Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 151 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pensjonat nad jeziorem - Yvonne Lindsay

Erin Connell dowiaduje się, że ojcem jej dziecka nie jest jej zmarły mąż, ale nieznany dawca. Ta sytuacja oznacza, że Erin straci dom z pensjonatem nad jeziorem Tahoe, który powinien odziedziczyć syn Jamesa Connella. Tymczasem do pensjonatu przyjeżdża bogaty biznesmen Sam Thornton. Erin jest nim zauroczona. Nie podejrzewa, jaki jest prawdziwy cel jego wizyty…

Opinie o ebooku Pensjonat nad jeziorem - Yvonne Lindsay

Fragment ebooka Pensjonat nad jeziorem - Yvonne Lindsay

Yvonne Lindsay

Pensjonat nad jeziorem

Tłumaczenie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Co zamierzasz zrobić? – spytała przejęta Sasza.

Erin spojrzała na zatroskaną twarz przyjaciółki, a potem na trzymany w dłoni list.

– Prawdę mówiąc, nie bardzo wiem.

– Musisz się więcej dowiedzieć. Informacje to podstawa, gdybyś musiała stanąć do walki – odparła zdecydowanie Sasza. – Co w końcu wynika z tego listu? Ktoś uważa, że zaszła pomyłka w klinice leczenia niepłodności. Jak można coś takiego stwierdzić bez niepodważalnych dowodów? Może jakiemuś urzędnikowi coś się pomyliło.

– No cóż – Erin wymachiwała listem, który przyszedł z firmy prawniczej w San Francisco, trzymając go z dala od zasięgu małych rączek swego synka – najwyraźniej ktoś uznał, że warto się tym zająć. A jeśli to prawda, jeśli testy potwierdzą, że Riley nie jest synem Jamesa, czy będę miała jakiekolwiek prawo o niego walczyć?

– Przecież jesteś jego matką! Urodziłaś go! To jasne jak słońce, że masz do niego wszelkie prawa! Ten Pan X – prychnęła pogardliwie Sasza – w najlepszym wypadku jest tylko dawcą.

– Saszka, chyba nie masz racji. Ten mężczyzna i jego żona trafili do kliniki z tego samego powodu co ja i James. Moim zdaniem to zbyt okrutne nazywać go „tylko dawcą”.

Erin wycisnęła pocałunek na główce Rileya. Tuląc synka w ramionach, wdychała jego dziecięcy zapach. Jaki to cud, że pojawił się na świecie, myślała zachwycona.

– Tak czy owak nikt nie może zaprzeczyć, że jesteś jego matką – zauważyła Sasza. – To znaczy, że masz największe szanse, by uzyskać prawo do opieki nad nim.

Zawsze to jakaś pociecha, pomyślała Erin, ponownie wczytując się w list. Chciała znaleźć cokolwiek, jakiś punkt zaczepienia, dzięki czemu mogłaby odmówić poddania Rileya testom DNA, które potwierdziłyby dokładnie, czy jego ojcem był zmarły mąż Erin, czy też jakiś obcy mężczyzna. Cała sytuacja wydawała się niedorzeczna. Riley musi być synem Jamesa i już. Od tego zależało ich bezpieczeństwo.

Pomyłka, o której pisano w liście, po prostu nie mogła się zdarzyć. Kiedy ona i James wygrali na loterii organizowanej przez klinikę przeprowadzającą zabiegi in vitro, przyjechali z rodzinnego domu nad jeziorem Tahoe do San Francisco. Tam przeszli wszystkie procedury, zakończone cztery miesiące temu narodzinami Rileya. Wtedy nawet przez chwilę nie przyszło im do głowy, że ktoś w klinice mógłby popełnić tak straszną pomyłkę. Tym bardziej żadnemu z nich nie śniło się, że objawy grypy, jakie miał James, maskowały groźną infekcję, co wyszło na jaw miesiąc później. Infekcja doprowadziła do poważnej niewydolności serca, z powodu której mąż Erin zmarł zaledwie dwa tygodnie po przyjściu na świat Rileya.

Teraz wszystkim musiała zająć się sama. Ta świadomość całkiem ją przytłaczała. Odłożyła list na mocno zużyty blat kuchennego stołu. Podobnie jak cała posiadłość mógł być używany tylko przez przyszłe pokolenia Connellów. Tak stanowił zapis dotyczący majątku powierniczego. Teraz cały dom należał prawnie do Rileya. Oczywiście, jeśli był biologicznym synem Jamesa. Erin pożałowała, że w ogóle poszła na pocztę, by odebrać przesyłki.

