Wydawca: BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 555 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Perły panny młodej - Liz Carlyle

Trzecia część cyklu Bractwo Świętgo Jakuba

Rance Welham, hrabia Lazonby, jeden z członków Towarzystwa Świętego Jakuba, otoczony jest aurą skandalu sprzed lat. Czy tak niebezpieczny człowiek będzie więc odpowiednim opiekunem dla lady Anishy Stafford, egzotycznej piękności, która przybyła do Londynu z Kalkuty po śmierci męża? Rozsądek mówi, że nie, jednak tych dwoje przyciąga do siebie tajemnicza siła i wkrótce nie będą mogli ignorować rodzącej się namiętności...

Opinie o ebooku Perły panny młodej - Liz Carlyle

Fragment ebooka Perły panny młodej - Liz Carlyle

Liz Carlyle

Perły panny młodej

Przełożyła Hanna Rostkowska-Kowalczyk

Warszawa 2013

Tytuł oryginału: The Bride Wore Pearls

Projekt okładki: Wojciech Grzegorzyca

Zdjęcie na okładce Istockphoto/ValuaVitaly

Copyright © 2012 Susan Woodhouse

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2013

Cytaty z Szekspira w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego (prolog, rozdz. 2, Jerzego Limona i Władysława Zawistowskiego (rozdz. 8, 12, 14, epilog), Leona Ulricha (rozdz. 1, 3, 4, 6, 10, 11, 13). Macieja Słomczyńskiego (rozdz. 5, 9) oraz tłumaczki (rozdz. 7).

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej nawww.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

ISBN 978-83-7551-367-7

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Konwersja:

Wstęp

Jeśli to, co się ma stać, stać się musi,

Niechby przynajmniej stało się niezwłocznie.

William Szekspir Makbet

Więzienie Newgate, rok 1834

To był piękny dzień na egzekucję. Wiosenne powietrze w Londynie niosło zapowiedź nadejścia bukolicznego lata. Sterczące wysoko ponad szubienicą wieże kościoła St. Sepulchre-without-Newgate wtapiały się w jasne obłoki rozlane niczym ciepła śmietana na lazurowym niebie.

Oczywiście dobra pogoda ściągnęła większą niż zazwyczaj liczbę gapiów i ulicznych handlarzy, którzy stali stłoczeni ramię przy ramieniu, radując się widowiskiem. I to jeszcze zanim skazaniec został zawleczony na szafot, żeby się pomodlić, błagać o litość i – jeśli tłum miałby szczęście – zsikać się przed egzekucją.

Ponad gwar tłumu przebijały się krzyki sprzedawców bułek i pomarańczy oraz przenikliwe dźwięki wydawane przez dmącego w róg marynarza o smagłej twarzy, przeciskającego się wśród tłumu z małpką na ramieniu. Byli też uliczni gazeciarze, wymachujący gazetami i wykrzykujący przerażające albo sprośne tytuły artykułów. Wszystkie one w tym dniu nawiązywały do brutalnego zabójstwa lorda Percy’ego Peverila i późniejszych wydarzeń.

Czego bowiem można by jeszcze chcieć w tej przejmującej historii? Oto syn księcia został zamordowany z zimną krwią przez osławionego, przystojnego szulera karcianego, a ojciec ofiary przysiągł go pomścić. Pociągnęło to za sobą samobójstwo, proces i dwukrotne omdlenie z rozpaczy pięknej narzeczonej lorda Peverila. Czyż mogło być coś atrakcyjniejszego dla wydawców z Fleet Street?

Nagle z drzwi wiodących na szafot wyłonił się krępy kat. Wspomniana wcześniej narzeczona krzyknęła, po czym zemdlała po raz trzeci, osuwając się z przenikliwym szlochem w ramiona swojej siostry. Panna Elinor Colburne od miesięcy odważnie deklarowała swój zamiar dotrwania do końca egzekucji i to mimo że do tej pory nigdy nie musiała zmierzyć się z wydarzeniem straszliwszym niż krzywo zawiązana kokarda.

Otaczający ją tłum wydał zbiorowe westchnienie, a skazaniec, człowiek, który miał zakończyć życie, uniósł głowę i bez wahania stanął na szafocie. Był bez płaszcza i kapelusza. Jego ciemne loki rozwiewał wiatr. Ręce miał tak mocno związane za plecami, że brokatowa kamizelka rozchyliła się na jego szerokiej klatce piersiowej, odsłaniając niegdyś śnieżnobiałą, wykrochmaloną koszulę, która dawno już poszarzała od brudu Newgate.

Przedstawiono tłumowi ubranego na czarno duchownego, Szkota o nazwisku Sutherland. Mężczyzna z ponurą twarzą podszedł do krawędzi szafotu, żeby odczytać z otwartej Biblii, którą trzymał w ręce, kilka fragmentów o śmierci i przebaczeniu, po czym wygłosił ognistą tyradę o złu nieodłącznie związanym z grą w karty.

Później, zgodnie ze zwyczajem, poproszono skazanego, żeby wygłosił ostatnie słowo.

Barczysty młody człowiek krótko skinął głową, podszedł bliżej i spojrzenie swoich krystalicznie błękitnych oczu skierował prosto na Elinor Colburne, jakby wiedział dokładnie, co do centymetra, gdzie pośród milczącego tłumu stała dziewczyna.

– Panno Colburne. – Jego silny, świadczący o szlachetnym pochodzeniu głos miał ślady północnego akcentu. – Nie wyrządziłem Percy’emu żadnej krzywdy, jeśli nie liczyć uwolnienia go od kilkuset funtów. W końcu to udowodnię. Pani, naszemu Bogu i każdemu stojącemu w tej nieludzkiej ciżbie.

Na te słowa kat ryknął z wściekłością. Skazaniec gwałtownym szarpnięciem został odciągnięty od krawędzi szafotu. W mgnieniu oka zarzucono mu na głowę czarny worek i założono stryczek na szyję. Cały tłum zbiorowo wstrzymał oddech. Mechanizm zapadni został odblokowany i ciało zawisło niczym marionetka.

Tłum wypuścił powietrze z płuc, po czym rozległy się gwizdy, płacz, krzyki i oklaski.

Elinor Colburne puściła ramię siostry. Osunąwszy się na kolana, zanosiła się przenikliwym łkaniem pośród brudów ulicy. Najwyraźniej postanowienie dotrwania z zimną krwią do końca egzekucji obróciło się wniwecz.

– No już, już dobrze, Ellie – wymruczała w jej włosy siostra, która uklękła koło dziewczyny. – Tata i lord Percy zostali pomszczeni, tak jak obiecał pan Napier. Chodź, kochanie, to już koniec. To okropieństwo już się skończyło.

Ale nie był to koniec.

I nikt z obecnych nie miał pojęcia, jak daleko było jeszcze do zakończenia tej straszliwej sprawy.

Rozdział 1

Przeciw zazdrości mniej szczęśliwych krain:

Błogosławione królestwo, ta Anglia.

William Szekspir, Ryszard II

Docklands, rok 1848

Angielscy arystokraci święcie wierzyli w dwie rzeczy. Po pierwsze, byli przekonani, że prawo do rządzenia jest im dane z racji urodzenia, po drugie zaś, uważali, iż ich dom jest ich twierdzą. Szkoci natomiast, jako bardziej pragmatyczny naród, wierzyli jedynie, że krew jest gęstsza niż woda i że ich zamek jest ich domem dopóty, dopóki jakiś pazerny Anglik nie zacznie go oblegać, żeby go zająć. W tym wypadku zamek raczej stawał się czyimś grobem, przy czym należało mieć nadzieję, że będzie to grób Anglika.

Ci jednak, którzy opuścili królewską wyspę, podobną do drogocennego kamienia oprawionego w srebrzyste morze, szybko przekonywali się, że z dala od niej krew znaczyła mniej niż zwykła umiejętność przeżycia, a dom ograniczał się do tego, co wieziono ze sobą w podróżnym kufrze. Dotyczyło to zwłaszcza awanturników z Kompanii Wschodnioindyjskiej, którzy, chociaż z całych sił próbowali budować Wielką Brytanię na wschodzie, nigdy do końca nie odnieśli sukcesu, bowiem Hindustan nie dawał się ujarzmić i udomowić. Ba, czasem Hindustan ujarzmiał przybyszów.

Tymczasem przywykli do kaprysów losu Szkoci w zmaganiach z nową rzeczywistością Indii odnosili wspaniałe sukcesy, bowiem Szkot albo wracał do domu bogaty, albo, jak Spartanin poległy w bitwie, wracał na tarczy. Niektórzy z nich w początkowym okresie pobytu w Indii niemal w pełni się asymilowali, wchodząc w układy, postępując zgodnie z lokalnymi zwyczajami, czasami żeniąc się z miejscowymi kobietami, które z kolei rodziły im zdrowe, krzepkie dzieci. Byli i tacy, którzy po prostu nigdy nie powracali, wybrawszy życie w Indii do kresu swoich dni.

A ów kres ich dni sprawiał piekielne kłopoty.

