Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 967

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Perfidia - James Ellroy

"„James Ellroy to jeden z największych współczesnych pisarzy kryminalnych, a także prowokator, skandalista i ekspert od prania amerykańskich brudów”. WPROST 6 grudnia 1941 roku. Stany Zjednoczone w przededniu  II wojny światowej. Ostatnie nadzieje na pokój gasną, gdy japońskie samoloty bombardują Pearl Harbor. Wybucha wojenna zawierucha. Wokół miasta Los Angeles, które do tej pory było bezpieczną przystanią dla lojalnych Amerykanów japońskiego pochodzenia, zaciska się pętla nienawiści. Pierwsi Japończycy trafiają do obozów internowania.             Makabryczne zabójstwo japońskiej rodziny ściąga na miejsce zbrodni trzech mężczyzn i jedną kobietę. William H. Parker jest kapitanem wydziału policji Los Angeles. Parker pozostaje w ostrym konflikcie z sierżantem Dudley’em Smithem - irlandzkim emigrantem, byłym zabójcą IRA i raczkującym spekulantem, pragnącym czerpać zyski z wojny. Hideo Ashida jest policyjnym chemikiem, a jednocześnie jedynym Japończykiem na liście płac policji Los Angeles. Kay Lake to poszukująca przygód nowicjuszka. To niezwykła opowieść o II wojnie światowej i Los Angeles, jakiej James Ellroy wcześniej nie napisał. Autor ukazuje bohaterów stojących na krawędzi otchłani, a jednocześnie u progu wielkiego rozwoju Ameryki. Perfidia opisuje ten moment w sposób, który zapiera dech w piersi."

Opinie o ebooku Perfidia - James Ellroy

Fragment ebooka Perfidia - James Ellroy

Tytuł oryginału:

PERFIDIA

Copyright © 2014 by James Ellroy

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Anna Just, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-407-6

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Virtualo Sp. z o.o.

Nie zazdrość krzywdzicielowi, nie skłaniaj się ku jego drogom.

KSIĘGA PRZYSŁÓW 3,311

PIĄTA KOLUMNA: rzeczownik, określenie kolokwialne pochodzące z czasów hiszpańskiej wojny domowej, używane w Stanach Zjedno­czonych w 1941 roku. Cztery kolumny żołnierzy wysłano na front. Natomiast piąta kolumna to byli ludzie, którzy pozostali w domu i dokonywali aktów sabotażu w fabrykach, rozpowszechniali wrogą propagandę i prowadzili ukrytą działalność wywrotową. Członkowie piątej kolumny starali się zachować anonimowość. Ich tajemniczy, nieokreślony status powodował, że byli postrzegani jako równie lub bardziej niebezpieczni od walczących na pierwszej linii.

Reminiscenza2.

Osiemdziesiąt pięć lat temu zabłądziłam na prerii podczas zamieci śnieżnej. Zimno rzuciło na mnie czar, który trwa do dziś. Usłyszałam wyrok i odkryłam, że boję się śmierci. Nie potrafię, jak kiedyś, mocą woli spowodować oberwania chmury. Muszę zbierać siły z jeszcze większą furią.

Wtedy ogarnęła mnie gorączka. Odczuwam ją do dziś. Nie umrę, dopóki będę przeżywać tę opowieść. Uciekam do tamtych czasów, żeby kupić sobie kilka chwil.

Dwadzieścia trzy dni.

Oszczercze zarzuty.

Policjant pukający do drzwi młodej kobiety. Łopoczące transparenty z napisem „Mordercy”.

Dwadzieścia trzy dni.

Zamieć śnieżna.

Reminiscenza.

AUDYCJA GROM

GERALD L. K. SMITH3 | RADIO K-L-A-N, LOS ANGELES | NIELEGALNY NADAJNIK | TIJUANA, MEKSYK | PIĄTEK, 5 GRUDNIA 1941 ROKU

Obecna wojna, którą rozpoczął Żydowski Aparat Kontroli, stała się dziś naszą wojną, czy tego chcemy, czy nie. Powiadają, że nie ma dobrych wiadomości, ale to przysłowie powstało przed cudownym wynalezieniem radia, które ma moc dostarczania wszelkich wiadomości – dobrych i złych – z prędkością rakiety. Niestety dzisiejsze wiadomości są wyłącznie złe, bo naziści i Japońcy mają niezwykłą siłę niszczenia wszystkiego, co stanie im na drodze – a wojna zmierza szybko w naszą stronę, choć tego nie chcemy i nie zasłużyliśmy sobie na to.

Wiadomość: Latem tego roku Adolf Hitler zerwał umowę z przywódcą czerwonych, Józefem Stalinem, i dokonał inwazji na puste rubieże odrażającej Czerwonej Rosji. Chociaż wojska spod znaku sierpa i młota walczą dziś z żołdakami Führera na przedmieściach Moskwy, przerabiając ich na kiełbasę – eleganccy naziści zdążyli zasypać bombami Wielką Brytanię i poddać pół Europy Środkowej pod nordycko-narodowe panowanie. Hitler nadal marzy o rzuceniu wyzwania amerykańskim siłom lądowym – co z pewnością nastąpi w niedalekiej przyszłości naszego wielkiego narodu. Czy ta wiadomość nie wywołuje w was apoplektycznej obojętności, moi przyjaciele? Nie chcemy tej wojny, ale skoro powiedzieliśmy „a”, trzeba powiedzieć „b”.

Wiadomość: Wspaniałemu Duce, Benito Mussoliniemu, kiepsko idzie w Afryce Północnej – ale nie przekreślajcie go. Powiadają, że Włosi to naród kochanków, nie wojowników – że bliższa im wielka opera. To prawda, ale ci bambino kochający bel canto stanowią strategiczne zagrożenie dla południowoeuropejskiego teatru wojny. To prawda: na wschodzie gromadzą się ciemne chmury. Trzeba powiedzieć ze smutkiem, że burzowe chmury zmierzają w kierunku zachodu – pod postacią naszych najbardziej wytwornych rzekomych wrogów: Japończyków.

Czy nadal jesteście obojętni, moi przyjaciele? Wiem, że tak jak ja przyjęliście z otwartymi ramionami hasło „Najpierw Ameryka”, ale pogańskie szerszenie Hirohito wypłynęły na szerokie wody – co wcale mi się nie podoba.

Wiadomość: Departament Stanu wydał biuletyn. Japońskie konwoje zmierzają w kierunku Syjamu. Do inwazji może dojść w każdej chwili.

Wiadomość: Ludność cywilna ucieka ze stolicy Filipin, Manili.

Wiadomość: Prezydent Franklin „Dwulicowy” Rosenfeld przesłał osobisty list cesarzowi Japońców. Pismo zawiera usilną prośbę i ostrzeżenie: Zaprzestańcie agresji albo szykujcie się na amerykańską interwencję na pełną skalę.

Wuj Sam się rozgrzewa. Hawaje to nasze terytorium, wrota Pacyfiku prowadzące na kontynent amerykański. Leżące bliżej nas bujne, tropikalne atole znalazły się już na celowniku japońskich karabinów. Ta niezasłużona, nieusprawiedliwiona i niechciana wojna zmierza w naszą stronę – czy tego chcemy, czy nie.

Wiadomość: Prezydent Rosenfeld pyta, dlaczego diabły wcielone Hirohito koncentrują się w rejonie Indochin Francuskich.

Wiadomość: Radio Bangkok ostrzega przed możliwym potajemnym atakiem Japończyków na Syjam. Wysłannicy japońscy prowadzą rozmowy z sekretarzem stanu Cordellem Hullem. Japońcy syczą i wystawiają rozdwojony język – mówią, że pragną pokoju, gdy japoński minister spraw zagranicznych, Shigenori Togo, krytykuje Amerykanów za to, że nie pojmują japońskich „ideałów”, i obrusza się na nasze ciągłe protesty przeciwko rzekomym pogromom dokonywanym przez Japończyków w rejonie Azji Wschodniej i Pacyfiku.

Tak, drodzy przyjaciele, wszystko to jest żydopowszechnie wiadome. Wymyślona przez komunistów wojna zmierza ku nam – czy tego chcemy, czy nie.

Żaden trzeźwo myślący Amerykanin nie chce brać udziału w zagranicznej wojnie w obronie Żydków. Żaden trzeźwo myślący Amerykanin nie chce wysyłać amerykańskich chłopców na śmierć. Żaden trzeźwo myślący Amerykanin nie zaprzeczy, że tę wojnę można utrzymać z dala od naszych granic tylko wówczas, gdy udaremnimy i stłumimy ją na obcej ziemi. Mam w tej sprawie absolutną rację, moi przyjaciele – dostałem wypieków od apostazji.

To nie my zaczęliśmy tę wojnę. Nie rozpoczęli jej również Adolf Hitler ani dystyngowany Hirohito. Czerwony barszcz upichcili towarzysze z Żydowskiego Aparatu Kontroli, szczując jednego przyjaciela przeciwko drugiemu i wywracając świat do góry nogami. Czy nadal jesteście apoplektycznie obojętni, przyjaciele?

Tak, wojna zmierza w naszą stronę, chociaż wiemy ponad wszelką wątpliwość, że jej nie chcemy. Ameryka nigdy nie paliła się do bitki.

CZĘŚĆ PIERWSZAJAPOŃCY(6–11 grudnia 1941 roku)

6 grudnia 1941 roku

1HIDEO ASHIDALOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

9.08

Drogeria Whalena, przy zbiegu Szóstej i Spring. Miejsce czterech poważnych przestępstw popełnionych w ostatnim czasie. Kod policyjny dwa-jeden-jeden – napad z bronią w ręku.

Nad sklepem wisiało jakieś fatum. Cztery napady w ciągu jednego miesiąca zapowiadały piąty. Prawdopodobnie ten sam sprawca. Gość pracował w pojedynkę. Zasłaniał twarz bandaną i miał spluwę o długiej lufie. Zawsze kradł narkotyki i forsę z kasy.

Oddział do spraw napadów miał za mało ludzi. Czub w masce Hitlera napadł na trzy bary w Silver Lake. Kod policyjny dwa-jeden-jeden oraz umyślne okaleczenie. Sprawca sterroryzował barmanów pistoletem i obszukał klientki. Był wyraźnie rad, że ma broń. Oddał kilka strzałów w kierunku szafy grającej i półek z gorzałą.

Miejsce napadu przypominało grzęzawisko. Ashida skonstruował urządzenie składające się z kabla ułożonego na jezdni i wybrał to miejsce na próbę. Pierwszy prototyp stworzył w ogólniaku Belmont High i wypróbował pod tamtejszym prysznicem. Użył go do sfotografowania Bucky’ego po treningu koszykówki…

Jakiś samochód zakołysał się i skręcił na północ, w Spring Street. Kierowca zobaczył Ashidę.

Oczywiście facet zawołał:

– Cholerny Japoniec!

Na to Ray Pinker mu odpowiedział:

– Wal się!

