Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 347 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Perła - Carolina de Robertis

Dwudziestoletnia Perla Correa jest jedynaczką wychowaną przez oziębłą matkę i purytańskiego ojca – oficera marynarki wojennej. W kraju, w którym rany po czasach dyktatury junty wojskowej są wciąż świeże, jego zawód jest tematem tabu. Dziewczyna odkrywa, że w przeszłości ojciec stał po niewłaściwej stronie, mimo to kocha go bezwarunkowo.

Wizyta nieproszonego gościa zmusi ją nie tylko do konfrontacji z niewygodną prawdą i mroczną przeszłością ojca, ale również do zadania sobie pytania: kim właściwie jestem?

To książka, która nie daje spokoju… Carolina de Robertis z wyczuciem i delikatnością opisuje miłość,
lojalność i nadzieję w obliczu okrucieństwa.

„The New Yorker”

Oszałamiająca… De Robertis pisze w wyjątkowy sposób, a jej książka zapada głęboko w pamięć.

„The Wall Street Journal”

Opinie o ebooku Perła - Carolina de Robertis

Fragment ebooka Perła - Carolina de Robertis

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorce

Tej autorki

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Nawiedzenie

2. Tajemny wymiar

3. Woda i rozpacz

4. Chór śpiewający w głębinie

5. Nieudane geranium

6. Słowo „gdzie”

CZĘŚĆ DRUGA

7. Mapa Perli

8. Nektar i trucizna

9. El grito sagrado

10. Otwarcie

CZĘŚĆ TRZECIA

11. Kołyska

12. Puste ręce, czysta woda

13. Powrót do domu

14. Ty

Podziękowania

Przypisy

Poruszająca historia młodej kobiety, która musi się zmierzyć z szokującą przeszłością najbliższych jej osób.

Perla Correra, studentka psychologii dorastająca w Buenos Aires w bogatej rodzinie, zdaje sobie sprawę, że w historii jej ojca, oficera marynarki wojennej, są czarne plamy. Mimo to darzy go bezwarunkową miłością… nawet gdy stawia to pod znakiem zapytania związek z człowiekiem, który może być mężczyzną jej życia. Dopiero wizy- ta tajemniczego gościa budzi w Perli nieodpartą potrzebę odkrycia prawdy – o rodzicach, o sobie i tragicznych losach całego pokolenia.

CAROLINA DE ROBERTIS, urodzona w Wielkiej Brytanii pisarka urugwajskiego pochodzenia. Autorka trzech powieści – Perła, Niewidoczna góra (uznana przez „San Francisco Chronicle”, „O, The Oprah Magazine” oraz „Booklist” za najlepszą książkę roku 2009 i nagrodzona włoską Premio Rhegium Julii) i Bogowie tanga – przetłumaczonych na 17 języków. Jest również wielokrotnie nagradzaną tłumaczką literatury latynoamerykańskiej. Mieszka w Kalifornii.

carolinaderobertis.com

Tej autorki

NIEWIDOCZNA GÓRA

BOGOWIE TANGA

PERŁA

RADYKALNA NADZIEJA

(redakcja)

Tytuł oryginału:

PERLA

Copyright © Carolina De Robertis 2012 All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Izabela Matuszewska 2018

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: © Monica Lazar/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-377-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Para ti, Rafael

Celem Procesu jest głębokie przekształcenie świadomości.

Generał Jorge Rafael Videla,głównodowodzący argentyńskiej armii w latach 1976–1981

Raczej ją żywcem poniosło w niesamowite głębiny, kędy przedziwne kształty nie zmienionego, pierwotnego świata przesuwały się tam i z powrotem przed jej biernymi oczami; kędy owa skąpa wodnica, Mądrość, ukazała swe nagromadzone bogactwa, a pośród radosnych, okrutnych, zawsze młodych, wieczystych spraw Pip ujrzał nieprzeliczone, jak Bóg wszechobecne, koralowe owady, co z głębi firmamentu wód dźwigają olbrzymie globy. Ujrzał stopę Boga na pedale krosien i opowiadał o tym – dlatego też koledzy-marynarze nazwali go szaleńcem1.

Herman Melville, Moby Dick

CZĘŚĆ PIERWSZA

1Nawiedzenie

Umysł nie potrafi objąć niektórych rzeczy samodzielnie. Więc słuchaj, jeśli umiesz, całym swym jestestwem. Historia ta napiera i domaga się opowiedzenia, tu i teraz, kiedy jesteś tak blisko, a przeszłość dyszy ci w kark.

Zjawił się drugiego marca 2001 roku kilka minut po północy. Byłam sama. Usłyszałam cichy odgłos dobiegający z salonu, drapanie, jakby skrobanie paznokciami o twardą podłogę, potem zapadła cisza. W pierwszej chwili nie mogłam się poruszyć; zastanawiałam się, czy nie zostawiłam otwartego okna, ale nie. Wzięłam ze stołu nóż pobrudzony miąższem kabaczka i ruszyłam powoli korytarzem w stronę salonu, nóż wskazywał mi drogę, i pomyślałam, że jeśli dojdzie do walki, będę gotowa, wbiję ostrze po sam trzonek.

Zobaczyłam go, kiedy wyjrzałam zza załomu ściany, leżał zwinięty na boku, nagi, i ociekał wodą na dywan. Mokrą skórę w kolorze popiołu oblepiały wodorosty. Bił od niego smród ryby, miedzi i zgniłych jabłek. Dookoła nic się nie poruszało: rozsuwane szklane drzwi do ogrodu były szczelnie zamknięte, zasłony wisiały spokojnie, niewzburzone, nigdzie na podłodze nie zauważyłam mokrych śladów, wskazujących, którędy mógł przyjść albo się przyczołgać. Stałam jak sparaliżowana, jakby moje ciało zamieniło się w rozgrzane przewody, a w pokoju aż iskrzyło od niebezpieczeństwa.

– Idź sobie – powiedziałam.

Nie drgnął.

– Idź sobie stąd, do diabła – powtórzyłam, tym razem głośniej.

Z ogromnym wysiłkiem podniósł głowę i otworzył oczy. Były duże i bezdenne. Patrzyły na mnie, oczy dziecka, oczy boa. W tym momencie coś we mnie pękło; jak statek, który się zerwał z kotwicy, zewsząd otaczała mnie groza ciemnej toni, a ja zrozumiałam, że nie mogę zawrócić.

Uniosłam nóż i wycelowałam w jego stronę.

Mężczyzna zadrżał, głowa opadła mu na podłogę. Instynktownie chciałam do niego podbiec, podnieść go, podać mu coś ciepłego do picia, powiedzieć, że wezwę pogotowie. Lecz może on udaje, może ma nadzieję, że podejdę bliżej, a wtedy się na mnie rzuci? Nie rób tego. Nie zbliżaj się do niego. Cofnęłam się o krok i czekałam. Nie próbował więcej podnosić głowy, obserwował mnie kącikami oczu. Minęła minuta. Nie mrugnął powieką, nie poruszył się ani nie odwrócił wzroku.

– Czego pan chce? – zapytałam w końcu.

Zaczął poruszać szczęką, powoli, mozolnie. Otworzył usta i wylała się z nich na dywan woda, gęsta i brązowa jak rzeczny nurt. Zgniły, mulisty zapach w pokoju przybrał na sile. Cofnęłam się jeszcze bardziej i oparłam o ścianę. Poczułam jej chłodną twardą powierzchnię, pragnęłam, żeby wyszeptała do mnie: „Ćśśś, nie martw się, są jeszcze na tym świecie trwałe rzeczy”, lecz to była tylko ściana, nie miała nic do powiedzenia.

