Pewnego dnia - David Levithan - ebook
Opis

Każdy dzień jest dla Rhiannon taki sam. Dziewczyna zaakceptowała swoje życie, wmówiła sobie, że zasługuje na takiego niezaangażowanego i humorzastego chłopaka, jakim jest Justin. Żyje według wytyczonych przez siebie zasad: Nie bądź zaborcza; nie irytuj go; nie miej wielkich nadziei... Ale Pewnego dnia wszystko się zmienia. Justin wydaje się wreszcie ją zauważać, po raz pierwszy chce naprawdę z nią być! Nastolatkowie spędzają romantyczny dzień, którego chłopak nazajutrz nie pamięta... Zdezorientowana i zrozpaczona [przygnębiona] Rhiannon zaczyna mieć wątpliwości. I nagle zupełnie obca osoba mówi jej, że Justin, z którym spędziła tamte cudowne chwile, Justin, przy którym czuła się sobą… wcale nie był Justinem...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału
Another Day
Projekt okładki
MARIUSZ BANACHOWICZ
Redakcja
URSZULA ŚMIETANA
Korekta
ANNA BROCZKOWSKA-NGUYEN
Redakcja techniczna
LOREM IPSUM
Text copyright © 2015 by David Levithan
Polish edition © Publicat S.A. MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5332-6
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
ROZDZIAŁ 1

Obserwuję, jak jego samochód wjeżdża na parking. Przyglądam się, jak wysiada. Znajduję się w narożniku jego pola widzenia, przesuwam się ku środkowi... Jednak on wcale się nie rozgląda. Idzie prosto do szkoły, nie zauważając mojej obecności. Mogłabym go zawołać, ale on tego nie lubi. Uważa, że tak robią zaborcze dziewczyny – nawołują głośno swoich chłopaków.

Jakie to bolesne, że on wypełnia mnie po brzegi, podczas gdy mnie w nim prawie nie ma.

●●●

Zastanawiam się, czy to, że mnie nie szuka, to efekt wczorajszego wieczoru, czy znak, że nasza kłótnia nadal trwa. Jak większość awantur, także i ta dotyczyła jakiejś głupoty, ale pod powierzchnią czaiły się poważniejsze problemy. A ja tylko zapytałam go, czy chce iść w sobotę na imprezę do Steve’a – i nic więcej. Zaczął mnie wypytywać, dlaczego w niedzielę wieczorem domagam się planów na sobotę. Zarzucił mi, że ciągle tak robię – próbuję wymuszać na nim deklaracje, jakbym uważała, że jeśli nie poruszę tego tematu miesiąc wcześniej, to już nic z tego nie będzie. Odparłam, że to nie moja wina, że boi się planować i ustalać, co będzie dalej.

Wielki błąd. Powiedziałam, że się boi, a to błąd. Przypuszczam, że to jedyne słowo z mojej wypowiedzi, jakie usłyszał.

– Nie masz pojęcia, o czym mówisz – stwierdził.

– Mówiłam o imprezie u Steve’a w najbliższą sobotę – odpowiedziałam mocno już zdenerwowana, co nie wróżyło nic dobrego. – To wszystko.

Tylko że to wcale nie wszystko. Justin kocha mnie i nienawidzi tak samo, jak ja kocham i nienawidzę jego. Tak jest. Oboje mamy swoje punkty zapalne, na których nie powinniśmy się skupiać. Czasami jednak nie możemy się powstrzymać. Znamy się za dobrze, a jednak niewystarczająco dobrze.

Kocham kogoś, kto boi się przyszłości, i jak kretynka ciągle poruszam ten temat.

●●●

Idę za nim, to oczywiste. Tylko zaborcza dziewczyna wściekałaby się na swojego chłopaka z tak błahego powodu jak to, że nie zauważył jej na parkingu.

Pochodzę do jego szafki, zastanawiając się, którego Justina dzisiaj spotkam. Zapewne nie będzie to Kochany Justin, bo taki rzadko pokazuje się w szkole. Mam nadzieję, że nie będzie to Wściekły Justin, bo chyba niczym aż tak nie zawiniłam. Liczę na Spokojnego Justina, bo takiego go lubię. W jego obecności wszyscy mogą się wyciszyć.