– Nie martw się. – Sasza pogładziła przyjaciółkę po głowie. – Riley jest twoim synem bez względu na to, kto jest jego ojcem. Odpisz im i poproś o więcej informacji, zanim zgodzisz się na jakiekolwiek testy. Musisz mieć dowody, że doszło do pomyłki.

– Masz rację. – Argumenty Saszy nieco uspokoiły Erin. – W dodatku wymiana korespondencji nieco przedłuży całą sprawę.

– Brawo! – Sasza z westchnieniem spojrzała na kuchenny zegar. – Przepraszam, muszę już uciekać. Za chwilę koniec lekcji.

– Jasne, biegnij po dzieciaki. Dam sobie radę. Dzięki, że wpadłaś.

– Od czego są przyjaciele? Zadzwoń koniecznie, kiedy się więcej dowiesz. – Sasza uścisnęła Erin. – O której spodziewasz się gościa?

– Nie wcześniej niż o piątej.

– Przynajmniej trochę podreperujesz finanse. Aż mi się wierzyć nie chce, że James tak słabo was zabezpieczył.

– Zrobił, co mógł, Saszka. – Erin stanęła w obronie zmarłego męża. – Żadne z nas nie przypuszczało, że umrze tak młodo. Poza tym wykończyły nas rachunki za leczenie Jamesa.

– Wiem, przykro mi. To po prostu takie… niesprawiedliwe.

Erin ścisnęło w gardle. Przełknęła ślinę. Zgadzała się z Saszką. To nie było sprawiedliwe. Po tym co przeszli, co przeżyli. Zaczął ją ogarniać depresyjny nastrój, więc szybko otrząsnęła się w myślach. Babranie się w przeszłości niczego nie zmieni. Całą uwagę powinna poświęcić Rileyowi.

Pożegnała Saszę, zmieniła synkowi pieluszkę, przytuliła go i ułożyła do popołudniowej drzemki. Kiedy zasnął, zabrała na górę elektroniczną nianię, by usłyszeć, gdyby się obudził, i zaczęła sprawdzać, czy dobrze przygotowała pokój na przyjęcie gościa. Wieki minęły od czasu, gdy po raz ostatni przyjmowali gości w Connell Lodge. Na szczęście okazało się, że o niczym nie zapomniała.

Pokój wyglądał doskonale, popołudniowe słońce przesączające się przez szyby przydawało mu ciepła. Szerokie łoże zdobiła pościel nasycona zapachem lawendy, na komodzie pod ścianą w kryształowym wazonie stały świeżo ścięte róże, wypolerowane deski podłogowe lśniły jak lustro. Przylegająca do pokoju łazienka również była nieskazitelnie czysta. Na wieszakach wisiały pachnące, puchate ręczniki, za drzwiami płaszcz kąpielowy ze starannie zawiązanym paskiem. Mydełka, szampony – wszystkiego było pod dostatkiem.

Na prośbę gościa pokój po przeciwnej stronie korytarza przekształciła w gabinet. Zamierzał pracować nad książką i wyraził życzenie, aby podczas pobytu nic nie zakłócało jego prywatności. To żaden kłopot, uznała Erin, skoro nieznajomy będzie jedynym gościem pensjonatu. I pierwszym od miesięcy. Zrobił rezerwację na ich stronie internetowej w najwłaściwszym momencie.

Brakowało jej satysfakcji, jaką dawało przygotowywanie pokoi dla gości, zastanawianie się, co im się spodoba, czy znów tu wrócą. Cieszył ją powrót do interesu. Podczas choroby Jamesa zaprzestali przyjmowania gości, zwolnili personel. Erin była w ciąży, nie miała siły zajmować się mężem i jednocześnie doglądać wszystkiego.

Zastanowiła się, co jeszcze musi zrobić przed piątą. Pomimo chwili załamania, jaką przeżyła po przeczytaniu listu, ciągle była na bieżąco z czasem. Jeśli gość zjawi się punktualnie, zdąży go ulokować i podać mu wieczorny posiłek, zanim obudzi się Riley. Kiedy zbiegała na dół, po raz pierwszy od dawna czuła się niemal szczęśliwa. Może w końcu wszystko odmieni się na lepsze.

