Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Perfekcyjna śmierć ebook

Helen Fields  

4.19444444444444 (36)
Nowość

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 523 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Perfekcyjna śmierć - Helen Fields

Psychopatyczny morderca znajduje perfekcyjne narzędzie zbrodni…
Czy zdoła nim zadać perfekcyjną śmierć?...

Na wzgórzu w parku zamarza naga dziewczyna.
Szefowa fundacji charytatywnej umiera na tajemniczą chorobę.
Inspektor Luc Callanach i świeżo awansowana nadinspektor Ava Turner nie wiedzą jeszcze, że w Edynburgu grasuje seryjny morderca.
Pozbawia swoje ofiary życia w najzimniejszy, najbardziej okrutny sposób. Umierają powolną, bolesną śmiercią.
Ava i Luc zmagają się z własnymi problemami, a teraz muszą rozwiązać najtrudniejszą sprawę w swojej karierze: zbrodni pozornie bez motywu. Lecz wkrótce odkryją powód, dla którego morderca zabija – tak szokujący, że przekracza wszystko, z czym spotkali się do tej pory…

Opinie o ebooku Perfekcyjna śmierć - Helen Fields

Fragment ebooka Perfekcyjna śmierć - Helen Fields

Redaktor prowadząca serii kryminałów i thrillerów psychologicznych

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Hanna Lachowska

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Victoria Meyo/Shutterstock

Tytuł oryginału

Perfect Death

Copyright © 2017 by Helen Fields

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2018 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6771-5

Warszawa 2018. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Dla Solliego.

Świat można zmieniać wielkimi uśmiechami.

Zapamiętaj to, mój drogi

1

Życie Lily dobiegało końca, tyle że ona sama jeszcze o tym nie wiedziała. Pogładził jej fotografię, która od kilku miesięcy stała przy jego łóżku. Lily pochylała się na niej nad brzegiem stawu i rzucała chleb kaczkom, śmiejąc się, zupełnie nieświadoma, że jej życie się kończy.

Przed wieczorem czekało go jeszcze sporo pracy, ale mógł sobie pozwolić na kilka chwil ze swoim pudełkiem skarbów. Wysunął dolną szufladę nocnej szafki i włożył dłonie w ciemność, by wyłuskać z niej drewnianą skrzynkę. Zrobił ją na zajęciach technicznych w szkole – jeden z niewielu sukcesów w tym przeważnie zmarnowanym okresie jego życia – ale przecież często się przeprowadzał, a nauka nigdy nie przychodziła mu łatwo.

Odsunął wieko i wstrzymał oddech, patrząc na leżące w środku skrawki życia. Broszka w kształcie gałązki wrzosu, inkrustowana kamieniami półszlachetnymi. Pamiętał, ile musiał się napracować w ogrodzie, żeby ją zdobyć. Bolały go plecy, ale nie mógł odpocząć i schować się przed deszczem. Mimo wszystko było warto. Był i maleńki srebrny nóż do papieru, tak często używany i ukochany, że wytarła się część ozdobnych zawijasów na rączce. Szczęśliwa moneta, tak przynajmniej twierdziła jej właścicielka, i nosiła ją zawsze w kieszeni albo portmonetce. I proszę, oto dowód, że nie ma czegoś takiego jak szczęście. Wreszcie ząb. A raczej korona, która wypadła w zamieszaniu i dramacie ostatnich chwil, kiedy cały plan się posypał. Lubił jej gładką powierzchnię, i to jak była ważna w tym życiu, które przerwał. Dokąd po śmierci ucieka energia z ciała? Myślami znów wrócił do szkolnych dni. Słyszał coś wtedy o energii, która zmienia formę, ale nigdy nie przestaje istnieć. Brakowało mu wiedzy, żeby zdać egzamin z nauk ścisłych, ale cieszyła go ta maleńka perełka mądrości. Zastanawiał się, czy dałoby się wdechem przejąć energię od kogoś, kto umiera.

Ułożył przedmioty w skrzynce tak, żeby zrobić miejsce pośrodku i wyobraził sobie tam swoje nowe trofeum. Nad jego właścicielką musiał popracować o wiele dłużej niż nad pozostałymi. Lily trzymała się na uboczu, cieszyła się życiem rodzinnym i ciężko pracowała. Wkrótce będzie miał po niej pamiątkę i będzie mógł się nią rozkoszować, tak jak pozostałymi, na które tak ciężko pracował.

Sprawdził maleńką fiolkę oleju konopnego, który przygotowywał od tygodni. Kupował niewielkie ilości tu i tam, by nie ryzykować podejrzeń przez jedną dużą transakcję. Trzeba było poświęcić więcej czasu, ale było warto. Potem było już łatwo. Wpadkę zaliczył tylko raz, kiedy sprawdzał preparat na sobie i zasnął tak głęboko, że następnego dnia nie obudził się do pracy. Niedobrze. Miał przecież wydatki. Taka złożona operacja wymagała starannego finansowania, a praca fizyczna nie przynosiła kokosów.

Wsunął skrzynkę z powrotem do szuflady i raz jeszcze sprawdził wszystko w myślach. Samochód był gotowy. Wszystkie światła sprawdzone – szkoda byłoby zwrócić na siebie uwagę policji czymś tak głupim jak przepalona żarówka. Pracował tylko w rękawiczkach. Niczego nie dotykał gołymi rękoma. Naoglądał się w telewizji dość kryminałów, by wiedzieć, że dziś szuka się nie tylko odcisków palców. Komórki skóry zawierają dość DNA, żeby stanowić dowód obciążający. Nie chciał dać się złapać. Miał jeszcze tyle pracy. Tylu ludzi potrzebowało jego uwagi.

Wszystko gotowe. Mógł sobie pozwolić nawet na drzemkę. Lepiej wypocząć przed tym, co go czeka. Nie chodzi tylko o stronę fizyczną. Zabijanie to ciężka praca. Każdy, kto sądzi, że człowiek ginie w kilka sekund, jak pokazuje się w serialach kryminalnych, jest idiotą. Śmierć to najczęściej powolny pokaz striptizu. Są sposoby, by zrobić to szybko – strzał z broni, wybuch, rozległy uraz głowy – ale ręczna robota bezwzględnie wymagała więcej czasu. Duszenie i topienie trwa naprawdę długo, a przy tym można samemu odnieść obrażenia. Zadrapania, kopniaki w krocze, złamania kości. Doświadczył tego nie raz.

Leżąc na plecach w łóżku, zamknął oczy. Oczekiwanie było częścią tej gry. Nadmierny pośpiech byłby jak przeczytanie ostatniego rozdziału książki na samym początku. To stopniowy rozwój sytuacji oraz inwestycja w postaci sprawiały, że finał był tak podniecający. Dawniej trudno było mu znaleźć idealne ofiary, a teraz trafił od razu na trzy. Roześmiał się. Szorstki rechot wybuchł w powietrzu jak fajerwerk. Był to okrutny dźwięk, ale przecież on nie był okrutnym człowiekiem. Nie bez powodu. Tylko wtedy, kiedy okrucieństwo było absolutnie konieczne.

2

Hej, kochanie, przyniosę ci kolejnego drinka. – Joe uśmiechnął się do Lily, która wróciła z toalety. Lily przeciskała się między ostatnią dwójką ludzi szukających zapomnienia w pubie w piątkowy wieczór. Nie zauważyła, że jeden z nich wpatruje się w jej pupę, kiedy obróciła się bokiem, by przejść. Trudno się dziwić, pomyślał Joe. Na to ciało aż chciało się patrzeć, ale nie zamierzał wszczynać bójki przez taki drobiazg.

– Joe, teraz moja kolej. Nie musisz mi ciągle stawiać – powiedziała, siadając na stołku obok niego. Siedzieli ściśnięci i przekrzykiwali coraz większy harmider podchmielonych głosów, muzyki i szurania stóp po drewnianej podłodze.

– Oszczędzasz, żeby dostać się na studia? – zapytał, zbierając puste szklanki.

– Przecież wiesz – odparła – ale to nie znaczy…

– I zamierzasz harować jak wół, żeby zostać najlepszym lekarzem świata? – Joe pochylił się, żeby ją pocałować. Tłumek dziewcząt przy ich stole przewrócił oczami, skrywając pod maską niesmaku dezaprobatę i zazdrość.

– Ty wariacie – odparła Lily i oddała pocałunek.

– Wyświadczam światu przysługę, pomagając pannie Lily Eustis, by kiedyś w przyszłości mogła ratować ludziom życie i nie musiała zaczynać studiów obciążona dodatkowo – spojrzał w sufit i przeliczał – ośmioma funtami i czterdziestoma sześcioma pensami długu.