Stoję za nim, gdy wyciąga podręczniki z szafki. Wpatruję się w jego kark, bo uwielbiam to miejsce na jego ciele. Jest w nim coś tak przyciągającego, że chciałabym go tam pocałować.

W końcu odwraca się i spogląda na mnie. Nie jestem w stanie odczytać wyrazu jego twarzy, przynajmniej nie od razu. Mam wrażenie, że próbuje mnie rozszyfrować, tak jak ja próbuję rozszyfrować jego. Może to dobry znak, może to oznacza, że się o mnie martwi. Albo zły znak, ponieważ nie rozumie, po co tu stoję.

– Hej – mówi.

– Hej – odpowiadam.

Dostrzegam coś intensywnego w jego spojrzeniu, mam pewność, że coś mu się nie spodobało. Zawsze znajdzie się coś, co może mu się nie spodobać.

Ale nie mówi nic, co jest dziwne. A co jeszcze dziwniejsze, w końcu pyta:

– Wszystko w porządku?

Najwidoczniej wyglądam bardzo żałośnie, skoro zadał mi takie pytanie.

– Pewnie – mówię. Nie mam pojęcia, jakiej odpowiedzi oczekuje. Nic nie jest w porządku – taka jest prawda, ale tego nie mogę mu powiedzieć. Tyle jeszcze rozumiem.

Niebezpieczeństwo. Jeśli to ma być pułapka, wcale mi się to nie podoba. Jeśli to kara za to, co powiedziałam wczoraj, chciałabym już to mieć za sobą.

– Jesteś na mnie zły? – pytam, chociaż sama nie wiem, czy chcę znać odpowiedź.

– Nie – odpowiada. – Wcale nie jestem na ciebie zły.

Kłamca.

Kiedy między nami pojawiają się problemy, to ja zwykle zwracam na nie uwagę. Martwię się za nas oboje. Nie mogę tylko zbyt często mówić o tym Justinowi, bo wyszłoby na to, że chwalę się swoją empatią, a jemu zarzucam jej brak.

Niepewność. Czy mam zapytać o wczorajsze? Albo udawać, że nic się nie zdarzyło – że nic nigdy się nie dzieje?

– Nadal masz ochotę na wspólny lunch? – pytam i zaraz dociera do mnie, że znów próbuję czynić plany.

Może jednak jestem zaborcza.

– Oczywiście – odpowiada Justin. – Wielką ochotę.

Cholera, pogrywa ze mną. Na pewno.

– Ale nie żeby mi jakoś bardzo zależało – dodaje.

Patrzę na niego, chyba mówi szczerze. Może jednak nie powinnam zakładać najgorszego. Może jednak moje zaskoczenie sprawiło, że poczuł się głupio.

Chwytam go za rękę. Jeśli jest gotów zapomnieć o wczorajszym, ja tym bardziej. Tak jest zawsze. Po naszych głupich kłótniach nadchodzą lepsze chwile.

– Cieszę się, że się na mnie nie gniewasz – mówię mu. – Chciałabym tylko, żeby wszystko grało.

On wie, że go kocham. Ja wiem, że on kocha mnie. Nigdy nie podajemy tego w wątpliwość. Chodzi tylko o to, co z tym robimy.

Czas. Dzwoni dzwonek. Niestety, szkoła nie istnieje wyłącznie po to, żebyśmy mogli być razem.

– Do zobaczenia później – żegna się Justin.

Trzymam się tego. To jedyne, co pomoże mi przetrwać pustkę, która teraz nastąpi.

●●●

Oglądałam jeden z ulubionych seriali i któraś z gospodyń domowych powiedziała coś w stylu: „jest walniętym gościem, ale to mój walnięty gość”, a ja wtedy pomyślałam sobie: „cholera jasna, dlaczego uważam, że mówi moimi słowami? Tak właśnie myślę, no i co z tego?”. Na tym chyba właśnie polega miłość – że widzę, jaki jest popaprany, ale i tak go kocham, bo wiem, że i ja jestem tak samo popaprana, a może nawet bardziej.

Nie minęła jeszcze pierwsza godzina naszej pierwszej randki, a już włączył alarm.

– Ostrzegam cię – powiedział podczas kolacji w TGI Fridays. – Jestem problematyczny. Bardzo problematyczny.

– Inne dziewczyny też zawsze ostrzegasz? – zapytałam, flirtując z nim.

Jednak jego odpowiedź nie miała nic wspólnego z flirtem. Była szczera.