Sam Thornton wydostał się z samochodu. Jęknął cicho, czując znajomy ból prawej nogi i biodra. Bezruch w czasie ponadczterogodzinnej podróży autem z San Francisco nie był obojętny dla zmaltretowanego ciała. Powinien był polecieć do Reno, ale wtedy byłby skazany na towarzystwo nieznanego kierowcy, któremu bałby się zaufać. Zatem wolał, by zawieziono go prosto na miejsce. Wyprostował się, odetchnął ciężko i zaczął rozciągać mięśnie.

– Wszystko w porządku, proszę pana? – spytał kierowca.

– Dziękuję, Ray, zaraz do siebie dojdę. Powinienem był cię posłuchać i zgodzić się na więcej postojów.

– Czyżby przyznawał się pan do winy? – Ray uniósł brwi.

– Przecież wiesz. A teraz zamknij się i pomóż mi wyjąć bagaże. – Sam uśmiechnął się, by złagodzić wydźwięk ostatnich słów. Wiedział jednak, że Ray się nie obraził. Nawet kiedy Sam był w najgorszym nastroju, co ostatnio zdarzało się dość często, Ray jakoś znosił wszystkie humory swego pracodawcy i po prostu robił swoje. Po tym, co razem przeszli, Sam uważał Raya bardziej za przyjaciela niż pracownika i po cichu był wdzięczny za to, że przyjaciel jest z nim w tej szczególnej chwili, kiedy musiał zebrać siły przed zadaniem, które go czekało.

Popatrzył na imponującą wiejską rezydencję w staroangielskim stylu. Ściany dwupiętrowego budynku oplatały nieco zaniedbane pnącza winorośli. Wyglądało na to, że ostatnio nikt ich nie przycinał. Prawdę mówiąc, cała posiadłość sprawiała wrażenie, jakby powoli popadała w ruinę.

Zresztą, co go obchodził dom i to, w jakim był stanie. Miał ważniejszą sprawę na głowie.

– Na pewno nie chce pan, żebym tu z nim został jeszcze dzień lub dwa? – spytał Ray, wręczając Samowi torbę i walizeczkę z laptopem.

– Nie potrzebuję niańki – odparł ostrym tonem Sam. – Przepraszam, Ray – zmitygował się po chwili. – Chciałem powiedzieć: nie, dziękuję. Wszystko będzie dobrze. Ruszaj do córki, tak jak planowałeś. Zadzwonię, kiedy będziesz mi potrzebny.

– Jasne!

Ray pomachał Samowi na pożegnanie, wsiadł do audi i odjechał. Sam zrozumiał, że teraz nie ma już odwrotu. Podniósł torbę, ruszając w stronę budynku w tej samej chwili, kiedy wysoka, szczupła kobieta z krótko obciętymi czarnymi włosami otworzyła szerokie frontowe drzwi i wyszła na ocieniony portyk.

Prywatny detektyw, którego Sam wynajął, by ją odnalazł, nie wspomniał ani słowem, jaką atrakcyjną kobietą jest młoda wdowa.

– Pan Thornton, prawda? Dzień dobry. Witam w Connell Lodge – powiedziała. Sam przystanął. Zacisnął dłoń na uchwycie torby, aż zabolało. Co się z nim dzieje? Ta kobieta nie ma prawa go pociągać! Wbrew własnej woli poczuł, jak ogarnia go pożądanie. Do tej pory tak długo ignorował fizyczną stronę swojej natury, aż udało mu się osiągnąć upragniony stan otępienia.

– Pan Thornton? – upewniła się ponownie kobieta.

Brązowe oczy wpatrywały się w Sama z niepokojem. Człowiek mógłby utonąć w ich głębi. Ona wcale mi się nie podoba, powiedział sobie w duchu. Nic a nic!

– Tak, nazywam się Sam Thornton. Proszę mówić mi po imieniu.

Kuśtykając, zbliżył się do kobiety i wyciągnął rękę.

– Erin Connell, gospodyni domu – przywitała się z gościem.

Kiedy poczuł dotyk dłoni Erin, zrozumiał, że przegrał walkę z samym sobą. On chyba też zrobił na niej wrażenie, bo z lekkim okrzykiem szybko zabrała dłoń i cofnęła się o krok. Niech to cholera! – zaklął w duchu. To nie ma prawa się dziać.

– Wejdź, proszę, zaprowadzę cię do twojego pokoju. – Głos Erin brzmiał teraz nieco chropawo, inaczej, niż kiedy witała się z Samem. – Pomóc ci wnieść bagaż?

– Nie, dziękuję, dam sobie radę.

