Petersburg - Jonathan Miles - ebook + książka

Petersburg ebook

Miles Jonathan

0,0
58,00 zł

lub
Opis

Petersburg to miasto niezwykłe. Niezwykłe było jego powstanie, bo został zbudowany na pustkowiu z rozkazu cara Piotra I, niezwykłe jest jego położenie, bo leży – niczym Wenecja – nad licznymi kanałami i odnogami rzeki, i niezwykłe są jego dzieje, bo trzy razy zmieniał nazwę, był kolebką trzech rewolucji i przeżył trzysta powodzi. W zamyśle Piotra I miał być „oknem na Europę” i rzeczywiście, za sprawą swej architektury i wspaniałych zbiorów dzieł sztuki, stał się wyspą Zachodu we wschodnim kraju, najbardziej kosmopolitycznym miastem w Rosji. Dostojewski napisał, że Petersburg to „najbardziej fantastyczne miasto z najbardziej fantastyczną historią na całej kuli ziemskiej”. W swojej książce, nie mniej barwnej niż losy samego miasta, Jonathan Miles odsłania przed nami całą „fantastyczność” Petersburga i jego historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 736




Pół­mrok na New­skim Pro­spek­cie, 1993

Pół­mrok na New­skim Pro­spek­cie

1993

W paź­dzier­niku 1917 roku śle­pym strza­łem odda­nym z krą­żow­nika Aurora roz­po­częła się bol­sze­wicka rewo­lu­cja. Minęło trzy czwarte stu­le­cia i w Peters­burgu znów panuje chaos, a w tym cha­osie zacho­dzą rewo­lu­cyjne zmiany. Jest lato 1993 roku, trze­cia nad ranem. Stoję na bal­ko­nie z wido­kiem na New­ski Pro­spekt, nie­gdyś wspa­niałą arte­rię nie mniej wspa­nia­łego mia­sta Peters­burga. Jest coś sur­re­ali­stycz­nego w odwiecz­nym pół­mroku tak zwa­nych bia­łych nocy. Ale­xan­dre Dumas ojciec, który odwie­dził to mia­sto w cza­sach jego świet­no­ści, pisał, że w takich chwi­lach podróż­nik zasta­na­wia się, czy w panu­ją­cej ciszy „sły­szy śpiew anio­łów, czy głos Boga”1. Jeśli o mnie cho­dzi, nie sły­szę Boga ni anio­łów, a ciszę zakłóca rzę­że­nie zde­ze­lo­wa­nych samo­cho­dów. Kiedy Dumas pisał swoją rela­cję z podróży, wspa­niała metro­po­lia była magne­sem przy­cią­ga­ją­cym naj­wy­bit­niej­szych euro­pej­skich archi­tek­tów, pisa­rzy i myśli­cieli. Na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku Peters­burg, mający za sobą pra­wie trzy­sta lat prze­waż­nie wiel­kiej histo­rii, wyraź­nie pod­upadł. W jezdni pode mną widać dziury, fasady kamie­nic po dru­giej stro­nie New­skiego są odra­pane, okna zale­pione bru­dem, a sztu­ka­te­rie się sypią. Bra­kuje pie­nię­dzy i insty­tu­cji, które dba­łyby o mia­sto, stwo­rzone jako spek­ta­ku­larna sce­ne­ria dla wiel­kiego dra­matu wła­snych dzie­jów. Zasta­na­wiam się, czy po trzech pasjo­nu­ją­cych aktach tego dra­matu: 1703–1825, 1825–1917 i 1917–1991, tym razem kur­tyna nie zapa­dła już na zawsze.

Na ulicy kilka podej­rza­nych typów pod­cho­dzi do ele­gancko ubra­nego męż­czy­zny i zaczyna go bić. Prze­chod­nie mijają ich, uda­jąc, że nic nie widzą. Gdzieś roz­lega się strzał, potem drugi. Dziwi mnie, że metro­po­lia, która była kie­dyś widow­nią zma­gań rewo­lu­cyj­nych inte­lek­tu­ali­stów z repre­syjną wła­dzą, stała się mia­stem bez­pra­wia, ale może zawsze tak było. Dre­sia­rze zosta­wiają swą ofiarę i odcho­dzą. Wygląda na to, że nikogo to nie obcho­dzi. Pobity męż­czy­zna dźwiga się z chod­nika, a mnie przy­cho­dzi do głowy, że prze­moc to natu­ralna cecha tego mia­sta. Zostało wszak stwo­rzone prze­mocą jako nowa sto­lica Rosji przez mega­lo­mana zapa­trzo­nego w zachod­nią Europę, który sta­rał się wyrwać swój kraj z izo­la­cji. Piotr Wielki rzu­cił wyzwa­nie nie tylko przy­ro­dzie, lecz także zwy­cza­jom ogrom­nego kraju, roz­po­ście­ra­ją­cego się od gra­nic Pol­ski i Szwe­cji przez pra­wie trzy­na­ście tysięcy kilo­me­trów pół­noc­nej Azji aż po wybrzeża Pacy­fiku. Pio­trowe „okno na Europę”, cho­ciaż znaj­do­wało się na zachod­nich krań­cach Rosji, było raz po raz zatrza­ski­wane; padało ofiarą tyra­nii i prze­mocy, a miesz­kańcy stale mio­tali się mię­dzy wybu­ja­łymi nadzie­jami a czarną bez­na­dzieją. Jesz­cze w pierw­szych latach XX wieku – kiedy w cen­trum mia­sta pano­wał bur­żu­azyjny prze­pych – pię­cio­ki­lo­me­trowy New­ski Pro­spekt, bie­gnący od oka­za­łych gma­chów rzą­do­wych w histo­rycz­nym sercu sto­licy po tonące w bło­cie rudery na przed­mie­ściach, uka­zy­wał prze­paść mię­dzy olśnie­wa­ją­cym bogac­twem a skrajną nędzą, mię­dzy nową a starą Rosją. Peters­burg to mia­sto kon­flik­tów i kon­tra­stów.

Porów­najmy choćby bły­ska­wiczne wznie­sie­nie jego wspa­nia­łych budowli – osią­gnię­cie archi­tek­to­niczne i inży­nier­skie nie­ma­jące sobie rów­nych w cza­sach nowo­żyt­nych – z przy­tła­cza­jącą ocię­ża­ło­ścią peters­bur­skiej biu­ro­kra­cji, która krę­po­wała i dła­wiła życie jego miesz­kań­ców, choć nie ich twór­czego ducha. W tym mie­ście, które prze­żyło dra­styczne zmiany swej toż­sa­mo­ści i nazwy, jest coś schi­zo­fre­nicz­nego. Okre­ślano je jako awan­tur­ni­cze, impe­rialne, oświe­cone, repre­syjne, roz­wią­złe, rewo­lu­cyjne, komu­ni­styczne i cha­otyczne. Nazy­wało się Peters­bur­giem, Pio­tro­gro­dem, Lenin­gra­dem i znowu Peters­bur­giem. Gdy cho­dzi się uli­cami, widać, że wszelką radość, jaką miesz­kańcy mia­sta mogliby odczu­wać z powodu zrzu­ce­nia sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­let­niego jarzma komu­ni­zmu, tłu­mią mate­rialne trud­no­ści. Peters­burg jest jak zwy­kle nie­przy­go­to­wany do rady­kal­nych zmian; z poli­tycz­nego punktu widze­nia wszystko dzieje się zbyt szybko lub zbyt wolno i zwy­kli ludzie muszą radzić sobie sami. Opór mate­rii i powta­rza­jące się nie­roz­wią­zane napię­cia spra­wiają, że histo­ria Peters­burga jest rów­nie iry­tu­jąca jak fascy­nu­jąca.

Wstaje kolejny trudny dzień. Wycho­dzę na New­ski Pro­spekt, z któ­rym wiąże się tyle waż­nych wyda­rzeń w dzie­jach Peters­burga. New­ski to cen­tralny układ ner­wowy mia­sta. Nie ma lep­szej ilu­stra­cji jego nowo­cze­sno­ści. Około 1830 roku New­ski Pro­spekt stał się naj­waż­niej­szą ulicą Peters­burga, jego naj­dłuż­szą, naj­szer­szą i naj­le­piej oświe­tloną arte­rią. W cza­sach swo­jej świet­no­ści był wizy­tówką han­dlową mia­sta, świa­dec­twem jego kosmo­po­li­ty­zmu. Ale w ostat­nich latach rewo­lu­cyj­nego wieku XX spo­tyka się na nim popsute samo­chody i porzu­cone cię­ża­rówki, ochla­pane bło­tem pozo­sta­łym po wio­sen­nej odwilży. Jed­nakże przez brudną zasłonę cza­sów zastoju prze­bły­skują dziwne nowe rekwi­zyty: alu­mi­niowy wózek z ham­bur­ge­rami, ską­pany w jodo­wym świe­tle, zabu­rza kla­sy­cy­styczny pej­zaż placu Sztuk. Neony firm Lancôme, L’Oréal i Baskin-Rob­bins lśnią w pół­mroku, zapo­wia­da­jąc kształt rze­czy przy­szłych. Dzie­sięć lat póź­niej rubel odzy­ska zaufa­nie kon­su­men­tów, ale w 1993 roku te wysepki zachod­niego dobro­bytu draż­nią miesz­kań­ców, budząc w nich jedy­nie nie­za­spo­ko­jone tęsk­noty. Sklep Phi­lipsa przyj­muje wyłącz­nie dolary, a prze­ciętny sprzęt hi-fi kosz­tuje kilka śred­nich pen­sji. W super­mar­ke­cie na New­skim Pro­spek­cie, z jaskra­wym neo­nem nad wej­ściem i rzę­dami śnież­no­bia­łych lodó­wek w środku, można kupić tylko jabłka. Kolejki i puste półki to widok towa­rzy­szący każ­dej wypra­wie po zakupy. Zupeł­nie jak za komu­ni­zmu. Aż smutno patrzeć na jedną z naj­więk­szych pro­me­nad na świe­cie. Ale ten pora­nek to tylko chwila w dzie­jach bły­ska­wicz­nego powsta­nia, trud­nej egzy­sten­cji, gwał­tow­nego upadku i bole­snego odro­dze­nia sła­wet­nego mia­sta Peters­burga. Zde­wa­sto­wana przez wan­dali budka tele­fo­niczna, obok któ­rej prze­cho­dzę, jest świad­kiem tego, co sta­nowi chyba cechę cha­rak­te­ry­styczną tego mia­sta: absurdu. Kiedy znaj­dziemy czynną budkę, okaże się, że auto­maty tele­fo­niczne przyj­mują pięt­na­sto­ko­piej­kowe monety. Ale takich monet pra­wie nie ma w obiegu i żeby je zdo­być, trzeba zapła­cić spryt­nym zło­dzie­jasz­kom pięć­dzie­siąt razy tyle, ile są nomi­nal­nie warte2. To, co w Peters­burgu ucho­dzi za nor­malne, przy bliż­szym kon­tak­cie oka­zuje się irra­cjo­nalne. Świet­nie wie­dział o tym Niko­łaj Gogol, a w póź­niej­szych cza­sach Dmi­trij Szo­sta­ko­wicz. Już sama decy­zja o zało­że­niu mia­sta w tym miej­scu gra­ni­czyła z sza­leń­stwem. Obłą­kane były eks­cesy i prze­sądy pierw­szych wład­ców, któ­rzy rzą­dzili w Peters­burgu. A mimo to, gdy patrzy się na plan mia­sta, widać, że są w nim logika, porzą­dek i racjo­nalny zamysł.

W 1839 roku mar­kiz de Custine zauwa­żył, że Peters­burg jest nie­wąt­pli­wie jed­nym z cudów świata, a prze­cież sta­nowi wytwór obłędu – jest mia­stem grec­kim zaim­pro­wi­zo­wa­nym przez Tata­rów jak deko­ra­cja teatralna; miej­scem, gdzie hordy Kał­mu­ków obo­zują w bara­kach „wokół mnó­stwa świą­tyń antycz­nych”3. To połą­cze­nie porządku i cha­osu było w XIX wieku powo­dem groź­nego napię­cia i waż­nym moty­wem ówcze­snej lite­ra­tury. Peters­bur­scy pisa­rze stwo­rzyli postać „małego czło­wieka”, który jest igraszką potęż­nych sił i zmaga się z biu­ro­kra­tyczną nie­spra­wie­dli­wo­ścią. Teraz, w mrocz­nym post­ko­mu­ni­stycz­nym mie­ście, jakim stał się Peters­burg, zwy­kły, uczciwy oby­wa­tel znów jest ofiarą. W cza­sie poprzed­niej podróży, zaraz po roz­pa­dzie Związku Sowiec­kiego, widzia­łem dzi­kie bazary, na któ­rych przy­ci­śnięci biedą ludzie sprze­da­wali takie rze­czy jak poje­dyn­czy but, zamek bez klu­cza albo klucz bez zamka. Tan­cerki Teatru Maryj­skiego tłu­ma­czyły mi, że niż­szy poziom ich wystę­pów to sku­tek niskich pen­sji i nie­do­ży­wie­nia. Na początku 1992 roku wpro­wa­dzono w Rosji wolny rynek i ceny szybko wzro­sły dwu­krot­nie, a potem trzy­krot­nie. Zwy­kli ludzie, pozba­wieni dostępu do twar­dej waluty, zna­leźli się w bar­dzo trud­nej sytu­acji. Ponow­nie dały o sobie znać skutki uboczne moder­ni­za­cji zaco­fa­nego kraju, znane peters­bur­ża­nom od trzy­stu lat.

Idąc dalej New­skim Pro­spek­tem, scho­dzę do przej­ścia pod­ziem­nego przy sta­cji metra Gosti­nyj Dwor. Uliczny muzy­kant wygrywa na akor­de­onie Blue suede shoes. Jesz­cze kilka lat wcze­śniej podobna swo­boda arty­styczna była nie do pomy­śle­nia. Ale takie występy budzą w peters­bur­ża­nach zupeł­nie błędne wyobra­że­nia o życiu na dostat­nim, ele­ganc­kim Zacho­dzie. Peters­burg jest – i zawsze był – mia­stem, w któ­rym snuje się wiel­kie marze­nia, ale dotkli­wie bra­kuje infor­ma­cji i prawdy. Moja rosyj­ska zna­joma jako dziecko poje­chała ze szkol­nym chó­rem na występy do Kijowa. Było to zaraz po kata­stro­fie w Czar­no­bylu. Po powro­cie do Lenin­gradu (jak nazy­wał się wtedy Peters­burg) dzie­ciom kazano tylko wyrzu­cić buty, w któ­rych cho­dziły w Kijo­wie. Prak­ty­ko­wane na ogromną skalę ogra­ni­cza­nie i utaj­nia­nie infor­ma­cji przez wła­dze, nie­od­łączne od dzie­jów mia­sta, przy­czy­niło się do powsta­nia buj­nej i żywot­nej kontr­kul­tury.

Oto jestem w sercu histo­rycz­nego Peters­burga, nad Newą. Monu­men­talne gma­chy Admi­ra­li­cji i Sztabu Gene­ral­nego przy­po­mi­nają, że pier­wot­nym zamia­rem Pio­tra Wiel­kiego była budowa twier­dzy mają­cej bro­nić portu. Ale umiej­sco­wie­nie bazy mor­skiej i han­dlo­wej nad rzeką, która zama­rza na osiem mie­sięcy w roku, to nie­do­rzecz­ność, a może akt despe­ra­cji. Usi­łu­jąc za wszelką cenę zyskać dostęp do bał­tyc­kich szla­ków han­dlo­wych, Piotr Wielki zało­żył nową sto­licę na odsło­nię­tej, pół­nocno-zachod­niej gra­nicy kraju. Zwią­zane z tym ryzyko od razu wyszło na jaw pod­czas wiel­kiej wojny pół­noc­nej ze Szwe­cją. Dzia­ła­nia wojenne zakłó­ciły budowę mia­sta w jej począt­ko­wym okre­sie.

