głowy, kaszle i mamrocze coś o palcach z porcelany, ciężko dyszy.

Irma Goodwin decyduje o podaniu pacjentowi zastrzyku z Neurobionu, środków na zbicie gorączki i antybiotyku – benzylopenicyliny – w oczekiwaniu na wyniki posiewu.

Opuszcza oddział ratunkowy i idzie korytarzem, podświadomie dotykając palca serdecznego, na którym przez osiemnaście lat nosiła obrączkę, dopóki nie spuściła jej w toalecie. Jej mąż zbyt długo ją zdradzał, by można to było wybaczyć. Już nie boli, ale wciąż jej przykro z powodu zmarnowanej wspólnej przyszłości. Zastanawia się, czy nie zadzwonić do córki mimo późnej pory. Po rozwodzie stała się jeszcze bardziej niespokojna i dzwoni do Mii o wiele za często.

Przez drzwi na wprost niej słychać pielęgniarkę rozmawiającą przez telefon alarmowy. Karetka na sygnale wysłana przez centralę jest w drodze do szpitala. Groźny wypadek samochodowy. Pielęgniarka zwołuje zespół ratunkowy z chirurgiem.

Irma Goodwin raptownie zatrzymuje się i zawraca do pokoju pacjenta z nieustaloną tożsamością. Rumiana pielęgniarka pomaga bardziej doświadczonej koleżance przemyć krwawiącą ranę w pachwinie. Wygląda to tak, jakby młody mężczyzna wpadł prosto na jakąś ostrą gałąź.

Irma Goodwin staje w drzwiach.

– Antybiotyk makrolidowy – mówi zdecydowanie. – Jeden gram erytromycyny dożylnie.

Pielęgniarka podnosi wzrok.

– Sądzisz, że ma chorobę legionistów? – pyta zdziwiona.

– Zobaczymy, co posiew…

Irma Goodwin milknie, pacjent wyraźnie drga. Kobieta zwraca wzrok ku jego bladej twarzy i widzi, jak mężczyzna powoli unosi powieki.

– Muszę do domu – szepcze. – Nazywam się Mikael Kohler-Frost i muszę do domu…

– Mikaelu Kohlerze-Froście – powtarza Irma. – Znajduje się pan w szpitalu Södersjukhuset i …

– Ona cały czas krzyczy!

Irma opuszcza salę i biegnie do swojego gabinetu. Zamyka za sobą drzwi, zakłada okulary, siada przy komputerze i wpisuje hasło. Nie znajduje chorego w rejestrze pacjentów, więc przechodzi do spisu ludności.

Jest.

Irma nieświadomie dotyka opuszkami pustego miejsca po obrączce i ponownie czyta dane pacjenta z sali intensywnego nadzoru.

Mikael Kohler-Frost od siedmiu lat nie żyje i jest pochowany na cmentarzu w Malście w parafii Norrtälje.

15

Komisarz kryminalny Joona Linna znajduje się w maleńkim pomieszczeniu o nagich ścianach i betonowej podłodze. Klęczy, a mężczyzna w mundurze moro celuje mu w głowę z czarnego sig-sauera. Drzwi pilnuje inny mężczyzna, który przez cały czas mierzy z belgijskiego automatu w Joonę.

Na podłodze przy ścianie stoi butelka coca-coli. Celę oświetla żarówka na suficie z powyginanym, aluminiowym kloszem.

Brzęczy telefon. Zanim mężczyzna w mundurze odbierze, krzyczy do Joony, by ten pochylił głowę.

Drugi z mężczyzn kładzie palec na spuście i zbliża się o krok do Joony.

Mężczyzna z pistoletem rozmawia przez komórkę, nie spuszczając wzroku z komisarza. Pod jego trepami chrzęści żwir. Kiwa głową, mówi coś jeszcze, a potem słucha.

Właściciel automatu wzdycha po chwili i siada na krześle przy drzwiach.