Mężczyzna obracał w ustach puste powietrze. Przyglądałam się, jak próbuje sformułować słowo. W końcu wydobył z siebie głos – nieokreślone, zbyt głośne dźwięki, jak ktoś, kto nie nauczył się jeszcze rzeźbić języka.

– Co… iii… ahhh.

Pokręciłam głową.

Ponownie wyartykułował te same dźwięki, tylko wolniej:

– Coo. Iiii. Aaaa.

Spróbowałam poskładać je do kupy.

– Coja? – spytałam, zastanawiając się: czy to imię, nazwa, miejsce, o którym nigdy nie słyszałam?

– Coo. Miiii. Aaah.

Machinalnie kiwnęłam głową.

– Coo. Miiiii. Da.

I nagle zrozumiałam.

– Co-mi-da. Jedzenie. Jedzenie?

Skinął głową. Woda kapała z jego twarzy zbyt obficie, aby mógł to być pot. Sączyła się z porów niczym z ludzkiej człekokształtnej gąbki wyciągniętej z wody, choć przecież nawet gąbki przestają kiedyś ociekać, a tymczasem ten człowiek ani na moment nie wysychał. Nie spuszczając go z oczu, przycisnęłam nóż do ramienia, żeby sprawdzić, czy to nie sen. Ostrze przecięło skórę, z rany popłynęła krew, poczułam ból, ale się nie obudziłam, nie znalazłam się w innej rzeczywistości. Gdyby był tu Papá, nie zobaczyłby tego upiora, a gdyby zobaczył, bez słowa pchnąłby go nożem, po czym nalał sobie szkockiej i patrzył, jak Mamá pierze dywan. Spojrzałam nieznajomemu w oczy i serce zaczęło mi walić. Powinnam go zaatakować, pomyślałam. Powinnam go wyrzucić z domu. Lecz nie mogłam się zmusić ani do jednego, ani do drugiego. Później zrozumiem, że w tej właśnie chwili zaczęło się moje prawdziwe życie: w chwili kiedy nie wiedząc dlaczego, wbrew rozsądkowi i ku własnemu zdumieniu, opuściłam nóż i poszłam szukać jedzenia.

Kuchnia wyglądała dokładnie tak, jak ją zostawiłam, tylko woda w garnku się zagotowała i syczała, wyskakując na palnik. Gotowałam bakłażana dla żółwia Lola, który stał niewzruszony przy lodówce i wyciągał szyję. Na blacie wypalił się mój papieros. Popatrzyłam na niego wstrząśnięta, miałam wrażenie, że to zupełnie inna noc niż kilka minut wcześniej, kiedy paląc, siekałam bakłażana i myślałam sobie – jakbym dzięki powtarzaniu tej myśli mogła w nią uwierzyć – że to dobrze być samej, mam cały dom dla siebie, i czy to nie wspaniale, że mogę robić, co mi się podoba, jeść tosty na obiad, tańczyć nago w kuchni, jeśli mi przyjdzie ochota, zostawiać brudne naczynia na kanapie, siedzieć z szeroko rozstawionymi nogami, płakać i nie musieć się nikomu z tego tłumaczyć.

Zgasiłam gaz pod garnkiem i zaczęłam przetrząsać lodówkę. Mamá zostawiła dom dobrze zaopatrzony. Zebrałam na tacy różne rzeczy do jedzenia i picia – goudę, chleb, pieczonego kurczaka z ziemniakami, z zeszłego wieczoru, białe wino, szklankę wody, kilka nadziewanych cukierków w złotym pudełeczku – a następnie wyszłam z powrotem na korytarz. Między naczyniami cały czas miałam ukryty nóż. W pustym powietrzu za plecami słyszałam protesty rodziców, a ja nie umiałam im odpowiedzieć. Czułam na sobie ciężką pelerynę ich dezaprobaty, ich niepokój na widok tak rażącego wykroczenia przeciw zdrowemu rozsądkowi. Idąc korytarzem w stronę salonu, wyobrażałam sobie ich krzyki: „Perlo, co ty najlepszego wyprawiasz?”.

Mężczyzna leżał nadal w tej samej pozycji, skulony jak płód, na burgundowym dywanie, który po zamoczeniu zrobił się prawie czarny. Nie trząsł się, nie poruszał, tylko jedna naga stopa uderzała cicho o podłogę. Wpatrywał się w ścianę, nie mrugając oczami. Rano wstanę i znajdę pusty, suchy dywan, ponieważ żadna z tych rzeczy się nie zdarzyła.

Położyłam tacę na podłodze obok jego głowy. Spojrzał na jedzenie jak na przedmioty z innego, zatopionego królestwa. Nie poruszył się, nie zacząć jeść, a ja zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie nie może wstać, bo ledwo starcza mu sił na poruszanie ustami. Był bezbronny jak oszołomione dziecko i może czekał, aż go nakarmię, pomału, kęs po kęsie. Poczułam odrazę na myśl o mojej dłoni zbliżającej się do jego ust, o jego mokrej skórze ocierającej się o moją, więc czekałam. Wydał jakiś odgłos – żałosne, przepełnione tęsknotą samogłoski. Minęła kolejna minuta.

W końcu spytałam:

– Chce pan kurczaka?

Prawie niedostrzegalnie pokręcił głową.

– Sera?

Ponownie zaprzeczył.

– Czekolady?

Też nie.

– Wody?

Skinął głową i oczy rozszerzyły mu się błagalnie.

Nie było wyjścia. Nie mógł poradzić sobie sam. Wzięłam z tacy szklankę i przyłożyłam mu do ust, a on uniósł głowę o kilka centymetrów. Z bliska zauważyłam wilgotny połysk na jego twarzy, niebieskawe zabarwienie ust. Ostrożnie przechyliłam szklankę, a on zaczął poruszać szczęką, jakby gryzł wodę, jakby była takim samym stałym pokarmem jak chleb. Uważałam, żeby nie dotknąć palcami jego skóry, chociaż wstręt walczył we mnie z ciekawością: jakie to by było uczucie?

Skończył jeść i głowa opadła mu z powrotem na podłogę.

– Kim jesteś? – spytałam.

Lecz on zamknął oczy. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc przez chwilę siedziałam obok niego na podłodze. Zastanawiałam się, czy go nie wynieść – do ogrodu albo na ulicę – ale wydawał się za ciężki. Poza tym, jeśli go ruszę, może się obudzić, a w dodatku zobaczą go sąsiedzi. Lepiej nic nie robić, iść do łóżka, a rankiem zniknie tak samo, jak się pojawił. Nie było to może zbyt racjonalne rozwiązanie, ale przynajmniej przetrwam jakoś noc.

Byłam zmęczona. Minęło dziesięć dni od mojej kłótni z Gabrielem, od dnia, kiedy go zostawiłam na urugwajskiej plaży z pustymi rękami i pustką w oczach, bez obietnicy, że się jeszcze zobaczymy. Od tamtej pory nieprzyjemne wizje nie pozwalały mi spać. Rankiem jednak niezmiennie wstawałam, polerowałam się z wierzchu – szlifowałam jak zawsze olśniewającą, pewną siebie młodą kobietę, dobrą córkę i zdolną studentkę, rozpoczynającą czwarty rok na uniwersytecie, idącą gładko przez świat, i choć w środku szalał we mnie chaos, spychałam go w rozpadliny dnia, aby nikt go nie odkrył.

