Wydawca: Święty Wojciech Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 414 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pensjonat na wyspie - Collen Coble

Romantyczny hotel na pięknej plaży… miejsce, gdzie kłopoty uderzają z siłą huraganu! Czy Libby uda się zatrzymać odziedziczony w spadku hotel? Jak potoczy się znajomość z przystojnym porucznikiem Straży Przybrzeżnej? Marzenia dziewczyny mają się właśnie spełnić, kiedy… zostaje podejrzana o popełnienie przestępstwa.

Opinie o ebooku Pensjonat na wyspie - Collen Coble

Fragment ebooka Pensjonat na wyspie - Collen Coble

jeden

Libby Holladay przedzierała się przez krzaki jeżyn w zarośniętym ogrodzie. Zatrzymała się, aby odgonić rój komarów tuż przy swojej twarzy. Dom był rzeczywiście w klasycystycznym stylu, tak jak jej powiedziano. Palladiańskie okna okalały drzwi wejściowe, czy raczej wnękę prowadzącą do nich. Całość była w opłakanym stanie. Dach porastał mech, a pnącze winorośli wrastało w ceglany mur. Zapach wiciokrzewu mieszał się z wonią pleśni.

Zrobiła kilka kroków w stronę domu, ale zanim weszła do środka, do owalnego salonu, zapisała kilka uwag w notatniku. W podłodze brakowało paru desek, inne były przegniłe, więc uważnie stawiała stopy w jasnobrązowych balerinach. Niemalże widziała dawnych mieszkańców tego miejsca. Wyobrażała sobie własne meble ustawione wokół ozdobnego kominka. Pragnęła mieć taki dom, ale coś tak wspaniałego, co wymagało tak wielu napraw, nigdy nie będzie jej. Najlepsze, co mogła teraz zrobić, to ocalić to miejsce dla kogoś innego, kto je pokocha. Już się nie mogła doczekać, aby zacząć pracę.

Zadzwonił jej telefon komórkowy, więc zaczęła nerwowo szukać go w swojej płóciennej torbie. Spojrzawszy na ekran, zobaczyła imię swojej wspólniczki.

– Cześć, Nicole. Powinnaś zobaczyć to miejsce. Rezydencja we wspaniałym klasycystycznym stylu. Myślę, że wybudowana w 1830 roku. I do tego pięknie położona przy rzece. Lub dopiero będzie pięknie, kiedy zrobi się porządek z zapuszczonym ogrodem. – Usadowiła się na parapecie jednego z okien i skreśliła kolejną notatkę dotyczącą kominka. – Nicole? Jesteś tam?

Zapadła cisza, ale po chwili Nicole w końcu się odezwała. – Jestem, jestem.

– Jakoś dziwnie brzmisz. Co się dzieje? – Nicole była gadułą i Libby nie przypominała sobie, kiedy słyszała w głosie Nicole takie napięcie. – Jesteś nadal w Outer Banks? Słyszałam, że huragan zmierza w tamtą stronę. – Wyszukała w swojej torbie paczkę kolorowych żelków i wrzuciła jeden do ust.

– Tak, jestem tutaj – odparła Nicole. – Mieszkańcy twierdzą, że burza ma ominąć Hope Island. Nasz inwestor jest naprawdę zainteresowany tym małym miasteczkiem. A my będziemy miały szansę zarobić kupę kasy. Wszystko w twoich rękach.

Nicole była lokomotywą firmy Holladay Renovations. To ona przekonywała właścicieli, aby znacząco podnosili ceny zabytkowych, starych nieruchomości zapoznając ich z ekspertyzami wykonywanymi przez Libby, która miała bardzo mało do czynienia z finansami firmy i wolała, aby tak pozostało.

– Chyba lepiej zacznę od początku – stwierdziła Nicole. – Rooney wysłał mnie, abym obejrzała kilka budynków do renowacji w centrum miasteczka. Usiłuje załatwić prom, który kursowałby na wyspę. To przyciągnie mnóstwo turystów do hotelu, który planuje tutaj stworzyć. Ale te budynki wymagają najpierw remontu, aby mógł rozkręcić tu swój biznes.

– Tyle to ja wiem. Ale co miałaś na myśli, mówiąc „wszystko w twoich rękach”? – Libby rzuciła okiem na swoje notatki, a potem obeszła pokój raz jeszcze. Rozmowa zabierała jej cenny czas, a ona chciała już wrócić do pracy. – Na pewno odnawiamy budynek stacji ratowniczej, prawda?