Tak przynajmniej sądziła lady Anisha Stafford, która pewnego upalnego popołudnia w Kalkucie przerwała rozmyślania i odłożyła na bok robótkę, żeby rozłożyć podany jej przez służącego plik papierów, z którego dowiedziała się o swoim nowym, trudnym położeniu. Przeczytała, że w ślady jej zmarłego właśnie, bogatego szkockiego ojca poszedł także – o wiele wcześniej, niż można byłoby sobie życzyć – jej niezbyt zamożny małżonek. Mgły i piaski krwawego pola bitwy pod Sobraon pochłonęły aroganckiego mężczyznę, czyniąc Anishę najbardziej żałosnym stworzeniem na ziemi – kobietą samotną.

Kobietą samotną w kraju, który nie do końca ją akceptował, obarczoną dwojgiem pozbawionych ojca dzieci i nieodpowiedzialnym, za to obdarzonym niemal niebezpiecznym urokiem, młodszym bratem. W czasie mijających tygodni, które przerodziły się w długie miesiące, gdy ciało męża zostało sprowadzone do domu i wszystkie sprawy powoli zaczęły się układać, dla Anishy stało się jasne, że nie miała nic do roboty w Indiach. I że dla dobra swojej rodziny powinna spakować walizki i przystąpić do wykuwania nowego, lepszego życia.

Tyle że Anglia również mogła jej nie przyjąć, bo lady Anisha, podobnie jak wielu ludzi pochodzących z Indii, nie pasowała ani tam, ani tu. Jednak jej starszy brat polubił Londyn. Rozpoczął tu nowe życie. Kiedy więc przysłał list, w którym nalegał, żeby przyjechała z chłopcami do Anglii, lady Anisha pozwoliła sobie na długi płacz, po czym przystąpiła do pakowania w pokrowce mebli z rodzinnego domu i wypłacania odprawy służącym.

Mimo to dręcząca niepewność towarzyszyła jej w całej podróży przez siedem mórz i pojawiała się w męczących snach, nawet wtedy, gdy pewnego zimnego dnia o świcie obudziły ją dziwne odgłosy docierające przez ściany jej kabiny.

Gwałtownie wyrwana ze snu wyciągnęła rękę, macając na oślep, żeby przytrzymać się brzegu drewnianej koi. Zamrugała, usiłując przyzwyczaić się do mdłego światła pochodzącego z wiszącej na haku latarni rzucającej na ściany kabiny groźne cienie.

Ląd?

Podniecona Anisha zerwała się z koi, podeszła do małego okienka na rufie i odsunęła muślinową zasłonkę. Zza zamglonej warstwą osadzonej soli szyby mrugał do niej rząd ciągnących się w nieskończoność żółtych świateł.

Wybrzeże. Brzeg rzeki.

A ponad nim, na ciemnym, szarym niebie można było dostrzec pierwsze ślady czerwonawego, wietrznego wschodu słońca. Lady Anisha zaklęła pod nosem. Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i do kabiny wpadła Janet, z rozwianymi pasmami rudych włosów, wydostających się spod nocnego czepka.

– O Boże, madam! Czy to Londyn? – zapytała służąca.

– Nie potrafię powiedzieć, bo nigdy go nie widziałam – mruknęła Anisha, pośpiesznie zarzucając na siebie szlafrok. – Na pewno jednak nie jest to Kalkuta. Janet, przecież miałaś mnie obudzić gdzieś koło Gravesend?

– Owszem. Ale jak miałam to zrobić, madam, jeśli nikt do mnie nie zastukał? – zawołała dziewczyna, chwytając skórzaną walizę Anishy i kładąc ją otwartą na koi. – Chociaż trzy razy przypominałam temu głupiemu chłopcu kabinowemu, żeby mnie obudził, gdy tylko wpłyniemy na rzekę!

Służąca zaczęła wyciągać pończochy i bieliznę z szuflady pod łóżkiem.

– W lutym jest tutaj potwornie zimno, milady – dodała – powinna więc pani założyć najcieplejsze majtki. Mam wrażenie, że zatańczę z radości, kiedy zejdziemy wreszcie z tego piekielnego statku.

– A ja zatańczę razem z tobą. – Anisha wyjęła ze szkatułki grzebień i spinki do włosów. – Idź już, Janet. Sama sobie poradzę. Pośpiesz się, musisz się ubrać. Och, zaczekaj! Gdzie jest Chatterjee? Czy obudził lorda Lucana i chłopców?

Na twarzy Janet pojawił się wyraz niepokoju.

– Najlepiej będzie, jeżeli zaraz sprawdzę.

Służąca wypadła z kabiny równie pośpiesznie, jak do niej wbiegła, po drodze omal nie przytrzaskując w drzwiach brzegu spódnicy.

Lady Anishy wystarczyło niecałe dziesięć minut, żeby się umyć, ubrać i upiąć włosy. Żona żołnierza musiała umieć sprawnie się spakować i szybko szykować. A pośpiech naprawdę był wskazany, bowiem do uszu Anishy docierało coraz więcej trzasków i łomotów, odgłosów odblokowywania i przesuwania skrzyń z ładunkiem. Na dodatek zaś, choć jej starszy brat miał wiele różnych cech zarówno pozytywnych, jak i negatywnych, to nie można było mu przypisać powolności czy cierpliwości.

Myśl o ponownym spotkaniu po latach z bratem, nazywanym przez nią Raju, nieco lady Anishę zaniepokoiła. Nagle zaczęło jej się wydawać, że liczne listy, które często wymieniali pomiędzy sobą, nie były wystarczające. Dręcząca niepewność wyraziła się w dławiącym bólu żołądka.

Co teraz sobie o niej pomyśli? Czy wyglądała obco? Czy Raju wyglądał zbyt angielsko? Czy zacznie żałować, że tutaj przyjechała? Czy bardzo się zmienił w czasie bezustannej wędrówki po świecie? A może ona się zmieniła w tym czasie?

Niewątpliwie Tom i Teddy, którzy wtedy byli niemowlętami, bardzo się zmienili. A Lucan? Luc był wówczas zaledwie chudym, niezgrabnym chłopczykiem.

Cóż. Może nadszedł czas, żeby teraz dorośli.

Zdecydowanie wsunęła we włosy ostatnią spinkę, zawahała się przez chwilę, po czym wypięła mały kolczyk z lewej strony nosa. Pomimo dezaprobaty ojca Anisha nie usunęła go z nosa nawet podczas ciąży, wierząc, że kolczyk uśmierzy mdłości i zniesie ból przy porodzie. Po śmierci ojca stale nosiła tę ozdobę. Dla własnej przyjemności. A może żeby coś zamanifestować.

No, ale Kalkuta była teraz daleko.

Z westchnieniem wrzuciła kolczyk do podróżnej szkatułki na biżuterię, gdzie znajdowały się perły po babce i bezcenna kolia matki. I nagle poczuła się… źle. Nie na swoim miejscu. Bo, prawdę mówiąc, tak właśnie było. Już wcześniej przekonała się, że wyjęcie tradycyjnego kolczyka nie usunie z niej duszy Radźputki1. Wcale zresztą tego nie chciała.

Ze względu na dobro chłopców pragnęła jednak dopasować się do nowego miejsca. I naprawdę chciała spokojnie zadomowić się w tym zimnym, otoczonym wodą królestwie. Jednak równocześnie Anisha miała trochę dość trwającego od lat zawieszenia pomiędzy dwoma światami, pomiędzy tym, kim była, i kim chcieliby ją widzieć inni ludzie.

Na moment przypomniało jej się groźne, potępiające spojrzenie Johna. Szybko odepchnęła je od siebie, podeszła do lustra i przesunęła wzrok po gorsecie swojej zwykłej, angielskiej sukni, po czym przeniosła spojrzenie w górę, na swoją niezbyt angielską twarz.

– Kiedy byłam dzieckiem, mówiłam jak dziecko, rozumiałam jak dziecko, myślałam jak dziecko – wyszeptała do siebie.

Ale teraz przyszedł czas, trudny, ponury czas, aby skończyć z dziecinadą. A przynajmniej zrezygnować z wyniesionych z dzieciństwa wygód. Bowiem w gruncie rzeczy Anisha, podobnie jak jej starszy brat, nigdy naprawdę nie była dzieckiem. Teraz zaś miała nadzieję, że jest dobrze przygotowana do swojego pierwszego pojawienia się w Anglii, do nowego życia.

Westchnęła ponownie i znów zabrała się do pakowania, ale natychmiast poczuła, że musi zajrzeć do chłopców. We dwóch stanowili niezłą parkę rozrabiaków, a pilnowanie ich nie należało do obowiązków Janet. Ale ta podróż była trudna dla wszystkich. Chłopcy byli bardziej dokuczliwi niż zwykle i gdy statek zawinął do Kapsztadu, rozstali się ze swoim dotychczasowym opiekunem. Kroplą, która przepełniła czarę, był postępek Teddy’ego, który wyrzucił za burtę majtki nieszczęsnego guwernera.

Sześcioma krokami Anisha dotarła do drzwi kabiny. Niewiele myśląc, popchnęła je, otworzyła i natychmiast wpadła na wysokiego, barczystego człowieka.

– Ho! – zawołał mężczyzna. Pachniał ciepłą skórą i drewnem sandałowym. Podtrzymał ją szerokimi dłońmi bez rękawiczek. – Domyślam się, że mam do czynienia z lady Anishą Stafford?

