Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pewnego lata - Nora Roberts

Ceniona fotografka gwiazd show-biznesu, Bryan Mitchell, otrzymuje nietypowe zlecenie od prestiżowego magazynu. Ma podróżować po Stanach i pokazać piękno kraju na fotografiach. Jej towarzyszem zostaje znany fotoreporter, Shade Colby. Od samego początku Bryan i Shade mają wrażenie, że dzieli ich wszystko. Inaczej patrzą na życie, sztukę fotografii i własną karierę. Każde kolejne wspólnie zrobione zdjęcie zaciera jednak różnice. Zauroczeni oglądanymi miejscami i spotkanymi ludźmi otwierają przed sobą serca. Czy to, co ich połączyło, przetrwa nie tylko na fotografiach?

Opinie o ebooku Pewnego lata - Nora Roberts

Fragment ebooka Pewnego lata - Nora Roberts

Nora Roberts

Pewnego lata

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W pomieszczeniu było ciemno choć oko wykol, lecz on przywykł do tego, a nawet polubił mrok. Nie zawsze trzeba patrzeć oczami. Palce Shade'a były zwinne i wprawne, a jego wewnętrzny wzrok ostry jak brzytwa.

Czasami, nawet gdy nie pracował, siadywał w ciemni i w wyobraźni tworzył obrazy. Formy, fakturę, kolory. Nieraz widzi się je wyraźniej, gdy zamyka się oczy i pozwala na swobodny przepływ myśli. Równie niestrudzenie jak światła szukał też ciemności i półmroku.

Poświęcał temu ogromną część swojego czasu, co więcej, uczynił to swym zawodem, jako że jego profesją było utrwalanie życia w obrazach.

Nie zawsze postrzegał świat tak jak inni. Niekiedy, zgodnie z wizją Shade'a, wizerunek był bardziej wyostrzony i surowszy niż widziany gołym okiem, kiedy indziej zaś łagodniejszy i przyjemniejszy. Obserwował, grupował elementy, manipulował czasem i formą, po czym, zawsze na swój sposób, tworzył obrazy życia.

Teraz, w ciemni, przy cichych dźwiękach jazzu, pracował rękami i umysłem, na każdym etapie jego pracy niezbędna była bowiem wyostrzona uwaga i dokładne rozłożenie czynności w czasie. Zręcznym ruchem umieścił film na szpuli, a gdy światłoszczelna pokrywa koreksu znalazła się na swoim miejscu, ustawił zegar, a następnie pociągnął za łańcuszek, rozjaśniając pomieszczenie żółtobursztynowym światłem.

Wywoływanie negatywów, a także robienie odbitek nieraz sprawiało Shade'owi większą radość niż samo fotografowanie. Praca w ciemni wymagała precyzji i dokładności, a obu tych cech potrzebował w życiu. Podczas obróbki zdjęć mógł pozwolić sobie na eksperymentowanie, co wyzwalało jego kreatywność, również bardzo mu potrzebną. Negatyw był jedynie suchym zapisem, kryjącym w sobie nieskończoną liczbę potencjalnych interpretacji, zależnych od woli i umiejętności Shade'a. Mógł w dosłowny sposób oddać to, co poczuł i ujrzał, jak zwykli czynić to reporterzy, mógł też nasycić obraz atmosferą tajemniczej wieloznaczności, owej ulotnej i tylko duchem pojętej prawdy, co było domeną poezji. Ponad wszystko potrzebna mu była satysfakcja z samodzielnego tworzenia, dlatego zawsze pracował sam.

Teraz, gdy miał już za sobą kolejne, wymagające precyzji etapy pracy, czyli uzyskanie odpowiedniej temperatury, dobranie odczynników i ustawienie czasu, w półmroku bursztynowego światła można było dojrzeć jego twarz. Gdyby Shade chciał stworzyć obraz fotografa przy pracy, powinien siebie wybrać na modela.

Miał ciemne oczy i włosy, zbyt długie jak na przyjęte normy, o które zresztą nie dbał. Zachodziły mu na uszy, na plecy i spadały na czoło, sięgając prawie do brwi. Nigdy nie przywiązywał większej wagi do stylu. Był opanowany i chłodny, a nawet szorstki.

Jego mocno opalona twarz była pociągła, a rysy surowe, o wydatnych kościach policzkowych. Kiedy się koncentrował, napinał wargi. Z kącików oczu rozchodziły się delikatne zmarszczki, co było efektem nieustannego wypatrywania interesujących ujęć i związanych z tym przeżyć, których, jak na jednego człowieka, było stanowczo zbyt wiele.

Miał klasyczny „bokserski” nos, co zresztą wpisane było w zawodowe ryzyko, nie każdy bowiem lubił, by go fotografować. Kambodżański żołnierz poczęstował namolnego reportera naprawdę solidnym ciosem, ale za to powstały przejmujące zdjęcia zrujnowanego miasta. Shade uważał, że była to jak najbardziej uczciwa wymiana.

W bursztynowym świetle poruszał się szybko i energicznie. Był dobrze umięśniony, lecz smukły, wiele lat spędził bowiem w terenie, często obcym i nieprzyjaznym. Przebył pieszo mnóstwo kilometrów, nieregularnie się odżywiał, poznał również, czym jest prawdziwy głód i pragnienie.

Jeszcze teraz, gdy już dawno przestał być członkiem ekipy „International View”, zachował szczupłą i zwinną sylwetkę. Obecna praca nie była tak wyczerpująca jak przed laty w Libanie, Laosie czy w Ameryce Środkowej, lecz jego nawyki pozostały niezmienione. Jak dawniej, potrafił gdzieś tkwić całymi godzinami, by uzyskać to jedno, jedyne ujęcie, kiedy indziej zaś wypstrykiwał całą rolkę w ciągu kilku minut. To prawda, że jego styl bycia i maniery pozostawiały wiele do życzenia, cechowała je bowiem nadmierna agresywność, lecz właśnie dzięki temu wyszedł cało z licznych bitewnych pól, które dokumentował.

Zdobyte przez niego nagrody i wysokie honoraria, jakich teraz żądał, odgrywały drugorzędną rolę. Gdyby nikt mu nie płacił lub nie doceniał jego pracy, nadal siedziałby w swojej ciemni i wywoływał filmy. Choć zrobił wielką karierę i był bogaty, nie zatrudniał jednak asystenta i wciąż pracował w tej samej, urządzonej przed dziesięcioma laty ciemni.

Gdy Shade powiesił negatywy, by wyschły, wiedział już, z których ujęć zrobi odbitki. Teraz jednak ledwie na nie spojrzał i szybko wyszedł z ciemni. Jutro im się przyjrzy świeżym wzrokiem. Cierpliwość była zaletą, której dawniej mu brakowało. W tej chwili chciał napić się piwa oraz coś sobie przemyśleć.

Poszedł do kuchni i chwycił zimną butelkę. Oderwał kapsel i wrzucił go do pojemnika, który jego przychodząca raz w tygodniu gospodyni wyłożyła plastikiem. Pomieszczenie było wysprzątane i czyste, wprawdzie niezbyt wesołe w swej surowej czerni i bieli, ale też nie monotonne.

Po wysączeniu połowy butelki zapalił papierosa, a następnie podszedł z piwem do kuchennego stołu, rozsiadł się na krześle i założył nogi na wyszorowany drewniany blat.

Widok z kuchennego okna miał niewiele wspólnego z blaskami Los Angeles, był bowiem ponury i pozbawiony wdzięku, a wczesne poranne światło wcale nie dodawało mu urody. Shade oczywiście mógłby się przeprowadzić do bardziej ekskluzywnej dzielnicy, a nawet zamieszkać na wzgórzach, skąd nocne światła miasta wyglądały jak w bajce, zbyt jednak lubił swoje nieduże mieszkanie, położone w zapuszczonej części LA, które skądinąd słynęło ze swojego blichtru.

Co było specjalnością Bryan Mitchell.

Nie przeczył, że jej portrety bogatych, sławnych i pięknych osób były dobre, a nawet w jakiś sposób doskonałe. W jej fotografiach czuło się empatię i humor, a także pewną zmysłowość. Nie przeczył też, że Bryan była dobra również w pracy w terenie, tylko że efekty jej pracy nie odpowiadały jego sposobowi widzenia świata. Ona odzwierciedlała to, co należało do sfery kultury, on zaś czerpał natchnienie prosto z życia.