Jedyną osobą, która potrafiła przejrzeć na wylot tę maskę, był Gabriel. Kiedy się poznaliśmy cztery lata temu, sądziłam, że to z powodu wieku, ponieważ jest siedem lat starszy ode mnie i bardziej wyrafinowany. Lecz niewielu dwudziestopięcioletnich chłopców potrafiłoby za fasadą zrównoważonej osiemnastolatki dostrzec ziejącą czarną dziurę. Udawało mi się zwodzić nauczycieli, przyjaciół, rodziców i ich znajomych, wszystkich poza Gabrielem. Już na początku naszej znajomości, kiedy powiedziałam, że muszę się przygotowywać do egzaminu z psychologii, odrzekł: „Tyle tego Freuda, a nie umiesz zobaczyć swoich własnych demonów”. Potem pocałował mnie ze śmiechem, co mnie zezłościło, a jeszcze bardziej rozwścieczyło mnie moje własne pragnienie, aby odwzajemnić jego pocałunek. „Nie gadaj mi o demonach – warknęłam – dopóki nie pokonasz swoich”. Popatrzył na mnie, jakbym objawiła mu sekret uwodzenia. Tego wieczoru się nie uczyłam, w każdym razie nie Freuda; studiowałam stromizny jego ciała, pożądanie jego dłoni, dotyk ust na mojej skórze, twardą męskość napierającą na mnie przez dżinsy. To był nasz pierwszy rok, najmniej skomplikowany, kiedy byłam po prostu Perlą i nie musiałam się utożsamiać z ludźmi, z którymi coś mnie łączyło; zanim zaczęliśmy rozmawiać o jego pracy i mojej rodzinie, nie wspominając o wybuchowej mieszance obydwu tematów; zanim nasze wizerunki zaczęły pękać, zanim rozpadliny zaczęły się rozprzestrzeniać niczym lustro stłuczone kamykiem. W tamtych czasach to nam wystarczało – całować się, śmiać i kłócić, palić, pić i turlać się po sobie, aż żar, jaki rozniecaliśmy, wyrywał słońce ze snu.

Rozmyślałam o tym wszystkim w czasie, gdy zostawiłam nieznajomego na podłodze i wróciłam do kuchni, aby nałożyć ugotowanego bakłażana do miseczki Lola, który na razie gdzieś się ukrył, ale z pewnością wyjdzie w nocy, kiedy dom pogrąży się we śnie. Ruszyłam po schodach do sypialni, wyczerpana, a jednocześnie przytomna do szpiku kości. Pragnęłam cofnąć czas i powrócić do tych pierwszych nocy z Gabrielem, wejść w niego, poczuć jego zapach, jego pełen życia głos, wzrok, pod którym czułam się przezroczysta. Otulona jego obecnością, odszukałabym kobietę, którą przy nim byłam – lub wierzyłam, że mogę nią być. Kim była ta kobieta? To kobieta z podziemia, odważna, utrzymująca swoje sekrety niczym pokonane, zduszone węże w obu dłoniach. Podczas nocy spędzanych z Gabrielem przeczuwałam obecność tej kobiety, widziałam jej przebłyski, wyobrażałam sobie siebie, gorejącą, przepalającą na wskroś swoją rzeczywistość, aby przeistoczyć się w kobietę węża, z włosami w płomieniach, gotową do powstania. Lecz to były tylko absurdalne fantazje, zresztą dziesięć dni temu zamknęłam za sobą te drzwi. Gabriel zniknął z mojego życia i ja sama to sprawiłam. Musiałam to zrobić, nie miałam wyboru, powtarzałam to sobie w myślach każdej nocy, słowo po słowie – nie miałam wyboru, nie miałam wyboru, nie miałam wyboru – niczym zaklęcie, którego siła rośnie z każdym powtórzeniem. Myślałam, że do mnie zadzwoni, ale telefon milczał. Gabriel był bardziej rozgniewany, niż przypuszczałam. Powiedziałam sobie, że jeśli nie odezwie się w ciągu siedmiu dni, to znaczy, że wszystko nieodwołalnie skończone, i kiedy minął tydzień, a on nie dał znaku życia, miałam wrażenie, że pęknie mi serce, zamiast się jednak rozpłakać, poszłam do knajpy nieopodal uniwerku, gdzie znalazłam pewnego nieśmiałego kumpla z roku, imieniem Osvaldo, i pozwoliłam się zabrać do domu. Przyszło mi to szokująco łatwo, wystarczyło spojrzenie o ułamek sekundy dłuższe niż zwykle i po pięciu minutach chłopak stawiał mi drinka, a pół godziny później wyszliśmy z baru w rozszalałą od dźwięków noc. Zachowywał się jak górnik, który trafił na żyłę złota. Był miłym chłopakiem, ale kiedy wyciągnął dłoń, aby mnie dotknąć, nie znalazł niczego poza ciałem. Ani przez moment nie wyczuł mojej wewnętrznej formy, której nawet ja sama nie potrafiłam stawić czoła, lecz Gabriel jej zawsze szukał, sondował ją, pragnął zrozumieć. Dotyk Osvalda sprawiał mi przyjemność – kiedy zaplatał sobie wokół szyi moje nogi niczym linę, kiedy w czasie seksu przyspieszał z czystego podniecenia – ale przyjemność czerpał ktoś inny, dziewczyna, która wzięła moje ciało na jedną noc i którą ledwie rozpoznawałam. Leżałam potem naga w półmroku i myślałam: no i proszę, Perlo, masz teraz to, czego chciałaś – nie musisz się więcej czuć obnażona, możesz ukryć swoje prawdziwe ja tak głęboko, że nikt go nie znajdzie. Powinnam poczuć ulgę albo choć odrobinę satysfakcji, ale czułam się tylko okropnie samotna.

I byłam samotna przez trzy następne noce, dopóki do mojego domu nie włamał się nieznajomy, nie tłukąc przy tym ani jednej szyby.

Budzi się rankiem ze snu, który wznosi się jak fala przyboju. Pokój zalewa słońce, jest ostrzejsze w powietrzu, niż kiedy przenika przez wodę. Bo przecież był przedtem w wodzie, prawda? Z jego mglistej, rozwodnionej pamięci wypływa wspomnienie światła tonącego w wodzie, jego powolny rytm, dyspersja promieni w gęstym środowisku. Tylu rzeczy nie pamięta, ale pamięta jedno: stracił kiedyś ciało, choć nie wie, jak do tego doszło. W jakiś sposób zniknął, potem umarł, a potem bardzo długo unosił się w wodzie. Jego domem były morze i rzeka. Aż w końcu, ostatniej nocy, wzniósł się w powietrze, lekki, radosny, niewidzialny, ciemność ocierała się o jego nagi umysł, nie miał formy, nie miał ciała, był przezroczysty jak powietrze – czarne, słodkie i nieważkie – czuł, że może się wznieść do słońca, lecz w nocy nie było słońca. Ani księżyca. Ale i tak nie ciągnęło go do nieba, przyciągała go ziemia, wybrzeże, gdzie migotały i lśniły chełpliwie maleńkie światełka. Miasto. Jego miasto. Buenos Aires. Łaknął czegoś, co się tam znajdowało, lecz nie wiedział, co to takiego. Znał tylko głód i drobinki światła.