Ashida spojrzał w dół. Przewód biegł w poprzek jezdni, do krawężnika przed drogerią. Czub parkował w tym samym miejscu cztery razy z rzędu. Przewód prowadził do aparatu fotograficznego umieszczonego w osłonie z twardej gumy, uruchamianego jego poruszeniem. Uderzenie opon parkującego samochodu włączało urządzenie. Błyskał flesz i otwierała się migawka, robiąc zdjęcie tylnej tablicy rejestracyjnej. W osłoniętych gumą tubach znajdowały się rolki filmu. Jedna rolka wystarczyła do sfotografowania wszystkich wozów w ciągu jednego dnia.

Pinker zapalił papierosa.

– To szukanie wiatru w polu. Jesteśmy cywilnymi kryminalistykami, a nie gliniarzami. Co tu robimy? Przecież wiemy, jak działa to cholerstwo! Nie kazali nam się zająć czymś innym, ale…

Ashida się uśmiechnął.

– Przecież znasz odpowiedź.

– Jeśli odpowiesz: „Bo nie mamy nic innego do roboty” lub „Bo jesteśmy naukowcami, więc nie obchodzi nas życie pojedynczego człowieka”, będziesz mieć rację.

Obok nich przejechał autobus, kierując się na południe. Meksykanin wydmuchnął pierścień dymu przez okno. Spostrzegł Ashidę.

– Puto4, Japońcu!

Pinker rzucił papierosa, który wylądował obok autobusu.

– Który z was się tu urodził?! Który nie przepłynął nielegalnie Rio Grande?

Ashida poprawił krawat.

– Powtórz to jeszcze raz. Powiedziałeś to z rozdrażnieniem, dlatego wiem, że twoja reakcja była szczera.

Pinker wykrzywił twarz w grymasie uśmiechu.

– Jesteś moim protegowanym, moim Japońcem, więc twój los leży mi na sercu. Jesteś jedynym Japończykiem zatrudnionym w Departamencie Policji Los Angeles. Dzięki temu jesteś jeszcze bardziej wyjątkowy, co dodaje mi prestiżu.

Ashida zachichotał. Przed drogerią stanął desoto rocznik trzydziesty ósmy. Koła uderzyły o przewód, przysłona kliknęła, flesz błysnął. Z samochodu wysiadł wysoki facet. Miał ciemne włosy Bucky’ego Bleicherta i małe, brązowe oczka. Ashida patrzył, jak gość wchodzi do drogerii.

Pinker przebiegł na drugą stronę ulicy i zaczął majstrować przy gnieździe flesza. Ashida spojrzał w okno drogerii i powiódł wzrokiem za tamtym. Szyba wykrzywiła jego rysy. Ashida uczynił go Buckym. Zamknął oczy, a później mrugnął i facet zamienił się w Bucky’ego. Zaczął się zachowywać z wdziękiem typowym dla Bucky’ego. Sunął po sklepie, uśmiechając się i obnażając wielkie zęby Bucky’ego.

Po chwili wyszedł. Pinker przebiegł na drugą stronę, zasłaniając widok Ashidzie. Samochód tamtego odjechał. Ashida mrugnął. Świat utracił jednominutowy blask Bucky’ego Bleicherta.

Wrócili na swoje miejsca. Pinker oparł się o latarnię i zaczął palić papierosa za papierosem. Ashida stał nieruchomo, wsłuchując się w zgiełk centrum Los Angeles.

Nadciągała wojna. Stąd cały ten zgiełk. Ashida był rodowitym Nisei5, drugim synem w rodzinie. Jego ojciec pracował jako robotnik na kolei. Łykał proszki na przeziębienie i zaharowywał się na śmierć, układając tory. Matka miała mieszkanie w Little Tokyo. Należała do zwolenników cesarza i mówiła po japońsku tylko po to, żeby mu dokuczyć. Jego rodzina miała gospodarstwo rolne w dolinie San Fernando. Prowadził je Akira, jego brat. W okolicy były głównie działki Nisei. Na farmie pracowali nielegalni meksykańscy robotnicy. Nisei zwykle tak robili. Było to niemoralne, ale rozsądne, bo Meksykanie stanowili najtańszą siłę roboczą. Układ przypominał kontraktowe niewolnictwo, ale zapewniał wypłacalność farmerom Nisei.

Wspomniana praktyka wiązała się z cichą zmową. Rodzina Ashidy musiała płacić łapówki kapitanowi meksykańskiej policji stanowej, żeby meksykańskim robotnikom nie groziła deportacja. Ashida akceptował ten proceder bez moralnych dyskusji. W końcu dzięki temu drugi syn, Hideo, mógł rzucić rodzinne zajęcie i rozwinąć swoje zainteresowania w dziedzinie kryminalistyki.

Miał tytuły naukowe z chemii i biologii. W wieku dwudziestu dwóch lat obronił doktorat na Uniwersytecie Stanforda. Znał się na serologii, daktyloskopii i balistyce. Rok temu podjął pracę w Departamencie Policji Los Angeles. Chciał współpracować z legendarnym szefem policyjnych chemików. Był protegowanym szukającym mentora, a Ray Pinker był pedagogiem szukającym ucznia. Dzięki temu powstała łącząca ich więź, choć wyraźnie zdefiniowane role szybko uległy zamazaniu.

Stali się kolegami. Pinker był chwalebnie ślepy na różnice rasowe. Porównywał Ashidę do pierwszego syna Charliego Chana6. Kiedy Ashida poinformował Pinkera, że Charlie Chan był Chińczykiem, Pinker odpowiedział:

– Wszystko mi jedno.

Wzdłuż Spring Street stały bożonarodzeniowe choinki posypane sztucznym śniegiem. Ozdobione ptasimi odchodami i sadzą. Jakiś dzieciak sprzedawał „Heralda” przed drogerią. Z całych sił wykrzykiwał:

– FDR prowadzi rozmowy ostatniej szansy z Japońcami!

– To pieprzone ustrojstwo jednak działa – powiedział Pinker.

– Wiem.

– Jesteś cholernym geniuszem.

– Wiem.

– Nadal nie złapali tego gwałciciela. Chłopaki z centralnej sekcji obyczajowej uważają, że gość służy w żandarmerii wojskowej. Dwie noce temu zerżnął kolejną kobietę.

Ashida skinął głową.

– Pierwsza ofiara stawiała opór. Oderwała kawałek opaski, którą miał na ramieniu. Nosił mundur pod cywilnym ubraniem. Mam próbki włókna w prywatnym laboratorium, w mieszkaniu mojej matki.

Pinker spojrzał na korpulentną blondynkę uwieszoną ramienia marynarza, a marynarz spojrzał nieprzyjemnie na Ashidę.

– Jutro wieczorem Bucky Bleichert będzie walczyć w Olympic. Mówią, że stoczy jeszcze kilka walk i przyjdzie do nas.

Ashida poczerwieniał.

– Znam Bucky’ego z ogólniaka.

– Wiem. Dlatego o tym wspomniałem.

– Z kim będzie walczyć?

– Z jakimś niezdarą. Facet nazywa się Junior Wilkins. Elmer Jackson przyskrzynił go za machlojki. Wspólnie z lipnym kaznodzieją prowadzili szwindel pod tytułem „powrót do Afryki”.

Obok drogerii zaparkował ford rocznik trzydziesty siódmy. Koła nacisnęły przewód, soczewki kliknęły, flesz błysnął na komendę.

Pinker zakaszlał i odwrócił się od Ashidy. Z samochodu wysiadł mężczyzna. Miał fedorę i płaszcz z postawionym kołnierzem. Ashidę przeszedł dreszcz. Było za ciepło na płaszcz.

Pinker odchrząknął i sucho zakaszlał. Niemal zwinął się wpół. Zasłonił twarz chusteczką.

Ashidę przeszedł dreszcz.

Doskonale. Idealnie. Pinker go nie widział. Mieli numery jego samochodu. Mógł pozwolić, żeby doszło do popełnienia kolejnego przestępstwa. Mógł kontynuować swoje badania kryminalistyczne.

Mężczyzna wszedł do drogerii.

Ashida spojrzał na zegarek. Była 9.24.

Pinker się odwrócił i zapalił papierosa. Ashida spojrzał przez okno do wnętrza drogerii. Facet podszedł do półki z pastą do zębów. Ashida popatrzył ukradkiem na zegarek.

Tamten zniknął mu z oczu. 9.25, 9.26, 9.27.

– Moja żona twierdzi, że kaszlę z powodu zanieczyszczonego powietrza, ale ja uważam, iż powodem jest nadmiar flegmy – powiedział Pinker.

Facet wybiegł z drogerii. W ręku trzymał papierową torbę i na pół widoczny pistolet. Przewrócił gazeciarza. Uruchomił wóz i ruszył z piskiem opon.

– Jasna cholera! – zaklął Pinker, wypuszczając papierosa z ust.

Chłopak sprzedający gazety wbiegł do drogerii. Pinker skoczył do budki telefonicznej, a Ashida ruszył do swojego urządzenia.

Otworzył urządzenie i uklęknął obok, przyglądając się negatywowi w kasetce. Zdjęcia wyszły! Blade i zamazane, ale były – kalifornijskie KFE621.

Obok przesunął się samochód. Za kierownicą siedział shriner7 w fezie. Na widok Ashidy się skrzywił. Japończyk podniósł się i zacisnął pięści, ale auto odjechało.

Gazeciarz spojrzał na niego i krzyknął na cały głos:

– FDR prowadzi rozmowy ostatniej szansy z Japońcami!

O 9.31 rozległa się syrena policyjnego radiowozu.

Ashida stał przygotowany. Zza rogu wyjechał mały wóz i stanął przed jego urządzeniem. Japończyk znalazł się naprzeciw auta. Rozpoznał facetów, którzy w nim siedzieli: Buzza Meeksa i Lee Blancharda.

Wysiedli. Meeks pracował w centrali, w wydziale napadów rabunkowych. Blanchard był z centrali drogówki. Meeks miał na sobie świeżo odprasowany garnitur, a Blanchard pognieciony mundur, jakby w nim spał.

– Co tu robisz, chłopcze? – powiedział Meeks. – Jakim cudem zdołałeś nas wyprzedzić?

– Co jest grane, Hirohito? – rzucił Blanchard.

Meeks szarpnął Blancharda za krawat i palnął go w głowę. Blanchard poczerwieniał.

Ashida wskazał ręką urządzenie.

– Pan Pinker i ja testowaliśmy ten aparat. Sklep jest stałym celem napadów, więc wybraliśmy go na miejsce próby. Opony samochodu naciskają przewód i uruchamiają migawkę. Byliśmy świadkami napadu. Tablice rejestracyjne podejrzanego to KFE621.

Meeks zamrugał i przykucnął obok aparatu. Blanchard wsiadł do wozu i zaczął wrzeszczeć do radiostacji. Meeks był weteranem okresu Dust Bowl8 i byłym aktorem grywającym w westernach. Podlegał Jamesowi Edgarowi Davisowi i był reketierem burmistrza Franka Shawa. Wielka ława przysięgłych okręgu wylała Shawa i komendanta Davisa. Meeksowi postawiono czternaście zarzutów.

Z kolei Blanchard jeszcze niedawno był bokserem wagi ciężkiej. Kupił dom na północ od Sunset Strip za pieniądze rzekomo zarobione na walkach. W 1939 roku rozpracował duży skok na bank i ugruntował swoją pozycję w policji. Mieszkał z kobietą, Kay-Jakąś-Tam. Za komendanta C. B. Horralla mieszkanie z konkubiną było verboten9, ale komendant był pobłażliwy wobec Lee i przymykał na to oko. Meeks i Blanchard przyciągali plotki niczym magnes. Najgłośniejsza była taka, że Lee pozostawał w bliskich stosunkach z Benem Siegelem10 i żydowskim syndykatem.

