Pianissimo - Agata Suchocka - ebook

Pianissimo ebook

Agata Suchocka

4,6

Opis

Ona jest sponiewieraną przez los desperatką, bez lęku pędzącą drogą ku samozagładzie. Zdawać by się mogło, że ma wszystko, jednak to, co było dla niej najważniejsze, utraciła bezpowrotnie wiele lat wcześniej. Nie widzi w swoim życiu sensu, a jedynym celem jest gwałtowna, przedwczesna śmierć.
On jest wyalienowanym sierotą, pozornie niemym, najprawdopodobniej autystycznym stroicielem fortepianów, który dzięki przypadkowi zostaje okrzyknięty nadzieją polskiej pianistyki. Wyrwany z klasztornego rygoru sierocińca i rzucony w trzewia wielkiego miasta, usiłuje się zaadaptować do reguł i norm społecznych. Aby nie utonąć, dąży wytrwale do jednego tylko celu – zwycięstwa w Konkursie Chopinowskim.
Oboje są okaleczeni, oboje egzystują na krawędzi. Nie zaznali w życiu miłości, a każde musiało walczyć o przetrwanie na swój sposób. Ich ścieżki krzyżują się gwałtownie, a przypadkowe spotkanie jest szokiem. On po raz pierwszy się zakochuje – prymitywnie, intensywnie, do utraty tchu. Ona po raz ostatni pragnie zasmakować czystej, nieskalanej niewinności…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 188

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Dawid Boldys

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Marketing

Anna Jeziorska

[email protected]

Ilustracje

© Marcus Ranum | deviantart (okładka)

© Agata Suchocka

Wydanie I, Chorzów 2021

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609, 664 330 229

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

[email protected]

dystrybucja.liber.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2020

tekst © Agata Suchocka

ISBN 978-83-7835-848-0

Historia ta powstała dzięki Finaliście Konkursu Chopinowskiego, genialnemu młodemu pianiście, którego brawurowe koncerty i natchnione interpretacje stały się inspiracją do stworzenia scenicznego wizerunku mojego bohatera.

* * *

Chodź, opowiem ci bajkę o ciszy i dźwięku

Co w nieustannym tańcu wirują wśród nocy

Chodź, opowiem ci bajkę o krzywdzie i lęku

Co nawiedzają śpiących w godzinie północy

Chodź, opowiem ci bajkę, co w koszmar się zmienia

Chociaż się wydawało, iż los się odwróci

Posłuchaj o miłości, co wszystko odmienia

Posłuchaj o przeszłości, co nigdy nie wróci

Prolog

Mój umysł nigdy nie zapada w sen, nigdy nie pogrąża się w ciszy.

Zapamiętuję każdy dźwięk, który kiedykolwiek usłyszę. Wszystko, co dociera do moich uszu, zostaje ze mną już na zawsze. Krzyki, szepty, melodie, szelesty w ciemności wgrywają się w mój umysł, w moją pamięć i nikt, nawet ja sam, nie jestem w stanie ich usunąć. Raz wypowiedziane do mnie słowo nigdy, przenigdy mnie nie opuści.

Pamiętam więc każde przesiąknięte strachem zdanie wyszeptane przez moją matkę w ciąży, każdą wątpliwość, która targała jej sercem, gdy dowiedziała się, że mogę nie przeżyć, umrzeć w czasie porodu lub po prostu urodzić się martwy. Nikt nigdy nie kochał mnie tak, jak ona. To była miłość absolutna, histeryczna wręcz, obsesyjna, miłość skoncentrowana do tego stopnia, że dusiła w niej wszystkie inne uczucia, nawet instynkt samozachowawczy. Matka kochała mnie tak bardzo, gdyż nie miała nikogo innego, kogo mogłaby obdarzyć uczuciem. A przecież nawet się jeszcze nie narodziłem.

Nigdy nie dowiedziałem się, kto jest moim ojcem i nigdy nie dążyłem do tego, by się dowiedzieć, gdyż podejrzewałem, że miłość, którą mnie darzyła, była wprost proporcjonalna do nienawiści, skrytej gdzieś głęboko w niej, zarezerwowanej dla mężczyzny, który mnie spłodził.

