Piaski pustyni - Olivia Gates - ebook

Piaski pustyni ebook

Olivia Gates

4,0

Opis

Przyszłość Dżudaru spoczywa w rękach księcia Szehaba, którego obowiązkiem jest zapewnić ciągłość dynastii panującej. Powinien również dążyć do zachowania pokoju w regionie, a to najlepiej osiągnąć poprzez mądry wybór żony. Szehab postanawia poślubić Farę, córkę władcy sąsiedniego kraju, chociaż słyszał o niej wiele złego. Podobno Fara jest kochanką milionera, który mógłby być jej dziadkiem. W dodatku ta zepsuta i uparta dziewczyna nie zgadza się na ślub.  Nie docenia jednak determinacji i sprytu Szehaba…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 159

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Olivia Gates

Piaski pustyni

Tłumaczył

PROLOG

Szehab ben Haret ben Essam Ed-Din Al Masud nie mógł w to uwierzyć. To naprawdę się działo.

Ya Ullah. Czy rzeczywiście stał pośrodku sali ceremonialnej w cytadeli Bayt el Hekmah ubrany w czarny strój sukcesji? Tak. Naprawdę tu był. A wraz z nim cała Rada Starszych Dżudaru, wszyscy członkowie rodziny królewskiej, reprezentanci każdego szlacheckiego rodu. Wszyscy patrzyli na niego. Szehab zaś patrzył na swojego brata, Faruka. Stał on w swoich białych rytualnych szatach oznaczających przekazanie władzy, a jego lśniące oczy wyrażały żal i prośbę o wyrozumiałość.

Tak, Szehab rozumiał. Faruk robił to wyłącznie dlatego, że zdawał sobie sprawę, iż jego brat udźwignie to brzemię. Wtedy Faruk przemówił, jego zdecydowany głos o głębokim tonie odbijał się od ścian sali.

– Przekazuję ci władzę w moje miejsce…

Ich stryj, król, z trudem siedzący prosto na tronie, przytłoczony ciężką sytuacją polityczną i złym stanem zdrowia, potwierdził to głosem przepełnionym niepewnością i zmartwieniem.

– Uznaję cię moim dziedzicem…

Szehab uklęknął przed bratem i wyciągnął ręce dłońmi do góry, by przejąć wysadzany klejnotami miecz sukcesji. W chwili, gdy ciężka broń spoczęła na jego rękach, poczuł, jakby przejął ciężar całego świata. Podjął brzemię przyszłości Dżudaru. Kilka dni temu zajmował się wartym wiele miliardów dolarów kontraktem informatycznym, mającym zapewnić jego królestwu czołowe miejsce w światowym wyścigu technologicznym. Kilka dni temu tron był ułudą, gdyż brat wyprzedzał go w drodze do korony. Potem przyszedł ten dzień. Nadchodząca przyszłość niosła teraz ze sobą niewyobrażalną potęgę i nieopisaną odpowiedzialność. Wystarczyło dziesięć słów. Był teraz księciem koronnym Dżudaru. Przyszłym królem.

Jeśli tylko będzie jeszcze Dżudar, którego miałby zostać władcą. Nic nie było już pewne. Nie będzie Dżudaru, jeśli nie uda mu się wypełnić warunków paktu, zawartego z Al Szalanami, drugim co do wielkości plemieniem Dżudaru i najbardziej wpływową mniejszością królestwa. Nie będzie, jeśli nie uda mu się ożenić z kobietą, której nigdy nie widział na oczy.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gorąca jak piekło, zimna jak grób. Szehab zacisnął usta na myśl o tym powiedzeniu. Jego wzrok objął morze wystrojonych ludzi. Wciąż ani śladu kobiety, do której odnosiła się ta maksyma. Znów odtworzył ją w głowie, bezwiednie odnajdując w niej rytm, mrucząc ją do taktu wykonywanej na żywo przez orkiestrę bogatej interpretacji dziewiątego koncertu fortepianowego Mozarta. Gorąca jak piekło, zimna jak grób. Pewien człowiek dodał nawet: „nienasycona jak śmierć”.