W drogerii huczało od wrzawy. Ludzkie głosy odbijały się od szyb. Ashida zajrzał do środka. Pinker zebrał świadków.

Meeks wyszczerzył zęby, spoglądając z podziwem na urządzenie Ashidy. Blanchard wysiadł z samochodu.

– Wóz skradziono sprzed salonu bilardowego w East Slauson. O ósmej szesnaście odebrano zgłoszenie na posterunku przy Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy. To musiał być czarnuch. Na południe od Jefferson nie przeżyje żaden biały.

Meeks spojrzał na zegarek.

– Zadzwoń do tych z drogówki. Niech wystawią list gończy. Poproś, żeby ubarwili sprawę. Jeden gość i fala przemocy, uzbrojony i niebezpieczny. Niech to zabrzmi jak sprawa życia i śmierci.

Blanchard pokazał V na znak zwycięstwa, naśladując Churchilla. Meeks spojrzał na swoje odbicie w szybie i poprawił ubranie. Ashida wszedł do drogerii.

Zapamiętał plan piętra i twarze świadków. Pomierzył odległości. Przesunął wzrokiem, odnotowując szczegóły, wdychając przesycony adrenaliną zapach ciał.

Dwaj farmaceuci11 w białych fartuchach. Kierownik w garniturze i krawacie. Dwie starsze klientki. Grubszy farmaceuta miał czyraka na szyi. Szczupły dostał drgawek. Jedna ze starszych pań była otyła. Układ żyłek pod skórą wskazywał, że choruje na miażdżycę.

Zebrali świadków w ciasną gromadkę. Meeks przechadzał się za ladą, aby w końcu stanąć przed nimi.

– Jestem sierżant Turner Meeks. Słucham.

– Wszedł do środka i ruszył prosto do apteki – powiedział kierownik. – Miał maskę i pistolet, ale nie sądzę, żeby to on nas obrabował poprzednim razem. Tamten był wyższy i szczuplejszy.

Farmaceuci skinęli głowami. Taak, szefie. Masz rację.

– Co się później stało?

Otyły farmaceuta powiedział:

– Kazał nam stanąć w szeregu i zabrał portfele. Potem zagonił nas do pierwszej alejki, ukradł butelkę fenobarbitalu i strzelił w sufit.

Ashidę przeszedł zimny dreszcz. Pierwszy niezwykły szczegół.

– Pan Pinker i ja staliśmy po drugiej stronie ulicy. Usłyszelibyśmy strzał.

Gruby farmaceuta zaprzeczył ruchem głowy.

– Pistolet miał tłumik. Przykręcony do lufy.

Ashida ruszył na tyły sklepu, w kierunku apteki. Spojrzał na kasę, czekoladki Hershey i karty bożonarodzeniowe. Wbił sprzedaż za jednego dolara. Szuflada kasy się wysunęła. Przegródki były pełne dolarów, od jedynek po dwudziestki.

Instynkt.

Bandycie zależało bardziej na narkotykach niż na pieniądzach. Kradzież portfeli miała drugorzędne znaczenie. Zrobił to, żeby ukryć swój główny cel.

Anomalia.

Dlaczego ukradł tylko jedną butelkę fenobarbitalu? Takie postępowanie było sprzeczne z archetypem rabusia narkomana.

Ashida przeskoczył ladę i ruszył pierwszym rzędem. Żadnych łusek po nabojach. Dwie możliwości. Rabuś podniósł łuskę lub miał rewolwer.

Spojrzał na otwór po kuli w suficie. Na podłodze leżały metalowe skrawki – fragmenty odkształconego gwintu tłumika.

Uklęknął i obejrzał dokładniej. Krawędzie nadpalone od gorącej lufy. Skrawki metalu przypominały małe, skręcone wióry.

Ashida wrócił do lady. Pinker przyniósł zestaw do pobierania dowodów. Meeks odkorkował butelkę sprzedawanej w drogerii gorzały i puścił wokół. Blanchard splądrował półkę z gumą do żucia, a Meeks napchał sobie kieszenie prezerwatywami.

Butelka zatoczyła koło. Ashida odmówił. Farmaceuci pociąg­nęli po tęgim łyku. Starsze panie zachichotały i wypiły odrobinkę.

– Dostaliśmy wiadomość od kolegów z drogówki – powiedział Blanchard. – Samochód porzucono trzy przecznice stąd. Na tę chwilę mamy jedynie odciski rękawiczek na desce rozdzielczej.

Meeks zapalił papierosa.

– Czy napastnik dotknął czegoś w sklepie? Moglibyście mi pomóc?

Gruby farmaceuta zakaszlał.

– Kiedy wychodził, zawadził o stojak z komiksami. Mógł rozedrzeć płaszcz.

Pinker spojrzał znacząco na Ashidę. Teraz. Ashida spostrzegł znak i przeszedł obok świadków. Półka była pełna komiksów o Mickey Mouse i Tarzanie. Ashida obejrzał ją dwukrotnie. Tu nic i tam nic. A jednak. Tutaj.

Jasnoczerwone włókna na jednym z wystających elementów.

W dotyku jak wełna. Gęsto tkana. Znajoma.

Wyciągnął długopis i kopertę na dowody. Wsunął włókna do środka i zapieczętował. Na skrzydełku koperty napisał: „Kod 211/Dro­geria Whalena/10.09, 6/12/41”.

Od frontu doleciały kolejne śmiechy – Blanchard i Meeks błaznowali jak bracia Ritz. Ashida powąchał kopertę. Wyczuł zapach wełny przez papier. Jego synapsy zaiskrzyły.

Żołnierz żandarmerii wojskowej podejrzany o wielokrotny gwałt. Włókna z jego opaski. Pinker powiedział, że niedawno zgwałcił kolejną kobietę. Głupiec nie zdjął opaski, wyruszając na poszukiwanie ofiary.

Na płaszczu napastnika nie było niczego czerwonego. Wystające elementy półki znajdowały się na wysokości pasa. Płaszcz miał naszyte kieszenie. Włókna mogły pochodzić z czegoś, co wystawało z kieszeni. Miał próbki włókien u matki. Mógł potwierdzić lub wykluczyć podobieństwo.

Usłyszał gwizd. Pinker dał znak, że jest mu natychmiast potrzebny.

Ashida podążył za dźwiękiem. Pinker był na tyłach apteki. Wyciągnął aparat, którym fotografował dowody. Wykonał trzy zdjęcia otworu po kuli i trzy zdjęcia elementów tłumika.

– Ten skok mnie intryguje. Facet nie sterroryzował świadków pistoletem, nie ukradł gotówki z kasy i strzelił w sufit dla hecy.

Ashida skinął głową.

– Jakby sprawdzał tłumik. I dlaczego ukradł tylko jedną butelkę fenobarbitalu?

Pinker przytaknął w zamyśleniu.

– Podoba mi się pomysł z wypróbowaniem tłumika. Tłumik wygląda na domowej roboty, po jednym strzale pozostały spalone skrawki. Po ośmiu lub dziesięciu strzałach byłby całkiem bezużyteczny.

– Racja. Poza tym kierownik powiedział, że to inny facet niż poprzednio. Niezależnie od tego, co nim kierowało, wybrał sobie sklep, który był już celem napadów.

Pinker włożył skrawki metalu do koperty.

– Pewnie między sufitem i dachem jest pusta przestrzeń.

Sufit był wykonany z luźnych, gipsowych płyt. Ashida podskoczył i odsunął jedną, obok dziury po pocisku. Pinker zrobił drabinkę z dłoni. Japończyk odebrał sygnał i stanął na niej.

Pustą przestrzeń miedzy sufitem i dachem wypełniały spleś­niałe deski i pajęczyny. Ashida wciągnął się na górę. Poczuł zastałą woń prochu. Podniósł się i poczuł pajęczynę na twarzy. Otarł ją i wyciągnął kieszonkową latarkę. Snop światła zamarł na chmarze owadów i czmychającym szczurze. Były tam. Sześć kawałków odkształconego pocisku.

Bądź ostrożny. Uczestniczysz w tym od początku. To twój obowiązek. Chodzi o ciebie.

Uniwersytet Stanforda. Rok 1936. Wstęp do kryminalistyki: „Wszyscy prawdziwi badacze podążają śladem dowodów i je gromadzą. Praktyka powoduje, że powstaje symbioza między nimi i tobą”.

Spojrzał na zegarek. Przytrzymał latarkę zębami i wyciągnął kolejną kopertę. Z przodu napisał „Kod 211/Drogeria Whalena/10.16, 6/12/41”. Włożył do niej cztery kawałki kuli. Dwa inne wsunął do kieszeni.

Obok niego przebiegł szczur. Policjant otrząsnął się i opuścił na dół przez otwór. Zręcznie wylądował na podłodze. Zauważył, że Buzz Meeks łypie na półkę z narkotykami.

– Spójrz na to, chłopcze.

Ashida spojrzał. Bingo. Wśród czterech rzędów buteleczek panował ład. Piąty rząd znajdował się w nieładzie. Jak w mordę strzelił, facet buchnął środki przeciwbólowe zawierające morfinę.

– Farmaceuta powiedział, że zabrał tylko fenobarbital.

– Taak, wierzę mu – odparł Meeks – ale ten drugi, chudy, ma stracha. Kołnierz koszuli przesiąkł mu potem. Na mój gust facet jest uzależniony.

– Tak. Wykorzystał napad, żeby ukraść fiolkę ze środkiem przeciwbólowym. Zabrał tylko to, co napastnik mógł wynieść i co można było ukryć.

Meeks mrugnął porozumiewawczo.

– Masz cholerną rację, Charlie Chanie.

– Jestem Japończykiem, sierżancie. Wiem, że nie dostrzegłby pan różnicy, ale nie jestem pieprzonym Chińczykiem.

Meeks wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Dla mnie wyglądasz jak Amerykanin.

Ashidzie zakręciło się w głowie. Zawsze tak miał, kiedy mu schlebiano…

Spojrzał w kierunku frontowej części sklepu. Pinker lustrował podłogę, a Blanchard wydębiał żyletki do golenia od kierownika. Uzależniony farmaceuta pobladł chorobliwie. Wykręcał ręce, wysuwając grdykę do przodu.

Meeks podszedł i chwycił go za krawat. Krawat zamienił się w smycz. Meeks zaciągnął go do apteki i pchnął na Ashidę. Gość popuścił w spodnie. Ashida pchnął go na ladę i sprawdził, czy facet go nie pobrudził.

Uzależniony farmaceuta zadygotał. Plama moczu się powiększyła. Meeks wytarł krople moczu ze swojego paska.

– Buchnąłeś opakowanie środka przeciwbólowego? Często to robisz?

– Raz w tygodniu, szefie. Coraz rzadziej. Niech skonam, jeśli kłamię…

– Masz trzydzieści sekund, żeby mnie przekonać, że nie maczałeś palców w tym napadzie. Teraz już tylko dwadzieścia dziewięć.

