Pensjonat Samotnych Serc - Zofia Ossowska - ebook + audiobook + książka

Pensjonat Samotnych Serc ebook i audiobook

Ossowska Zofia

4,4

Opis

Wzruszająca powieść o wielkiej miłości dla wielbicieli "Alibi na szczęście" i "Domu nad rozlewiskiem".

Tego miejsca nie znajdziesz w Internecie. Nie mówią też o nim w telewizji. Mimo to wszyscy wiedzą, że w pobliżu jednego z mazurskich jezior, pośród drzew i krętych leśnych alejek znajduje się Pensjonat samotnych serc. Stary, piętrowy dom, w którym zawsze możesz liczyć na wsparcie i zrozumienie. Dom, którego gospodyni, pani Wiesia, robi najlepszą szarlotkę na świecie i wszystkich gości traktuje jak własne dzieci.

Dom, którego tak bardzo teraz potrzebujesz.

Matylda przyjeżdża do Pensjonatu z tajemnicą, której boi się wyjawić nawet pani Wiesi. Dlaczego milczy i codziennie płacze przed snem? Przed kim się ukrywa? Kogo tak bardzo się boi?

Jedyna osoba, przy której Matylda czuje się bezpiecznie, to syn pani Wiesi, pomagający kobiecie przy prowadzeniu Pensjonatu i próbujący dojść do siebie po rodzinnej tragedii. Dwa samotne serca dostaną szansę zabić tym samym rytmem. By tak się jednak stało, Matylda musi stawić czoła bolesnej przeszłości, która nie daje o sobie zapomnieć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 47 min

Lektor: Lena Schimscheiner

Oceny
4,4 (245 ocen)
146
56
28
13
2

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

Wiesława Kasiuk mawiała, że wszystkie zawody miłosne prowadzą do Pensjonatu Samotnych Serc – piętrowego domu stojącego w lesie nieopodal mazurskiego jeziora Mamry. W czasie drugiej wojny światowej budynek miał tylko parter. Mieszkała w nim nastoletnia matka pani Wiesi wraz z rodzicami. Podobno w latach czterdziestych w lesie wybuchł pożar, który strawił tysiące drzew, ale ogień na szczęście nie dotarł do posesji Szemplińskich. Matka pani Wiesi powtarzała, że to nie mógł być przypadek.

– Może ten dom ma jeszcze jakąś ważną rolę do odegrania? – zastanawiała się.

Wtedy jeszcze nie wiedziała, że jej słowa okażą się prorocze.

Młoda Wiesława była domatorką, nie przepadała za dalekimi wyprawami. Choć mama dwoiła się i troiła, by przekonać córkę do wyfrunięcia z gniazda, dziewczyna wiązała swoją przyszłość z ojcowizną. Dom budził w niej same dobre wspomnienia – poranne spacery po lesie, kąpiele w jeziorze i pomaganie rodzicom przy uprawie warzyw w niewielkiej szklarni. Dla dojrzewającej Wiesi proza życia była największym skarbem. Ponad wszystko ceniła sobie czas spędzony z bliskimi i nie potrzebowała do szczęścia niczego więcej.

Gdy dziewczyna miała dwadzieścia lat, do graniczącej z lasem wsi Borówki zjechała rodzina Kasiuków. Plotkowano, że miała arystokratyczne korzenie, a Bogusław Kasiuk podczas wojny kolaborował z Niemcami. Ludzie gadali, że po przegranej nazistów mężczyzna próbował dogadać się z Rosjanami, ale ci ostatecznie odebrali mu wszelkie przywileje. Kasiukowie zamieszkali w starej drewnianej chacie na obrzeżach wsi. Uchodzili za chłodnych, tajemniczych i zachowawczych.

Wkrótce Wiesia miała się przekonać, że plotki na ich temat nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.

Rodzina Kasiuków od początku traktowała ją jak swoją. Młoda Szemplińska odwiedzała ich często, dorabiając na sprzątaniu i gotowaniu. Teresa Kasiuk chorowała na stwardnienie rozsiane, dlatego z czasem Wiesia została też jej pielęgniarką. Nie robiła tego dla pieniędzy. Lubiła spędzać czas z Kasiukami. Uświadomili jej, że nie powinno się oceniać ludzi na podstawie pogłosek. Wiesię cieszył każdy uśmiech na twarzy pani Teresy, doceniała te krótkie okresy, gdy kobieta nie narzekała na silny ból. Z czasem zaczęła sobie wyobrażać, że ma dwie rodziny. Czuła, że jej życie nabiera sensu, a ona jest komuś potrzebna.

A była potrzebna, i to bardzo. Nie tylko pani Kasiukowej, lecz także jej synowi.

Staszek od dawna zabiegał o względy Wiesi, ale dziewczyna konsekwentnie go zbywała. Istotną rolę w tej sprawie odegrała jej matka, która nalegała, by córka związała się z kimś tutejszym.

– Ale Kasiukowie są tutejsi, mamo – tłumaczyła Wiesia. – Mieszkają tu już trzeci rok. Poza tym bardzo dobrze mnie traktują. Lepiej niż ktokolwiek!

– Lepiej niż ja? – Bogusława Szemplińska próbowała odepchnąć od siebie myśli, że jest zazdrosna o własne dziecko.

– Ależ skąd! – Wiesia mocno wtuliła się w kobietę. – Przecież mamę mam tylko jedną!

Pani Szemplińska pogłaskała dziewczynę po głowie.

– W takim razie zaufaj jej, proszę. Bo matka zawsze chce jak najlepiej dla swojego dziecka.

Przez kolejny rok Wiesia stopniowo zbliżała się do Staszka, którego widywała prawie codziennie. Jednocześnie musiała nieustannie odpierać adoratorów, których podsuwała jej matka. W końcu pani Szemplińska odpuściła. Uświadomiła sobie, że jej córka podjęła już decyzję.

Zakochani pobrali się pół roku po tym, jak dostali błogosławieństwo rodziców Wiesi. Przez czterdzieści pięć lat tworzyli zgodne, kochające się małżeństwo. Doczekali się syna Artura, który był dla nich największym skarbem. Prowadzili spokojne życie w leśnym domu i opiekowali się podupadającymi na zdrowiu rodzicami kobiety. Wkrótce Artur wyprowadził się z domu, ale regularnie odwiedzał rodzinne strony. Niedługo potem państwo Szemplińscy zmarli w odstępie miesiąca. Wiesia z mężem czuli się coraz bardziej samotni, a gdy Artur wyjechał do Niemiec, by zarobić na dom dla swojej rodziny, kobieta bardzo to przeżyła. Przecież zawsze miała syna w pobliżu.

Na szczęście pod nieobecność młodego Kasiuka jego żona i córeczka przeniosły się do Borówek. Obecność ukochanej wnuczki i synowej na jakiś czas odwróciła uwagę pani Wiesi od tęsknoty za synem. Z czasem jednak kobieta zaczęła coraz częściej chodzić od okna do okna, sprawdzając, czy przypadkiem przed domem nie pojawił się znajomy samochód. Uwielbiała, gdy Artur lub ktoś znajomy składał jej niezapowiedzianą wizytę. W jej domu zawsze pachniało szarlotką, którą wszyscy tak uwielbiali. Pani Wiesia zawsze robiła dwie wersje ciasta – jedno z bezą, a drugie z budyniem i cynamonem. Artur uwielbiał bezowe. Wszyscy inni – budyniowe.

Kilka lat temu Stanisław Kasiuk zmarł na rozległy zawał. Po śmierci męża pani Wiesia długo nie mogła dojść do siebie. Przecież tak bardzo o niego dbała. Pilnowała, by regularnie się badał i unikał niezdrowego jedzenia. Dlaczego więc odszedł tak niespodziewanie? Właśnie wtedy kobieta uświadomiła sobie, że w życiu nie ma gorszego uczucia niż samotność. Kochała ludzi i pragnęła cieszyć się ich towarzystwem. Nie wyobrażała sobie, że miałaby spędzić starość w pojedynkę. Nie zasługiwała na taki los. Postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.

I tak właśnie powstał Pensjonat Samotnych Serc.