– Och, przepraszam.

Anisha zerknęła w górę, prosto w błękitne, wesołe oczy, i poczuła, że wszystkie myśli uleciały jej z głowy i niczym kulki śrutu potoczyły się po pokładzie.

– Proszę mi wybaczyć. Nie chciałam… to znaczy… – Wyprostowała się i zrobiła krok do tyłu. – Przepraszam. Czy my się znamy?

Oczywiście było to głupie pytanie. Poza Raju nie znała nikogo w tym zimnym, szarym kraju.

Mężczyzna obdarzył ją uśmiechem równie szerokim jak jego ramiona. Pochylił głowę i udało mu się podążyć za nią z mrocznego korytarzyka do oświetlonej, maleńkiej kabiny.

– Nie, nie miałem przyjemności być pani przedstawiony, choć teraz widzę, że było to tragiczne niedopatrzenie z mojej strony – powiedział. Głos wydobywał się z jego piersi z głuchym dudnieniem.

– Obawiam się, że nie do końca rozumiem – odpowiedziała i cofnęła się jeszcze głębiej, dopóki nie zatrzymała jej krawędź koi.

Stojący w wąskim przejściu mężczyzna oparł się ramieniem o framugę drzwi. Sprawiał wrażenie zupełnie swobodnego.

– Chodzi mi o to, że osobiście pojechałbym do Indii, gdyby Ruthveyn zadał sobie trud opowiedzenia mi, jak zachwycająca jest jego młodsza siostra – odpowiedział z szerokim uśmiechem. – Jednak z drugiej strony ostatnio byłem… No cóż, nazwijmy to: gościem królowej, więc moja podróż musiałaby być skrócona.

Wyciągnął silną, pełną odcisków dłoń.

– Rance Welham, do usług, madam.

– Och! – Spojrzenie Anishy padło na bogato zdobioną złotą szpilę wystającą spomiędzy fałd jego krawata. – Och, sierżant Welham! – Rozpoznaniu mężczyzny towarzyszyło uczucie ulgi. Potrząsnęła jego wyciągniętą dłonią. – Bardzo mi przyjemnie. Ale mój brat…

– Zatrzymały go sprawy Bractwa. – W odpowiedzi na jej pytające spojrzenie, dodał: – Drobne kłopoty w Paryżu. Guizot za chwilę zostanie wyrzucony, a francuska konfederacja nie może się zdecydować, czy jesteśmy przyjaciółmi czy wrogami. Niestety, lord Ruthveyn jest naszym jedynym dyplomatą.

– Rozumiem.

Anisha zaczęła się zastanawiać, czy te jasnoniebieskie oczy kiedykolwiek przestaną mrugać. A może był to niebezpieczny błysk? Trudno było ocenić.

– To znaczy, Ruthveyn bardzo żałuje – ciągnął dalej mężczyzna. – Natomiast ja wcale nie żałuję. A ponieważ jestem raczej fizyczną siłą, a nie mózgiem naszej organizacji, przysłał mnie razem z parą lokajów i trzema powozami, żeby panią powitać i zawieźć do domu na Mayfair.

Do domu. Na Mayfair.

Gdziekolwiek to było.

– Bardzo szybko – mruknęła.

– No cóż, wysłaliśmy jeźdźca do Dartford, żeby przez noc obserwował wpływające statki – powiedział, odchodząc od drzwi. – Mam wrażenie, że Ruthveyn chce jak najszybciej zobaczyć swoją młodszą siostrę.

Przez cały czas szalenie przystojny sierżant Welham uśmiechał się i spoglądał na nią błyszczącymi oczami. Anisha wiedziała o nim co nieco z listów brata, ale nic nie przygotowało jej na taki szturm męskiego czaru.

Welham zdjął elegancki kapelusz i wsunął go pod pachę, odsłaniając potarganą strzechę ciemnych loków. Dołeczki w policzkach, po obu stronach pełnych ust, niewątpliwie należały do sybaryty. Co gorsza, swoją postacią wypełniał niemal całą kabinę.

– A teraz, moja droga, powiedz, czy jest tu gdzieś twoja pokojówka? – zapytał, wkraczając do wąskiej kabiny i w jakiś sposób składając jej ukłon.

– N… nie, mieliśmy dość ciężką podróż – wydusiła z siebie Anisha. – Straciłam ją w Lizbonie.

W oczach Welhama zgasły ostatnie flirtujące błyski.

– Gorączka? To ryzyko, na które są narażeni podróżujący statkiem.

– Nie – pokręciła głową Anisha. – Obawiam się, że z nudów pomieszało jej się w głowie i uciekła z lokajem lorda Lucana.

Uśmiech Welhama powrócił.

– Ha, małżeństwo! To prawdziwa tragedia.

– Boję się, że nie zna pan nawet połowy jej rozmiaru, nie widział pan bowiem lokaja Luca – rzuciła Anisha.

– A co? Jest wybuchowy? Pijak? – Mrugnął do niej. – Zdarzało mi się być takim.

– Nie, łysy i dziobaty na twarzy. I taki nudny – powiedziała Anisha.

Welham się roześmiał.

– Cóż, o gustach się nie dyskutuje, prawda? Życzmy im szczęścia. Czy ma pani coś, co mógłbym wynieść? Może ten kuferek?

Rzeczony kuferek wcale nie był mały, zajmował niemal cały róg kabiny.

– Dziękuję, ale czyż nie ma tu tragarzy?

Uśmiech na jego twarzy się pogłębił.

– Wydaje mi się, że dam sobie radę z tym drobnym bagażem, madam.

– Proszę się więc nie krępować. – Anisha odwróciła się, żeby wepchnąć do swojej podróżnej kosmetyczki resztę przyborów. – Pozwolę więc sobie dokończyć…

– Ach! – Jego wzrok padł na podłogę. Welham przykląkł, żeby coś podnieść. Jego głowa niemal dotykała frędzli jej szala. Poderwał się z powrotem, a jego pociągła twarz o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych zaróżowiła się lekko.

– Obawiam się, madam, że upuściła pani… eee… pewną bardzo prywatną część garderoby. Opanuję jednak pokusę podania jej pani.

Anisha spojrzała w dół i dostrzegła koło koi zielony, jedwabny zwój swojego peniuaru. Nieco zakłopotana podniosła go z podłogi i wepchnęła do walizki. Welham przełknął ślinę, jakby nagle wyschło mu w gardle.

– Dziękuję – udało jej się wykrztusić. Energicznie zatrzasnęła walizkę. – Pośpieszmy się więc. Najpierw jednak muszę zajrzeć…

Ruszyli jednocześnie: Anisha zaczęła iść ku drzwiom, a Welham skierował się w stronę kufra. Próbując się przecisnąć pomiędzy koją i jednym z masywnych słupów przy ścianie, zaklinowali się.

Na moment zamarli. Znajdowali się tak blisko siebie, że wzgórek jej brzucha przyciśnięty był do jego krocza. Tak blisko, że Anisha mogła dostrzec cień zarostu i niewielką białą bliznę tuż pod lewym okiem.

– Och! – Anisha wypuściła walizkę z rąk. – Jak okropnie…

– … niezręczne? – podpowiedział Welham. Ale przestał się uśmiechać, a jego spojrzenie stało się palące.

– Wydaje mi się, sir… – Gdy Anisha próbowała przesunąć się w prawo, usłyszała trzask materiału. – Do licha! Czy mógłby się pan odwrócić?

Ale znowu poruszyli się równocześnie. I nagle, jak najwidoczniej było w jego zwyczaju, spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się do niej, uśmiechnął się tak, że Anishę przeszyła fala gorąca. Odwróciła wzrok.

– Cóż, spójrzmy na to inaczej – zdołał powiedzieć. – Kiedyś będziemy dobrymi przyjaciółmi i będziemy się z tego śmiali.

Ale Anisha, z biustem niemal rozpłaszczonym na jego szerokiej klatce piersiowej, wcale nie czuła się ubawiona. Miała wrażenie, że się roztapia, że jej zdrowy rozsądek rozpływa się w ciężkim zapachu mężczyzny. Krew pulsowała jej tak głośno, że była przekonana, iż musiał to słyszeć.

Wyczuwając jej skrępowanie, sierżant Welham złapał ją za ramiona i z cichym mruknięciem przecisnął się obok. Poczuła kant łóżka z dębowego drewna wbijający się jej w kręgosłup. Ale dłonie mężczyzny nie puszczały jej. Czuła żar jego spojrzenia, gdy się w nią wpatrywał.

Anisha, nie mając wielkiego wyboru, uniosła oczy. Wstrząsnął nią widok nagłej czułości, jaką dostrzegła w jego wzroku.

– Proszę mi wybaczyć – rzekł cicho Welham. – Zapomniałem, że jest pani nieprzyzwyczajona do naszych miejskich zwyczajów. Wiem, że jestem niepoprawnym flirciarzem, ale nie powinienem flirtować z panią. Ruthveyn ukręciłby mi za to łeb.

Anisha poczuła suchość w ustach.

– Pan ze mną flirtował? – udało jej się wykrztusić.

Puścił do niej oko.