Poświęciła swoje życie po to, bym mógł pojawić się na świecie, otworzyć oczy poza jej łonem i spojrzeć w jej uśmiechniętą twarz, która była dla mnie tylko jasną, rozmytą plamą. Pamiętam jednakże jej krzyki podczas porodu, a później szloch, będący wyrazem szczęścia i jednocześnie rozpaczy z powodu nieuniknionego. Wśród pikania szpitalnej aparatury, rozgorączkowanych głosów pielęgniarek i echa ruchu ulicznego za oknem moja matka wypowiedziała tylko jedno słowo: „Syneczku…”. Na każde wspomnienie brzmienia tego rozpaczliwego szeptu czułem, jak moje słabe, niewydolne serce zamiera. Za każdym razem przeżywałem małą, trwającą ułamek sekundy śmierć.

Matka wydała ostatnie tchnienie chwilę potem, a ja słuchałem szczekania lekarzy, krzyków, turkotu kółek wózka, w którym ewakuowano mnie na oddział noworodkowy. Płacz i posapywanie dzieci, gruchanie pielęgniarek, odległe odgłosy jakichś stempli opadających ciężko na dokumenty poświadczające sieroctwo – pamiętam to wszystko.

Czasami, gdy jest bardzo ciemno, a w nieruchomej nocy rozlega się tylko delikatny, rytmiczny trzask przesuwającej się sekundowej wskazówki zegara, otwieram oczy i przez moment przestaję segregować wszystkie dźwięki, które dotarły do mnie minionego dnia. Przywołuję głos matki, śpiewającej kołysanki i głaszczącej się po brzuchu, kołysanki nucone delikatnym głosem, których nie miała szansy zaśpiewać mi, gdy już się urodziłem. Pamiętam je wszystkie, nawet tę, którą przerwała w połowie, chwytając się za podbrzusze, nim zbiegła po schodach i wsiadła do taksówki. Pamiętam rytmiczny klekot jej butów na schodach, prośbę o szybki dojazd do szpitala, rzężenie silnika samochodu i ochrypły głos taksówkarza. Oczywiście, zrozumiałem te wszystkie wryte niewymazywalnie w moją pamięć dźwięki, słowa i zdania dopiero później, gdy byłem kilkulatkiem, a ich znaczenie dotarło do mnie w pełni chyba dopiero, gdy stałem się nastolatkiem, skazanym na marny żywot sieroty.

Pamiętam to wszystko i nigdy nie zapomnę, choćbym nie wiem jak bardzo tego pragnął.

* * *

Leżała na wznak, z uniesionymi rękoma. Patrzyła na swoje dłonie, które odcinały się od ciemnego tła sufitu: długie, smukłe białe palce, poruszające się powoli, jakby w ogóle ich nie kontrolowała, jakby żyły własnym życiem. Dłonie tańczyły, a ona obserwowała je, mając wrażenie, że należą do kogoś innego. Wpadający przez odsłonięte okna poblask zimnego prosektoryjnego światła latarni obrysował ciało lśniącą mdławo sinawą obwódką.

Serce kołatało jej w piersi; powoli wracała świadomość, wyrwana z realistycznego koszmaru, który nękał ją uporczywie prawie każdej nocy, od lat.

Nie znikał nawet wtedy, gdy łykała środki nasenne, by z krzykiem nie zrywać się z łóżka. Wówczas trwał po prostu dłużej, akcja jak z horroru toczyła się od początku do końca, a ona cierpiała ciągle od nowa, nie mogąc się przebudzić. Otoczenie czasem się zmieniało, stawało surrealistyczne, rozmyte i niewyraźne, innym razem zupełnie nierealne albo umowne, jak zrobione z kartonu sceniczne dekoracje. Jednak to, co się działo z nią, cały ból, bezradność i szarpiący trzewia strach, pozostawało bez zmian: niemal namacalne, fizyczne, prawdziwe i nieodmiennie koszmarne.

Budziła się z twarzą mokrą od łez, z krzykiem zatrzymanym w gardle, z półotwartymi ustami. Przez chwilę leżała bez ruchu, a nocna mara rozwiewała się wokół jak toksyczne opary. Wracała świadomość, poczucie bezpieczeństwa, sen szybko się odrealniał i znikał, a ona unosiła ręce i patrzyła na swoje dłonie, których taniec przywracał ją do rzeczywistości i koił skołatane nerwy, uspokajał puls.

Powoli podniosła się na łokciach, usiadła na łóżku, opuściła stopy, dotykając chłodnej podłogi. To nie była babska, frywolnie urządzona sypialenka, pełna koronek i miękkich tkanin; pomieszczenie przypominało raczej surową klasztorną celę albo więzienie, bo tym właśnie był dla niej sen: uwięzieniem w przeszłości. Czy gdyby rozłożyła wszędzie ozdobne poduszki, powlekła łóżko kolorową pościelą, a przed snem słuchała Mozarta albo oglądała głupie kreskówki, koszmar by nie powracał? Nie. Wiedziała, bo już próbowała tego wszystkiego, bezskutecznie.