Informacji o domku pośród drzew, w którym można znaleźć ukojenie po miłosnym zawodzie, na próżno szukać w internecie. Nie mówią też o nim w telewizji. Jedyną reklamą, na jaką kiedykolwiek zdecydowała się pani Wiesia, było skromne ogłoszenie na tablicy przy wejściu do kościoła. Zawisło na niej z inicjatywy księdza proboszcza, który od początku wierzył w pomysł pani Kasiukowej i gorąco ją wspierał w jego realizacji.

– Miłość potrafi działać cuda, ale też odbierać nadzieję – rzekł kiedyś ksiądz Zbigniew Witczak. – Ludzie pragną izolacji, kiedy cierpią. Wydaje nam się, że wszyscy oczekują od nas permanentnego uśmiechu na twarzy. Boimy się, że nasz smutek nie znajdzie zrozumienia i akceptacji. Dlatego takie miejsca jak pani pensjonat są potrzebne. Ktoś musi wreszcie zacząć uświadamiać innym, że najlepszym lekarstwem na złamane serce jest spędzanie czasu z ludźmi, którzy doświadczyli tego samego.

– Jakby mi ksiądz czytał w myślach – odparła poruszona pani Wiesia.

– Proszę mi wierzyć – proboszcz położył dłoń na ramieniu kobiety – istnieją tylko trzy lekarstwa na problemy sercowe: modlitwa, czas i towarzystwo wartościowych osób. Takich jak pani.

– Tak mi ksiądz schlebia… – Pani Wiesia odwróciła wzrok, a jej policzki pokryły się rumieńcami. – Wie ksiądz, brakuje mi mojego Staszka…

– Wiem, pani Wiesławo. To był dobry człowiek. Bardzo uczynny.

– Tak go wychowałam – zaśmiała się pani Wiesia, po czym otarła palcem zwilżone oczy. – Uwielbiał majsterkować…

– Oj tak – zawtórował ksiądz proboszcz. – Jak zreperował kiedyś furtkę na plebanii, to do tej pory nie mamy z nią problemów. I oby już nie było, odpukać w niemalowane, bo kto nam ją naprawi tak dobrze?

– Zgadza się, Staszek miał złote ręce… Dobrze, że Artur odziedziczył po ojcu zdolności. Odkąd wrócił z Niemiec, odwiedza mnie przynajmniej raz w tygodniu i zawsze coś przykręci, odmaluje, ostatnio kuchenkę mi naprawił i wymienił dach szopy za domem. Nigdy nie zaganialiśmy go ze Staszkiem do roboty. Chcieliśmy nawet, by wyjechał na studia, znalazł pracę w Olsztynie, a może w Warszawie… Ale on, tak jak ja kiedyś, poszedł własną ścieżką.

– I chyba wyszło mu to na dobre? – spytał ksiądz proboszcz, raczej retorycznie.

– Tak myślę, proszę księdza. Choć ma teraz tyle na głowie! Dom będzie budował, a do tego rozwija swój własny warsztat samochodowy. Kto wie, może niebawem zaczną planować z Kamilą powiększenie rodziny? Bardzo bym tego chciała…

– To wspaniała wiadomość, pani Wiesławo! Będę się za nich modlił.

– Dziękuję, proszę księdza.

Artur popierał pomysł przekształcenia domu w pensjonat. Zaoferował nawet, że sam zajmie się remontem.

– Przydałoby się też wyłożyć nową posadzkę i wymienić okna.

Pani Wiesia długo starała się odwieść syna od pomysłu wzięcia na swoje barki kolejnego wyzwania. Nie chciała robić mu kłopotu. Była matką, której zależało przede wszystkim na szczęściu swojego dziecka – nawet jeśli miałaby widywać je rzadziej. Zawsze powtarzała, że bliskich powinno się stawiać na pierwszym miejscu. A Artur miał już swoją rodzinę: żonę i córkę. Pani Wiesia nie chciała im wchodzić w drogę. Znała wiele historii zaborczych matek, które z różnych powodów nie potrafiły przeciąć pępowiny łączącej je z ich dorosłymi i samodzielnymi dziećmi. Ona do nich nie należała.

W ciągu czterech lat Pensjonat Samotnych Serc stał się domem wielu zagubionych dusz. To miejsce nie potrzebowało promocji w mediach społecznościowych i pozycjonowania w wyszukiwarkach internetowych. Goście polecali pensjonat kolejnym osobom – nikt nie wyjeżdżał z niego niezadowolony. Pani Wiesia zjednywała sobie wszystkich rzadko spotykaną życzliwością. Nie robiła tego dla pieniędzy. Naprawdę troszczyła się o innych i cierpliwie wysłuchiwała każdej bolesnej historii. Podczas pożegnań mówiła ze łzami w oczach, że z jednej strony nie życzy danej osobie powrotu do miejsca, do którego trafia się po bolesnych doświadczeniach, ale z drugiej czułaby nieopisany żal, gdyby miała się już więcej z nią nie spotkać. Być może właśnie dlatego – a nie po to, by znowu przemyśleć swoje nieudane życie uczuciowe – większość klientów wracała do pensjonatu.

Przyjeżdżali do miejsca, które uważali za dom. Bo w pewnym sensie pensjonat pani Wiesi był domem dla dziesiątek ludzi, którzy przekroczyli jego próg, wypłakiwali jej się w rękaw, spędzali czas na uspokajających spacerach po lesie i uczyli się łowienia ryb z leśniczym Tadeuszem Dobrowolskim. Pensjonat emanował magią, której nikt nie potrafił opisać, ale każdy ją odczuwał. A może to zasługa pani Wiesi i jej wielkiego serca? Niemniej jednak, kto decydował się spędzić w pensjonacie choć tydzień, wracał do normalności pełen nadziei na to, że jeszcze nic straconego i o życie naprawdę warto zawalczyć. Za każdym razem, gdy pani Wiesia otrzymywała przepełnione miłością i wdzięcznością listy, maile i telefony od przyjaciół – bo uważała za nich wszystkich swoich gości – czuła, że zrobiła coś dobrego.

Pani Wiesia po prostu była dobra.

A wkrótce miała przelać swą dobroć na zagubioną duszę, która jak nigdy potrzebowała wsparcia.

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ 1

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

Tego dnia Matylda Jaśmin nie wybierała się do pracy. Nie powiedziała mężowi, że w ostatnich miesiącach harowała bez wytchnienia, by móc wziąć miesiąc urlopu w lipcu. Przełożona nie robiła jej żadnych problemów.

– Zasłużyłaś. Wyjedź, odpocznij, a jeśli będzie trzeba – przysunęła się do Matyldy i ściszyła głos – załatw sobie zwolnienie lekarskie i wróć, gdy będziesz gotowa.

– Dziękuję, Klara. Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy.

Klara Makłowska wiedziała o wszystkim. Pracowała z Matyldą od blisko czterech lat i zdążyła się z nią zżyć. Nie było to łatwe w dynamicznym, korporacyjnym świecie, gdzie na co dzień obcowało się z setką ludzi, z których znaczna część miała zmienić pracę w przeciągu najbliższych kilku miesięcy. Okoliczności nie sprzyjały zawieraniu przyjaźni, ale im się udało. To Klara pierwsza zbliżyła się do Matyldy i opowiedziała jej o swoich problemach małżeńskich. Początkowo tego żałowała. Wyznawała zasadę, że szef powinien uchodzić w oczach pracownika za twardego i surowego. Na takim stanowisku nie można sobie pozwolić na okazywanie słabości, a już szczególnie wtedy, gdy jest się kobietą. Wiele razy przekonała się również, że największym wrogiem kobiety jest druga kobieta. Coś jej jednak mówiło, że Matylda jest inna. Zaryzykowała i szybko zdała sobie sprawę, że to było najlepsze, co mogła zrobić.

Obie jechały na tym samym wózku, a jak wiadomo, we dwie zawsze raźniej.

Klara była wdzięczna Matyldzie za to, że tak sumiennie przepracowała zimę. To był nerwowy okres nie tylko dla firmy, lecz także samej Makłowskiej, która doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w wielkich korporacjach nie ma ludzi niezastąpionych. Jeden błąd mógł ją kosztować utratę stanowiska, a na to nie mogła sobie pozwolić. Potrzebowała stabilizacji i regularnej wypłaty. Za coś trzeba było przecież spłacać kredyt hipoteczny, a ceny mieszkań w Warszawie przyprawiały o zawrót głowy.