Te opisy brzmiały jak tytuły, podobne do tych, którymi sam został obdarzony przy narodzinach. Szejk Al Masud. Jego Królewska Wysokość. Teraz zaś Jego Wysoka Eminencja Książę Koronny.

Ale zgodnie z powszechną wiedzą, jej tytuły były zasłużone. On zaś miał ją poślubić.

Do tego czasu powinien już poddać się rezygnacji. Minął już ponad miesiąc, odkąd poznał swoje przeznaczenie. Czasem czuł do Carmen niemal nienawiść. To z powodu ogromnej miłości dla swojej żony Faruk przekazał Szehabowi brzemię władzy. Mimo to Szehab pogodziłby się z zaaranżowanym małżeństwem, gdyby wybrana panna młoda była kimś do zaakceptowania. Lecz Fara Beaumont, nieślubna córka króla Atefa Al Szalana, władcy Zohaydu, taką nie była. Nie dlatego, że nie pochodziła ze ślubnego związku. Nie dlatego też, że nie chciała przyjąć swojego dziedzictwa i zostać narzędziem pokoju. Pierwsze bowiem nie było jej winą, drugie zaś mogło okazać się tylko przelotną niezdolnością do pogodzenia się z przeszłością czy też nietrwałym lękiem przed gwałtowną zmianą w życiu.

Żadna z tych rzeczy nie była powodem, dla którego Fara Beaumont, której matka przemyślnie dała arabskie imię popularne na Zachodzie, odtrąciła swojego ojca i mogła sobie pozwolić na wzgardzenie rolą księżniczki. To prawdziwy powód jej zachowania czynił ją tak odpychającą.

Niemal od urodzenia była uprzywilejowana, gdyż zaadoptował ją francuski multimilioner, z którym ożeniła się jej matka. Później jednak, gdy umarł, a jego fortuna przepadła, Fara z całych sił starała się wrócić na szczyt. Osiągnęła swój cel, gdy stała się prawą ręką i kochanką krezusa Billa Hansona, żonatego mężczyzny, który mógłby być jej dziadkiem. Jej działania i świadectwo tych, którzy ją znali, malowały portret Fary jako zimnej, rozwiązłej, wynaturzonej kobiety.

Odwzajemnił zaczepne spojrzenie pary przebranej za Marię Antoninę i Ludwika XVI. Zamiast odwrócić od siebie uwagę kostiumem skrytego za zasłoną wojownika Sahary, Szehab wzbudzał powszechne zainteresowanie. Pozostawał jednak anonimowy. Nie mógł sobie pozwolić, by go rozpoznano. Wybrał bal maskowy, gdyż mógł zinterpretować jego założenia dosłownie.

Odwrócił się od pary królewskiej, zanim mogła uznać kontakt wzrokowy za przyzwolenie do bliższego poznania, i wpadł na długonogą Słodką Irmę. Kobieta zatrzepotała rzęsami w sposób, który Szehab znał dobrze. Zanim spojrzenie przerodziło się we flirt, wymamrotał słowa przeprosin, dając jej do zrozumienia, że wolałby zostać sam.

Gdy prostytutka o złotym sercu powędrowała dalej, rzucając przez ramię rozczarowane spojrzenie, szejk westchnął. Wolałby nie wzbudzać więcej żadnego zainteresowania. Chociaż ufundował ten bal, nie zaprosił nań żadnego z lubianych i szanowanych przez siebie znajomych. Zapełnił salę ludźmi, których ledwie znał, bądź na których zbytnio mu nie zależało, by stworzyć anonimowy i łatwy do zignorowania tłum. Był tutaj, by wzbudzić zainteresowanie jednej tylko osoby, Fary Beaumont. Gdyby tylko ta przeklęta kobieta wreszcie się pojawiła!