– Poddaję się – wybuchnęła śmiechem Lily. Pocałowała go raz jeszcze i zarumieniona wtuliła twarz w jego szyję.

– Dobra, przyznaję się. Kręcą mnie kobiety w białych kitlach i ze stetoskopami. W ten sposób potajemnie finansuję sobie własny perwersyjny fetysz – rzekł Joe.

Lily żartobliwie klepnęła go w ramię, kiedy odchodził. Nie słyszał kobiety, która gapiła się na niego i gwizdnęła po cichu. Nie zauważył dziewczyny, która siedziała obok nich i patrzyła na Lily zabójczym wzrokiem. Oboje zatracili się w sobie.

Droga do baru przypominała górską wspinaczkę. Ludzie z pełnymi rękoma rozlewali drinki na podłogę. Każdy przepychał się jak najbliżej, a kiedy ktoś został obsłużony poza kolejką, pozostali podnosili głosy. Krzyczano, żeby zmienić muzykę, a ktoś skarżył się, że klientka zamknęła się w jednej z dwóch kabin w damskiej toalecie. W jednym z kranów z piwem trzeba było zmienić beczkę. Joe czekał cierpliwie, uśmiechał się co chwila i wybaczał przypadkowe kuksańce i deptanie po palcach. Miał przecież swoją wymarzoną Lily.

W samochodzie miał wszystko co niezbędne, by spędzić doskonały romantyczny wieczór. Drewno, podpałkę, zapałki, butelkę alkoholu dla rozgrzewki, śpiwór. Nawet pogoda im sprzyjała. Będzie zimno, ale deszcz miał ustać. Zadbał o to, by kilka dni wcześniej sprawdzić miejsce, w które się wybierali. U stóp będą mieli majestatyczną panoramę Edynburga. Jeśli chmury ustąpią, światła miasta będą stanowiły odbicie gwiazd na niebie. W końcu będzie miał Lily tylko dla siebie. I tym razem będzie mógł pokazać jej, ile naprawdę dla niego znaczy.

Jest za zimno, żeby chodzić nago po dworze. To była pierwsza i najbardziej absurdalna myśl, jaka przyszła do głowy Markowi McVeigh. Na ekranie miał obraz z kamery drona, jakiego zupełnie się nie spodziewał. Zimowa szadź i nagie skały – owszem. Puste bure niebo z horyzontem spowitym wieloma warstwami mgły – jak najbardziej. Ale leżąca na ziemi kobieta, z jedną nogą podkuloną, drugą wyprostowaną, z jedną ręką pod głową, a drugą odrzuconą w bok – niemożliwe. Wiatr rozwiewał jej długie rude włosy, które łopotały jak welon na jej oczach. U stóp miała spopielone resztki ogniska. Z boku leżało porzucone pudełko zapałek. Zbliżył drona, próbując przekonać samego siebie, że zobaczy, jak klatka piersiowa unosi się w oddechu. Ale nic z tego. Mark skierował maszynę w stronę twarzy, mając nadzieję, że nie zostanie oskarżony o jakąś perwersję. Modlił się w duchu do wszelkich bóstw, by instynkt go jednak zwiódł. Bardzo chciał się mylić. Dron znajdował się poza zasięgiem wzroku, za urwiskiem. Ostrożnie kontrolował opadanie, nie chciał podlecieć za blisko, na wypadek gdyby kobieta nagle się obudziła i usiadła. Ale bliższe oględziny nie przyniosły mu ulgi. Dron wyposażony był w przyzwoity obiektyw i Mark mógł podziwiać na ekranie sine kolory, które nie miały nic wspólnego z mrozem ani obumarłym na zimę wrzosem. Sine były jej usta, otwarte oczy, żyły i pozbawiona tlenu skóra.

Mark puścił się biegiem. Wiedział, że ten wysiłek nie ma sensu, ale pomysł, by spokojnie iść w stronę zmarłej kobiety, zalatywał brakiem szacunku. Wdrapał się na górę na rękach i na kolanach. Dłuższa, łagodniejsza ścieżka dookoła szczytu nie wchodziła w grę. Kiedy zobaczył dziewczynę, krwawił z pociętych rąk. Leżała jak obraz namalowany na ziemi. Dobrzy mieszkańcy Edynburga żyjący u stóp Góry Artura nie mieli o niczym pojęcia. Nie zważając na obtarte kolana i porozcinane dłonie, Mark popędził w dół osypiskiem, krzycząc do niej.

Dron, a raczej pogięta kupka plastiku i metalu, leżał na ziemi kilka metrów dalej. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że rzucił na ziemię moduł zdalnego sterowania. Nerwowo przeczesywał palcami kieszeń w poszukiwaniu komórki. W końcu dobiegł do niej, klęknął na zmarzniętej ziemi i przycisnął palce do szyi dziewczyny, choć wiedział że ciało w tym kolorze nie może zdradzać pulsu. Choć był pewien, że życie z niej uciekło, zerwał z siebie zimową kurtkę, żeby zakryć nagość dziewczyny. W końcu zadzwonił na policję, podając jak najdokładniejsze położenie na górze, która wznosiła się majestatycznie nad stolicą Szkocji.

Z bliska Mark dostrzegł, że jest młodsza, niż sądził. Mroźna noc pozbawiła ją rumieńców młodości. Pomyślał, że tak jak on musiała chwiać się nad ową groźną przepaścią, która dzieli dojrzewanie od dorosłości. Maleńki diament w kolczyku w nosie błysnął w pierwszych promieniach zimowego słońca, podkreślając blond pasemka misternie wplatające się w jej rude włosy. Z trudem powstrzymywał się, by nie odsunąć włosów z jej twarzy, ale wtedy spojrzałby jej prosto w oczy, a tego nie chciał. Mark wstał, i zerknął ponad urwiskiem, czy ktoś nie nadjeżdża, ale nie widać było żadnych dróg. Latem, bez zwłok, byłaby to cudowna osłonięta kryjówka. Nagle zauważył, że jakieś dwadzieścia metrów dalej w krzakach coś faluje, coś czerwonego.

– Zaraz wracam – powiedział. Wydawało mu się, że niegrzecznie byłoby nic nie powiedzieć, nawet zmarłemu. Bez kurtki zaczął odczuwać chłód. Zmusił się do biegu, żeby się rozgrzać. Zastanawiał się, ile zajmie policji dojazd, bo przecież niełatwo było tu dotrzeć. Sam zostawił samochód ponad kilometr dalej, u stóp wzgórza. Na strome zbocza i skaliste dróżki można było się zapuścić tylko terenówką.

Czerwony przedmiot okazał się koszulą – ciepłą, z grubej bawełny, doskonałą na noc przy ognisku i picie w pubach. Podniósł ją, spojrzał w stronę dziewczyny i oszacował rozmiar. Pasowała. Po kilkuminutowym spacerze w dół zbocza znalazł jeszcze śnieżnobiały stanik zwisający ze skały. Metalowe haftki były w dotyku zimne jak lód.

Mark usłyszał śmigłowiec, zanim go zobaczył. Łopot wirników wystraszył całą zwierzynę i dudnił echem pośród skał. Policyjny pojazd zrobił kółko, zlokalizował zwłoki i przekazał namiary radiowozom, których niebieskie koguty pojawiły się w końcu na dole. Mark niósł znalezione ubrania pod górę, w stronę dziewczyny.

Zza urwiska wychynęła twarz, potem dwie kolejne. Mężczyzna idący przodem podszedł prosto do Marka z wyciągniętą ręką.

– Dzień dobry – odezwał się z przytłumionym, ale wciąż słyszalnym francuskim akcentem. – Jestem inspektor Luc Callanach. Zakładam, że to ty nas wezwałeś? – Mark skinął głową. – Odejdźmy na bok. Jak się miewasz?

– Sam nie wiem – odparł Mark. – Na pewno lepiej niż ta dziewczyna.

Z całą pewnością lepiej, pomyślał Callanach. Miał nadzieję, że śmierć była przypadkowa i zastanawiał się, jak długo będzie patrzył na jej twarz na zdjęciach przypiętych na tablicy w komisariacie. Ciekawe czy ktoś, komu pisane jest danego dnia umrzeć, czuje to, budząc się rano? Czy w domu, nim wybiegnie do pracy czy na studia, ogląda się dodatkowy raz w lustrze, czując że zmieniło się coś we wszechświecie? W chwilowym wybuchu gniewu przeklinał mroźne szkockie powietrze, tutejszą wilgoć i szarość. Dziewczyna zamarzła na kość, widząc pewnie, jak jej ostatnie oddechy wiją się smużką pary. Tak nie powinno się umierać. Gorzka, surowa i samotna śmierć. Miał tylko nadzieję, że nie była jej świadoma.