Na szczęście Matylda była wzorową pracownicą. Potrafiła przesiadywać w biurze od rana do nocy. Nie spieszyło jej się z powrotem do domu. Inny przełożony wycisnąłby takiego podwładnego jak gąbkę, ale Klara była inna. Sama najchętniej też zamknęłaby się w swoim gabinecie, otworzyła wino, a potem zasnęła na sofie przykryta mięciutkim wełnianym kocem. Doceniała pracę Matyldy, ale gdyby mogła, wyganiałaby ją wcześniej do domu.

– Słuchaj, Mati – tak się do niej zwracała podczas prywatnych rozmów – a może byśmy sobie wynajęły jakieś mieszkanko w centrum? Mówiłybyśmy tym padalcom, że musimy zostać do późna w pracy i będzie lepiej, jeśli prześpimy się na miejscu.

– Nie masz pojęcia, jak bardzo bym tego chciała – odpowiedziała zrezygnowana Matylda. – Pomyślę o tym, ale jeszcze nie teraz.

– Wiem, wiem… – Klara pogłaskała przyjaciółkę po ramieniu. – Jedyne, czego w tej chwili potrzebujesz, to całkowita zmiana otoczenia.

Matylda zamknęła oczy i przełknęła ślinę. Nie chciała uciekać, ale czuła, że nie ma innego wyjścia. Jej życie od dłuższego czasu przypominało horror. Nikt poza Klarą nie wiedział, z czym tak naprawdę się zmagała. Matylda ukryła przed światem prawdę o swoim małżeństwie. Zrobiła to ze wstydu. Gdy patrzyła w lustro, widziała słabą, bezbronną kobietę, która zasłużyła na taki los. Przestała akceptować siebie. A może nigdy do końca się nie akceptowała? Rodzice zawsze mieli wobec niej wygórowane oczekiwania. Wychowywali ją na przebojową, wszechstronną kobietę sukcesu. Gdyby to zależało do Matyldy, wybrałaby pediatrię zamiast księgowości. W wieku ośmiu lat straciła młodszą siostrę. Asiunia zmarła na grypę. Wszyscy dotkliwie odczuli tę stratę. Po latach Matylda spytała matkę, czy to dlatego w późniejszych latach byli dla niej tak surowi.

– Chcieliście sobie zrekompensować brak drugiego dziecka i przerzuciliście na mnie wszystkie swoje oczekiwania?

Kobieta nigdy nie doczekała się odpowiedzi. Z czasem zaakceptowała trudne relacje z rodzicami. Nie odwróciła się od nich, ale nie nalegała na zbyt częste spotkania. Zresztą nawet gdyby chciała spędzać z nimi więcej czasu, Wojtek nigdy by się na to nie zgodził. Nie miał z teściami dobrych stosunków i nie podobało mu się, gdy za bardzo ingerowali w ich sprawy.

Chciał mieć Matyldę tylko dla siebie.

Jaśmin wiedziała, że jeśli wprowadzi swój plan w życie, gniew męża będzie jeszcze większy. Czuła jednak, że nie ma innego wyjścia. Musiała uciec, choć na kilka tygodni. Nie zastanawiała się, co będzie po powrocie. Może faktycznie wynajmie z Klarą mieszkanie? Jednego była pewna – nie wróci do Wojtka. Zabierze najpotrzebniejsze rzeczy, wyjedzie i w międzyczasie obmyśli plan działania.

Terapeutka, do której Matylda chodziła w tajemnicy, stanowczo odradzała jej tak radykalne kroki. Sama była jednak szczęśliwą żoną, matką i babcią. Nie wiedziała, jakie to uczucie codziennie musieć zasypiać u boku kogoś takiego jak Wojtek. Mężczyzny, który dawniej wydawał jej się idealnym kandydatem na męża. Takim, jakiego żadna rozsądna kobieta nie wypuściłaby z rąk.

Matylda nie należała do osób, które wybiegają myślami w przyszłość. Skupiała się na najbliższych kilku tygodniach, czasem miesiącach. W przypadku Wojtka żałowała, że nie przewidziała tego, jak po czterech latach będzie wyglądało ich małżeństwo. Wiedziała, że nie podjęłaby innej decyzji – chciała z nim być. Miłość jednak przysłoniła jej rozsądek, pozbawiła czujności. Bogatsza o bolesne doświadczenia Matylda wiedziała, że już nigdy nie może jej stracić. Musiała być czujna przez cały czas i wyprzedzać męża choćby o jeden krok.

– Bądź dziś wcześniej. – Wojtek stał przed lustrem i wiązał sobie krawat. – Chciałem zaprosić na kolację nowego klienta z żoną. Muszę mu zaimponować. Przygotujesz coś smacznego, może pieczonego indyka z jabłkami? To jeszcze jakoś ci wychodzi.

Matylda nie odpowiedziała. Siedziała na skraju łóżka i wpatrywała się w odsłonięte okno. Promienie parzyły jej ciało. Była piękna pogoda… Tak bardzo kłóciło się to z burzą, która od miesięcy szalała w jej głowie. Pojawił się jednak cień nadziei na to, że wkrótce zaświeci słońce.

A wszystko za sprawą Pensjonatu Samotnych Serc.

Matylda dostała adres od swojej terapeutki.

– Moja dobra znajoma wyjechała tam krótko po rozwodzie. Nie pamiętam, skąd dowiedziała się o tym miejscu. Gdy wróciła, kazała mi odsyłać do pani Wiesi wszystkie pacjentki. Mówiła, że ta kobieta to cudotwórczyni i potrafi wyleczyć każdą zranioną duszę.

Z początku Matylda traktowała propozycję lekarki z przymrużeniem oka. Długo szukała w internecie jakichkolwiek informacji na temat tego miejsca. Wpisywała najróżniejsze hasła, ale wszystko na marne. Wyglądało na to, że albo pensjonat przestał istnieć, albo cieszył się tak wielką popularnością, że właścicielka nie czuła nawet potrzeby reklamowania się w sieci. „Co mam do stracenia?”, pomyślała Matylda. „Przecież i tak gorzej już nie będzie”.

Dzień wcześniej zadzwoniła pod wskazany numer. Za pierwszym razem nikt nie odebrał. Odczekała chwilę i spróbowała ponownie.

– Wybacz – powiedział miły kobiecy głos – ale mój kot Bolek to czasem przechodzi samego siebie. Wyobraź sobie, że od pół godziny biegam za nim po ogrodzie i próbuję go złapać. Wczoraj mieliśmy tutaj straszną ulewę i Bolek wszedł w błoto. Futro ma teraz całe brudne i posklejane. Sam się nie oczyści, dlatego pomyślałam, że mu pomogę. Ale gdzie tam! Gdyby chodziło o Lolka, mojego drugiego kota, nie byłoby problemu. Jeszcze sam by do mnie przyszedł. Lolek uwielbia ludzi. Co innego Bolek. A ty masz kota albo inne zwierzę?

Matyldę zaskoczył bezpośredni ton kobiety po drugiej stronie.

– Nie… to znaczy, miałam w dzieciństwie. Rodzice przygarnęli psa ze schroniska.

– Bardzo ładnie z ich strony – odparła kobieta. – Zawsze powtarzam, że powinno się zaczynać od schroniska. Wiesz, moja suczka Tosia jest ze schroniska. Mieliśmy już wcześniej z mężem jednego psa, Pekiego. Wzięliśmy go od jednego faceta ze wsi. Co on robił z tym biednym kundelkiem. – Westchnęła. – Głodził go, bił i przywiązywał grubym łańcuchem, chociaż pies nie był ani groźny dla ludzi, ani specjalnie duży. Wyobraź sobie, że przez bardzo długi czas nikt nawet palcem nie kiwnął, by mu pomóc. Ludzie wiedzieli, ale woleli się nie mieszać. Dopiero ja postanowiłam działać. Rozmówiłam się z tym łajdakiem i jeszcze mu zapłaciłam za mojego Pekiego. Tak, mówię mojego, bo tak sobie myślę, że jego miejsce zawsze było przy mnie. Tu ma swój dom i ludzi, którzy codziennie obdarowują go ogromem miłości. I on zawsze ją odwzajemnia. Stał się częścią naszej rodziny – przerwała na chwilę – i ty też możesz nią być. Bo chyba po to dzwonisz, prawda?