Nagle poczuł mrowienie w karku. Odwrócił się powoli, nadając swojemu ruchowi wrażenie obojętności. Cały świat zwolnił swój bieg, zanim zupełnie nie zniknął mu z oczu. Pozostała tylko tajemnicza postać, otoczona bogato rzeźbioną bramą, przyobleczona w zwiewną suknię we wszystkich odcieniach zieleni, jakby żywcem wzięta z jego ojczystych baśni. Postać, która zeszła z fantastycznego obrazu.

To była ona? Zamrugał, wychodząc ze stanu bliskiego hipnozie. Oczywiście, że to ona! Naoglądał się wystarczająco dużo jej zdjęć, by być tego pewnym. Niektóre z tych fotografii przedstawiały ją w objęciach sponsora, afiszującą się zażyłą naturą ich relacji. Rzeczywistość z krwi i kości prześcignęła jednak obraz, jaki pod wpływem fotografii wytworzył się w jego myślach. Żadna z nich nie oddała bowiem setek odcieni jej jedwabnych, brązowych włosów. Żadna nie była w stanie odzwierciedlić mlecznej białości jej skóry. Żadna nie ukazywała niezrównanej głębi i niezwykłego odcienia jej oczu. Nawet na największych zbliżeniach jej oczy były bladozielone. Naprawdę zaś, nawet z tej odległości, ich kolor mógł stawać w szranki z letnimi łąkami i szmaragdowymi brzegami jego wyspy.

O czym ty myślisz, głupcze? Przecież ona jest egoistycznym, chciwym stworzeniem, które tylko przez przypadek znalazło się w ciele syreny. To ciało zaś sprzedaje temu, kto najwięcej zapłaci. Otrzeźwił go również jej widok, gdy przechodziła przez salę balową, kiedy wszystkie oczy zwracały się ku niej, a ona patrzyła wprost przed siebie.

Tak, oto jej osławiony chłód. Ale czy na pewno? Nie wyczuwał w niej wyniosłości, wzgardy dla innych ludzi. Rozpoznał w niej raczej głęboką potrzebę samotności, wstręt wobec bycia w centrum uwagi i jednoczesne przeświadczenie o tym, że jest na to skazana.

Znowu zaczynam, strofował się w myślach. Nie dość, że przypisywał kobiecie, która odwróciła się od kwitnącego królestwa w potrzebie, ludzkie cechy, to jeszcze teraz zaczynał z nią nawet współodczuwać! Dość, pomyślał. Czas działać.

Dał znać kelnerom i zaczął iść do miejsca, gdzie ich drogi miały się przeciąć.

Na pięć kroków przed wybranym punktem zmierzył salę wzrokiem, zamierzając ledwie musnąć swoją niechcianą wybrankę spojrzeniem. Jego zamysł, jak i każda uporządkowana myśl, legły jednak w gruzach, gdy jego oczy spotkały się z jej oczyma. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Odczuwał złość na siebie, nie potrafił się opanować. U szczytu zdenerwowania ujrzał w jej szmaragdowym spojrzeniu to, co musiało się w nim w końcu pojawić. Świadomość jego uwagi. Zdziwiona i ledwie odczuwana, jednak dała mu satysfakcję. Więc Królowa Śniegu nie była całkiem odporna na jego ogień!

Jej reputacja pozwalała mu przypuszczać, że Fara mogła się nim nie zainteresować, co zmusiłoby go do podjęcia większego wysiłku w celu zwrócenia na siebie uwagi. Najwyraźniej jednak nie spotkała jeszcze po prostu mężczyzny, który wzbudziłby jej zainteresowanie. Teraz prawdopodobnie na niego natrafiła. Możliwe, że jej wrażenie byłoby odmienne, gdyby znała całą historię kryjącą się za tym spotkaniem, gdyby wiedziała, że ma zamienić swojego miliardera na innego, który na pewno może dać jej więcej satysfakcji w łóżku niż obecny, starzejący się kochanek…