Przeszła do łazienki, zapaliła światło i odkręciwszy zimną wodę, ochlapała twarz. Wilgotne rdzawe strąki przykleiły się do czoła. Spojrzała na swoje odbicie, które zdawało się obce. To zawsze musiało chwilę potrwać – przekonanie samej siebie, że z lustra patrzy jej własna twarz.

Wiele lat temu przestała być sobą. Choć wówczas nie umarła fizycznie, to jednak w jakiś sposób rozstała się z życiem: z niewinnością i poczuciem bezpieczeństwa odeszła cała jej świetlana przyszłość, zniknęło wszystko, co definiowało ją jako osobę, młodą kobietę, człowieka. W tę niepokojąco atrakcyjną powłokę wlała się ciemność, zamieniając jej serce w bryłę lodu, w nieczuły kamień, który bił już tylko po to, by pompować krew do tkanek.

Czy kiedykolwiek będzie jeszcze potrafiła zaufać?

Czy kiedykolwiek będzie potrafiła kochać?

Czy ktokolwiek będzie w stanie rozdmuchać w niej tę iskrę, która ledwie się tli…?

Wróciła do łóżka, zapaliła lampkę stojącą na nocnym stoliku i długo patrzyła na swoje dłonie, tak długo, aż podświetlił je jaśniejący za niezasłoniętym oknem świt. Dopiero wtedy zamknęła oczy, by wykraść brzaskowi choć kilka minut lekkiego, niespokojnego snu.

1

Są na tym świecie miejsca, o istnieniu których przeciętny człowiek nigdy się nie dowie; instytucje, o jakich nikt nie ma pojęcia: murszejące zamczyska zagubione w głuszy, pałacyki na obrzeżach zapadłych w ciszę i przeszłość wsi; stare majątki, oddane przed wiekami Kościołowi, funkcjonujące jako ochronki, sierocińce, przytułki dla dzieci niechcianych, niekochanych, które nigdy nie powinny się urodzić, jak również dla takich jak ja – urodzonych z wielkiej miłości, odebranej im w sekundę po przyjściu na świat.

Pamiętam szelest sztywnych habitów, świst oficjalnie nieistniejącej rózgi, pomruki głosów, z których niektóre były słodkie i pełne troski, a inne zdradzały wyrosłe z frustracji i nigdy niezaspokojonej potrzeby miłości okrucieństwo. Pamiętam każdą modlitwę, po polsku, po włosku i po łacinie, schemat chóralnych szeptów, które regulowały moje dni.

Nie to było jednak ważne. Nie to przyciągało całą moją świadomą uwagę.

Zapomniany przez ludzi i Boga sierociniec, w którym mnie umieszczono, funkcjonował tak jak niegdysiejsze włoskie konserwatoria. Proboszcz skupował od okolicznych wieśniaków instrumenty, które jakimś cudem przetrwały wojenną zawieruchę, a potem komunistyczną kulturalną posuchę. Wiekowy dworek, w którym bytowała jakaś setka dzieci, wypełniono przeróżnymi instrumentami, przywróconymi do życia przez okolicznych rzemieślników i dojeżdżającego raz na kwartał zakopiańskiego lutnika. Chór złożony z sierot o anielskich głosach znany był w całym województwie, a do pobliskiego kościoła przy okazji każdego większego święta, które uświetniał swoimi występami, przybywały tłumy, wypełniając wnętrze budynku i przyległy do niego parking niezależnie od pory roku i pogody.

Oczywiście nie wiedziałem o tym, gdy trafiłem do ochronki jako dwulatek. Nowe rozbrzmiewające wokół mnie dźwięki muzyki i śpiewu urzekły mnie zupełnie, nigdy wcześniej nie słyszałem niczego podobnego.