– Skąd pani wie? – spytała nieśmiało Matylda.

– Moja droga, ten numer podaję tylko moim gościom. Skoro go znasz, to znaczy, że ktoś podzielił się nim z tobą z konkretnego powodu. Kiedy chciałabyś przyjechać?

Matylda zacisnęła zęby. Do oczu napłynęły jej łzy.

– Jutro, proszę pani.

– Jutro… – Kobieta po drugiej stronie zamilkła na moment.

– Nie chciałabym robić problemu – przerwała ciszę Matylda. – Jeżeli nie ma wolnych miejsc, zrozumiem.

– Co ty wygadujesz… W moim domu zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce. O której mogłabyś być?

– Koło pierwszej? Chciałabym wyjechać krótko po dziewiątej.

– Dobrze. W takim razie poczekam z obiadem.

– Ależ proszę nie czekać. – Matylda poczuła się niezręcznie. – Naprawdę nie chcę robić kłopotu.

– Moja droga – powiedziała stanowczym głosem kobieta – kłopot to będzie, jeśli nie spróbujesz mojego żurku. Zwykle nie lubię się chwalić swoimi zdolnościami kulinarnymi, ale ostatnio wychodzi mi naprawdę wybornie. Z samego rana wezmę się za gotowanie. Ślinka mi cieknie na samą myśl.

– Bardzo pani dziękuję.

– Jeszcze mi nie dziękuj. Przecież nie próbowałaś.

Matylda zaśmiała się pod nosem. Przecież nie chodziło o zupę. Ta krótka rozmowa telefoniczna z wyjątkowo bezpośrednią nieznajomą pozwoliła Matyldzie choć na chwilę uwierzyć, że nie jest sama w swojej trudnej walce. Gdzieś daleko mieszkała osoba, która doskonale ją rozumiała. A co najważniejsze – czekała na nią z otwartymi ramionami.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

Pani Wiesia jechała na rowerze z zakupów w Borówkach. Sklep spożywczy dzieliły od pensjonatu niemal dokładnie trzy kilometry. Artur przymocował mamie do bagażnika duży wiklinowy koszyk. Zwykle to on robił zakupy do pensjonatu. Co kilka dni jeździł autem do wsi i wracał z pełnym bagażnikiem. Kupował wszystko poza jednym – składnikami do ciast. Doskonale wiedział, że nie może odbierać mamie tej przyjemności. Dlatego też gdy pogoda dopisywała, pani Wiesia wybierała się na przejażdżkę ulubionym rowerem, zahaczając na końcu o sklep.

– Dzień dobry, pani Kasiukowa! – krzyknął Tomasz Woźniak, nauczyciel historii w miejscowej szkole, który właśnie wybiegł na leśną ścieżkę. Były wakacje, więc mężczyzna mógł spędzać każdy poranek na tym, co kochał najbardziej – bieganiu pośród drzew w lesie, który znał jak własną kieszeń. – Piękną mamy dziś pogodę!

– To prawda! – Pani Wiesia się zatrzymała i zeszła z roweru. – A pan to by się chociaż czymś osłonił na to bieganie po lesie. Słyszał pan o kleszczach? Podobno w tym roku jest ich rekordowo dużo.

– Proszę się nie martwić. – Zdyszany mężczyzna podszedł do kobiety i podał jej spoconą dłoń. – Wypsikałem się jakimś sprayem, który kupiła mi żona. Zrobiłem to, bo nalegała. Raczej unikam wszelkiej chemii. Nie wierzę, że te preparaty nie wnikają w skórę.

– Dzisiaj chemia jest wszędzie, panie Woźniak – zauważyła pani Wiesia. – A w przypadku kleszczy to już lepiej się nią nafaszerować i mieć z nimi spokój. Wiem, co mówię, bo mąż Gabrysi Stańczykowej wrócił kiedyś z jednym z grzybobrania. Do tej pory leczy się na boreliozę. Ostrzegam pana. Proszę uważać.

– Dziękuję za troskę, pani Kasiukowa. Po powrocie do domu na pewno sprawdzę całe ciało. – Mężczyzna zajrzał do koszyka. – Niech zgadnę, czyżby robiła pani zakupy na swoją mistrzowską szarlotkę?

– Zgadza się. – Pani Wiesia uśmiechnęła się, słysząc pochwalę swoich zdolności cukierniczych.

– Tradycyjnie dwie?

– Tradycja to świętość. Jedna z budyniem i cynamonem, a druga z bezą.

– Aż mi ślinka pociekła, pani Kasiukowa. Chętnie bym spróbował, ale sama pani widzi – poklepał się brzuchu – trzeba w końcu się go pozbyć. A kiedy, jak nie latem?

– Bardzo dobrze, że pan o siebie dba – stwierdziła kobieta – ale w życiu trzeba też pamiętać o przyjemnościach. Nie wolno się na nie zamykać. Kluczem jest znalezienie równowagi.

– Jak zwykle ma pani rację – przyznał Tomasz. – Umówmy się zatem, że na dniach wpadnę do pani na coś słodkiego w przerwie od biegania.

– I to rozumiem, panie Woźniak!

Nauczyciel szedł z panią Wiesią jeszcze przez kilkanaście minut. Zaoferował nawet, że poprowadzi za nią rower.

– Prawdziwy z pana dżentelmen, panie Tomku – powiedziała z uśmiechem. – Co tam słychać u Laury? Dawno jej nie widziałam.

– Wszystko dobrze, pani Kasiukowa. – Mężczyzna momentalnie posmutniał. – Ale nie mogę powiedzieć tego samego o naszym Bartku. Ostatnio mocno nam podpadł…

– Że niby Bartek coś przeskrobał? – Pani Wiesia zatrzymała się i posłała Tomaszowi pytające spojrzenie. – Przecież to najgrzeczniejszy chłopak, jakiego znam. Rany boskie, gdy sobie tylko przypomnę, co wyprawiał mój Artur, gdy był w wieku waszego syna – złapała się teatralnie za głowę – to się cieszę, że udało mi się go jakoś wychować na porządnego faceta.

– Ja mam coraz więcej wątpliwości, czy z tego chłopaka jeszcze coś będzie…

– Niech pan nawet tak nie mówi! – Pani Wiesia szturchnęła lekko swojego rozmówcę. – Trzeba wierzyć we własne dziecko. Nie wiem, co takiego zrobił, ale jestem pewna, że da się to jakoś odkręcić.

– Mogę pani powiedzieć. – Mężczyzna nie prosił pani Wiesi o dyskrecję, bo doskonale wiedział, że kobiecie można w pełni zaufać. – Pewnie słyszała pani o tych chuliganach, którzy ostatnio skatowali dwa psy.

– Coś słyszałam. I niby Bartek miał z tym coś wspólnego? – Kobieta parsknęła śmiechem. Nie wierzyła, że chłopak, który dawniej często ją odwiedzał, opowiadał o szkole, zajadał się szarlotką i bawił ze zwierzętami, mógłby teraz którekolwiek skrzywdzić.

– Nie. Akurat wtedy go z nimi nie było.

– Wtedy? To znaczy, że pański syn z nimi trzyma?

– Na to wygląda. Chłopak się pogubił. Chyba chce za wszelką cenę wejść do lubianego towarzystwa.

– Lubianego towarzystwa… – Pani Wiesia pokręciła głową. – Że też młodym dziś imponują przemoc i agresja.

– Nie sądzę, by Bartkowi to imponowało – odparł Woźniak. – Zdaje mi się, że postanowił się pozbyć łatki syna nauczyciela. Mam żal do siebie, że nie zareagowałem w odpowiednim momencie. Prawda jest taka, pani Kasiukowa, że odkąd urodziła nam się córeczka, poświęciliśmy jej z żoną całą uwagę. Zastanawiam się nawet, czy Bartek nie robi tego wszystkiego, by się na nas odegrać. Nawet jeśli, to co mu strzeliło do głowy, by kraść pieniądze z kościelnej tacy?