Z tego co Szehab wiedział, wynikało, że jej niezłomny sprzeciw wobec zmiany swojego życia brał się najpewniej z niechęci do utraty władzy nad starym człowiekiem, któremu nie musiała prawie nic dawać w zamian. Młody mężczyzna, który trzymałby ją w ryzach, musiał być dla niej największym zagrożeniem. Przez cały czas, gdy jego myśli zajęte były tymi rozważaniami, wzrok pozostawał przykuty do jej oczu. Chciał się upewnić, że wywarł na niej wrażenie. Teraz był tego pewien. Nigdy wcześniej nie widział tak wyraźnych oznak pożądania we wzroku kobiety. Walczył, by nie odpowiedzieć jej tym samym. Gdy do niej podszedł, jej twarz wyrażała jednak pewność siebie i triumf. W tym momencie wpadli na nich dwaj jego współspiskowcy.

Fara Beaumont płonęła z zażenowania. Wszystkie oczy w zapełnionej elitą towarzyską, bogatej sali balowej, zwróciły się ku niej. Szepty zagłuszyły muzykę orkiestry, brzmiąc w jej uszach podobnie do syczenia setek jadowitych węży. Czuła się tak, jakby wpadła do jamy pełnej żmij. Lecz sama nie była bez winy, dając się postrzegać jako kochanka Billa. Czasem zdawało jej się, że przyczyny tej farsy nie były warte całej niechęci, z którą na każdym kroku się spotykała. Odnalazła jednak spokój, odkąd Bill zaczął ją ochraniać, a ona stała się jego zemstą na niewiernej żonie.

Niech diabli wezmą Billa za to, że nalegał, bym przyszła pierwsza na ten dobroczynny bal maskowy, pomyślała. Miała być jego reprezentantem. Niech Bóg broni, by gospodarz balu – pochodzący ze Środkowego Wschodu i owiany mgłą tajemnicy nowy wielki gracz na arenie międzynarodowych finansów – miał poczuć się urażony faktem, że jego kolega-multimiliarder nie zaszczycił go swoją obecnością i osobiście nie złożył mu gratulacji lub że nie wysłał pełnomocnika. Tak się między wielkimi po prostu nie robiło. Bill sam nie mógł się doczekać spotkania z tajemniczym Rockefellerem Wschodu, wierząc, że ten pojawi się we własnej osobie na balu.

Ona myślała, że go nie będzie. Wciąż pracował nad swoją polityką, mającą zmienić ekonomię całego regionu. Wydawało jej się, że bohater tej imprezy pokaże swoją twarz dopiero, gdy osiągnie ten cel. Mądry człowiek, ma głowę na karku, myślała. Kto w pełni władz umysłowych, posiadając całą tę władzę, porzuciłby błogosławioną anonimowość?

Skrzywiła się. Czy musiała o to pytać właśnie tutaj, w obecności dwóch tysięcy takich właśnie ludzi? Wszystko to – przyjść, poznać, przeprosić za nieobecność Billa – byłoby jeszcze do zniesienia, gdyby starszy pan nie wymógł na niej założenia tego głupiego przebrania. Gdy pierwszy raz przejrzała się w lustrze w swoim balowym stroju, wybuchła śmiechem. Dla kogoś, kto do tej pory czuł się dobrze jedynie w dżinsach i koszulach, kostium Szeherezady był szaloną nadinterpretacją. Lecz Bill bardzo chciał zrobić Farą wrażenie na gościach.

Kiedy tylko zanurzyła się w tym ludzkim oceanie złośliwych spekulacji z nadzieją, że podłoga będzie tak litościwa i otworzy się pod jej stopami, poczuła, jakby dwa lasery skierowały się w jej stronę. Nie, to przesada. Te tak zwane lasery okazały się zwykłymi oczami. Męskimi oczami w kolorze obsydianu. Jednak naprawdę czuła się tak, jakby to spojrzenie paliło ją w oczy, sięgało nawet głębiej… Spokojnie, odwróć wzrok, idiotko, pomyślała. Nie mogła oprzeć się zniewalającej mocy tego spojrzenia, która nie pozwoliła jej nawet przyjrzeć się dobrze jego właścicielowi. To, co widziała poza rozpalonymi węglami oczu, dawało jej jedynie przeczucie jakiejś siły, wielkości oraz surowej, nieskażonej niczym męskości. Temperatura jej ciała rosła. Co się dzieje? – przebiegło jej przez myśl. Nie miała w zwyczaju tak płonąć. A już nigdy, przenigdy nie miała z takiego powodu myśli tylko dla dorosłych! Pot pojawił się na jej dłoniach i stopach, krople spływały między piersiami.