– Nie – odparł.

W ten sposób dawał mi znać, że jestem dla niego kimś ważnym – i to już od samego początku.

Wcale nie chciał mi tego mówić, a jednak tak się stało.

I chociaż zapomniał mnóstwa innych szczegółów z tamtej randki, te słowa zawsze pamięta.

„Ostrzegałem cię! – krzyczy, kiedy ma już naprawdę dość. – Nie powiesz, że cię nie ostrzegałem!”

Czasami mocno go wtedy przytulam.

Czasami jednak daję za wygraną i czuję się paskudnie, bo nic nie mogę zrobić.

●●●

Rano nasze ścieżki przecinają się tylko między pierwszą a drugą lekcją, więc rozglądam się w poszukiwaniu Justina. Mamy dla siebie zaledwie minutę, niekiedy nawet mniej, ale zawsze jestem wdzięczna za tę chwilę. Zupełnie jakbym sprawdzała listę obecności. Miłość? Jestem! I nawet jeśli jesteśmy zmęczeni (czyli niemal zawsze), nawet jeśli nie mamy sobie nic szczególnego do powiedzenia, wiem, że mnie nie zignoruje.

Dzisiaj się uśmiecham, bo w zasadzie ranek całkiem się udał. A on odpowiada uśmiechem.

To dobry znak. Zawsze wypatruję dobrych znaków.

●●●

Zaraz po czwartej lekcji zaglądam do klasy Justina, ale nie zaczekał na mnie, więc idę do stołówki, gdzie zwykle siadamy. Tam też go nie ma. Pytam Rebekkę, czy go widziała. Odpowiada, że nie, ale wcale nie jest zdziwiona, że go szukam. Postanawiam nie zwracać na to uwagi. Sprawdzam jeszcze przy mojej szafce, jednak nie ma go i tam. Zaczynam myśleć, że zapomniał albo rzeczywiście ze mną pogrywa. Postanawiam zajrzeć jeszcze na korytarz z jego szafką, chociaż miejsce jest bardzo oddalone od stołówki. Nigdy się tam nie zatrzymuje przed obiadem. Ale dzisiaj właśnie to zrobił. Stoi obok swojej szafki.

Cieszę się na jego widok, chociaż jestem wykończona, to mnie tyle kosztuje. On jednak wygląda gorzej niż ja się czuję, wpatruje się w swoją szafkę, jakby znajdowało się w niej okno. W przypadku niektórych ludzi oznacza to bujanie w obłokach, ale Justin nigdy nie śni na jawie. Jeśli jest nieobecny duchem, to naprawdę go nie ma.

Teraz jednak wraca. Natychmiast, gdy podchodzę.

– Hej – mówi.

– Hej – odpowiadam.

Jestem głodna, ale nie aż tak bardzo. Najważniejsze, żebyśmy byli razem, miejsce jest nieistotne. Justin odkłada wszystkie książki do szafki, zupełnie jakby lekcje się skończyły. Mam nadzieję, że nic się nie stało, że nie rezygnuje. Skoro ja mam tu tkwić, to niech on tkwi razem ze mną.

Prostuje się i kładzie mi rękę na ramieniu. Delikatnie, o wiele za delikatnie. To ja go tak zwykle dotykam, nie on mnie. Podoba mi się to i nie podoba.

– Chodźmy gdzieś – mówi. – Dokąd chciałabyś pójść?

Znów wydaje mi się, że istnieje tylko jedna poprawna odpowiedź i jeśli udzielę niewłaściwej, wszystko zepsuję. On czegoś ode mnie oczekuje, ale nie jestem pewna, o co mu chodzi.

– Nie wiem – odpowiadam.

Wtedy chwyta mnie za rękę.

– Chodź – mówi.

W jego oczach widać błysk. Moc. Światło.

Zamyka szafkę i pociąga mnie za sobą. Nie rozumiem. Idziemy przez opustoszałe korytarze, trzymając się za ręce. Nigdy tego nie robimy. Przyspiesza kroku, na jego twarzy zakwita uśmiech. Zachowujemy się jak małe dzieci na przerwie. Biegniemy, autentycznie biegniemy, a ludzie patrzą na nas, jakbyśmy postradali zmysły. Zatrzymujemy się przy mojej szafce, Justin każe mi zostawić książki. Nie wiem, po co, ale spełniam jego prośbę. Ma świetny humor, nie zrobię nic, co by mogło go popsuć.