Po plecach pani Wiesi przeszły dreszcze.

– Nic o tym nie słyszałam, panie Tomku.

– To dlatego, że poprosiliśmy księdza proboszcza o dyskrecję. Przyłapał Bartka, gdy ten włamał się późnym wieczorem do zakrystii. Obiecał nie zgłaszać sprawy na policję, bo koniec końców mój syn oddał wszystkie pieniądze. Zagroził jednak, że jeśli to się powtórzy, nie będzie miał wyjścia. – Woźniak wzruszył ramionami i westchnął. – Boję się, pani Kasiukowa. Boję się, że ten chłopak spróbuje to zrobić ponownie.

– Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. – Pani Wiesia nie kryła zaskoczenia. – Może spróbuję z nim porozmawiać? Zawsze mieliśmy taki dobry kontakt… Nawet mój Bolek, który tak nie lubi ludzi, podchodził do Bartka i dawał się głaskać.

– Byłbym zobowiązany, pani Kasiukowa. Oby tylko mój syn zechciał rozmawiać…

Dotarli do miejsca, w którym z ziemi wystawał wysoki na metr drewniany krzyż. Ktoś, kto trafił tu pierwszy raz, mógł go nawet nie zauważyć, ale pani Wiesia zawsze przystawała na moment i zmawiała Wieczny odpoczynek. W tym miejscu kilkanaście lat wcześniej odnaleziono szczątki polskich jeńców zamordowanych przez hitlerowców w czasie drugiej wojny światowej. Przez kilka miesięcy archeolodzy przeczesywali teren w poszukiwaniu kolejnych szczątków. Chcieli nawet kopać na posesji Kasiuków, ale pani Wiesia się na to nie zgodziła. „Możecie machać mi papierkami przed oczami, ale nie pozwolę! Jeśli ktoś tu leży, niech wie, że codziennie modlę się o jego duszę w niebie. I na pewno by nie chciał, żebyście przeszkadzali mu w spoczynku” – odparła im, nie pozostawiając miejsca na dyskusję.

– Mój Artur wymienia go co kilka lat. Myślałam nawet, że można by postawić w tym miejscu metalowy krzyż, ale drewniany dużo lepiej pasuje.

– To piękne, że pielęgnuje pani pamięć o tych ludziach.

– Ktoś musi, panie Woźniak. Każdy dobry człowiek zasługuje na to, by być zapamiętanym.

Znaleźli się na ostatnim zakręcie.

– Może zechce pan napić się ze mną zimnej herbaty w ogrodzie? Jest tak pięknie…

– Innym razem, pani Kasiukowa. Muszę jeszcze wrócić do domu.

– No dobrze. To niech pan biegnie. Tylko proszę uważać na kleszcze!

– Będę uważał. Do widzenia!

Pani Wiesia wsiadła na rower i dojechała do pensjonatu. Już z daleka zauważyła swojego syna – krzątał się przy stosie desek i dachówek, z których miała powstać altanka dla gości. Na pomysł jej zbudowania wpadł Artur, który latem koniecznie chciał się zająć czymś pożytecznym. Pani Wiesia nie protestowała. Cieszyła się, że jej syn wziął się w garść i przestał całymi dniami przesiadywać w ciemnym pokoju z butelką wódki pod ręką. Po tym, co przeszedł, kompletnie się załamał. Dla matki nie ma nic gorszego niż widok cierpiącego dziecka. Nie ulegało wątpliwości, że Artur wciąż cierpi, a rana w jego sercu być może nie zagoi się już nigdy. Liczyło się jednak to, że spróbował o siebie zawalczyć. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, ta altanka miała być powrotem do tego, co kiedyś sprawiało mu radość. Artur tęsknił za szczęściem i poczuciem satysfakcji z dobrze wykonanego zadania. Chciał znów poczuć się potrzebny.

– Wcześnie wstałeś – zauważyła pani Wiesia.

– Lepiej pracować z rana, póki słońce chowa się za drzewami – odparł syn. – A poza tym roboty jest tyle, że gdybym miał zaczynać w południe, nie skończyłbym do końca lata. – Zarzucił na ramię kilka desek i pomaszerował w kierunku wylanego betonem okręgu. – Altany się zachciało – powiedział na tyle głośno, by matka go usłyszała.

– To był twój pomysł, kochanie – odparła rozbawiona pani Wiesia.

– I już go żałuję! – Machnął ręką, po czym odwrócił się do matki plecami. – Mogłem sobie darować próby ratowania ośrodka…

– Pensjonat ma się dobrze – powiedziała kobieta.

– Jasne. Tak sobie mów.

Pani Wiesia wiedziała, że jej syn nie mówił tego wszystkiego szczerze. Ostatnie trzy lata zmieniły go nie do poznania. Z otwartego, towarzyskiego i uczuciowego mężczyzny przeobraził się w nadętego, gburowatego marudę, którego specjalnością stało się dogryzanie wszystkim dookoła. Z tego powodu odwróciła się od niego większość znajomych. Artur zrobił wszystko, by ich do siebie zrazić. Nie potrzebował współczucia i litości. Pragnął świętego spokoju w ciasnym pokoiku na poddaszu. Przeniósł się tam dwa lata temu. Początkowo miał zostać tylko na kilka dni, do czasu, aż coś sobie znajdzie. Został na stałe.

– Obiad podam dziś trochę później – powiedziała pani Wiesia. – Będziemy mieli nowego gościa.

– Kolejne złamane serce do kolekcji? – ironizował Artur. – Kupiłaś super glue?

– Nie, ale następnym razem kupię i zakleję nim twój niewyparzony pyszczek. – Pani Wiesia miała ochotę podejść do syna i wytarmosić mu włosy jak za dawnych lat. Spieszyła się jednak do domu, podekscytowana przybyciem kobiety, której imienia nawet jeszcze nie znała.

Przy domu gospodynię przywitały psy – Peki i Tosia. Po chwili dołączył do nich kot Lolek. Pani Wiesia widziała też Bolka, który był pewnie obrażony za wczorajszą przymusową kąpiel (Arturowi udało się go w końcu schwytać) i obserwował wszystkich z bezpiecznej odległości.

– Moje dzieci są głodne? – Pani Wiesia postawiła rower przy ławce i zdjęła z niego koszyk. – Zaraz wam coś przyniosę.

Kilka minut później zwierzęta zajadały się kawałkami świeżutkiego mięsa. Nawet Bolek nie mógł się oprzeć i nieśmiało podszedł bliżej. W nagrodę za swoje niewątpliwe poświęcenie dostał największy kawałek, co wywołało niezadowolenie pozostałej trójki.

Pani Wiesia weszła do środka i spojrzała na zegarek. Miała jeszcze sporo czasu. Pokój dla gościa przygotowała już wczoraj, krótko po tym, jak pensjonat opuściło zaprzyjaźnione małżeństwo. Dwa lata temu kobieta przyjechała tu, by dojść do siebie po bolesnym rozwodzie. Pani Wiesia, wysłuchawszy jej historii, domyśliła się, że byli małżonkowie wciąż się kochali, tylko nie potrafili tego sobie okazać. Długo przekonywała znajomą, by spróbowała zawalczyć o tę miłość. Jak wielka była jej radość, gdy rok później dostała zaproszenie na ich ponowny ślub. W tym roku małżonkowie postanowili odwiedzić pensjonat wspólnie. Kobieta chciała przedstawić ukochanemu osobę, dzięki której z powrotem się zeszli. Pani Wiesia żałowała, że muszą już wracać do domu, tym bardziej że po raz pierwszy od dłuższego czasu pensjonat był pusty. Na szczęście kolejne wizyty zostały już potwierdzone. Niebawem dom znów miał zaroić się od gości. „To niesamowite”, pomyślała pani Wiesia, „że dom, do którego trafia tak wielu skrzywdzonych przez życie ludzi, jest jednocześnie najbardziej szczęśliwym miejscem, w jakim kiedykolwiek byłam”. Pensjonat miał dobrą energię, która udzielała się wszystkim. Smutek szybko ustępował tam miejsca nadziei, bo w towarzystwie dobrych ludzi z nieszczęściem zawsze da się wygrać.