3

Choć od awansu minęło pięć miesięcy, nadinspektor Ava Turner wciąż cierpiała na chroniczny syndrom uzurpatora. Nie chodziło o to, że ma pod sobą tyle osób, o zebrania, w których powinna uczestniczyć, czy o nowy gabinet. Po prostu nie była już w stanie kręcić się po pokoju operacyjnym i analizować wydarzenia dnia przy kawie czy pośmiać się, kiedy była po temu okazja. Jeszcze mniej podobało jej się to, że wciąż była pod presją, bo musiała dbać o dobro publiczne przy magicznie kurczącym się budżecie szkockiej policji. Miała wrażenie, że ostatnio najczęstszą odpowiedzią, jakiej udzielała, było „nie”. Czy można zatrudnić kolejnego eksperta do danego śledztwa? Nie. Czy Szkocki Wydział Śledczy Policji może dostać jeszcze kilku mundurowych do pomocy w przesłuchaniach? Nie. Czy mogą wypróbować nowe oprogramowanie do filtrowania nagrań z kamer monitoringu? Do jasnej cholery, jak waszym zdaniem brzmi odpowiedź? Nie to, żeby Ava żałowała awansu. Tyle tylko że z każdym krokiem w górę służbowej hierarchii z jej marzeń o czynieniu dobra i rozwiązywaniu zagadek kryminalnych zostawało coraz mniej, za to pojawiało się coraz więcej rozczarowań.

Choć zawodowe życie wiodła coraz bardziej na świeczniku, to w życiu prywatnym odczuwała rosnące osamotnienie. Młodsi stażem pracownicy wydziału śledczego czuli, że dystans dzielący ich od pani nadinspektor jest zbyt duży, by zaprosić ją na wspólne piwo do pubu, zresztą Ava czułaby się zmuszona odrzucić takie zaproszenie, nawet gdyby się pojawiło. Oficerowie z jej szczebla byli z kolei za bardzo zajęci dziećmi i małżonkami, by wychodzić gdzieś po pracy. Ava była w tej grupie najmłodsza, nieco po trzydziestce i na razie niezamężna, więc nie miała takich obowiązków. Jej najlepsza przyjaciółka dała się porwać nowemu związkowi, gorętszemu niż piasek pustyni i nie można było na nią liczyć, póki ona albo jej nowa dziewczyna nie przypomną sobie, że za drzwiami sypialni też jest świat. Najwyraźniej ceną sukcesu są nieskończenie długie wieczory. Ava gapiła się na telefon na biurku. Wolała, żeby nie dzwonił, bo doskonale wiedziała, że nowe zajęcie dla niej może pojawić się wyłącznie czyimś kosztem.

Sierżant Lively, mężczyzna dobrze po pięćdziesiątce i nieświadomy pojęcia politycznej poprawności, wparował do gabinetu bez pukania. Ava zastanawiała się, czy nie przypomnieć mu, że kindersztuba nakazuje uprzedzić o zamiarze wejścia, ale za bardzo ucieszyła się z towarzystwa, by zdobyć się na jakąkolwiek reprymendę.

– Znalazłeś inspektora Callanacha? – zapytała Ava.

– Owszem, pani nadinspektor. Najpierw sprawdziliśmy w męskim kiblu. Najczęściej można go zdybać przed lustrem. Ale o dziwo, tym razem gdzieś wyszedł, żeby popracować jako detektyw.

– Dzięki, sierżancie Lively. Jeśli wyczerpaliście już zapas dowcipasów, to powiedzcie, czym zajmuje się wasz przełożony – odparła Ava.

Lively uśmiechnął się. Od początku nie nadawali z Callanachem na tych samych falach, ale ostatecznie ograniczyli się do starannego unikania się nawzajem i rzucanych od czasu do czasu obelg.

– Niedaleko Góry Artura znaleziono zwłoki. Trzeba będzie przeprowadzić śledztwo, ale ze wstępnych oględzin wynika, że nie było udziału osób trzecich. Patolog był na miejscu. Nie stwierdził widocznych obrażeń czy śladów przemocy. Zwłoki zabrano na sekcję. Pozostaje jedynie identyfikacja. Kiedy tylko ustalimy nazwisko ofiary i poinformujemy rodzinę, powinno pójść z górki. Nie ma sensu zawracać tym pani głowy.

– Mimo wszystko, czy moglibyście poprosić inspektora Callanacha, żeby zdał mi raport, kiedy wróci? Chciałabym wiedzieć, co się dzieje – odparła Ava. Zerknęła na kubek trzymany przez sierżanta Lively’ego. – Jak się domyślam, to raczej nie dla mnie? – uśmiechnęła się.

Lively pociągnął długi łyk.

– Przykro mi, pani nadinspektor. Zaparzyłbym dla pani, ale wiem, że dziś nie wypada. Nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że każe pani podwładnym robić sobie kawę. We współczesnej policji coś takiego nie uchodzi. – I wyszedł.

Ava odchyliła się w fotelu i przeklinała adrenalinę, jaką poczuła na samo wspomnienie nowego dochodzenia. Smutne i chore w życiu policjantów jest to, że kiedy nie mają co robić, nudzą się zamiast się cieszyć, ale taka jest prawda. Stała się tragedia, bo ktoś zmarł na Górze Artura i Ava czuła ulgę, że nic nie wskazuje na przestępstwo, ale musiała się zająć czymś innym niż szukaniem wymówek, by nie pójść na coroczną kolację Szkockiego Wydziału Śledczego Policji.

Jakiś dowcipniś zorganizował ją w tym roku we francuskiej restauracji – jej zdaniem był to sarkastyczny hołd dla inspektora Callanacha, którego pół francuskie, pół szkockie pochodzenie było źródłem licznych żartów, od kiedy rok temu przeszedł z Interpolu do szkockiej policji. Dowcipy z jego akcentu były jednak niczym przy drwinach, które musiał znosić, kiedy koledzy dowiedzieli się, że kiedyś pracował jako model. Callanach miał twarz, na którą trudno było się nie gapić, co kobiety czyniły regularnie. Ciemne oczy, długie rzęsy, mocna szczęka i oliwkowa skóra musiały wyróżniać się w tłumie. Avę nieustannie to bawiło, kiedy wychodzili gdzieś wspólnie. To znaczy kiedy dawniej gdzieś wychodzili, poprawiła się w myślach. Od czasu jej awansu grali w dziwną grę polegającą na tym, że mówili sobie, że muszą wkrótce gdzieś razem coś zrobić, ale nigdy nie precyzowali co i kiedy.

Sięgała właśnie po telefon, by zadzwonić do Callanacha i wypytać go o postępy, kiedy aparat zadźwięczał jej w ręku. Błyskawicznie przyłożyła go do ucha.

– Turner – odezwała się.

– Na Boga, mogłabyś tak nie odbierać telefonów? Wolałabym, żeby ludzie dzwoniący do wydziału śledczego nie odnosili wrażenia, że trafili w sam środek kryzysu, i to już zanim zdążą się przedstawić. Bo przecież nie ma żadnego kryzysu, prawda? – zapytała komendant Overbeck.

– Nie, pani komendant – odparła Ava. – Przepraszam. Miałam właśnie…

– Dobrze już, dobrze. Przygotowałam krótką listę kandydatów na wolne stanowisko inspektora. Pomyślałam, że powinnaś rzucić na nią okiem zanim zaczniemy rozmowy, więc wyślę ci ją dziś po południu. Będę wdzięczna, jeśli jutro w ciągu dnia odeślesz mi swoje przemyślenia. Dostałaś zaproszenie na dzisiejszy koktajl z członkami rady miasta, ale z tego co słyszałam, nie wybierasz się. Dlaczego?

– O rany, to dzisiaj? Mam wizytę u fizjoterapeuty. Nie chciałam zrywać się z pracy, więc umówiłam się na wieczór. Jeśli ją odwołam, to następny termin będę miała za miesiąc – odpowiedziała Ava, ciesząc się że komendant Overbeck wypytuje ją przez telefon, a nie osobiście. Choć od lat obserwowała, jak ludzie przekonująco kłamią podczas przesłuchań, sama wciąż nie opanowała tej sztuki.