– No, może odrobinę.

Kiedy zakłopotana opuściła głowę, jej wzrok padł na napis widoczny na jego złotej spince do krawata.

FAC.

Był członkiem Fraternitas Aureae Crucis. Bractwa Złotego Krzyża. Już w dzieciństwie nauczono ją, żeby z wszelkimi kłopotami zwracać się tam. I Welham przybył, zgodnie ze swoimi ślubami, żeby jej pomóc, nawet w tak drobnej sprawie. Być może zachowywał się niepoprawnie, ale chciał wyświadczyć jej przysługę.

Ta wiedza uspokoiła Anishę i pozwoliła zapanować nad sobą. Uwolniła się z jego uchwytu, zarzuciła na siebie ciężki płaszcz, po czym schwyciła w jedną rękę walizkę, w drugą zaś podróżną kasetkę na przybory toaletowe. Moment skrępowania minął.

– Wzięłam walizkę i kosmetyczkę, milordzie – odezwała się z uśmiechem. – Czy mógłby pan ponieść kufer?

Chwilę później znajdowali się na pokładzie statku, w przenikliwym chłodzie o wschodzie słońca. Welham bez wysiłku niósł na ramieniu ciężki, okuty mosiądzem kufer. Pełen wysokich ceglanych murów ląd, który zobaczyli po wejściu na pokład, ograniczony był lekkim łukiem rzeki, chociaż Anisha z jakiegoś powodu zakładała, że w Anglii rzeki będą płynęły zupełnie prosto.

Czyżby wyobrażała sobie, że rzeka będzie prosta jak płynąca przed ich domem Hooghly? Najwyraźniej wszelkie założenia w tym przypadku były całkowicie niesłuszne.

Anisha nerwowo rozejrzała się dookoła i zobaczyła przewieszonych przez burtę, pokazujących coś chłopców i Lucana. Koło nich stała klatka z papugą Milo, która bujała się w tę i z powrotem na swojej huśtawce, obserwując coraz głośniejszy tłum.

– Puk! Angielski jeniec! Wypuśćcie mnie! Wypuśćcie mnie!

Anisha puściła swoje bagaże, przytuliła po kolei chłopców, a następnie przyklękła koło klatki.

– Teddy, gdzie jest przykrycie Milo? Biedactwo nie może znieść tego okropnego zimna – zwróciła uwagę synkowi.

– Chciał się przyglądać – bronił się Teddy.

– Mamo! Mamo! Widzieliśmy trupa! – odezwał się sześcioletni Tom.

Anisha wzięła dzwonowate przykrycie i uklękła, żeby opatulić klatkę Milo.

– Trupa? – zapytała, rzucając pośpieszne, zaniepokojone spojrzenie w stronę swojego młodszego brata.

Lord Lucan Forsythe powoli oderwał się od burty.

– Wydaje mi się, że to naprawdę jest trup – stwierdził wesoło. – Jak chcesz, przejdź na burtę od strony portu, to ci pokażę.

– Niech Bóg broni.

Anisha zapięła ostatni klips na przykryciu klatki. Welham wyciągnął rękę, żeby jej pomóc wstać.

– Naprawdę trup? W wodzie?

– Nie, dynda – zapiszczał Tom, zdecydowanie zbyt radośnie.

– Wisi – poprawił go brat, pokazując palcem. – Zwiesza się z ramienia dźwigu. I jest w klatce.

– Już wystarczy, Teddy – rzuciła nieco przerażona Anisha. Dokonała pośpiesznej prezentacji. Lord Lucan serdecznie uścisnął rękę Welhama, ale chłopcy nie mogli opanować podniecenia wywołanego wiszącym ciałem.

– Nie ma oczu, mamo! – zawołał Tom, dziwacznie krzywiąc buzię.

– Bo ptaki mu je wydziobały, ty boka chele – skomentował jego brat.

– Dosyć tego, chłopcy! – Anisha ostrzegawczo uniosła jedną brew. – Teddy, później porozmawiamy, skąd znasz takie słowa.

– Chatterjee nazywa w ten sposób punkah wallah – powiedział Teddy. – To tylko znaczy…

– Wiem, co to znaczy – przerwała mu. – Prawdziwi dżentelmeni nie obrażają się nawzajem w obecności damy. Nie rozmawiają też o trupach. Jestem delikatna. Mogę zemdleć.

– Och, mamo – przewrócił oczami Teddy. – Ty nigdy nie mdlejesz.

Welham pochylił się i zmierzwił włosy Teddy’ego.

– Mnie się także wydaje, że wasza mama jest twarda, chłopcze – mruknął. – Ale to nie jest prawdziwy trup, tylko kukła.

– Kukła, sir? – Teddy spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Tak, Przystojny Davie, Książę Piratów. – Welham uśmiechnął się do chłopców. – Od czasu do czasu któryś z robotników portowych za dużo wypije i wywiesi go dla zabawy. Ale stary Davie to tylko płótno wypchane bawełnianą watą. Ma straszyć turystów.

– Och – powiedział najwyraźniej załamany Tom.

Welhamowi zrobiło się żal chłopca, więc ukląkł, żeby mu spojrzeć w oczy.

– Ale szubienica i klatka są prawdziwe – powiedział pocieszającym tonem. – Spójrz, czy widzisz ten podmokły teren w zakolu rzeki? To jest Blackwall Point. Tam właśnie wieszają prawdziwych piratów I zostawiają ich ciała, żeby zgniły, ku przestrodze innym.

Tom wytrzeszczył oczy.

– Naprawdę?

– Cóż, dawno już tego nie zrobiono, ale nigdy nie wiadomo – mrugnął do niego Welham.

Słysząc te pocieszające informacje, obaj chłopcy wyraźnie się rozpogodzili.

Doprawdy, czyż ten człowiek potrafił oczarować każdego, kogo spotkał?

Jednak w tym momencie podszedł do nich jedyny lokaj, który z nimi pozostał. Janet deptała mu po piętach.

– Wszystkie bagaże zostały wyładowane, madam – powiedział Chatterjee z eleganckim ukłonem.

– Doskonale. Dziękuję. – Odwróciła się do chłopców. – I bardzo proszę, nie chcę już więcej słyszeć o szubienicach – rzekła. Omiotła groźnym wzrokiem także Welhama. – Od żadnego z was.

Welham się roześmiał.

– To uczciwe ostrzeżenie, chłopcy – powiedział. – Zbierajmy się więc. Londyn i różne przygody czekają.

Ale chłopcy, biorąc poprawkę na to, że najprawdopodobniej czekał na nich również nowy nauczyciel, zachowywali się tak, jakby szli na szafot razem z Przystojnym Daviem. Szybko jednak podjęli nowe tematy, dotyczące ścinania głów i Bramy Zdrajców, i zaczęli rozważać, czy będą mogli zobaczyć po drodze Tower.

– Każę stangretowi, żeby przejechał koło Tower – zapewnił Welham, kiedy zeszli na stały ląd.

– Nie jestem pewna, czy mi pan pomaga, sierżancie – mruknęła Anisha.

Ale obietnica Welhama wyraźnie uspokoiła chłopców, więc Anisha spędziła parę minut, oglądając swój nowy kraj, a raczej to, co mogła dostrzec. Chociaż migoczące światła latarni w dokach i brzegi rzeki ledwie majaczyły o świcie, to ogrom Londynu, a przynajmniej portowych magazynów, nie budził wątpliwości.

Jeszcze nigdy w życiu Anisha nie widziała tyle ruchu co w Dokach Wschodnioindyjskich o świcie. Płaskodenne barki pływały w tę i z powrotem, z tuzin statków czekał przy nabrzeżu gotowych do rozładunku, a wiele innych, ze spuszczonymi żaglami, kołysało się na wodach Tamizy. Robotnicy uwijali się jak mrówki przy skrzyniach i beczkach, a za nimi, z każdej strony, rysowały się ciemne mury magazynów.

Z początku port pachniał jak port w Kalkucie; przesiąknięty odorem zgnilizny i ścieków. Kiedy jednak odeszli w końcu spod statku i zbliżyli się do magazynów, Anishę uderzyły przyjemniejsze wonie pieprzu, imbiru i setki innych aromatów, których nie potrafiła zidentyfikować. Jej zmarły ojciec powiedziałby, że jest to zapach pieniędzy.

Długonogi, szczupły w biodrach Welham ruszył grząską ścieżką. Ludzie ustępowali mu z drogi, gdy prowadził Anishę i jej towarzystwo w stronę szerokiej drogi na tyłach magazynów. Szybko zostali usadzeni w powozach. Pierwszy powóz zajęli Lucan i Chatterjee, który z konieczności został lokajem młodego lorda. Janet zagoniła chłopców do drugiego powozu. Sprawdziwszy, czy wszystko jest w porządku, Welham otworzył drzwiczki trzeciego pojazdu, ładnego, całkowicie zamkniętego landa ze złotym herbem wymalowanym na drzwiach.

– Proszę, madam.

Znów poczuła lekki niepokój na myśl o tym, że ponownie znajdzie się sama tak blisko Welhama, ale duma skłoniła ją do wyprostowania pleców. Ujęła spódnicę i, być może z pewną wyniosłością, wsiadła do środka.