Farmaceuta złożył dłonie w geście modlitwy.

– Przysięgam, szefie. Chodziłem do szkoły aptekarskiej Świętego Jana Bosko w Jersey City. Wychowałem się u dominikanów.

Meeks ściągnął z półki buteleczkę z morfiną. Uzależniony farmaceuta oblizał wargi.

– Do kogo zadzwonisz, żeby zakablować dilerów w zamian za skradzioną heroinę. Kto będzie teraz twoim tatuśkiem z Oklahomy?

– S-S-S-Sierżant T-T-Turner M-M-Meeks. Pan sierżant będzie moim tatuśkiem… niech skonam, jeśli kłamię.

Meeks rzucił mu butelkę. Farmaceuta chwycił ją i zniknął między rzędami półek.

– Jesteś delikatny, Ashida. Nie mam pojęcia, dlaczego ta robota tak cię kręci.

Gromadka z przodu sklepu przerwała obrady. Blanchard przytulił starsze panie. Kierownik wyciągnął aparat i robił zdjęcia. Zdjął nawet Pinkera z pędzelkiem do pobierania odcisków palców i Dużego Lee w bokserskim przysiadzie. Meeks podszedł do niego i wymienili markowane ciosy. Starsze panie zapiszczały z podniecenia.

Wyszli przed sklep i pomachali sobie na pożegnanie. Ashida wygładził garnitur i zaczekał, aż tłum się rozejdzie. Pinker, Blanchard i Meeks stali nad jego urządzeniem. Blanchard spojrzał na Meeksa, jakby chciał powiedzieć „jasny szlag”.

Ashida wyszedł na zewnątrz i ruszył do kolegów. Zza rogu wyjechał radiowóz i stanął przy krawężniku z piskiem opon. Pinker, Blanchard i Meeks wyprężyli się na baczność.

– Zróbcie inteligentną minę – powiedział Pinker.

– To Whiskey Bill – rzucił Meeks.

– Świętoszkowaty sukinsyn – wtrącił Blanchard.

Z radiowozu wysiadł facet w mundurze kapitana i obejrzał urządzenie. Był średniej budowy ciała, miał ciemne, krótko ostrzyżone włosy i okulary. Przypominał kapitana Williama H. Parkera.

Ashida wyprężył się na baczność. Parker obejrzał przewody połączone z kasetą na film. Pinker, Blanchard i Meeks przyjęli defiladową pozycję „spocznij”.

Parker trącił kabel czubkiem buta.

– Pomysłowe, choć interesują mnie wyłącznie urządzenia o szerszym praktycznym zastosowaniu. Opiszcie, jak wpadliście na pomysł tego ustrojstwa, i szczegółowo wyjaśnijcie zasady jego działania. Chcę mieć raport na jutro, na dziewiątą rano.

Ashida i Pinker skinęli głowami.

Parker zmierzył Meeksa wzrokiem.

– Twoja otyłość jest wręcz obraźliwa. Jeśli w trzydzieści dni nie zrzucisz piętnastu kilogramów, ja lub komendant Horrall skierujemy cię na „dietę grubego męża”, którą wychwalano w ostatnim numerze „Ladies’ Home Journal”.

Meeks potulnie skinął głową.

Parker spojrzał na Blancharda.

– Opuść rękawy. Ten tatuaż z syrenką jest odrażający.

Blanchard opuścił rękawy.

Parker stuknął w zegarek.

– Jest dziesiąta trzydzieści jeden. Chcę mieć raport w sprawie skradzionego samochodu wraz z opisem przebiegu napadu. Ma trafić na moje biurko za pięćdziesiąt pięć minut.

Pinker skinął głową. Ashida skinął głową. Blanchard i Meeks skinęli głowami. Parker wsiadł do samochodu i odjechał.

– Whiskey Bill – powiedział Meeks.

Blanchard powiedział:

– Przegrał forsę podczas mojej walki z Jimmym Bivensem. Nie może tego zapomnieć.

– Walkę ustawiono – zwrócił mu uwagę Pinker. – Trzeba było mu powiedzieć.

10.32

Spring Street jechały wojskowe pojazdy półgąsienicowe. Za pojazdami wlekły się ciężarówki z haubicami. Konwój ciągnął się przez wiele przecznic. Mówili o tym przez radio. Żołnierze mieli ochraniać fabryki zbrojeniowe i Fort MacArthur.

Wojskowi kierowcy machali miejscowym. Piesi przystawali, aby powitać ich brawami. Mężczyźni uchylali kapelusza, dzieci wiwatowały, a kobiety posyłały całusy.

Całe miasto stało w korku. Ashida skręcił na wschód, na rogu Czwartej Ulicy i Broadwayu. Przechodnie spoglądali na niego podejrzliwym wzrokiem.

Czuł się tak, jakby był pozbawiony ciała. Złamał zasadę nakazującą śledzenie bezprawia od powstania przestępczego czynu, poddał się kryminalnej patologii. Zaryzykował eksperyment. Czy udział w dochodzeniu od pierwszej chwili i chłodna empatia pozwolą mu lepiej zrozumieć psychikę przestępcy?

Wstęp do kryminalistyki. Wiedział, że poddał się dowodom w odpowiedniej chwili. Że ta sprawa wzięła nad nim górę. Symbioza – sprawa i ty.

Skorzystał z podręcznikowej okazji. Opisze patologię prozaicznego napadu z bronią w ręku i sporządzi raport o swoich ustaleniach. Jego odkrycia mogły się przysłużyć całej kryminologii śledczej. Z drugiej strony mogły się do niczego nie przydać. Ashida odczuwał przymus działania. Był typowym Japończykiem. W Japonii mężczyźni rodzili się po to, żeby być ucieleśnieniem działania.

Ashida skręcił na wschód i wjechał na teren Little Tokyo. Tętno uległo spowolnieniu, oddech się uspokoił. Obok niego przejechał czarno-biały radiowóz. Policjant rozpoznał go i pomachał ręką.

Jego matka mieszkała w domu bez windy, przy zbiegu Drugiej Ulicy i San Pedro. Na korytarzach stale pachniało smażonym węgorzem. Ashida wynajmował małe mieszkanie po drugiej stronie ogólniaka Belmont High.

Mieszkanie było zagracone sprzętem laboratoryjnym. To, co się nie zmieściło, wypełniało jego dawną sypialnię u matki. Mariko nie miała nic przeciwko jego wizytom. Kręciła nim, kiedy jej przyszła ochota.

Ashida wszedł do domu i otworzył drzwi. W mieszkaniu panowała cisza. Mariko musiała dokądś wyjść, pewnie piła i wszczynała awantury. Wszedł do swojej dawnej sypialni i zamknął drzwi.

Półki uginały się od podręczników. Od fiolek z substancjami chemicznymi i wanienek. Zlewek, palników Bunsena i płyt grzewczych. Do stołu był przymocowany spektrograf i trzy mikroskopy.

Położył kawałki pocisku na stole i sięgnął po tekst z dziedziny identyfikacji amunicji. Obejrzał kawałki pod lupą, a następnie przestudiował rysy i wgłębienia.

Kula przebiła gipsową płytę. W książce połączono różne rodzaje amunicji z materiałami, do których oddano strzał. Zdjęcia były wyraźne. Strona sześćdziesiąta ósma – płyta gipsowa. Dwie strony dalej znalazł zdjęcie fragmentu pocisku z niemal identycznymi rysami i wgłębieniami.

Klasyczna niemiecka broń. Dziewięciomilimetrowy luger.

Luger miał wyrzutnik sprężynujący. Łuska w locie wykonywała powolny łuk. Wprawny strzelec mógł ją złapać w powietrzu.

W niezależny sposób zidentyfikował pocisk. Zabrał dwa fragmenty z miejsca przestępstwa. Dał Rayowi Pinkerowi cztery pozostałe. Pinker zidentyfikuje je lub nie.

Pinker nie znał się na identyfikacji kul. Ashida zbada ten dowód sam.

Teraz kolej na włókna.

Pinker wiedział, że Ashida ma całą półkę z próbkami włókien. Wiedział również, że są wśród nich próbki włókien z opaski gwałciciela. Tym dowodem dysponowali obaj. Do tej pory próbki włókien jeszcze do niczego się nie przydały.

Ashida odnalazł dwa zestawy włókien. Oglądane gołym okiem, wyglądały podobnie. Umieścił je na szkiełkach, żeby porównać ze sobą pod mikroskopem.

Pochylił się niżej. Przyjrzał się teksturze i kolorowi. Prawie, prawie, bardzo blisko. Tak, próbki włókna na jego półce pochodziły z takiej samej tkaniny, z której wykonano opaski.

Mógł wygotować barwnik i go wysuszyć, mógł przeprowadzić testy chemiczne. Ale testy miały wady systematyczne, więc rezultaty nie byłyby rozstrzygające.

Drgnął, słysząc zgrzyt klucza w zamku. Wyszedł z sypialni do salonu. O 11.00 oddech Mariko zalatywał alkoholem.

– Witaj, matko – powiedział. Wybełkotała coś po japońsku. Skłonił się, próbując ująć jej dłoń. Odsunęła się i mignęła mu przed nosem czasopismem.

Jakimś szmatławcem ze „zdjęciami panny młodej”. Wystarczyło wybrać zdjęcie i zamówić młodą kobietę. Zostanie wyprawiona w podróż z Japonii. Oczywiście należało dołączyć pięćset dolarów na bilet za rejs parowcem. Gwarantowano, że wszystkie dziewczyny są płodne i posłuszne.

– Przecież ci to wyjaśniłem, matko. Nie poślubię piętnastoletniej dziewczyny z burdelu.

– Jesteś za stary na kawalera. Sąsiedzi są coraz bardziej podejrzliwi.

– Nie obchodzą mnie sąsiedzi. Akira jest kawalerem, dlaczego jemu nie dokuczasz?

Mariko zaczęła mówić pidżin english, którego to języka nauczyła się w obozach robotników kolejowych około 1905 roku. Posługiwała się pidżin english, żeby okazać pogardę dla jego wykształcenia.

– Mów po angielsku, matko. Mieszkasz w tym kraju od trzydziestu sześciu lat.

Mariko klapnęła na kanapę.

– Franklin Dwulicowy Rosenfeld ustąpił ministrowi Togo. „Stany Zjednoczone niebawem ulegną pod naporem Chin”, mówi Czang Kajszek.

Ashida zachichotał.

– Poplątała ci się geopolityka, mamo. Zapytałbym, gdzie to usłyszałaś, ale obawiam się, że mi nie odpowiesz.

Mariko zachichotała.

– Od wielebnego Coughlina12 z Frontu Chrześcijańskiego. „Nie pójdziemy na wojnę za żydowskich bankierów”, powiedział Gerald L. K. Smith. Szczęściarz Lindy13, ichiban14. Przeleciał samotnie Atlantyk i wylądował u stóp Hirohito.

Dość tego.

Ashida wyszedł do kuchni. Obok suszarki na naczynia stała butelka whisky Hiram Walker Ten High. Nalał podwójną porcję i zaniósł Mariko. Wychyliła jednym haustem i zachichotała, klepiąc kanapę.

Usiadł.

– Powiedz mi coś normalnego. Wyobraź sobie, że jestem Akirą i mamy interes do omówienia.