Odwróciła się, by poprowadzić gościa w głąb domu. Idąc z tyłu, Sam mógł podziwiać zgrabną sylwetkę Erin, kształtne biodra i pośladki opięte białymi dżinsami. Na ten widok znów poczuł silny przypływ pożądania.

Chyba oszalałem, przecież Erin nawet nie jest w moim typie, rozmyślał, wchodząc za nią po starych drewnianych schodach na piętro. Mógł sobie protestować; jego zainteresowanie gospodynią nie słabło.

– Przyjechałeś z zagranicy? – spytała.

– Nie. Co prawda pochodzę z Nowej Zelandii, ale od około ośmiu lat mieszkam w Stanach.

– Zawsze chciałam pojechać do Nowej Zelandii. Słyszałam, że jest przepiękna. Może kiedyś… – Właśnie dotarli na piętro.

Sam odetchnął z ulgą, że nie musi już z bliska oglądać kształtów Erin. Po wyłożonym chodnikiem korytarzu doszli do ogromnego, pełnego światła pokoju, którego okna wychodziły na ogród francuski urządzony na tyłach budynku.

– Oto twoja sypialnia. Chyba znajdziesz tu wszystko, czego potrzeba. Jeśli jednak czegoś zabraknie, natychmiast daj mi znać.

Sam nic nie odpowiedział, tylko stał i wpatrywał się w Erin jak jakiś idiota. Wyraźnie posmutniała, więc szybko rzucił kilka słów pochwały pod adresem pokoju, co ponownie rozjaśniło jej twarz.

– Prosiłeś także o gabinet. Przygotowałam go w pokoju po przeciwnej stronie holu.

Weszli do pomieszczenia o ścianach wyłożonych drewnianą boazerią. Pod oknem wychodzącym na prywatną zatokę i jezioro stało spore biurko.

– Pomyślałam, że podczas pracy chętnie od czasu do czasu zerkniesz na wodę. Podoba ci się?

– Bardzo – odparł szczerze. Za niewielkie pieniądze wymościła mu całkiem wygodne gniazdko. Postanowił, że dorzuci jakiś bonus do zapłaty. Chociaż Erin z pewnością by go nie przyjęła, gdyby się dowiedziała, jaki był prawdziwy cel wizyty Sama. – Dziękuję.

Znów uśmiechnęła się tak, że poczuł ucisk w żołądku.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Rozgość się, a ja podgrzeję kolację. Jadalnia jest na parterze, dokładnie naprzeciwko schodów. Za drzwiami masz dzwonek. Daj znać, kiedy będziesz gotowy.

– Dziękuję, Erin, ale nie musisz tak koło mnie skakać.

Erin. Jak obco i jednocześnie swojsko zabrzmiało wypowiedziane na głos imię. Czy to miejsce rzuca na mnie jakiś urok? – zastanowił się Sam. Nie, to żaden urok, stwierdził. Nagły i szalony pociąg do Erin niewiele ma wspólnego z seksem czy pożądaniem. Erin po prostu jest kobietą, która prawdopodobnie urodziła jego syna.

ROZDZIAŁ DRUGI

Oczy Sama spoczęły na urządzeniu kontrolnym, zwanym powszechnie elektroniczną nianią, które Erin przypięła do paska. Poczuł dziwny ucisk w klatce piersiowej. Jak na zawołanie urządzenie ożyło; Sam po raz pierwszy w życiu usłyszał płacz własnego syna. Zamrugał powiekami, by pozbyć się niechcianych łez. W gardle poczuł jakąś twardą gulę. Musiał przełknąć ślinę, by móc cokolwiek powiedzieć.

– To twoje dziecko? – spytał pozornie spokojnym głosem, choć w środku aż kipiał od emocji.

– Tak, czteromiesięczny synek. Ale nie martw się, nie będzie ci przeszkadzał. Mieszkamy na parterze w drugiej części budynku. Mały na szczęście przesypia teraz całą noc.

– To żaden problem – zdobył się na uśmiech. – Jeśli o mnie chodzi, nie musisz ukrywać dziecka. – Głos w elektronicznej niani przybrał na sile. Malec wyraźnie upominał się o swoje prawa. – Chyba woła mamę. Nie będę cię zatrzymywał.

– Dziękuję. – Erin już ruszyła do drzwi. – Zadzwoń, kiedy będziesz chciał zjeść kolację – przypomniała i pospiesznie opuściła pokój.