– Tak, już ją widziałam. Dobrze zrobiłyśmy, że wykupiłyśmy od razu to cudne miejsce. Jak tylko zabierzesz się za nie, zarobimy na tym kupę forsy i wyrobimy sobie renomę w miasteczku. Już zaczęłam przygotowywać wykaz materiałów i pracowników, których będziemy potrzebować. Ale nie dzwonię w sprawie remontu. Chcę ci powiedzieć o naprawdę wielkich pieniądzach, Libby. Milionach.

To przyciągnęło uwagę Libby. – Milionach?

– Wpadłam tutaj do kancelarii, aby miejscowy prawnik zajął się całą robotą papierkową związaną z naszym zakupem budynku stacji. Horace Whittaker. Musiałam mu podać nasze nazwiska.

– I co z tego?

– Kiedy sekretarka usłyszała twoje nazwisko, ledwo mogła złapać powietrze.

– Zna mnie?

– Ten prawnik poszukuje Libby Holladay. Córki Raya Mitchella.

– To nazwisko mojego taty.

– Tak też pomyślałam. Kiedyś słyszałam, jak wspomniałaś imię Ray, ale nie byłam pewna nazwiska.

Libby potarła dłonią czoło. – Dlaczego mnie szuka? Mój ojciec zmarł dawno temu. Kiedy miałam pięć lat.

– Umarł miesiąc temu, Libby. I zostawił ci jakieś wartościowy spadek. W rzeczywistości są to grunty, co do których Rooney sądził, że ma na nie zgodę kupna. Więc to my prowadzimy w tej grze. – Głos Nicole wyraźnie się podniósł.

Libby trudno było złapać oddech. – To jakiś głupi żart. Założę się, że prawnik zażądał jakiejś opłaty.

– Nie. Naprawdę nie. Zgodnie z tym, co mówi sekretarka, twój tata żył tutaj w Outer Banks cały ten czas. A Horace ma pudełko listów, które Ray napisał do ciebie a które są ostemplowane Zwrot donadawcy. Wygląda na to, że twoja matka odmawiała przyjęcia listów.

Libby poczuła, jak jej żołądek się zaciska. Przez całe swoje dzieciństwo wypytywała matkę o ojca. Nigdy nie było odpowiedzi. Mama z pewnością nie mogła kłamać. Libby obserwowała dwa kolibry fruwające w pobliżu plątaniny krzaków kwiatowych.

– Czy ty masz pojęcie, ile te grunty są warte? – Głos Nicole drżał. – Ciągną się wzdłuż oceanu. Jest na nich mały, uroczy pensjonat.

Brzmiało to zbyt pięknie. – A okolica?

– Przecudna, ale odległa. – Nicole ucichła. – Ach, słuchaj, jest jeszcze coś. Kilka dni temu natknęłam się na dziewczynę, która wyglądała zupełnie jak ty.

Libby zeszła ze swego miejsca przy oknie. – Kim ona jest?

– Twoją przyrodnią siostrą. Ma na imię Vanessa. Masz również brata, Brenta. Ma dwadzieścia dwa lata.

– Mój ojciec ożenił się ponownie? – Libby z trudem ogarniała całą tę sytuację. Dzisiaj rano nie miała żadnej rodziny oprócz swojego młodszego brata przyrodniego, którego rzadko widywała. Dlaczego matka nigdy niczego jej nie powiedziała? – A co z żoną mojego ojca?

– Nikt o niej nie wspomniał. Ale jest ciotka.

Rodzina. Odkąd pamięta, zawsze chciała żyć w otoczeniu dużej, wielopokoleniowej rodziny. Natomiast jej wyzwolona matka zawsze pragnęła widoku nowych i ekscytujących miejsc. Nigdy nie mieszkały w jednym domu dłużej niż dwa lata.

– Musisz tu przyjechać. – Nicole mówiła dalej. – Trzeba się zająć tysiącami drobnych rzeczy. To jest interes, o który się modliłyśmy, Libby. O nic nie będziesz się musiała martwić do końca życia i będziesz miała mnóstwo pieniędzy, aby pomóc swojemu przyrodniemu bratu. Nie będzie już musiał mieszkać ze swoją rodziną w tej przyczepie.