Popłynął w stronę miasta, a w tym czasie jego forma zaczęła się zmieniać. Z wolna przyjmował ludzką postać. Na skraju miasta stały domy pełne światła i ciemności. Przyciągały go. Przyciągał go jeden z nich.

A potem nagle znalazł się tutaj, w tym pokoju, gdzie światło porusza się tak szybko, że przeszywa go na wskroś. Nie przywykł do tego. Do niczego nie przywykł – ani do tego dużego pokoju, ani do mokrego giętkiego ciała, w którym go zamknięto, ani do porannego słońca, które ogłasza wrzaskliwie swoją obecność, odbija się od ścian i wiszących na nich obrazów, od statku, wzgórz i zniekształconych zegarów, do tego słońca, od którego krzyczy pokój. Kanapa zdaje się puchnąć, półka z książkami patrzy na niego z góry, dywan lśni na brzegach i pieśń się urywa, wielobarwna, niewidzialna. Szybkie światło przecina każdy milimetr jego ciała, a on nie może krzyknąć, słyszy pokój i słyszy światło, czuje jego zapach, pozwala, aby go przeniknął jego cytrynowy miąższ, zroszony potem poranka.

Wchodzi do pokoju – kobieta, która była tu w nocy. Ma na sobie czerwone ubranie i wygląda wspaniale. Jest jak prawdziwy cud. Z jakiegoś powodu bardzo silnie na niego działa, to coś ważnego, jątrzącego, choć nie ma pojęcia co. Wiedza spływa na niego chaotycznie, w ostrych, nagłych olśnieniach, jego umysł jest naczyniem pełnym odprysków, których nie potrafi przesiać ani zebrać, ani zrozumieć, może tylko czekać, aż go przeszyją, dopiero wtedy dowie się, że tam są. Kobieta podchodzi bliżej. Patrzy na niego ze słabo maskowanym obrzydzeniem.

Nadal tu jesteś, mówi.

Patrzy na nią.

Wyglądasz, jakbyś nabrał sił.

Milczy.

Muszę wyjść.

Kolory, myśli, w jej twarzy są kolory, jakich nigdy nie widział.

Co tu robisz?

Kręci głową.

Nie wiesz?

Jej usta są tak samo czerwone jak ubranie. Ma długie ciemne włosy, ciężką zasłonę wokół ramion. Przypomina mu się inna kobieta z ciemnymi włosami na ramionach, jej wspomnienie wrzyna się w jego umysł, miała na imię Gloria; w dniu, kiedy przyszły po niego czarne buty, jej imię dzwoniło mu w myślach, Gloria, Gloria.

Kobieta wstaje. Muszę iść. Wrócę wieczorem.

Zniknęła.

Patrzy w okno, przez które do pokoju wpływa światło razem z cichym odgłosem przejeżdżającego samochodu. Odprysk wrzyna się głębiej. Czarne buty oraz imię Glorii wibrują coraz mocniej. Przypomina sobie.

W metrze do centrum Buenos Aires omal nie przegapiłam swojej stacji i musiałam się przepychać przez ciżbę mężczyzn w garniturach, żeby wyjść przez zasuwane drzwi, nim się zamkną. Wbiegłam po schodach razem z gęstym tłumem ludzi zmierzających w tym samym kierunku, nierozmawiających ze sobą, nawet na siebie niepatrzących, skupionych tylko na tym, aby jak najszybciej dotrzeć tam, dokąd zmierzają. Zwykle, wchodząc po tych schodach, w ogóle nie zauważałam tych ciał wokół mnie, pochłonięta jakimś kłopotem sercowym przyjaciółki albo zbliżającym się egzaminem, lecz dzisiaj czułam ich obecność wyjątkowo żywo, ich pęd, ich skulone, pofałdowane psychiki.

Wyłoniliśmy się ze stacji na jasne dzienne światło. Ulica wyszła nam na spotkanie w jazgocie niecierpliwych pojazdów i trąbiących klaksonów. Nad naszymi głowami jak zawsze wznosiły się wieżowce, rzucały nieubłagane cienie, lecz dzisiaj były wyższe niż kiedykolwiek przedtem. Nieznajomi wokół mnie chodzili w rytm niesłyszalnego tykania jakiegoś ukrytego potężnego chronometru, niewidzialnej maszyny napędzającej Buenos Aires, i choć zwykle bez zastanowienia wpadałam razem z nimi w ten rytm, dzisiaj nie mogłam iść tak jak oni. Moje nogi poruszały się spontanicznie, niezależnie od mojej woli. Nie potrafiłam wpaść w takt zgodny z własnym rozsądkiem. Nie da się utrzymać kroku zgodnego z rozsądkiem, kiedy w twoim domu pojawił się ociekający wodą mężczyzna, który właściwie może nawet nie być mężczyzną. Torebki i plecaki kołysały się ze złością, kiedy wyprzedzali mnie ich właściciele. To nie moja wina, pomyślałam, to przez tę wodę: przesączała się w moją świadomość i wsiąkała w nią, rozmaczała, niszczyła jej regularny mechanizm. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie wpadłam w obłęd. Jeśli tak, myślałam, to nigdy nie sądziłam, że szaleńcy mogą widzieć świat z taką ostrością, taką wyrazistością; ulice są takie same jak zawsze, chmury takie same jak zawsze, nic się nie zmieniło poza tym, że twój umysł się rozchwiał, trybiki wirują, oszalałe i niebezpiecznie obluzowane.

Idąc hałaśliwą ulicą w kierunku uniwersytetu, rozmyślałam o wszystkich latach, kiedy sumiennie przemierzałam świat, ostrożnie i w pełni władz umysłowych, jakby wszystko było dobrze, jakby wszyscy w mojej rodzinie świetnie się czuli, jakby nic pod powierzchnią nie gniło, dopóki, wbrew wszelkim oczekiwaniom, nie zdecydowałam się pójść na psychologię. Po raz pierwszy wtedy sprzeciwiłam się ojcu w tak ważnej sprawie. Planował dla mnie karierę lekarza, jeszcze zanim przyszłam na świat, idealny zawód dla idealnej córki, jedyna droga, jaką był skłonny dla mnie zaakceptować. Kiedy po raz pierwszy oznajmiłam mu swoją decyzję, nie odzywał się do mnie przez wiele dni, a jego kampania trwała przez cały pierwszy rok studiów: „Jeszcze masz czas, Perlo, możesz przejść na medycynę, stracisz trochę czasu, lecz przynajmniej naprawisz ten błąd”.

– To nie błąd, Papá, tylko coś, czego chcę.

Pokręcił głową.

– Jesteś za młoda, żeby wiedzieć, czego chcesz.

– Wszyscy w moim wieku sami o sobie decydują.

– Ja nie rozmawiam o wszystkich.

Oparł wielkie, sękate dłonie o stół i pochylił się. Przekonywał mnie surowym tonem, lecz patrzył na mnie błagalnie, niemal czule – wszystko, co najlepsze dla mojej księżniczki – a ja pragnęłam ująć jego dłonie, złożyć je przed sobą i przelać w nie to, czego się uczyłam. Spójrz tylko, spójrz, oto sekrety ludzkiego umysłu, skarby z morskich otchłani, a ja nurkuję po nie w głębinę, po zagubione klucze, które otworzą to, co od dawna tkwiło zamknięte w ciemności. Tak bardzo pragnęłam, aby ojciec wyciągnął do mnie rękę. I tak bardzo się za to nienawidziłam.