Sam przez chwilę patrzył w ślad za nią. Potem westchnął głęboko, spojrzał w okno i zatopił wzrok w jasnej toni jeziora. Miał nadzieję, że ogarnie go dawno nieznany spokój. Mijał ponad rok od śmierci żony. Rok wypełniony bólem, tęsknotą, żalem i przytłaczającym poczuciem winy. Nie bronił się przed tymi emocjami, przyjmował je ze stoickim spokojem. Nic więcej nie mógł zrobić. Podjął głupią decyzję, która kosztowała Laurę życie.

Ślubował sobie, że już nigdy z nikim nie wejdzie w bliski związek. Choć tyle winien był pamięci Laury. Do dziś nie miał z tym najmniejszego problemu. Tymczasem w nowo poznanej kobiecie było coś, co pobudzało każdy nerw. Ogarnął go strach i gniew. Nawet jego piękna żona nie działała na niego tak mocno.

To bardzo niedobrze, zwłaszcza że przybył do Lake Tahoe, by zrobić coś, czego Erin mu nie przebaczy. Zamierzał upomnieć się o prawa do jej syna.

Erin niemal biegiem dotarła do prywatnej części budynku. Ależ ten facet jest niesamowity. I o wiele młodszy i bardziej atrakcyjny, niż się spodziewała. Kiedy uścisnął jej dłoń, poczuła mrowienie ciała. To samo czuła za każdym razem, kiedy na nią spojrzał.

Wpadła do dziecinnego pokoju. Riley leżał w łóżeczku i machał rączkami, by zwrócić na siebie uwagę matki. Chwyciła syna w ramiona, odruchowo zaczęła go kołysać i nucić coś kojącym tonem. Nawet się nie skrzywiła, kiedy mała piąstka wplątała się w jej włosy.

– Dobrze spałeś, maleńki? – mruczała. – Słyszałeś, że przybył nowy gość? Dlatego zapłakałeś, prawda? Bałeś się, że coś cię ominie.

Położyła Rileya na stole do przewijania niemowląt, zręcznie zmieniła mu pieluchę i znów zaczęła do niego przemawiać.

– Doskonale rozumiem, że chciałbyś poznać pana Thorntona. Mówię ci, niezłe z niego ciacho. Wcale się na niego nie gapiłam, nie myśl sobie – zastrzegła. Schyliła się i cmoknęła Rileya w brzuszek. – Tylko ty się dla mnie liczysz.

Patrzyła na synka, jednak przed oczami wciąż miała Sama Thorntona. Spotkanie z nim zachwiało jej równowagę. Po wymianie uprzejmych mejli spodziewała się kogoś zupełnie innego – starszego, i, co tu dużo gadać – jakiegoś nudziarza. Nie mężczyzny będącego kwintesencją seksu.

Miał krótko przycięte blond włosy, bruzdy na czole i wokół ust, które świadczyły o tym, że uśmiech był rzadkim gościem na jego twarzy. Natomiast spojrzenie niebieskoszarych oczu hipnotyzowało. Erin miała wrażenie, że gdyby Sam tylko chciał, mógłby przewiercić ją nimi na wylot. I ten jego dotyk…

Zadrżała, zbyt mocno ściskając Rileya. Synek zapiszczał głośno na znak protestu. Postanowiła, że nie ulegnie emocjom, choć dzięki Samowi po raz pierwszy od dawna poczuła się w pełni kobietą.

Poszła do kuchni, gdzie usadowiła Rileya w bujanym foteliku stojącym na blacie, żeby synek mógł obserwować, co się dookoła dzieje. Z boku fotelika powiesiła jakąś zabawkę. Nucąc pod nosem, ustawiła na wielkiej tacy zestaw przypraw oraz żaroodporne naczynie z wołowiną duszoną w czerwonym winie. Danie przygotowała wcześniej, wystarczyło je teraz tylko podgrzać. Razem z piure ziemniaczanym i zielonymi warzywami prosto z ogródka był to całkiem solidny posiłek. Może nawet zbyt solidny jak na tę porę roku; lato jeszcze trwało i wieczory były cudownie ciepłe.

Co tam, jeśli gość będzie miał zastrzeżenia, najwyżej poskarży się szefowi, zaśmiała się w duchu. Nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach jednoosobowe prowadzenie pensjonatu wydawałoby się trudne do udźwignięcia, jednak Erin namiętnie kochała Connell Lodge. Kiedy przybyła tu po raz pierwszy na rozmowę kwalifikacyjną do pracy, poczuła, jakby po raz pierwszy znalazła prawdziwy dom. Zjawiła się z pustymi rękami, po czym ułożyła sobie życie, stworzyła rodzinę, nabrała poczucia przynależności.