To, co robiła dla magazynu „Celebrity”, było profesjonalne, zręczne i gładkie, a często nawet wnikliwe. Na jej fotografiach osoby znajdujące się na szczycie lub walczące o taką pozycję, nabierały ciepłego i swojskiego wyrazu. Gdy Bryan została wolnym strzelcem, gwiazdy, gwiazdy in spe i ich menedżerowie zaczęli do niej wydzwaniać, by zrobiła im fotograficzne portrety, które miały znaleźć się na okładkach wielkonakładowych pism. W ciągu lat zyskała sławę i wypracowała własny styl, dzięki czemu sama stała się gwiazdą, członkiem zamkniętego, ekskluzywnego kręgu.

Wiedział, że to się zdarza fotografom. Mogą się upodobnić do swoich modeli, do tych, którzy stanowią obiekt ich zawodowych zainteresowań. Czasami to, co pokazywali, stawało się częścią ich samych. Nie, nie zazdrościł Bryan Mitchell jej osiągnięć, był jednak pełen obaw co do tego, jak ułoży się współpraca z nią.

Wszyscy związani z branżą wiedzieli, że zawsze pracował sam, a jednak postawiono taki warunek. Szefowie „Life-style” wpadli na intrygujący pomysł stworzenia ilustrowanego studium Ameryki. Eseje zdjęciowe mogą być wyrazistym, mocnym komunikatem, który poruszy i wstrząśnie lub też odpręży i zabawi, i Shade nadawał się do tego zadania jak nikt inny. „Life-style” oczekiwał mocnych, czasami treściwych i sugestywnych lub też dwuznacznych emocji, w czym on był mistrzem, lecz dla przeciwwagi domagał się też kobiecego spojrzenia.

Choć rozumiał te racje, mimo to wzdragał się na myśl, że aby otrzymać tę pracę, będzie musiał podzielić się własną furgonetką i zawodową pozycją z innym słynnym fotografem, a do tego kobietą. Przez trzy miesięce, przemierzając tysiące kilometrów po drogach Ameryki, będzie musiał cackać się z rozpieszczoną przez życie Bryan Mitchell, która, co prawda perfekcyjnie, potrafiła fotografować jedynie gwiazdy rocka i VIP-ów. Dla człowieka, który zjadł zęby na wojnach w Libanie i Indochinach, taka perspektywa nie była zbyt obiecująca.

Zbyt mocno jednak zależało mu na tej robocie, by mimo tych wszystkich obiekcji zrezygnować z niej. Pragnął utrwalić amerykańskie lato od Los Angeles po Nowy Jork, pokazać radość, patos, znój i pot, olśnienia i rozczarowania. Chciał dotrzeć do istoty rzeczy, do duszy, obnażyć ją zarówno w jej pięknie, jak i brzydocie.

By tego dokonać, będzie jednak musiał spędzić lato z Bryan Mitchell.

– Nie myśl teraz o kamerze, Mario, tylko tańcz. – Bryan ustawiła czterdziestoletnią primabalerinę w wizjerze. To, co zobaczyła, było dobre. Wiek zaledwie musnął jej urodę, lecz naprawdę i tak liczyły się charakter, styl, elegancja, a przede wszystkim wytrwałość. Bryan umiała to wszystko uchwycić i stopić w jedną całość.

Maria Natravidova podczas swej fenomenalnej dwudziestopięcioletniej kariery była fotografowana niezliczenie wiele razy, lecz dotąd jeszcze nikt nie pokazał potu spływającego z jej ramion. Bryan nie polowała jednak na iluzje towarzyszące życiu tancerzy, ale na wyczerpanie i ból, będące nieodłączną, choć starannie ukrywaną, ceną sukcesu.

Uchwyciła Marię w skoku, z nogami w szpagacie, z wyrzuconymi ramionami. Wilgotne krople drżały i skapywały z jej twarzy i ramion, mięśnie były napięte. Bryan nacisnęła migawkę i lekko przesunęła aparat, by zmiękczyć kontury i zamazać ruch. To powinno być to, była tego pewna.

– Nie oszczędzasz mnie – poskarżyła się tancerka, siadając na krześle i wycierając ręcznikiem mokrą twarz.

Bryan zrobiła jeszcze dwa ujęcia.

– Mogłabym cię ubrać w kostium, dać tylne oświetlenie i kazać ci zastygnąć w arabesce. Wówczas byłoby widać, jaka jesteś piękna i pełna gracji, ale ja chcę pokazać, że jesteś silną kobietą.

– A ty zdolną. Czy znasz inny powód, dla którego zwróciłabym się do ciebie po zdjęcia do mojej książki?

– Bo jestem najlepsza. – Bryan przeszła przez studio i zniknęła na zapleczu. – Bo cię rozumiem i podziwiam. A także – wniosła tacę z dwiema szklankami i dzbankiem, w którym pobrzękiwał lód – ponieważ wyciskam dla ciebie pomarańcze.

– Jesteś kochana. – Śmiejąc się, Maria sięgnęła po szklankę. Na chwilę przytknęła ją do rozgrzanego czoła, a następnie wypiła do dna. Jej ciemne włosy były tak mocno ściągnięte do tyłu, że tylko osoba o klasycznych rysach i nieskazitelnej cerze mogła sobie na to pozwolić. Wyprostowując na krześle długie i szczupłe ciało, przyglądała się Bryan znad brzegu szklanki.

Maria znała ją od siedmiu lat, to znaczy od czasu kiedy magazyn „Celebrity” powierzył jej wykonanie zdjęć tancerki za kulisami. Natravidova była gwiazdą, lecz na Bryan nie zrobiło to wrażenia. Elegancka primabalerina jeszcze do dzisiaj pamiętała młodą, wysoką i szczupłą kobietę w luźnej bluzie, ogrodniczkach i zniszczonych półtrampkach. Jej włosy w kolorze miodu splecione były w gruby warkocz, uszy ozdobione dużymi kolczykami, a szczere jasnoszare oczy emanowały inteligencją i bystrością. Szczególną uwagę zwracała piękna twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi i pełnymi wargami.

Maria popatrzyła na Bryan. Pewne rzeczy się nie zmieniają i już na pierwszy rzut oka można poznać typową Kalifornijkę – wysoką, opaloną blondynkę w półtrampkach i w szortach. Natravidova wiedziała jednak, że to tylko mundurek włożony dla niepoznaki, tak naprawdę bowiem jej przyjaciółka była zaprzeczeniem wszelkich stereotypów.

Popijając sok, Bryan bez oporów poddawała się uważnemu spojrzeniu tancerki.

– I co zobaczyłaś? – Naprawdę była tego ciekawa.

– Silną i bystrą kobietę, utalentowaną i ambitną, bardzo do mnie podobną – uśmiechnęła się Maria.

– Niebywały komplement – ucieszyła się Bryan.

– Naprawdę niewiele jest kobiet, które lubię. Skarbie, doszły mnie słuchy o tobie i tym ładnym młodym aktorze.

– Matt Perkins. – Bryan nie zamierzała niczego ukrywać, z własnej bowiem woli mieszkała w mieście, które żyło plotkami i sensacjami. – Zrobiłam mu zdjęcie, wybraliśmy się kilka razy na kolację.

– Nic poważnego?

– Jak powiedziałaś, jest ładny – Bryan uśmiechnęła się – lecz jego i moje ego z trudem mieści się w mercedesie Matta.

– Mężczyźni... – Maria nalała sobie drugą szklankę.

– Czuję, że zaraz uderzysz w poważny ton.

– A kto jest lepszy? – skontrowała Maria. – Mężczyźni... – delektowała się tym słowem. – Są uparci, dziecinni, zwariowani i niezbędni, bo potrafią kochać... oczywiście mam na myśli seks.

Bryan z trudem zdobyła się na uśmiech.

– Rozumiem.

– Seks jest radosny i tak cudownie wyczerpujący. Jak Boże Narodzenie. Czasami czuję się jak dziecko, które nie rozumie, dlaczego święta już się skończyły, i natychmiast wyglądam następnych.

Miłosne uniesienia zawsze fascynowały Bryan. Chciała wiedzieć, jak ludzie radzą sobie z miłością, jak jej szukają i uciekają przed nią.

– Czy dlatego nigdy nie wyszłaś za mąż, Mario? Czekasz na ten kolejny raz?

– Poślubiłam taniec. Gdybym wyszła za mężczyznę, musiałabym wziąć rozwód z tańcem. Dla kogoś takiego jak ja nie ma miejsca na obie te rzeczy naraz. A jak jest z tobą?

Nagle posmutniała Bryan wpatrywała się w swój napój, aż za dobrze bowiem zrozumiała słowa Marii.

– Masz rację, nie ma miejsca na obie rzeczy naraz – mruknęła. – Niestety, ja nie czekam na kolejny raz.

– Jesteś młoda. Gdybyś mogła każdego dnia od nowa przeżywać Boże Narodzenie, czy zrezygnowałabyś z tego?

– Jestem za leniwa, żeby codziennie świętować – odparła Bryan, wzruszając ramionami.