– Jeszcze by tego brakowało, żebyś z pracy wychodziła sobie na szybki masaż. Rozumiem, że już za późno, żeby to zmienić, ale na przyszłość pamiętaj, że na tym polega ta gra. Nie opuść kolejnej imprezy. I w przyszłym miesiącu postaraj się znów nie wyrobić zbyt wielu nadgodzin. W końcu trzymamy się budżetu, więc rada nie będzie mi ciosać kołków na głowie. Chciałabym, żeby tak zostało – warknęła Overbeck.

– Tak jest, pani komendant – odparła Ava do głuchej słuchawki. Wysłała maila do doktor Ailsy Lambert, głównej patolog w Edynburgu, prosząc o raport na temat zwłok znalezionych pod Górą Artura, po czym pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia i zaczęła sprawdzać, co grają w kinach. Wolała powtórki starych klasyków, które czasami szły na późnych seansach, ale teraz wystarczyłoby jej cokolwiek, żeby się odmóżdżyć z wielkim kartonem popcornu. Miała szczęście. O jedenastej wieczorem grali Pewnego razu na Dzikim Zachodzie Sergio Leone. Avę czekała randka z Charlesem Bronsonem, a to lepsze niż kolejny samotny wieczór w domu. A już w porównaniu do koktajlu z radą miejską wyglądało to jak wygrana na loterii. Po pierwsze, na kilometr wiało nudą, po drugie, grono osiemdziesięciolatków zwracałoby się do niej „kochaniutka” i oczekiwałoby, że będzie im przynosić drinki tylko dlatego, że jest innej płci. Będą rozmawiać wyłącznie o grze w golfa, a ona miałaby stać w milczeniu i wyrażać podziw. Komendant Overbeck być może zdążyła przywyknąć do tych gierek, które mogły zaowocować awansem, ale Ava miała zarówno mniej tolerancji, jak i mniej ambicji.

Otworzyły się drzwi i ponownie stanął w nich sierżant Lively.

– Dalibyście już spokój – westchnęła Ava. – Jeśli znowu chcecie mnie drażnić kawą, to zalecałabym… – Dostrzegła jego twarz. Zszedł z niej kwaśny grymas wiecznego naindyczenia, za to szyję miał napiętą, a grdyka chodziła mu w górę i w dół, choć nie wydawał z siebie żadnego dźwięku. Dotarło do niej, że sierżant Lively robi wszystko, żeby się nie rozpłakać.

– Mówcie – poleciła.

– Chodzi o nadinspektora Begbie – odezwał się Lively. – Przykro mi.

Ava wstała, bo wiedziała już, co oznacza mina sierżanta. Nie musiał mówić nic więcej.

– Przestańcie przepraszać, Lively, i wykrztuście wreszcie.

– Pani inspektor, nie wiem jeszcze, co się stało. Znaleziono jego samochód. Nie dało się już nic zrobić. Nadinspektor nie żyje.

Ava poczuła ukłucie w piersi. Zabrakło jej tchu, była zdruzgotana. Emocje, jakie nią targały, były jak fizyczny cios. Odszedł jej były przełożony i przyjaciel od kilkudziesięciu lat.

4

W parku Gipsy Brae na północy miasta wiatr zacinał z boku. Niósł ze sobą głosy i wyrywał z rąk zeszyty, szarpał za włosy i pogłębiał surową atmosferę. Drogę odcięto jeszcze przed wejściem do parku. Ava siedziała w samochodzie, bo nie było jej spieszno do oświetlonego w oddali auta Begbiego. Emerytowany niedawno nadinspektor George Begbie był policjantem z krwi i kości. Czasami zrzędliwy, ale cierpliwy, konkretny i zawsze stojący po stronie ofiar. Ava pracowała z nim wiele lat i nigdy się nie zdarzyło, by tracił z oczu to co ważne. W każdym śledztwie ktoś został skrzywdzony albo coś stracił. Nadinspektor walczył o tych ludzi ze wszystkich sił, nie zważając na naciski z góry, nie zwracając uwagi na media, ignorując polityków. Był niezwykle bystry i nigdy nie oczekiwał, że którykolwiek z oficerów będzie pracował dłużej niż on sam.

To Begbie uratował Avę przed mizoginią, która mogła utrącić jej karierę detektywa. Dał jej pracę w wydziale śledczym i promował ją wbrew bardziej oczywistym kandydatom. Nie tak dawno nawet ją zawiesił, póki nie oczyszczono jej z podejrzeń o złamanie protokołu. Wiedziała, że musiało go to zaboleć. Zaczynali jako koledzy z pracy, ale po wielu nocnych spotkaniach na miejscu zbrodni i porankach na dyżurach zostali prawdziwymi przyjaciółmi. Nawet kiedy była podoficerem, Begbie nigdy nie wykluczał jej z zebrań, dostrzegał jej potencjał. O ile reszta wydziału lubiła go i podziwiała, to Ava kochała go jak ulubionego wujka. Takiego, który od czasu do czasu krzyknie i każe jej pracować trzy dni z rzędu bez snu, ale to przecież głównie z jego powodu została policjantką. Nie mieściło jej się w głowie, że odszedł.

Ava zamknęła samochód i ruszyła pieszo, zachodząc w głowę, czemu George Begbie, który lubił ciepłe puby i wygodne fotele, wybrał to puste miejsce, by pożegnać się ze światem. Koszmarnie ponury koniec jak na taką kolorową osobowość: patrzeć na Morze Północne, z wyspą Cramond po lewej i zatoką Granton po prawej, na bezmiar szarego nieba odbijającego się w lodowatej wodzie.

Ava stanęła na szczycie niewielkiej drogi, która schodziła do morza. Jeździły tędy wozy kempingowe i ciężarówki służb porządkowych. A także stary land rover Begbiego. Zaparkował go z dala od pieszych ścieżek, przodem do fal. Nikt z własnej ochoty nie podszedłby do samotnego mężczyzny siedzącego w samochodzie, zwłaszcza tak onieśmielająco wielkiej postury. Ava włożyła biały kombinezon, ochraniacze na buty i rękawice, choć nie miało to już większego znaczenia. Uznano, że śmierć miała charakter samobójczy, co miała tylko potwierdzić sekcja. Z okna samochodu wyjęto plątaninę rur i położono na trawie. Nawet teraz wyglądała groźnie. Wokół rozstawiono parawany, raczej po to, by osłonić teren przed wzrokiem wścibskich, niż by nie dopuścić do zadeptania dowodów. Za parawanami kręciły się sylwetki techników kryminalnych.

Schodząc po łagodnym trawiastym zboczu z rękoma w kieszeniach, Ava pomyślała, że światło dzienne właśnie się kończy i za chwilę trzeba będzie teren doświetlić lampami. Podszedł do niej młody sierżant w nieskazitelnym mundurze i z wymalowanym na twarzy niepokojem.

– Czy mogę prosić o okazanie dowodu tożsamości? – odezwał się.

Ava podała mu legitymację, zbyt zmęczona, by wyjaśniać, kim jest.

– Szkocki Wydział Śledczy Policji w Edynburgu? – zdziwił się policjant. – Nie sądziłem, że to wasz teren.

– Sierżancie, jeśli skończyliście już pouczać nadinspektora, gdzie powinien być i co powinien robić, to może przegonilibyście tamtego człowieka z psem, żeby nie zadeptał trawy? I zwracajcie się do mnie per pani inspektor albo nadinspektor.

– Tak jest, pani nadinspektor – odparł mundurowy, stawiając kołnierz i odchodząc z wiatrem.

Ava wzięła głęboki oddech. Nie lubiła być nieuprzejma, zwłaszcza w sytuacji, kiedy była od kogoś wyższa stopniem. Przez te wszystkie lata jako jej przełożony Begbie wpoił jej jedno: szarża oznaczała odpowiedzialność, trzeba umieć być uprzejmym i słuchać. Zapanowała nad emocjami.

– Gdzie jest doktor Lambert? – zapytała Ava przechodzącą kobietę z techniki kryminalnej.

– Zajęta gdzie indziej – odparła dziewczyna i obeszła Avę, by wyjąć z pudełka nową parę jednorazowych rękawic. Ava chwyciła ją za ramię.

– Zajęta? Przecież zmarł były nadinspektor policji. Dwadzieścia lat spędził w takich miejscach jak to, a teraz ma czekać w kolejce? Muszę wiedzieć, co się stało. Niemożliwe, żeby George Begbie popełnił samobójstwo.

Techniczka zacisnęła szczęki, wyrwała się z uścisku Avy i odsunęła o krok.

– Pół godziny temu minibus z ósemką dzieci wpadł w poślizg i wypadł z drogi. Dwójka dzieciaków nie żyje. To teraz priorytet dla doktor Lambert. A teraz proszę wybaczyć.