Kiedy staję przed impo­nu­ją­cym pół­ko­lem urzę­do­wych gma­chów przy placu Pała­co­wym, przy­po­mi­nają mi się słowa fran­cu­skiego pisa­rza André Gide’a, który był tu w 1936 roku: „W Lenin­gra­dzie mój zachwyt budzi Peters­burg”4. Patrzę na tur­ku­sowo-złoto-białą fasadę pałacu Zimo­wego, w któ­rym roz­po­częła się rewo­lu­cja paź­dzier­ni­kowa. Zaję­cie pałacu było histo­rycz­nym wyda­rze­niem, choć jego wagę umniej­sza łatwość, z jaką tego doko­nano. Josif Brod­ski słusz­nie zauwa­żył, że jedyne strzały na placu Pała­co­wym padły na pla­nie filmu Sier­gieja Eisen­ste­ina Paź­dzier­nik, nakrę­co­nego dla uczcze­nia dzie­się­cio­le­cia rewo­lu­cji5.

W latach 1711–1917 pałac Zimowy był rezy­den­cją wielu nie­zwy­kłych postaci, które ode­grały donio­słą rolę w sza­lo­nych i bra­wu­ro­wych dzie­jach Peters­burga: poryw­czego i despo­tycz­nego zało­ży­ciela mia­sta Pio­tra Wiel­kiego; nie­udol­nej i sady­stycz­nej Anny I; hedo­ni­stycz­nej Elż­biety I; kul­tu­ral­nie i ero­tycz­nie zachłan­nej Kata­rzyny II; obłą­ka­nego Pawła I; samo­wład­nego Miko­łaja I. Do tego pocztu wład­ców dodajmy miesz­ka­ją­cych w Peters­burgu wywro­to­wych pisa­rzy: Alek­san­dra Her­cena i Niko­łaja Czer­ny­szew­skiego; eks­cen­trycz­nego impre­sa­ria Sier­gieja Dia­gi­lewa; nie­zrów­no­wa­żo­nego tan­ce­rza Wacława Niżyń­skiego; ojca Gapona, przy­wódcę brze­mien­nej w skutki akcji pro­te­sta­cyj­nej; roz­pust­nika i szar­la­tana Raspu­tina; bez­kom­pro­mi­so­wego rewo­lu­cjo­ni­sty Wła­di­mira Ilji­cza Lenina. Dodajmy wielu poetów i pro­za­ików, arty­stów i muzy­ków, któ­rych nowa­tor­ska i czę­sto irra­cjo­nalna twór­czość wyra­żała ducha tej nie­sa­mo­wi­tej sto­licy i jej nie­złom­nych miesz­kań­ców, potra­fią­cych poko­nać wszel­kie prze­ciw­no­ści. Za tymi nie­prze­cięt­nymi indy­wi­du­al­no­ściami stoi naj­więk­sza i naj­cie­kaw­sza z nich – samo mia­sto, budzące respekt i podziw, ory­gi­nalne, nie­gdyś wznie­sione na mokra­dłach, a w 1993 roku zagro­żone osu­nię­ciem się w bagno cha­osu.

Część I - Cesa­rze 1698–1825

Część I

Cesa­rze

1698–1825

Roz­dział 1 - Zamęt w Lon­dy­nie

Roz­dział 1

Zamęt w Lon­dy­nie

1698

Na brzegu Renu roz­stał się ze swym Wiel­kim Posel­stwem, wsiadł do nie­wiel­kiej łodzi i poże­glo­wał w stronę portu Zaan­dam nad zatoką Zuide­rzee. Był to począ­tek wiel­kiej przy­gody, która miała zmie­nić losy jego kraju. Zbli­ża­jąc się do Zaan­dam tej nie­dzieli w poło­wie sierp­nia 1698 roku, krzyk­nął coś do czło­wieka, który od wielu godzin sie­dział przy swo­jej pułapce na węgo­rze. Wyrwany z zamy­śle­nia Ger­rit Kist pod­niósł wzrok i ze zdu­mie­niem ujrzał swego daw­nego pana – cara dale­kiego i egzo­tycz­nego kraju, Rosji – ubra­nego jak robot­nik i pły­ną­cego zwy­kłą łódką. Nie­gdyś Kist pra­co­wał dla niego w Moskwie jako kowal, a teraz musiał przy­siąc, że dochowa tajem­nicy: car podró­żo­wał do Zaan­dam jako pro­sty rze­mieśl­nik, żeby nauczyć się od pod­staw holen­der­skiej sztuki szkut­ni­czej6.

Żądny facho­wej wie­dzy, dwu­dzie­sto­sze­ścio­letni car chciał unik­nąć roz­głosu, zacho­wy­wał więc inco­gnito. Wiel­kie Posel­stwo, kie­ro­wane przez jego nie­na­sy­co­nego kom­pana od kie­liszka François Leforta, miało odwra­cać uwagę od władcy. Pod­czas podróży po Euro­pie Lefort wziął na sie­bie wszyst­kie dyplo­ma­tyczne obo­wiązki, dzięki czemu Piotr mógł do woli zaspo­ka­jać swoją cie­ka­wość. Ale mimo tych środ­ków ostroż­no­ści świat dowie­dział się o celu pere­gry­na­cji cara Rosji. W Anglii biskup Salis­bury mówił o „potęż­nym cesa­rzu z Pół­nocy”, który „ażeby pod­nieść swój naród i roz­sze­rzyć impe­rium […], przy­bywa uczyć się naj­lep­szych metod, jakimi mógłby tego doko­nać”7. Ale o rosyj­skim władcy krą­żyły też mniej pochlebne pogło­ski, któ­rych źró­dło znaj­do­wało się w Moskwie. Podobno car zmu­szał swych szla­chet­nie uro­dzo­nych pod­da­nych, żeby nagimi poślad­kami śli­zgali się po lodzie. Bar­dzo lubił patrzeć, jak jego fawo­ryci strze­lają do sie­bie. Wielką przy­jem­ność spra­wiał mu też widok pło­ną­cych domów, fajer­wer­ków i wsze­la­kich innych eks­plo­zji. W okre­sie Bożego Naro­dze­nia, nazy­wa­nym w Rosji swiatki (świątki), zmu­szał „naj­grub­szych wiel­mo­żów” do jeż­dże­nia saniami po popę­ka­nym lodzie na rzece; nic dziw­nego, że wielu z nich wpa­dło do lodo­wa­tej wody i się uto­piło8. Książę Kura­kin, w póź­niej­szych latach amba­sa­dor rosyj­ski w Holan­dii, wspo­mi­nał, jak Piotr wraz z kom­pa­nami wetknął leżą­cemu księ­ciu Woł­kon­skiemu świecę w odbyt, a potem odma­wiał nad nim pacie­rze. „Nurzali ludzi w smole i kazali im stać na gło­wie”. Pew­nego razu „za pomocą mie­cha kowal­skiego nadmu­chali kiszki Iwana Aka­ki­je­wi­cza”, co skoń­czyło się natych­mia­sto­wym zgo­nem nie­szczę­śnika. Takie figle – warte pędzla Bru­egla albo Boscha – zdra­dzały rubasz­ność cha­rak­teru, upodo­ba­nie do bła­zeństw, bez­tro­skie nie­li­cze­nie się z nikim i z niczym. Masle­nica – ostat­nie dni kar­na­wału poprze­dza­jące wielki post – była cza­sem, w któ­rym Rosja­nie odda­wali się bie­sia­do­wa­niu i hulan­kom9. Obja­dano się wtedy, bawiono i pito na umór. Miesz­kań­com wcze­sno­oświe­ce­nio­wej Europy przy­po­mi­nało to pogań­skie bacha­na­lia w jakimś zapo­mnia­nym przez Boga kraju. Dla Rosjan zaś wygłupy Pio­tra były nie tylko świa­dec­twem kar­na­wa­ło­wej swa­woli, ale i dowo­dem na to, że car może zro­bić wszystko, co mu się podoba, ponie­waż jest samo­władcą.

W roku 1671 car Aleksy I poślu­bił dzie­więt­na­sto­let­nią czar­no­oką pięk­ność Nata­lię Narysz­kinę, pod­opieczną swego przy­ja­ciela i doradcy Arta­mona Matwie­jewa10. Mał­żeń­stwo dało począ­tek waśni mię­dzy dwoma rodami rywa­li­zu­ją­cymi o wła­dzę w Rosji: Miło­sław­skimi, krew­nymi poprzed­niej, zmar­łej żony Alek­sego, oraz Narysz­ki­nami, czyli rodziną mło­dej oblu­bie­nicy. Nata­lia wnio­sła na dwór car­ski świeży, deli­katny powiew kul­tury zachod­niej, a w maju 1672 roku uro­dziła krzep­kiego dzie­dzica, który otrzy­mał na chrzcie imię Piotr.

Mały care­wicz lubił się bawić żoł­nie­rzy­kami i zabaw­kami w kształ­cie pisto­le­tów i armat. Rolę jego słu­żą­cych i towa­rzy­szy zabaw odgry­wały spe­cjal­nie spro­wa­dzone karły. Chło­pak – silny, zdolny i cie­kawy świata – był uwiel­biany przez rodzi­ców, ale na początku 1676 roku zdrowy i szczę­śliwy car Aleksy prze­zię­bił się pod­czas uro­czy­sto­ści świę­ce­nia wód rzeki Moskwy. Zmarł mie­siąc póź­niej, a Piotr został pod­da­nym nowego cara, swego pięt­na­sto­let­niego brata przy­rod­niego Fio­dora III z rodu Miło­sław­skich. Kiedy w 1682 roku Fio­dor zmarł, nie pozo­sta­wia­jąc męskiego potomka, zgod­nie z zasadą następ­stwa tronu schedę powi­nien był objąć po nim szes­na­sto­letni wów­czas brat Iwan. Był on jed­nak kulawy i nie­omal ślepy, a do tego wysła­wiał się z wiel­kim tru­dem11. Jego postawny dzie­się­cio­letni brat przy­rodni wyda­wał się dużo lep­szym kan­dy­da­tem. Za mło­dym Pio­trem opo­wia­dało się wielu panów moskiew­skich zasia­da­ją­cych w tak zwa­nej Dumie Bojar­skiej, która dora­dzała rosyj­skim wład­com; w okre­sie jego mało­let­nio­ści regen­cję miała spra­wo­wać matka, Nata­lia. Tak więc Piotr został obwo­łany carem, ale Miło­sław­scy zgło­sili sprze­ciw: wszak następny w kolejce do tronu był star­szy od niego Iwan. Wsz­częli bez­względną walkę o wła­dzę, wyko­rzy­stu­jąc nastroje nie­za­do­wo­le­nia panu­jące wśród moskiew­skich strzel­ców.

Była to gwar­dia licząca 22 000 żoł­nie­rzy, prze­pła­ca­nych i roz­piesz­cza­nych przez pań­stwo. Ubrani w barwne mun­dury strzelcy trud­nili się poza tym han­dlem i rze­mio­słem. Byli zamożni i mieli nie­wiele do roboty, a sama ich nazwa wska­zy­wała, że chęt­nie robią uży­tek z broni. Kiedy żoł­nie­rze jed­nego z puł­ków oskar­żyli swego dowódcę o nad­uży­cie wła­dzy i pry­watę, przy­kład oka­zał się zaraź­liwy. Nie­do­świad­czona Nata­lia nie­roz­trop­nie ule­gła żąda­niom bun­tow­ni­ków, tym samym dając im posma­ko­wać wła­dzy. Miło­sław­scy szybko sko­rzy­stali z oka­zji i zaczęli roz­pusz­czać wśród strzel­ców pogło­ski, że Narysz­ki­no­wie zamor­do­wali Iwana, aby zapew­nić tron Pio­trowi. Żądni krwi strzelcy wdarli się na Kreml. Wów­czas leciwy Arta­mon Matwie­jew nakło­nił Nata­lię, żeby wyszła do nich w towa­rzy­stwie Iwana i Pio­tra. Sto­jący u szczytu scho­dów książę Michaił Dołgo­ru­kow, syn dowódcy strzel­ców, pochop­nie uznał, że jest to naj­lep­sza chwila, aby przy­wró­cić w for­ma­cji dys­cy­plinę woj­skową. Roz­wście­czeni strzelcy dopa­dli go i zrzu­cili na piki i hala­bardy trzy­mane przez ich towa­rzy­szy broni. Zwłoki Dołgo­ru­kowa zostały potem poćwiar­to­wane, a strzelcy ruszyli hur­mem po Matwie­jewa. Wyrwali starca z rąk Nata­lii i na oczach jej dzie­się­cio­let­niego syna Pio­tra, który patrzył na to ze zgrozą, cisnęli go na nasta­wione ostrza. Wów­czas wtrą­ciła się Zofia, ener­giczna star­sza sio­stra Fio­dora i Iwana. Oświad­czyła, że naj­le­piej będzie, jeśli Iwan i Piotr będą współ­rzą­dzić razem z nią jako regentką12. Tak zaczął się sied­mio­letni okres jej rzą­dów, pierw­szych kobie­cych rzą­dów w dzie­jach Rosji.

Młody Piotr, wciąż pod wstrzą­sa­ją­cym wra­że­niem samo­woli strzel­ców, opu­ścił sto­licę. Popły­nął rzeką Jauzą zale­d­wie kilka kilo­me­trów dalej, do pałacu w siole Pre­obra­żen­skoje. Tam znów bawił się w woj­sko, tym razem mając do dys­po­zy­cji praw­dziwą broń i coraz licz­niej­szych żoł­nie­rzy, któ­rymi byli jego rówie­śnicy. Jeśli dzie­cięce skłon­no­ści są zapo­wie­dzią doro­słych upodo­bań, to zami­ło­wa­nie Pio­tra do budowy umoc­nień i małych for­tec można uznać za pierw­szy prze­jaw pasji, która wyrazi się póź­niej w budo­wie całego mia­sta – Peters­burga. W miarę jak jego for­ty­fi­ka­cje rosły, a gry wojenne sta­wały się bar­dziej wyra­fi­no­wane, Piotr zaczął nada­wać Rosji nowy kształt, for­mu­jąc słynne pułki gwar­dyj­skie Sie­mio­now­ski i Pre­obra­żen­ski. Wcze­śnie prze­jawiając skłon­ność do ucze­nia się róż­nych rze­czy od pod­staw, sam został dobo­szem13. W myśl donio­słej prawdy, że pełna pokory chęć do nauki jest wię­cej warta niż odzie­dzi­czone tytuły, zaczął służbę woj­skową jako pro­sty żoł­nierz pie­choty.

Regen­cję Zofii osta­tecz­nie zdys­kre­dy­to­wały dwie nie­udane kam­pa­nie zbrojne i nie­po­ha­mo­wana namięt­ność regentki do ich dowódcy, żona­tego księ­cia Wasi­lija Goli­cyna. Nie­udolny książę przez cztery mie­siące zdo­łał stra­cić czter­dzie­ści pięć tysięcy ludzi, nie sta­cza­jąc nawet jed­nej bitwy z nie­przy­ja­cie­lem. Kłam­li­wie obwo­łany boha­te­rem po powro­cie do Moskwy, popro­wa­dził drugą kam­pa­nię, w któ­rej stra­cił następne trzy­dzie­ści pięć tysięcy żoł­nie­rzy, zabi­tych lub wzię­tych do nie­woli. Część naj­po­tęż­niej­szych rodów, wśród nich Romo­da­now­scy, Sze­re­mie­tie­wo­wie i Dołgo­ru­ko­wo­wie, udzie­liła popar­cia Pio­trowi i jego matce. W rezul­ta­cie po śmierci Iwana V w 1696 roku Piotr został samo­dziel­nym carem. Iwan nie miał męskiego potomka, Piotr zaś – żonaty od sie­dem­na­stego roku życia z Eudok­sją Łopu­chiną – docze­kał się już dwóch synów. Jeden z nich, Aleksy, dożył doro­sło­ści, ale przez cały czas przy­spa­rzał ojcu zmar­twień.