Dziesięć lat później jakiś obcy osobnik podważał prawa Erin do tego domu, twierdząc, że Riley nie jest synem jej zmarłego męża. Kimkolwiek był ten Pan X, nawet nie zdawał sobie sprawy, że otworzył puszkę Pandory.

Dobrze byłoby zasięgnąć porady prawnej, ale to zbyt kosztowne. Erin nie chciała korzystać z usług firmy, która od ponad stu lat prowadziła sprawy Connellów, gdyż właśnie ci ludzie pierwsi usunęliby ją i Rileya z posiadłości, gdyby się okazało, że ktoś podważa fakt ojcostwa Jamesa.

To jakaś bzdura. Była żoną Jamesa w każdym znaczeniu tego słowa. Riley jest ich synem. Connell Lodge należy do niego do końca życia. Przestarzałe zapisy prawne dotyczące majątku powierniczego pozwalały na mieszkanie w posiadłości tylko bezpośrednim potomkom Jamesa Connella, który wybudował ją w pierwszych latach dwudziestego wieku. Riley, jako prawowity, biologiczny syn Jamesa, i ona, jego matka, mieli wszelkie prawa, by tu przebywać.

Nagły chłód przebiegł Erin po plecach. A co się stanie, jeśli naprawdę ktoś w klinice popełnił błąd?

Boże, jakże nienawidziła tej niepewnej sytuacji. Gdyby nagle musiała wraz z Rileyem opuścić dom, mieliby jedynie to, co na grzbiecie, i niewielkie oszczędności na koncie. Brakowało jej kwalifikacji, umiała tylko prowadzić pensjonat. Nie mogła więc stracić jedynego dachu nad głową, jaki kiedykolwiek miała. W jakiś sposób musiała zdobyć dowód, który pozwoli jej oddalić od siebie koszmarne widmo.

Przypomniała sobie o Janet Morin. Poznały się w szkole rodzenia; Erin wiedziała, że koleżanka zamierza wrócić do pracy niemal tuż po urodzeniu córki. Wraz z mężem prowadziła kancelarię adwokacką w South Lake Tahoe, po porodzie postanowiła kontynuować pracę w niepełnym wymiarze godzin. Być może mogłaby coś pomóc lub chociaż doradzić…

Riley rozpłakał się, bo uderzył się zabawką w nos. Erin wyjęła synka z fotelika, zaczęła kołysać w ramionach, jednak pozostawał niepocieszony.

– Cicho, misiaczku, mój maleńki – mruczała, obsypując twarz synka pocałunkami. Wszystko na nic.

Z doświadczenia wiedziała już, że jest tylko jeden sposób, by go uspokoić. Przysiadła na kuchennym krześle, rozpięła bluzkę i podała małemu pierś. Riley ochoczo przyssał się do sutka. Erin otarła mu policzki z łez.

– Niewłaściwą porę wybrałeś, kochanie – szepnęła do synka. – Nasz gość wkrótce zejdzie na kolację. Nie będzie zachwycony, kiedy mu ją podam, jednocześnie karmiąc ciebie.

– Chętnie poczekam.

Na dźwięk głosu Sama Erin poderwała się z krzesła, odstawiła Rileya od piersi i w pośpiechu zaczęła poprawiać bluzkę.

– Przepraszam! – Zaczerwieniła się, kiedy zobaczyła, w czym Sam Thornton utkwił spojrzenie. – Nie słyszałam, jak dzwoniłeś.

– Bo nie dzwoniłem. – Sam dokuśtykał do stołu i odsunął krzesło. – Poszedłem do jadalni, bardzo tam ładnie, ale nie uśmiecha mi się jeść samemu. Masz coś przeciwko, bym zjadł kolację tutaj razem z tobą?

Chciała głośno zaprotestować, ale usłyszała w głosie Sama jakiś błagalny ton, dostrzegła cień w oczach. Wydawał się w tej chwili bardzo samotnym człowiekiem.

– Oczywiście, proszę – odparła łagodnie. – Przepraszam za tę scenę. Riley jest dziwnie niespokojny. Może po prostu zbyt szybko rośnie?

– Ma na imię Riley?

Czyżby słuch ją mamił? Naprawdę w głosie Sama był taki bezbrzeżny smutek?

– Tak. Riley James Connell, do usług. – odparła, szybko dopinając bluzkę. Malec odsunął się od matki i obdarzył nowo przybyłego bezzębnym uśmiechem.

– Mogę go wziąć na ręce?