– W ciągu ostatniego kwartału zyski z farmy wzrosły o szesnaście procent. Żydowski księgowy znalazł sposób na obniżenie łapówek dla kapitana Madrano. Powiedział: „Wydatki na opieka i karmienie meksykańska robotnik dobrze pomniejszać”.

Ashida poklepał ją po ramieniu.

– Pamiętaj o częściach mowy, matko. Nie zapominaj o przedimkach. Kaleczysz język, kiedy sobie wypijesz.

Mariko trąciła go w ramię.

– Teraz lepiej? Czytałam o Buckym Bleichercie w „Heraldzie”. Powiedział, że wkrótce czeka go walka. Nie wspomniał, że jest przyjacielem mojego syna i walczy tylko z głupkami, którym może dołożyć. Nie napisali, iż mój syn sądzić, że jego mama być piąta kolumna. Tata Bucka być piąta kolumna, bo należeć do Niemiecko-Amerykańskiego Bundu15.

Frajerski cios. Upiła się, a teraz udaje głupa i wali poniżej pasa.

– Nie mów tak o Bucku, mamo. Wiesz, że to nieprawda.

– Bucky to straszny tchórz. Boi się walczyć z tym Meksykańcem. Tatuś w Bundzie, a Bucky to mięczak.

Ashida wstał i wpadł na stojącą lampę. Mariko przytknęła dwa palce do warg i zawołała:

– Sieg Heil!

Ashida wykonał gwałtowny zwrot i zniknął w swoim pokoju.

W jego klitce zrobiło się za gorąco. Ciepło powodowało, że substancje chemiczne się rozszerzały, a opary uchodziły na zewnątrz. Włączył wentylator i wykręcił bezpośredni numer do wydziału napadów rabunkowych.

Po trzech sygnałach usłyszał:

– Tu Meeks, słucham.

– Mówi Hideo Ashida, sierżancie.

– Taak. Którą mamy godzinę? Zadzwoniłeś, żeby powiedzieć mi coś, czego nie wiem?

– Tak, faktycznie.

Meeks odchrząknął.

– No to wal, słucham.

– Włókno pozostawione na półce odpowiada włóknu z opaski gwałciciela. To ta sama tkanina, więc jest całkiem prawdopodobne, że pochodzi z opaski używanej przez żandarmerię wojskową. Opaska może, ale nie musi być tą samą, którą nosił ten gość. Skoro tkanina na pewno jest ta sama, czasowa zbieżność wydarzeń powoduje, że gwałciciel staje się podejrzany o napad.

Meeks gwizdnął.

– Cóż, trzeba będzie powiedzieć o tym Dudleyowi Smithowi. Dudley dowie się, co Jack Horrall zechce z tym zrobić.

– Jak to?

– Mamy kumulację: gwałt-i-napad-z-bronią-w-ręku. Na dodatek wygląda, że jakiś psychopata z żandarmerii wojskowej hula na wolności. Gościa można by wystawić w pieprzonej walce psów. Zarobimy kilka punktów u armii, jeśli załatwimy to tak, żeby gość nie musiał stawać przed sądem wojskowym.

Ashida przełknął ślinę.

– Albo cywilnym?

– Zaczynasz łapać, synu. Pani Ashida nie wychowała głupich dzieci.

Ashida odłożył słuchawkę. Hałas panujący w sali wydziału odbił się echem od podłogi.

Wybrał sobie męski świat. Teraz uczył się jego zwyczajów i kodeksu postępowania. To nieznośnie ekscytujące.

2DZIENNIK KAY LAKE[SKOMPILOWANY I UPORZĄDKOWANY CHRONOLOGICZNIE PRZEZ PRACOWNIKÓW MUZEUM POLICJI LOS ANGELES]LOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

11.23

Zaczęłam prowadzić dziennik pod wpływem impulsu. Na moich oczach rozegrała się niezwykła scena. Siedziałam na tarasie sypialni. Szkicowałam południową panoramę i wsłuchiwałam się w szum silników na przebiegającym w dole Stripie.

Kolumna pojazdów opancerzonych ciągnęła na zachód do Sunset, witana badawczymi spojrzeniami i wiwatami. Uzbrojona armada potrzebowała całych dziesięciu minut, żeby przesunąć się pod moim domem. Ludzie zatrzymywali samochody, aby wysiąść i zasalutować młodym żołnierzom. Ruch uliczny prawie zamarł, ale nikt się tym nie przejmował. Żołnierze byli wyraźnie uradowani przejawami szacunku i serdeczności. Machali i przesyłali całusy. Pół tuzina kelnerek wybiegło z baru Dave’s Blue Room, podając im skrzynki alkoholu. Ktoś krzyknął: „Niech żyje Ameryka!”. Wtedy wiedziałam.

Nadchodzi wojna. Zaciągnę się.

Zawsze robiłam to, co powiedziałam. Oficjalnie oznajmiam swój zamiar, a następnie przystępuję do jego realizacji. Będę codziennie spisywać swoje obserwacje w dzienniku, aż obecny konflikt dobiegnie końca lub cały świat wyleci w powietrze. Zrezygnuję z łatwego życia i poszukam oficjalnego zajęcia w pobliżu linii frontu. Obecnie wiodę życie amatorki. Moje kompulsywne szkice przypominają dzieła uczennicy próbującej uchwycić oszałamiającą rzeczywistość. Lekcje fortepianu i coraz większa wprawa, z jaką gram łatwiejsze nokturny Chopina, uniemożliwiają mi inne poważniejsze przedsięwzięcia. Ten piękny dom w żadnym stopniu nie łagodzi mojego psychicznego dyskomfortu. Szczodrość Lee Blancharda wprawia mnie w zakłopotanie bardziej niż cokolwiek innego. Ten dziennik stanowi ostrą reakcję na zastój i wewnętrzny niepokój.

Zawsze czułam, że przewyższam swoje otoczenie. Ten dom jest tego najwymowniejszym przykładem. Osobiście wybrałam każdą z reprodukcji niemieckich ekspresjonistów, każdy mebel z jasnego drewna. Jestem dziewczyną z prerii, z Sioux Falls w Dakocie Południowej – utalentowaną osobą o nienasyconej ambicji.

Przeprowadziłam się do oddzielnej sypialni. Zuchwale rozwiesiłam na ścianach własne prace między dziełami Klee i Kandinskiego. Jest wśród nich kilkanaście szkiców przedstawiających boksera wagi półciężkiej, Bucky’ego Bleicherta. Bucky ma smakowite, młode ciało i duże zęby. Rysowałam go wiele razy, z rzędów przy ringu Olympic. Bucky Bleichert jest miejscowym celebrytą, ale nie uważa boksu za poważną sprawę. Uwielbiam jego ostrożność na ringu. Nigdy z nim nie rozmawiałam, ale jestem pewna, że go rozumiem.

Kiedyś też byłam lokalną celebrytką. W lutym 1939 roku. Miałam dziewiętnaście lat. Zawdzięczałam to wszystko napadowi na bank i schwytaniu jego rzekomych sprawców.

Ten dom. Kilka lat temu był moją ucieczką, ale teraz stał się pułapką.

Mam go dzięki napadowi, a nie roztropnym inwestycjom Lee w zakłady bokserskie. Jak powszechnie wiadomo, Lee Blanchard nie jest łebskim inwestorem. Nie jest też moim kochankiem, w potocznym rozumieniu tego słowa. Wkroczył do mojego życia, aby ułatwić mi drogę do mojego przeznaczenia – cokolwiek nim jest. Dziś to rozumiem.

W Sioux Falls nie zdołałabym osiągnąć swojego przeznaczenia. Zimą ścinał je chłód, a latem ludzie umierali z gorąca. Indianie opuszczali tereny pobliskich rezerwatów i ginęli od noża podczas bójek w nielegalnych barach. Członkowie Ku-Klux-Klanu porwali czarnucha z więzienia okręgowego. Oskarżono go o zgwałcenie głupkowatej białej dziewczyny. Dziewczyna nie była skora do potępienia lub oczyszczenia oskarżonego. Ci z Klanu urządzili mu sąd kapturowy i w połowie sierpnia zostawili go przywiązanego do słupa na wzgórzu pełnym czerwonych mrówek. Zabiło go letnie słońce i owady. Miejscowi byli podzieleni w tej kwestii.

Protestanci gardzili nielicznymi miejscowymi katolikami. Przez cały okres wielkiego kryzysu powstawały grupki natywistów. Metodyści byli skonfliktowani z luteranami i baptystami oraz vice versa. W 1934 roku wybuchła wojna ranczerska o cenę bydła. Zabito czternaście osób w pobliżu granicy z Iowa.

Moi rodzice i starszy brat byli wspaniałymi ludźmi zadowolonymi z życia. Grzeszyli jedynie brakiem wyobraźni. Udawałam, że jestem taka jak oni, aby mi nie przeszkadzali. Żyłam po to, aby czytać, rysować i wałęsać się po okolicy. Ludzie o mnie gadali. Rzucałam rasistowskie hasła w kościele.

Rodzina była mi obojętna. Ten fakt mnie z lekka przerażał. Chciałam uciec do Los Angeles i zostać kimś innym. Później dostałam pracę w księgarni i ukradłam miesięczny utarg. Zostawiłam rodzicom lakoniczny liścik pożegnalny.

Był listopad 1936 roku, a ja miałam szesnaście lat. Autobus jechał na zachód przez burze piaskowe i powódź w okolicy Albuquerque. Przy granicy z Kalifornią stacjonowali uzbrojeni bandyci. Mieli zadanie nie wypuszczać ubogich przybyszów z Oklahomy. Byli policjantami z Los Angeles.

Wynajęłam pryczę w domu dla pracujących kobiet w Hollywood i zatrudniłam się jako kelnerka w barze samochodowym Simon’s Drive-In w rejonie Miracle Mile. Zakładałam wrotki i kręciłam zawadiackie kółka, żeby mieć rozrywkę i zarobić parę groszy z napiwków. Inne dziewczyny nienawidziły mnie i rozpowszechniały plotki, że jestem prostytutką. Później mnie zwolnili. Wtedy zaczęłam wieść żywot członkini artystycznej bohemy.

Kryzys zaczął słabnąć, ale bieda i niesprawiedliwość nadal hałaśliwie zaznaczały swoją obecność. Łaziłam po Los Angeles ze szkicownikiem. Tworzyłam rysunki zaangażowane społecznie, przedstawiające walkę miejscowej klasy robotniczej. Przeczytałam Karola Marksa, ale uwierzyłam tylko w jedną trzecią tego, co napisał. Łaziłam na niezliczone wieczorki organizowane przez organizacje lewicowe. Lewicowe poglądy stały się dla mnie modnym rekwizytem. Niestety brakowało im wielkości, którą zaczęłam postrzegać jako coś przysługującego mi z urodzenia.

Kochałam mężczyzn i dostawałam szału od tłumionej żądzy. Pożądanie pchnęło mnie do szeregu romansów z drugorzędnymi muzykami jazzowymi. Seks okazał się inny, niż sądziłam – oznaczał napięcie, zapach i prozaiczny mezalians. Było to słodkie-gorzkie objawienie, a wszystkie oczekiwania pierzchły.