Joona klęczy nieruchomo. Ma na sobie spodnie od dresu i białą, przepoconą koszulkę, której rękawki opinają mięśnie ramion. Nieco unosi głowę. Oczy ma szare niczym polerowany granit.

Mężczyzna z pistoletem mówi coś gniewnie, potem kończy rozmowę, zdaje się zastanawiać przez chwilę, a następnie kilkoma szybkimi krokami podchodzi do Joony i przyciska lufę do jego czoła.

– Teraz was obezwładnię – mówi łagodnie Joona.

– Co?

– Musiałem poczekać – wyjaśnia komisarz. – Na możliwość bezpośredniego kontaktu fizycznego.

– Właśnie dostałem rozkaz zabicia cię.

– Tak, sytuacja jest dość pilna, ponieważ muszę się pozbyć pistoletu sprzed twarzy i w optymalnej wersji użyć go w przeciągu pięciu sekund.

– Jak? – pyta mężczyzna przy drzwiach.

– Żeby móc zadziałać z zaskoczenia, nie wolno mi zareagować na jego ruchy – wyjaśnia Joona. – To dlatego pozwoliłem mu podejść, zatrzymać się i odetchnąć dwa razy. Czekam więc do końca drugiego wydechu, a potem…

– Dlaczego? – pyta mężczyzna trzymający pistolet.

– Zyskuję kilka setnych sekundy, ponieważ prawie niemożliwa jest reakcja, zanim znowu nie nabierzesz powietrza.

– Ale czemu akurat drugi oddech?

– Bo to niespodziewanie wcześnie i dokładnie pośrodku najczęstszego odliczania na świecie: raz, dwa, trzy…

– Dotarło. – Mężczyzna pokazuje w uśmiechu brązowy przedni ząb.

– Najpierw poruszy się moja lewa ręka – wyjaśnia Joona do kamery pod sufitem. – Skieruję ją do lufy pistoletu i odepchnę go sprzed twarzy. Muszę chwycić lufę, przekręcić w górę i zerwać się na nogi, używając ciała przeciwnika jak tarczy. Jednym ruchem. Moje ręce muszą przede wszystkim zająć się bronią, ale jednocześnie muszę obserwować mężczyznę z karabinem. Bo kiedy tylko przejmę kontrolę nad pistoletem, to on będzie głównym zagrożeniem. Uderzę szybko i tyle razy, ile to będzie konieczne, łokciem w brodę i szyję, żeby przejąć pistolet, wystrzelę trzy razy, potem obrócę się wokół własnej osi i wypalę jeszcze trzy razy.

Mężczyźni znajdujący się w pomieszczeniu zaczynają od początku. Sytuacja powtarza się. Mężczyzna z pistoletem otrzymuje rozkaz przez telefon, waha się, potem podchodzi zdecydowanym krokiem do Joony i przykłada wylot lufy do jego czoła. Mężczyzna bierze dwa oddechy i już ma po raz trzeci wciągnąć powietrze, żeby coś powiedzieć, kiedy Joona lewą ręką łapie za lufę pistoletu.

Cała sytuacja jest zaskakująca, choć oczekiwana.

Joona odpycha broń w prawo, kierując ją jednocześnie ku górze i staje na nogi. Markuje cztery szybkie uderzenia łokciem w szyję przeciwnika, przejmuje pistolet i strzela drugiemu w korpus.

Trzy strzały ślepą amunicją rozbrzmiewają echem w pomieszczeniu.

Pierwszy z przeciwników wciąż jeszcze zatacza się w tył, kiedy Joona odwraca się i strzela mu w brzuch.

Mężczyzna wpada na ścianę.

Joona podchodzi do drzwi, szarpnięciem wyrywa strażnikowi karabin, zabiera dodatkową amunicję i opuszcza pokój.

16

Drzwi uderzają z hukiem o betonową ścianę i odbijają się. Joona, idąc, wymienia magazynek. Ośmioro obserwatorów w przylegającym do pokoju pomieszczeniu odrywa wzrok od dużego ekranu i zwraca go na Joonę.