– Nie wiedziałam – powiedziała Ava do pleców techniczki. – Przepraszam.

– Nadinspektor Turner? – odezwał się ktoś za jej plecami. Miejsce techniczki zajął jakiś mężczyzna, który wyciągnął rękę na powitanie. – Nadinspektor Dimitri. Nie miałem nigdy przyjemności pracować z Georgem Begbie, ale o ile wiem cieszył się szacunkiem swoich ludzi. Może pozwólmy kryminalnym wykonać ich robotę. Zawsze czuję się przy nich jak piąte koło u wozu. Jeśli pani chce, możemy zaczekać w moim wozie.

– To nie będzie konieczne, ale dziękuję za propozycję – odparła Ava. – Chciałabym jednak zobaczyć zwłoki, zanim zostaną zabrane. Rozumiem, że to pański teren.

– Oddelegowano mnie do tej sprawy, ale zdaje się, że policja nie będzie miała tu nic do roboty. – Przerwał i spojrzał w stronę samochodu Begbiego. – Straciłem kilku współpracowników i wiem jak jest to ciężkie. Sztuka polega na tym, żeby nie zrobić z tego krucjaty. Kiedy człowiek za dużo myśli, zaczyna iść w złym kierunku. Nie próbuję pani zbywać, ale najlepiej niech pani zostawi to nam. Może mi pani wierzyć, że o wszystko zadbam. A jeśli będzie pani chciała jakichś informacji, proszę pytać.

Ava spojrzała na nadinspektora, o którym tylko słyszała, ale nigdy nie poznała go osobiście. Mówił tak cicho, że aż wyciągała szyję, żeby go usłyszeć. Z bliska oczy miał tak bladoniebieskie, że trudno było od nich oderwać wzrok. Biel włosów raczej nie była kwestią wieku. Oceniła na oko, że jest po pięćdziesiątce, choć twarz miał jakby wyrzeźbioną z jakiegoś organicznego materiału, który się nie starzał. Nim zdążyła odpowiedzieć na jego słowa, w pobliżu samochodu pojawiły się nosze z workiem na zwłoki. Ciało przeniesiono do czekającej furgonetki, która miała zawieźć je do miejskiej kostnicy. Niezależnie od hipotez poczynionych przy wstępnych oględzinach miejsca, trzeba było wykonać jeszcze sekcję.

– Odprowadzę panią do samochodu – zaoferował nadinspektor Dimitri.

– Nie ma potrzeby – pokręciła głową Ava. – Jeśli nie ma pan nic przeciwko, chciałabym osobiście przekazać informację żonie George’a Begbiego. Pańscy ludzie mogą potem przyjechać i spisać jej zeznania. Ale dziś wieczorem… Znam ją. Wolałaby na pewno usłyszeć te wieści od kogoś znajomego.

– Rozumiem – odparł Dimitri. – Z nielicznych faktów, które ustaliliśmy, wynika, że jakaś para spacerująca nadmorską ścieżką usłyszała warkot silnika. Minęli samochód, idąc w stronę drogi i zauważyli wąż podłączony do rury wydechowej. Jakoś udało im się otworzyć drzwi, bo tylne od strony pasażera nie zostały zablokowane, ale było już za późno. Wezwali karetkę i policję. Ekipa, która przybyła na miejsce, poprosiła o sprawdzenie numeru rejestracyjnego i tak go zidentyfikowaliśmy. Obawiam się, że wszystko to wygląda na tragiczny standard, jeśli mogę użyć takiego określenia. Na fotelu pasażera z przodu leży pusta butelka po whisky. Grało radio. Żadnych śladów przemocy, żadnych wybitych okien czy zepsutych zamków.

– Dziękuję – mruknęła Ava. – Doceniam pańską uprzejmość. Moi ludzie będą załamani. Poinformuje mnie pan o ostatecznych ustaleniach?

– Oczywiście. Jest w dobrych rękach, obiecuję – zapewnił ją Dimitri.

Ava skinęła głową, wsunęła dłonie głęboko w kieszenie i odeszła. Przed wspinaczką z powrotem do własnego samochodu obejrzała się raz jeszcze w stronę morskich fal bijących o brzeg z siłą tak niszczącą i brutalną jak wieści, które miała przekazać żonie George’a Begbiego.

Dom państwa Begbie stał we wschodniej części miasta, niedaleko Portobello, na rogu St Mark’s Place i Argyle Crescent. Tradycyjny dom, z kamienia w odcieniach od brązowego do poczerniałego od wieku i wilgoci, wyróżniał się od sąsiednich miniaturową wieżyczką z boku. Ava przypomniała sobie, jak szef żartował, że jego dom to prawdziwa twierdza. I rzeczywiście, wyglądał jak miniaturowa kopia zameczku. George z żoną uwielbiali ten dom. Zamieszkali w nim dziesięć lat temu i o ile Ava wiedziała, nie zamierzali się wyprowadzać w najbliższej przyszłości. Ale owa przyszłość nagle zniknęła. Ilekroć Ava ich odwiedzała, dom zawsze pełen był ciepła i śmiechu. Ta wizyta miała wszystko odmienić. Kiedy Ava przekaże tragiczne wieści, nic nie będzie już takie jak dawniej. Ani dla niej, ani, z całą pewnością, dla Glynis Begbie. Czekała dłuższą chwilę w samochodzie, słuchając, jak Mark Knopfler śpiewa o szakalach i krukach. Podświadomie spodziewała się, że żona Begbiego, a właściwie już wdowa, wyjdzie przez frontowe drzwi, wiedziona na ulicę szóstym zmysłem i podejdzie do niej. Ale się nie pojawiła. Ava wyłączyła radio, poprawiła ubranie i przeszła kilka kroków ścieżką do frontowych drzwi.

– Ava! Cudownie, że przyszłaś, kochanie. George mnie nie uprzedził i nie upiekłam ciasta. Co za człowiek. Cały czas ma tyle na głowie…

– Glynis – przerwała jej Ava. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. Ava zawsze określała to jako scenę telewizyjną – już samo niespodziewane zjawienie się policjanta przed drzwiami wystarczyło, by pojawiło się zrozumienie i żal. Ale tym razem to nie zadziałało.

– Wchodźże, szybko. Zamarzniesz przecież. Nie wiem, może to starość, ale ostatnio ciągle mi zimno. Dawaj kurtkę. Zadzwonię do George’a na komórkę, żeby przyjechał. Nie daruje sobie, jeśli się miniecie.

– Glynis – powtórzyła Ava. – Usiądźmy. – Wreszcie. Delikatnie węższy uśmiech, dwukrotne mrugnięcie nim odpowiedziała:

– Oczywiście. Chodźmy do salonu. Przepraszam za ten bałagan, pisałam kartki. Na pewno nie chcesz czegoś ciepłego do picia?

Ava usiadła na sofie i czekała, aż Glynis przycupnie na fotelu.

– Przepraszam, że przynoszę takie wieści, ale George’a znaleziono martwego w samochodzie. Ze wstępnych ustaleń wynika, że to samobójstwo.

Usta Glynis opadły, a na czole widać było zmarszczki. Potrząsnęła delikatnie głową. Ava wiele razy widziała tę chwilę sprzeciwu, niezgody na wieść o śmierci. Czekała, aż Glynis się odezwie. Zawsze zaczynało się od pytania. Gdzie? Kiedy? Jak? W przypadku samobójstw najczęściej: dlaczego?

– Coś było nie tak – odezwała się Glynis ledwie słyszalnym głosem.

Ava patrzyła na nią.

– Znów coś z sercem? Lekarz przekazał mu złe wieści?

Glynis pokręciła głową.

– George o niczym takim nie wspominał. O ile wiem, szybko zdrowiał. Ale od kilku tygodni był jakiś markotny. Zupełnie jak nie on.

– Przepraszam, że pytam, ale czy podejrzewałaś, że może sobie coś zrobić? Mówił o tym? – dociekała Ava.

– Nie. Nie, powiedziałabym komuś. Gdzie teraz jest?

– W drodze do… jedzie do biura Ailsy Lambert. Ona się nim zaopiekuje – zapewniła ją Ava.

– Trochę na to za późno, prawda? W piekarniku mam dla niego kolację. Dużo zieleniny. Nic tłustego ani słodkiego. Nie znosił tego, tej diety, jaką dostał po zawale. Ale zawsze zjadał wszystko bez narzekania. Wcześniej co piątek jedliśmy w nagrodę ciastko z kremem. Od sześciu miesięcy nawet go nie tknął. Myślę, że tego mu najbardziej brakowało.