Do tamtej pory towarzyszyła mi tylko codzienna symfonia odgłosów szpitalnej aparatury i mantry medycznej terminologii. Wyszedłem w świat jako bladziutki, cherlawy chłopaczek z długą pionową blizną na piersi i nigdy nie chciałem się dowiedzieć, skąd się wzięła, nigdy nie próbowałem odszukać znaczenia diagnozy, którą oczywiście pamiętałem, wielokrotnie powtarzaną przez lekarzy. Zanim dorosłem na tyle, by się tym zainteresować, byłem pewien, że umrę, kiedy przyjdzie na mnie pora, zapewne niedługo, bez względu na to, czy będę znał przyczynę swojej śmierci, czy nie. Nie czułem się nikomu potrzebny, nie czułem się przydatny. Wegetowałem, usiłując po prostu nie umrzeć, bo gdyby tak się stało, poświęcenie mojej matki zostałoby pozbawione jakiegokolwiek sensu.

Kakofonia dysharmonijnych odgłosów wypełniała budynek sierocińca od świtu do późnych godzin wieczornych, milknąc regularnie w przerwach na modlitwy i codzienną mszę.

Znałem na pamięć wszystkie litanie, wszystkie psalmy, potrafiłbym wyrecytować Biblię, gdyby choć raz przeczytano mi ją na głos, dlatego też jak tylko nauczyłem się mówić, stałem się ulubieńcem przeoryszy. Przesiadywałem w jej gabinecie w pokrytym poprzecieranym adamaszkiem wielkim fotelu, majtając nogami i podsłuchując jej telefoniczne rozmowy, podglądając interesantów, przyszłych rodziców, którzy przychodzili oglądać nas jak szczeniaki w schronisku. Na dzieciaka po poważnej operacji serca, który mógł w każdej chwili pożegnać się ze swoim wątłym życiem, nikt nawet nie patrzył.

Czy mogła nie uwielbiać malucha cytującego bezbłędnie tak obszerne fragmenty Pisma? Kogoś, kto chodził za nią jak cień, przytrzymując się rąbka habitu?

Nie byłem jednak nachalny, nie domagałem się uwagi, karnie wypełniałem polecenia, nie rzucałem się w oczy, nie odzywałem niepytany, a nawet gdy musiałem odpowiedzieć, starałem się uczynić to bez słów. Może darzyła mnie taką sympatią dlatego, że poza formułkami modlitw nie wydobywał się ze mnie żaden dźwięk?

Zanim skończyłem sześć lat, potrafiłem za to wydobyć proste melodie z większości instrumentów zgromadzonych dla szkolnej orkiestry. Pozwolono mi swobodnie korzystać z tych akurat nieużywanych, a podpatrując starszych uczniów, nauczyłem się je stroić. Mając dziewięć lat, gdy sięgałem już nogami do dolnej klawiatury, opanowałem podstawy gry na organach, w wieku lat dwunastu dbałem o oprawę muzyczną większości uroczystości.

W końcu czułem się potrzebny i użyteczny.

Moim marzeniem było jednak nauczenie się gry na fortepianie stojącym w gabinecie przeoryszy. Jej ojciec zginął, ratując instrument z wojennej pożogi, dlatego darzyła go szczególnym sentymentem. Mogłem brzdąkać na nim tylko w jej obecności. Wiekowy instrument rozstrajał się przy każdej zmianie pogody. Gdy umarł stary stroiciel – jedyna osoba, której poza mną wolno było go dotykać – dostałem od przeoryszy worek stroicielskich kluczy. Miałem wówczas kilkanaście lat i nie przesiadywałem już tak często w jej pachnącym woskiem i pastą do podłogi gabinecie. Sam byłem jak zawoskowany stary mebel, wrośnięty w budynek. Jako „dziecko nieadopcyjne” stałem się elementem wystroju, chłopcem na posyłki do wszystkiego, przemykającym pod ścianami, w milczeniu obserwującym zmieniające się jak w kalejdoskopie twarze wokół mnie. Zmieniały się tak szybko, że w końcu zlały się w jedną archetypiczną dziecięcą twarz, jakby wyjętą z obrazu Wyspiańskiego. Chyba nigdy nie odróżniałem tych dzieci od siebie, w końcu stanowiły tylko niezwyciężoną konkurencję w nieustającej rywalizacji o względy przybyłych ludzi i przeoryszy. Mogłem tylko nienawidzić ich w milczeniu, ale byłem ponad to. Już jako maluch wykazywałem skłonności psychopatyczne, byłem po prostu biernym obserwatorem, niezaangażowanym emocjonalnie w nic, co nie wiązało się z muzyką.

Przeorysza zapraszała mnie do siebie jednak nie tylko po to, bym stroił jej fortepian. Często razem słuchaliśmy starych płyt z jej kolekcji, niektóre białe kruki pochodziły jeszcze sprzed wojny.