Zamykam szafkę i ruszamy dalej. Na zewnątrz. Po prostu. Uciekamy. Zawsze rozmawiamy o tym, jak by to było uciec ze szkoły, a teraz właśnie to robimy. Domyślam się, że chce mnie zabrać na pizzę czy coś w tym stylu. Może spóźnimy się na piątą lekcję. Ale wsiadamy do jego samochodu i nawet nie chcę pytać, co będziemy robić. Chcę pozwolić mu decydować i działać.

– Dokąd chciałabyś jechać? – Odwraca się i pyta. – Powiedz mi, ale tak naprawdę, na co masz ochotę.

To dziwne. Pyta mnie, jakbym to ja znała właściwą odpowiedź.

Mam ogromną nadzieję, że mnie nie podpuszcza. Mam nadzieję, że nie będę tego żałować.

Mówię to, co mi przychodzi do głowy.

– Chcę jechać nad ocean. Zabierz mnie nad ocean.

Czekam, aż wybuchnie śmiechem i oznajmi, że chodziło mu tylko o to, że powinniśmy jechać do niego, póki nie ma rodziców, i spędzić popołudnie uprawiając seks i oglądając telewizję. Albo chce mi udowodnić, że wcale nie lubię planowania, tylko wolę spontaniczne działania. Albo powie, że mam się dobrze bawić nad oceanem, a on w tym czasie pojedzie coś zjeść. Przez głowę przelatują mi wszystkie równie prawdopodobne scenariusze jednocześnie.

Spodziewam się absolutnie tylko tego, że przyklaśnie pomysłowi.

– Dobrze – mówi i wyjeżdża z parkingu. Nadal sądzę, że żartuje, ale pyta mnie o najlepszy dojazd. Mówię mu, którędy powinien jechać – jest taka plaża, na którą często wybieraliśmy się z rodzicami. Skoro mamy jechać nad ocean, równie dobrze możemy udać się tam.

Kieruje i widzę, że jest zadowolony. Powinnam wyluzować, ale moje zdenerwowanie wzrasta. To całkiem podobne do Justina, żeby mnie gdzieś zabrać, a potem zostawić. Zrobić z tego przedstawienie. Porzucić bez możliwości powrotu. Nie sądzę, iż tak właśnie się stanie – jednak nie wykluczam takiej możliwości. To byłby sposób na udowodnienie mi, że potrafi planować. Na pokazanie mi, że nie boi się przyszłości – jak twierdzę.

Zachowujesz się jak wariatka, Rhiannon – mówię sobie. On mi to ciągle powtarza i w większości sytuacji ma rację.

Po prostu baw się dobrze, myślę. Nie jesteśmy w szkole, jesteśmy razem, i to jest najważniejsze.

Justin włącza radio i prosi, żebym przejęła kontrolę nad odbiornikiem. Że co? „To mój samochód i moje radio” – ile razy to powtarzał? Wygląda jednak na to, że ta propozycja jest szczera, więc zaczynam skakać między stacjami, próbując znaleźć coś, co mu się spodoba. Kiedy zatrzymuję się zbyt długo na jednej piosence, którą lubię, mówi: „O, może ta”. Przecież jej nie cierpisz, myślę, jednak nie wypowiadam tego na głos. Piosenka leci, a ja czekam, aż zacznie z niej kpić, powie, że wokalistka brzmi, jakby właśnie miała okres.

Tymczasem on zaczyna śpiewać.

Nie do wiary. Justin nigdy nie śpiewa. Czasem krzyczy na jakąś stację. Odpowiada głośno, jeśli w radiu toczy się dyskusja. Od czasu do czasu bębni palcami w kierownicę. Ale nie śpiewa.

Zastanawiam się, czy coś brał, jednak widziałam go już pod wpływem narkotyków i nigdy się tak nie zachowywał.

– Co ci się stało? – pytam.

– To muzyka – odpowiada.

– Hmm.

– Naprawdę.

Nie żartuje. Nie śmieje się ze mnie w głębi duszy. Patrzę na niego i widzę to. Nie mam pojęcia, o co chodzi, ale na pewno nie o kpiny.

Postanawiam sprawdzić, na co mogę sobie pozwolić. Tak właśnie postępują zaborcze dziewczyny.