Sam chciałby potrzymać Rileya? – zdumiała się Erin. Większość znanych jej mężczyzn uciekała od niemowląt jak od zarazy. Zaczynali okazywać dzieciom zainteresowanie dopiero wtedy, kiedy przestawały robić w pieluchy i można było z nimi choć trochę porozmawiać. Do takich mężczyzn należał również jej zmarły mąż.

– Dobrze, ale najpierw powinno mu się odbić. – Delikatnie klepnęła Rileya w plecki..

– Też mogę mu pomóc – zaproponował Sam.

– Robiłeś to kiedyś? – spytała zdziwiona.

– Nie, ale to chyba nie jest bardzo trudne?

Chyba nie wie, co może go spotkać, pomyślała.

– Ciągle trochę mu się ulewa – ostrzegła.

– Wobec tego połóż mi ręcznik na ramionach – odparł bez mrugnięcia okiem Sam. – Sobie też kładziesz, prawda?

Erin pokiwała głową i przyniosła niewielki ręcznik. Sam narzucił ręcznik na ramiona, po czym wyciągnął ręce po Rileya. Mały radośnie poszedł w objęcia nieznajomego.

Erin przyglądała się, jak obcy mężczyzna tuli jej dziecko.

– Będzie mu wygodniej, jeśli go potrzymasz w ten sposób. – Podłożyła rękę Sama pod uzbrojoną w pieluchę pupę Rileya. – I pomasujesz plecki, przytulając go do siebie.

Sam wykonał polecenie. Erin patrzyła na tę scenę, myśląc, że śmierć Jamesa pozbawiła Rileya możliwości kontaktu z mężczyzną. Czy Sam mógłby zrekompensować tę stratę? Prawie nie znała tego mężczyzny, jednak instynktownie czuła, że można mu zaufać. Kiedy Rileyowi głośno się odbiło, Sam zrobił tak dumną minę, jakby to on był autorem odgłosu. Erin wybuchła niepohamowanym śmiechem.

– To jeszcze nic – wykrztusiła. – Zobaczyłbyś, co się dzieje, gdy wydaje dźwięki od dołu!

– Wyobrażam sobie! – Sam zrobił przerażoną minę. – Oddać ci go?

– Nie teraz, muszę dokończyć szykowanie kolacji. Jeśli masz dość trzymania Rileya na ręku, wsadź go do fotelika.

– Będzie tam bezpieczny? – Sam z obawą popatrzył na niewielki bujak.

– Tak. Poza tym to bardzo pomocny sprzęt. Riley może się poczuć trochę niezależny ode mnie i jednocześnie obserwować, co robię.

– W porządku – powiedział. – Jednak dopóki nie siądziemy do kolacji, potrzymam go na rękach.

Erin postawiła na stole drugie nakrycie. Kolacja we dwoje wydała jej się czymś intymnym, nawet w obecności Rileya. Ostatni raz nakrywała stół dla dwóch osób kilka miesięcy temu, kiedy James był jeszcze zdolny wstać z łóżka i przejść do kuchni. Odsunęła wspomnienia na bok. I bez tego miała o czym myśleć.

Sam trzymał w ramionach maleńkie ciałko, ledwo mogąc przełknąć ślinę ze wzruszenia. To nie do wiary, że właśnie tulił do siebie własnego syna. Pragnął tulić go z całych sił, bronić przed wszelkim złem, ale wiedział, że nie ma do tego prawa, dopóki nie uzyska potwierdzenia, że Riley naprawdę jest jego synem.

Patrzył, jak Erin zręcznie porusza się po kuchni, bez wysiłku przekształca zwykły blat w elegancko nakryty stół. Aromat potrawy wyjętej z piecyka wiele mówił o jej zdolnościach kulinarnych. Wszystko, co Erin robiła, wydawało się takie niewymuszone. Przypomniał sobie, jak naturalnie wyglądała z Rileyem przy piersi. Widok karmiącej Erin wywołał w nim całkiem nowe odczucia, uświadomił mu, jak bardzo dziecko zależne jest od matki. Ciekawe, czy Laura byłaby gotowa karmić dziecko piersią. Nigdy o tym nie rozmawiali. Całą uwagę skupili na zajściu Laury w ciążę. Wszystko inne stało się mniej istotne.