Wtem coś uderzyło ją w ramię. I nagle cała kaskada płynu potoczyła się w dół jej sukni. Chłodna ciecz podziałała na nią jak kubeł zimnej wody. Gdy nagle stanęła w miejscu, właściciel ognistych oczu również się zatrzymał, a dwoje zaskoczonych kelnerów wpadło na nich z tacami wypełnionymi po brzegi kieliszkami szampana. Chwilę później kieliszki poddały się prawom grawitacji i, w zagłuszającej muzykę kakofonii tłuczonych kryształów, spadły na marmurową posadzkę. Otaczający ich goście ucichli. Wsłuchani w przeraźliwy dźwięk tłuczonego szkła poddali się chorej fascynacji upokorzeniem bliźnich, która zawsze wprawiała Farę w zakłopotanie. Ostatni kieliszek roztrzaskał się melodyjnie na posadzce pośród dźwięków finalnych akordów koncertu fortepianowego. W ciszy, która nastąpiła po barwnej feerii dźwięków, dały się najpierw słyszeć przepraszające głosy kelnerów, następnie komentarze i pytania świadków zdarzenia, i po chwili cała sala rozbrzmiała wrzawą głosów z nową siłą. Tuzin rąk sięgnął w stronę jej sukni, pół tuzina ludzi otoczyło ją w źle pojętej chęci pomocy.

Fara poczuła się przytłoczona zainteresowaniem.

– W porządku… dziękuję… nic się nie stało… naprawdę, dziękuję – szeptała wciąż bezładnie.

Zaczynało jej brakować powietrza. Zwróciła się ku jedynej osobie, która nie naruszała sfery jej prywatności. Ku temu mężczyźnie. Tym razem ogień w jego oczach był dla niej wyzwoleniem. Nieznajomy, rozumiejąc jej niewypowiedzianą prośbę, odsunął innych władczym ruchem dłoni. Po chwili zwrócił się ku niej. Tym razem unikała jego wzroku, czując, że gorąco, przygaszone chłodnym szampanem, znów znajduje drogę do jej policzków.

Odkąd skończyła szesnaście lat, nigdy się nie zarumieniła. Poznawała jednak ten żar. Naprawdę się czerwieniła. Cudownie, pomyślała. Przy tym mężczyźnie odżywała cała jej nieporadność, którą, zdawało się jej, pogrzebała wraz ze swoim przybranym ojcem. W odpowiedzi na jej zażenowanie, mężczyzna podał jej serwetki, chroniąc ją przed zaciekawionymi spojrzeniami gapiów, gdy się osuszała. Jego ruchy były spokojniejsze, bardziej wydajne. Kiedy uznał, że zrobiła już wszystko, co mogła, odebrał serwetki z jej odrętwiałych palców i odłożył je na tacę wciąż przepraszających kelnerów. Zbliżył się do niej i delikatnym gestem wskazał drogę na taras.

Ruszyła w stronę otwartych francuskich okien. Gdy zanurzyli się w panującej na tarasie nocy, pierwsze solowe dźwięki skrzypiec wykonujących nieznany jej przejmujący utwór zaczęły płynąć wraz z nimi w mrok. Wyczuwała, że jej kat i wybawca idzie dwa kroki za nią. Przy nim czuła się słaba i delikatna. Księżyc stał wysoko nad horyzontem, oświetlając piękny krajobraz. Miała wrażenie, jakby znów miała dziesięć lat i zrobiła z siebie pośmiewisko w oczach jedynej osoby, na której chciała zrobić wrażenie. Zagarnęła wciąż wilgotne od szampana kosmyki włosów za uszy i powiedziała nieśmiało:

– Tego mi było trzeba…

– Świeżej wieczornej bryzy? – Uśmiech zabarwił głęboki ton jego głosu. – Czy ucieczki od nadskakujących wielbicieli i lepkich serwetek ociekających szampanem?