– Czyż nie można pofantazjować? – Maria wstała i przeciągnęła się. – Nieźle mnie sponiewierałaś. Muszę wziąć prysznic i przebrać się. Idę na kolację z moim choreografem.

Bryan została sama. Bezwiednie przesunęła palcem po aparacie. Rzadko myślała o miłości i małżeństwie, miała to bowiem już za sobą. Zderzenie marzeń z rzeczywistością wypadło niedobrze, jak źle wywołana fotografia. Stałe związki zwykle kończą się cichą porażką lub głośną katastrofą, choć zdarzają się wyjątki od tej reguły.

Na przykład Lee Radcliffe od roku jest szczęśliwą żoną Huntera Browna. Pomaga wychowywać jego córkę i sama niedługo zostanie mamą. Lee promienieje szczęściem, ale trafiła na wyjątkowego mężczyznę, który kochą ją taką, jaka jest, i szczerze zachęca żonę do kontynuowania kariery zawodowej. Jednak Bryan z własnego doświadczenia wiedziała, że najczęściej solenne deklaracje rozmijają się z prawdziwymi intencjami.

– Twoja kariera jest dla mnie równie ważna, jak dla ciebie... – Ileż razy Rob powtarzał to przed ślubem? – Zrób dyplom, idź prosto do celu!

Więc pobrali się, młodzi, zapalczywi, pełni ideałów. Po pół roku on był nieszczęśliwy, ponieważ Bryan poświęcała mnóstwo czasu na naukę i pracę w miejscowym studiu, a on marzył o gorących kolacjach, wypranych skarpetkach i uprasownanych koszulach. Ogólnie rzecz biorąc, nie były to zbyt wygórowane żądania, pomyślała Bryan, zbyt jednak wielkie, jak na tamten okres.

Zależało im na sobie i walczyli o uratowanie miłości, zrozumieli jednak, że bardzo rozmijają się ich wyobrażenia o szczęściu. W gruncie rzeczy mieli sobie tak mało do zaofiarowania.

Rozwód był cichy i spokojny, nieomal przyjacielski. Wraz ze złożonym podpisem uleciały naiwne marzenia, i po kłopocie... a jednak Bryan była zraniona jak nigdy dotąd i bardzo długo czuła piekące piętno porażki.

Rob założył nową rodzinę. Z żoną i dwójką dzieci mieszkał w eleganckiej podmiejskiej dzielnicy, zdobył więc to, czego pragnął.

Ona zresztą też. Robi to, co kocha, i należy do elity amerykańskich fotografów, a zawdzięcza to tylko sobie. Od rozwodu minęło sześć lat i w tym czasie Bryan wdrapała się na sam szczyt. Nie musi się z nikim dzielić ani swoim sukcesem, ani czasem. Pod tym względem podobna jest do Marii, sławnej kobiety, która sama kieruje własnym życiem. No cóż, niektórzy ludzie nie są stworzeni do partnerstwa.

Shade Colby... Może stać ją będzie na ustępstwo. Podziwiała jego prace. Kiedyś, gdy jeszcze musiała liczyć się z każdym groszem, bez wahania zapłaciła sporą kwotę, byle tylko zdobyć jego zdjęcie przedstawiające ulicę w Los Angeles, a potem długo analizowała, w jaki sposób udało mu się osiągnąć tak wspaniały efekt. Praca była na pozór posępna, bo światło zdominowane zostało przez szarość, a jednak nie beznadzieja, lecz drapieżność była jego dominującą cechą.

Szczerze podziwiała kunszt Shade'a, czy jednak współpraca z nim była dobrym pomysłem? Bryan rozpakowała tabliczkę czekolady i głęboko się zamyśliła.

Mieszkali w tym samym mieście, lecz żyli w różnych światach. Colby stronił od ludzi i nigdzie nie bywał, chyba że wymagały tego sprawy zawodowe. Co prawda czasami widywała go, lecz przez te wszystkie lata nie zamienili ze sobą ani jednego słowa.

Wiedziała, że byłby ciekawym modelem. Mężczyzna pozornie tak zwyczajny i prosty, lecz w istocie wyniosły i szczelnie schowany przed światem, stanowił wspaniałe wyzwanie dla fotografa portrecisty. Być może, gdyby przyjęła to zlecenie, miałaby okazję zmierzyć się z tym zadaniem.

Trzy miesiące w podróży. Tyle było miejsc w Stanach, których nie widziała, i tyle widoków, których nie utrwaliła na negatywach. Letnia włóczęga i wspólne fotografowanie to naprawdę kusząca propozycja!

Bryan była uznanym mistrzem w portretowaniu twarzy, zwłaszcza gdy pracowała ze znanymi osobistościami. Potrafiła przebić się przez maskę i wydobywała prawdziwe cechy charakteru modela, co było zajęciem naprawdę fascynującym. Potrafiła ukazać słabości zahartowanej w bojach gwiazdy rocka lub też zażartować z chłodnej, nieprzystępnej supergwiazdy. Nie popadała w rutynę, i wciąż poszukiwała i ujawniała to, co dotąd było nieznane i ukryte przed innymi.

Ameryka. Ogromne przestrzenie i miliony ludzi, a ona ma odkryć najglębszą prawdę o swojej ojczyźnie i narodzie.

Nawet jeśli przez trzy miesiące będzie musiała obcować z tym dziwakiem Shade'em Colbym i dzielić się z nim pracą oraz sławą, nie zrezygnuje. Da sobie radę z tym facetem, w końcu to tylko trzy miesiące.

– Od czekolady się tyje i brzydnie!

Do pokoju wpadła Maria. Była odświeżona i znów wyglądała jak prawdziwa primabalerina. Udrapowana w jedwab, obwieszona diamentami, chłodna, opanowana i piękna.

– Ale jaką mam frajdę – odparowała Bryan. – Wyglądasz fantastycznie, Mario.

– Wiem. – Maria niedbałym ruchem ręki strzepnęła fałdy jedwabiu na biodrze. – Na tym przecież polega mój zawód. Będziesz jeszcze pracować?

– Chcę wywołać film. Przyślę ci jutro próbne odbitki.

– To twoja kolacja?

– Dopiero zaczynam. – Bryan odgryzła wielki kawał czekolady. – Zamówiłam pizzę.

– Z pepperoni?

– Ze wszystkim – odparła z szelmowskim uśmiechem Bryan.

– Zazdroszczę ci. Jak idę na kolację z choreografem tyranem, to oznacza, że prawie nic nie zjem – powiedziała Maria, przyciskając ręką żołądek.

– Ale ja będę piła napój gazowany, a ty szampana. Coś za coś.

– Jeżeli spodobają mi się twoje próbki, przyślę ci skrzynkę.

– Szampana?

– Napoju gazowanego – zaśmiała się Maria i zniknęła.

Godzinę później Bryan rozwiesiła negatywy. Później dla pewności zrobi wglądówki ze wszystkich czterdziestu ujęć, choć wiedziała, że i tak wykorzysta najwyżej pięć.

Kiedy zaburczało jej w brzuchu, spojrzała na zegarek. Zamówiła pizzę na wpół do ósmej. Szybko zje kolację i zajmie się odbitkami Matta do błyszczącej rozkładówki, a w tym czasie wyschną negatywy Marii.

Ktoś zapukał do drzwi.

– Pizza – mruknęła łakomie. – Proszę wejść, konam z głodu! – Zaczęła gorączkowo poszukiwać portmonetki. – Jeszcze pięć minut, a mogłoby ze mnie nic nie zostać. – Z torby wyrzuciła na biurko obszarpany notatnik, wypełnioną po brzegi plastikową kosmetyczkę, kółko na klucze i pięć czekoladowych batoników. – Proszę to postawić gdziekolwiek, zaraz znajdę pieniądzę. – Zanurzyła głębiej rękę w torbie. – Ile mam dać?

– Tyle, ile mogę dostać.

– Każdy by tak chciał. – Wyciągnęła zniszczoną męską portmonetkę. – Gotowa jestem nawet wyczyścić dla ciebie sejf, ale... – Podniosła wzrok i umilkła, ujrzała bowiem Shade'a Colby'ego.

Spojrzał na jej twarz i skoncentrował się na oczach.

– Za co chciałaś mi zapłacić?

– Za pizzę. – Wraz z zawartością torby rzuciła na biurko portmonetkę. – Przypadek zagłodzenia i pomylenia tożsamości. Shade Colby. – Wyciągnęła rękę, zaciekawiona i, ku własnemu zdumieniu, zdenerwowana. Wyglądał jeszcze wspanialej, niż gdy znajdował się w tłumie. – Poznałam cię – ciągnęła – lecz nie sądzę, abyśmy byli sobie przedstawieni.