Pani Wiesia czuła, że jej syn w końcu to zrozumie. Potrzebował tylko czasu. I tak przeszedł już długą drogę. Niech sobie marudzi, niech wymachuje rękami, ale dopóki to zachowanie pomaga mu wyładować złość, dopóty pani Wiesia będzie je cierpliwie znosiła. Matka jest w stanie znieść wiele dla swojego dziecka.

Ciekawe, co musiała znosić kobieta, która prawdopodobnie była już w drodze do Borówek. Jaka historia zaprowadziła ją do Pensjonatu Samotnych Serc? Opowieści osób, które się w nim zatrzymywały, miały jeden wspólny mianownik – zawód miłosny – ale bardzo się od siebie różniły. Każdy zasługiwał na to, by opowiedzieć własną historię. A Wiesława Kasiuk niczego nie pragnęła bardziej niż szansy na uleczenie zranionych dusz.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

Po wyjściu męża Matylda jeszcze przez kilka minut nie była w stanie odejść od stołu w jadalni. Wojtek od rana chodził nabuzowany i groził żonie, że jeśli nie przygotuje perfekcyjnej kolacji, to gorzko tego pożałuje. Matylda wiedziała, że nie rzuca słów na wiatr. Kiedyś wydawało jej się, że zna go na wylot. Tak naprawdę poznała go dopiero po ślubie, gdy splot nieprzewidzianych wydarzeń całkowicie zmienił jego oblicze.

A może nigdy całkowicie go nie pozna? Dawniej myślała, że charakter człowieka zostaje z nim aż do śmierci. Wierzyła, że ludzie rodzą się z określonymi osobowościami. Ona była tą słabą. Rodzice zarzucali jej, że nie ma w sobie wystarczająco dużo siły psychicznej, by odnieść w życiu sukces.

– Jeśli czegoś w sobie nie zmienisz, ludzie wyssą z ciebie całą krew – wmawiał jej ojciec. – Świat to okrutne miejsce pełne zawiści, osądów i rywalizacji. Musisz być twarda, by sprawnie podnosić się po porażkach. A one na pewno nadejdą.

Matylda zacisnęła pięści i zęby jak kilkanaście lat temu, gdy próbowała za wszelką cenę podołać rzucanym jej przez rodziców wyzwaniom. Tym razem sama nakreśliła w swojej głowie misję, która jeszcze do niedawna wydawała jej się czymś niewykonalnym. Nie sądziła, że odważy się to zrobić. Była przecież słaba, strachliwa i za mało zdeterminowana, by cokolwiek osiągnąć. Tak długo jej to wmawiano, że z czasem zaczęła w to wierzyć. Ale teraz miało być inaczej. Matylda Jaśmin postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zawalczyć o wolność. Odeszła od stołu i pobiegła do sypialni. Dała sobie maksymalnie pół godziny na spakowanie wszystkich rzeczy, przebranie się i szybki prysznic. Chciała stąd jak najszybciej wyjechać.

Niczego nie pragnęła tak bardzo jak znaleźć się daleko od niego.

Wyciągnęła z głębokiej szafy największą walizkę i niestarannie wrzuciła do niej przypadkowe ubrania. Nie dbała o to, że nie zabierze ze sobą koszulek czy spodni, które lubiła. Liczył się czas. Wojtek był nieobliczalny. Mógł w każdej chwili wrócić do domu, a wtedy cały jej plan spaliłby na panewce. Matylda wiedziała, że to jej jedyna szansa. Zabrała wszystkie kosmetyki i upchnęła je w plecaku. Po raz ostatni spojrzała na mieszkanie, które sama urządziła. To ona wybrała dębową posadzkę, białe meble i miedziane lampy. Wojtek dał jej wolną rękę. Wiedział, że jego żona ma wyczucie stylu. Matylda lubiła elegancję, ale nieprzesadną. Pamiętała o tym, że mieszkanie ma przede wszystkim być wygodne i przytulne. I takie właśnie było. Przynajmniej do pewnego czasu.

Zanim wyszła i zamknęła za sobą drzwi, Matylda doszła do wniosku, że ani trochę nie będzie tęskniła za tym miejscem. Wojtek sprawił, że nie miała do ich mieszkania jakiegokolwiek sentymentu. Wyjeżdżała z osiedla z uśmiechem na twarzy. Z każdym kolejnym pokonanym kilometrem czuła, że jej się udało. Udowodniła sobie, że nie jest słaba. Rodzice się mylili. Świat się mylił.

 

*

 

Nawigacja pokazywała jej, że powinna dojechać do celu w mniej niż cztery godziny. Matylda włączyła playlistę z radosnymi piosenkami i przez następne dwie godziny odganiała od siebie złe myśli. W końcu obawy powróciły, i to ze zdwojoną siłą. Jaśmin nie wytrzymała i zajechała na stację benzynową, by kupić paczkę papierosów. Nie znosiła tytoniu, ale nie miała innego pomysłu na to, jak rozładować napięcie. Co chwilę nerwowo zerkała na telefon, by sprawdzić, czy Wojtek już się zorientował, co zrobiła jego żona. Tak bardzo się go bała… A co, jeśli ją znajdzie? Nie… to niemożliwe. Jechała przecież do miejsca, o którym wiedzieli tylko wybrańcy. Jeśli Wojtek miał się od kogoś dowiedzieć, to tylko od Klary. A ona nigdy nie zdradziłaby Matyldy. Poza tym Wojtek nawet nie wiedział, że Matylda przyjaźniła się ze swoją szefową.

Wypaliła dwa papierosy, po czym stwierdziła, że czas ruszać w dalszą drogę. Im szybciej będzie na miejscu, tym lepiej. Wpadła już w taką paranoję, że zastanawiała się nawet, czy dobrze zrobiła, że zatrzymała się na stacji. Przecież tam były kamery! A co, jeśli Wojtek zdobędzie nagrania i wpadnie na jej trop? Choć Matylda wiedziała, jak absurdalne były jej rozważania, nie potrafiła odgonić od siebie tych myśli. Małżeństwo nauczyło ją, że musi być przygotowana na wszystko. Oczywiście jej zniknięcie nie wzbudziłoby niczyich podejrzeń. Oficjalnie poszła na urlop wypoczynkowy. Nie wyłączyła telefonu, nie odcięła się od przyjaciół. Po prostu wyjechała na Mazury. Podejrzane mogło się wydawać tylko to, że mąż nie wiedział, dokąd udała sie jego żona. W ostateczności Matylda była gotowa przyznać, że wyjechała ze strachu przed nieobliczalnym partnerem.

Wiedziała, że wojna prędzej czy później nadejdzie. Najpierw musiała jednak naładować akumulatory i przygotować się na decydujące starcie.

 

*

 

Przed drugą Matylda dotarła do wsi Borówki. Spodobały jej się młode drzewa, które rosły wzdłuż głównej drogi. Minęła szkołę podstawową z dużym boiskiem do gry w piłkę nożną i kortem do tenisa. W centrum wsi znajdował się ogromny kościół zbudowany z czerwonej cegły. Z przodu świątyni mieściła się wysoka wieża z czarnym spiczastym dachem.

Nieco dalej Matylda zjechała na żwirową drogę prowadzącą do lasu. Mapa pokazywała, że do celu pozostał nieco ponad kilometr. Wkrótce wjechała między drzewa i uchyliła szybę, pozwalając, by do środka przedostało się świeże, leśne powietrze. Droga zaprowadziła ją prosto na polanę, na której stał piętrowy biały dom pokryty starą glinianą dachówką. Przed domem biegały dwa psy, a nieco dalej wysoki brodaty brunet w białym podkoszulku ocierał pot z czoła w przerwie od budowania czegoś, co wyglądało na altanę. Na widok samochodu mężczyzna podszedł bliżej.

– Dzień dobry! – Matylda nieśmiało wysiadła z auta i przywitała nieznajomego.