Miał brytyjski akcent, znamię edukacji i wysokiej kultury osobistej, był pełen klasy i samokontroli. Coś w tych dwóch zdaniach powiedziało jej, że nie był urodzonym Brytyjczykiem, nie mogła jednak określić jego pochodzenia. Głos idealnie pasował do jego wyglądu. Egzotyczny, wyniosły, onieśmielający. Pozwoliła sobie na rzut oka na jego sylwetkę. Wyglądał, jakby był gotów zmierzyć się z każdą piaskową burzą. Obawiała się przyglądać się mu dłużej. Westchnęła.

– Miałam na myśli prysznic z szampana.

Do diabła, będzie wiedział, że nie żartuję, pomyślała. Powinna siedzieć cicho, dopóki on sobie nie pójdzie. Nie udało jej się nigdy posiąść umiejętności konwersacji, nie miała też wyczucia dobrych manier. Za każdym razem, gdy pozwalała sobie wypowiedzieć jakąś nieocenzurowaną myśl, robiła sobie wrogów lub niepotrzebnie wystawiała się na krytykę. On zaś musiał po prostu uważać ją za idiotkę.

Odwróciła się do niego plecami i zaczęła wyżymać brzeg swojej sukni. Następnie zdjęła przemoczone buty i podlała z nich szampanem rosnące poniżej krzewy. W jej uszach zaczęło narastać dudnienie, w pełni harmonizujące z wiolonczelową muzyką dochodzącą z sali balowej. On się śmieje, pomyślała zdziwiona. I to nie z niej, a razem z nią, gdyż po chwili sama zaczęła się śmiać.

– Więc… ucieszyłaś się z chłodnego prysznica? Nawet jeśli oznaczał on również wystawienie się na widok publiczny boso i w zniszczonej kreacji? – powiedział z rozbawieniem w głosie.

– Pociłam się tak bardzo, że i tak czekał mnie ten los. Miałam już pełno wody w butach. Ucieszyłam się, że to, co nieuniknione, nastąpiło szybciej.

– A dlaczego tak piękny motyl jak ty pocił się w tej doskonale wietrzonej, klimatyzowanej sali balowej?

Powiedział o mnie motyl? Jej sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu i sześćdziesiąt trzy kilo wagi sprawiały, że takie porównanie było cokolwiek naciągane.

– A ty jesteś ulepiony z innej gliny? – zapytała. – Dla twojej wiadomości, wszystkie organizmy, być może prócz twojego, emitują ciepło. Gdy weszłam do sali, poczułam żar tysiąca ciał rozgrzanych silnym poczuciem własnej wartości, więc kiedy i ty, na dokładkę, skierowałeś na mnie te swoje dzikie oczy, po prostu zaczęłam płonąć…

Zamknij się! – pomyślała. – Po prostu się zamknij! To było dużo gorsze od jej typowych wpadek. Ten mężczyzna naprawdę wytrącał ją z równowagi. Lecz było za późno, żeby się przejmować. Zacisnęła zęby, czekając na odpowiedź.

– A więc dlatego tak ci się spodobał ten zimny prysznic! Dziękuję. – Za co on jej, u diabła, dziękował? – pomyślała zaskoczona. Za komedię, której był świadkiem? Jej rozgoryczenie ulotniło się, gdy usłyszała dalszą część jego wypowiedzi. – Dziękuję, że ułatwiłaś mi zadanie. Sam też chciałem ci powiedzieć, jak twój wzrok podniósł temperaturę moich myśli.

Mężczyzna zbliżył dłoń do jej twarzy, muskając kciukiem policzek, a wskazującym palcem dotykając jej podbródka i delikatnym naciskiem nakazując jej podnieść głowę.