– Bo nie byliśmy. – Przytrzymał jej rękę i jeszcze raz przyjrzał się twarzy. Bardziej wyrazista i mocniej zbudowana, niż się spodziewał. Zgodnie ze swoją metodą, najpierw rozpoznawał silne strony, a dopiero potem słabsze. A także młodsza. Chociaż wiedział, że Bryan ma tylko dwadzieścia osiem lat, oczekiwał dziewczyny z wyglądu bardziej surowej i agresywnej, upozowanej na silną kobietę sukcesu, lecz ona wyglądała jak ktoś, kto dopiero co wrócił z plaży.

Miała luźny podkoszulek, ale była na tyle szczupła, że mogła sobie na to pozwolić. Warkocz sięgał jej prawie do pasa, a Shade natychmiast pomyślał, jak by wyglądała z rozpuszczonymi włosami. Zainteresowały go jej oczy, szare, prawie srebrzyste, o migdałowym kształcie. Właśnie takie lubił fotografować, resztę twarzy pozostawiając w cieniu. Wprawdzie nosi przy sobie całą torbę kosmetyków, ale nie widać, by ich używała.

W jej wyglądzie nie było nic z próżności, co dobrze wróżyło na przyszłość, bo nienawidził wypacykowanych, mizdrzących się i dąsających kobiet.

Wiedział, że Bryan też uważnie go lustruje, co przyjął z zawodowym zrozumieniem, jako że fotografowie, i w ogóle artyści, to ogromnie ciekawskie indywidua.

– Nie przeszkadzam ci w pracy?

– Nie, właśnie zrobiłam sobie przerwę. Siadaj.

Oboje zachowywali się powściągliwie. On zjawił się tutaj pod wpływem impulsu, ona zaś nie wiedziała, jak powinna go potraktować. Każde z nich dało sobie trochę czasu przed wyjściem poza uprzejmy, bezosobowy sposób bycia. Bryan pozostała za biurkiem, zaznaczając tym, że znajdują się na jej terenie, i czekała na pierwszy ruch Shade'a.

Natomiast on, z rękami w kieszeniach, uważnie rozejrzał się po studiu. Było przestronne i dobrze oświetlone. Zobaczył nieduże lampy, niebieską kotarę, reflektory i ekrany, a także aparat na statywie. Nie musiał przyglądać się z bliska, by stwierdzić, że jest to pierwszorzędny sprzęt, choć to oczywiście nic jeszcze nie mówiło o klasie fotografa.

Spodobał jej się sposób, w jaki stoi, niby na luzie, lecz tak naprawdę pełen dystansu i czujności. Gdyby musiała zrobić to teraz, sfotografowałaby go w półmroku, otoczonego aurą chmurnej samotności, byłoby to jednak wbrew jej zasadom, przed zrobieniem portretu Bryan bowiem musiała poznać człowieka.

Ile może mieć lat? – zastanawiała się. Trzydzieści trzy, najwyżej trzydzieści pięć. Był już nominowany do Pulitzera, gdy ona jeszcze chodziła do liceum. Co się z nią dzieje, dlaczego jest taka onieśmielona? To zupełnie do niej niepodobne!

– Przyjemne miejsce – skomentował, nim usiadł po drugiej stronie biurka.

– Dzięki. – Przechyliła swoje krzesło, aby spojrzeć na niego pod innym kątem. – Nie masz własnego studia, prawda?

– Najczęściej pracuję w terenie. – Sięgnął po papierosa. – Gdy to konieczne, wynajmuję lub wypożyczam jakieś atelier.

Spod sterty papieru i szpargałów wyłowiła popielniczkę.

– Sam robisz odbitki?

– Zgadza się.

Bryan pokiwała głową. Kilkakrotnie, gdy pracowała dla „Celebrity” i musiała powierzyć swój film komuś innemu, zawsze była niezadowolona. To był jeden z głównych powodów, dla których zdecydowała się założyć własną firmę.

– Uwielbiam pracę w ciemni.

Kiedy uśmiechnęła się po raz pierwszy, zmrużył oczy i skoncentrował się na jej twarzy. W czym tkwi jej siła? – zastanawiał się. Uznał, że w beztroskim i zrelaksowanym wygięciu warg.

Poderwała się, gdy zapukano do drzwi.

– Wreszcie.

Obserwował ją, gdy przechodziła przez pokój. Nie wiedział, że jest taka wysoka. Ocenił ją na prawie sto osiemdziesiąt centymetrów, z czego większość stanowiły nogi. Długie, smukłe i opalone. Już sam jej uśmiech był zniewalający, natomiast nogi – wprost zabójcze.

Dopiero kiedy przeszła obok niego, poczuł jej zapach. Dziewczyna nie pachniała kwiatami, nie używała też wytwornych perfum, tylko roztaczała wokół siebie jakiś cudowny aromat, pobudzający zmysły i kojarzący się z powolnym, leniwym seksem. Shade zaciągnął się papierosem i obserwował ją, gdy żartowała z młodym dostawcą.

Fotografowie są znani z tego, że z góry coś sobie zakładają, należy to do ich zawodowych nawyków. On założył, że Bryan będzie przesadnie grzeczna i opanowana, lecz teraz musiał szybko zmienić zdanie. Czy chce pracować z kobietą, która pachnie brzaskiem, a wygląda jak królowa plaży?

Shade otworzył jakiś folder. Na zdjęciu była kasowa gwiazda z dwoma Oscarami i trzema mężami na koncie. Bryan wystroiła ją w błyskotki, od których aż się iskrzyło. Banalna pompa dla monarchini, lecz podobizna dalece odbiegała od schematu.

Aktorka siedziała przy stole zastawionym słoikami i tubkami emulsji, balsamów i kremów, i ze śmiechem spoglądała na własne odbicie w lustrze. I nie był to śmiech upozowany i ostrożny, od którego nie robią się zmarszczki, ale gromki i spontaniczny, tak że niemal się go słyszało. A widz miał się domyślić, czy gwiazda śmieje się ze swojego odbicia, czy też z wizerunku, jaki przez lata stworzyła i za grube miliony sprzedała.

– Podoba ci się? – Bryan zatrzymała się przy nim.

– Tak. A jej?

Była tak głodna, że darowała sobie zbędne formalności. Zdjęła kartonową pokrywkę i schwyciła pierwszy kawałek pizzy.

– Zamówiła dla narzeczonego szesnaście z dwudziestu czterech ujęć. Chcesz kawałek?

Shade zajrzał do pudła.

– Nie zapomnieli tu czegoś dołożyć? – spytał z lekką ironią, ciasto bowiem obłożone było niesłychaną ilością różnorodnych dodatków.

– Nie. – Bryan przetrząsnęła szufladę biurka w poszukiwaniu serwetek, aż w końcu wyjęła papierowe chusteczki. – Wyznaję twardą zasadę nadmiernego pobłażania sobie. A zatem... – Rozparła się na krześle, podkładając pod siebie stopy. Uznała, że przyszedł czas, by przejść do kolejnego etapu. – Chcesz porozmawiać o zleceniu?

Shade wziął kawałek pizzy i garść chusteczek.

– Masz piwo?

– Napój gazowany, zwykły i dietetyczny. – Ugryzła potężny kęs. – Nie trzymam tu alkoholu, nieodmiennie kończy się to bowiem tym, że masz zalanych klientów.

Przez chwilę jedli w milczeniu, wciąż badając się nawzajem.

– Sporo myślałem o tym fotograficznym eseju – zaczął.

– To by była dla ciebie duża odmiana. – Kiedy tylko uniósł brew, Bryan zmięła serwetkę i rzuciła ją do kosza. – Twój ostatni materiał jest naprawdę mocny. Czuje się w nim wrażliwość i współczucie, ale przede wszystkim grozę.

– Bo to był groźny czas. Nie wszystko, co fotografuję, musi być ładne.

Tym razem ona uniosła brew. Czyżby zamierzał analizować drogę, jaką obrała w swojej karierze?

– Nie wszystko, co fotografuję, musi być brutalne i ociekające krwią. W sztuce jest także miejsce na piękno oraz zabawę.

– Jasne. Gdybyśmy patrzyli przez ten sam obiektyw, ujrzelibyśmy różne rzeczy.

– I dlatego każda fotografia jest niepowtarzalna. – Bryan pochyliła się i wzięła następny kawałek.

– Lubię pracować sam.

Jadła zamyślona. Jeżeli próbował ją rozzłościć, robił to dobrze. Rzeczywiście trudno z nim wytrzymać, od razu widać, że ma paskudny charakter. Jednak naprawdę chciała dostać to zlecenie, a bez Shade'a było to niemożliwe.