– Mama zaraz przyjdzie – odpowiedział szorstko i wrócił do swojego zajęcia.

Nagle dwa psy wyskoczyły zza samochodu i rzuciły się na wystraszoną Jaśmin.

– Nie bój się – powiedział kobiecy głos. – One tylko chcą się z tobą bawić. Najwyraźniej wyczuły w tobie dobrą osobę.

Matylda spojrzała na mniej więcej siedemdziesięcioletnią kobietę z siwymi kręconymi włosami, która stała w drzwiach i badała ją wzrokiem. Gospodyni miała na sobie koszulę w kratkę, fartuszek w słoneczniki i duże okrągłe okulary na nosie.

– Jakie z was słodziaki! – Matylda przykucnęła i wytarmosiła psy, które zaczęły lizać ją po twarzy.

– No już, zostawcie naszego gościa w spokoju. – Kobieta zeszła po schodkach i odgoniła psy. – Jesteś wreszcie. Już się bałam, że zmienisz zdanie. – Wyciągnęła dłoń w stronę Matyldy. – Wiesława Kasiuk.

– Matylda Jaśmin.

– Jaśmin… jak ładnie. – Kobieta spojrzała Matyldzie głęboko w oczy, a na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech. – Witaj w Pensjonacie Samotnych Serc. Mam nadzieję, że uda ci się tu odnaleźć szczęście i wewnętrzny spokój.

– Na to liczę, proszę pani. I to bardzo.

Pani Wiesława poleciła Matyldzie, by na razie nie wyjmowała z auta swoich bagaży.

– Artur wszystkim się zajmie.

Następnie wprowadziła gościa do środka. Wszędzie pachniało szarlotką i cynamonem.

– Nie zdejmuj butów – powiedziała gospodyni. – I tak będę jeszcze dziś sprzątała.

Matylda rozejrzała się po wnętrzu. Na ścianach było mnóstwo obrazów, głównie pejzaży. W przestronnym salonie znajdowały się wielki stół oraz sześć foteli. Jaśmin zwróciła uwagę, że w pomieszczeniu nie było telewizora.

– To jest nasza jadalnia i miejsce spotkań w jednym. Uwielbiamy przesiadywać tu wieczorami, rozmawiać, czasem napić się winka. Zobaczysz, spodoba ci się.

Matylda czuła bijące od tego miejsca ciepło, które w połączeniu z pięknymi zapachami dochodzącymi z kuchni sprawiało, że momentalnie poczuła się w pensjonacie jak w domu.

– A oto moje królestwo – powiedziała pani Wiesława.

Kuchnia, choć nieduża, sprawiała wrażenie zagospodarowanej do ostatniego centymetra kwadratowego. Jednocześnie gospodyni udawało się utrzymać w niej porządek. Każdy sztuciec miał swoje miejsce, a zlew i blat zawsze były czyste. Pani Wiesława uśmiechała się od ucha do ucha. Było widać, że w kuchni czuła się jak ryba w wodzie. Matylda od razu przypomniała sobie babcię, zapaloną kucharkę.

– Ma pani piękny dom – powiedziała Jaśmin.

– Od teraz to też twój dom, kochana. – Kobieta podeszła do okna i zgarnęła z parapetu przykrytą folią aluminiową tacę. – Mam coś dla ciebie na spróbowanie.

Na tacy znajdowały się dwa ciasta.

– Pachną cudownie, proszę pani.

Słysząc to, pani Wiesława wyjęła z szuflady nóż i odkroiła Matyldzie dwa kawałeczki.

– Każdy gość musi najpierw przejść mój szarlotkowy test. Spróbuj obu ciast i powiedz, które bardziej ci smakuje.

Matylda stroniła do słodkości. Jako nastolatka miała nadwagę, przez co nieustannie musiała znosić docinki złośliwych koleżanek. Rodzice też nie szczędzili jej kąśliwych uwag. Matka stwierdziła kiedyś, że kobiety i tak już na starcie mają utrudnione życie, a zaniedbana kobieta praktycznie z miejsca skazuje się na samotność i falę niepowodzeń. Wkrótce Matylda schudła dziesięć kilogramów w mniej niż pół roku. Matka długo przypisywała sobie zasługi i twierdziła, że to efekt wprowadzonej przez nią specjalnej diety. Matylda znała prawdę. Schudła ze stresu, który spędzał jej sen z powiek.

Jedynie świętej pamięci babcia Helenka wiedziała, jak podtrzymać ukochaną wnusię na duchu.

– Nie przejmuj się tym, co mówią inni. – Szczypała ją pieszczotliwie w nos i pilnowała, by zjadła do końca świeżutki serniczek. – Pamiętaj, by zawsze być taką osobą, o której mogłabyś powiedzieć, że jesteś z niej dumna. Bądź szczęśliwa z samą sobą. Jak masz się cieszyć życiem, skoro nie potrafisz cieszyć się własnym towarzystwem?

Matylda skosztowała ciast pani Kasiukowej i na krótką chwilę przeniosła się do raju.

– Jakie to dobre… muszę wziąć od pani przepis.

– Jeśli myślisz, że mam jakieś tajne receptury, to cię rozczaruję – odrzekła pani Wiesława. – To ciasta jak każde inne. – Ukroiła sobie kawałeczek szarlotki. – Wyróżnia je coś innego.

– Co takiego? – spytała zaintrygowana Jaśmin.

– Uczucie, które wkładasz w ich przygotowanie. Staranność, dokładność i świadomość, że pieczesz je dla wyjątkowych osób. Możesz się śmiać, ale ja wiem, co mówię. Ciasto, jak wszystko inne, potrzebuje odrobiny miłości.

– Wierzę pani. Nigdy nie jadłam niczego tak dobrego.

– Dziękuję – powiedziała rozpromieniona kobieta. – To jak? Którą szarlotkę wolisz?

Matylda długo się zastanawiała. Oba smakowały wyśmienicie, jednak pierwsza była z bezą, czyli popisowym deserem babci Helenki. Jej tort Pavlova zdobił stół podczas każdego rodzinnego przyjęcia. Matyldzie szczególnie smakowała wersja ze świeżymi jagodami. Liczyła, że w tutejszym lesie znajdzie ich pod dostatkiem.

– Wybieram pierwszą.

– Bezowa… – Pani Wiesława podrapała się po podbródku. – Ciekawe.

– Dlaczego? – spytała zaciekawiona Matylda.

– Widzisz, wszyscy wolą budyniową z cynamonem. Wszyscy oprócz mojego Artura. – Gospodyni podeszła do okna i spojrzała na mężczyznę w białym podkoszulku. – To dobry chłopak i bardzo pomocny. Dużo jednak przeszedł i może sprawiać wrażenie nieco…

– Chłodnego? – Matylda od razu przypomniała sobie ich zdawkową rozmowę.

– Biedaczek potrzebuje czasu… Mam nadzieję, że nie będzie ci za bardzo dokuczał.

– Co takiego mu się przytrafiło, jeśli mogę spytać?

Pani Wiesława pociągnęła nosem.

– Jeśli ci zaufa, sam ci opowie. Wybacz, ale jeszcze nie potrafię o tym rozmawiać. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiała. – Kobieta minęła Matyldę i wyszła na korytarz. – Chodź ze mną. Pokażę ci górę.

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 4

 

 

Weszły na piętro po skrzypiących drewnianych schodach. Matylda stała na początku wąskiego korytarza. Doliczyła się czworga drzwi. Prowadziły do trzech pokoi i łazienki.

– Przygotowałam dla ciebie pokój na samym końcu. Będziesz miała spokój i piękny widok na las. Co ty na to?

– Dostosuję się, proszę pani. I tak jestem bardzo wdzięczna za pani gościnność.

– No już, nie bądź taka wycofana. Rozchmurz się. – Pani Wiesława chwyciła ją za rękę i zaprowadziła do pokoju. – Wszystko będzie dobrze.

Gospodyni otworzyła drzwi do przytulnego rozświetlonego pokoiku, w którym mieściło się wygodne łóżko, stolik z drewnianym krzesłem, stara szafa i średnich rozmiarów telewizor plazmowy. Na podłodze leżał wełniany dywan w kolorze delikatnego beżu. Matylda uwielbiała jasne pomieszczenia. Nic dziwnego, że pokój od razu przypadł jej do gustu.