Pożyczyłam forsę paru kochankom i musiałam sięgnąć po pieniądze, które odłożyłam, pracując jako kelnerka. Wyrzucono mnie z domu dla pracujących kobiet, co przyjęłam wojowniczym wybuchem radości. Żywiłam się w ulicznych jadłodajniach i spałam w śpiworach rozwijanych w Griffith Park. Codziennie myłam się w domu miejscowej YWCA i zawsze byłam zadbana. Po równo przepełniały mnie niewinność i szaleństwo. Nie zwracałam uwagi na niebezpieczeństwo i byłam zbyt zepsuta przez mężczyzn, żeby oceniać ich niezależnie od swojego pożądania.

Bobby De Witt był perkusistą jazzowym. Typowym bawidamkiem. Nosił flanelowe spodnie o wysokiej talii i dwukolorowe kurtki. Dotrzymywał kroku swoim dawnym kumplom pachuco16 z poprawczaka w Preston. Zauważył, że go szkicuję. Wmawiałam sobie, że poznał się na moim talencie i zuchwałości godnej Normy Shearer. Myliłam się. Poznał się jedynie na moim zamiłowaniu do ekscentryczności.

Bobby zajmował mały dom w dzielnicy Venice Beach. Miałam tam własny pokój. Odespałam w nim długie miesiące wypełnione pracą na dworze oraz zbyt gorące i zbyt zimne noce. Mój organizm ciągnął na zapasach. Byłam na skraju niedożywienia i nie wiedziałam, co dalej robić.

Wtedy Bobby mnie uwiódł. Sądziłam, że to ja uwiodłam jego. Myliłam się. Zauważył, że dostaję skrzydeł, i postanowił je przyciąć.

Początkowo Bobby wydawał się uroczy. Sytuacja zaczęła się zmieniać zaraz po Nowym Roku. Jego interesy uległy poprawie. Uzależnił mnie od laudanum, zmusił do siedzenia w domu i odbierania telefonów. Do notowania randek jego dziewczyn i ich „klientów”. Później było jeszcze gorzej. Uzależnił mnie od narkotyków i zagnał do swojej stajni. Wtedy sytuacja stała się znacznie gorsza.

Perkusista jazzowy zawsze był synonimem dealera narkotyków i stręczyciela. Mam na to dowód w postaci blizn od noża na udach.

Nadeszła zima 1939 roku. Moja lokalna sława była na wyciąg­nięcie ręki. Radio i gazety miały swoją wersję, a Departament Policji Los Angeles swoją. Obie wersje zgadzały się w jednym: Kay Lake poznała Lee Blancharda na procesie Bobby’ego De Witta.

To nieprawda. Poznałam Lee przed skokiem na Boulevard-Citizens.

Poznaliśmy się w Olympic Auditorium. Bobby pozwolił mi wyjść z domowego burdelu na „przepustkę”. Od roku byłam zwariowaną fanką Bucky’ego Bleicherta i chodziłam na wszystkie jego walki.

Bucky znokautował rywala w szóstej rundzie. Po opuszczeniu areny ruszyłam razem z tłumem. Lee się przedstawił. Z miejsca rozpoznałam w nim byłego boksera. Nie miałam pojęcia, że jest gliniarzem.

Gadaliśmy. Lubiłam Lee. Starałam się ukryć swój bolesny upadek. Pędziłam do domu, do laudanum i kokainy. Lee poszedł za mną do Venice Beach. Tamtej nocy tego nie wiedziałam.

Później były dwie kolejne przepustki na nocne walki. Za każdym razem wpadałam na Lee. Szedł za mną od domu do Olympic. Wtedy o tym nie wiedziałam.

Lee delikatnie wyciągnął ze mnie informacje. Przejrzał moje kłamstwa i eufemizmy i wściekł się. Powiedział mi, że planuje pewien interes. Dał do zrozumienia, że „mógłby się zająć” moją sytuacją.

Nadszedł 11 lutego 1939 roku. W gazetach dobrze opisali fakty. Bank był w Hollywood, przy skrzyżowaniu Yucca i Ivar. Czterej mężczyźni porwali furgonetkę opancerzoną, która tam jechała. Przewrócony motocykl posłużył do odwrócenia uwagi. Mężczyźni obezwładnili i odurzyli chloroformem trzech strażników. Później zastąpili sześć worków pełnych gotówki sześcioma workami pełnymi pociętych stron książek telefonicznych.

Rzucili je na tył furgonetki opancerzonej, przebrali się w mundury strażników i pojechali do banku. Kierownik zobaczył worki ze ścinkami i otworzył skarbiec. Załatwili go i powiększyli łup o forsę, która była w sejfie bankowym. Zamknęli kasjerów w skarbcu i wyszli drzwiami frontowymi.

Tylko że jeden z kasjerów uruchomił alarm. Cztery najbliższe patrole przyjechały na sygnale. Doszło do wymiany strzałów. Dwóch rabusiów zginęło, dwóch innych zdołało uciec. Żaden policjant nie odniósł ran ani nie ucierpiał w inny sposób.

Dwaj zabici napastnicy zostali zidentyfikowani jako „ludzie do wynajęcia spoza miasta”. Dwaj zbiegli bandyci nigdy nie zostali zidentyfikowani.

W gazetach dobrze to opisali. Pisali dobrze przez następne dwa tygodnie. Dwudziestego ósmego lutego „Herald” zamieścił nagłówek: CYNK OD BYŁEGO BOKSERA DOPROWADZIŁ DO ROZWIĄZANIA ZAGADKI KRWAWEGO NAPADU NA BANK.

Oficjalna wersja była następująca:

Funkcjonariusz Lee Blanchard połączył różne tropy. Informatorzy i „znajomi z ringu” dostarczyli mu „kluczowych informacji”. Wskazali Bobby’ego De Witta jako „przestępczy mózg stojący za robotą przy Boulevard-Citizens”.

Oczywiście wszystko to było kłamstwem. Bo „czwarty sprawca” nie został zidentyfikowany. Wiem, kto to taki. Opinia publiczna i Departament Policji Los Angeles nie wiedzą.

Bo naprawdę było tak:

Robotę przy Boulevard-Citizens wymyślił Lee Blanchard. Wiedziałam to wtedy i wiem teraz. Lee i ja nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Po prostu dzieliliśmy się tą wiedzą tak, jak nie dzieliliśmy ze sobą łóżka.

W czerwcu Bobby stanął przed sądem. Skazano go na podstawie podrzuconych dowodów. Lee Blanchard jest znacznie bardziej przebiegły i inteligentny, niż się wydaje. Bobby’emu groziło od dziesięciu lat do dożywocia. Wtedy „Herald” zamieścił historię z życia wziętą. Puenta okazała się zgoła perwersyjna: DZIEWCZYNA Z GANGU SIĘ ZAKOCHAŁA… W GLINIE! CZY PÓJDĄ PROSTO… DO OŁTARZA?

Brałam udział w procesie i zeznawałam przeciwko Bobby’emu. Zmniejszyłam dawkę laudanum, aby odgrywać udręczoną ofiarę w ławie dla świadków. Biuro prokuratora okręgowego słabo przygotowało oskarżenie. Opisanie mojego upodlenia stało się aktem oskarżenia, argumentem końcowym, wyrokiem i orzeczeniem mojego potępienia. Powtórzyłam kłamstwo, że Lee i ja poznaliśmy się na sali sądowej.

Nie poszliśmy prosto do ołtarza. Lee kupił ten dom. Bobby De Witt został skazany i trafił do więzienia San Quentin. Lee kilka razy nie chciał się ze mną kochać i zerwał tę część naszej umowy. Żyję z policyjnej pensji Lee oraz tego, co rzekomo zaoszczędził z wygranych na zakładach bokserskich. Uczę się, żeby zrobić dyplom na UCLA. Mój nauczyciel fortepianu nazywa mnie początkującą szopenistką. Chodzę z facetami do łóżka na kiwnięcie palcem – bo tego chcę i muszę wymazać ślad Bobby’ego De Witta. Sprowadzam ich tutaj, do domu, który kupił Lee Blanchard. Lee nie okazuje niechęci z tego powodu. Większość nocy przesypia na pryczy w biurze śledczym. Bardzo chce, żeby go przenieśli. Znajduje się pod urokiem szarmanckiego, brutalnego gliniarza Dudleya Smitha i marzy o dołączeniu do jego gromadki.

Mam swój amatorski świat oraz znacznie bardziej atrakcyjny świat przestępców i gliniarzy. Bez problemu zamieszkuję oba, okazując zuchwałość w stylu Normy Shearer. Upajam się swoją pozycją osoby dobrze poinformowanej. Jej początkiem był Bobby De Witt. To on zachęcił mnie, żebym weszła do tego świata. Jestem mu winna przysługę z tego powodu.

Bobby przedstawił mnie Brendzie Allen – szefowej telefonicznej agencji towarzyskiej. Brenda pomogła mi zerwać z narkotykami. Jesteśmy ze sobą w kontakcie. Spotykamy się przy kawie i plotkujemy, aż dostaniemy chrypki. Brenda załatwia dziewczyny na telefon i obsługuje elitarną klientelę. Jej kochankiem jest sierżant Elmer Jackson z obyczajówki. Elmer jest dziwaczny i zabawny. Niefrasobliwie ułatwia istnienie ekskluzywnej, tolerowanej przez policję prostytucji. Komendant Jack Horrall dostaje siedem procent rabatu.

Kocham oba z moich światów. Chociaż jestem znacznie bardziej zaangażowana w świat przestępców i gliniarzy. Zapłaciłam wysoką cenę, żeby się do niego dostać.

Kolejny konwój przejeżdża Sunset i Doheny. Czuję drżenie w całym ciele.

W poniedziałek wieczorem w filharmonii wystąpi Paul Robeson. Mogłabym tam pójść. Może pojawią się moi dawni kumple z lewicy. Oczarowałabym ich jako lokalna celebrytka i przekonała, że Stalin jest równie zły jak Hitler. Mogłabym nawet odegrać niezłą scenkę.

Jestem znudzona. Moje życie to nieustanne zajęcia świetlicowe. Lee powtórzył mi plotkę, która krąży w ratuszu: Bucky Blei­chert złożył podanie o przyjęcie do policji.

Mam nadzieję, że go przyjmą. Zjawię się na uroczystości rozdania dyplomów w akademii i narysuję go w granatowym mundurze gliniarza. W niedzielę stoczy pożegnalną walkę. Będę tam, aby obejrzeć jego ostatnie ciosy. W gazetach są karykatury cesarza Hirohito. Rysownicy przedstawiają go z wielkimi zębami Bucka. Konwój zniknął mi z oczu. Drżenie opuściło ciało.

Przed tą chwilą nie ma niczego. Nadchodzi wojna. Zaciągnę się.

3WILLIAM H. PARKERLOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

13.02

Kolejny pieprzony konwój. Ruch na Pico i Crenshaw praktycznie zamarł.

Główne skrzyżowanie miasta. Zablokowali wszystkie sześć pasów. Cywilni uczestnicy ruchu trąbią, ile wlezie – częściowo z patriotycznego zapału, częściowo z frustracji.

Parker spojrzał na zegarek. Był już dwie minuty spóźniony. Umówił się z Carlem Hullem na posterunku Wilshire. Carl miał teczki piątej kolumny, bo był w połowie agentem wywiadu, w połowie gliną.