– Ja też wolę pracować sama – powiedziała, cedząc słowa – lecz czasami trzeba się zdobyć na kompromis. Shade, mam nadzieję, że już kiedyś słyszałeś to słowo? Oznacza ono taką sytuację: ty ustępujesz, ja ustępuję, aż wreszcie spotykamy się gdzieś w okolicy środka.

Potrafi być rzeczowa i twarda, to dobrze. Brakowało mu jeszcze w drodze baby, która by się rozklejała przy byle okazji. Trzy miesiące, pomyślał znowu. Kto wie? Jeśli się ustali podstawowe reguły gry?

– Ja wyznaczę trasę – zaczął z ożywieniem. – Za dwa tygodnie startujemy z Los Angeles i odwiedzamy wybrane przeze mnie miejsca. Każdy odpowiada za swój sprzęt i każdy pstryka sam. Bez żadnych narad i dyskusji.

Bryan zlizała sos z palca.

– Czy z tobą w ogóle ktoś próbuje dyskutować, Colby?

– W pracy nie uznaję tego pojęcia, a w życiu stosuję je tylko w wyjątkowych sytuacjach. – Powiedział to tak, jak się oznajmia oczywistą i banalną prawdę. – Wydawcy zależy na dwóch różnych spojrzeniach, więc je dostanie. Co pewien czas będziemy się zatrzymywać na dzień, może dwa, i wynajmiemy ciemnię. Będę przeglądał twoje negatywy.

Bryan zmięła kolejną chusteczkę.

– Nie, nie będziesz. – Powoli założyła nogę na nogę, a jej oczy pociemniały ze złości.

– Nie dopuszczę, aby moje nazwisko łączono z popkulturą.

Bryan z ledwie skrywaną furią wbiła zęby w pizzę. Mogłaby temu nadętemu arogantowi dać ostro do wiwatu, jednak przypomniała sobie, że złość pochłania zbyt wiele energii i z reguły prowadzi donikąd.

– Po pierwsze w umowie musi być zaznaczone, że każde nasze zdjęcie będzie osobno podpisane. W ten sposób nie będziemy musieli się wstydzić za nie swoje prace. Nie chciałabym, aby mnie posądzono o sztywniactwo i brak poczucia humoru. Jeszcze kawałek?

– Nie. – Gdy trzeba, potrafi być ostra, pomyślał. Mógłby się obrazić za te złośliwości, wolał je jednak od beznamiętnego przytakiwania. – Wyruszymy piętnastego czerwca, a wrócimy zaraz po Święcie Pracy [1]. – Obserwował, jak wygarnia trzeci kawałek pizzy. – Ponieważ przekonałem się, ile potrafisz zjeść, będziemy prowadzić osobne rachunki.

– Świetnie. A na wypadek gdyby przyszły ci do głowy jakieś dziwaczne pomysły, uprzedzam, że nie gotuję i nie sprzątam po facetach. Prowadzimy na zmianę, ale nie będę cię wyręczać za kierownicą, jeśli napijesz się alkoholu. Przed wynajęciem ciemni negocjujemy, kto pierwszy z niej korzysta. Od piętnastego czerwca do Święta Pracy jesteśmy partnerami, obowiązuje więc zasada „pół na pół”. Jeśli masz jakieś problemy, omówmy je od razu, zanim podpiszemy umowę.

Zastanawiał się. Miała dobry głos, łagodny, spokojny, niemal kojący. Mogą mieszkać obok siebie, oczywiście jeśli ona nie będzie się za często do niego uśmiechać, a on nie będzie myśleć o jej nogach. Zresztą, to drobiazg. Najważniejsze, by podołać zleceniu. O siebie jest spokojny, jednak Bryan stanowiła wielką niewiadomą.

– Masz kochanka?

Bryan omal nie udławiła się pizzą.

– Jeśli to propozycja – zaczęła spokojnie – to muszę odmówić. Nieokrzesani, marudni mężczyźni nie są w moim typie.

– Przez trzy miesiące będziemy siedzieć sobie na głowach. – Swoją złośliwą odpowiedzią niechcący go sprowokowała i Shade, równie nieświadomie, podjął tę grę. Przysunął się bliżej dziewczyny. – Nie zamierzam tłuc się z zazdrosnym kochankiem, który będzie nam deptać po piętach, nie chcę też, aby wciąż dzwonił i przeszkadzał mi w pracy.

Za kogo on ją uważa? Za smarkulę, która nie potrafi kierować swoim życiem? Pewnie ma nieciekawe doświadczenia z kobietami, ale to jego problem.

– Pozwól, że sama będę się martwić o moich facetów, Shade. – Z pasją wgryzła się w resztkę pizzy. – A ty martw się o swoje dziewczyny. – Wytarła palce w ostatnią chusteczkę i uśmiechnęła się. – Przepraszam, że psuję przyjęcie, ale muszę wracać do pracy.

Wstał i zanim spojrzeli sobie w oczy, zdążył jeszcze powędrować wzrokiem wzdłuż jej nóg. Zamierzał przyjąć zlecenie... i będzie miał trzy miesiące na ustalenie, co naprawdę czuje do Bryan Mitchell.

– Skontaktuję się z tobą.

– Oczywiście.

Spokojnie zaczekała, aż Shade opuści studio, a wtedy z szaleńczą energią poderwała się i cisnęła pustym pudełkiem w drzwi.

Zanosi się na długie trzy miesiące.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dobrze wiedziała, co robi. Miała pewne wyprzedzenie w pracy nad „Amerykańskim Latem” dla „Life-style”, ale bardziej od tego cieszył ją fakt, że jest o krok przed Shade'em Colbym. No, może o kroczek, lecz dobre i to.

Wątpiła, by ktoś taki jak on potrafił docenić odwieczną radość, jaką się przeżywa ostatniego dnia szkoły. Bo kiedy tak naprawdę zaczyna się lato, jeżeli nie wraz z tym szaleńczym wybuchem wolności?

Wybrała szkołę podstawową, ponieważ szukała niewinności, do tego usytuowaną w ruchliwym centrum miasta, chciała bowiem uwiecznić prawdziwy, spontaniczny wybuch radości, a nie zblazowanych małych milionerów, którzy po przekroczeniu bramy natychmiast wsiadają do limuzyn. Wybrała szkołę podobną do tysięcy innych, rozsianych po całych Stanach. Dzieciaki, które wysypią się przez drzwi, będą naprawdę dzieciakami, a dorośli ludzie, którzy spojrzą na fotografię, z uśmiechem wspomną swoją młodość.

Bryan długo krążyła, nim wreszcie znalazła odpowiednie miejsce. Nie zamierzała niczego aranżować, tylko bowiem szybkie, robione na chybił trafił ujęcia mogą jej zapewnić to, czego szukała, czyli spontaniczną, radosną i pełną gorączkowego podniecenia atmosferę.

Kiedy rozległ się dzwonek i drzwi otworzyły się z impetem, miała to, czego chciała. Młodzi ludzie omal jej nie stratowali, ale warto było zaryzykować. Krzycząc, wrzeszcząc i gwiżdżąc, dzieciaki kolorową chmarą wypadły na słońce.

Błyskawicznie przykucnęła i nacisnęła migawkę, chwytając dzieciarnię pod kątem, który oddawał dynamikę ruchów, dziki pęd, niesłychaną ciżbę i totalne zamieszanie.

Lećmy naprzód! Jest lato, a każdy dzień jest początkiem weekendu! Ten okrzyk mogła wyczytać na twarzy każdego dziecka.

Odwracając się, pstryknęła kolejną nadbiegającą watahę. Po obróbce dzieci będą wyglądały, jakby szarżowały od strony magazynu. Bez namysłu ustawiła pionowo aparat – i trafiła bezbłędnie. Ośmioletni chłopiec zeskoczył ze schodów, z wysoko podniesionymi rękami i z roześmianą szeroko buzią. Złapała go, kiedy był jeszcze w powietrzu i górował nad rozbieganą dzieciarnią. Sfotografowała malca w chwili, gdy wprost zachłystywał się magiczną, złotą wolnością, oferującą to wszystko, co w życiu najlepsze i najpiękniejsze.

Chociaż już wiedziała, które zdjęcie przeznaczy dla „Life-style”, kontynuowała pracę, aż wreszcie po dziesięciu minutach zapanowała cisza.

Zadowolona, ustawiła inaczej aparat, zdecydowała się bowiem sfotografować opustoszałą szkołę. By zneutralizować ostre słońce, postanowiła dodać filtr, a przy wywoływaniu ominie światło, zasłaniając fragment kliszy. Chciała skontrastować życie i energię, które przed chwilą wyparowały z budynku, z pełną oczekiwania pustką.

Wreszcie wyprostowała się i odłożyła aparat.