– W takim razie... – mówię. Przeskakuję stacje, aż wreszcie trafiam na najmniej Justinową piosenkę z możliwych.

To Kelly Clarkson. Śpiewa o tym, że co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Pogłaśniam, rzucając mu w głowie wyzwanie. No, dalej. Śpiewaj.

Zaskoczenie.

Wyjemy, ile sił w płucach. Nie mam pojęcia, skąd zna słowa, ale nie pytam. Śpiewam całym sercem, nie miałam pojęcia, że mogę uwielbiać tę piosenkę tak, jak właśnie teraz ją uwielbiam, bo dzięki niej wszystko jest dobrze – między nami jest dobrze. Nie chcę myśleć o niczym innym, chcę, żebyśmy trwali w tej muzyce. Nigdy nie robiliśmy czegoś takiego, jest świetnie.

Kiedy utwór dobiega końca, opuszczam szybę, bo chcę poczuć wiatr we włosach. Justin bez słowa robi to samo i nagle znajdujemy się w tunelu pełnym wiatru. Mam wrażenie, że pędzimy kolejką w parku rozrywki, a przecież tylko jedziemy samochodem. Justin wydaje się taki szczęśliwy. Uświadamiam sobie, jak rzadko widzę go w takim stanie – kiedy umysłu nie zajmuje nic oprócz szczęścia. Zwykle Justin boi się go okazywać, jakby podejrzewał, że za chwilę zostanie mu wykradzione.

Chwyta mnie za rękę i zaczyna wypytywać. To osobiste pytania.

Zaczyna od: „Jak się miewają twoi rodzice?”.

– Eee... nie wiem – mruczę pod nosem. Nigdy wcześniej nie interesowali go moi rodzice. Czuję, że chciałby zdobyć ich sympatię, bo nie jest jej pewien, ale udaje, że nie ma to dla niego żadnego znaczenia. – No wiesz, mama próbuje jakoś się trzymać, jednocześnie nic nie robiąc. Tata miewa dobre chwile, ale generalnie nie można powiedzieć, żeby był duszą towarzystwa. Im jest starszy, tym mniej go wszystko obchodzi.

– A jak jest teraz, kiedy Liza wyjechała na studia?

Zadaje to pytanie tak, jakby był dumny, że pamięta imię mojej siostry. To już bardziej do niego podobne.

– Nie wiem – odpowiadam. – Wiesz, że byłyśmy raczej jak siostry, które podpisały rozejm, niż jak bliskie przyjaciółki. Nie wiem nawet, czy aż tak bardzo za nią tęsknię, chociaż na pewno było łatwiej, kiedy z nami mieszkała. Byłyśmy dwie. Nigdy nie dzwoni do domu, nawet nie oddzwania, kiedy mama do niej telefonuje. Nie dziwię się jej, na pewno ma lepsze rzeczy do roboty. Zresztą wiedziałam, że jak w końcu wyjedzie z domu, to na dobre. Więc nie nie jestem zaskoczona.

Zdaję sobie sprawę, że zaczynam zbliżać się do drażliwej kwestii – tego, co będzie, kiedy skończymy szkołę. Jednak Justin nie podejmuje tego tematu i pyta mnie, czy uważam, że w tym roku w szkole jest inaczej niż w zeszłym. To dziwne pytanie, raczej z rodzaju tych, jakie zadałaby mi babcia, a nie mój chłopak.

Ostrożnie szukam słów.

– Nie wiem. Szkoła nadal jest okropna, to się na pewno nie zmieniło. Ale chociaż chciałabym, żeby już się skończyła, martwię się tym, co będzie potem. Nie żebym miała już jakieś plany, bo nie mam. Wiem, że twoim zdaniem wszystko już zaplanowałam – ale jeśli przyjrzeć się temu, w jaki sposób przygotowałam się do życia po skończeniu szkoły średniej, to widać jedną wielką pustkę. Jestem tak samo nieprzygotowana jak inni.

Zamknij się, dziewczyno, zamknij się, powtarzam sobie. Po co zaczynasz?

Może jednak mam swoje powody. Może poruszam ten temat, żeby sprawdzić, jak zareaguje. On ciągle poddaje mnie próbom, ale i ja nie jestem święta...

– A ty co o tym sądzisz? – pytam.