Książę Goli­cyn, choć nie­udolny dowódca, doce­niał kul­turę zachod­niej Europy i inte­re­so­wał się nauką. Posia­dał kolek­cję zega­rów, wenec­kich pater i por­tre­tów pędzla mala­rzy zachod­nio­eu­ro­pej­skich14. Ode­grał wybitną rolę w przy­go­to­wa­niu pro­gramu reform w Rosji i z tego względu powi­nien być raczej sojusz­ni­kiem Pio­tra niż jego wro­giem. Nie­stety, z powodu swo­ich związ­ków z Zofią i klęsk wojen­nych został zesłany na Sybe­rię. Zofia usi­ło­wała zor­ga­ni­zo­wać nowy bunt strzel­ców, a wtedy Piotr zdła­wił go bez lito­ści: zesłał regentkę do klasz­toru Nowo­dzie­wi­czego, spi­skow­ców zaś pięt­no­wał, łamał kołem, ści­nał i wie­szał. Amba­sa­dor Prus Ludwig von Print­zen wspo­mi­nał, że w jego obec­no­ści car kazał przy­pro­wa­dzić sobie dwu­dzie­stu więź­niów. Wypił szklankę wódki, po czym ściął jed­nego. Wypił drugą i zarą­bał następ­nego. I powta­rzał ten rytuał, aż uśmier­cił wszyst­kich. Na koniec popro­sił prze­ra­żo­nego amba­sa­dora, żeby mu dorów­nał15.

Wśród cudzo­ziem­ców miesz­ka­ją­cych na „nie­miec­kim przed­mie­ściu” Moskwy Piotr zna­lazł wielu ludzi, któ­rzy podzie­lali jego pasję do żoł­nierki, stat­ków i trun­ków. Wyróż­niał się wśród nich wielki miło­śnik napo­jów wysko­ko­wych, szwaj­car­ski najem­nik François Lefort, pra­wie dwa razy star­szy od Pio­tra i nie­mal dorów­nu­jący mu wzro­stem. Pod­czas przy­jęć w jego domu goście byli „zamknięci w środku przez trzy dni”16. W 1692 roku żonaty car zadu­rzył się w jed­nej z kocha­nek Leforta, Annie Mons, har­dej, lubią­cej wypić córce nie­miec­kiego han­dla­rza winem. Anna została kochanką Pio­tra na następne jede­na­ście lat. Filippo Bala­tri, wło­ski kastrat spro­wa­dzony do Rosji jesie­nią 1698 roku, widział, jak Piotr gra w sza­chy w domu Anny. Wyja­śniono mu, że „to tu prze­bywa Piotr Alek­sie­je­wicz, gdy chce pozo­sta­wić cara na dwo­rze”17.

Zapa­ław­szy entu­zja­zmem do żeglo­wa­nia po pod­mo­skiew­skich jezio­rach i rze­kach, Piotr posta­no­wił poje­chać do Archan­giel­ska, portu nad Morzem Bia­łym. Tam urze­kły go opo­wie­ści o tym, jak w Holan­dii buduje się statki. Mimo uda­nej wyprawy zbroj­nej prze­ciwko turec­kiemu garni-zonowi w Azo­wie, Piotr wie­dział, że musi zwięk­szyć poten­cjał rosyj­skiej mary­narki wojen­nej, pod­pa­tru­jąc i naśla­du­jąc zachod­nie wzorce. I tak oto wyro­śnięty chło­pak – ener­giczny wizjo­ner i wyra­cho­wany bła­zen – wyje­chał inco­gnito do Europy po naukę.

Szybko wyszło na jaw, że mimo kon­tak­tów z cudzo­ziem­cami w Moskwie, człon­ko­wie Wiel­kiego Posel­stwa nie mają więk­szego poję­cia o zachod­nich oby­cza­jach i stylu życia. Na balu wyda­nym przez wdowę po elek­to­rze Hano­weru Rosja­nie wzięli fisz­biny nie­miec­kich gor­se­tów za żebra tan­ce­rek; sam Piotr zauwa­żył, że „nie­miec­kie damy mają dia­bel­nie twarde kości”18. Młody władca bar­dzo potrze­bo­wał ogłady i wie­dzy o świe­cie, więc decy­zja o podróży do Holan­dii była ze wszech miar słuszna. Holen­drzy wie­dli prym w han­dlu mię­dzy­na­ro­do­wym, a ich żeglar­skie umie­jęt­no­ści i potęga ich floty han­dlo­wej fascy­no­wały cara. Holan­dia, wład­czyni oce­anów, toczyła też walkę z morzem, które usta­wicz­nie gro­ziło zala­niem roz­le­głych połaci kraju. Na początku XVII wieku docho­dziło do czę­stych i gwał­tow­nych powo­dzi, dla­tego Holen­drzy nauczyli się budo­wać kanały i śluzy, dre­no­wać i melio­ro­wać teren. Co się zaś tyczy budow­nic­twa okrę­to­wego, mieli oni tak prężny prze­mysł stocz­niowy, że w latach 1625–1700 budo­wali czte­ry­sta do pię­ciu­set stat­ków rocz­nie19. W samym Zaan­dam dzia­łało pięć­dzie­siąt stoczni.

Po zawi­nię­ciu do tego portu Piotr zatrud­nił się w stoczni Lynst Rogge i przy­stą­pił do pracy. Ale jego dwu­me­trowy wzrost i czę­sto nie­sforne zacho­wa­nie zwra­cały nie­po­trzebną uwagę, toteż zaczęła mu towa­rzy­szyć świta gapiów. W cza­sie żeglugi po zatoce Zuide­rzee roz­złosz­czony Piotr cisnął dwiema butel­kami w kapi­tana statku pocz­to­wego, który pod­pły­nął zbyt bli­sko jego łodzi. Na statku znaj­do­wała się grupka cie­kaw­skich dam, które koniecz­nie chciały się przyj­rzeć nie­zwy­kłemu cudzo­ziem­cowi. Sytu­acja stała się nie do wytrzy­ma­nia i po tygo­dniu zde­ner­wo­wany Piotr umknął z Zaan­dam do kosmo­po­li­tycz­nego Amster­damu. Od wrze­śnia 1697 roku do początku stycz­nia roku następ­nego pra­co­wał w dokach Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej w Osten­bergu20. Pozo­stali ter­mi­na­to­rzy rosyj­scy, roz­siani po Amster­da­mie, uczyli się róż­nych ele­men­tów sztuki szkut­ni­czej.

To naj­więk­sze mia­sto Holan­dii, powstałe z połą­cze­nia pychy i koniecz­no­ści, było świa­dec­twem triumfu czło­wieka nad przy­rodą. Domy miesz­kalne i budynki han­dlowe wznie­siono nad pię­cioma kon­cen­trycz­nymi kana­łami, prze­cię­tymi węż­szymi kana­łami o ukła­dzie pro­mie­ni­stym. Wizyta Pio­tra przy­pa­dła na okres naj­więk­szej świet­no­ści Amster­damu. Był on wów­czas naj­bo­gat­szym mia­stem świata i wiel­kim ośrod­kiem han­dlu mię­dzy­na­ro­do­wego. Tutej­sze gma­chy rzą­dowe przy­po­mi­nały pałace, drogi wodne roiły się od łodzi, stat­ków i barek, na któ­rych miesz­kali ludzie. Sklepy w wąskich ulicz­kach ofe­ro­wały osza­ła­mia­jący wybór towa­rów i surow­ców. Na moście Nie­uwe Brug Piotr zna­lazł sto­iska z książ­kami, mapami mórz, sek­stan­sami i arty­ku­łami żela­znymi. Na wyspie Bic­kers były sklepy ze sprzę­tem żeglar­skim. Na War­mo­es­straat han­dlo­wano egzo­tycz­nymi tka­ni­nami, norym­ber­ską por­ce­laną, wło­ską majo­liką i fajan­sami z Delft. Nade wszystko jed­nak samo mia­sto było dla mło­dego, ambit­nego cara wielce poucza­ją­cym wzo­rem, ponie­waż on też miał w przy­szło­ści pro­wa­dzić wojny mor­skie21.

Choć holen­der­skie stocz­nie pie­lę­gno­wały tra­dy­cyjny, rze­mieśl­ni­czy styl pracy, kraj korzy­stał też z naj­now­szych zdo­by­czy nauki i tech­niki. Sam Amster­dam mógł się pochwa­lić około setką dru­karń i wydaw­nictw, co zapew­niało mu czo­łowe miej­sce wśród ośrod­ków wydaw­ni­czych w Euro­pie. Kwi­tło szkol­nic­two wyż­sze, a pełen otwar­to­ści sto­su­nek do nauki – w połą­cze­niu z napły­wem egzo­tycz­nych oka­zów, znaj­do­wa­nych przez holen­der­skich podróż­ni­ków i kup­ców – wybit­nie sprzy­jał bada­niom nauko­wym. Wysta­wiane w szkla­nych gablo­tach oso­bli­wo­ści przy­cią­gały rze­sze cie­kaw­skich, wśród nich Pio­tra. Car poznał Anto­niego van Leeu­wen­ho­eka, sukien­nika i samo­uka, który w wol­nym cza­sie zgłę­biał tajem­nice roz­kła­da­ją­cych się ciał i pierw­szy dostrzegł bak­te­rie przez soczewki mikro­skopu. Holen­der­ski pio­nier mikro­bio­lo­gii pod­da­wał bada­niom wydłu­bane z zębów resztki jedze­nia i wła­sne eks­kre­menty oraz obser­wo­wał roz­wój grzy­bów mię­dzy pal­cami nóg, tygo­dniami nie zmie­nia­jąc poń­czoch. Badał też wła­sne nasie­nie i jako jeden z pierw­szych opi­sał „małe zwie­rzątka”, czyli plem­niki22.

Fre­de­rik Ruysch, spe­cja­li­sta od sek­cji zwłok i bal­sa­mo­wa­nia ciał, zapro­sił Pio­tra do swego „teatru ana­to­mii”, w któ­rym przy świe­tle świec i dźwię­kach muzyki przed­sta­wiano spek­takl „ana­to­micz­nego obja­wie­nia”. Car, zafa­scy­no­wany pro­ce­durą usu­wa­nia wnętrz­no­ści, dzie­lił z Ruy­schem zain­te­re­so­wa­nie dzi­wa­dłami natury. Był pod wiel­kim wra­że­niem jego kolek­cji liczą­cej dwa tysiące pre­pa­ra­tów ana­to­micz­nych i embrio­lo­gicz­nych, gro­ma­dzo­nych przez pół wieku, i w 1717 roku kupił ją za trzy­dzie­ści tysięcy gul­de­nów23. Kiedy nie machał sie­kierą w stoczni ani nie pił w holen­der­skich musi­cos, gdzie goście grali na pie­nią­dze i bawili się z ladacz­ni­cami, pozna­wał naj­now­sze holen­der­skie wyna­lazki. Zawarł zna­jo­mość z wyna­lazcą ciśnie­nio­wego węża stra­żac­kiego Janem van der Hey­de­nem, któ­rego usi­ło­wał ścią­gnąć do Rosji. Chciał, żeby Holen­der pomógł w gasze­niu poża­rów, czę­sto sza­le­ją­cych w cia­snych, zabu­do­wa­nych drew­nia­nymi domami ulicz­kach Moskwy. Inte­re­so­wał się pro­duk­cją papieru, dru­kar­stwem, rytow­nic­twem, archi­tek­turą i ogro­dami bota­nicz­nymi. Nowo­cze­sność Repu­bliki Zjed­no­czo­nych Pro­win­cji była silną pod­nietą inte­lek­tu­alną dla rosyj­skiego monar­chy, który zerwie rychło z wie­loma sta­rymi oby­cza­jami i tra­dy­cjami.

Piotr zna­lazł się w kraju, w któ­rym powierzch­nia ziemi była pła­ska, a ciała miesz­kań­ców pękate. Holen­drzy, tak jak Rosja­nie, mieli gar­gan­tu­iczne ape­tyty; pewien ówcze­sny obser­wa­tor nazwał oby­wa­tela repu­bliki „zachłan­nym, gru­bym, dwu­no­gim roba­lem”. W kraju tym było „tyle zasad i obrzę­dów upi­ja­nia się”, że bie­sia­do­wa­nie stało się świecką reli­gią24. Tym­cza­sem samo­zwań­cze posel­stwo Pio­tra, „naj­bar­dziej sza­lony, naj­bar­dziej bła­zeń­ski i pijany sobór”, sto­czyło się w otchłań anar­chii i nie­okrze­sa­nia. Car wychy­lał podobno trzy­dzie­ści do czter­dzie­stu szkla­nek wina dzien­nie, a mimo to pozo­sta­wał trzeźwy. Według prze­ka­zów już jako kil­ku­na­sto­letni chło­pak wypi­jał do śnia­da­nia pół kwarty wódki i karafkę nalewki, a potem jesz­cze osiem bute­lek wina i dopiero wtedy szedł się bawić25 – prze­sada, ale mająca pewne opar­cie w fak­tach. Moskiew­skie uczty roz­po­czy­nały się około połu­dnia i trwały do rana. Zaczy­nano od wódki, po któ­rej szły mocne wina i piwa, poda­wane w masyw­nych szkla­ni­cach. Były prze­mó­wie­nia i toa­sty, poprze­dzane dęciem w trąby lub sal­wami arty­le­ryj­skimi. Jeśli pod­czas tych uczt ktoś popadł w nie­ła­skę, musiał oku­pić winę wypi­ciem – dusz­kiem! – „wiel­kiego orła”: masyw­nego, bogato zdo­bio­nego pucharu, w któ­rym mie­ściło się pół­tora litra wódki.

Król Anglii Wil­helm III zapro­sił Pio­tra na przy­ję­cie pod Utrech­tem. Lon­dyń­ska gazeta „Post Boy” dono­siła potem: „Moskiew­ski car był tak ukon­ten­to­wany wspa­niałą ucztą […], że rado­śnie sam zapro­sił się znowu”26. Istot­nie, Piotr zaczął już prze­my­śli­wać o podróży do Anglii, a 7 stycz­nia 1698 roku wsiadł na HMS Yorke i – odważ­nie pozo­sta­jąc na pokła­dzie w cza­sie strasz­li­wego sztormu – prze­pły­nął kanał La Man­che. W Lon­dy­nie miał nadzieję poznać bli­żej angiel­ską sztukę szkut­ni­czą. Odbę­dzie tam poważne stu­dia, ale jego zacho­wa­nie zosta­nie uznane za skan­da­liczne.

W 1698 roku Amster­dam był wpraw­dzie mia­stem bogat­szym, ale za to Lon­dyn więk­szym. Mimo że zale­d­wie trzy­dzie­ści lat przed wizytą Pio­tra sto­lica Anglii prze­żyła zarazę i pożar, które doko­nały ogrom­nych spu­sto­szeń, mogła się już pochwa­lić bli­sko pół­mi­lio­nową lud­no­ścią. W trak­cie odbu­dowy po poża­rze Lon­dyn prze­cho­dził okres gwał­tow­nych zmian, w któ­rych wyniku „mozaika” dziel­nic sto­piła się pod wzglę­dem geo­gra­ficz­nym i han­dlo­wym w jedną całość urba­ni­styczną. Śre­dnio­wieczną drew­nianą zabu­dowę zastą­piły nowo­cze­sne budynki z cegły i kamie­nia27. Ale cho­ciaż znisz­cze­nia będące skut­kiem wiel­kiego pożaru pozwo­liły na wyty­cze­nie szer­szych ulic, oka­zję do grun­tow­nego prze­kształ­ce­nia mia­sta w dużej mie­rze zmar­no­wano i pro­ces powsta­wa­nia współ­cze­snego Lon­dynu miał cha­rak­ter bar­dziej ewo­lu­cyjny niż rewo­lu­cyjny28. Zamiast „wygod­nego i regu­lar­nie zabu­do­wa­nego mia­sta”, pisał archi­tekt Nicho­las Hawk­smoor, powstało „mia­sto brud­nych, zbu­twia­łych i cią­gle walą­cych się bud”, sto­ją­cych przy „jezio­rach błota i cuch­ną­cych rynsz­to­kach”29. W ostat­niej deka­dzie XVII wieku ulice roiły się od żebra­ków i nawet place prze­zna­czone do wypo­czynku pod gołym nie­bem przy­cią­gały hazar­dzi­stów, włó­czę­gów i zło­dziei. Pamięt­ni­karz John Eve­lyn, który wło­żył wiele wysiłku w dopro­wa­dze­nie do porządku swo­jego domu i ogrodu w Sayes Court w Dept­ford, był zanie­po­ko­jony cha­otyczną roz­bu­dową sto­licy. Pro­po­no­wał stwo­rze­nie pasa zie­leni, odgra­dza­ją­cego mia­sto od duszą­cej je obroży fabryk i manu­fak­tur30.