Przyszłam na zajęcia spóźniona o piętnaście minut. Pani profesor uniosła brwi – Perlo, mówiły brwi, to do ciebie niepodobne – po czym kontynuowała. Wyjęłam zeszyt i próbowałam skupić uwagę na ewolucji Freudowskiej teorii snów. Przez lata zrozumienie tej dziedziny rozwinęło się i pogłębiło; wszyscy reagujemy na ciągłe sygnały wysyłane przez naszą podświadomość, lecz tylko szaleńcy widują w swoim mieszkaniu ociekające wodą upiory. Podniosłam przestraszona wzrok, ale, rzecz jasna, nikt nie usłyszał moich myśli. Notowałam skrupulatnie, jednak przez cały czas kartka papieru przed moimi oczami wydawała się daleka, nawet zamglona, jakbym patrzyła na nią przez szybę samochodową, po której spływają strumienie deszczu. W środku unosił mnie rwący potok, nie wiadomo dokąd – do salonu w moim mieszkaniu, do obłędu zaplątanego w wodorosty i do postaci nagiego człowieka lub nieczłowieka, leżącego właśnie teraz na podłodze, jęczącego albo mamroczącego, albo w milczeniu ociekającego wodą. Boże, kim on jest? Duchem? Potworem? Zwyczajnym smutnym bladym mężczyzną? Gabrielu, pomyślałam, gdybym tylko mogła do ciebie zadzwonić, ty na pewno wiedziałbyś, co zrobić, a przynajmniej wymyśliłbyś, jak należy zareagować albo odpędzić to coś, a w najgorszym razie otoczyłbyś mnie ramieniem, kiedy wieczorem wejdę do salonu i stawię temu czoło. Tak bardzo cię pragnę zobaczyć, lecz oczywiście po tym, jak się rozstaliśmy, nie będziesz chciał więcej o mnie słyszeć. Pani profesor zerknęła w moją stronę, powiedziała coś, co powinno mnie zainteresować, a ja, Perla, wzorowa studentka, pokiwałam mądrze głową. Nie usłyszałam, co mówiła, kłamałam, kiwając, tak, tak, jak posłuszna maszyna.

Moja przyjaciółka Marisol siedziała na drugim końcu sali; uśmiechnęła się na powitanie, a jej wzrok pytał: gdzie byłaś? Odpowiedziałam trochę wymuszonym uśmiechem, licząc, że nie podejdzie do mnie po zajęciach. Jeśli podejdzie, będę musiała się szybko wymknąć, a jeśli mnie złapie, powiem, że jestem umówiona. Zwykle co kilka dni chodziłyśmy na kawę, lecz w tym tygodniu jej unikałam. Od powrotu z Urugwaju. Rozmawiałyśmy tylko raz przez telefon.

– No i co? – spytała. – Jak było?

– Dobrze – odrzekłam, a skoro kłamstwo już uleciało z mych ust, za późno było, aby je cofnąć.

– Nie przyłapali cię?

Powiedziałam rodzicom, że wyjeżdżam z Marisol i jej rodziną.

– Nie, poszło gładko. Dziękuję, że mnie kryłaś.

– A jak było u jego rodziny?

– Czyjej rodziny?

– Perlo, daj spokój. U rodziny Gabriela oczywiście. Jak minęło spotkanie?

– Przepraszam cię, Marisol, ale to niezbyt dobry moment. Możemy porozmawiać później?

– Jasne. Zadzwoń do mnie, jak będziesz miała wolną chwilę.

Nie zadzwoniłam. Nie mogłam się zdobyć na to, aby wziąć do ręki telefon i przeprowadzić najzwyklejszą w świecie rozmowę, zrelacjonować przyjaciółce mój wyjazd z chłopakiem. Nie musiałabym się nawet szczególnie wysilać. Marisol nie należała do najlepszych słuchaczy, prawdopodobnie szybko zmieniłaby temat i zaczęła opowiadać o swojej ostatniej kłótni z mamą. Ale nie miałam do tego serca, a teraz, kiedy w moim mieszkaniu leżał na podłodze nie wiadomo kto, tym bardziej nie czułam się na siłach wdawać w beztroską pogawędkę.

Jak by zareagowała, gdyby się o tym dowiedziała? Co by powiedzieli inni koledzy z zajęć? Wyobraziłam sobie panią profesor, jak analizuje interesujący przypadek: młoda kobieta wierzy, że widziała wodnego ducha, tak jak wy widzicie mnie, że podała mu szklankę, a on gryzł wodę jak jedzenie. Pamiętajcie, że wasza pacjentka jest przekonana o prawdziwości tego, co widzi, przywiązana do wiary w jego autentyczność, mimo że ją to dręczy. Jaką terapię byście zastosowali? Natychmiast podnoszą się ręce.

Kiedy zbudziłam się tego ranka, leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit, obojętny, nieprzenikniony sufit, i błagałam go o normalny dzień. Normalny salon. Normalną ciszę w mojej głowie zamiast tych wrzaskliwych myśli, tego wiru, kłębowiska, gorączkowego zastanawiania się, co takiego, do diabła, wpłynęło do mojego domu.

Kiedy przyszły po niego czarne buty, był piękny dzień, z plasterkami jaskrawoniebieskiego nieba prześwitującego między budynkami. Teraz sobie przypomina kawiarnię, do której wszedł, wracając do domu. Mieściła się w połowie drogi między biurem a jego mieszkaniem – ładna i zwyczajna, ze ścianami w kolorze kości słoniowej, z gorzką kawą i maleńkimi ciasteczkami. Ludzie przechodzili szybko za oknem. To była dla niego tylko kolejna filiżanka kawy i kolejne okno. Był zmęczony. Do późna w nocy kłócili się z Glorią o jakąś głupią rzecz, o coś związanego z mieszkaniem – czy powinni się przeprowadzić, a jeśli tak, to co zrobić z lokalem, w którym teraz mieszkają, ale nie mógł sobie przypomnieć, co wywołało pomysł przeprowadzki, dokąd mieliby się przenieść i dlaczego, pamiętał tylko jej profil ze ściągniętymi ustami. Odwróciła się do niego plecami, nie dotykali się we śnie tej ostatniej nocy, co za idiota z niego, że jej nie dotknął. Wzdrygnął się na myśl o powrocie do domu, mogła się nadal gniewać, czekały go te skomplikowane manewry przeprosin, więc wszedł po drodze na kawę. Tego dnia kawę podano z małymi ciasteczkami migdałowymi, a nie maślanymi, jaka szkoda. Przypomina sobie. Czuje w ustach smak kawy i migdałów, przyprawiony jego drobnym rozczarowaniem. Potem dom. Przekręcił klucz i otworzył drzwi, Gloria siedziała przywiązana do krzesła, z opaską na oczach, nieruchoma jak lalka. Pierwsza pięść powaliła go na podłogę, nie podniósł się, było ich wielu, dziesiątki, dziesiątki butów kopały go w żebra, mówiły, chciały wiedzieć różne rzeczy, ale on nie mógł mówić. Krew napłynęła mu do ust. Czyjaś dłoń złapała go za włosy, poderwała z ziemi, potem nadleciała pięść i znowu leżał na podłodze, osunął się w odmęt czarnych butów. Zrozumiał, że przyszli po niego, że to jego kolej na zniknięcie. Gloria miała rację co do ludzi, których zabierano, żałował, że jej nie wierzył, uchwycił się gorączkowo tego żalu, jakby żal mógł powstrzymać tę chwilę, czerwień w oczach, w ustach wilgotna miedź, dwa zęby na języku jak ukryte wraki statków, a Gloria błagała, nie róbcie mu krzywdy, zamknij się, Gloria, plaśnięcie i krzyk, tak, kochanie, nie odzywaj się, nie ruszaj, dopóki nie będzie po wszystkim, to może cię nie zabiorą, proszę, zamknij się. Nie zamknęła się, a oni nie skończyli, podnieśli go i znowu cisnęli na podłogę, pytali, gdzie jest Carraceli, ale on nie znał żadnego Carracelego, to wszystko na nic, włożyli mu kaptur na głowę, w pokoju zapadła cisza, nastała już noc, zawinęli go w dywan, znieśli po schodach; mijali drzwi sąsiadów, ale wszystkie były zamknięte – ludzie wiedzieli, że w takie noce nie wolno otwierać drzwi – potem leżał na podłodze samochodu, który jechał i jechał, i jechał, i jechał. Teraz sobie przypomniał, że w ten właśnie sposób zniknął.