Pamiętam jak dziś odgłos przesuwającej się po czarnej płycie igły gramofonu i pełne trzasków Rubinsteinowskie wykonanie Chopinowskich nokturnów.

– Gdy nauczysz się grać wszystkie, dostaniesz ode mnie ten fortepian. Będziesz mógł go zabrać i odejść – rzekła wówczas przeorysza swoim cichym głosem, pomarszczonym tak samo, jak jej twarz.

Miałem wówczas piętnaście lat. Nie myślałem o odejściu ani o dorosłości, której chyba usiłowałem uniknąć. Byłem przekonany, że po prostu nie dożyję pełnoletności. Moje serce jednak nie zamierzało się tak szybko poddać.

W dniu moich osiemnastych urodzin fortepian ustawiono w kaplicy. Siostry zakonne, wychowankowie, mający nadzieję zostać wybitnymi muzykami, nauczyciele, proboszcz i kilku lokalnych potentatów wysłuchali koncertu, podczas którego wykonałem wszystkie Chopinowskie nokturny.

Przeorysza płakała, z trudem łapiąc oddech.

Płakałem i ja, gdy wraz z fortepianem odjeżdżałem wynajętą ciężarówką do nieodległego Wielkiego Miasta, w którym miałem objąć funkcję stroiciela na akademii muzycznej.

2

Pogładziła bak pokryty krwistoczerwonym lakierem, pieszczotliwie, jakby naprawdę mogła sprawić maszynie przyjemność. Od ilu już lat nie dotykała żadnego żywego stworzenia? Od ilu lat nie dotknęła żadnego mężczyzny? Żadnej kobiety? Żadnego człowieka?

Musiała w końcu wyjść z kokonu, to nie mogło trwać wiecznie.

Ale niby dlaczego? Dlaczego nie mogła tak po prostu rozpuścić się w sobie, poczekać, aż stopniowo zdziczeje, zacznie się kruszyć aż do całkowitego rozpadu? Najpierw osobowości, później ciała. To ciało od prawie dwudziestu lat było pokryte mentalnym brudem, stało się źródłem udręki, niechcianą, obcą powłoką. Brzydziła się samej siebie.

Nie miała już pragnień.

Nie miała celów.

Nie odnajdowała sensu w życiu, choć przecież wcale go nie poszukiwała. Nie czuła najmniejszej potrzeby, by go odnaleźć.

To nie była do końca prawda.

Gdy gnała przed siebie, bez nadziei i bez lęku, odczuwała jakąś pierwotną przyjemność, nienaznaczoną obcym dotykiem, ingerencją innego człowieka w jej prywatną przestrzeń. Wibracja maszyny, potężnej i szybkiej, doprowadzała ją na skraj spełnienia. Łamała przepisy, przekraczała prędkość, jeździła brawurowo, świadomie narażając siebie i innych. Tylko wówczas czuła, że żyje, że nie jest jedynie manekinem wykonującym jak automat nic nieznaczące czynności.

Kiedy zamieniła się w robota?

Czy na oddziale zamkniętym, gdy leżała naszprycowana lekami psychotropowymi, co chwilę tracąc poczucie czasu, aż zgubiła rachubę dni, tygodni, a w końcu miesięcy? Czy może wcześniej, gdy zdała sobie sprawę z tego, iż nie ma przed sobą żadnej znaczącej przyszłości? Że niczego już nie dokona, niczego nie osiągnie? Że nigdy więcej nie będzie mogła robić tego, co kochała, co nadawało sens jej istnieniu?

Gdy odratowano ją po pierwszej próbie samobójczej, najpierw poczuła wdzięczność, a potem wściekłość. Strach, gdy uświadomiła sobie, że prawie jej się udało, trzymał ją za gardło tylko przez chwilę. Potem zdała sobie sprawę z tego, że gdyby faktycznie zdołała się zabić, to w końcu miałaby spokój. Skończyłyby się koszmary, zniknęłoby poczucie, że nic już na nią nie czeka, że nikomu nie jest do niczego potrzebna. Zniknęłoby poczucie zbrukania. Wiedziała, że drugi raz nie wystarczy jej odwagi na targnięcie się na własne życie. Życie puste i bezwartościowe.