Zamiast zapro­jek­to­wać geo­me­tryczną sieć ulic, typową dla nowo­cze­snego mia­sta – tak jak w Peters­burgu, Waszyng­to­nie czy Paryżu barona Haus­smanna – pod­czas odbu­dowy Lon­dynu nacisk poło­żono na wzno­sze­nie kościo­łów. Powstał praw­dziwy las wież i iglic, sta­no­wiący kon­tra­punkt dla dżun­gli masz­tów na Tami­zie. Nad tym lasem para­fial­nych kościo­łów góro­wała kopuła kate­dry Świę­tego Pawła, zapro­jek­to­wa­nej przez Chri­sto­phera Wrena. Nie wiemy, czy Piotr poznał Wrena, ale dzieła wiel­kiego archi­tekta zna­la­zły się u jego stóp, gdy na początku kwiet­nia 1698 roku wspiął się na kolumnę upa­mięt­nia­jącą ofiary wiel­kiego pożaru31.

Po przy­by­ciu do Lon­dynu car zamiesz­kał – na koszt Korony angiel­skiej – przy 21 Nor­folk Street, w ele­ganc­kiej, nie­dawno zbu­do­wa­nej dziel­nicy na połu­dnie od Strandu. Strand, obok Fleet Street, Che­ap­side i Corn­hill, był jedną z naj­wy­twor­niej­szych ulic w Lon­dy­nie, arte­rią han­dlową przy­ćmie­wa­jącą ulice Paryża cza­sów Ludwika XIV. Stąd Piotr uda­wał się na zakupy, a jego eska­pady rela­cjo­no­wała plot­kar­ska prasa zupeł­nie tak samo, jak o zaku­pach zna­nej gwiazdy fil­mo­wej pisano by w dzi­siej­szych tablo­idach. Tak więc u Johna Carte’a, zegar­mi­strza ze Strandu, car kupił zegar geo­gra­ficzny, wska­zu­jący aktu­alną godzinę we wszyst­kich czę­ściach świata i poda­jący odpo­wied­nie godziny wschodu i zachodu słońca. Cacko to kosz­to­wało sześć­dzie­siąt fun­tów. Wydał też pięć­dzie­siąt fun­tów na złoty zega­rek oraz dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów na instru­menty medyczne, tele­skopy, kwa­dranty i kom­pasy32. Nabył angiel­ską trumnę i był zdu­miony, że ten pojem­nik na zwłoki szybko zbija się tutaj z desek, a nie żmud­nie drąży drew­nianą kłodę, jak w Rosji33. Na koniec kupił za dwa­dzie­ścia jeden fun­tów czar­no­skó­rych słu­żą­cych, „Murzynkę” za trzy­dzie­ści fun­tów oraz „osiem­na­ście par poń­czoch dla czar­no­skó­rych” po szy­lingu za parę.

Bawiąc w Lon­dy­nie, Piotr cho­dził na kon­certy i bale maskowe. Kie­dyś prze­brał się za rzeź­nika34. Namó­wiono go też, jak pisał inży­nier i podróż­nik John Perry, żeby „raz lub dwa razy wybrał się na przed­sta­wie­nie”, ale mu się „nie spodo­bało”35. Przy­pa­dło mu jed­nak do gustu, że od restau­ra­cji monar­chii w 1660 roku na lon­dyń­skich sce­nach w rolach żeń­skich wystę­po­wały kobiety. Dzięki temu wpa­dła mu w oko młoda Leti­tia Cross, która zasły­nęła w roli „panny Hey­den […], córki sir Tun­belly’ego Clum­seya” w sztuce Johna Van­bru­gha The Relapse or Vir­tue in Dan­ger (Upa­dek, czyli cnota zagro­żona). Sto­pień jej zaży­ło­ści z carem do dziś jest przed­mio­tem domy­słów, choć Andriej Nar­tow, który uczył Pio­tra rze­mio­sła, twier­dził, że jego pan „poznał przez Mien­szy­kowa, toną­cego w zbytku i zmy­sło­wo­ści, aktorkę nazwi­skiem Cross, z którą pod­czas swego pobytu w Anglii roman­so­wał”36. Nisko uro­dzony i pół­pi­śmienny Mien­szy­kow, który zro­bił bły­sko­tliwą karierę w sze­re­gach pułku Pre­obra­żen­skiego i został w końcu prawą ręką cara, dzie­lił z Pio­trem zami­ło­wa­nie do trun­ków i uczto­wa­nia. W 1698 roku, kiedy car prze­by­wał w Lon­dy­nie, jakiś rosyj­ski kupiec został aresz­to­wany za roz­pusz­cza­nie pogło­ski, że rosyj­ski władca bie­rze Mien­szy­kowa do łóżka „jak dziwkę”37. John Perry, pisząc o pijań­stwie w Moskwie, daje wiarę temu oskar­że­niu. Twier­dzi, że „potworny grzech sodo­mii […], który chęt­nie tu popeł­niają w sta­nie alko­ho­lo­wego zamro­cze­nia”, by­naj­mniej nie ucho­dzi w Rosji za prze­stęp­stwo38. Nie­okrze­sany i pozba­wiony ogłady Piotr, odziany jak holen­der­ski robot­nik, na każ­dym kroku dawał pożywkę plot­kom i wzbu­dzał obu­rze­nie. W cza­sie spo­tka­nia z kró­lem Wil­hel­mem przy Nor­folk Street na angiel­skiego monar­chę nie­spo­dzie­wane sko­czyła małpka cara. Pod­czas odwie­dzin u Anny, przy­szłej kró­lo­wej Anglii, Piotr nie chciał spo­cząć na fotelu, tylko przy­siadł na pod­nóżku u jej stóp. Kiedy hra­bia Mac­c­les­field przy­szedł z nie­za­po­wie­dzianą wizytą, car wstał od stołu, poszedł na górę i zamknął się w swo­jej sypialni39. Ale mimo draż­li­wo­ści i kapry­śno­ści Piotr zgo­dził się pozo­wać uczniowi Rem­brandta, sir God­frey­owi Knel­le­rowi. Będący tego efek­tem por­tret aro­ganc­kiego dowódcy woj­sko­wego, któ­rego mała głowa spo­czywa dość nie­pew­nie na wiel­kim tuło­wiu, wisi dziś w King’s Gal­lery w pałacu Ken­sing­ton. Porów­nu­jąc ten wize­ru­nek z pocho­dzą­cym z lat sie­dem­dzie­sią­tych XVII wieku kon­ter­fek­tem cara Alek­sego, widzimy, że Knel­ler umie­ścił Pio­tra jed­no­znacz­nie w epoce oświe­ce­nia. Aleksy jest przed­sta­wiony w tra­dy­cyj­nej koro­nie wład­ców moskiew­skich, czapce Mono­ma­cha, Piotr zaś – zgod­nie z iko­no­gra­fią zachod­nią – w gro­no­sta­jach i zbroi na tle kla­sy­cy­stycz­nej archi­tek­tury oraz impo­nu­ją­cej floty mor­skiej, która w Rosji roku 1698 była jesz­cze czy­stą fan­ta­zją40.

Już nie­ba­wem miało się to zmie­nić. Piotr odbył podróż do Anglii, zachę­cony nie­zwy­kłym pre­zen­tem o nazwie Royal Trans­port. Był to pierw­szy szku­ner w bry­tyj­skiej mary­narce wojen­nej. Poda­run­kowi towa­rzy­szyła spe­cjalna pre­mia w postaci pro­jek­tanta szku­nera, admi­rała Car­mar­thena41, który został w Lon­dy­nie kom­pa­nem cara od kie­liszka, jego prze­wod­ni­kiem i men­to­rem. Pomię­dzy kolej­nymi butel­kami sherry Car­mar­then dora­dzał pod­opiecz­nemu, jak zor­ga­ni­zo­wać rosyj­ską mary­narkę wojenną na wzór bry­tyj­ski. Za pod­pi­sa­nie umowy zapew­nia­ją­cej Car­mar­thenowi mono­pol tyto­niowy na tery­to­rium Rosji Piotr otrzy­mał dodat­kowo dwa­na­ście tysięcy fun­tów42. Mimo to car­ska świta zosta­wiała nie­za­pła­cone rachunki w tawer­nach, gospo­dach i zajaz­dach. Ale na tym się nie skoń­czyło. W lutym Piotr prze­niósł się do Dept­ford na połu­dnio­wym brzegu Tamizy i tuż obok kró­lew­skiej stoczni wyna­jął wspa­niały dom. Jego wła­ści­cie­lem był pamięt­ni­karz John Eve­lyn, który nie­po­koił się, że roz­wój angiel­skiego prze­my­słu jest zagro­że­niem dla Lon­dynu. Piotr i jego świta oka­zali się loka­to­rami jak z naj­gor­szego kosz­maru. Pod­łogi cuch­nęły wymio­ci­nami, a mokre łóżka moczem. Kiedy po suro­wej zimie nade­szła łagodna angiel­ska wio­sna, zaczęły się przy­ję­cia w ogro­dzie. Kata­log znisz­czeń objął dwa­dzie­ścia podar­tych obra­zów z poła­ma­nymi ramami, dywany zapla­mione czymś tłu­stym, poma­zane ściany, roz­trza­skane krze­sła i roz­bite okna. Klomby i traw­nik do gry w krę­gle zostały doszczęt­nie znisz­czone, ogró­dek warzywny zadep­tany. Słu­żący pisał do Eve­lyna o „domu peł­nym ludzi zacho­wu­ją­cych się wprost okrop­nie”. Autor rzą­do­wego raportu zga­dzał się z tą oceną, zauwa­ża­jąc, że „domowe oby­czaje Pio­tra i jego świty były […] w naj­wyż­szym stop­niu odra­ża­jące”43.

W pobli­skim Gre­en­wich Piotr pobie­rał lek­cje pod­staw nawi­ga­cji. W tam­tej­szym obser­wa­to­rium kró­lew­skim poznał Johna Flam­ste­eda, pierw­szego czło­wieka, który pia­sto­wał urząd astro­noma kró­lew­skiego. Zwie­dził arse­nał w Wool­wich, gdzie mógł poroz­ma­wiać o fajer­wer­kach z gene­ra­łem arty­le­rii Hen­rym Sid­neyem, pierw­szym hra­bią Rom­ney. Kilka razy był też w men­nicy, w Tower of Lon­don i w Towa­rzy­stwie Kró­lew­skim44. Perry zapi­sał, że „król z rado­ścią posłał z nim do Por­ts­mouth admi­rała Mit­chella, który wypro­wa­dził w morze flotę sta­cjo­nu­jącą w Spi­thead. Cho­dziło o poka­za­nie gościowi pozo­ro­wa­nej bitwy mor­skiej”45. Piotr był zachwy­cony prze­myśl­nymi manew­rami okrę­tów, ale na Tami­zie poszło mu gorzej. Mały jacht, na któ­rym dosko­na­lił kunszt żeglar­ski, zde­rzył się z okrę­tem mary­narki wojen­nej, a innym razem car sta­ra­no­wał ośmio­dzia­łową jed­nostkę o nazwie Hen­rietta46.

Angli­kom wydało się nieco dziwne, że rosyj­ski władca podró­żuje po Anglii, kiedy w Moskwie trwają zamieszki i toczy się „wielka wojna z Tur­kami i Tata­rami”. „Dziw­ność” w ogóle była cha­rak­te­ry­styczną cechą tego mło­dego olbrzyma, mie­wa­ją­cego ataki ner­wowe, pod­czas któ­rych głowa gwał­tow­nie prze­chy­lała mu się w prawą stronę. Wyglą­dał na czło­wieka cha­otycz­nego i roz­tar­gnio­nego, który pra­gnie porządku i pre­cy­zji. Knel­ler nama­lo­wał go z atry­bu­tami zachod­nio­eu­ro­pej­skiego monar­chy, ale po powro­cie do Rosji Piotr został uwiecz­niony w stylu swego ojca, czyli w czapce Mono­ma­cha. Na jesz­cze innym obra­zie jest przy­stro­jony w wie­niec lau­rowy rzym­skiego cesa­rza47. Sprzecz­ność tych wize­run­ków – z jed­nej strony archa­iczna Rosja, z dru­giej oświe­cona Europa w połą­cze­niu z impe­rial­nym maje­sta­tem – każe przy­pusz­czać, że w gło­wie mło­dego cara pano­wał mętlik. Pod­czas swo­ich pija­nych wojaży po Holan­dii i Anglii Piotr zdo­był jed­nak odpo­wied­nie umie­jęt­no­ści inży­nier­skie i zna­lazł dość archi­tek­to­nicz­nych wzor­ców, aby po powro­cie do kraju uznać za moż­liwe zbu­do­wa­nie mia­sta swo­ich marzeń nad bagni­stym ujściem pew­nej rzeki.

Kiedy 25 kwiet­nia 1698 roku opu­ścił Anglię, przed­sta­wi­ciel dyplo­ma­tyczny Austrii w Lon­dy­nie pisał do Wied­nia: „Podobno zamie­rza cywi­li­zo­wać swo­ich pod­da­nych na modłę innych naro­dów. Ale z jego tutej­szych poczy­nań można wno­sić tylko tyle, że chce z nich zro­bić żegla­rzy; prze­sta­wał pra­wie wyłącz­nie z żegla­rzami i wyje­chał tak samo nie­śmiały, jak przy­był”48.

Jesz­cze przed swoim przed­wcze­snym powro­tem do Rosji Piotr pole­cił sady­stycz­nemu i wiecz­nie pija­nemu guber­na­to­rowi Moskwy Fio­do­rowi Romo­da­now­skiemu, żeby z całą bez­względ­no­ścią stłu­mił kolejny bun­tów strzel­ców. Po przy­jeź­dzie sam nad­zo­ro­wał publiczne egze­ku­cje. Maka­bryczne sceny, opi­sy­wane przez „cywi­li­zo­wa­nych” cudzo­ziem­ców gosz­czą­cych w Rosji, nie powinny były jed­nak ich szo­ko­wać, a nawet dzi­wić. Car przy­wiózł bowiem z zachod­niej Europy nie tylko wie­dzę naukową i szkut­ni­czą, ale też zna­jo­mość zachod­niej tra­dy­cji egze­ku­cji jako publicz­nego spek­ta­klu. W grud­niu 1697 roku ojco­wie mia­sta Amster­dam zapro­sili go na publiczną cere­mo­nię, pod­czas któ­rej pięt­no­wano, chło­stano, wie­szano i ści­nano ska­zań­ców.

W paź­dzier­niku 1698 roku stra­cono sied­miu­set dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu strzel­ców49. W Pre­obra­żen­skoje bun­tow­ni­ków wtrą­cono do czter­na­stu lochów, w któ­rych bito ich knu­tem, a potem przy­pie­kano na wol­nym ogniu. Johann Korb, sekre­tarz austriac­kiego posel­stwa, pisał, że „Piotr wła­sno­ręcz­nie ściął pięć głów”, ale inni kaci byli tak nie­zdarni, że ude­rzali topo­rem w plecy ska­zań­ców zamiast w ich szyje. Bun­tow­nicy zostali „żyw­cem przy­wią­zani do koła”. „Przez całe popo­łu­dnie i noc sły­chać było jęki” nie­szczę­śni­ków, któ­rzy „koń­czyli swe żało­sne życie w naj­strasz­liw­szych męczar­niach”. Korb uwa­żał jed­nak, że kary, jakie spa­dły na bun­tow­ni­ków, trudno nazwać dra­koń­skimi, „bio­rąc pod uwagę codzienne nie­bez­pie­czeń­stwa, na które Jego Car­ska Mość był dotąd nara­żony”50.