– Glynis, jeśli chcesz, to podzwonię, gdzie trzeba. Powinnaś być teraz z rodziną.

– Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym najpierw zobaczyć George’a. Jeśli się nie mylę, powinna być sekcja zwłok?

– Tak – szepnęła Ava.

– Jak to zrobił? – zapytała Glynis przez zaciśnięte mocno i drżące usta.

– Spaliny z rury wydechowej – odparła Ava. Glynis próbowała wstać z fotela, zachwiała się i usiadła ponownie. – Przyniosę ci szklankę wody. Nie próbuj wstawać. – Poszła do kuchni i zaczęła otwierać szafki w poszukiwaniu szklanki. Nagle usłyszała za plecami szuranie stóp.

– Czy cierpiał? Powiedz mi prawdę, Ava. Przez trzydzieści pięć lat byłam żoną policjanta. Nie musisz mnie okłamywać.

Ava odkręciła kran z zimną wodą i zastanawiała się, jak odpowiedzieć na to pytanie. Żona George’a Begbiego nie była pierwszą naiwną i na pewno musiała słyszeć o szczegółach dochodzeń prowadzonych przez wydział śledczy. Ot, bagaż doświadczeń żony oficera policji.

– Ból głowy, nudności. Musiał mieć zawroty głowy. Pewnie też czuł panikę, jeśli nie stracił przytomności do chwili, kiedy ciału zaczęło gwałtownie brakować tlenu. Być może czuł ból w piersi, zwłaszcza po jego przejściach. Może na koniec jakiś rodzaj zawału – mówiła Ava. – Przepraszam. Żałuję…

– Przestań – przerwała jej Glynis. – Poproszę o tę wodę.

Ava podała jej szklankę i oparła się o szafki, pocierając skronie.

– Mówiłaś, że coś było nie tak. Możesz to sprecyzować? – poprosiła Ava.

– Było kilka rozmów telefonicznych późnym wieczorem. Parę razy na komórkę, co najmniej raz na stacjonarny. Nigdy nie zwierzał się, kto dzwonił. Obracał to w żart, żeby mnie zmylić. A kiedy pojechaliśmy na zakupy, pod drzwiami progu ktoś nam zostawił paczkę. Bez opisu. Powiedziałam, że powinniśmy zadzwonić na policję. Wiedział, że wciąż ktoś może mieć do niego uraz, w końcu wsadził za kratki tylu ludzi. Zabrał paczkę do swojej szopy, a potem powiedział, że to jakieś badziewne darmowe próbki. Zawsze wiedziałam, kiedy kłamie.

– I sądzisz, że cokolwiek to było, mogło stanowić powód, żeby sobie…? – Ava nie dokończyła.

– George nienawidził samobójstw. Mawiał, że to najokrutniejsza rzecz, jaką można uczynić innemu człowiekowi. Jeśli masz rację i to właśnie zrobił, to znaczy, że kompletnie nie znałam człowieka, z którym spędziłam ponad połowę życia. A teraz chcę pojechać i go zobaczyć.

Pół godziny później przyjechały do miejskiej kostnicy w Edynburgu. Doktor Ailsa Lambert powitała ich w drzwiach, biorąc Glynis w ramiona. Ailsa z trudem powstrzymywała łzy, prowadząc je do sali sekcyjnej. Na stalowym stole pod prześcieradłem leżało ciało.

– Przepraszam, że nie mogę zaproponować niczego lepszego niż ta sala. Wszystkie inne pomieszczenia są pozajmowane. Na pewno jesteś na to gotowa, Glynis? Jeśli chodzi o formalności, sama mogę go zidentyfikować. Nie musisz rujnować sobie wspomnień o George’u tym widokiem – zapewniła ją Ailsa.

– Muszę – odparła Glynis, ściskając chusteczkę w dłoni i wpatrując się w okryty prześcieradłem kształt człowieka, którego kochała od kilkudziesięciu lat.

Ailsa podniosła prześcieradło, odsłaniając gołą głowę i ramiona. Glynis nabrała powietrza. Ava wyciągnęła rękę, by objąć jej ramiona. Kusiło ją, by odwrócić wzrok, ale nie mogła sobie pozwolić na tchórzostwo w chwili, w której Glynis musiała być tak dzielna. Mimo wszystko widok był okropny. Śmierć zawsze jest najbardziej ostateczna, kiedy trzeba jej spojrzeć w twarz. Ava patrzyła wściekła na opuszczoną żuchwę nadinspektora, na policzki zwisające w stronę uszu. Tak jakby jego ciało przestało już udawać, że jest człowiekiem. Życie dosłownie z niego uciekło.

– Dlaczego jest taki czerwony? – zapytała Glynis.

– Tak czasem bywa po śmierci z zatrucia tlenkiem węgla – wyjaśniła Ailsa. – Możesz potwierdzić, że to George?

– Tak – odparła Glynis. – O Boże, to naprawdę on. – Odwróciła się i wyszła na korytarz. Ava zostawiła ją samą.

– Ailsa, miałaś czas, żeby mu się przyjrzeć? Masz dla mnie jakieś wieści? – zapytała Ava.

– Miałam wszystkiego kilka minut. Urwanie głowy przez cały dzień. – Ailsa zakryła twarz Begbiego prześcieradłem.

– Słyszałam – odpowiedziała Ava. – Przepraszam. Na pewno wiele rodzin cię teraz potrzebuje.

– Tak, ale George był moim przyjacielem. Pracowałam z nim, kiedy jeszcze chodziłaś do szkoły. Nigdy nie sądziłam, że będę musiała zrobić mu sekcję. Ale objawy wskazują na klasyczne samobójstwo przez zatrucie tlenkiem węgla. Widzisz ten wiśniowy odcień skóry? To znaczy, że nawdychał się tego gazu. Jeśli liczysz, że powiem ci, iż ktoś go zabił i tam usadził, to nic z tego. Nie ma żadnych obrażeń. W samochodzie nie był związany. Nie bronił się.

– Zupełnie nic? – dopytywała Ava. – Naprawdę, Ailsa? Znałaś go lepiej niż ja i wiesz, że by się na coś takiego nie zdecydował.

– Tego nigdy nie wiadomo. Ludzie się załamują, Ava. Dostają złe wieści, ponoszą stratę, przestają pracować i nagle w ich życiu pojawia się pustka. Pewnego dnia patrzą w lustro, widzą, jak się postarzeli i wpadają w przerażenie.

– To tchórzostwo – powiedziała Ava. – To nie w jego stylu.

– Samobójstwo to akt najbardziej ludzki i samotny. Nie masz prawa go osądzać – odparła Ailsa.

Zapadła cisza. Ava wyciągnęła rękę do wielkiego mężczyzny pod prześcieradłem, ale cofnęła ją i odwróciła się do ściany.

– Wiem. Przepraszam. Nie chciałam, Ailsa. Po prostu czuję się, jakbym go zawiodła. Może powinnam była go częściej odwiedzać po zawale. Powinnam była sprawdzić, jak sobie radzi. Żyłam dzień za dniem i zawsze brakowało mi czasu.

– Zawsze przy okazji samobójstwa ci, którzy zostają, odnoszą je do siebie – pytają, czego nie zrobili, nie powiedzieli, o czym zapomnieli. Ava, nie chodzi o ciebie. Nie chodzi o Glynis, o ich dzieci, ani nikogo innego. Chodzi o sytuację, w jakiej znalazł się George. Szczerze mówiąc, nie liczę na to, że podczas sekcji coś znajdę, choć odezwę się do jego lekarza, żeby sprawdzić ostatnie badania. Na jego ciele nie ma żadnych śladów poza tym. – Ailsa obeszła stół i podniosła prześcieradło po lewej stronie ciała George’a Begbiego. – Tu, na wewnętrznej stronie nadgarstka. Z powodu zaczerwienienia skóry ledwo widać, ale wygląda to jak litery, choć niedbale nakreślone. Duże „N” i obok małe „c”. Podejrzewam, że zostały wydrapane na ręce.

– Nic mi to nie mówi – odparła Ava. – „N c”. Sprawdzę to. A teraz zawiozę Glynis do domu. Jest spokojniejsza niż mogłam przypuszczać, choć z pewnością jest wciąż w szoku. No i w końcu była żoną wieloletniego oficera policji. Pewnie przez lata w głębi duszy czekała, aż ktoś zapuka do drzwi. Trochę potrwa, nim to do niej dotrze. Będzie musiała powiadomić resztę rodziny. Daj mi proszę znać, kiedy będziesz miała pełne wyniki sekcji.