Koniec szkoły, pomyślała z radością. Poczuła w sobie ten jedyny w swoim rodzaju powiew dzikiej swobody. Właśnie zaczęło się lato.

Po odejściu z „Celebrity” praca Bryan wcale nie stała się lżejsza, dziewczyna okazała się bowiem dla siebie bardziej surowym i twardszym szefem niż dyrekcja magazynu. Kochała swoją robotę i często harowała po kilkanaście godzin na dobę, a były mąż zarzucał jej, że ma obsesję na punkcie pracy. Nie zaprzeczała ani się przed tym nie broniła, a teraz, gdy minęło zaledwie dwa dni, od kiedy wyruszyli w drogę z Shade'em, stwierdziła, że nie jest w tym odosobniona.

Uważała się zawsze za niestrudzonego wyrobnika, lecz w porównaniu z Shade'em była słabeuszem. W pracy okazywał niebywałą cierpliwość, za co go podziwiała i o co była zazdrosna. Patrzyli na świat z dwóch krańcowo odmiennych pozycji. Bryan, fotografując scenę, starała się wyrazić swój osobisty stosunek i emocjonalne zaangażowanie dotyczące tematu, natomiast Shade poszukiwał dwuznaczności. O ile jego fotografie mogły wywoływać wiele różnych reakcji, o tyle osobisty pogląd autora prawie zawsze pozostawał tajemnicą. Zresztą wszystko, co dotyczyło jego osoby, kryło się w półmroku.

Nie był rozmowny, ale Bryan to nie przeszkadzało, dzięki temu bowiem miała wrażenie, że pracuje sama, denerwujące było natomiast to, że często uważnie jej się przypatrywał. Nie lubiła, gdy próbowano rozkładać ją na czynniki pierwsze, jakby znajdowała się pod mikroskopem... lub na muszce celownika.

Po pierwszym spotkaniu widzieli się jeszcze dwukrotnie, musieli bowiem omówić trasę oraz dokładną tematykę ich pracy. Shade nie okazał się ani trochę łatwiejszy w kontakcie, przeciwnie – bywał ostry i porywczy. Ponieważ obojgu zależało na tej robocie, jej propozycja, by na drodze kompromisu spotkali się w połowie drogi, okazała się jedynym sensownym rozwiązaniem.

Kiedy minęła pierwsza irytacja, Bryan stwierdziła, że na tych kilka miesięcy mogą się nawet zaprzyjaźnić, oczywiście tylko na płaszczyźnie zawodowej, jednak po dwóch dniach współpracy radykalnie zmieniła zdanie. Shade nie wzbudzał żadnych cieplejszych uczuć, albo się bowiem popisywał, albo dla odmiany wściekał, a Bryan nienawidziła i jednego, i drugiego.

Z uwagą analizowała swojego partnera, wmawiając sobie, że robi to z konieczności, nie wyrusza się przecież w długą trasę z mężczyzną, o którym nic się nie wie. Im jednak więcej odkrywała, tym bardziej rosła jej ciekawość, gdyż każda odpowiedź wywoływała następne pytania.

Ożenił się i rozwiódł, gdy miał zaledwie dwadzieścia kilka lat, lecz nie dotarły do niej żadne plotki ani anegdoty z tym związane, co świadczyło, że Shade potrafił perfekcyjnie zacierać za sobą ślady. Jako fotograf „International View” spędził pięć lat poza krajem, jednak nie w Paryżu, Londynie czy Madrycie, lecz w Laosie, Libanie i Kambodży. Jego prace były nominowane do Nagrody Pulitzera i do Overseas Press Club Award.

Mogła do woli studiować i rozbierać na czynniki pierwsze prace Shade'a, były przecież publikowane w wielkich nakładach, lecz jego osobiste życie ukryte było w nieprzeniknionym mroku. Prawie nie udzielał się towarzysko, a jeśli nawet miał przyjaciół, to byli wobec niego lojalni i nie puszczali pary z ust. Jeżeli chce się czegoś o nim dowiedzieć, będzie musiała to zrobić podczas wspólnej pracy.

Ostatni dzień w Los Angeles postanowili spędzić na fotografowaniu plaży. Sam fakt, że udało im się podjąć wspólną decyzję, uznała za dobry znak. Plażowe sceny będą zresztą jednym z ich stałych tematów, od Kalifornii po przylądek Cod.

Po raz pierwszy szli razem wzdłuż plaży, jak przyjaciele albo kochankowie, wprawdzie nie dotykając się, lecz zgodnym krokiem. Milczeli, ale Bryan już się przyzwyczaiła, że Shade nie gada na próżno, chyba że przyjdzie mu na to nagła ochota.

Choć dochodziła dopiero dziesiąta, słońce mocno prażyło. Ponieważ był ranek powszedniego dnia, większość plażowiczów stanowiła młodzież i dzieci oraz emeryci. Gdy Bryan przystanęła, Shade poszedł dalej bez słowa.

Zafrapował ją mocno skontrastowany obraz. Starsza kobieta w nisko nasadzonym na głowę przeciwsłonecznym kapeluszu z szerokim rondem, w długiej sukni plażowej i w robionym szydełkiem szalu, siedziała pod parasolką i obserwowała kopiącą dołek wnuczkę, ubraną jedynie w różowe, plisowane majteczki. Dziewczynkę zalewało słońce, natomiast kobietę spowijał cień.

Bryan musiała zdobyć zgodę babci na zrobienie zdjęcia, co zawsze przychodziło jej z trudem i starała się tego unikać. Lecz nie teraz.

Kobieta miała na imię Sadie, tak samo zresztą jak jej wnuczka. Nim jeszcze Bryan pierwszy raz nacisnęła migawkę, wiedziała, że zatytułuje fotografię „Dwie Sadie”. Jedyne co należało zrobić, to przywołać znowu to marzycielskie, nieobecne spojrzenie oczu babci.

Trwało to dwadzieścia minut. Bryan zapomniała, że jest jej za gorąco, tylko słuchała, dumała i wymyślała ujęcia. Wiedziała, czego chce. Zdjęcie miało ukazać rozsądną i pełną instynktu samozachowawczego kobietę, kompletnie pozbawioną tych cech dziewczynkę oraz łączącą je bliską, seredeczną więź.

Pochłonięta wspomnieniami, Sadie zapomniała o aparacie i nie zauważyła, kiedy Bryan zaczęła robić zdjęcia. Zależało jej na tym, by fotografia była wyrazista, to znaczy by bezlitośnie ujawniła zmarszczki i bruzdy starszej pani, skontrastowane z czystą i nieskazitelną skórą małej.

Bryan rozmawiała jeszcze kilka minut, po czym zapisała adres kobiety, obiecując przysłać odbitkę. Ruszyła przed siebie, czekając na następną scenę, którą warto by utrwalić.

Także Shade znalazł już swój pierwszy obiekt, ale nie zagadywał go. Mężczyzna leżał na brzuchu, na wyblakłym kąpielowym ręczniku. Był czerwony, flaczasty i anonimowy. Biznesmen, spędzający wolny ranek, może komiwojażer z Iowy – to było bez znaczenia. Shade, w przeciwieństwie do Bryan, nie szukał indywidalności, ale wspólnych cech u tych wszystkich ludzi, którzy smażyli się na słońcu. Obok mężczyzny stała zatknięta w piasek plastikowa butelka z emulsją do opalania, leżały także gumowe klapki.

Shade wybrał dwa ujęcia i pstryknął sześć razy, nie zamieniając słowa z chrapiących wielbicielem słonecznej kąpieli. Zadowolony, rozejrzał się uważnie po plaży. Trzy metry od niego Bryan zdejmowała szorty i bluzkę. Połyskujący czerwony kostium kąpielowy prowokacyjnie odsłaniał najwyższą część jej ud. Stała do niego profilem. Był wyrazisty, ładnie zarysowany, jakby pieczołowicie wyrzeźbiony.

Shade nie zastanawiał się. Złapał ją w kadr, ustawił parametry, odrobinę poprawił kąt i czekał. W momencie kiedy opuściła ręce do dekoltu podkoszulka, zaczął fotografować.

Była taka rozluźniona i naturalna. W świecie, w którym samouwielbienie stanowiło religię, nie znał nikogo tak absolutnie nieskrępowanego i nieświadomego siebie. Jej ciało było jedną cieniutką i długą linią, coraz bardziej wyraźną, w miarę jak ściągała przez głowę podkoszulek. Na moment wystawiła twarz do słońca, jakby chciała, by pochłonął ją żar.

Shade poczuł pożądanie, ale nie przejął się tym.