Roz­dział 2 - Nie­bez­pieczne przy­spie­sze­nie

Roz­dział 2

Nie­bez­pieczne przy­spie­sze­nie

1700–1725

Na mocy car­skiego ukazu rok 7208 stał się w Rosji rokiem 1700. Był to skok w przy­szłość i nie­bez­pieczne przy­spie­sze­nie. Piotr wie­dział, że Rosja nie będzie wielka, jeśli nie ożywi sto­sun­ków han­dlo­wych z postę­po­wymi, choć nie­ustan­nie woju­ją­cymi ze sobą pań­stwami euro­pej­skimi. Chciał eks­por­to­wać rosyj­skie towary, a impor­to­wać idee i wie­dzę fachową. Zamiast więc liczyć czas od stwo­rze­nia świata, jak dotąd było przy­jęte w Rosji, posta­no­wił za przy­kła­dem Europy dato­wać wyda­rze­nia od naro­dzin Chry­stusa i skoń­czyć z „wypchnię­ciem [Rosji] poza nurt czasu”51. Ale kiedy w 1700 roku przyj­mo­wał kalen­darz juliań­ski, wiele kra­jów euro­pej­skich sto­so­wało już nowo­cze­śniej­szy gre­go­riań­ski. Przez ponad dwa wieki Rosja pozo­sta­wała zatem kil­ka­na­ście dni w tyle, aż trzy mie­siące po swo­jej rewo­lu­cji bol­sze­wicy przy­jęli kalen­darz gre­go­riań­ski i 1 lutego stał się 14 lutego 1918 roku.

Piotr kazał ogło­sić, że 1 stycz­nia 1700 roku plac Czer­wony zosta­nie rzę­si­ście oświe­tlony, a „każdy, kto ma musz­kiet albo inną broń palną, powi­nien oddać trzy strzały lub wystrze­lić kilka rakiet”52. Nowa epoka w dzie­jach Rosji miała się zacząć uro­czy­ście i z hukiem. Car zawarł tym­cza­sowy pokój z Impe­rium Osmań­skim i pospiesz­nie wypo­wie­dział wojnę Szwe­cji. Na początku dzia­ła­nia wojenne prze­bie­gały nie­po­myśl­nie dla Rosji. W listo­pa­dzie 1700 roku Rosja­nie prze­grali bitwę pod Narwą. Upo­jony suk­ce­sem król Szwe­cji Karol XII ruszył na tereny Pol­ski, dając Pio­trowi czas na uno­wo­cze­śnie­nie armii i pod­ję­cie dzia­łań dla odzy­ska­nia Ingrii i Kare­lii, zagar­nię­tych wcze­śniej przez Szwe­cję.

Moder­ni­za­cja armii była naj­pil­niej­szym zada­niem od powrotu cara z Europy w 1698 roku. Pierw­szeń­stwo miała mary­narka wojenna, „oczko w gło­wie tego władcy”53. Zbu­do­wali ją zagra­niczni spe­cja­li­ści, a załogi okrę­tów skła­dały się pra­wie w cało­ści z cudzo­ziem­ców. W 1701 roku flota wojenna Pio­tra z powo­dze­niem odparła atak Szwe­dów na Archan­gielsk, rosyj­ski port nad Morzem Bia­łym. W tym samym roku w Moskwie otwarto Szkołę Nauk Mate­ma­tycz­nych i Nawi­ga­cyj­nych, kie­ro­waną przez Szkota Henry’ego Farqu­har­sona i dwóch absol­wen­tów Royal Mathe­ma­ti­cal School w Christ’s Hospi­tal, Richarda Grice’a i Ste­phana Gwynna54. Naj­waż­niej­szą za cza­sów Pio­tra stocz­nią w Woro­neżu zarzą­dzali holen­der­scy, duń­scy i angiel­scy szkut­nicy. Był wśród nich Richard Cozens, któ­rego syn Ale­xan­der – uwa­żany cza­sami za syna samego cara – został pierw­szym wybit­nym bry­tyj­skim pej­za­ży­stą i ojcem naj­zdol­niej­szego z akwa­re­li­stów, Johna Roberta Cozensa. Anglicy ode­grali ważną rolę w powsta­niu rosyj­skiej mary­narki wojen­nej, co potwier­dza kastrat Filippo Bala­tri. Widział on Pio­tra w Woro­neżu, z sie­kierą w ręku, na budo­wie sześć­dzie­się­cio­dzia­ło­wego okrętu, którą kie­ro­wał pewien Anglik55. Kapi­tan John Deane pisał do lorda Car­mar­thena: „Pra­gnę zapew­nić Waszą Lor­dow­ską Mość, że będzie to naj­lep­szy okręt”56 wśród wielu budo­wa­nych.

Moskale, mający opi­nię „zaprzy­się­głych wro­gów wszel­kich nowi­nek”, sta­wili silny opór, gdy kazano im ubie­rać się po euro­pej­sku. Rosyj­scy przed­sta­wi­ciele dyplo­ma­tyczni w sto­li­cach państw euro­pej­skich czę­sto prze­ży­wali szok kul­tu­rowy. Podob­nego wstrząsu, ale w drugą stronę, dozna­wali cudzo­ziem­scy dyplo­maci po przy­jeź­dzie do Rosji. W 1702 roku Herr Königseck, przed­sta­wi­ciel Sak­so­nii, spadł z mostu zwo­dzo­nego i uto­nął. Kiedy zbie­rano rze­czy topielca, z kie­szeni ubra­nia wypa­dła podo­bi­zna pew­nej damy. Car ze zdu­mie­niem roz­po­znał w niej swą dłu­go­let­nią kochankę Annę Mons. Po zna­le­zie­niu kilku listów pisa­nych „w naj­czul­szym tonie” ręką Anny i zaadre­so­wa­nych do owego dyplo­maty Piotr, który sam ni­gdy nie był święty, nało­żył na Annę i jej krew­nych areszt domowy. W cza­sie prze­słu­cha­nia, które mogło skoń­czyć się dla niej ska­za­niem na śmierć, Piotr „roz­pła­kał się” i wspa­nia­ło­myśl­nie prze­ba­czył kochance, „albo­wiem rozu­miał, że cza­sami nie­po­dobna oprzeć się skłon­no­ści”. „Nie będzie ci bra­ko­wało niczego – obie­cał – ale ni­gdy się już nie zoba­czymy”57.

Latem tego roku osie­ro­cona inf­lancka kucharka i praczka, nie­jaka Marta Skaw­roń­ska (Skow­roń­ska), wyszła w Marien­burgu za mąż za szwedz­kiego dra­gona. Ich zwią­zek trwał rap­tem osiem dni, bo młody żon­koś odszedł ze swym wyco­fu­ją­cym się regi­men­tem58. Mia­sto zajęli Rosja­nie, dowo­dzeni przez feld­mar­szałka Borisa Sze­re­mie­tiewa, i Marta dostała się do rosyj­skiej nie­woli. Jasno­oka i obda­rzona żywym uspo­so­bie­niem, zwra­cała uwagę męż­czyzn i prze­szła kolejne szcze­ble rosyj­skiej hie­rar­chii dowo­dzenia, aż wylą­do­wała jako praczka u sko­rum­po­wa­nego Alek­san­dra Mien­szy­kowa. Ten przed­sta­wił ją Pio­trowi, któ­rego natych­miast ujęła swoim gmin­nym poczu­ciem humoru, mocną głową i chę­cią uży­wa­nia życia. Władca zako­chał się bez pamięci59. Marta zmie­niła imię na Kata­rzyna i pota­jem­nie, a potem publicz­nie poślu­biła żona­tego cara.

W dru­giej poło­wie XVI wieku Iwan Groźny nawią­zał kon­takty han­dlowe z Anglią przez Archan­gielsk. Podróż z Anglii do tego czę­sto zama­rza­ją­cego portu wyma­gała opły­nię­cia Przy­lądka Pół­noc­nego w Nor­we­gii, co wią­zało się z dużym ryzy­kiem. Piotr, świa­dom, że ma war­to­ściowe towary na sprze­daż: zboże, kono­pie, skóry, smołę, drewno, rabar­bar, kawior i klej rybi, rozu­miał, że kraj potrze­buje łatwiej dostęp­nego portu mor­skiego60. Jego wybór padł na ujście krót­kiej, sie­dem­dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wej rzeki Newy, pły­ną­cej przez bagni­ste pust­ko­wia mię­dzy jezio­rem Ładoga a Zatoką Fiń­ską. Decy­zja cara była pod wie­loma wzglę­dami absur­dalna. Wybrane miej­sce, poło­żone pra­wie na sześć­dzie­sią­tym stop­niu sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej pół­noc­nej, „wyjąt­kowo sprzy­jało kata­stro­fom”, jak to ujęła póź­niej poetka Anna Ach­ma­towa.

Przez pół roku delta Newy była skuta lodem, a potem two­rzyła rojące się od koma­rów mokra­dła (newa to po fiń­sku „bagno”). Nic więc dziw­nego, że tereny te były nie­mal bez­ludne. Oprócz szwedz­kiej twier­dzy Nyen­skans (ros. Nien­szanc) ist­niały tam tylko małe wio­ski rybac­kie nad jezio­rem Ładoga i nad Newą. Aby zająć ten obszar, Piotr musiał wyprzeć Szwe­dów z obu brze­gów Newy. 1 maja 1703 roku zdo­był twier­dzę Nyen­skans, po czym popły­nął około czte­rech kilo­me­trów w dół rzeki. Newa roz­ga­łę­ziała się tam na kilka odnóg, opły­wa­ją­cych wiele wyse­pek.

Na mapie Newy z początku XVIII wieku widać Peters­burg, Nyen­skans (Nien­szanc) i Szlis­sel­burg u ujścia jeziora Ładoga

Delta Newy w sta­nie pier­wot­nym

Legenda głosi, że car zszedł na ląd na Yanni-saari – Wyspie Zaję­czej – u ujścia Newy. Na tym pust­ko­wiu wyciął z Matki Ziemi tro­chę torfu i ufor­mo­wał z niego krzyż, pod któ­rym pogrze­bał kamienną trumnę z reli­kwiami świę­tego Andrzeja. Oświad­czył wów­czas: „Tu będzie mia­sto” i dla upa­mięt­nie­nia tej histo­rycz­nej chwili zbu­do­wał wrota z drewna brzo­zo­wego61, sym­bo­li­zu­ją­cego świa­tło i żyzność. Kiedy prze­je­chał przez wrota, z nieba sfru­nął orzeł i usiadł na jego ramie­niu. Potem Piotr ściął dwie cza­ro­dziej­skie wierzby. Na miej­scu jed­nej miał sta­nąć sobór Trójcy Świę­tej, a na miej­scu dru­giej – jego skromna chata z bali.

Ta ckliwa bajka bar­dziej przy­po­mina sym­bo­liczny finał jakiejś ope­retki niż histo­rię nie­omal przy­pad­ko­wego lądo­wa­nia cara pod­czas wojny na bagni­stej i wietrz­nej wyspie, jeśli w ogóle na niej wylą­do­wał. W nie­dzielę Trójcy Świę­tej, 16 maja 1703 roku – tę zna­czącą datę wybrano na dzień zało­że­nia Peters­burga – car prze­by­wał zapewne w stoczni nad pobli­skim jezio­rem Ładoga. Ale legen­darna opo­wieść miała swój pro­pa­gan­dowy sens. Według tra­dy­cji bowiem święty Andrzej, patron Rusi, odwie­dził ten kraj i usta­wił w nim krzyż. Pogrze­ba­nie w ziemi jego pro­chów zapew­niało więc mia­stu, które wymy­ślił sobie Piotr, zna­ko­mite refe­ren­cje. Kości świę­tego były pierw­szymi z wielu, na któ­rych miały spo­cząć fun­da­menty Peters­burga. Trzy wieki póź­niej mia­sto, wznie­sione na szkie­le­tach swych pierw­szych budow­ni­czych, będzie grze­bać nowe kości, tym razem ofiar sta­li­now­skiej czystki. Ich zwłoki zostaną wrzu­cone do maso­wych gro­bów na tej samej wyspie, na któ­rej Piotr, zało­ży­ciel rosyj­skiej taj­nej poli­cji, podobno zszedł na ląd.

Data przy­by­cia Pio­tra miała w chrze­ści­jań­skiej tra­dy­cji sym­bo­liczne zna­cze­nie. Świę­temu Miko­ła­jowi z Możaj­ska – patro­nowi żegla­rzy i opie­ku­nowi pół­noc­nych ziem ruskich – przy­znano aż dwa dni w rosyj­skim kalen­da­rzu. Jeden wypa­dał na początku maja i w 1703 roku dzie­lił go tydzień od rucho­mego święta Trójcy Świę­tej62. Jeśli się­gniemy do miej­sco­wego folk­loru fiń­skiego, okaże się, że jest tam opo­wieść o olbrzy­mie, który w jed­nej chwili stwo­rzył mia­sto. Ta mityczna sym­bo­lika była pod wzglę­dem poli­tycz­nym bar­dzo przy­datna carowi, bo wro­go­wie roz­pusz­czali o nim plotki, że jest nie­miec­kim pod­rzut­kiem z moskiew­skiego przed­mie­ścia, który zastą­pił dziew­czynkę uro­dzoną przez żonę cara Alek­sego, Nata­szę.

Począt­kowo car chciał zbu­do­wać swą twier­dzę na wyspie Kotlin w Zatoce Fiń­skiej, odda­lo­nej od brzegu o trzy­dzie­ści kilo­me­trów. Na pla­nie nary­so­wa­nym praw­do­po­dob­nie ręką Pio­tra widać sieć ulic i kana­łów, a całość przy­po­mina widok dzi­siej­szego Man­hat­tanu z lotu ptaka. Ale cho­ciaż ze stra­te­gicz­nego punktu widze­nia Kotlin był wła­ści­wym miej­scem dla bazy mor­skiej, nikt się nie palił, żeby osiąść na zim­nej i wietrz­nej wyspie pośrodku morza63. Zresztą bagni­ste wybrzeża też nie budziły entu­zja­zmu. Przy­by­szy z Europy prze­ra­żały „roz­le­głe, straszne lasy i pust­ko­wia”, gdzie w let­nich mie­sią­cach „słońce pod­nosi opary” z „trzę­sa­wisk i pra­wie wcale nie zacho­dzi”. W zimie nato­miast dni są krót­kie, a słońce pra­wie się nie poka­zuje z powodu „gęstych mgieł, które wypeł­niają powie­trze i zasła­niają świa­tło”64. Dostrze­gano też jed­nak pewne zalety. Według szkoc­kiego podróż­nika Johna Bella, Newa – „szla­chetna rzeka, mająca czy­stą, zdrową wodę” – zawie­rała „wielką obfi­tość wspa­nia­łych ryb”, mię­dzy innymi łoso­sia. W lasach na obu brze­gach roiło się od „wszel­kiego zwie­rza, takiego jak zające, które zimą są białe jak śnieg, a latem bru­nat­nieją”65.

Życie miesz­ka­ją­cych w tym rejo­nie rol­ni­ków i ryba­ków wyzna­czały cykliczne zmiany pór roku: po zimie przy­cho­dziła wio­sna, po niej lato, po nim jesień, a po niej zima. I nagle w 1703 roku, według euro­pej­skiego kalen­da­rza, car Piotr wpro­wa­dził tu miej­ską rachubę czasu. Kiedy po roku 1703 nastą­pił 1704, a potem 1705 i 1706, życie zaczęło się toczyć znacz­nie szyb­ciej, zgod­nie z odgór­nie usta­lo­nym pla­nem. Władca przed­po­to­po­wego, odcię­tego od świata kraju posta­no­wił poka­zać, że nie ma rze­czy nie­moż­li­wych. Zało­żył port i twier­dzę, które bły­ska­wicz­nie prze­obra­ziły się w sto­licę. Miało to być mia­sto nowego typu w sta­rym kraju, co przez pierw­sze trzy stu­le­cia będzie utrud­niało mu samo­iden­ty­fi­ka­cję i wpro­wa­dzało zamęt w gło­wach miesz­kań­ców. Peters­burg zro­dził się z obse­sji i sza­leń­czych ambi­cji owego nie­zwy­kłego cara, był mia­stem wznie­sio­nym przez czło­wieka pija­nego, który pró­buje iść pro­sto. Zmiany, gorącz­kowo wpro­wa­dzane przez Pio­tra, stwo­rzyły bez­ładną mie­sza­ninę sty­lów i oby­cza­jów z róż­nych epok, co pozo­stało cechą cha­rak­te­ry­styczną Peters­burga od jego zało­że­nia w 1703 roku.