Znów ogarnęło go poczucie winy, że nie jest lojalny wobec pamięci zmarłej żony. Wydawało się, że będąc tutaj, trzymając w ramionach dziecko, które mogło być jego, lecz już nie jej, zdradza Laurę. Kiedy patrzy nie na nią, lecz na Erin Connell. Gdyby wtedy się nie spóźnił, by zabrać Laurę na umówione spotkanie… Ale nie, on musiał jeszcze załatwić w biurze jakąś pilną sprawę, zamiast zlecić to komuś innemu. Teraz już za późno: i dla Laury, i dla ich wspólnego dziecka poczętego w klinice leczenia niepłodności.

Nawet wynajęcie surogatki nie wchodziło w rachubę. Z tego co wiedział, zdolne do życia zarodki powstałe z połączenia komórek jajowych Laury oraz jego plemników zostały zniszczone. Na jaw wyszło jeszcze wiele innych błędów popełnionych w tej klinice. Ogarnęła go bezsilna złość. Jednak być może w wyniku jednego z tych błędów dziecko, które teraz trzymał w ramionach, zostało poczęte z użyciem właśnie z jego plemnika.

– Wszystko w porządku? – pytanie Erin przerwało rozmyślania Sama.

– Tak, oczywiście. Pachnie wspaniale. – Wskazał na stół.

– Mam nadzieję, że będzie ci smakować.

Erin zabrała Samowi Rileya i usadowiła synka w bujanym foteliku, skąd bawiąc się i radośnie gaworząc, mógł obserwować, jak dorośli zasiadają do stołu.

– To niesamowite – Sam spróbował potrawy nałożonej na talerz. – Gdzie się tego nauczyłaś?

– Czego?

– Gotować w ten sposób. – Na widelcu miał już następną porcję warzyw i świetnie doprawionego mięsa.

– Jestem samoukiem. Kiedy się tu zjawiłam, w Connell Lodge była już kucharka, ale przyrządzała mało wyszukane jedzenie bez przypraw. Zaczęłam eksperymentować z niektórymi potrawami i kiedy starsza pani niedługo po moim przyjeździe poszła na emeryturę, James zaproponował mi, żebym ją zastąpiła.

– Byłaś tutaj zatrudniona? – Tej informacji nie znalazł w aktach, które dostarczył mu prywatny detektyw.

– Początkowo tak. – Po twarzy Erin przemknął doprawiony kroplą goryczy uśmiech. – Potem wyszłam za szefa. Dość banalne, prawda?

Sam poczuł ukłucie zazdrości, lecz szybko o niej zapomniał. Nie miał żadnego prawa być zazdrosny o relacje, jakie łączyły Erin z mężem. Przecież i on był szczęśliwie żonaty. Podczas lat przeżytych razem z Laurą nawet nie spojrzał na inną kobietę. Po jej śmierci przysiągł sobie, że tak pozostanie.

– Reszta, jak to mówią, to już historia – ciągnęła Erin.

– Co właściwie cię tu przywiodło? – dopytywał się Sam.

– Szukałam pracy związanej z prowadzeniem domu. Zbliżała się zima, kiedy jeden z zatrudnionych tutaj na stałe upadł i złamał nogę. W pensjonacie zaczęło brakować personelu. Mieszkałam wtedy w hotelu oddalonym jakieś pół godziny drogi stąd. W lokalnej gazecie znalazłam ogłoszenie, że szukają pracownika, więc podjechałam stopem i zgłosiłam swoją kandydaturę.

– I zostałaś na zawsze – dopowiedział Sam. – A co robiłaś, zanim tu przyjechałaś?

Kiedy padło to pytanie, wyraz twarzy Erin zmienił się nie do poznania. Dotąd patrzyła na Sama przyjaźnie, teraz w jej spojrzeniu malowała się niemal wrogość, jakby myślała, że chce ją okraść. Co w końcu nie było takie dalekie od prawdy, zważywszy, w jakim celu tu przybył.

– To i owo – odparła w końcu wymijająco. – Nic, o czym warto wspominać.

Najwyraźniej nie miała ochoty rozmawiać o przeszłości. Co więcej, Sama ogarnęło przeczucie, że próbuje ukryć coś, co nie powinno ujrzeć światła dziennego. W końcu przeczucie podobnej natury przywiodło go do Connell Lodge, kazało dowiedzieć się jak najwięcej na temat Erin. Musi zapomnieć o tym, jak bardzo go pociąga. Być może jakiś jej ukryty sekret stanie się dla niego bronią w walce o odzyskanie syna.

Tytuł oryginału: A Father’s Secret

Pierwsze wydanie: Mills & Boon Limited, 2013

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2012 by Dolce Vita Trust

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2015, 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2257-0

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.