– Spójrz na mnie jeszcze raz – powiedział głosem chropawym od powstrzymywanych emocji. – Fara podniosła wzrok, mimowolnie spełniając jego życzenie. Wrażenie było jeszcze silniejsze niż za pierwszym razem. W świetle pełni księżyca białka jego oczu lśniły niepowstrzymanym blaskiem, tęczówki wydały się zarazem jeszcze ciemniejsze, niby dwie czarne dziury wciągające jej świadomość coraz głębiej i głębiej. Następnie zaczął rozwijać zasłonę z twarzy, powolnymi, hipnotycznymi ruchami. Skończył, opuścił ręce i wyszeptał: – Spójrz na mnie, przyjrzyj mi się całemu.

Dopiero teraz mogła oderwać wzrok od jego oczu. Pozwoliła, by jej spojrzenie pochłonęło jego postać tak, jak jej suknia nasiąknęła szampanem. Wrażenie było piorunujące. Dawno temu wierzyła, że któregoś dnia odnajdzie miłość swojego życia. Wyobrażała sobie wtedy mgliście swojego jedynego, niesamowitego wybranka. Rzeczywistość, którą ujrzała, przerosła nawet owoce jej rozbudzonej, nastoletniej wyobraźni.

Wysoki, ciemnowłosy i przystojny. Jego potężna postura przerastała ją o ponad dwadzieścia centymetrów, i choć jego ciało skryte było za zasłoną pustynnego ubrania, miała pewność, że doskonale prezentowałby się również w obcisłym kostiumie herosa. Nigdy nie miała zdolności artystycznych ani zamiłowania do poezji. W jej życiu liczyły się liczby i fakty. Lecz jego twarz zasługiwała na sonety pochwalne i portrety w muzeach. Jego doskonałe oblicze dało jej dowód, że nie tylko asymetryczne i zniszczone twarze mogą poszczycić się siłą wyrazu. Jego atrakcyjność jednak przerastała samą fizyczność. Żywe oczy pełne były mocy, przemawiała przez nie osobowość, która nikogo nie pozostawiała obojętnym. Panował nad każdym swoim ruchem i gestem, intonacja jego głosu dawała poczucie wielkiej siły charakteru i żywego umysłu.

Coś jest ze mną nie tak, pomyślała. Czy to możliwe, żeby szampan przez skórę uderzył jej do głowy? Kiedyś upiła się jeden raz i miała wtedy przemożną potrzebę powiedzenia tego, co naprawdę myślała. Teraz znów uległa tej potrzebie.

– Ale ty jesteś piękny! – wykrzyknęła. I natychmiast zagryzła wargi. Za późno! Teraz pozostawało jej jedynie czekać, aż on odwróci się albo wybuchnie śmiechem lub skorzysta z tego niedopowiedzianego zaproszenia. Kiedy jednak żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła, a on stał tylko i przyglądał się jej, Fara w końcu wybuchła. – Wykrztuś coś wreszcie! – wykrzyknęła. – Miejmy to już za sobą i zostaw mnie w spokoju.

Szehab przyglądał się jej zaskoczony. Zupełnie czego innego się po niej spodziewał! Kobieta, o której słyszał tyle złego… Nie mógł jej odnaleźć w Farze. Emanowała zupełnie inną aurą niż ta, której oczekiwał. Mogła też być najlepszą aktorką na świecie. Nie miało to znaczenia. Czy była aniołem, czy demonem, jego misja pozostawała niezmienna. Zmieniło się coś innego. Wcześniej przeczuwał, że będzie musiał walczyć z obrzydzeniem. Teraz zaś gotów był z radością oddać się uwodzeniu tej niezwykłej istoty i przygotowywaniu pułapki.

Tytuł oryginału: The Desert Lord’s Bride

Pierwsze wydanie: Harlequin Presents, 2008

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Artur Wróblewski

Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech, Artur Wróblewski

© 2008 by Olivia Gates

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2010, 2015

W 2010 roku opowiadanie ukazało się pod tytułem „Szmaragdowa toń”

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans z szejkiem są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1 B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-1250-2

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com