Pierw­szy etap budowy przy­padł na okres wiel­kiej wojny pół­noc­nej, w któ­rej Rosja musiała się bro­nić. Duże siły szwedz­kie pod dowódz­twem gene­rała Kronh­jorta obo­zo­wały groź­nie po pół­noc­nej stro­nie Newy, a flota wice­ad­mi­rała Num­mersa stała na kotwicy w zatoce. Rosja­nie rychło zdo­byli przy­czó­łek na wyspie Kotlin i zaczęli budo­wać twier­dzę Kronsz­tad, która miała unie­moż­li­wiać dostęp do delty. Mimo suk­ce­sów w woj­nie ze Szwe­cją nie było ucieczki przed ostrym połu­dniowo-zachod­nim wia­trem, wie­ją­cym przez Zatokę Fiń­ską w stronę „Sankt Peters­burga”, pierw­szy raz wspo­mnia­nego w tej for­mie w liście do cara pod koniec czerwca 1703 roku. Dwa mie­siące póź­niej osada prze­żyła pierw­szą powódź. Wobec takich prze­ciw­no­ści ze strony ludzi i przy­rody przy­szłość ryso­wała się ponuro.

Piotr na pierw­szym miej­scu sta­wiał budowę for­tecy mają­cej bro­nić mia­sta. Twier­dza Pie­tro­paw­łow­ska, wzo­ro­wana na impo­nu­ją­cych cyta­de­lach słyn­nego mar­kiza de Vau­bana, inży­niera woj­sko­wego Ludwika XIV, została naj­pierw wznie­siona z ziemi i drewna. Ręko­pi­śmienna gazeta peters­bur­ska „Wie­do­mo­sti” dono­siła, że latem 1703 roku przy budo­wie twier­dzy pra­co­wało dwa­dzie­ścia tysięcy robot­ni­ków66. Dodajmy do tego setki drwali, któ­rzy wyci­nali drzewa i spła­wiali drewno potrzebne do budowy, a sta­nie się jasne, że na zupeł­nym pust­ko­wiu doszło do praw­dzi­wej eks­plo­zji demo­gra­ficz­nej. Car spro­wa­dzał rosyj­skich, tatar­skich, kozac­kich, kał­muc­kich, fiń­skich i ingr­skich robot­ni­ków, do któ­rych dołą­czali Szwe­dzi i Inf­lant­czycy ucie­ka­jący z miast znisz­czo­nych przez wojnę. Fio­dor Romo­da­now­ski – „książę cezar” w Pio­tro­wym „naj­bar­dziej pija­nym sobo­rze” i szef nie­dawno utwo­rzo­nej taj­nej poli­cji – dostał roz­kaz, żeby dwa tysiące prze­stęp­ców, któ­rzy mieli zostać zesłani na Sybe­rię, skie­ro­wać do budowy twier­dzy w Peters­burgu. Dla ludzi pra­cu­ją­cych „w naj­nędz­niej­szych warun­kach” bra­ko­wało jedze­nia, kwa­ter, a nawet odpo­wied­nich narzę­dzi. Nie mając taczek, zie­mię, któ­rej nie było w oko­licy zbyt wiele, prze­no­sili „we wła­snych koszu­lach i wor­kach zro­bio­nych ze szmat i sta­rych mat”67. Twier­dza powstała w ciągu pię­ciu mie­sięcy. Zwłoki robot­ni­ków, któ­rzy zmarli na mala­rię, szkor­but, dyzen­te­rię albo zostali zabici przez Szwe­dów, pako­wano do baweł­nia­nych wor­ków i wrzu­cano do wyko­pów pod fun­da­menty. Sza­cuje się, że pod­czas pierw­szego etapu budowy Peters­burga śmierć ponio­sło trzy­dzie­ści tysięcy ludzi. Twier­dza była impo­nu­ją­cym począt­kiem mia­sta, które ofi­cjal­nie nazwano „Sankt Peters­bur­giem”, od imie­nia car­skiego patrona, w Dniu Świę­tego Pio­tra 29 czerwca 1703 roku. Nieofi­cjal­nie nazy­wano je sto­licą od wrze­śnia następ­nego roku68. Dowie­dziaw­szy się o tym, Karol XII rzekł but­nie: „Niech się car męczy budo­wa­niem nowych miast, zastrze­gamy sobie zaszczyt ich póź­niej­szego zdo­by­cia”69.

Od 1704 roku po dru­giej stro­nie rzeki, w miej­scu, gdzie pięć lat póź­niej sta­nie gmach Admi­ra­li­cji, dzia­łała stocz­nia. Rze­mieśl­nicy, mecha­nicy i mary­na­rze osie­dlali się w Peters­burgu wraz z rodzi­nami. Robot­nicy, któ­rzy prze­żyli mala­rię i odmro­że­nia w cza­sie pierw­szej zimy, pozo­stali w mie­ście, żeby budo­wać domy dla szlachty i kup­ców, spro­wa­dzo­nych przez cara70. Już w dniu Nowego Roku 1705 na Wyspie Peters­bur­skiej, na pół­noc od twier­dzy, stało pięt­na­ście obszer­nych domów, a w ciągu następ­nych pię­ciu lat liczba ta wzro­sła dzie­się­cio­krot­nie. Jesie­nią, odcięte przez powódź, sku­pi­ska tych budyn­ków wyglą­dały jak mały archi­pe­lag. Zimą w cza­sie mro­zów ich drew­niane bale pękały z trza­skiem przy­po­mi­na­ją­cym wystrzały. Po osa­dzie włó­czyły się wilki, bez­pań­skie psy i nie­pil­no­wane bydło. Ale naj­dziw­niej wyglą­dali ludzie w się­ga­ją­cych do kolan jedwab­nych płasz­czach, spodniach z tego samego mate­riału i popla­mio­nych poń­czo­chach. Byli to holen­der­scy, nie­mieccy i wło­scy maj­stro­wie, któ­rzy swymi bale­to­wymi ruchami sta­rali się nadać pewien porzą­dek cha­osowi budowy.

Znaj­do­wał się wśród nich Dome­nico Trez­zini, pierw­szy z wielu cudzo­ziem­skich archi­tek­tów, któ­rym Piotr i jego następcy powie­rzyli roz­bu­dowę Peters­burga. Uro­dzony w ubo­giej rodzi­nie spod Lugano, pra­co­wał wcze­śniej w Kopen­ha­dze, gdzie przy­swoił sobie trzeźwą, pro­te­stancką odmianę stylu baro­ko­wego. Zachę­cony do sto­so­wa­nia przy­ję­tych w Holan­dii zasad, tak podzi­wia­nych przez Pio­tra, dzia­łał w Peters­burgu od 1703 aż do śmierci w 1734 roku – przez trzy nie­zwy­kłe dzie­się­cio­le­cia, w cza­sie któ­rych drew­niana osada, pospiesz­nie wznie­siona na pust­ko­wiu, prze­obra­ziła się w tęt­niącą życiem metro­po­lię. Zasię­gnąw­szy opi­nii cara, Trez­zini przy­jął, że sze­ro­kość ulic powinna być dwa lub cztery razy więk­sza niż wyso­kość sto­ją­cych przy nich budyn­ków. Domy boga­czy, z fasa­dami przy pro­stych uli­cach, zaczęto budo­wać z cegieł i cera­micz­nych pły­tek. Zapla­no­wano kanały i śluzy, dzięki któ­rym mia­sto zyskało miano „Amster­damu Pół­nocy”. Ale pewien fran­cu­ski podróż­nik zauwa­żył, że cho­ciaż holen­der­skie pola dało się ochro­nić gro­blami, przed wyle­wami Newy nie spo­sób było się zabez­pie­czyć. Trzy lata po jego zało­że­niu mia­sto prze­żyło trze­cią wielką powódź: woda pod­nio­sła się na wyso­kość ponad dwóch i pół metra. Mimo to budowę ambit­nie i upar­cie kon­ty­nu­owano, a Piotr powo­łał Kan­ce­la­rię Spraw Miej­skich, w któ­rej głów­nym archi­tek­tem był Trez­zini. Kan­ce­la­ria nad­zo­ro­wała i koor­dy­no­wała prace budow­lane, zwłasz­cza w cza­sie, gdy car wyjeż­dżał na front. Oprócz kon­ty­nu­owa­nia wojny ze Szwe­cją toczył on też walki z ural­skimi Basz­ki­rami w latach 1705–1711, a w 1706 roku stłu­mił w Astra­cha­niu bunt strzel­ców, któ­rzy opie­rali się naka­zowi nosze­nia ubio­rów na modłę nie­miecką oraz obci­na­nia bród71. Peters­burg zro­dził się z marze­nia cara o pokoju i cywi­li­za­cji.

W ówcze­snej Rosji nie znano poję­cia upo­rząd­ko­wa­nego ogrodu, czyli parku, po któ­rym się spa­ce­ruje, dla­tego plan zało­że­nia peters­bur­skiego ogrodu Let­niego był nowo­ścią. Przy jego budo­wie pra­co­wało czte­ry­stu robot­ni­ków, stu cie­śli i sześć­dzie­się­ciu mura­rzy; ogro­dowe fon­tanny były dzie­łem szes­na­stu hydrau­li­ków i ich sześć­dzie­się­ciu pomoc­ni­ków72. Na roz­kaz cara Biuro Ogro­dowe zgro­ma­dziło kolek­cję pla­nów euro­pej­skich ogro­dów oraz trak­ta­tów na ich temat, rów­nież sam Piotr wziął udział w opra­co­wa­niu pro­jektu, choć jego pomy­sły były czę­sto dość eks­tra­wa­ganc­kie73. W 1708 roku, kiedy mia­sto liczyło led­wie kilka lat, car posłał do Moskwy po „osiem tysięcy pta­ków śpie­wa­ją­cych róż­nych gatun­ków”. W 1712 roku spro­wa­dzono z Holan­dii tysiąc trzy­sta doj­rza­łych lip, a ponadto kasz­ta­nowce z Ham­burga, cyprysy z połu­dnio­wej Rosji, dęby z Moskwy i wiązy z Kijowa. Holen­der­ski ogrod­nik Jan Roosen, który przy­go­to­wał pro­jekt i zre­ali­zo­wał go w latach 1712–1713, posta­wił też pierw­szy muro­wany budy­nek w mie­ście – mały pałac Letni cara74.

Grotę w ogro­dzie Let­nim wybu­do­wał Andreas Schlütter, który przy­je­chał do Peters­burga w 1713 roku, gdy zawa­lił się w Ber­li­nie jeden z zapro­jek­to­wa­nych przez niego budyn­ków. Grota skła­dała się z trzech małych pomiesz­czeń, ude­ko­ro­wa­nych egzo­tycz­nymi musz­lami i kolo­ro­wymi kamie­niami, które błysz­czały jak szkiełka w kalej­do­sko­pie świa­tłem odbi­tym od wewnętrz­nych sadza­wek. Zbu­do­wana przy rzece Fon­tance – nazwa­nej tak dla­tego, że dostar­czała wody do ogro­do­wych fon­tann – została znisz­czona przez wielką powódź w 1777 roku75. Schlütter ozdo­bił też pałac Letni dwu­dzie­stoma dzie­wię­cioma pła­sko­rzeź­bami przed­sta­wia­ją­cymi rosyj­skie zwy­cię­stwa w wiel­kiej woj­nie pół­noc­nej, umiesz­czo­nymi mię­dzy oknami par­teru i pierw­szego pię­tra. W sierp­niu 1716 roku przy­był z Fran­cji Jean-Bap­ti­ste Ale­xan­dre Le Blond, który okra­sił domi­nu­jący w ogro­dzie Let­nim styl holen­der­ski fran­cu­ską fine­zją i afek­ta­cją: geo­me­trycz­nie strzy­żo­nymi drze­wami i krze­wami oraz żwi­ro­wymi alej­kami wiją­cymi się wokół deko­ra­cyj­nych klom­bów76. Le Blond był uczniem nestora fran­cu­skich ogrod­ni­ków André Le Nôtre’a, pro­jek­tanta ogro­dów w Chan­tilly, Fon­ta­ine­bleau i Wer­salu. Dzięki udzia­łowi wło­skiego spe­cja­li­sty od hydrau­liki Niccolò Michet­tiego – któ­remu nie udało się zdo­być zle­ce­nia na sys­tem wodny rzym­skiej fon­tanny di Trevi – ogród Letni stał się praw­dzi­wie paneu­ro­pej­skim dzie­łem. To Michetti przy­wiózł z Włoch kla­syczne rzeźby, które sta­nęły przy alej­kach; ich wygląd czę­sto szo­ko­wał gości o kon­ser­wa­tyw­nych gustach. Car pole­cił też zbu­do­wać labi­rynt z rzeź­bami zwie­rząt wystę­pu­ją­cych w baj­kach Ezopa. Sam opro­wa­dzał po nim gości, obja­śnia­jąc zna­cze­nie posą­gów. Co waż­niej­sze, po zmroku ogród stał się miej­scem zabaw. Piotr wyda­wał przy­ję­cia pod gołym nie­bem, pod­czas któ­rych goście nawią­zy­wali bli­skie zna­jo­mo­ści, brali udział we wspól­nych zaba­wach i z jed­nej kadzi pili zdro­wie cara77. Nie wolno im było samo­wol­nie opusz­czać ogrodu: mieli się upić i zachwy­cać muzyką i fajer­wer­kami. Car zwykł wcze­śnie wsta­wać i ciężko pra­co­wać, ale popo­łu­dniami i wie­czo­rami odda­wał się przy­jem­no­ściom, „tęgo pocią­ga­jąc z butelki”.

W 1708 roku ze wszyst­kich tere­nów odzy­ska­nych wcze­śniej przez Pio­tra w jego rękach pozo­stały tylko oko­lice Peters­burga. Car prze­szedł więc do ofen­sywy, pusto­sząc Ingrię, aby wziąć nie­przy­ja­ciela gło­dem. Kiedy po wyjąt­kowo ostrej zimie w kwiet­niu 1709 roku Karol XII obległ Połtawę, doszło do bitwy, w któ­rej Rosja­nie roz­gro­mili armię szwedzką. Trak­tat poko­jowy w Ystad, koń­czący wielką wojnę pół­nocną, zawarto dopiero dzie­sięć lat póź­niej, ale to bitwa pod Połtawą roz­strzy­gnęła o jej wyniku. Armia szwedzka pod­dała się „księ­ciu ceza­rowi” Romo­da­now­skiemu, czemu z roz­ba­wie­niem przy­glą­dał się pewien rosły jak topola ofi­cer, czyli zacho­wu­jący inco­gnito car. Piotr lubił się bawić roz­da­wa­niem sta­no­wisk i rang, wyno­sząc do wyso­kich god­no­ści ludzi nie­udol­nych, nie­od­po­wied­nich lub inte­re­sow­nych. Na przy­kład skrom­nego mło­dzieńca Mien­szy­kowa zro­bił księ­ciem, a szczura lądo­wego Fio­dora Aprak­sina – który podobno w trzy dni wypił 180 kie­li­chów wina – mia­no­wał admi­ra­łem78. Były to tylko z pozoru wygłupy, w isto­cie bowiem miały racjo­nalny cel: pozwa­lały carowi dzier­żyć wła­dzę mocną ręką79.

Zwy­cię­stwo pod Połtawą uczczono naj­pierw w Moskwie, bo w Peters­burgu wciąż bra­ko­wało odpo­wied­nich akce­so­riów do urzą­dza­nia tego rodzaju uro­czy­sto­ści. Dopiero w czerwcu 1710 roku, czter­na­ście mie­sięcy po bitwie, regaty i pokaz fajer­wer­ków uświet­niły połtaw­ski triumf w nowej sto­licy kraju. Była to sym­bo­liczna chwila, potwier­dza­jąca to, co nieco wcze­śniej Piotr oznaj­mił z dumą admi­ra­łowi Aprak­si­nowi: „Teraz, z bożą pomocą, został poło­żony kamień węgielny pod budowę Peters­burga”80.