– Jest piękny. Bardzo dziękuję.

Miała ochotę przytulić panią Wiesławę, ale nie zwykła tak szybko spoufalać się z ludźmi. Czuła jednak, że właścicielka pensjonatu to niezwykle życzliwa i przyjazna osoba. Z pewnością nie miałaby nic przeciwko takiemu gestowi wdzięczności. Matylda doszła jednak do wniosku, że tym razem sobie daruje. Im więcej emocji okaże, tym szybciej odsłoni się przed panią Wiesławą. Nie była jeszcze gotowa na szczerość. Musiała ochłonąć, pozbierać myśli i przemyśleć dalsze kroki. A przede wszystkim przygotować się mentalnie na nadejście wieczora. Po powrocie do domu Wojtek na pewno wpadnie w szał i zacznie zasypywać ją wiadomościami i telefonami. Chciała od razu zablokować jego numer. Dać mu do zrozumienia, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Coś jednak nakazało jej jeszcze tego nie robić. „Niech wydzwania”, mówił głos w jej głowie. „Przynajmniej będziesz miała dowód, że udało ci się go wykiwać”.

A potem wzdrygała się na samą myśl, że staje się taka jak on. Bezduszna i czerpiąca satysfakcję z tego, że udało jej się wyprowadzić drugą osobę z równowagi.

– Odpłynęłaś gdzieś myślami – głos pani Wiesławy przywrócił Matyldę do rzeczywistości. – Też tak czasem mam. Usiądź na łóżku, a ja pójdę po Artura. Powiem mu, by przyniósł twoje rzeczy.

Kilka minut później wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna bez słowa przekroczył próg pokoju Matyldy i postawił przy ścianie walizkę oraz plecak.

– Dziękuję – powiedziała Jaśmin. Artur burknął coś pod nosem i wyszedł.

– Przywitałeś się chociaż z naszym gościem? – Matylda usłyszała, że pani Wiesława gani syna za brak dobrych manier. – Przepraszam za niego – zwróciła się do niej po wejściu do pokoju. – Jesteś już głodna?

– Z chęcią bym coś przekąsiła, pani Wiesławo. – Matyldzie zaczęło już burczeć w brzuchu.

– Mów mi po prostu „pani Wiesiu” – poprosiła kobieta. – Albo ciociu. – Posłała jej serdeczny uśmiech. – Jak wolisz.

– Niech będzie to pierwsze – odrzekła zawstydzona Jaśmin.

– No i jesteśmy dogadane! – Pani Wiesia przyklasnęła. – A jeśli pozwolisz, ja chciałabym się do ciebie zwracać „Jaśminku”. Masz takie urocze nazwisko.

– Nikt nigdy tak do mnie nie mówił – zaśmiała się Matylda. – Podoba mi się.

Matylda lubiła swoje nazwisko, choć przejęła je po Wojtku. On jednak ani trochę nie kojarzył jej się z delikatnością jaśminu.

– To dobrze, Jaśminku. W takim razie odgrzeję żurek i cię zawołam. Rozpakuj się i odpocznij.

Matylda została sama w pokoju, który przez najbliższy miesiąc miał się stać jej domem. Zanim otworzyła walizkę i wypakowała z niej pogniecione, upchane w pośpiechu ubrania, podeszła do okna, oparła się o parapet i spojrzała na piękny, rozpościerający się we wszystkie strony las. Drzewa przypominały mur oddzielający pensjonat od świata zewnętrznego. Strzegły tajemnicy gości pani Wiesi. Żaden sekret nie miał prawa wydostać się na zewnątrz. Matylda zastanawiała się, czy w razie potrzeby las ochroni ją przed gniewem Wojtka…

Otworzyła okno na oścież i zamknęła drzwi, by nie robić przeciągu. Chciała, by orzeźwiający zapach drzew połączony ze świeżym powietrzem znad Mamr wypełnił cały pokój i sprawił, że przestała wątpić w swoją siłę. Odważyła się przecież zawalczyć o siebie i wylądowała aż tutaj. Zamieniła warszawską duchotę na zapach sosen, brzóz i olch. Korporacyjną gonitwę na odprężenie w urokliwym domu nieopodal wielkiego jeziora. Stresujące posiłki z mężem, któremu w każdej chwili mogły puścić nerwy, na spokojny domowy obiad z sympatyczną starszą panią. Matylda nie musiała się zastanawiać nad słusznością podjętej decyzji. Wiedziała, że zrobiła to, co musiała. To, co chciała.

 

*

 

– Obiad gotowy! – Głos pani Wiesi rozbrzmiał po całym domu. Matylda naprędce zbiegła po schodach, nie mogąc się już doczekać posiłku. Gospodyni czekała na nią przy głównych drzwiach. – Pomyślałam, że zjemy razem w ogrodzie. Co o tym myślisz?

– Bardzo chętnie – odpowiedziała Matylda.

– Cieszę się. Wczoraj strasznie padało, dlatego trzeba korzystać z pięknej pogody.

Pani Wiesia zaprowadziła Matyldę za dom, gdzie na białym plastikowym stole czekały trzy talerze i garnek zupy.

– Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli dołączy do nas Artur? Chłopak pewnie umiera z głodu, ale kazałam mu poczekać do twojego przyjazdu.

– Naprawdę? – Na twarzy Matyldy odmalowało się zakłopotanie. – Może dlatego jest dziś nie w sosie?

– Artur nie jest w sosie od bardzo dawna. Ale to nie jest historia na teraz.

Jaśmin usiadła na plastikowym, chwiejącym się krześle. Podczas gdy pani Wiesia nalewała jej ciepłą zupę, Matylda rozglądała się po ogrodzie. Od razu pożałowała, że nie przyjechała tu wiosną, gdy kwitły tulipany i konwalie. Podniosła wzrok i sięgnęła nim poza ogród. Dostrzegła dużą trawiastą niezagospodarowaną przestrzeń z drewnianą szopą stojącą na granicy z lasem. Zdziwiło ją, że posesja nie jest ogrodzona.

– Nie boi się pani nieproszonych gości, takich jak lisy czy sarny?

– Często słyszę to pytanie – odpowiedziała pani Wiesia. – Artur nalegał, by ogrodzić teren choćby zwykłą siatką, ale doszłam do wniosku, że to tylko niepotrzebny wydatek. Lisy rzadko zapuszczają się do ogrodu. Wiedzą, że nie znajdą tu wielu łakomych kąsków.

– Ludzi też się pani nie obawia?

– Ludzi? – Pani Wiesia się zaśmiała. – Mieszkańców Borówek to ja znam na wylot, dziecko. I to bynajmniej nie dlatego, że lubię plotkować i wiedzieć, co u kogo słychać. Przyznaję to nieskromnie, ale ludzie mnie po prostu lubią. Ufają mi, bo wiedzą, że gdy powierzają mi swoje sekrety, nie puszczę pary z ust. Ja naprawdę lubię ludzi, Jaśminku. I gdybym miała wystarczająco dużo siły, pomogłabym wszystkim dookoła. Niestety energii mi ubywa, a i dni wydają się coraz krótsze. Nie sądzisz?

Matylda skinęła głową. Pani Wiesia miała rację. Ona sama w Warszawie czuła nieubłagany upływ czasu. Wstawała z samego rana i pracowała bez wytchnienia do późnego wieczora. Dzień mijał jej w ekspresowym tempie, nad czym ubolewała, bo ledwo wyszła z domu, a już musiała do niego wracać. Tak bardzo tego nie chciała. Gdyby mogła wydłużyć czas, zrobiłaby to bez namysłu i pracowała dwa razy dłużej. W biurze czuła się bezpiecznie. Ludzie narzekają na korporacje, ale dla niej firma była bardziej przewidywalna niż własne małżeństwo. Nigdy nie wiedziała, co ją spotka po powrocie do mieszkania. Dom, w którego urządzenie włożyła całe serce, stał się dla niej kompletnie obcy. Znienawidziła go i z czasem przestała znać swoje miejsce w świecie.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć – zaczęła Matylda –