2Tajemny wymiar

Weszłam do domu z papierowymi torbami pełnymi jedzenia. Byłam przygotowana na wszystko – na to, że znajdę pusty salon, a zatem cierpię na halucynacje i poważne zaburzenia psychiczne, na to, że go tam znowu zastanę, a więc to świat być może oszalał, a nie ja. Wyobraziłam to sobie – cały świat leżący na kozetce, bezradna, rozpostarta w udręce kula ziemska, z której niczym powietrze uchodzi wyznanie, a moja pani profesor bazgrze w bloczku do notatek: „Cierpi z powodu przywidzeń. Głęboka psychoza”.

Był. Poznałam po zapachu; gdy tylko otworzyłam drzwi, poczułam metaliczny smród ryby i zgniłych jabłek. Nadal sprawiał wrażenie mokrego, jakby przed chwilą wyszedł z wody. Siedział na podłodze i patrzył na obraz wiszący na ścianie, błękitny olej ze statkiem na wzburzonym morzu, namalowany przez Tíę Mónicę. Monochromatyzm został zainspirowany błękitnym okresem w twórczości Picassa, tak zawsze mówił o tym obrazie Papá. Od czasu do czasu Mamá wszczynała kampanię, aby zdjąć ten obraz ze ściany lub przynajmniej przewiesić go do korytarza na piętrze – ostatnia rzecz, jakiej mi trzeba we własnym salonie, to ciągłe przypominanie o twojej siostrze, lecz żaden z argumentów nigdy nie zadziałał. W większości spraw związanych z wystrojem domu tata bez słowa ustępował mamie, lecz przeniesienie tej jedynej pamiątki po Tíi Mónice nie wchodziło w grę.

– Przyniosłam coś więcej do jedzenia – oznajmiłam.

Nie poruszył się.

– Nie miałam pojęcia, co możesz zjeść.

Powoli odwrócił głowę w moją stronę.

– Jesteś głodny?

Nie odpowiedział, a ja poczułam się jak idiotka. Stałam we własnym salonie, z dwiema torbami pełnymi produktów spożywczych, które bardzo starannie wybierałam – kręciłam się w nieskończoność po alejkach supermarketu, myśląc: makaron? chyba lubi makaron? – dla gościa, którego nie zapraszałam i którego człowieczeństwo nawet ja sama stawiałam pod znakiem zapytania. Nie miałam najmniejszego powodu, aby go karmić, tym bardziej skoro nie raczył się nawet odezwać.

– Musisz być głodny.

– Deszcz.

– Co?

– Będzie padać.

– Aha. – Wyjrzałam przez okno na ciężkie niebo nad drzewami. Był gorący letni dzień, powietrze wilgotne jak zawsze, i nawet nie przyszło mi do głowy, że może padać deszcz. – Możliwe. – Położyłam na stole torby z zakupami. – Widzę, że umiesz mówić.

Skinął głową.

– Przypominam sobie.

– Co sobie przypominasz?

Nie odpowiedział.

– Czym ty jesteś?

Za oknem słyszałam córeczkę moich sąsiadów, Belindę, piszczącą z radości na podwórku. Zaśmiało się też inne dziecko, widocznie była u niej koleżanka. Miałam ochotę cisnąć bochenkiem chleba w nieznajomego, który się prawie do mnie nie odzywał.

– Zrobię kolację. Chcesz kolację?

– Wodę.

– Wodę?

– Wodę.

– To nie jest kolacja – zauważyłam i powstrzymałam się przed dodaniem: „W każdym razie dla prawdziwych ludzi”.

Jego oczy popatrzyły badawczo i weszły we mnie, weszły w mój umysł, były czystym widzeniem, były czystą bezdenną ciemnością.

– Poproszę wody.

Je wodę, żuje ją, woda ma substancję, to jedyna substancjalna rzecz na tym świecie. Iskrzy się, kiedy spływa mu do gardła. Przepływa przez nieznane, obce ciało, nie takie, jakie miał przed zniknięciem; nie wie, co to jest; nie może odpowiedzieć na pytania dziewczyny, w dalszym ciągu niewiele rozumie, tak długo go nie było, że musi bronić swojej obecności, na tym to polega, na tym polega świat, suchy, bardzo suchy świat; pragnie wody, pragnie, aby się w niego wlewała, napełniała go, jak w czasach, kiedy go kołysała, zanurzonego w rzece, gdy wszystko było wodą, a on jadł wodę, lecz nie tylko, ona również – roziskrzona, żarłoczna woda – pochłaniała jego.

Zjadłam kawałek chleba, oderwany od bochenka, bez masła. Byłam niespokojna i sparaliżowana zarazem, pragnęłam ruchu, lecz jednocześnie nie byłam w stanie wykonywać żadnych zwyczajnych czynności, na przykład otworzyć książki, ugotować obiadu, zadzwonić do koleżanek i umówić się z nimi na drinka. Potrzebowałam drinka, ale nie wyobrażałam sobie, co mogłabym im powiedzieć. Co słychać? Naprawdę? U mnie w salonie leży blady, mokry mężczyzna, który pachnie brudną plażą. Nie, nie wiem, jak długo zostanie. Nie, jest za słaby, żeby ukraść sprzęt muzyczny. Nie martw się. Chodź, napijmy się jeszcze.

Nalałam sobie szkockiej z butelki taty. Zaproponowałabym nieznajomemu, ale on chciał tylko tej swojej czystej wody, którą spożywał z takim namaszczeniem, jakby to była bardzo intymna czynność. Skończył i podniósł na mnie wzrok.

– Dziękuję – powiedział.

Jego głos zabrzmiał wyraźniej, był tylko trochę rozmyty.

Kiwnęłam głową. Okno było otwarte. Usłyszałam na dworze szczekanie psa, mężczyznę, który go uciszał. Nie padało.

– Byłem w wodzie.

Trudno było wytrzymać jego spojrzenie.

– W wodzie?

– Tak.

– Gdzie w wodzie?

– Wszędzie.

Dopiłam szkocką i ponownie napełniłam sobie szklaneczkę.

– A przedtem?

– Zniknąłem.

Sięgnęłam po papierosy i zapałki. Płomyk pełzł w dół, w kierunku moich palców. Poczekałam, aż mnie oparzy, to niewiarygodne, że nie drżały mi dłonie.

– Czy ty żyjesz?