– Oczywiście. Ty też wróć do domu i trochę odpocznij. Jeśli dni takie jak ten czegoś nas uczą, to tego, że nie znasz dnia ani godziny. Liczy się każda chwila.

5

Ch-chciałbym pracować jako wolontariusz – odezwał się mężczyzna, a jego grdyka poruszała się niemal niezależnie od reszty ciała.

– Ale wiesz, że nie dostaniesz pensji? Nie mamy teraz żadnych etatów – odpowiedziała kobieta ubrana w krzykliwy strój, w jakim mogłaby spokojnie paradować po wybiegu podczas ekstrawaganckiego London Fashion Week.

– Wiem. Nie chodzi mi o pieniądze. Naprawdę ch-chcę pomóc. Robicie tu dobrą robotę – zapewnił.

– Masz jakieś inne źródła dochodu, skoro możesz pracować za darmo? – zainteresowała się kobieta, obrzucając go od stóp do głów wzrokiem pełnym niedowierzania.

– P-pracuję gdzieś indziej – wymamrotał. – Pomyślałem, że mógłbym poświęcić kilka godzin w t-tygodniu. Nawet gdybym miał tylko parzyć kawę albo przerzucać papierki.

Westchnęła, wyciągnęła kartkę z szuflady i klikała przyciskiem długopisu, czekając, aż chłopak dokończy zdanie.

– Mogę cię zapisać, ale nie jestem pewna, czy mamy coś dla ciebie.

– W porządku, Sian. Ja się panem zajmę – odezwała się inna kobieta z łagodnym uśmiechem, kładąc rękę na ramieniu ofiary mody. – Zapraszam do mojego gabinetu. Nazywam się Cordelia Muir. A ty?

– Jeremy – odparł mężczyzna i poszedł za nią, czując, jak ciężar spada mu z barków. Kobieta miała między czterdzieści a pięćdziesiąt lat, choć drobna budowa kości, staranne nawilżanie skóry i szczupła sylwetka utrudniały precyzyjną ocenę. Media podawały kilka różnych dat jej urodzin, ale każdą należało traktować z dystansem. W jednym były zgodne – jej fundacja charytatywna pomagała wielu krajom w Afryce. Crystal pomagała dostarczać czystą wodę: edukowała lokalne społeczności, jak budować studnie, a potem wspierała finansowo, by mogli upowszechniać tę wiedzę w sąsiednich wioskach, tak by sieć zrównoważonych systemów wodnych zaczęła oplatać kraj jak życiodajna pajęcza sieć, zmieniając życie ludzi i dając im bezpieczną przyszłość.

– Jeremy, muszę powiedzieć, że to niezwykle hojne z twojej strony, że chcesz pracować jako wolontariusz. Sian zajmuje się u nas bieżącym administrowaniem i potrafi być dość sztywna, ale nie chciała cię urazić. Mam nadzieję, że cię nie zraziła, ale miała rację, zaznaczając, że nie możemy ci zapłacić. Mamy ograniczone środki i bardzo pilnuję, by jak największa część datków trafiała do potrzebujących. Nie mamy najdroższego biura ani zastępów pracowników.

– D-dlatego tu jestem – wtrącił Jeremy ze spuszczoną głową. – Czytałem o was. Dlatego chciałbym pomóc. Wyglądacie… – Mrugnął kilka razy i przygryzł dolną wargę. – Wyglądacie na dobrych ludzi.

– To miłe, co mówisz – odparła. – I jeśli rzeczywiście chciałbyś nam pomóc, to serdecznie zapraszam. Opowiesz mi coś o sobie?

Jeremy zarumienił się, wziął głęboki oddech i spiął się w sobie, by mówić i patrzeć jej w oczy.

– Mam dwadzieścia pięć lat – zaczął. – Lubię pomagać ludziom. – Mówił powoli, z namysłem, ważąc każde słowo. – W-wychowałem się w rodzinie zastępczej. Mili ludzie. Chciałbym spłacić dług. Od czasu do czasu pracuję jako ogrodnik. Ale w zimie nie za bardzo jest g-gdzie.

– No tak – odparła cicho Cordelia. – Rozumiem tę potrzebę spłacenia długu. Ja miałam szczęście. Moi rodzice pochodzili z Kenii, ale z bogatych rodzin. Przeprowadziliśmy się tu, kiedy miałam zaledwie cztery lata, w czasach kiedy integracja rasowa dopiero się zaczynała. Ojciec pracował w branży finansowej. Posłał mnie do przyzwoitej szkoły, jeździłam na wakacje za granicę, nie musiałam zaciągać kredytu na studia. Po studiach wpadłam w tryby korporacji, zarabiałam górę pieniędzy dla ludzi, którzy i tak mieli dość majątku. Po pewnym czasie miałam dość i chciałam znaleźć jakiś cel w życiu. I tak znalazłam się tutaj. Możliwość niesienia pomocy ludziom w Afryce to najlepsze, co mogło mi się przydarzyć. Wiesz co, myślę, że naprawdę nam się tu przydasz. Najważniejsze dla mnie jest to, by pracować z ludźmi nastawionymi pozytywnie i chętnymi do pomocy. Może wpadniesz w przyszłym tygodniu, posiedzisz z nami kilka godzin, żeby zobaczyć, co robimy i do czego mógłbyś się przydać? Jeśli ci się spodoba, może będziesz wpadał częściej? A na razie wypełnij kwestionariusz osobowy i podaj nazwisko kogoś, kto może ci wystawić referencje, jeśli masz kogoś takiego.

– Mam – kiwnął głową Jeremy, pozwalając sobie na nieśmiały uśmiech.

– Może zanim wyjdziesz, zrobię ci kawę, żebyś sam się przekonał, jak kiepsko to robię. Wszyscy w biurze będą zachwyceni, że ktoś inny niż ja zajmie się czajnikiem.

Podała Jeremy’emu kwestionariusz z rubrykami na podstawowe dane – adres, numer ubezpieczenia, kontakt telefoniczny, kontakt do kogoś bliskiego w razie wypadku – oraz długopis, po czym wyszła, żeby szczękać kubkami i łyżeczkami przy zlewie. Jeremy szybko wypełnił druk, po czym rozejrzał się po gabinecie Cordelii Muir. Na honorowym miejscu na biurku stało rodzinne zdjęcie, z dziećmi. Starsza dziewczyna i chłopak. Sądząc po wyglądzie Cordelii, fotografię zrobiono jakiś czas temu. Jeremy dowiedział się wcześniej, że córka już studiuje, a syn chodzi do liceum w Edynburgu. Patrząc przez szklaną ściankę, jak Cordelia otwiera lodówkę, by wyjąć karton mleka, zastanawiał się, czy będzie miała coś przeciw, jeśli weźmie zdjęcie do ręki.

– Ma pani piękne dzieci – odezwał się Jeremy, kiedy wróciła z dwoma kubkami.

– Dziękuję – odparła i postawiła przed nim parującą kawę. Najwyraźniej nie miała nic przeciwko temu, że trzyma w ręku cenną fotografię. – Mąż zmarł dwa lata temu. Kiedy robiliśmy to zdjęcie, był śmiertelnie chory. Córka poradziła sobie z tym lepiej niż syn. Randall ma dopiero siedemnaście lat. W wieku dojrzewania chłopców powinien wychowywać mężczyzna – uśmiechnęła się.

– Mój ojciec zmarł, kiedy miałem d-dwa lata – powiedział Jeremy i odstawił zdjęcie na biurko. – Zginęli z matką w wypadku autobusu. Rodzice zastępczy starali się jak mogli, ale dojrzewanie bywa trudne. Potrafiłem b-być niewdzięczny.

– Jestem pewna, że nie byłeś gorszy niż inne nastolatki. A przecież musiało być ci ciężej niż wielu innym. Rodzice na pewno byliby dziś z ciebie dumni – uśmiechnęła się. – Wypełniłeś już formularz? Cudownie. Więc może wpadniesz w poniedziałek rano? Rozpoczynam nowy projekt i przyda mi się pomoc. Niestety, nic szczególnie spektakularnego, ale miło byłoby cię mieć do pomocy.

Jeremy rozpromienił się i drżącymi rękoma podniósł kubek, popijając łyk kawy.

– B-będę zaszczycony – odparł. – Dziękuję, pani Muir.

– Cordelio. Zwracamy się tu do siebie po imieniu – wyjaśniła. – Los nam cię zesłał, Jeremy. Mocno wierzę w zrządzenia losu. Witaj w zespole.