Przez kilka lat spadała w czarną otchłań, czuła, jak ciemność ją zasysa, aż do podjęcia ostatniego, desperackiego kroku. Nieudana próba samobójcza była niemal tak samo upokarzająca jak to, co do niej doprowadziło. Owszem, żyła, funkcjonowała w społeczeństwie, chodziła do jakiejś szkoły, na jakieś studia, zdawała jakieś egzaminy, ale wszystkie naskórkowe relacje, jakie nawiązała, wszystkie dyplomy, które zdobyła, nie były jej przecież do niczego potrzebne.

Na pamiątkę zostały jej szpetne blizny na nadgarstkach: fachowe pionowe cięcia. Ale to nie wystarczyło. Nawet zabić się nie potrafiła porządnie.

A potem nagle wszystko się odmieniło.

To było tuż po ukończeniu studiów, chyba nawet w wieczór po dniu, w którym się obroniła.

Poczuła, że musi wyjść w noc i pożreć cały cholerny świat.

Rzuciła się w wir hedonistycznych uciech: zamarynowała w alkoholu, rozkładała nogi przed przygodnie spotkanymi facetami. Budziła się w miejscach, których nie rozpoznawała, wśród nieznajomych ludzi. Ile to trwało? Nie potrafiła oszacować. Może miesiąc. Może rok. Może pięć lat.

Jej porażająca uroda, erudycja i poczucie humoru, wszystko to, co przykrywało wrzącą wewnątrz niej smołę, otwierało każde drzwi. Ludzie chcieli się z nią przyjaźnić, mieć ją blisko siebie. Wszyscy chcieli ją przelecieć. Pozwalała im się o siebie bić, pozwalała sobie płacić absurdalnie drogimi prezentami. Lądowała w łóżkach celebrytów, gwiazdorów, polityków, potentatów. Za każdym razem przybierała inne imię, tworzyła sobie nową tożsamość, nową przeszłość. Przyszłości z nimi nie miała przecież żadnej. Żyła na ich koszt, ubierała się w markowe szmaty, za które płaciła ich kartami kredytowymi, zwiedzała świat, latając ich samolotami; za ich pieniądze paliła trawę, wciągała kreski, w końcu spróbowała heroiny. Każdy strzał mógł być tym złotym.

A jednak śmierć wciąż jej nie chciała.

Ocknęła się kilka miesięcy temu, znowu na oddziale zamkniętym, tym razem na odwyku. Przedawkowanie uznano za drugą próbę samobójczą. Sądziła, że nikt nie dokopie się do jej wcześniejszego nieudanego zamachu na własne życie. Może faktycznie znowu chciała wszystko skończyć, może zrobiła to podświadomie. Po raz kolejny targnęła się na swoje życie, tym razem chcąc płynnie przefrunąć z epileptycznego, migającego feerią barw pod zamkniętymi powiekami odlotu w zimny, obojętny niebyt. Czy po śmierci czekała już tylko wieczna ciemność, w którą zapadłaby się nieświadoma, nie zdając sobie sprawy z tego, iż to faktycznie koniec? Blichtr, który ją jeszcze przed momentem otaczał, nic przecież nie znaczył.

Nie wiedziała, ile czasu trwało piekło rzygania, drgawek, gorączki, konwulsji, obijania się o miękkie, brudne ściany naprzemiennie z szarpaniem się w kaftanie albo w pasach. W nielicznych momentach przytomności w polu widzenia pojawiały się kasetony z migającymi, pełgającymi zimno świetlówkami, w blasku których każdy nawet za życia wyglądał jak trup. Dlaczego zamknięto ją w miejscu, które wyglądało jak sceneria z taniego horroru? Dlaczego nie dochodziła do siebie w jakimś tajnym ośrodku dla celebrytów w Malibu, na Malcie czy w Alpach? Wiedziała aż za dobrze dlaczego. Przecież żadnemu z jej dzianych kochasiów tak naprawdę na niej nie zależało, była tylko maskotką, którą chwalili się przed innymi facetami, podkreślali swoją pozycję samca alfa. Gdy przestała być olśniewającą boginką, a stała się zarzyganą ćpunką, nikt nie chciał brać za nią odpowiedzialności. Wywalili ją do rynsztoka, a na jej miejsce z pewnością wskoczyła inna długonoga piękność, pewnie bardziej pokorna, karniejsza, lepiej wytresowana do pozowania na ściankach.

Wyszła z ośrodka odmieniona. Martwa wewnętrznie i przesycona irracjonalnym pragnieniem zemsty na całym świecie. Jak jednak miała jej dokonać, skoro ten świat wyrzucił ją jak starą wyżętą ścierkę?