Z wdziękiem poszedł w jej ślady. Zatrzasnął drzwiczki i cisnął cylinder na siedzenie naprzeciwko. Niemal natychmiast Anisha usłyszała brzęk uprzęży i pojazd zaczął się toczyć do przodu. Znów znalazła się sam na sam z Welhamem, uwięziona w panującym w środku półmroku, ogarnięta tym samym poczuciem bliskości, jakie odczuwała wcześniej w kabinie na statku.

Anisha ciaśniej otuliła się płaszczem, żeby ochronić się przed zimnem i wilgocią, i przerwała niezręczne milczenie.

– Chyba powinnam pana przeprosić, sierżancie.

– Naprawdę? A za co, jeśli wolno spytać? – wymruczał.

– Za Toma i Teddy’ego – odpowiedziała. – Za to wszystko, co mówili. O… o wieszaniu. I rozmawiali o tym właśnie z panem. Nie mieli nic złego na myśli, a pan dobrze sobie z nimi poradził. Nadal jednak…

W jego oczach znów pojawił się wesoły błysk.

– Obawiam się, madam, że straciłem całą swoją wrażliwość na polach bitewnych Maghrebu – powiedział. – Nawiasem mówiąc, mam wrażenie, że chłopcy przysparzają wielu kłopotów. W jakim są wieku?

– Tom dopiero skończył pięć lat, a Teddy ma osiem. Luc, który ma całe osiemnaście lat, uważa się za w pełni dorosłego mężczyznę – odpowiedziała.

Nagle spojrzenie Welhama spoważniało.

– Módlmy się więc, żeby lord Lucan szybko wydoroślał naprawdę, bo Londyn potrafi dać młodemu człowiekowi brutalną lekcję w twardej szkole życia.

Anisha wiedziała, że mówił z własnego doświadczenia.

I właśnie w tym momencie powóz gwałtownie skręcił. Przez falistą szybę w drzwiczkach Anisha zobaczyła, że maszty statków i magazyny oddalają się. Już po chwili przejeżdżali pod łukiem bramy z zegarem w ceglanym murze otaczającym doki. Skręcając w prawo, powóz zachybotał. Parę metrów dalej znów zwolnili, tym razem żeby wjechać na główną drogę.

Powóz skręcił ponownie, na zachód. I wtedy właśnie, gdy wyjeżdżali z zakrętu, Anisha go dostrzegła. Ubrany na ciemno młody człowiek w długim płaszczu stał koło latarni, nie odrywając od niej spojrzenia.

Anisha nie potrafiła się powstrzymać, żeby się nie obejrzeć. Zanim młodzieniec zniknął z jej pola widzenia, uniósł kapelusz w milczącym pozdrowieniu, odsłaniając burzę gęstych, rudych włosów i kpiący, niemal bezczelny uśmiech.

Odwróciła się i przeniosła wzrok na Welhama, który zaklął cicho pod nosem. Miał wzrok utkwiony za jej plecami, a w jego oczach nie było już rozbawienia; teraz błyszczała w nich groźba.

– Czy zna pan tego młodego człowieka? – zapytała.

Ponury grymas zastąpił dotychczas przyjazny wyraz jego twarzy. Anisha nagle nabrała mrożącego krew w żyłach przekonania, że Welham potrafił być brutalnym wrogiem.

– Nie. Ale zdaje się, że teraz już będę musiał go poznać – wycedził.

– Nie rozumiem.

Nagle wszystkie mięśnie Welhama naprężyły się jak u wielkiego kota, gotowego do skoku.

– Podobno ten człowiek pracuje dla gazety. Jednak do tej pory wydawało mi się, że jego nazwisko niewiele mnie obchodzi – odparł.

– Ale brat pisał mi, że lord kanclerz wycofał zarzuty przeciwko panu. Czego teraz chciałyby gazety? – Anisha z niepokojem obejrzała się za siebie, ale oczywiście mężczyzna już dawno zniknął.

– Z mojego doświadczenia wynika, że najwięcej zła wiąże się z pieniędzmi. Zwłaszcza z ich zdobywaniem. Zwykle cudzym kosztem. – Zacisnął zęby.

– To prawda – przyznała – ale…

Wzruszył ramionami.

– Mnóstwo ludzi wierzy, że mój ojciec przekupił dla mnie wymiar sprawiedliwości. Niejeden ucieszyłby się na wieść o moim upadku. To zaś, śmiem twierdzić, znacznie podniosłoby sprzedaż gazet.

Anisha rozważała przez chwilę jego słowa.

– To nieprzyjemna myśl. Musi się pan czuć okropnie – powiedziała cicho.

– Okropnie? – powtórzył niebezpiecznie spokojnym głosem. – Nie, madam. Okropnie jest być pozostawionym, żeby gnić w więzieniu za niepopełnione zbrodnie. Okropnie jest mieć założony na szyję stryczek i nie być pewnym, czy uda się wziąć jeszcze jeden oddech. Okropnie jest widzieć młodych żołnierzy, pozostawionych we krwi i kurzu w Afryce, którzy nie mieli innego sposobu, żeby zarobić na życie. Kiedy człowiek przeżyje coś takiego, ma w nosie, co myślą ludzie. Ale ten człowiek zaczął zadawać pytania o mojego ojca. I pani brata. Dwa razy widziano, jak kręcił się wokół siedziby Towarzystwa Świętego Jakuba, usiłując dostać się do środka.

– Towarzystwo Świętego Jakuba? – W oczach Anishy błysnął niepokój. – Tak teraz nazywacie Fraternitas w Anglii, prawda?

– To taki kamuflaż. – Welham nadal miał twardy grymas na twarzy i zimne spojrzenie. – Jest dla nas pewnego rodzaju bezpiecznym domem i wytłumaczeniem dla doświadczeń prowadzonych przez doktora von Althausena. Status twojego brata jako byłego dyplomaty pomaga uzasadnić pojawianie się czasami niezwykłych ludzi.

Anisha zawahała się, niepewna, jak sformułować następne pytanie.

– A ten reporter – zaczęła. – Poznał go pan? Dotknął go pan?

Usta wykrzywił mu wymuszony uśmiech.

– Obawiam się, lady Anisho, że jestem dość zwyczajnym człowiekiem. Nie posiadam niezwykłych zdolności pani brata – oświadczył.

– Rozumiem. I cieszę się z tego – powiedziała.

Wzruszył ramionami.

– Może gdybym spędził trochę czasu w towarzystwie tego reportera, byłbym w stanie choć w części poznać jego prawdziwą naturę – przyznał. – A może nie. Bywają dni, kiedy wcale nie jestem przekonany, że mam jakieś talenty w tej materii.

– A ja nie jestem przekonana, że w to wierzę.

– Proszę wierzyć, w co się pani podoba, ale niektórzy ludzie pozostają dla mnie nie do rozszyfrowania. – Miał wzrok wbity w mrok za oknem. – Na przykład pani. Ale wierzę również, że istnieje grupka ludzi, dla których zło jest czymś wrodzonym i naturalnym, jest częścią ich samych i nie ma w nich już nic więcej do rozszyfrowywania. Ten reporter zaś obserwuje każdy najmniejszy ruch Bractwa, każdy nasz oddech.

– Dobry Boże!

– A teraz najwyraźniej zamierza obserwować panią. Być może także młodego Lucana i chłopców. Mój Boże, szybko może się przekonać, że nawet ja nie będę tolerował niektórych rzeczy. Nadeszła pora, żebym załatwił pewne sprawy. – Ściszył głos, jakby mówił sam do siebie. – Najwyższy czas, żeby dotrzymać tego, co sobie przysiągłem.

Z oblicza mężczyzny znikły wszelkie ślady wesołości. I bez względu na to, ile czaru potrafił roztoczyć, Anisha nie miała złudzeń. Tego człowieka nie można było nazwać niepoprawnym. Nawet gdyby nie znała jego mrocznej przeszłości, i tak zauważyłaby, że Rance Welham ledwo skrywał swoją żołnierską siłę.

Dostrzegał wszystko błyskawicznie, z irytującą szybkością. Była przekonana, że w mgnieniu oka potrafił się przekształcić w zabójczego przeciwnika. Anisha wyczuwała w nim skrywany gniew, który go spalał. Za przyjazną fasadą i śmiejącymi się oczami kryła się gorycz, która zjadała go niczym rak. Niepokoiło ją to, choć jednocześnie czyniło bardziej ludzkim.

Z listów brata Anisha wiedziała, że w młodości Welham był skazany za morderstwo i dwukrotnie wtrącony do więzienia. Za pierwszym razem sprytnie uniknął stryczka. Po raz drugi uratowało go odwołanie zeznań przez spoczywającego na łożu śmierci świadka. Pomiędzy obydwoma wyrokami uciekł z Anglii, znalazł się w Paryżu, potem popłynął do Afryki z francuską Legią Cudzoziemską, organizacją składającą się z morderców, złodziei i najemników, tylko odrobinę mniej niebezpieczną niż szubienica.

Przez pewien czas jechali w milczeniu. Atmosfera w powozie zmieniła się. Nawet Anisha, pomimo swoich ograniczonych zdolności, potrafiła wyczuć wiszące w powietrzu niepokojące emocje.

Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć, więc wyglądała przez okno. Ich maleńka karawana posuwała się po ulicach, które z ciemnych i wąskich przeistoczyły się w szerokie i eleganckie. Nigdy w życiu nie widziała tylu wież kościelnych. Ulice stawały się coraz bardziej zatłoczone. Na każdym rogu widać było wyładowywane wozy i zamiatane schody londyńskich banków i dużych sklepów, otwieranych w kolejnym handlowym dniu.

Jednak Anisha, z niezrozumiałego powodu, zamiast skoncentrować się na swoim nowym domu, przeniosła uwagę na współtowarzysza podróży. Welham był potężnym, długonogim mężczyzną. Ubrany był w strój bardziej pasujący do konnej przejażdżki niż podróży powozem. Miał na sobie dopasowany czarny płaszcz, ale na tyle swobodny, że nie wymagał pomocy lokaja przy zakładaniu. Wysokie buty i bryczesy podkreślały umięśnione nogi, chociaż Anisha podejrzewała, że zwykłe spodnie byłyby bardziej modnym wyborem.

Właściwie jedynym przejawem elegancji Welhama była jedwabna, ciemnoszara kamizelka z szylkretowymi guzikami, śnieżnobiały krawat i leżący obok niego wysoki, czarny cylinder. Gdy odchylił płaszcz, żeby wyjąć z kieszeni zegarek, Anisha dostrzegła jego szczupłą talię i niemal wyczuła siłę drzemiącą pod rękawami.

Anisha doszła do wniosku, że Rance Welham jest prawdziwym mężczyzną, co niestety powodowało, że zaczął ją jeszcze bardziej intrygować.

Sprawdziwszy, która godzina i wsunąwszy zegarek z powrotem do kieszeni, Rance oparł się o siedzenie i przerzucił jedno ramię przez oparcie. Z szeroko rozstawionymi nogami sprawiał wrażenie, że zajmuje każdy centymetr przestrzeni wokół siebie. Gdy odwrócił głowę do okna, przeczesując wzrokiem mijane ulice, jeden ciemny lok opadł mu na czoło. Z całego zachowania Welhama Anisha odniosła mgliste wrażenie, że niewiele umyka jego uwagi i że nie da się byle czym zastraszyć.

Zaczęła sobie przypominać, co jeszcze mówił o Welhamie jej brat. Rance pochodził z bogatej rodziny z północy Anglii, ale jego matka była Szkotką. Raju i Welham spotkali się pięć lat temu w Maroku, a może w Algierii. Brat stanowczo odmówił zdradzenia, co tam robili. Anisha domyślała się, że musiało to być coś nienadającego się dla damskich uszu, bowiem w pewnym punkcie ich burzliwej wspólnej historii Raju zorientował się, że obaj z Welhamem mieli znak Strażnika.

I tak właśnie stali się nierozłączni.

Najczęściej znak umieszczano wysoko na lewym biodrze, dla potwierdzenia, że ten właśnie człowiek, ze względu na swoje usposobienie, tradycję i dzięki wyrokowi niebios, został wybrany przez swoją rodzinę na Strażnika Starego i Szlachetnego Bractwa Fraternitas Aureae Crucis. Bractwo, po części mające charakter zakonu, po części zaś towarzystwa, oficjalnie zajmowało się badaniami przyrody i jej związkiem z wielkimi tajemnicami Greków i druidów.

Strażnicy stanowili opiekuńcze ramię towarzystwa, tak jak chrześcijańscy żołnierze, którzy zaprzysięgali na miecz. Sam znak natomiast składał się z łacińskiego krzyża, umieszczonego ponad skrzyżowanymi piórem i mieczem. Czasami, jeśli rodzina miała szkockie korzenie, ich znak bywał wpleciony w rysunek ostu. W obu tych postaciach znak, podobnie jak motyw lilii, występował dość powszechnie w całej Europie, ukryty pośród rzeźbień na frontonach budynków, na krzyżach i nagrobkach.

Szeptano, że korzenie Bractwa sięgają antycznego świata Celtów i tradycji zakonu templariuszy, że być może ma ono mgliste powiązania z ruchem masońskim. Określenie „mgliste” wydawało się bardzo właściwym słowem opisującym całą organizację. Niemniej jednak ojciec Anishy należał do Bractwa, podobnie jak przed nim wiele pokoleń Forsythe’ów.

W gruncie rzeczy nic z tego nie miało dla niej znaczenia. Jej dzieci nie urodziły się ze znakiem. Gdyby jej synowie zechcieli, mogli zostać wprowadzeni do Bractwa ze względu na ich zdolności jako Adwokaci, Sawanci czy Preości, nigdy jednak nie mogliby stać się Strażnikami.

Dzięki Bogu, nigdy nie zaciąży nad nimi przekleństwo Daru. Nie, jej synowie nigdy nie będą potrzebowali Strażnika. Anisha była ogromnie wdzięczna losowi za tę drobną łaskę.

Musiała westchnąć, bo nagle zorientowała się, że siedzący w głębi powozu sierżant Welham wpatruje się w nią spojrzeniem jeszcze przed chwilą pełnym rozbawienia, a teraz skupionym, jakby długo coś rozważał i nie był zadowolony z końcowych wniosków.

– Ten człowiek na ulicy – zaczął głuchym głosem. – Ta cała historia musi sprawiać, że zadaje sobie pani pytanie, dlaczego brat wysłał po panią właśnie mnie. W rzeczywistości radziłem mu, żeby poprosił kogoś innego, ale…

Niemal bez zastanowienia Anisha wyciągnęła rękę w ciemność, przyłożyła mu do ust obciągnięty rękawiczką palec i powiedziała z nutą nagany w głosie:

– Ale to panu ufa najbardziej. I dlatego ja też panu w pełni ufam.

Uśmiechnął się lekko.

– Wydaje mi się, że Ruthveyn ma nadzieję, iż podbije pani nasze miasto, lady Anisho – powiedział. – Raczej wątpię, żeby pokazywanie się w moim towarzystwie specjalnie pomogło w realizacji tego planu. Powiedziałem mu to.

– Słucham? Co podbiję?

Uśmiechnął się ponownie, ale tym razem uśmiech nie pojawił się w jego oczach.

– Ruthveyn pragnie, żeby nawiązała pani odpowiednie znajomości w towarzystwie i ułożyła sobie na nowo życie tutaj, w Londynie. Jak rozumiem, jest zdecydowany, żeby pani ponownie wyszła za mąż, więc moje towarzystwo nie jest idealnym…

Anisha zesztywniała.

– Słucham?

Twarz Welhama zastygła.

– Przepraszam, wyraziłem się niezręcznie. Jak się pani przekona, jestem zbyt szczery, ale śmiem twierdzić, że przed upływem tygodnia usłyszy pani to samo z jego ust.

Anisha odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić.

– Doprawdy? – rzuciła sztywno. – Proszę mi powiedzieć, sir, czy mój brat wybrał już dla mnie nowego męża?

Słysząc to, Welham wytrzeszczył oczy. Szybko jednak zorientował się, czym w gruncie rzeczy jest jej złość, bo na jego twarz powrócił uśmiech, a wokół błyszczących, niebieskich oczu znów pojawiły się drobne zmarszczki.

– Wydaje mi się, madam, że istotnie ma na myśli jednego czy dwóch kandydatów – mruknął. – Widzę też, że z zadowoleniem pozostawi pani tę sprawę w rękach brata.

– Oczywiście – rzekła słodko. – Ja z kolei z radością pomogę jemu. Chociaż bowiem nie widziałam go od pięciu lat i nie mam zielonego pojęcia ani o jego tutejszym życiu, ani o jego nadziejach i marzeniach, to jestem absolutnie pewna, że wdowieństwo mu nie służy.

– Lady Anisho, proszę mi wybaczyć. Nie powinienem był sugerować…

– Ależ nie, proszę dalej sugerować – przerwała mu ostrym głosem. – Zamierzam zrobić dokładnie to, co powiedziałam. Przecież musi istnieć przynajmniej z tuzin głupiutkich angielskich różyczek, gotowych spijać każdą kroplę mądrości z ust mojego brata i powtarzać mu, jakim jest czarującym łajdakiem, a wszystko to w zamian za jego ogromny majątek i książęcy tytuł. Niech mi pan wierzy, sierżancie, chętnie zaprzyjaźnię się z każdą z nich, jeśli tylko mój brat odważy się wpychać mnie w tak zwane angielskie wyższe sfery.

– Naprawdę? – zapytał.

– Niech pan nigdy nie wątpi w moje słowa – odparła. – Będę je po kolei przyprowadzać do domu na kolację, dopóki sprawa nie przycichnie. Czekając zaś na tę radosną okazję zainteresuję się jego złymi nawykami. Jego romansami. Pijaństwem. Zwyczajem używania opiatów. Nie, sierżancie Welham, znam sekrety Ruthveyna. I będę absolutnie bezwzględna w moim dążeniu do poprawy jego zachowania. Co pan o tym myśli? Jak pan sądzi, czy dzięki temu jego życie będzie szczęśliwsze?

Sierżant Welham nie sprawiał już wrażenia spokojnego i zachowującego zimną krew.