Inspektor Callanach czekał w gabinecie Avy Turner. Wstał, kiedy weszła.

– Luc – powitała go. – Jakie wieści w sprawie zwłok spod Góry Artura?

– Na razie niewiele, pani inspektor – odparł Callanach, opadając na fotel, kiedy machnęła mu ręką, żeby usiadł.

– Możesz przestać mówić do mnie „pani inspektor”? Przy ludziach, owszem, ale nie kiedy jesteśmy sami. Wiesz, jak mnie to krępuje.

– A mnie krępuje brak tego zwrotu – odrzekł. – Słyszałem o nadinspektorze. Chciałem zobaczyć, jak się trzymasz i zapytać, czy ci w czymś nie pomóc.

– Chcesz się po pracy ze mną nawalić, odholować mnie bezpiecznie do domu, przytrzymywać mi włosy, kiedy będę rzygać, a potem spędzić całą noc przy łóżku, żebym na pewno się nie udławiła? – Ava położyła głowę na biurku. – Boże, przepraszam. Sama nie wiem, co wygaduję. Wszyscy już wiedzą?

– Wie sierżant Lively – stwierdził Luc. – Więc równie dobrze można to ogłosić publicznie. Mogę to zrobić, jeśli tego chcesz. – Ava wyglądała na zdezorientowaną. – Przytrzymać ci włosy i pilnować, żebyś się nie udławiła.

– Jestem pewna, że masz lepsze plany na wieczór – powiedziała Ava, choć podejrzewała, że nie ma. Callanach wyglądał jak model i oglądano się za nim na ulicy, ale od czasu, kiedy współpracowniczka z Interpolu fałszywie oskarżyła go o gwałt, stał się odludkiem. – Zresztą i tak mam mnóstwo pracy. Opowiedz o tej dziewczynie spod Góry Artura.

– Nazywa się Lily Eustis. Dziewiętnaście lat. Zrobiła sobie rok przerwy po maturze, żeby zarobić na czesne. We wrześniu miała rozpocząć studia medyczne w St. Andrews. Powiadomiliśmy rodzinę. Mama, tata, siostra. Odebrałem zgłoszenie, ale nie wygląda to na sprawę dla wydziału śledczego. Ze wstępnych ustaleń wynika, że zmarła z powodu wychłodzenia.

– Jak się dostała na górę? – zapytała Ava.

– Tego jeszcze nie wiemy. Nie ma własnego samochodu, mieszka z rodzicami. Wygląda na to, że wczoraj wieczorem wyszła z kimś znajomym do pubu i nie wróciła do domu. Niecodzienna sytuacja, ale zdarzało się to już wcześniej. Choć rodzice twierdzą, że wtedy dzwoniła do nich, żeby uprzedzić, u kogo nocuje.

– Rozmawialiście z tą osobą, z którą poszła do pubu? – dociekała Ava, robiąc notatki.

– Nikt nie wie kto to. Rodzice podejrzewają, że to mężczyzna, ale pewności nie mają. Siostra dzwoniła do przyjaciół Lily, ale nikt nie wie nic więcej.

– Na razie zostawmy tę sprawę w wydziale śledczym. Ailsa powinna wykonać sekcję Lily w pierwszej kolejności. Informuj mnie.

Callanach wstał.

– Może odwiozę cię później do domu? – zaproponował. – Możesz zostawić samochód na posterunku. Odwiozę cię i przywiozę z powrotem rano.

– Uważasz, że nie jestem w stanie jeździć? Luc, jestem smutna, nie pijana – odparła Ava i westchnęła. – Boże, przepraszam. Schrzaniłam to. Miło, że to zaproponowałeś, ale nic mi nie będzie, serio. Muszę poinformować zespół o śmierci nadinspektora. Będą chcieli poznać szczegóły. Możesz zebrać wszystkich w sali odpraw o trzeciej po południu?

– Jasne – odparł Callanach. – Do tego czasu będzie już dostępne nagranie z drona z miejsca, gdzie znaleziono Lily Eustis. Załatwię ci kopię, żebyś mogła obejrzeć po zebraniu.

– Świetnie, a potem możemy razem wpaść do Ailsy do kostnicy. – Telefon Avy rozdzwonił się i Callanach zabrał się do wyjścia. – Chwileczkę, Luc! – krzyknęła za nim. – Na pewno? – zapytała rozmówcę w słuchawce. – Sprawdziłaś dokumenty? Nie, na razie jej tu nie przysyłaj. Najpierw muszę z nim porozmawiać. Jest u mnie w gabinecie. Daj mi pięć minut. Oddzwonię.

Luc stał oparty plecami o drzwi Avy, z rękoma w kieszeniach i głową zwróconą na bok.

– To Astrid? – zapytał. – Wiedziałem, że się nie odczepi, ale zjawić się tutaj, po tym co zrobiła…

– To nie ona – przerwała mu Ava. Wiedziała jak ciężko byłoby Lucowi stanąć twarzą w twarz z Astrid, kobietą, która wrobiła go w fałszywe oskarżenie o gwałt. Ale pod wieloma względami spotkanie z kobietą czekającą na niego na dole zapowiadało się jeszcze gorzej.

– Luc, nie wiem co się stało. Na dole czeka twoja matka, nie wyjaśniła, po co przyjechała.

Luc przeczesał ręką włosy, szukał odpowiednich słów, ale ich nie znalazł.

– Nie chcę jej widzieć – odezwał się w końcu, a Ava obeszła biurko i stanęła bliżej niego.

– Rozumiem – odparła. – Masz wszelkie prawo, by tak się czuć. Zostawiła cię, kiedy jej potrzebowałeś…

– Nie chodziło o to, że zostawiła. Nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić. Zostałem oskarżony o gwałt, którego nie popełniłem. Załamało mnie to. Nie wiedziałem nawet, czy zdołam przebrnąć przez proces. Matka była jedyną osobą, która powinna była wiedzieć, bez wątpliwości, że tego nie zrobiłem, że nie mam w sobie nic z takiego potwora. Wyjechała, kiedy przygotowywałem się do procesu. I wtedy zacząłem sam w siebie wątpić. Bywały chwile, kiedy wydawało mi się, że zgwałciłem Astrid i po prostu wymyśliłem sobie w głowie zupełnie inną rzeczywistość. Jak mogę być niewinny, skoro własna matka nie jest w stanie ze mną zostać i mnie wspierać?

– Luc, przykro mi, że tak to tobą wstrząsnęło. Ale ona tu jest. Na dole, czeka na ciebie. Skoro przyjechała, to musi mieć istotny powód. Nie chcesz się przekonać jaki?

– Nieszczególnie – odparł.

– Mam zejść na dół i z nią porozmawiać? – zaproponowała Ava.

– Zmieniła numer telefonu – powiedział Luc. – Dzwoniłem do niej, nagrywałem wiadomości, pisałem SMS-y. Mailowałem. Pisałem listy. Ten ciągły brak odpowiedzi stopniowo zabijał naszą więź. Ava, to trwało miesiące. Minęło wiele miesięcy od chwili, kiedy wyjechała, do czasu, kiedy sprawa sądowa została umorzona i stałem się wolnym człowiekiem. Nie potrafiłem zrozumieć, czemu nie była w stanie wesprzeć mnie przed procesem, ale potem miała ponad rok, żeby się ze mną skontaktować. Nie ma na to wymówki, nie da się wytłumaczyć takiego traktowania własnego dziecka.

– Luc, proszę. Moja matka zmarła. Kiedy wiedziałam już, że umiera, było za późno, żeby odzyskać lata, kiedy byłam za bardzo zajęta, za bardzo skupiona na sobie, by z nią pobyć. Nie miałam szansy, żeby wybaczyć jej wszystkie te wyolbrzymione zadry z okresu dorastania. Nie chcę, żebyś popełnił ten sam błąd – powiedziała Ava.

– Ava, to moje życie, nie twoje. I to nie są wyolbrzymione zadry. To były mordercze ciosy. Nie popełniam żadnego błędu – odparł.

– Rozumiem. Naprawdę. Ale zejdź na dół i stań z nią twarzą w twarz. Może po prostu powiedz jej, co czujesz. Zakończ to jakoś. Nadejdzie kiedyś dzień, kiedy jeszcze za to podziękujesz – przekonywała go. Luc podszedł do drzwi. – To co, porozmawiasz z nią?

– Potraktuję ją tak samo, jak ona potraktowała mnie – odrzekł. – Będzie mogła nagadać się do woli. Może mnie błagać o przebaczenie, może mówić, że mnie potrzebuje i tak dalej. A potem wymażę ją na zawsze ze swojego życia.