Myśl o wkupieniu się w łaski przyrodniego brata wydała się jej interesująca. Nie byli ze sobą blisko, ale nie dlatego, że nie próbowała. – Nie mogę przyjechać wcześniej niż jutro, Nicole. Muszę najpierw skończyć pracę tutaj. Mamy też innych klientów.

Jak bardzo jej opieszałość związana była z myślą, że będzie musiała stawić czoła przyszłości, która miała się radykalnie odmienić? Nigdy nie radziła sobie dobrze ze zmianami. Życie nauczyło ją, że zmiana oznacza pogorszenie sytuacji, a nie jej polepszenie.

Libby usłyszała w słuchawce ciężkie westchnienie swojej wspólniczki. – Okej. Hej, chcesz zobaczyć Vanessę? Będzie tu za kilka minut. Przy stacji ratowniczej, gdzie mam się z nią spotkać, zainstalowana jest kamera internetowa z widokiem na plażę. Wyślę ci do niej link. Zobaczysz Vanessę, zanim się z nią spotkasz.

Libby rzuciła okiem przez okno w kierunku samochodu. – Mój laptop jest w samochodzie. – Założyła długie włosy za uszy i zaczęła zbierać swoje rzeczy. – Co Vanessa sądzi o tym, że nasz ojciec zostawił najcenniejsze nieruchomości właśnie mnie? – Wyszła z domu, zmierzając do miejsca, gdzie zaparkowała samochód.

Nicole chrząknęła. – Cóż, jest wkurzona.

– Wyobrażam sobie. Co jej o mnie powiedziałaś?

– Jak najmniej.

– Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

– Nimi bym się nie przejmowała. Chociaż ona i jej brat próbowali wyciągnąć informacje na twój temat. W rozmowie Vanessa wspomniała o jakichś ruinach latarni morskiej. Chciałam się dowiedzieć, gdzie one dokładnie są. Zaproponowała, że mi je pokaże, ale ja wybrałam się tam wczoraj sama. Spotykam się z nią dzisiaj, bo wiem, że chciałabyś się dowiedzieć o niej czegoś więcej.

Wszystko to wyglądało na jakąś nadciągającą, ogromną katastrofę. – Mam tyle pytań.

– Więc przyjeżdżaj jak najszybciej i znajdź na nie odpowiedzi. A jak zobaczysz pensjonat Tidewater, Libby! Jest naprawdę stary. Stoi na wschodnim brzegu wyspy przy ogromnym pasie plaży. Dawniej był domem mieszkalnym. Jest nieco podniszczony, ale bardzo oryginalny. Trudno tu dotrzeć. Dopóki Rooney nie dostanie zgody na prom, trzeba będzie wynająć łódź, aby tu dopłynąć. Ale na pewno ci się tu spodoba. Ja już się zakochałam w tym miejscu. To jak podróż do przeszłości. I znalazłam kilka jaskiń do spenetrowania.

– Nie ma drogi łączącej wyspę ze stałym lądem? – Libby było trudno wyobrazić sobie miejsce tak odległe.

– Nie. Dojedziesz tylko drogą morską.

Trzymając cały czas telefon przy uchu, Libby otworzyła drzwi samochodu i wśliznęła się na siedzenie. Laptop leżał na podłodze. Otworzyła go. – Rozłączę się na chwilę, żeby podłączyć telefon do komputera. Wyślij mi link do kamery na plaży. Nie mów Vanessie, że was oglądam.

– O której możesz tu jutro być?

– To około dwóch godzin jazdy z Virginia Beach?

– Zgadza się.

Libby była pewna, że dziś w nocy nie zmruży oka. Nie będzie więc problemu, żeby wskoczyć pod prysznic około szóstej. – Do dziewiątej rano dotrę.

Zakończyła rozmowę. Podłączyła telefon kablem do komputera. Posłuży się sygnałem z komórki, aby widzieć obraz Nicole na większym ekranie laptopa. Będzie mogła ją oglądać i jednocześnie odbierać przychodzące rozmowy. Skóra swędziła ją od zadrapań krzaków jeżyn. Udało jej się połączyć z Internetem. Sprawdziła pocztę. Nie było żadnej nowej wiadomości.