Jakiś pajac na motocyklu uniósł przednie koło i skręcił na zachód. Złamał przepisy ruchu drogowego. Na rozmowę w sprawie jeszcze ciepłego wozu, którym dokonano napadu, stracił godzinę. Na szczęście urządzenie skonstruowane przez Ashidę wynagrodziło wszystko.

Żołnierze nagrodzili wiwatami cyrkową akrobację motocyklisty. Pajac pokazał im palec.

Parker wysiadł z samochodu. Konwój ciągnął się od Olympic na północy po Washington na południu. Tarasujące ruch, wlekące się ospale pojazdy. Durnie z armii przejeżdżali skrzyżowania na czerwonym światle.

Jego syrena była bezużyteczna. Stłumiłby ją zgiełk ulicy. Obiecali ochronę fabrykom zbrojeniowym. Dwie haubice przyrzeczono firmie lotniczej Douglas Aircraft. Jego dawny szef dowodził drużyną pilnującą fabryki. James Edgar „Dwie-Spluwy” Davis dostanie dwie dodatkowe armaty.

Utknął w ulicznym korku. Utknął w wydziale drogowym. A przecież był Człowiekiem-Który-Mógł-Zostać-Komendantem. Utknął na wszystkich frontach.

Pochodził z Deadwood w Dakocie Południowej. Był dzieckiem Kościoła i sprawiedliwości górniczego miasteczka. Zostanie komendantem. Przerwie protestancką sukcesję. Zostanie komendantem i przeprowadzi gruntowne reformy. Jego szorstki, reformatorski zapał był darem od Boga. Zostanie komendantem. Szykował się do tego od lat.

Był przecież Williamem H. Parkerem III. Bill Parker I był pułkownikiem Unii i prokuratorem. Bill Parker I pozamykał burdele w Deadwood i zlikwidował nielegalne bary z gorzałą. Bill Parker I został wybrany do Kongresu w 1906 roku. Zabiła go marskość wątroby, gdy miał sześćdziesiąt jeden lat.

Bill Parker I miał Pragnienie. Mroczne dziedzictwo przypadło w udziale kolejnym w linii sukcesji: Billowi Parkerowi II i III.

W wydziale nazywali go „Whiskey Bill”. Barwne określenie, ale jakże niepełne. Nie uwzględniające jego stosunku do tego dopustu bożego.

Zachowywał trzeźwość przez cały okres prohibicji, gdyż alkohol był wtedy nielegalny. Rok 1993 przyniósł uchylenie. Od tego czasu pił w dziwnych odstępach czasu.

Deadwood. To tam poczuł Pragnienie.

Deadwood go ukształtowało, tak jak Los Angeles stworzyło. W 1920 roku ukończył szkołę średnią. Był jednym z najinteligentniejszych uczniów w klasie. W 1922 roku matka wzięła rozwód z Billem Parkerem II. Zerwała z korzeniami i przeniosła się do Los Angeles. Pomagał jej w przeprowadzce, a później został w tym mieście.

Los Angeles było sto razy większe od Deadwood i sto razy bardziej skorumpowane. Pracował jako taksówkarz i kinowy bileter. Grzeszność Los Angeles doprowadzała go do wściekłości. Ogrom tego miejsca po prostu go wciągnął.

Niemal jako dziecko zawarł potwornie nieudane małżeństwo. Jego oblubienica była ladacznicą. Robił jej podłe rzeczy. Nie potrafił wymówić jej imienia. Spowiadał się z tych podłych rzeczy księdzu i dostawał rozgrzeszenie.

Później załatwił unieważnienie małżeństwa i ożenił się powtórnie. Helen Schultz stanowiła doskonały materiał na żonę. Kiedyś sama była policjantką. Jego pierwsza żona przypominała żałosny sen pijaka, za to Helen była uosobieniem prawości.

Zatem pracował jako taksówkarz i uczył się w szkole prawniczej. W 1927 roku wstąpił do Departamentu Policji Los Angeles. Departament był tak skorumpowany, że chciało się rzygać. Prowadzili go protestanccy żule. Parker trzymał język za zębami i nie wychodził przed szereg. Stał się człowiekiem od brudnej roboty Dwóch-Spluw Davisa. Gość był zepsuty do szpiku kości. Parker włączył się w różne męskie projekty. Słyszał rzeczy, których nie powinien słyszeć, i robił rzeczy, których nie powinien robić. Właśnie z tego koszmarnego upadku zrodziła się jego brutalna ambicja.

Później zaczął piąć się w górę. Zaczęło się od uzyskania dyplomu szkoły prawniczej i świetnego zdania egzaminu adwokackiego. Jim Davis uczył go prawa z punktu widzenia kogoś pozbawionego moralności. Zmienił prawo, aby ułatwić sobie karierę.

Kiedy Jim Davis i burmistrz Frank Shaw zostali zmuszeni do odejścia, na burmistrza wybrano Fletchera Bowrona. Bowron był półgłówkiem i reformatorem do chrzanu. Bowron wtrącił się w sprawy policji i wywalił komendanta Arta Hohmanna. Ten narobił rabanu, kiedy Fletch mianował „Mów-Mi-Jack” Horralla. Mów-Mi-Jack był komendantem z tych, co to niczego-nie-słyszeli-niczego-nie-widzieli. Ale dbał o czystą fasadę. Otaczał się chłopakami od brudnej roboty i rekieterami. Kapitan William H. Parker przymarzł do stołka. Lista awansów przypominała krę lodową. Wykorzystał swoją prawniczą wiedzę, żeby się na niej nie znaleźć.

Tworzył dokumenty prawne, które wzmacniały służbę publiczną, ograniczały polityczne naciski i zwiększały autonomię policji. Zadbał o to, żeby prawnicy reformatorzy wprowadzili je w życie. Byli podstawionymi ludźmi, którzy nie wymieniali jego nazwiska. Pierwszym krokiem była zmiana statutu miasta w drodze głosowania. Ostatnim przyznanie komendantowi policji statusu urzędnika służby cywilnej i zapewnienie mu w ten sposób ochrony. Obecne prawo chroniło Mów-Mi-Jack Horralla, ale pewnego dnia będzie chronić jego.

Departament Policji Los Angeles przypominał gniazdo żmij. W rozgrywkach stronnictw i waśniach feudalnych panów uczestniczył ratusz. W pokojach gospodarczych biura śledczego założono stanowiska podsłuchu, w półkach i lampach poukrywano urządzenia do nagrywania rozmów. Gliniarze paplali bezmyślnie, gliniarze mieli się na oku. Mądrzy gliniarze wykonywali delikatne rozmowy z płatnego telefonu.

Jak Dudley Smith.

Śledzili się wzajemnie. Udawali uprzejmych. Pomagała im w tym katolicka wiara, którą wyznawali. Spotykali się co miesiąc na obiedzie u arcybiskupa Cantwella. Mów-Mi-Jack pozwolił Dudleyowi sprzedawać narkotyki czarnym mieszkającym w południowej części miasta. Mów-Mi-Jack podzielał odrażającą teorię Dudleya o ospałości rasowej. Dudley był zwolennikiem Coughlina i hasła „Najpierw Ameryka”. Był Irlandczykiem. Nienawidził Anglików. Uśmiechał się z zadowoleniem, kiedy naziści zrzucali bomby na Londyn.

Parker stał oparty o czarno-biały radiowóz. Ruch na północ zamarł aż po dzielnicę Adams. Żołnierze pokrzykiwali do dziewcząt z ogólniaka Dorsey High. Dziewczyny poruszały spódniczkami, odsłaniając bieliznę.

Uliczny korek.

Parker kierował sekcją wypadków drogowych. Nudna robota, choć ważna, ale nie z tych, co to ułatwią karierę. Okres dobrej koniunktury w Los Angeles trwał nadal. Przemysł samochodowy rozwijał się w tempie wykładniczym. Więcej samochodów, więcej wypadków, więcej rannych i zabitych.

Rok temu Mów-Mi-Jack wysłał go do Uniwersytetu Northwestern. Zapisał się na kurs dla wyższych funkcjonariuszy policji drogowej. Jego profesorowie wieścili, że „samochody doprowadzą do apokalipsy”. W kampusie widywał młodą kobietę. Była wysoka, rudowłosa i miała około dwudziestu pięciu lat. Spytał o nią kilku studentów. Powiedzieli, że jest dyplomowaną pielęgniarką i studiuje biologię. Nazywała się Joan Jakaś-Tam. Pochodziła z zadupia w Wisconsin. No i lubiła wypić.

Była 13.14. W konwoju ani jednej luki. Zaraz – pojazd półgąsienicowy skręcający na północ utkwił w miejscu.

Prześlizgnąć się między nimi. Trafić w słaby punkt.

Parker wsiadł do radiowozu, włączył wiśniowe światło i syrenę. Małe dzieci na chodniku zapiszczały z wrażenia. Dodał gazu i z piskiem opon przejechał przez wyłom w kolumnie. Dotarł na posterunek Wilshire o 13.16.

Zaparkował i pobiegł schodami na górę. Młodzi gliniarze otworzyli usta, widząc kapitana w pełnym sprincie.

Carl Hull miał gabinet naprzeciwko pokoju odpraw. W latach trzydziestych facet prowadził Czerwoną Grupę i ją zreformował. Departament zatrudnił gliniarzy w roli łamistrajków. Hull położył kres strajkowi i wrócił do swojego poprzedniego zajęcia archiwisty pilnującego teczek.

Parker wszedł do gabinetu. Hull siedział przy biurku z nogami na blacie. Na dwóch ścianach wisiały wojskowe mapy. Niebieskie i czerwone pineski oznaczały rozmieszczenie wojsk w Europie. Żółte oznaczały postępy Japońców w rejonie Pacyfiku.

– Spóźniłeś się siedemnaście minut – powiedział Hull.

Parker przysunął krzesło.

– Zatrzymał mnie skradziony samochód i napad na sklep.

– Słyszałem plotki.

– Opowiadaj.

Hull napełnił fajkę.

– Informacje prosto z biura. Ten Japończyk zadzwonił do Buzza Meeksa. Znalazł włókno pasujące do włókna pozostawionego przez gwałciciela z żandarmerii.

– To pewne?

– Nie, dzieciak uprzedził o tym Meeksa.

Parker zabębnił palcami w oparcie krzesła.

– A kogo zawiadomił Meeks?

– Dudleya Smitha.

– A Dudley Smith poszedł do Horralla, który powiedział: „Zajmij się tym, Dud”.

Hull zapalił fajkę.

– Właśnie, a przynajmniej tak by się to odbyło w doskonałym świecie. Wolałbym, żeby wszystko szło zgodnie z procedurą.

Parker zapalił papierosa.

– Też bym wolał. Gardzę gwałcicielami i rabusiami.

Powiew wiatru wydął wojskową mapę. Parker przyjrzał się pineskom oznaczającym front rosyjski. Stawiające opór czerwone otaczały posuwające się naprzód niebieskie. Do rozgromienia pozostał tylko krok.

– Po wojnie Rosja będzie naszym wrogiem, Carl.

– Chyba że się wtrącimy, gdy Hitler ich wykrwawi.