– Szczerze mówiąc, staram się żyć z dnia na dzień – odpowiada.

Wiem, jednak wolę, kiedy mówi to tak jak teraz, głosem, który upewnia mnie, że stoimy po tej samej stronie. Czekam, żeby jeszcze coś dodał, żeby wrócił do wczorajszej kłótni. On jednak milczy, za co jestem wdzięczna.

Minął już ponad rok, przynajmniej ze sto razy powtarzałam sobie, że teraz zaczniemy wszystko od nowa. Zupełnie czysta karta, jakbyśmy wcale nie tkwili w tej samej, starej opowieści. Czasami miałam rację, ale nigdy tak bardzo, jak bym tego chciała.

Nie zacznę myśleć, że nagle między nami jest lepiej. Że jakimś cudem udało nam się uciec przed „nami” – takimi, jakimi zawsze w końcu się okazujemy. A jednocześnie nie zamierzam udawać, że to wszystko się nie dzieje, nie zamierzam odbierać sobie szczęścia. Bo jeśli szczęście wydaje się prawdziwe, to takie właśnie jest.

Justin nie wpisuje namiarów do swojego telefonu, tylko cały czas prosi, żebym go prowadziła. Mylę się i każę mu zjechać z autostrady za wcześnie, a kiedy zdaję sobie z tego sprawę, on wcale się nie wścieka. Po prostu wraca na drogę i kieruje się ku kolejnemu zjazdowi. Teraz już nie zastanawiam się, czy brał jakieś narkotyki, zaczynam sądzić, że może jest na lekach. Jeśli tak, naprawdę szybko działają.

Nic jednak nie mówię. Nie chcę tego popsuć.

– Powinnam być teraz na angielskim – zauważam, kiedy zjeżdżamy na ostatnią prostą prowadzącą do plaży.

– Powinienem być teraz na biologii – odpowiada.

To jest o wiele ważniejsze. Mogę nadrobić lekcje, ale życia nie nadrobię.

– Po prostu dobrze się bawmy – stwierdza.

– Okej – zgadzam się. – To mi się podoba. Tak często myślę o ucieczce, że fajnie w końcu na nią się zdecydować. Chociaż na jeden dzień. Miło jest znaleźć się po drugiej stronie okna. Chyba za rzadko to robię.

Może tego właśnie nam było trzeba, odseparowania się od wszystkiego, zbliżenia do siebie.

Coś zaczyna grać – czuję to.

●●●

Wspomnienia. To właśnie na tę plażę przyjeżdżaliśmy, kiedy w domu było za gorąco albo moi rodzice mieli dość siedzenia w jednym miejscu. Zwykle otaczały nas inne rodziny. Próbowałam sobie wyobrażać, że każdy koc to dom, a pewna ich liczba tworzy miasto. Jestem pewna, że spotykałam tu regularnie inne dzieci, ale w ogóle ich nie pamiętam. Pamiętam tylko moją rodzinę – mama zawsze pod parasolką, nie wiem, czy chciała uniknąć poparzenia, czy chowała się przed ludzkim wzrokiem; moja siostra zawsze z nosem utkwionym w książce; ojciec rozmawiający z innymi ojcami o sporcie albo akcjach. Gdy robiło się zbyt gorąco, ścigał się ze mną do wody i pytał, jaką rybą chciałabym być. Wiedziałam, że prawidłową odpowiedzią była latająca ryba, bo wtedy chwytał mnie na ręce i podrzucał w górę.

Nie mam pojęcia, dlaczego nigdy nie przyjechałam tu z Justinem. Zeszłego lata większość czasu spędziliśmy w domu. Czekaliśmy, aż jego rodzice pojadą do pracy, i uprawialiśmy seks w każdym pomieszczeniu, łącznie z niektórymi skrytkami. A potem oglądaliśmy telewizję albo graliśmy w gry komputerowe. Czasami dzwoniliśmy po ludziach, żeby przekonać się, co robią, i zanim jego rodzice wrócili do domu, my już byliśmy u kogoś, piliśmy alkohol, oglądaliśmy telewizję, graliśmy w gry albo robiliśmy wszystkie te trzy rzeczy po kolei. Było świetnie, bo trwały wakacje, a my mieliśmy siebie. Tylko że donikąd nas to nie zaprowadziło.