Na miej­scu daw­nej stoczni wbito w zie­mię tysiące pali, a potem zasy­pano je gru­zem, zie­mią i zwło­kami zmar­łych robot­ni­ków. Na tym fun­da­men­cie sta­nął budy­nek Admi­ra­li­cji81. Był to roz­le­gły drew­niany kom­pleks, do któ­rego pro­wa­dził most zwo­dzony. Pra­co­wali tu powroź­nicy, szkut­nicy i cie­śle, któ­rzy na rusz­to­wa­niach budo­wali okręty i wodo­wali je z pochylni. Jed­nakże w 1710 roku z car­skich dwu­na­stu fre­gat, ośmiu gale­onów, sze­ściu bran­de­rów i dwóch okrę­tów arty­le­ryj­skich tylko trzy fre­gaty nada­wały się do służby linio­wej82. Jeśli więc Piotr miał zre­ali­zo­wać swój plan stwo­rze­nia floty bał­tyc­kiej, uspraw­nie­nie dzia­łal­no­ści Admi­ra­li­cji było koniecz­no­ścią. W następ­nym dzie­się­cio­le­ciu przy­było ponad pieć­dzie­siąt tysięcy cie­śli okrę­to­wych i rze­mieśl­ni­ków.

Budy­nek Admi­ra­li­cji w 1717 roku

Wio­sną 1710 roku lud­ność Peters­burga, licząca około ośmiu tysięcy osób, podwo­iła się dzięki napły­wowi robot­ni­ków sezo­no­wych, któ­rzy przy­byli kon­ty­nu­ować gorącz­kowe prace budow­lane83. Ponie­waż suche tereny były na wagę złota, musieli oni miesz­kać na mokra­dłach, przez co „na uli­cach było wyjąt­kowo brudno”. Nie­mniej dzięki pierw­szym kamien­nym budyn­kom mia­sto zaczęło nabie­rać cech trwa­ło­ści. Ruszyły prace przy budo­wie sie­dziby gene­ral­nego guber­na­tora Peters­burga Alek­san­dra Mien­szy­kowa i pałacu Let­niego Pio­tra. Car posta­no­wił też prze­bu­do­wać w kamie­niu twier­dzę Pie­tro­paw­łow­ską, uży­wa­jąc mate­riału ze zdo­by­tej szwedz­kiej twier­dzy Nyen­skans84. Zbu­do­wano pra­wie dwu­dzie­sto­me­tro­wej gru­bo­ści mury, a sto­jący na obszer­nym wewnętrz­nym dzie­dzińcu drew­niany sobór roze­brano, aby zro­bić miej­sce pod muro­wany sobór pro­jektu Trez­zi­niego. Świą­ty­nię, zwień­czoną wysmu­kłą pozła­caną iglicą, ukoń­czono w 1733 roku. Ćwierć wieku póź­niej, z powodu ude­rze­nia pio­runa, spło­nęła stu­dwu­dzie­sto­trzy­me­trowa wieża soboru. Po dzie­się­ciu latach Kata­rzyna II naka­zała zre­kon­stru­ować wieżę z iglicą w poprzed­nim kształ­cie. Prace ukoń­czono w 1776 roku i od tej pory iglica pozo­staje jed­nym z naj­bar­dziej widocz­nych punk­tów orien­ta­cyj­nych w mie­ście.

Walen­tin Sie­row, Piotr Wielki nad­zo­ruje budowę Peters­burga, 1907

Dwu­pię­trowy pałac Mien­szy­kowa na Wyspie Wasi­lew­skiej, sto­jący fron­tem do Newy, został wznie­siony „z kamie­nia na modłę wło­ską”85. Wspa­nial­szy niż car­ski pałac Letni, dosko­nale paso­wał do czło­wieka „owład­nię­tego bez­gra­niczną ambi­cją” i nie­na­sy­coną chci­wo­ścią.

Mien­szy­kow zaczy­nał jako uliczny sprze­dawca albo chło­piec sta­jenny; wielu współ­cze­snych mu komen­ta­to­rów przed­sta­wiało go sprze­da­ją­cego „pie­rożki z sie­ka­nym mię­sem […] na uli­cach Moskwy”. Legenda głosi, że Piotr usły­szał śpie­wa­ją­cego Mien­szy­kowa, a kiedy zapy­tał, ile chce za cały koszyk z pie­roż­kami, ten wyka­zał się spry­tem, który miał go zapro­wa­dzić na szczyty wła­dzy. Odpo­wie­dział, że „sprze­daje pie­rożki i musi zapy­tać swego pana o pozwo­le­nie, czy może sprze­dać też koszyk; ale ponie­waż wszystko należy do władcy, pole­ce­nie może wydać tylko Naj­ja­śniej­szy Pan. Car był tak zado­wo­lony z tej odpo­wie­dzi, że natych­miast zabrał go na dwór”86. Mien­szy­kow szybko piął się w górę i w końcu został prawą ręką Pio­tra. Ten typowy dwor­ski intry­gant był klep­to­kratą na wielką skalę, okra­da­ją­cym bez skru­pu­łów zarówno pań­stwo, jak i jego oby­wa­teli.

Jak na iro­nię, pałac Mien­szy­kowa ukoń­czono w roku 1727, w któ­rym jego wła­ści­ciel popadł w nie­ła­skę. Ale jedno pomiesz­cze­nie było gotowe wcze­śniej: „prze­stronna sala” na „wiel­kie przy­ję­cia”, gdzie car, który lubo­wał się w małych i niskich poko­jach pałacu Let­niego, mógł urzą­dzać uro­czy­sto­ści i bale. W 1710 roku wesele „car­skiego karła” Jakima Woł­kowa, na które Romo­da­now­ski spro­wa­dził kar­łów z całej Rosji, odbyło się wła­śnie w pałacu Mien­szy­kowa. Widok upi­ja­ją­cych się sie­dem­dzie­się­ciu kar­łów, któ­rych posa­dzono przy minia­tu­ro­wych sto­li­kach, bar­dzo roz­ba­wił innych gości wesel­nych.

Jesie­nią tego roku w pałacu Mien­szy­kowa odbyło się jesz­cze jedno wesele: bra­ta­nicy Pio­tra i córki cara Iwana Anny Iwa­nowny z księ­ciem kur­landz­kim Fry­de­ry­kiem Wil­hel­mem. Tym razem karły wzięły aktyw­niej­szy udział w impre­zie. W dniach poprze­dza­ją­cych uro­czy­sto­ści dwóch z nich jeź­dziło po mie­ście, roz­da­jąc zapro­sze­nia. W dniu ślubu naj­niż­szy karzeł, peł­niący funk­cję mistrza cere­mo­nii, popro­wa­dził pannę młodą i pana mło­dego do ołta­rza. Pod­czas uczty podano wielki pie­róg, z któ­rego wysko­czyły dwie kar­lice ubrane według naj­now­szej mody fran­cu­skiej; śpie­wały, tań­czyły i recy­to­wały wier­sze. Kobiety gosz­czące na weselu zmu­szano do picia bez umiaru, ale naj­gor­szy los spo­tkał pana mło­dego. Nie­cały mie­siąc po weselu zmarł w dro­dze do Kur­lan­dii, praw­do­po­dob­nie z powodu zatru­cia alko­ho­lem.

Car uży­wał trun­ków do zastra­sza­nia ludzi. Duń­ski poseł Just Juel, pró­bu­jąc unik­nąć kar­nego wypi­cia pół­tora litra wódki z osła­wio­nego „wiel­kiego orła”, scho­wał się wysoko w oli­no­wa­niu okrętu, ale car, z pucha­rem w zębach i butel­kami w kie­sze­niach, wdra­pał się tam za nim87. Juel z dużym dystan­sem trak­to­wał usi­ło­wa­nia Pio­tra, aby pod­nieść kul­turę rosyj­skich pod­da­nych. Opi­sał na przy­kład, jak to w brud­nej sali jadal­nej bie­siad­nicy „krzy­czeli, wyli, recho­tali, wymio­to­wali, pluli” i rzu­cali w sie­bie gar­ściami jedze­nia88.

W 1711 roku doszło do jesz­cze jed­nego zaaran­żo­wa­nego wcze­śniej mał­żeń­stwa dyna­stycz­nego: mię­dzy pogar­dza­nym przez Pio­tra, gnu­śnym care­wi­czem Alek­sym a sie­dem­na­sto­let­nią Char­lottą Brunsz­wik-Wolfenbüttel. Mał­żonka care­wi­cza prze­szcze­piła na dwór Roma­no­wów wiele imion i zwy­cza­jów nie­miec­kich; na przy­kład główny och­mistrz nazy­wał się odtąd obe­rhof­maj­strem, a potężny szam­be­lan – kamer­jun­krem. Na dwo­rze zatrud­niano Niem­ców. Piotr nie­źle wła­dał nie­miec­kim i „nawet nie­pi­śmienny Mien­szy­kow rozu­miał ten język i mówił w nim”. Fran­cuz François Vil­le­bois zauwa­żył, że przy­ja­ciółka Pio­tra Kata­rzyna „zna bie­gle” cztery języki, „mia­no­wi­cie rosyj­ski, nie­miecki, szwedzki i pol­ski, a do tego rozu­mie tro­chę po fran­cu­sku”89.

Dopiero po bitwie pod Połtawą car spro­wa­dził Kata­rzynę z Pre­obra­żen­skoje na stałe do Peters­burga. Ale w 1711 roku, kiedy wyru­szał na wojnę z Tur­kami, zabrał ją ze sobą, a dzieci zostały pod opieką Mien­szy­kowa i jego żony Darii. W osiem­na­sto­wiecz­nej sztuce Das Mädchen von Marien­burg (Panna z Marien­burga), mają­cej wię­cej niż skromną war­tość lite­racką, jeden z boha­te­rów mówi, że „nie­biosa obda­rzyły Kata­rzynę uro­kiem, dow­ci­pem i żywo­ścią, czu­łym ser­cem i męskim rozu­mem”90. Kiedy w lipcu 1711 roku woj­ska rosyj­skie zostały oto­czone przez siły turec­kie nad Pru­tem w Moł­da­wii, roze­szła się plotka, że uwo­dzi­ciel­ska Kata­rzyna spo­tkała się z dowódcą Tur­ków i zło­żyła mu pro­po­zy­cję poko­jową91. Krzepka i śmiała, była odpo­wied­nią part­nerką dla Pio­tra.

W lutym 1712 roku, ubrany w mun­dur kontr­ad­mi­rała, car ofi­cjal­nie pojął swą uko­chaną za żonę. Skromna uro­czy­stość odbyła się w pałacu Mien­szy­kowa. Dwoje z ich dzieci – czte­ro­let­nia Anna Pie­trowna i roczna Elż­bieta – przez krótką chwilę nio­sło tren mat­czy­nej sukni ślub­nej. Piotr i Kata­rzyna zasie­dli przy stole w kształ­cie korony, a Char­les Whi­tworth, „poseł nad­zwy­czajny” Anglii w Rosji, zauwa­żył, że „naj­przy­jem­niej­szą” stroną tych uro­czy­sto­ści wesel­nych było to, że „nikogo nie zmu­szano do nad­mier­nego picia”. Kata­rzyna, kobieta z pospól­stwa i cudzo­ziemka, była teraz żoną cara Rosji, choć jego pierw­sza żona, Eudok­sja, wciąż żyła, uwię­ziona w klasz­to­rze w Suz­dalu (potem została prze­nie­siona do kon­wentu nad jezio­rem Ładoga). W związku Pio­tra z drugą żoną nie cho­dziło o usta­bi­li­zo­wa­nie i wzmoc­nie­nie pań­stwa, ale o namiętną miłość92. W cyto­wa­nej sztuce Das Mädchen von Marien­burg Piotr mówi: „Szczę­śliwy władca, który zna­lazł kobietę kocha­jącą nie władcę w czło­wieku, lecz czło­wieka we władcy”93.

W Peters­burgu na­dal osie­dlano się nie­chęt­nie. Rosja­nie z wyż­szych sfer narze­kali, że z nowego mia­sta jest aż sie­dem­set kilo­me­trów do ich ulu­bio­nych kup­ców moskiew­skich i wygod­nych posia­dło­ści ziem­skich poło­żo­nych w pobliżu sta­rej sto­licy. Piotr zagro­ził, że kto nie prze­nie­sie się do Peters­burga, straci tytuł szla­checki. Wobec takiego dic­tum szlachta nie mogła się dłu­żej opie­rać: przy­by­wała do Peters­burga, a wraz z nią naj­bo­gatsi kupcy. Ale narze­ka­nia nie uci­chły. Na zim­nej i mokrej gle­bie pod mia­stem uda­wało się nie­wiele upraw: rzepa, kapu­sta i ogórki94. Latem w lasach były grzyby i tro­chę zwie­rzyny, w rze­kach ryby, ale poza tym żyw­ność trzeba było zimą przy­wo­zić saniami, a latem trans­por­to­wać rze­kami i jezio­rami. Zbli­ża­jąc się do Peters­burga, podróż­nicy musieli prze­pra­wiać się przez moczary, lecz samo mia­sto też tonęło w bło­cie. Nawet pozor­nie suchy grunt nie nada­wał się na ogró­dek warzywny, bo gdy zaczy­nało się kopać, dół wypeł­niał się wodą „głę­boką na dwie stopy”95.

Czy można się więc dzi­wić, że w takich warun­kach ludzie osie­dlali się w Peters­burgu tylko pod przy­mu­sem? Pod koniec 1712 roku Piotr kazał spro­wa­dzić do mia­sta nowych kup­ców i rze­mieśl­ni­ków, a także kolejny tysiąc rodzin szla­chec­kich. Kiedy w 1714 roku ponow­nie ścią­gnął do Peters­burga tysiąc naj­ma­jęt­niej­szych Rosjan, nie­któ­rzy wydali na tę kosz­towną prze­pro­wadzkę sześć­dzie­siąt pro­cent oszczęd­no­ści96. Wydatki takiego rzędu by­naj­mniej nie zachę­cały poten­cjal­nych osie­dleń­ców do przy­jazdu. Dla­tego Piotr zapo­wie­dział, że jeśli do 1725 roku „sta­ro­obrzę­dowcy” nie prze­niosą się do Peters­burga, każe zbu­rzyć ich domy i będą miesz­kać w lepian­kach na bagnach Wyspy Wasi­lew­skiej. Robot­ni­kom, któ­rych pil­nie potrze­bo­wano, też nie uśmie­chała się prze­pro­wadzka do mia­sta nad Newą. W latach 1712 i 1714 jedna trze­cia zwer­bo­wa­nej siły robo­czej po pro­stu nie przy­je­chała97. Dopiero w 1717 roku książę Alek­siej Czer­kas­ski, szef Kan­ce­la­rii Spraw Miej­skich, zwró­cił Pio­trowi uwagę, że przy­mu­sowa siła robo­cza jest mniej wydajna i w efek­cie kosz­tow­niej­sza niż wolna.