Parker pokręcił głową.

– Ruscy to nasi sojusznicy. Chcemy, żeby wygrali wojnę, która dla nas się jeszcze nie zaczęła.

Hull się uśmiechnął.

– Stalin zażąda podziału łupów w Europie Wschodniej. Trzeba będzie oddać terytorium i okopać się na strategicznych pozycjach.

Parker wskazał mapę.

– Wtedy konflikt będzie mieć czysto ideologiczny charakter. Jak od czasu tej ich pieprzonej rewolucji. Nie możemy pozwolić, żeby chwilowy sojusz przesłonił nam prawdę, że świat jest za mały dla obu naszych krajów.

Hull obrócił popielniczkę.

– Podpuszczasz mnie, Williamie.

Parker się uśmiechnął.

– W takim razie wezmę cię w krzyżowy ogień pytań. Przepowiadasz, że Stany zaczną grać z Rosją w terytorialne szachy? Po zawarciu pokoju?

Hull powiedział:

– Tak.

– W takim razie uznam cię za przyjaznego świadka. Zbiję kapitał na tym ustępstwie. Czy sądzisz, że tutejsza piąta kolumna będzie na tyle przebiegła i dalekowzroczna, aby rozpocząć działania wywrotowe przed naszym nieuchronnym zaangażowaniem się w obecny konflikt światowy?

Hull wskazał mapę.

– Tak. Oni wiedzą, że Hitler nie jest w stanie walczyć z powodzeniem na dwóch frontach, jak my. Wykorzystają to, że Rosjanie utopią we krwi naszą drogę do zwycięstwa, a później przedstawią nas jako jeszcze większych faszystów i niewdzięczników. Wyciągną każdy książkowy slogan, żeby to udowodnić.

Parker wyciągnął kieszonkową broszurę.

– Mogę ci przytoczyć kilka cytatów na tę okazję. „Drakońska polityka USA zaraz po zakończeniu tej wojny wywoła konflikt z Rosją, która jest naszym obecnym sojusznikiem”. „Nasilająca się histeria wojenna i rasowa doprowadzi do masowych aresztowań wśród niewinnych obywateli pochodzenia japońskiego w wyniku zmowy Departamentu Policji Los Angeles i FBI”.

Hull ubił tytoń w fajce.

– Bawisz się w adwokata diabła, Williamie. Federalni faktycznie mają listę wywrotowych elementów japońskich i ją wykorzystają, jeśli zajdzie potrzeba. W tym punkcie nie można zakwestionować logiki drani.

– Ich logika jest pokrętna, podżegająca, nieszczera i kryminalnie szkalująca. Gnojki podają się za antyfaszystów, a mimo to udzielają pomocy i wsparcia naszemu wspólnemu faszystowskiemu wrogowi przez sam fakt pisania i publikowania takich broszur. Jeśli potrzebujesz dodatkowego przykładu ich perwersyjnie wypaczonej logiki, dodam, że broszurę wydrukowano w tej samej drukarni, w której Gerald L. K. Smith wydaje siejące nienawiść broszury.

Hull spojrzał na mapy wiszące na ścianach. Parker rzucił broszurę na jego kolana, a Hull po nią sięgnął.

– Wiem, kto to napisał. Znam jej styl pisania i słownictwo.

– Powiedz.

– To kobieta. Jest socjalistką, pominę mniej pochlebne określenia. Kieruje komórką czerwonych. Wywiera wpływ na grupę scenarzystów i aktorów. Przychodzą na wiece, wygłaszają mowy i wywołują zamieszanie. Federalni mają tam swojego informatora. Facet jest psychiatrą z Beverly Hills. Wszyscy czerwoni wylewają przed nim swoje żale. Kumpel z FBI przekazuje mi brudy od poczciwego doktora. Pokażę ci teczkę, jeśli przestaniesz mną manipulować i wszystko mi powiesz.

Parker pokręcił głową.

– Najpierw nazwiska. Daj spokój, Carl. Przecież mam wyższy stopień.

Hull zachichotał.

– Lekarz nazywa się Saul Lesnick. Jego córka odsiadywała wyrok w Tehachapi za spowodowanie wypadku, w którym zginął człowiek. Federalni wydostali ją z pudła pod warunkiem, że tatuś zacznie donosić.

– A inni?

– Kobieta to Claire De Haven. Jej głównymi akolitami są Reynolds Loftis, aktor grający w filmach dla dzieci, i jego kochaś, Chaz Minear.

W głowie Parkera nie zapaliło się żadne światełko. Nie poczuł dreszczu zaniepokojenia. Daj sobie spokój z Przysięgą. Jeden drink cię nie zabije.

– Czerwoni kalają nasz departament, Carl. Nie możemy tego tolerować.

– Pewnego dnia zostaniesz komendantem, Williamie. Czekam na ten dzień. Będę dumnie służyć pod twoją komendą. Ale obecnie zadowolę się wyjaśnieniem.

Parker wstał.

– Umieścimy kogoś w ich komórce. Naszego informatora. Kogoś, na kogo mamy haka.

Hull otworzył szufladę i wyjął cztery fotografie. Parker pochylił się nad biurkiem.

Hull rozłożył zdjęcia na blacie.

– Kilka tygodni temu przejrzałem raporty z inwigilacji. Pomyślałem o tych ludziach. Uznałem, że kiedyś mogą się nam przydać, możesz to nazwać nieoczekiwanym zwrotem.

Cztery zdjęcia wykonane z ukrycia. Wszystkie grupowe. Dwa podczas spotkania w budynku, dwa na wiecach. Daty: od połowy 1937 roku do jesieni 1938 roku. Twarz młodej kobiety wzięta w kółko, cztery razy.

Miała czarne włosy. Patrzyła na coś uporczywie. Wyglądała prowokacyjnie.

– Co za jedna?

– Katherine Ann Lake, lat dwadzieścia jeden. Wskazówka. Jej chłopak to mundurowy, był na miejscu twojego napadu z bronią w ręku, kilka godzin temu.

Coś zadzwoniło mu w głowie. Prowokacyjna – jasne.

Robota przy Boulevard-Citizens. I uporczywe plotki: Lee Blanchard zaplanował skok, a później znalazł kozła ofiarnego. Blanchard miał być rzekomo powiązany z Benem Siegelem. „Bugsy” przebywa obecnie w areszcie komendy głównej policji. Rzekomo sprzątnął bandziora Greenie Greenberga. Gangsterskie porachunki w żydowskim światku przestępczym. Listopad 1939 roku.

Siegel wkrótce wyjdzie na wolność. Główny świadek oskarżenia wyskoczył przez okno. Miesiąc temu na Coney Island, w Nowym Jorku. Za jego śmierć odpowiadał Abe Reles, zbir z gangu. Pilnowali go ludzie z nowojorskiej policji. Facet ukręcił sznur z prześcieradła i próbował uciec. Runął w dół z wysokości ósmego piętra.

Katherine Ann Lake. Dziewczyna, którą Blanchard poznał podczas procesu. Oszałamiająca gwiazda oskarżenia.

Parker spojrzał na zdjęcia.

– Blanchard siedzi po uszy w gównie. Słyszałeś plotki?

Hull zakaszlał.

– Tak, faktycznie. Jeśli pomyślałeś o wykorzystaniu skoku na Boulevard-Citizens, żeby przycisnąć dziewczynę, masz rację.

– Blanchard chce się skumać z Dudleyem i jego paczką. Słyszałeś plotki?

– Mam coś, o czym nie słyszałeś – powiedział Hull. – Ludzie z komórki wywiadu nowojorskiej policji widzieli Blancharda na Coney Island na krótko przed skokiem kluczowego świadka w procesie Siegela. Rozpoznali go z czasów, kiedy walczył na ringu.

Parker spojrzał na zdjęcia. Były wyraźne. Ta dziewczyna, Lake, miała gniewne, ciemne oczy.

4DUDLEY SMITHLOS ANGELES | SOBOTA, 6 GRUDNIA 1941 ROKU

14.16

Okazanie podejrzanych.

Pięciu podejrzanych o gwałt, cztery ofiary i jedno lustro weneckie oddzielające ich od siebie. Podwyższenie i kreski na ścianie pomagające określić wzrost.

Krzesła dla naocznych świadków. Stojące popielniczki. Wprawiający w osłupienie plakat na ścianie.

Plakat z flagami i cherlawymi orłami. Plakat nakłaniający do kupowania obligacji pożyczki wojennej. Opowiadający się za udziałem Ameryki w tej wymyślonej przez Żydów wojnie.

Dudley był zwolennikiem hasła „Najpierw Ameryka”. Uwielbiał cotygodniowe audycje radiowe ojca Coughlina. Lubił również słuchać tyrad pastora Geralda L. K. Smitha. Dzielił z nim nazwisko, ale nie byli krewnymi. Pastor był zagorzałym wrogiem papiestwa.

– Zgwałcone panie czekają w pokoju obok – powiedział Mike Breuning. – Wszystkie twierdzą, że mogą zidentyfikować napastnika. Mamy szczęście. Podejrzani oczekują po drugiej stronie. Wszyscy są żandarmami z batalionu w Fort MacArthur i wszyscy pasują do rysopisu sprawcy.

Dick Carlisle strzelił knykciami. Elmer Jackson zaczął kartkować notatnik. Od początku brał udział w śledztwie dotyczącym gwałtów.

Dudley patrzył, jak Elmer czyta. Tak – gwałty pasowały do porannego napadu na drogerię. Ten Japoniec, spec z laboratorium, miał rację – włókna pozostawione w drogerii nie musiały oznaczać, że sprawcą jest ich gwałciciel. Mogli mieć do czynienia z dwoma niezależnymi przestępstwami, ale nie miało to żadnego znaczenia. Zgwałcone kobiety były zdruzgotane. Przestępstwo było równie poważne jak zabójstwo. Powiedział to Mów-Mi-Jack Horrallowi, a Jack na to: „Zajmij się tym, Dud”.

Elmer żuł cygaro. Elmer stręczył dziwki razem z Brendą Allen. Telefony zastępcy zespołu były na podsłuchu. Wszyscy wiedzieli, w jakim gównie tkwią koledzy. Komenda przypominała jedno wielkie stanowisko podsłuchowe.

Carlisle zapalił papierosa. Breuning stanął nieruchomo. Elmer poruszył cygarem.

– Doszło do czterech incydentów. Wszystkie ofiary opisały gwałciciela jako blondyna średniego wzrostu, w wieku około dwudziestu pięciu lat. Nasi faceci pasują do opisu. Wszyscy byli na nocnej przepustce, kiedy doszło do gwałtów. Oprócz tego przed wstąpieniem do wojska wszyscy zostali oskarżeni o napad i pobicie kobiety. Jeśli chodzi o sposób działania sprawcy: wszystkie cztery ofiary spacerowały samotnie w zachodniej części Los Angeles. Sprawca porwał je, zakneblował i zawiózł do czterech pustych mieszkań w okolicy. W tym miejscu historia robi się nieco najbardziej pokręcona. Najpierw uderzał je dwukrotnie, a później zakładał kondoma i krzyczał z bólu, gdy to robił.

Dudley się uśmiechnął. Breuning przysunął się bliżej. Dudley położył mu rękę na ramieniu.