– Dobry Boże! – mruknął pod nosem.

– A pan? – zapytała, przechyliwszy na bok głowę. – Może pan również mógłby skorzystać z mojej pomocy?

– Och, nie sądzę – zaoponował. – Chociaż dziękuję za ofertę.

– Jest pan pewien?

– Całkowicie pewien – odpowiedział. – A jeśli teraz spojrzy pani w lewo, to będzie pani mogła zobaczyć Tower of London.

– Dziękuję, ale nie interesują mnie turystyczne atrakcje – rzuciła cierpko.

– Hm…

Welham bez słowa włożył na głowę cylinder i zsunął go sobie na oczy.

Anisha wbiła wzrok w okno i obserwowała przesuwające się szybko szare mury. Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu w powozie toczącym się poprzez ciągnącą się w nieskończoność plątaninę ulic. Welham zaczął cicho chrapać.

Anisha z rozdrażnieniem spojrzała w głąb powozu. Broda opadła sierżantowi na piersi, a palce miał zaplecione na kamizelce. Doprawdy, jak on mógł spać? Na dodatek ten Londyn był irytująco rozległy! Czy nigdy nie dotrą na miejsce, bez względu na to, co miałoby to oznaczać? Zaczynała ją zjadać niecierpliwość.

I nagle uświadomiła sobie coś oczywistego. Że oto zastrzeliła posłańca, a teraz spalało ją pragnienie, żeby wbić szpony w aroganckiego dupka, który go przysłał.

– Sierżancie Welham – odezwała się głośno.

– Hmm…? – Poderwał głowę, a elegancki cylinder stoczył mu się na kolana. – Jesteśmy na miejscu?

– Nie. Chciałam jedynie prosić o wybaczenie – powiedziała. – Zareagowałam niewłaściwie. Jestem zła na mojego brata. Pan zaś był bardzo uprzejmy. Przepraszam.

– Hmm – powtórzył, ponownie wkładając kapelusz na głowę.

– Jak się nazywa ten śliczny stary kościół, który właśnie mijamy? – zapytała.

– Moja droga, przesadziła pani. O ile sobie przypominam, nie interesują pani turystyczne atrakcje – odparł ponurym głosem.

Dwukrotnie powoli zamrugała.

– Widzę, że nie zamierza mi pan łatwo darować. Przyznaję, że sobie na to zasłużyłam – stwierdziła.

– Kościół Świętego Klemensa – burknął. – Nazywany bywa też Świętym Klemensem Duńskim.

– Czy to może pana kościół? – próbowała podtrzymać rozmowę.

– Na Boga, nie. – Uniósł ciemne brwi. – Zresztą w Londynie jest tysiąc kościołów, ja zaś nie przeszedłem przez kościelny próg od… no, sam nie wiem, od jak dawna. – Nagle opuścił ramiona i w zamyśleniu przesunął dłonią po szczęce. – Obawiam się jednak, że uczynię to całkiem niedługo. I o wiele za wcześnie.

Anisha od razu domyśliła się, o czym mówił. Raju pisał, że ojciec Welhama był umierający.

– Z przykrością dowiedziałam się o pańskim ojcu – mruknęła. – Ostatni list mojego brata zastał mnie w Lizbonie. Napisał, że hrabia Lazonby mocno podupadł na zdrowiu.

– Tak, zniszczyły go te wszystkie lata cierpienia i nieustannych prób doprowadzenia do ułaskawienia mnie – ponuro stwierdził Welham.

– Naprawdę bardzo mi przykro – powtórzyła. – Raju twierdzi, że przypadnie panu tytuł. Na pewno wcale to pana nie cieszy.

– Owszem, ale, jeśli Bóg da, będę miał jeszcze kilka miesięcy – odpowiedział. Oczy już mu się nie śmiały. – Co zaś do pani pytania, to nie, nie cieszy mnie odziedziczenie tytułu. Ojciec ma ledwie sześćdziesiąt lat, a teraz obaj zostaliśmy okradzeni z jego ostatnich lat. W końcu ktoś za to zapłaci.

Anisha nie umiała znaleźć na to odpowiedzi. A ponadto nie miała wątpliwości, że wiedział, co mówi. Welham sprawiał wrażenie człowieka, który składając obietnice, nie rzucał słów na wiatr.

Welham odwrócił się w stronę okna i wbił w mrok niewidzące spojrzenie. W zimowym świetle, kładącym cień na jego gładko wygolone policzki, wyglądał tak twardo, tak przystojnie, że z trudem rozpoznawała w nim śmiejącego się mężczyznę, który tego ranka wszedł do jej kabiny. I te usta, och, te wydatne, piękne wargi! Były jedynym elementem łagodzącym jego twarz.

Anisha, czując falę gorąca, gwałtownie odwróciła spojrzenie. Wielki Boże, nie była przecież głupiutką gąską, żeby dać się oczarować mężczyźnie, choćby był nie wiadomo jak przystojny. A na tyle dobrze znała ludzką naturę, żeby wyczuć mękę i zmartwienie, gdy znalazła się z nim twarzą w twarz.

Odwróciła się do drugiego okna i starała się myśleć o tym, co ją czeka. Na zewnątrz padał lodowaty deszcz, różowy wschód słońca zmienił się w ciężkie, ołowiane niebo, a silny wiatr świszczał i łamał pozbawione liści gałęzie drzew. Nagle jej mglista tęsknota za Indiami przerodziła się w głęboki ból. Ogarnęło ją przerażenie, że popełniła nieodwracalny błąd.

Jej obawy nie ustąpiły, kiedy parę minut później powóz zwolnił, przejechał przez potężną, oświetloną latarniami bramę, po czym podjechał wygiętą w łuk aleją i zatrzymał się przed odsuniętym od ulicy, ogromnym domem z kolumnadą. Z oporem wzięła do ręki torebkę i mocniej otuliła się płaszczem, jakby mogła w ten sposób oddalić to, co nieuniknione.

Trójka wyposażonych w czarne parasole służących zeszła po schodach. Anishy skojarzyli się z plutonem egzekucyjnym. Niepokój musiał się odbić na jej twarzy, bo Rance Welham szybko pochwycił jej dłoń i uniósł do ust.

– Odwagi, moja droga – rzekł cicho. – Czeka na panią brat. Czeka na panią nowe życie. I ma pani dwa miesiące do rozpoczęcia się sezonu balowego w Londynie.

Wytrzeszczyła oczy.

– Sezonu balowego w Londynie?

– Podczas którego oczaruje pani londyńskie wyższe sfery swoją urodą – ciągnął dalej, nie przestając się uśmiechać.

Zawahała się przez chwilę. W końcu odezwała się:

– Sierżancie Welham, bądźmy realistami, nawet jeśli mój brat tego nie potrafi. Owszem, londyńskie wyższe sfery będą mnie tolerować. Ale wdowa o mieszanym pochodzeniu będzie ich interesowała w tym samym stopniu, w jakim ja będę nimi zainteresowana.

– Nie sądziłem, że jest pani takim tchórzem, lady Anisho – powiedział z tłumionym uśmiechem.

– Nie jestem…

Gwałtownie odetchnęła, dwoma rękami przyciskając do siebie torebkę.

– Nie jestem tchórzem, sierżancie – rzekła głuchym głosem. – Jestem… po prostu inna. To wszystko.

– Po prostu inna? – powtórzył za nią cicho. – O tak, moja droga. Z pewnością jest pani inna.

Ale świetliście niebieskie oczy Welhama znów się śmiały, ponownie skrywając jego prawdziwą naturę.

Rozdział 2

Pytał o dzieje mojego życia w tych a w tych epokach,

O bitwy, szturmy, przebyte koleje.

William Szekspir Otello

Jak to się często zdarza przy dużych, budzących różne obawy zmianach w życiu, to, co z początku wydawało się lady Anishy wstrząsem niemal nie do zniesienia, szybko przekształciło się w strugę drobnych, codziennych katastrof. Trzeba było wynająć opiekunów, służących i nauczycieli muzyki. Tom i Teddy potrzebowali peleryn, paltocików i wszelkiej wełnianej odzieży mogącej chronić ich przed przenikliwym angielskim chłodem. Skrzynia chłopców zawierająca kolekcję suszonych liści oraz wielotomową encyklopedię gdzieś się rozpłynęła. Papuga nie znosiła kotów Raju.

Z kolei koty naprawdę bardzo polubiły ptaka.

Anisha musiała się też uporać z głupimi sugestiami Raju o małżeństwie, z którymi chyba na początku nie rozprawiła się dość stanowczo…

Tak czy inaczej, Londyn pochłonął ją jak bengalski cyklon, począwszy od chwili, kiedy Rance Welham pomógł jej wysiąść z powozu. Nie miała czasu się gryźć i tęsknić za swoim ukochanym domem i szybko przyzwyczaiła się jakoś do nowego życia, przez cały czas nie do końca zdając sobie sprawę z zachodzących zmian.