W 1714 roku, po przy­jeź­dzie do Peters­burga, Frie­drich Weber, przed­sta­wi­ciel dyplo­ma­tyczny księ­stwa Hano­weru w Rosji, pisał: „Zamiast mia­sta z praw­dzi­wego zda­rze­nia, jakiego się spo­dzie­wa­łem, ze zdzi­wie­niem zoba­czy­łem sku­pi­sko wio­sek, które wyglą­dało jak jakaś plan­ta­cja w Indiach Zachod­nich”98. Goście z Europy czę­sto odno­sili wra­że­nie, że zna­leźli się w sto­licy jakiejś kolo­nii, gdzie w dzi­waczny spo­sób odtwa­rza się lub paro­diuje kul­turę metro­po­lii. Nato­miast John Bell, który przy­był do Peters­burga w lipcu 1715 roku, aby dołą­czyć do posel­stwa wysy­ła­nego przez Pio­tra do Per­sji, stwier­dził, że sto­lica „jest licz­nie zamiesz­kana i nie wygląda na mia­sto nie­dawno zało­żone”. Te sprzeczne rela­cje dają razem trafny obraz począt­ko­wej, cha­otycz­nej fazy budowy mia­sta. W cegiel­niach wypa­lano cegły w nie­wia­ry­god­nym tem­pie, ale jakość prac budow­la­nych obni­żała kiep­ska zaprawa murar­ska i kawa­le­ryj­ski zwy­czaj kon­ty­nu­owa­nia robót pod­czas mroź­nych zim. W rezul­ta­cie świeżo ukoń­czone budynki nie­mal od razu wyma­gały remontu. Mimo że wokół leżały tonące w bru­dzie osie­dla, w któ­rych miesz­kała źle trak­to­wana siła robo­cza, w mie­ście zaczęło rodzić się życie towa­rzy­skie i nabie­rało pew­nego poloru. W ary­sto­kra­tycz­nych rezy­den­cjach odby­wały się bale maskowe i wie­czorki muzyczne. Sio­stra Pio­tra, dra­ma­to­pi­sarka ama­torka carówna Nata­lia Alek­sie­jewna, zapro­siła Webera na przy­ję­cie w stylu euro­pej­skim, do któ­rego aspi­ro­wał racz­ku­jący dwór peters­bur­ski. Po obo­wiąz­ko­wej wódce goście zasie­dli do pierw­szego dania zło­żo­nego z „szy­nek, kieł­bas, zim­nych nóżek i róż­nego rodzaju mięs, pod­la­nych oliwą i przy­bra­nych cebulą i czosn­kiem”. Po dobrej godzi­nie podano „zupy, pie­cze­nie i inne gorące potrawy, skła­da­jące się na dru­gie danie”, a po nich desery. „Peters­bur­skie pięk­no­ści” usi­ło­wały za wszelką cenę stroić się według fran­cu­skiej mody, ale poru­szały się dość nie­zgrab­nie w suk­niach z rogówką i zdra­dzały je przede wszyst­kim przy­czer­nione lub zepsute zęby. Był to według Webera „wystar­cza­jący dowód na to, że nie pozbyły się jesz­cze prze­ko­na­nia, tak mocno zako­rze­nio­nego w umy­słach daw­nych Rosjan, że białe zęby przy­stoją tylko Murzy­nom i mał­pom”99.

W roku przy­by­cia do sto­licy posła Hano­weru Piotr trium­fal­nie zawi­nął do Peters­burga, pobiw­szy w lipcu 1714 roku flotę szwedzką pod Hangö. Tego lata, jak pisał póź­niej wenecki eru­dyta i anglo­fil Fran­ce­sco Alga­rotti do angiel­skiego dwo­rza­nina lorda Herveya, car „naprawdę ujrzał zakoń­cze­nie swego dzieła”100. Liczba domów osią­gnęła trzy­dzie­ści cztery tysiące pięć­set pięć­dzie­siąt101, lecz w miarę jak mia­sto roz­ra­stało się na obu brze­gach i wielu wyspach, delta Newy zaczęła stwa­rzać coraz poważ­niej­sze kło­poty. Główna odnoga rzeki, mająca ponad kilo­metr w naj­szer­szym miej­scu, oddzie­lała dziel­nice mia­sta, a tylko przez naj­mniej­sze kanały były prze­rzu­cone stałe mosty. Aby prze­pra­wić się na drugi brzeg przez Wielką Newę, nie pozo­sta­wało nic innego, jak sko­rzy­stać z jed­nego z dwu­dzie­stu pań­stwo­wych pro­mów za skromną opłatą dwóch-czte­rech kopie­jek102. Pod­czas wio­sen­nych odwilży i jesien­nych powo­dzi podróż po wzbu­rzo­nych wodach Newy była nie­bez­pieczna. Co wię­cej Piotr, który pozwa­lał szlach­cie przy­by­wać na dwór tylko stat­kiem, żądał, aby jego pod­dani umieli żeglo­wać. Od 1718 roku odda­wał do ich dys­po­zy­cji statki, na któ­rych mogli pobie­rać nauki. Przy­by­sze ze śród­lą­do­wej Moskwy mieli dużą tremę pod­czas nie­dziel­nych wycie­czek po zatoce i zło­ścili się, gdy za opusz­cze­nie dwóch nie­dziel w mie­siącu spa­dała na nich kara. Osoby z naj­wyż­szych sfer miały obo­wią­zek utrzy­my­wać wła­sne statki i brać udział w uro­czy­sto­ściach mor­skich. Kiedy rzeka była skuta lodem, budo­wano spe­cjalne pojazdy z żaglem i pło­zami, któ­rymi jeż­dżono po lodzie103. Zresztą zimą w ogóle łatwiej poru­szano się po mie­ście i podró­żo­wano po całym regio­nie, bo drogi zama­rzały, dzięki czemu karety i dyli­żanse nie grzę­zły w bło­cie. Z kolei w mie­sią­cach let­nich z powodu osa­dów rzecz­nych u ujścia Newy statki mające ponad dwa metry zanu­rze­nia nie mogły zawi­jać do portu. Sytu­ację czę­ściowo rato­wał głę­bo­ko­wodny port w Kronsz­ta­dzie. Można też było wyła­do­wać część towa­rów, gdy sta­tek stał na kotwicy w zatoce, ale zwięk­szona liczba małych jed­no­stek i pła­sko­den­nych barek prze­wo­żą­cych towary powo­do­wała zatory.

Takie trud­no­ści, w połą­cze­niu z coroczną blo­kadą komu­ni­ka­cji mor­skiej wsku­tek zama­rza­nia Zatoki Fiń­skiej, tłu­ma­czyły, dla­czego mia­sto nie budziło wśród Rosjan zaufa­nia. Zwa­rio­wany Piotr rzą­dził swym szy­der­czym dwo­rem w sto­licy, która dla ludzi prak­tycz­nych była niczym innym jak szy­der­stwem z portu. Uwa­żali ją za jakąś uprzy­krzoną farsę, którą car insce­ni­zo­wał na bagni­stych pust­ko­wiach Ingrii. Rzeka jed­nak sta­no­wiła rację bytu mia­sta i zyskała rangę świę­to­ści. Waż­nym obrzę­dem było świę­ce­nie wody, które odby­wało się co roku w dniu Trzech Króli. Żoł­nie­rze pułku Pre­obra­żen­skiego masze­ro­wali pod wodzą cara na śro­dek zamar­z­nię­tej rzeki, tam for­mo­wali czwo­ro­bok i przy­glą­dali się wyci­na­niu w lodzie prze­rę­bla ponad­pół­me­tro­wej gru­bo­ści. Z wycię­tych blo­ków lodo­wych budo­wano skle­pioną świą­ty­nię. Przy dźwię­kach peters­bur­skich dzwo­nów popi podą­żali w pro­ce­sji do zaim­pro­wi­zo­wa­nej cer­kwi, odpra­wiali mszę i świę­cili wodę pły­nącą pod lodem. Strze­lano z armat i musz­kie­tów, a matki przy­no­siły dzieci do chrztu. Te, które prze­żyły kąpiel w lodo­wa­tej wodzie, miały – jak wie­rzono – zapew­nioną opiekę boską na całe życie. Kiedy popi i żoł­nie­rze odcho­dzili, wierni, łącz­nie z cho­rymi i kale­kami, zbli­żali się do prze­rę­bla i napeł­niali wia­dra oraz kubki żywą wodą, którą mieli ujrzeć ponow­nie dopiero w maju.

W 1715 roku, kil­ka­na­ście dni po świę­ce­niu wody, odbył się gro­te­skowy ślub Nikity Zotowa, osiem­dzie­się­ciocz­te­ro­let­niego pija­czyny i byłego nauczy­ciela car­skiego, który zaj­mo­wał fotel „księ­cia papieża” w Pio­tro­wym „naj­bar­dziej pija­nym sobo­rze”. Jego oblu­bie­nicą była „trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nia pier­sia­sta wdowa”. Koro­wód weselny pro­wa­dził „książę cezar” Romo­da­now­ski, spo­czy­wa­jący w saniach w asy­ście czte­rech niedź­wie­dzi, które sie­działy na tyl­nych łapach i były posztur­chi­wane, aby ryczały. Kiedy zbli­żali się do twier­dzy, dobo­sze zaczęli bić w wer­ble na powi­ta­nie. Wszy­scy uczest­nicy koro­wodu poczuli się zachę­ceni do krzyku, a to skło­niło włó­czące się w pobliżu dzi­kie zwie­rzęta do ryków i wycia. Szkocki pamięt­ni­karz Peter Henry Bruce zano­to­wał, że wesołą kom­pa­nię powi­tało „czte­rech naj­więk­szych jąka­łów w kró­le­stwie; ci czte­rej bie­gnący lokaje byli naj­bar­dziej nie­zgrab­nymi, artre­tycz­nymi gru­ba­sami, jakich udało się zna­leźć; druż­bo­wie, och­mi­strze i kel­ne­rzy byli bar­dzo sta­rzy […], a pop, który udzie­lał ślubu, miał chyba prze­szło sto lat” i nic już nie widział. Gro­te­skowa feta trwała dzie­sięć dni, bo wesel­nicy cho­dzili od domu do domu i w każ­dym urzą­dzali bacha­na­lia. Nie mniej huczne i roz­bry­kane uro­czy­sto­ści odbyły się w listo­pa­dzie 1715 roku z oka­zji naro­dzin syna Pio­tra i Kata­rzyny, Pio­tra Pie­tro­wi­cza. W uczcie znów ważną rolę ode­grały karły. Na stole, przy któ­rym sie­dzieli męż­czyźni, usta­wiono ogromny pie­róg, z któ­rego wyszła „kształtna kar­lica”. Była „zupeł­nie naga” z wyjąt­kiem „nakry­cia głowy i ozdób z czer­wo­nych wstą­żek”. Wygło­siła prze­mó­wie­nie i napeł­niła kie­li­chy bie­siad­ni­ków winem z bute­lek scho­wa­nych w pie­rogu. Przy stole dam podobne usługi świad­czył nagi karzeł. Były toa­sty i sztuczne ognie, a wszy­scy w końcu upili się tak, że nie mogli ruszyć ręką104.

W tym samym mie­siącu, w któ­rym uro­dził się Piotr Pie­tro­wicz, car wystą­pił prze­ciwko swemu synowi z pierw­szego mał­żeń­stwa z Eudok­sją Łopu­chiną, care­wi­czowi Alek­semu. Bruce poznał mło­dzieńca w Moskwie. Orzekł, że jest on „gnu­śny” i ota­czają go „roz­pustni i ciemni popi”, któ­rzy – gdyby objął tron – pomo­gliby mu „przy­wró­cić w Rosji dawne porządki”. Piotr napi­sał gniewny list do syna, który nie chciał wziąć udziału w woj­nie ze Szwe­cją: „Komu zosta­wię kraj po swo­jej śmierci? Czło­wie­kowi, który jak gnu­śny sługa ukrywa swój talent w ziemi […]105. Nie czy­nisz żad­nych sta­rań, a jedyna twoja przy­jem­ność to sie­dze­nie w domu i zbi­ja­nie bąków”106. Wypo­wie­dziaw­szy swoje obawy, Piotr odcze­kał pewien czas, aby dać care­wi­czowi szansę na poprawę. „Jeśli nie [popra­wisz się], stra­cisz prawo do tronu”. Aleksy jed­nak pił coraz wię­cej, a gdy ojciec kazał mu wstą­pić do zakonu, uciekł do Europy.

We wrze­śniu 1715 roku woda w Peters­burgu pod­nio­sła się tak wysoko, że na jeden z budyn­ków został znie­siony dwu­masz­to­wiec i kiedy wody opa­dły, osiadł na grzą­skiej ulicy. Poto­piło się bydło, zgi­nęli ludzie, a zmy­ciu ule­gły zbu­do­wane wiel­kim kosz­tem for­ty­fi­ka­cje. Mimo tej klę­ski w następ­nym mie­siącu Piotr wydał roz­kaz, aby do Peters­burga spro­wa­dzono na osie­dle­nie kolejne dwa­na­ście tysięcy rodzin107. W ciągu 1716 roku powstały ambitne plany roz­bu­dowy mia­sta w pobliżu twier­dzy Pie­tro­paw­łow­skiej: na Wyspie Peters­bur­skiej na pół­nocy, na cyplu Wyspy Wasi­lew­skiej na połu­dnio­wym zacho­dzie i wokół Admi­ra­li­cji po dru­giej stro­nie rzeki. Widać je na pla­nie mia­sta wyda­nym w 1720 roku w Norym­ber­dze i opar­tym na nie­miec­kim ory­gi­nale sprzed dwóch lat. Plan dość wier­nie oddaje stan zabu­dowy wokół Admi­ra­li­cji i w oko­li­cach twier­dzy, lecz siatka ulic na bagni­stej Wyspie Wasi­lew­skiej jest takim samym wytwo­rem fan­ta­zji jak rysu­nek latarni mor­skiej w Kronsz­ta­dzie108. Ta ostat­nia wygląda, jakby pocho­dziła z książki Jules’a Verne’a.

W 1717 roku Le Blond stwo­rzył bar­dziej wyra­fi­no­wany, typowo fran­cu­ski plan zabu­dowy Wyspy Wasi­lew­skiej. Wzo­ru­jąc się na twier­dzach pro­jek­to­wa­nych przez Vau­bana i ogro­dach Le Nôtre’a, w cen­trum umie­ścił car­ski pałac. Zarówno plan Wer­salu, jak i pro­jekt Le Blonda inspi­ro­wały jego rodaka Pierre’a-Char­les’a L’Enfanta pod­czas pro­jektowania nowej sto­licy ame­ry­kań­skiej, Waszyng­tonu, cho­ciaż pro­jekt Le Blonda pozo­stał nie­zre­ali­zo­wany.

W kilku dekre­tach, któ­rych celem było zwięk­sze­nie bez­pie­czeń­stwa w mie­ście, ostrze­gano miesz­kań­ców, aby nie pusz­czali zwie­rząt gospo­dar­skich samo­pas. Mimo to w Peters­burgu widy­wano w biały dzień watahy wil­ków liczące po trzy­dzie­ści-czter­dzie­ści osob­ni­ków. W 1715 roku wilki pożarły kobietę, co było widać z pałacu Mien­szy­kowa. Kie­dyś wilki opa­dły war­tow­nika strze­gą­cego kuźni na połu­dnio­wym brzegu, a kolega, który pospie­szył mu z pomocą, został roze­rwany na strzępy.

Plan Peters­burga autor­stwa Le Blonda, począ­tek XVIII wieku

Prze­mianę pogra­nicz­nej osady w mia­sto w stylu holen­der­skiego baroku przy­spie­szył w 1714 roku zakaz budow­nic­twa drew­nia­nego w okre­ślo­nych dziel­ni­cach109. Domy sza­chul­cowe, wzno­szone na kamien­nym fun­da­men­cie i kryte dachówką, stały się normą, jeśli cho­dzi o uboż­szą lud­ność, a sie­dziby ludzi zamoż­nych były w cało­ści budo­wane z kamie­nia. Ze względu na nie­do­sta­tek mura­rzy w Rosji zaka­zano budow­nic­twa muro­wa­nego poza Peters­bur­giem, a ponie­waż w pobliżu sto­licy bra­ko­wało budulca, osoby przy­by­wa­jące do mia­sta wodą lub lądem były zobo­wią­zane przy­wo­zić ze sobą ładu­nek kamie­nia. Od 1714 roku na każdy przy­jeż­dża­jący powóz miały przy­pa­dać trzy co naj­mniej dwu­ki­lowe kamie­nie. Statki, zależ­nie od swo­ich roz­mia­rów, musiały przy­wieźć od dzie­się­ciu do trzy­dzie­stu takich kamieni.

Roz­miary i styl domu zale­żały od pozy­cji spo­łecz­nej wła­ści­ciela. Skromni podat­nicy miesz­kali w par­te­ro­wych domach. Zamoż­niejsi wypo­sa­żali dach w lukarny. Le Blond zapro­jek­to­wał dla elity pię­trowe wille z lukar­nami i wolimi okami110