Zostawiam buty w samochodzie, tak jak robiłam to, gdy byłam dzieckiem. Trzeba zrobić kilka nieprzyjemnych i bolesnych kroków po parkingu, ale zaraz potem zaczyna się piasek i jest dobrze. Dzisiaj plaża wydaje się zupełnie pusta. Chociaż nie spodziewałam się tłumów, jestem zaskoczona. Mam wrażenie, że przyłapaliśmy plażę na drzemce.

Nie mogę się powstrzymać, biegnę ku wodzie, okręcam się dookoła. Myślę: „Moja. To moja plaża. I mój Justin. Nikt – i nic – mi tego nie zabierze”. Wołam go po imieniu, zupełnie jakbym śpiewała.

Patrzy na mnie przez chwilę, a ja myślę: „O nie, to właśnie ten moment, w którym powie mi, że wyglądam jak kretynka”. Jednak on biegnie do mnie, chwyta mnie za ręce i okręca. Usłyszał mój śpiew, teraz tańczymy, śmiejemy się i ścigamy do brzegu. Ochlapujemy się nawzajem, fale uderzają nam o nogi. Pochylam się, żeby pozbierać muszle, Justin do mnie dołącza. Szukamy kolorów, które stracą swój blask po wyschnięciu, wygładzonego przez ocean szkła i spiralnych muszelek. Woda jest taka cudowna, stanie bez ruchu też jest cudowne, bo cały ocean ciągnie mnie do siebie, a ja mam siłę, by mu się oprzeć.

Twarz Justina wydaje się pozbawiona zwykłej ostrożności, ciało ma całkowicie rozluźnione. Nigdy go jeszcze takiego nie widziałam. Bawimy się, jednak to nie jest typowa zabawa zakochanych par, obudowana strategią zdobywania punktów i sekretnych ruchów. Nie, odcięliśmy się od czegoś takiego.

Proszę go, żeby ulepił ze mną zamek z piasku. Opowiadam, że Lisa zawsze stawiała osobno swój własny, obok mojego. Budowała wielką górę z głęboką fosą dookoła, podczas gdy ja lepiłam mały domek z licznymi detalami, takimi jak drzwi wejściowe czy garaż. Można powiedzieć, że budowałam domek dla lalek, którego nigdy nie miałam, a ona fortecę, która najwyraźniej była jej potrzebna. Nigdy nie tknęła palcem mojej budowli, nie była jedną z tych osób, które muszą zniszczyć dzieło rywala. Ale swojego też mi nie pozwoliła dotykać. Zostawiałyśmy nasze zamki na plaży, pozwalając, by zabrała je fala. Niekiedy podchodzili do nas rodzice: „Jaki ładny!” – mówili o moim zamku. „Jaki wielki!” – o Lizy.

Chcę, żeby Justin lepił zamek razem ze mną, żebyśmy doświadczyli wspólnego budowania. Nie mamy wiaderek ani łopatek, wszystko musimy robić rękoma. Justin podchodzi do sprawy poważnie – i dosłownie. Zaczyna tworzyć kwadratowe fundamenty, dodaje most zwodzony. Ja lepię wieże. Balkony to dość ryzykowne elementy, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ulepić iglice. Od czasu do czasu Justin rzuca w moją stronę jakiś komplement – zwykłe słowa, typu „ładnie”, „równo”, „ślicznie” – a ja mam wrażenie, że ta plaża otworzyła słownictwo, które dotąd trzymał zamknięte na cztery spusty. Zawsze czułam – czy może łudziłam się – że te słowa gdzieś w nim tkwią. Teraz już wiem, że miałam rację.

Nie jest zbyt ciepło, ale czuję słońce na karku i policzkach. Moglibyśmy zebrać więcej muszli i zacząć ozdabiać nasze dzieło, ale zaczynam mieć już dosyć tego lepienia. Kiedy kończę ostatnią wieżę, proponuję krótki spacer.

– Jesteś zadowolona z tego, co stworzyliśmy? – pyta Justin.

– Bardzo – odpowiadam.

Idziemy do wody, żeby obmyć ręce. Justin odwraca się i wpatruje w plażę, w nasz zamek. Przez chwilę wydaje się nieobecny duchem. Za to obecny w jakimś dobrym miejscu.

– Co tam jest? – pytam.

Spogląda na mnie, ma taką dobroć w oczach.

– Dziękuję – mówi.