Przekrzywił głowę na bok i wlepił we mnie wzrok; jego spojrzenie doprowadzało mnie do obłędu, było przerażające, żrące, nawet nie mrugał powiekami.

– Myślę, że nie.

Zaciągnęłam się i patrzyłam, jak dym skręca się między nami w powietrzu.

– Ja też tak myślę.

Nalałam sobie trzecią szklaneczkę i urwałam jeszcze jeden kawałek chleba, ale go nie zjadłam. Wyciągnęłam miękki biały środek i ulepiłam z niego kulkę. Zniknął, pomyślałam. Powinnam się czuć zdeprymowana, zaniepokojona, w najlepszym razie zaskoczona, lecz czułam tylko pieczenie szkockiej w gardle.

– Co tu robisz?

Patrzył na białą kulkę w moich palcach. Chleb, z którego wycisnęłam najdrobniejsze pęcherzyki powietrza.

– Nie wiem.

Następne godziny spędziliśmy w milczeniu. On patrzył na obraz Tíi Móniki, na statek i morze powołane do życia tą samą barwą i identycznymi pociągnięciami pędzla. Przykuwał jego uwagę znacznie bardziej niż reprodukcja na przeciwległej ścianie – Trwałość pamięci Dalego, jego roztopione zegary, spływające z nagiej gałęzi, z kanciastej powierzchni, z niepojętej śpiącej istoty. Ani razu nie zauważyłam, aby na niego spojrzał, podczas gdy malowidło Móniki działało na niego niczym porywająca historia, jakby mógł wniknąć przez ramę prosto w ten błękitny świat. Kiedy byłam dzieckiem, robiłam to samo: wpatrywałam się w obraz jak urzeczona, pewna, że okręt na morzu płynie i lada chwila wyskoczy do mnie, jakby chciał mnie ocalić przed niebezpiecznym wybrzeżem. Ślady pędzla były grube i dynamiczne, zacierały granicę między statkiem a oceanem, stwarzały iluzję, że się nawzajem przenikają. Statek wtapia się w morskie fale albo z nich powstaje; mój dziecięcy umysł nigdy nie potrafił zdecydować, co jest prawdą, i zawsze pragnęłam spytać o to kobietę, która go namalowała. Czy statek tworzy wodę, czy woda statek? Lecz oczywiście nie mogłam jej o to spytać, ponieważ zniknęła w nieznanym miejscu, kobieta jeszcze bardziej enigmatyczna niż jej sztuka. Piłam, paliłam papierosy i udawałam, że nie obserwuję mężczyzny, który obserwował obraz. Ulica napełniała pokój warczącymi odgłosami. Powietrze wirowało. Położyłam głowę na stole i zasnęłam.

Perlo, Perlito, mówiła Mamá, nie wierz w kłamstwa opowiadane przez ludzi o tych, którzy znikają. Usłyszysz w szkole różne rzeczy, chcę ci powiedzieć, że to nieprawda, Perlito, ci ludzie sieją histerię, nie rozumieją wielu spraw. Nie rozmawiaj z nimi na ten temat. Milcz i pamiętaj, że są zagubieni.

Pokiwałam głową, a moje ciasno splecione warkocze otarły się o sukienkę. Uśmiechnęła się, pomogła mi włożyć płaszczyk i przytuliła mnie. Jak zawsze pragnęłam, aby trzymała mnie w objęciach dłużej, żebym mogła się wtopić w jej miękką bluzkę i delikatny zapach perfum, lecz dotyk był przelotny i powierzchowny, darowany w gorączce pracowitego poranka. Mamá bardzo mnie kochała, ale miała mnóstwo spraw na głowie oraz śliczne ubrania, które nie powinny się pognieść tak wcześnie rano.

Kończyłam sześć lat, nasza demokracja rok. Owszem, byli ludzie, którzy nie lubili wojskowych, takich jak Papá. Wujowie Rominy Martínez zniknęli siedem lat temu, tak przynajmniej usłyszałam w szkolnej szatni. Jest wielu takich ludzi, powiedziała do mnie szeptem. Wielu ludzi, którzy nie wrócili do domu w Złych Latach. Jej babcia do tej pory w każdy czwartek chodziła na marsze po placu w centrum miasta, w białej chuście na głowie, żeby jej synowie wrócili, ale – powiedziała Romina, zdejmując kalosze – Mamá mówi, że to niemądre, oni nie wrócą, ponieważ nie żyją.

Nic na to nie odpowiedziałam, byłam przecież grzeczną dziewczynką, ale później, wiele tygodni później, któregoś popołudnia po odrobieniu lekcji, spytałam o to mamę. Gdzie są wujkowie Rominy? Czy oni kiedyś wrócą?

Mamá westchnęła. Trzymała w dłoni szklankę ze szkocką i kołysała nią, tak że kostki lodu dzwoniły o szkło.

– Kto to może wiedzieć?

– Ale gdzie oni są?

– Pewnie pojechali gdzieś do Paryża i wiodą próżniacze życie.

Zrobiło mi się żal Rominy, która chodziła w używanych kaloszach i miała babcię tułającą się po miejskim placu oraz wujów zbyt leniwych, by zechcieli wrócić do domu. Nie miała takiej mamy jak ja, takiej, która co tydzień robiła manikiur i nosiła francuskie szale, udrapowane wokół szyi tak, że wyglądały niczym kolorowe upierzenie. Mamá otaczała się wszystkim, co piękne, Papá był silnym mężczyzną, który wracał wieczorem do domu w mundurze bez śladów zagnieceń, mnie zaś spotkało wielkie szczęście, że trafili mi się tacy rodzice.

Lecz Romina nie była jedyną osobą, która mówiła o tych rzeczach. Jesteśmy obecnie demokracją, oznajmiła w telewizyjnych wiadomościach kobieta o nastroszonych włosach, dyktatura minęła. Nigdy przedtem nie słyszałam tego słowa dictadura. Próbowałam zrozumieć, co ono znaczy. Miało w sobie cząstkę dura, czyli „twardy” lub „ciężki”, więc może to były ciężkie czasy, co wyjaśniało, dlaczego Romina nazwała je „Złymi Latami”, ale nie tłumaczyło, czemu Papá wcale się nie cieszył, kiedy się skończyły. Może i były ciężkie, ale nie złe. Tak jak mury. Wszyscy wiedzą, że mury muszą być twarde, aby deszcz nie padał w domu na głowę, ale nikt nie lubi spać na twardej poduszce ani czuć na sobie twardej ręki ojca.

Ilekroć w telewizorze pojawiała się kobieta o nastroszonych włosach, wpatrywałam się w nią usilnie, żeby zrozumieć to słowo, „dyktatura”. Dowiedziałam się od niej, że w tych czasach działy się rzeczy, które nazywano El Proceso, i jedni uważali, że to było dobre, a inni, że nie i że skrzywdzono wielu ludzi, zwłaszcza takich, których nazywano desaparecidos. Ci, którzy zniknęli. Czekałam, aż kobieta z nastroszonymi włosami wymieni wujków Rominy, może nawet pokaże na ekranie moją koleżankę i jej rodzinę, ale nie pokazała. Za to mówiła dużo o człowieku, który nazywał się Jorge Videla, był generałem i rządził naszym krajem (wyobrażałam sobie to rządzenie bardzo wyraźnie: Argentyna siedzi przy stole jak uczennica, a dyrektor Videla rozdaje chleb, każe Argentynie zdjąć łokcie ze stołu i zamykać buzię w czasie jedzenia), i ludzie są teraz wściekli na niego oraz innych generałów z powodu tych zniknięć, i wkrótce rozpoczną się procesy. Pierwszego dnia procesów moi rodzice po obiedzie w milczeniu oglądali wiadomości, a ja bardziej przyglądałam się im obojgu niż relacjom o surowych mężczyznach w mundurach i ludziach krzyczących na ulicach. Drugiego wieczoru Papá po pięciu minutach wstał i wyłączył telewizor.