– Sześć i pół sekundy do pierwszego strzału – mówi jeden z nich.

– O wiele za wolno – odpowiada Joona.

– Ale Markus szybciej puściłby pistolet, gdyby twój łokieć na serio go trafił – mówi wysoki mężczyzna z ogoloną głową.

– Tak, tu byś urwał trochę czasu. – Kobieta w randze oficera uśmiecha się.

Scena ponownie rozgrywa się na ekranie. Napięte mięśnie ramion policjanta, miękki ruch w przód, oko i muszka w jednej linii i w tym samym momencie naciśnięcie spustu.

– Niesamowite. Jestem pod wrażeniem… – mówi dowódca drużyny i opiera się o stół, szeroko rozstawiając dłonie.

– Jak na glinę – kończy za niego Joona.

Śmieją się, odchylając na krzesłach, a oficer rumieni się i drapie w czubek nosa.

Joona Linna przyjmuje zaoferowaną mu szklankę wody mineralnej. Jeszcze nie wie, że wszystko, czego się boi, wkrótce wybuchnie jak burza ogniowa. Jeszcze nie przeczuwa tej iskry, która już szybuje w stronę morza benzyny.

Joona Linna znajduje się w twierdzy Karlsborg jako instruktor walki wręcz sił specjalnych. Nie dlatego, że jest wyszkolonym instruktorem, tylko dlatego, że prawdopodobnie ma w Szwecji największe doświadczenie w użyciu tych technik. W wieku osiemnastu lat odbywał służbę wojskową właśnie w Karlsborgu, w wojskach desantowych, a zaraz po ukończeniu podstawowego szkolenia zrekrutowano go do nowej jednostki do zadań specjalnych, nierozwiązywalnych w konwencjonalny sposób i za pomocą konwencjonalnej broni.

Chociaż już dawno temu opuścił szeregi armii, żeby rozpocząć studia w Wyższej Szkole Policyjnej, często zdarzają mu się sny o czasach służby. Znowu jest w samolocie, słyszy ten ogłuszający huk i wygląda przez hydrauliczne drzwi. Cień samolotu mknie daleko w dole, po gładkiej powierzchni wody, niczym szary krzyż. We śnie Joona zbiega z rampy i skacze w zimne powietrze, słyszy wizg linek, czuje szarpnięcie uprzęży i przechył w przód, kiedy spadochron się rozwija. Woda zbliża się niesamowicie szybko. Czarny ponton wzbija pianę, podskakując na falach.

Joona przeszedł w Holandii kurs skutecznej walki wręcz przy użyciu noży, bagnetów i broni palnej. Szkolono go, jak wykorzystywać zmienne otoczenie i jak robić użytek z dostępnych przedmiotów. Techniki te, których celem jest skuteczność, są wyspecjalizowaną formą systemu walki wręcz znanego pod hebrajską nazwą krav maga.

– Wychodzimy od tej sytuacji i w miarę upływu dnia będziemy dodawać kolejne komplikacje – mówi Joona.

– Jak zabijanie dwóch osób jedną kulą? – pyta wysoki mężczyzna z ogoloną głową.

– To niemożliwe – odpowiada komisarz.

– Słyszeliśmy, że tego dokonałeś – wtrąca z ciekawością kobieta.

– No nie. – Joona uśmiecha się, przeczesując dłonią swoje jasne, zmierzwione włosy.

W kieszeni komisarza odzywa się telefon. Zerka na numer i widzi, że to Nathan Pollock z policji kryminalnej. Nathan wie, gdzie jest Joona, i nie zadzwoniłby, gdyby nie chodziło o coś ważnego.

– Przepraszam państwa – mówi Joona, odbierając.

Upija łyk wody i najpierw słucha z uśmiechem, potem poważnieje. Nagle robi się blady jak papier.

– Czy Jurek Walter jest nadal zamknięty? – pyta.

Ręka mu się trzęsie tak mocno, że musi odstawić szklankę na stół.