Została właścicielką majątku. Nie mieściło się jej to w głowie. Nieważne, w jakim stanie znajdowała się nieruchomość, było to ogromne wsparcie, czego jeszcze wczoraj nie posiadała. Myśl ta sprawiała, że było jej lekko na duszy. Przyglądała się uważnie wspaniałemu staremu domowi, przed którym stała. Może za sprzedaż pensjonatu dostałaby wystarczająco dużo pieniędzy, aby kupić taki stary dom i go odnowić? Spełniłoby się jej marzenie. Mogłaby pomóc swojemu przyrodniemu bratu. Mogłaby kupić kilka obrazów Allstona, o czym nawet nie śniła.

Jakaś kobieta zapukała w okno samochodu i Libby przekręciła kluczyk w stacyjce, aby otworzyć szybę. – Dzień dobry. Nie jestem żadnym intruzem. Robię tylko wycenę tego wspaniałego miejsca, aby wpisać go do rejestru zabytków.

Kobieta uśmiechnęła się. – Pomyślałam, że może pani kupuje ten dom. Ktoś powinien się zabrać za jego renowację.

– Ktoś już to planuje – odparła Libby. A może to będzie ona zamiast jej klienta?

Kobieta wyciągnęła rękę i wskazała jakiś kierunek. – Zbieram pieniądze dla rodziny Wardersów, którzy mieszkają tuż za rogiem. Spaliła im się kuchnia, a nie byli ubezpieczeni.

Libby miała jedynie dwieście dolarów na koncie, a musiała jeszcze dotrzeć do Outer Banks. – Bardzo bym chciała pomóc. – W jej głosie słychać było prawdziwy żal. – Ale w tej chwili nie mogę sobie na to pozwolić.

– Tak czy owak, dziękuję. – Kobieta uśmiechnęła się i ruszyła w kierunku następnego domu.

Libby zasunęła szybę i kliknęła w ikonkę skrzynki mailowej. Natychmiast pojawiła się wiadomość od Nicole. Otworzyła link. Musiała tylko kliknąć i zobaczyć swoją siostrę, o której istnieniu do tej pory nie miała pojęcia. Dłonie jej drżały, kiedy kierowała kursorem na link i kliknęła w niego. Strona się otworzyła, a przed nią pojawił się szeroki deptak ciągnący się ponad piaszczystymi wydmami, które wyglądały jak śnieżne zaspy. W oddali rysował się wspaniały błękit oceanu. Molo wdzierało się daleko w morze. Była to scena jak z jakiegoś kolorowego czasopisma. Libby niemalże czuła na sobie morską bryzę.

Kliknęła i powiększyła obraz oraz podkręciła głośność, aby móc usłyszeć szum fal. Gdzie była Nicole? Na molo i w pobliżu wody nie było nikogo. Na prawo mogła dostrzec jakiś podupadły budynek z napisem nad drzwiami Stacja Ratownicza w Hope Beach.

Nagle na deptaku dało się dostrzec jakiś ruch i na ekranie pojawiła się Nicole. Uśmiechnęła się i pomachała. – Cześć, Libby. – Usłyszała jej głos. Jakość dźwięku była zaskakująco dobra. Ocean w tle brzmiał kojąco, jak kołysanka.

Libby musiała się powstrzymać, żeby nie odmachać. Blond włosy Nicole były spięte w kucyk pod dużym kapeluszem przeciwsłonecznym, a na brązowy strój kąpielowy narzuciła modną różową tunikę.

Nicole spojrzała na zegarek i zmarszczyła czoło. – Vanessa się spóźnia. Tak jak ci mówiłam wcześniej, nie chciałam na nią czekać, żeby zobaczyć ruiny latarni morskiej, więc poszłam tam sama. Muszę ci je pokazać. Poczekaj, aż zobaczysz, co odkryłam. Zwariujesz! Hej, hej, zadzwoń do mnie. Molo jest jednym z niewielu miejsc, gdzie działa telefon. Zupełny odlot! Cała wyspa bez zasięgu! Niemalże, w każdym razie.

Libby złapała za swój telefon nadal podłączony do komputera. Mogły jeszcze przez chwilę porozmawiać. Ale zanim wybrała numer, jakaś mała łódka podpłynęła do brzegu. Wyskoczyli z niej dwaj mężczyźni i wyciągnęli ją na piach. Nicole odwróciła się do nich. Szli w jej stronę. Libby natychmiast wybrała numer do Nicole. Widziała, jak przyjaciółka rzuciła się do swojej torby, aby odszukać telefon.