To był, jak to się mówi w ich fachu, decydujący moment. Fotograf myśli, a następnie pstryka, przez cały czas obserwując scenę. Gdy elementy wzrokowe i emocjonalne pokrywają się ze sobą, a tak było w tym przypadku, można mówić o sukcesie. Nie fotografuje dwa razy – albo wychwyci się decydujący moment, albo zostaje się z niczym. Jeśli Shade na chwilę zadrżał, to tylko dlatego, że udało mu się uchwycić naturalną, leniwą zmysłowość Bryan.

Przed laty nauczył się dystansować wobec fotografowanych obiektów, inaczej bowiem mogą zjeść człowieka żywcem. Może Bryan Mitchell na taką nie wygląda, ale Shade wolał nie ryzykować. Odwrócił się i zapomniał o niej... prawie.

Po ponad czterech godzinach ich drogi znowu się skrzyżowały. Bryan siedziała w słońcu obok kiosku z jedzeniem i pałaszowała hod doga ukrytego pod dużą warstwą musztardy i przypraw. Z jednej strony stała jej torba z aparatem, z drugiej puszka z gazowanym napojem.

– Jak poszło? – zapytała z pełnymi ustami.

– Dobrze. Czy pod tym jest hot dog?

– Aha. – Przełknęła i pokazała ręką na stragan. – Rewelacyjny.

– Daruję sobie. – Pochylił się, sięgnął po jej grzejący się w upale napój i wypił duży haust.

– Jak możesz pić to słodkie świństwo?

– Potrzebuję dużo cukru. Zrobiłam parę zdjęć, z których jestem zadowolona. – Wyciągnęła rękę po puszkę. – Chcę zrobić odbitki, zanim jutro ruszymy.

– Pod warunkiem, że będziesz gotowa na siódmą.

Bryan zmarszczyła nos. Wolałaby pracować do świtu, niż wstawać tak wcześnie. Pogodzenie ich tak diametralnie różnych biologicznych zegarów nie będzie łatwe. Rozumiała i podziwiała piękno i siłę wyrazu obrazów o wschodzie słońca, tak się jednak składało, że wolała tajemniczość i barwy zachodzącego słońca.

– Będę gotowa. – Wstając, otrzepała piasek z pupy, po czym naciągnęła podkoszulek na kostium. Wyglądała zabójczo. – Pod warunkiem, że ty prowadzisz na pierwszej zmianie – ciągnęła. – Do dziesiątej będę już na chodzie.

Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Shade należał do tych ludzi, którzy analizują każdy ruch, każdą fakturę, formę, kolor. Rozbierał wszystko na czynniki pierwsze, a dopiero potem łączył je w całość. To była jego metoda, nic pod wpływem impulsu. A jednak wyciągnął rękę i nawinął na palce jej warkocz, nie zastanawiając się nad tym, co robi, ani nad konsekwencjami. Po prostu chciał dotknąć jej włosów.

Ujrzał, jak bardzo jest zdumiona, ale nie wyrwała się ani też nie uśmiechnęła z ironiczną pobłażliwością, co najskuteczniej przywołałoby go do porządku.

Miała miękkie i delikatne włosy, czego wcześniej się domyślał, mówiły mu to bowiem jego oczy, a teraz potwierdziły palce. A jednak wolałby, żeby były rozpuszczone, bo wtedy mógłby się nimi pobawić.

Nie rozumiał jej. Jak to możliwe, że zarabia na życie, fotografując high life, przepych i bogactwo, a sama jest na to całkowicie odporna. Jej jedyną biżuterią był cienki złoty łańcuszek z krzyżykiem. Do tego nie stosuje makijażu, lecz jej zapach przyprawia o męki. Kilkoma znanymi każdej kobiecie dotknięciami pędzelka mogłaby się zamienić w kogoś zapierającego dech w piersi, ale ona jakby nie dostrzegała tych możliwości, zdając się na prostotę i naturalność. Już samo to było oszałamiające.

Wiele godzin temu Bryan postanowiła, że nie da się olśnić, w tym samym czasie Shade postanowił nie dać się oszołomić. Bez słowa puścił jej warkocz.

– Chcesz, żeby cię odwieźć do domu czy do studia?

Ach, tak? Jeszcze przed chwilą próbował się zalecać, a teraz już kombinuje, gdzie ją wysadzić?

– Do studia. – Bryan pochyliła się po torbę z aparatem. Miała potworne pragnienie, ale wyrzuciła do kosza wypity do połowy gazowany napój. Obawiała się, że go nie przełknie. Gdy szli do samochodu, postanowiła dać upust rozsadzającej ją złości.

– Czy bardzo lubisz ten swój trzeźwy, wyobcowany wizerunek, który doprowadziłeś do perfekcji, Shade?

Nie spojrzał na nią, ale prawie się uśmiechnął.

– Jest wygodny.

– Nie dla tych, którzy przebywają w promieniu półtora metra od ciebie. – Niech ją kule biją, jeśli nie przyprze go do muru. – Może za bardzo przejmujesz się prasą – zasugerowała. – Shade Colby, tajemniczy i intrygujący jak jego imię, niebezpieczny i zniewalający jak jego fotografie.

Teraz, ku jej zdumieniu, naprawdę się uśmiechnął. Nagle zmienił się w kogoś, z kim mogłaby wziąć się za ręce i beztrosko się pośmiać.

– Gdzieś ty się tego, do diabła, naczytała?

– „Celebrity” – mruknęła. – Kwiecień, pięć lat temu. Zamieścili artykuł o aukcji fotografii w Nowym Jorku. Jedna z twoich odbitek poszła w Sotheby's za siedemset pięćdziesiąt dolarów.

– Naprawdę? – zdziwił się. – Masz lepszą pamięć ode mnie.

Stanęła w miejscu, patrząc mu prosto w twarz.

– Bo ją, do cholery, sama kupiłam. To jest posępny, przygnębiający i fascynujący pejzaż miejski, za który nie dałabym dziesięciu centów, gdybym wówczas cię znała. I który, gdybym nie była do niego przywiązana, wywaliłabym od razu z domu. W tej sytuacji odwrócę go na pół roku do ściany, aż zapomnę, że jego autor jest dupkiem.

Shade popatrzył na nią spokojnie, a następnie pokiwał głową.

– Masz niezłe gadane, kiedy się wkurzasz.

Rzuciła mu jedno krótkie, ale dosadne słowo, następnie odwróciła się i ruszyła w stronę samochodu. Zatrzymał ją, gdy otwierała drzwi od strony pasażera.

– Skoro przez najbliższe trzy miesiące mamy razem mieszkać, zechciej może od razu wszystko wywalić.

– Jakie wszystko? – wycedziła przez zęby.

– Wszystko, co ci leży na wątrobie.

No cóż, naprawdę nie lubiła się złościć, zbyt wiele ją to bowiem kosztowało, ale trudno, musi mu to powiedzieć.

– Nie lubię cię. Niby nic wielkiego, ale tak się jakoś składa, że nie przychodzi mi na myśl nikt inny, o kim mogłabym to samo powiedzieć.

– Nikt?

– Nikt.

Z jakiegoś powodu uwierzył jej. Pokiwał głową, przytrzymując jednocześnie jej ręce, które oparła o krawędź drzwi samochodu.

– Z dwojga złego wolę być tym jednym jedynym niż każdym. A zresztą, dlaczego mielibyśmy się lubić?

– Łatwiej by się nam pracowało.

Zastanawiał się nad tym przez chwilę, nadal nie puszczając jej dłoni, delikatnej z wierzchu, szorstkiej od spodu. Spodobał mu się ten kontrast, może nawet za bardzo.

– Lubisz łatwe rzeczy?

Zabrzmiało to jak obelga. Wyprostowała się. A ponieważ jej oczy znalazły się na wysokości jego ust, cofnęła się lekko.

– Tak. Komplikacje nie są moją specjalnością, bo tylko utrudniają i gmatwają sprawy. Wolę ich unikać i zajmować się tym, co naprawdę ważne.

– Moglibyśmy zatem usunąć tę główną komplikację, zanim zaczniemy pracować.

To, że skoncentrowała się na jego oczach i wytrzymywała jego wzrok, nie oznaczało, że nie czuła lekkiego, ale zdecydowanego uścisku jego rąk. No cóż, wreszcie zbliżyli się do tematu, którego dotąd tak skrupulatnie unikali, więc Bryan podjęła go niezwłocznie i bez ceregieli.

– Jesteś mężczyzną, a ja jestem kobietą.

Ubawił go sposób, w jaki mu to rzuciła w twarz.

– Masz rację, możemy jednak powiedzieć, że oboje jesteśmy fotografami, nie precyzując w ten sposób płci. – Nieznacznie uśmiechnął się do niej. – A poza tym, wszystko to jest bzdurą.