Musiała znaleźć coś innego, co zmusiłoby ją do codziennego wstawania z łóżka, po przebudzeniu się z prawie już oswojonego, choć nieodmiennie potwornego koszmaru.

Ożywiła ją adrenalina.

Flirtowała ze śmiercią za każdym razem, gdy wsiadała na motocykl. Gdzie tam flirtowała – śmiała jej się w twarz, pluła jej wprost w puste oczodoły! Odnajdowała w tym niebezpieczeństwie jakąś perwersyjną przyjemność. Nic innego nie sprawiało jej już przyjemności. No, może jeszcze trufle i ostrygi, ale na oddziale zamkniętym nie karmiono pacjentów takimi specjałami.

Wspomnienia zapyziałego psychiatryka wracały teraz naprzemiennie z koszmarnym snem.

Od czasu do czasu na oddział zamknięty przychodził ON. Czy to właśnie on ją tam wpakował? Pewnie tak, no bo kto inny?

Był chyba jedyną osobą, którą obchodził jej los. Pochylał się stroskany nad jej bladą, zapadniętą twarzą, a w jej pustym sercu tliły się jedynie resztki wstydu, że ktokolwiek widzi ją w takim stanie. I do tego mężczyzna…

Do niedawna nie pozwalała sobie na jakiekolwiek zaniedbania, starała się zawsze wyglądać jak spod igły, gdy wychodziła w noc i niby wampirzyca z gotyckiego horroru wypatrywała coraz to nowych ofiar. Czy aby na pewno była tak nieskazitelna, gdy dawała sobie w żyłę w jakiejś celebryckiej melinie, otoczona przez zblazowanych aktorów, muzyków, reżyserów czy kogo tam jeszcze, śmiejących się od wyjaranej trawy czy pochowanych po kątach loftu, bezskutecznie usiłujących strząsnąć z siebie nieudany trip? Hera jest teraz najmodniejsza, Iris! Zobacz, nawet designerskie strzykawki robią! Czy na pewno była nieskazitelna, gdy zarzygana i nieprzytomna, z czarnymi strugami makijażu rozmazanymi po twarzy, została załadowana do karetki?

Nie chciała, by na nią patrzył, nie potrzebowała jego troski. Za późno na naprawianie błędów z przeszłości, na jakieś zadośćuczynienie. Cokolwiek było między nimi, cokolwiek mogło być, zdechło, śmiercią powolną i bolesną. W chwilach, w których najbardziej go potrzebowała, szlajał się po świecie, udawał, że ona w ogóle nie istnieje. Udawał, że nie słyszy wołania o pomoc. Teraz mógł wsadzić sobie swoją pomoc w dupę. Teraz ani jego pieniądze, ani starania nie mogły już niczego pozszywać. Nie było bowiem czego zszywać; zostały tylko przetarte nitki emocjonalnej osnowy, niebędące nawet prawdziwymi uczuciami.

Ten motocykl był prezentem od niego, prezentem symbolicznym, na nową drogę życia. Przeprowadzili się z południa do innego dużego miasta; odciął ją od wszystkich dilerów. Naprawdę pragnął wyciągnąć ją z bagna, choć tak wiele razy go zawiodła. Choć tak wiele razy zawiedli siebie nawzajem. Dał im ostatnią szansę, a ona poczuła, że tlą się w niej jeszcze resztki uczuć, nienazwanych, niepewnych, właśnie do niego.

Czerwona maszyna, przypominająca przyczajone do skoku zwierzę, zdawała się ciężko oddychać, jak śpiąca puma.

Przez rękawicę nie czuła chłodu metalu. Już za moment silnik i wydech miały się rozgrzać, tak jak i serce w niej rozgrzewało się za każdym razem, gdy gnała przed siebie.

Lato dawno się skończyło, poranki stały się już przejmująco chłodne. Nie chciała jednak wstawić bandita do garażu, bo nie bardzo wiedziała, czym go zastąpić w sezonie zimowym.

Może jakimś szybko rozgrzewającym się samcem, którego mogłaby dosiadać i ujeżdżać w chwilach nudy…? Przecież do niedawna lubiła seks, choć zanim trafiła na odwyk zdawało jej się, że w tej materii nic już jej nie zaskoczy. W ciągu ostatnich lat wypróbowała wszystkie możliwe pozycje, wszystkie kombinacje, trójkąty, czworokąty, orgie; po jej sypialni walały się kajdanki, uprzęże, szpicruty i inne akcesoria do zadawania rozkosznego bólu. Miała kochanków czarnych, czerwonych, żółtych, brązowych, wielokolorowych i zupełnie bezbarwnych. W pewnej chwili stwierdziła, że mała śmierć nie jest już dla niej żadną satysfakcją.