I tak po zimie zaczęła się wiosna, potem lato i jesień. Pewnego dnia lady Anisha obudziła się rano i uświadomiła sobie, że właśnie minął pierwszy rok jej pobytu w Londynie, a wraz z nim większość piętrzących się problemów. Życie chłopców nabrało pewnej rutyny. Lucan dołączył do grupki lubiących rozrywki młodych ludzi i przejął ich lekkomyślny styl życia. Raju rwał włosy z głowy i wymachiwał rękami nad zachowaniem Lucana, po czym zaszokował wszystkich, zakochując się w guwernantce chłopców.

A Anisha, no cóż, ona także, głupia, odrobinę zadurzyła się w Ransie Welhamie, który niedawno odziedziczył tytuł hrabiego Lazonby.

Ale trudno było się nie zakochać w tych kpiących oczach, w tajemniczym uśmiechu i ukrytej głębi, pozostającej – ku irytacji Anishy – poza jej zasięgiem. Na dodatek był niepoprawnym flirciarzem, co zresztą sam zadeklarował. Dziesiątki razy Anisha miała ochotę na coś więcej niż tylko flirt, ale za każdym razem kobiecy instynkt ostrzegał ją przed tym.

A potem, parę miesięcy temu, nadszedł ów dzień, kiedy natknęła się na niego niespodziewanie i nagle z pełną jasnością zrozumiała, że być może instynkt ostrzegał ją z ważnego powodu. Że być może jego flirtowanie nie miało żadnego znaczenia, a jego głębia była o wiele bardziej dla niej niedostępna, niż sądziła.

Lazonby miał trzydzieści pięć lat i w jego życiu nigdy, o ile wiedziała, nie było żadnej kobiety. Teraz Anisha zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie wie, dlaczego tak było; czy zainteresowania Rance’a nie kierują się w zupełnie inną stronę.

W zasadzie nie miało to znaczenia, był bowiem najlepszym przyjacielem jej brata, jej przyjacielem również. Lecz coś więcej niż przyjaźń? Nie. Lord Lazonby był zbyt zamknięty w sobie, zbyt opętany szalonym dążeniem do prawdy i zemsty. Anisha zaś była dość mądra, żeby mieć świadomość, iż widzi tylko fasadę i w gruncie rzeczy wcale go nie zna i pewnie nigdy nie pozna.

Dlatego też postanowiła zająć się czymś, co odciągnie jej uwagę od tych tańczących, diabelskich oczu. W rezultacie zrobiła coś, co poniewczasie zaczęło jej się wydawać bardzo głupie: posłuchała brata.

Zrobiła dokładnie to, przed czym wcześniej w rozmowie z Lazonbym tak bardzo się buntowała.

Zirytowana tym wspomnieniem Anisha nałożyła duży kawałek masła na swoją zapiekankę rybną. To, że nie lubiła potrawy, a już nigdy nie dodawała do niej masła, najwyraźniej tego dnia uszło jej uwagi. Z przewrotnym zapałem zaczęła dźgać jedzenie.

Siedzący po drugiej stronie stołu Lucan opuścił głowę i obserwował siostrę znad talerza. Anisha obrzuciła go kolejnym, pełnym irytacji spojrzeniem, chyba już trzecim tego ranka, po czym zabrała się do jedzenia. Była trochę zła: nie na niego, ale na Raju.

W dużym stopniu przyjechała tutaj ze względu na Lucana, żeby starszy brat mógł go wykierować na dżentelmena, a przynajmniej dopilnować. Tymczasem teraz siedziała z Lucanem w Londynie, a Raju wyjechał na parę miesięcy w podróż poślubną.

Nie był to więc najlepszy dzień dla Lucana, aby prosić o pieniądze.

Kolejny raz.

A jednak poprosił.

Zaczynała wierzyć, że mężczyźni są gorsi niż zaraza.

Ale Lucan nie przestawał na nią spoglądać spod długich, niemal kobiecych rzęs. Lady Anisha cisnęła swój widelec, który upadł ze złowieszczym brzękiem.

– Przestań, Luc – ostrzegła. – Nie waż się dłużej na mnie patrzeć tymi wielkimi, żałosnymi oczami. Mówię ci, że tego nie zrobię. To, że Raju wyjechał za granicę, wcale nie oznacza, że nagle zapomnę o swoich zasadach. Zapewniam cię, że nie potrzebuję jego wsparcia. Irytuje mnie tylko, że mam was wszystkich na swojej głowie.

Lucan jeszcze niżej spuścił wzrok.

– Niech to będzie pożyczka, Nish, tylko do świętego Jana – prosił. – Tylko tyle, żeby wystarczyło…

– Na co? – warknęła. – Żebyś mógł zapłacić swojemu bukmacherowi? Swojemu krawcowi? Swojej kochance? Pozwól, że ci przypomnę, iż nie dalej niż w ubiegłym roku roztrwoniłeś co do grosza swoje dochody, a raz nawet wylądowałeś w areszcie. I gdybym się nad tobą nie zlitowała, pewnie jeszcze byś tam siedział.

– Nie, przenieśliby mnie do więzienia za długi, jak zamierzał Raju – stwierdził ponuro.

– Czego jestem boleśnie świadoma. – Grzbietem dłoni Anisha odsunęła filiżankę z herbatą. – I dlatego wydostałam cię stamtąd. Za wyśrubowaną cenę. I to na mnie Raju wyładował cały swój gniew. Dlatego módlmy się, by ponownie do tego nie doszło. No to mów. O co chodzi tym razem?

– Bakarat – mruknął do talerza. – W klubie Quartermaine’a. I nic innego mi nie pozostaje. Muszę się zachować jak na dżentelmena przystało, sama wiesz to równie dobrze jak ja. Nie pozwolę, żeby źle mówiono o mnie, a już zwłaszcza o tobie, Anisho – dorzucił ponurym głosem.

Anisha z roztargnieniem ujęła w dłonie plisowany jedwab swojej złoto-turkusowej sukni. Jej złote bransoletki cicho zabrzęczały przy tym ruchu. Niektórzy mogli uważać ich ojca za nababa, bowiem jak wielu rodaków pojechał do Indii średnio zamożny, a powrócił przeraźliwie bogaty. Był po części dyplomatą, a w pełni kupcem i pozostawił swoje dzieci naprawdę bardzo dobrze sytuowane. Ale to nie dawało Lucanowi prawa do życia utracjusza.

Lucan był owocem drugiego małżeństwa ojca, małżeństwa z miłości, a nie z wyrachowania politycznego, jak pierwszy związek, z którego narodzili się Raju i Anisha. Pamela była czysta jak angielska róża. Była też łagodna i czuła. Może nawet zanadto, bo rozpuściła Lucana ponad miarę. Jednak Anisha kochała Lucana, kochała go równie mocno jak Raju, a może nawet bardziej. Pamela bowiem umarła zbyt młodo, pozostawiając Lucana, który potrzebował swojej siostry w sposób, w jaki nigdy nie była potrzebna starszemu bratu.

I teraz właśnie jej potrzebował.

Oczywiście pomoże mu. Ale nie zamierzała mu ułatwiać sprawy. Anisha przygryzła wargę, usiłując wymyślić, jak najlepiej to rozwiązać.

– Nish – jej rozważania przerwał ostrożny głos Lucana. – Nish, znowu zagryzasz wargę. Daj mi słowo, że nie przyjdzie ci do głowy, żeby iść porozmawiać z Nedem Quartermaine’em. Umarłbym z zażenowania.

Anisha nagle podjęła decyzję i z ostrym zgrzytem odsunęła krzesło.

– Nie mogę ci znowu pożyczyć pieniędzy, Luc – stwierdziła stanowczo. – Nie zrobię tego, bo inaczej niczego się nie nauczysz. Nie będę też wstawiać się za ciebie u pana Quartermaine’a. Lecz mogę dać się namówić na ubicie interesu i ostrzegam cię, że będę się targować jak prawdziwa Szkotka.

– Tak, masz na myśli twardo i bezwzględnie. – Lucan westchnął i przesunął dłonią po włosach, które do tej chwili były starannie ułożonymi, wypomadowanymi złotymi lokami. – Proszę cię tylko, Nish, błagam! Nie każ mi być znowu niańką chłopców! Tom i Teddy są… są… dobry Boże! To mnie przerasta! Jeśli nie skoczą na wpół nadzy do stawu w Hyde Parku i nie wbiegną pomiędzy powozy na Piccadilly Circus, to uważają dzień za stracony.

– Och nie, nie chcę, żebyś tym razem wykpił się opieką nad chłopcami. – Anisha patrzyła na niego taksującym wzrokiem zza mahoniowego stołu, w zamyśleniu przesuwając bransoletki na przedramię. – Nie wydaje mi się też, żeby teraz wystarczyła pożyczka czy jakaś umowa. – Luc gwałtownie wypuścił powietrze i opadł plecami na oparcie krzesła. – Nie, tym razem zawrzemy czystą, prostą transakcję – powiedziała, ignorując jego westchnienie ulgi.

– Transakcję? – Lucan ponownie wyprostował się, podejrzliwie mrużąc oczy. – Jakiego rodzaju?

Szerokie, sympatyczne usta Anishy powoli wygięły się w uśmiechu.

– Twoja nowa dwukółka – mruknęła. – Mam na myśli ten powozik z wysokim siedzeniem i ślicznymi czerwonymi kołami. Przyznaję, że przykuwa wzrok.