– Nie będziemy oglądać tego gówna.

– Język – upomniała go Mamá.

Mamá i Papá kupili drugi telewizor do sypialni. Od tej pory nie oglądałam wiadomości. Mimo to dowiedziałam się w szkole, że dawni dowódcy poszli do więzienia. A w miarę jak mijały lata, dowiadywałam się, że ci, którzy zniknęli, więcej się nie pojawili. Słowo desaparecidos odbijało się rykoszetem w pokojach, na ulicach, w sklepach spożywczych, w centrach handlowych, w gazetach, szeptane, wypłakiwane oraz wypowiadane wszystkimi odcieniami głosu. Podawano nowe liczby ludzi, którzy zniknęli, dementowano je i znowu potwierdzano. Trzydzieści tysięcy. Ta liczba jest kłamstwem wrogich ugrupowań. Ta liczba jest zgodna z prawdą. To liczba osób, które zabił rząd. Nie, to liczba osób, które po prostu dokądś wyjechały. Nie. Istnieją zbiorowe groby. Liczby są zawyżone. Oni nie żyją. Na pewno są ludzie, którzy ocaleli. El Proceso jest narodową hańbą. El Proceso było konieczne. Znikali niewinni ludzie. Ci, którzy znikali, zagrażali bezpieczeństwu narodowemu.

Tyle słów, tyle wersji, ciągłe przerzucanie się oskarżeniami. Pragnęłam wierzyć wszystkim, pragnęłam znaleźć obszar, w którym wszyscy – ojciec, dziennikarze, nieznajomi ludzie w sklepie – mówili trochę prawdy. Kiedy miałam jedenaście lat, czytałam w szkole Borgesa i przyszło mi do głowy, że wszystko jest możliwe. W opowieściach Borgesa ludzie w snach powoływali do życia innych ludzi, a także miejsca w przestrzeni, które mieściły w sobie wszechświat i ogrody rozwidlających się ścieżek czasu. Jeśli to wszystko mogło się wydarzyć, to musiał również istnieć sposób, aby zrozumieć zniknięcia ludzi. Może El Proceso przeniknęło w nieznany, siódmy wymiar. Może otworzyła się szczelina między naszym światem a inną, tajemniczą sferą i trzydzieści tysięcy ludzi wpadło w nią wskutek omsknięcia – nogi, języka lub rzeczywistości. Co oznacza, że desaparecidos nadal gdzieś istnieli. Żyli. Tylko nie wśród nas.

Napisałam na lekcję hiszpańskiego opowiadanie, w którym trzydzieści tysięcy ludzi, świadomych i uwięzionych, czekało w tajemnym ukrytym wymiarze. Miałam wtedy dwanaście lat, demokracja pięć. Videlę wypuszczono z więzienia z osobistymi przeprosinami prezydenta Menema. W moim opowiadaniu zaginieni ludzie tłoczyli się w swoich nowych domach i przetrwali dzięki wdychaniu wspomnień zamiast powietrza. Łaknęli reminiscencji, tak jak reszta ludzkości łaknie powietrza. Od opowiadania własnych historii rosły im wielkie usta. Nie przestawali szukać szczeliny w rzeczywistości, rozpadliny, w którą wpadli, drogi powrotnej do domu lub przynajmniej sposobu przekazania swoim rodzinom, że nic im nie jest i żeby przestały się zamartwiać, lecz miejsce, w którym się ześliznęli, zniknęło. Napisałam to opowiadanie w środku nocy, dla siebie, znacznie przekraczając wymagane trzy strony pracy domowej. Moja historia ciągnęła się na trzynastu stronicach, a każda z nich mnie zaskakiwała, nie mogłam się nadziwić, skąd się wzięła, skąd pochodziły słowa, oddechy wspomnień, powikłane, przezroczyste szlaki i eteryczni, zagubieni ludzie ze zdeformowanymi ustami, jaka siła popychała moje pióro po papierze. Kiedy skończyłam, nie ośmieliłam się jej przeczytać. Włożyłam kartki pod poduszkę i przespałam trzy godziny, które mi pozostały do rana.

Opowiadanie wygrało szkolny konkurs, a skrócona wersja została opublikowana w gazecie. Nauczycielka kazała mi stanąć przy swoim biurku i wszyscy uczniowie klaskali, a chociaż robili to sztywno, z czystego obowiązku, nierzadko z zazdrością, dźwięk tych oklasków do tej pory dzwonił mi w uszach i sięgał do pokładów, o których istnieniu nie miałam pojęcia.

Kiedy tamtego wieczoru wróciłam o dziesiątej od koleżanki, z którą się uczyłam, tata czekał na mnie w salonie. Pijany.

– Chodź tutaj.

Nie miałam ochoty, ale podeszłam.

– Usiądź.

Usiadłam.

Podniósł wycinek z moim opowiadaniem.

– Co to jest?

– Opowiadanie.

– Kto je napisał?

Splotłam palce na kolanach.

– Ja.

– Tak? A kim ty jesteś?

Wyglądał staro, jakby poszarzały na brzegach. Myślałam, że mnie zwymyśla albo uderzy, ale nie. Już sam jego głos brzmiał jak policzek. Popatrzył na ścianę, potem na mnie, a kiedy poczułam na sobie jego wzrok, miałam ochotę podrzeć opowiadanie i połknąć je, kawałek po kawałku, wciągnąć całą historię z powrotem w siebie, sprawić, żeby zniknęła.

– Perlo, jest mnóstwo rzeczy, których nie rozumiesz.

Skinęłam głową.

– Jesteśmy twoimi rodzicami. Twoja Mamá i ja.

Poczułam wspinającego się po mnie Lola. Oparł chłodną skorupę o moją kostkę, co podziałało uspokajająco. Znowu skinęłam głową.

– Czy chcesz nas stracić?

Pokręciłam głową.

– Chcesz zostać sierotą?

– Nie.

– Więc czemu, do diabła, piszesz takie rzeczy?

W drzwiach stanęła Mamá.

– Wystarczy, Hectorze – powiedziała. – Przestań.

Podeszła bliżej, od ścian odbijał się odgłos jej stukających obcasów, położyła dłoń na ramieniu taty, długie czerwone paznokcie wyglądały na jego białej koszuli jak egzotyczne owady. Przyciągał mnie słodki krąg jej perfum.

Papá popatrzył na mnie wzrokiem, jakiego nigdy przedtem u niego nie widziałam – przestraszonym, obnażonym wzrokiem mężczyzny, który zagubił się w dżungli. Poczułam się wtedy, jakbym niczego nie rozumiała, jakbym niczego nie wiedziała o świecie, poza jednym: nigdy więcej nic już nie napiszę. Podeszłam i położyłam mu dłoń na kolanie, żeby go pocieszyć albo uspokoić, albo dodać sobie otuchy.

– Perlo, zabijasz mnie – powiedział.

– Przepraszam – odrzekłam.

– Dobrze – rzuciła Mamá. – Chodźmy wszyscy spać.