– Być może – powiedziała na wszelki wypadek – ale zależy mi, aby wszystko było jasne. Najważniejsze jest zlecenie i to, że cię nie lubię, na pewno okaże się bardzo pomocne.

– Wzajemna sympatia nie ma nic wspólnego z chemią.

Uśmiechnęła się beztrosko, choć z trudem trzymała się na wodzy.

– Czy w ten sposób starasz się kulturalnie określić pożądanie?

Podobało mu się, że nie należała do osób, które, gdy już poruszą jakąś sprawę, zaczynają kręcić i motać.

– Niezależnie od tego, jak to nazwiesz, i tak nie unikniesz komplikacji. Lepiej dobrze się temu przyjrzyjmy, a potem dajmy spokój. – Jeszcze mocniej przycisnął jej ręce. Wiedziała, o co chodzi, ale nie rozumiała powodu. – Zastanawianie się nad tym, jak by mogło być, będzie nas tylko rozpraszać – ciągnął Shade. Czuł pod palcami jej przyspieszony puls, ale nie cofnęła rąk. Jeśli więc... Zresztą, po co spekulować, lepiej od razu przystąpić do rzeczy. – Przekonajmy się. A potem schowamy to do akt, zapomnimy o tym i weźmiemy się do pracy.

To brzmiało logicznie, a Bryan z reguły nie ufała niczemu, co brzmiało za bardzo logicznie. Niemniej jednak trafił w dziesiątkę, mówiąc, że zastanawianie się może ich tylko rozpraszać. Przekonała się o tym sama, robiła to już bowiem od wielu dni. Usta Shade'a zdawały się jego najdelikatniejszą stroną, mimo że miały surowy, stanowczy i nieustępliwy wygląd. Jakie będą w dotyku? Jaki mogą mieć smak?

Powędrowała wzrokiem w ich stronę, a one wygięły się w uśmiechu. Nie była pewna, czy był to wyraz wesołości, czy sarkazmu, ale się zdecydowała.

– Zgoda. – Czy pocałunek może być intymny, jeżeli dzielą ich drzwi samochodu?

Pochylali się ku sobie powoli, jakby każde z nich oczekiwało, że drugie cofnie się w ostatniej chwili. A kiedy zetknęli się wargami, zrobili to lekko, beznamiętnie. I na tym mogłoby się skończyć. W ogólnych zarysach można to było nazwać pocałunkiem. Spotkanie dwojga ust, nic więcej.

Żadne z nich nie potrafiłoby powiedzieć, kto to zmienił oraz czy było to rozmyślne, czy też przypadkowe. Należeli do ludzi ciekawskich, co mogło odegrać tu pewną rolę. A może po prostu tak musiało się stać? Charakter pocałunku zmienił się gwałtownie i niczego nie można było już zatrzymać ani tym bardziej żałować.

Otwarte, zapraszające i chętne usta, splecione palce, przechylone głowy i coraz głębszy pocałunek. Bryan, wtłoczona w twarde, nieustępliwe drzwi, domagała się więcej, gryząc zębami dolną wargę Shade'a. Miała rację, jego usta były niewiarygodnie delikatne i niezwykle szczodre.

Nie przywykła do takich gwałtownych zmian natroju i nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. Nie było mowy o biernym uczestnictwie, a dotąd sądziła, że na tym tylko ma polegać pocałunek. A teraz musiała poświęcić mu całą swoją siłę i energię, wiedząc przy tym, że kiedy to się skończy, będzie cudownie, słodko wykończona... oraz że po takiej uczcie natychmiast zacznie sobie wyobrażać dalsze dania.

Do diabła, powinien był wiedzieć, że Bryan wcale nie jest taka nieskrępowana i nieskomplikowana, na jaką wygląda. Czyż patrząc na nią, nie cierpiał katuszy? A skosztowanie jej nie zmniejszy ich, a tylko wzmoże. Może sprawić, że straci panowanie nad sobą, a przecież była to podstawa jego sztuki życia, w której kontrola nad ciałem i umysłem była naczelnym hasłem. Rozwijał i doskonalił tę umiejętność przez długie lata znoju, strachu i oczekiwań.

Shade przekonał się, że tę samą kontrolowaną świadomość, która mu się przydaje w ciemni, tę samą logiczną precyzję, którą używa, robiąc ujęcie, można również stosować wobec kobiet, co czynił przez lata z powodzeniem, nie ponosząc przy tym żadnego szwanku. I oto jeden raz posmakował Bryan i przekonał się, jak zawodna może być ta samokontrola.

Żeby udowodnić sobie, a może i jej, że potrafi sobie z tym poradzić, zaczął całować głębiej, gwałtowniej i namiętniej. Wiedział, że igra z ogniem, może jednak tego właśnie szukał.

Potrafi zatracić się w pocałunku, ale później wróci do normy i nic się nie zmieni.

Miała gorący, słodki i mocny smak, wprost rozpalała go. Musi się zatrzymać, w przeciwnym razie płomień pozostawi na nim bliznę. A miał ich niemało. Życie nie jest takie urocze, jak pierwszy pocałunek w gorące popołudnie, wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek.

Shade odsunął się, zadowolony, że jeszcze nad sobą panuje. Wprawdzie puls bił mu nierównomiernie i z trudem zbierał myśli, ale jednak nie stracił kontroli.

Bryan wirowało w głowie tak bardzo, że nie potrafiłaby odpowiedzieć na najprostsze pytanie. Chwyciła się drzwi samochodu i czekała, aż odzyska równowagę. Przeczuwała, że ten pocałunek ją wykończy, i nie pomyliła się.

Spojrzenie jej oczu było tak łagodne, że nie można było mu się oprzeć. Odwrócił się.

– Podrzucę cię do studia.

Gdy Shade obchodził samochód, Bryan opadła na fotel. Odłożyć do akt i zapomnieć o tym, pomyślała. Tylko jak to zrobić?

Próbowała. Włożyła tyle wysiłku, aby zapomnieć, co dzięki Shade'owi poczuła, że pracowała aż do trzeciej nad ranem. Zanim dotarła do domu, wywołała film ze szkoły i z plaży, wybrała negatywy, z których chciała zrobić odbitki, i doprowadziła je do takiej perfekcji, że uznała je za jedne ze swoich najlepszych prac.

Teraz zostały jej cztery godziny na jedzenie, pakowanie i sen. Po przyrządzeniu sobie potężnego sandwicza Bryan wyciągnęła walizkę i zaczęła do niej wrzucać najniezbędniejsze rzeczy. Nieprzytomna ze zmęczenia, popiła mlekiem bułkę, mięso i ser, i znów zabrała się do pakowania.

Wygrzebała z górnej półki szafy pudełko z niewyszukaną, po męsku skrojoną piżamą, którą dostała od matki na Gwiazdkę. Zupełnie bezpłciowa, pomyślała, i dorzuciła ją do sterty bielizny i dżinsów. Oby tylko podobnie w niej się czuła. Tego popołudnia przypomniano jej dobitnie, że jest kobietą, kobieta zaś ma pewne słabości, przed którymi nie zawsze potrafi się obronić.

Nie chciała znowu być kobietą w konfrontacji z Shade'em. To było zbyt niebezpieczne, a ona unikała niebezpiecznych sytuacji. Ponieważ nie należała do tych, które na pierwszym miejscu stawiają prawa płci, więc nie powinna mieć z tym problemu.

Tak sobie powiedziała.

Gdy już zaczną pracować, będą tak zajęci i zaaferowani, że nawet nie zauważą, gdyby się okazało, że któreś z nich ma dwie głowy i cztery kciuki.

Tak sobie powiedziała.

To co się zdarzyło tego popołudnia, należy do tych ulotnych sytuacji, które przytrafiają się fotografom, gdy poddają się chwili, lecz to się nigdy więcej nie powtórzy, ponieważ okoliczności nigdy nie będą takie same.

Tak sobie powiedziała.

Po czym przestała myśleć o Shadzie Colbym. Dochodziła czwarta rano i następne trzy godziny należały wyłącznie do niej. Nieprędko nadarzy się taka okazja. Spędzi je w sposób, który najbardziej lubi, czyli śpiąc. Szybko się rozebrała i dobrnęła do łóżka, zapominając zgasić światło.

Na drugim krańcu miasta Shade leżał w ciemności. Nie spał, choć już od paru godzin był spakowany. Przy drzwiach stały równiutko poustawiane bagaże, włącznie ze sprzętem. Był przygotowany i kompletnie rozbudzony.

Nie mógł zasnąć. No cóż, zdarza się, lecz tym razem zaniepokoił się przyczyną takiego stanu rzeczy, jako że była nią Bryan Mitchell. Chociaż przez cały wieczór usiłował nie myśleć o niej, to rezultat był wielce mizerny.