Jestem pewna, że już wcześniej wypowiadał to słowo do mnie, ale nigdy w ten sposób, nigdy tak, żebym miała ochotę je zapamiętać.

– Za co? – pytam. Co oznacza: Dlaczego akurat teraz? Wreszcie?

– Za to. Za to wszystko.

Tak bardzo chciałabym mu wierzyć. Chciałabym móc sądzić, że w końcu znaleźliśmy się w miejscu, które – jak zawsze sądziłam – było dla nas przeznaczone. Ale to wydaje się zbyt proste, zbyt łatwe.

– Nie ma w tym nic złego – mówi Justin. – Nie ma nic złego w byciu szczęśliwym.

Tego właśnie pragnęłam od dawna. Nie do końca tak to sobie wyobrażałam, ale nasze wyobrażenia rzadko pokrywają się z rzeczywistością. Jestem przytłoczona ogromem miłości do niego, nie ma we mnie nawet odrobiny zła, tylko miłość. I wcale mnie to nie przeraża, wręcz przeciwnie.

Płaczę, ponieważ jestem szczęśliwa. Płaczę, bo chyba nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że nie oczekuję szczęścia. Płaczę, gdyż po raz pierwszy od bardzo dawna życie wreszcie nabiera sensu.

Justin widzi moje łzy, ale się ze mnie nie wyśmiewa. Nie zajmuje pozycji obronnej, nie pyta, w czym tym razem zawinił. Nie przypomina, że przecież mnie ostrzegał. Nie każe mi przestać. Nie. Obejmuje mnie ramionami, trzyma mnie i to, co jest tylko słowami, przekształca w coś znacznie więcej. W otuchę. Daje mi coś, co mogę poczuć – swoją obecność, swój dotyk.

– Jestem szczęśliwa – mówię, bojąc się, że on uzna, iż mój płacz ma jakąś inną przyczynę. – Naprawdę.

Oplatają nas wiatr, plaża, słońce, ale liczy się tylko nasz uścisk. Trzymam się go tak samo mocno, jak on trzyma się mnie. Osiągnęliśmy idealną równowagę, każde z nas jest jednocześnie silne i słabe, każde z nas daje, każde bierze.

– Co się dzieje? – zagaduję go.

– Ciii – szepcze. – Nie pytaj.

Nie mam pytań, jedynie odpowiedzi. Nie ma we mnie strachu, jedynie poczucie spełnienia. Całuję go i tym samym podtrzymuję naszą idealną równowagę, pozwalam, by nasze osobne oddechy scaliły się w jeden. Zamykam oczy, czuję znajomy dotyk jego ust, znajomy smak. Jednak jest w tym coś innego niż zwykle. Całujemy się nie tylko naszymi całymi ciałami, ale czymś więcej – tym, kim jesteśmy i kim będziemy. Pocałunek pochodzi z największej głębi naszego jestestwa, odnajdujemy w sobie głębokie pokłady, do których nigdy nie sięgaliśmy. To jak prąd uderzający w wodę, jak ogień trawiący papier, najbardziej jaskrawe światło docierające do źrenic. Przesuwam dłonią po jego plecach, po klatce piersiowej, jakbym chciała się upewnić, że on tu naprawdę jest, że to wszystko dzieje się tu i teraz. Zatrzymuję dotyk na jego karku, on – na moim biodrze. Wsuwam palce za jego pasek, ale on prowadzi moją rękę wyżej. Całuje mnie w szyję, ja całuję go pod uchem. Całuję jego uśmiech, on znaczy ustami mój śmiech.

Cudownie. Napawamy się chwilą.

Nie mam pojęcia, która jest godzina, jaki dzień. Istnieje wyłącznie chwila obecna. Nic poza tym, co teraz, a to i tak bardzo dużo.

W końcu zsuwam rękę w dół jego ramienia i chwytam za palce. Stoimy tak przez kilka sekund, a może nawet minut, trzymając się za ręce, stykając się czołami, wargi delikatnie na wargach. Nie ma w nas ani cienia tęsknoty, znaleźliśmy bowiem wszystko, czego pragnęliśmy.

A potem odsuwamy się od siebie, chociaż nadal trzymamy się za ręce. Idziemy wzdłuż plaży, jak to zwykle robią pary. Czas znów wraca, ale nie budzi lęku.

[...]