A może warto spróbować czegoś zupełnie nowego? Porzucić wyrafinowanych lowelasów, zapomnieć o casanovach i skusić kogoś całkowicie niewinnego…?

Powoli dojrzewała do tego pomysłu, ale na razie liczyła się tylko maszyna pod nią i opustoszałe o martwej godzinie, ustrojone strzępami mgły miasto.

3

Tamtego roku lato skończyło się wyjątkowo wcześnie.

Po upalnym, suchym lipcu, jakże innym od tych burzowych, z poprzednich lat, który ogołocił drzewa z liści, a trawniki zmienił w łachy stepu, nadszedł dziwaczny, dżdżysty sierpień, w którego ostatnim tygodniu przyszło mi urządzać moje nowe życie w kawalerce przyznanej przez akademię. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że mieszkanie opłacała przeorysza aż do swojej śmierci.

Dni były szare, a padający od rana do nocy deszcz zdawał mi się całkowicie niepotrzebny, w końcu rosił tylko nagie konary i wyschnięte krzewy, zapełniając nieskończoność wolnego miejsca w mojej pamięci jednostajnym szumem.

Wszędzie na ulicach zalegało bure błoto, powstałe z wypłukanej z martwych trawników jałowej gleby. Świat wyglądał tak, jakby już nigdy nie miał się zazielenić.

W takiej ponurej scenerii rozkładałem na półkach w pokoiku, z którego zamierzałem prawie wcale nie wychodzić, swój skromny dobytek: oprawną w poprzecieraną skórę Biblię, stosy nut, stroicielskie klucze, skrzypce, na których nigdy nie grałem. Na ścianie powiesiłem wizerunek świętego Sebastiana o niezmiennie natchnionej twarzy, na której udręka do złudzenia przypominała ekstazę. Do szafy z obluzowanymi drzwiami włożyłem kilka kompletów ubrań: wszystkie czarne lub niegdyś czarne.

Pokój przypominał mnisią celę, pewnie dlatego, że do chwili przeprowadzki wiodłem niemal zakonny żywot. Rozważałem nawet wstąpienie do seminarium, byłem jednakże zbyt nieśmiały, by stanąć przed ołtarzem i przemawiać do ludzi czy wyśpiewywać hymny. No i przecież w zasadzie prawie nic nie mówiłem, choć cały obrządek znałem na pamięć. Zdarzały się tygodnie, podczas których wypowiadałem zaledwie po kilka słów, i to przeważnie do siebie. Większość ludzi, którzy stanęli na mojej drodze przez pierwsze dwie dekady życia, uważała mnie za niemowę. Nie wyprowadzałem ich z błędu. Migać nauczyłem się w sierocińcu od dziewczynki, która wróciła z trzeciego domu tymczasowego i przez kilka miesięcy, zanim ponownie dostała szansę na normalne życie, jak zjawa snuła się w półmroku po korytarzach. Przypominała postać z horroru, pewnie dlatego zawsze wracała, ale ja ją uwielbiałem. Często przesiadywała pod fortepianem, gdy grałem, choć przecież nie słyszała muzyki. A może tylko tak samo, jak ja udawała, że nie mówi, aby nikt nie pytał jej o to, co działo się w tych wszystkich zastępczych rodzinach i jak to się stało, że pierwotnie trafiła do sierocińca.

Przemilczane tragedie znikały.

Grzechy ukryte nie były prawdziwymi grzechami.

Przewiny, o których nikt nie wiedział, tak naprawdę nie istniały. Tego głównie nauczyłem się w sierocińcu.

W głębi duszy jednakże, o ile w ogóle ją posiadałem, nie wierzyłem w żadnego boga, choć znałem tylko jednego. Nigdy do mnie nie przemówił, ani ustami księdza, ani czynami zakonnic, ani dźwiękami muzyki, która – jakkolwiek natchniona – budziła we mnie coś na kształt erotycznego napięcia zamiast podniosłego uduchowienia. Będąc dzieckiem, nie potrafiłem jednakże określić moich uczuć, a jako rozpoczynający samodzielne życie młodzieniec nie odczuwałem takiej potrzeby. Wstydziłem się przed sobą tych trudnych do zdefiniowania pragnień, których nikt nigdy mi nie wytłumaczył, których nikt nie nazwał.