Jak tylko Nicole odebrała, Libby skoczyła na równe nogi i krzyknęła. – Uciekaj stamtąd! Uciekaj do samochodu!

Nicole nadal patrzyła na mężczyzn idących w jej stronę. – To tylko turyści, Libby. Za bardzo się przejmujesz. – Uśmiechnęła się i pomachała do mężczyzn.

Libby pochyliła się bliżej do laptopa. – Coś jest nie tak, Nicole. – Prawie nie mogła oddychać, odczytując intencje malujące się na twarzach mężczyzn. – Błagam, uciekaj!

Ale to dwaj mężczyźni rzucili się do biegu, jak tylko znaleźli się w pobliżu deptaku. W miarę jak zbliżali się do kamery, Libby była w stanie zobaczyć ich całkiem wyraźnie. Jeden miał około czterdziestu lat i mocno naciągniętą czapkę na oczy. Jego spora broda mocno rzucała się w oczy. Drugi wyglądał na ponad dwadzieścia lat. Był blondynem i z pewnością nie golił się od kilku dni.

Nicole zrobiła krok do tyłu, kiedy starszy mężczyzna na przedzie uśmiechnął się do niej. – Rozłącz się. – Rozkazał jej i złapał ją za rękę.

– Zostaw ją! – Libby krzyknęła do telefonu.

Mężczyzna wytrącił telefon z ręki Nicole i połączenie zostało przerwane. Drugi mężczyzna już przy nich był i wkłuł igłę w ramię Nicole. Obaj zaczęli ciągnąć ją do łodzi. Wyrywała się i wzywała pomocy, a potem nagle jej ciało zwiotczało. Kapelusz zsunął jej się z głowy i spadł na ziemię.

Nie będąc świadomą, że nadal krzyczy, Libby wybrała numer alarmowy 911. – Och, Boże, Boże, pomóż jej!

Dyspozytor zgłosił się i Libby bełkotała do niego o uprowadzeniu swojej przyjaciółki na jej oczach. – To się dzieje w Outer Banks. – Nie mogła oderwać oczu od łodzi oddalającej się od mola. – Stać! Stać! Oni ją zabierają ze sobą! Zróbcie coś!

– Gdzie?

– Już mówiłam, w Outer Banks. – Libby zerknęła na nazwę nad zmieniającym się obrazem wideo. – Hope Beach. Wyślijcie tam kogoś.

– Inny dyspozytor łączy się już z szeryfem. Wysłaliśmy też policję do pani.

– Natychmiast jadę do Hope Beach.

– Proszę zostać tam, gdzie pani jest – odparł dyspozytor. – Połączyliśmy się z szeryfem. Jest w drodze do tego miejsca. Proszę się nie rozłączać, dopóki nie dotrze do pani policja.

Musiała coś zrobić. Cokolwiek, byle tylko nie wybiec na ulicę i nie zacząć krzyczeć. Spojrzała na komputer. Mogła wywołać obraz i zachować go jako dowód. Ale płynącego strumienia nie można było przewinąć, nie można było zapisać. Jeśli włamałaby się na stronę, dostałaby się do tego pliku. Policja zaoszczędziłaby sobie czasu i puściła w obieg zdjęcia mężczyzn. Po kilku uderzeniach w klawiaturę zdołała złamać osłonę i dotarła do kodu.

Wtedy komputer zamrugał i pojawił się pusty ekran. A kiedy próbowała wejść z powrotem na stronę, cały kod zniknął. Co takiego zrobiła?

dwa

Unoszący się na niebie smog ponad budynkami Nowego Jorku odzwierciedlał kiepski nastrój, w jakim był Lawrence Rooney. Kontemplował on rozległy widok rozciągający się z okna jego penthouse’a przy Piątej Alei. Lepiej, żeby siedzący za błyszczącym biurkiem z drzewa orzechowego senator miał dla niego miłą niespodziankę, po tym co dla niego zrobił.

Lawrence wystarczająco długo ignorował obecność senatora, aby dać mu wyraźnie do zrozumienia, kto jest tutaj górą. Odwrócił się do niego i usiadł w fotelu.

– Masz dla mnie jakieś wieści?

Senator Troy Bassett poluzował krawat i wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Przetarł nią spocone czoło. – Dziś w mieście jest jak w piecu – wymamrotał.

Ten pulchny pięćdziesięciolatek był niegdyś przystojnym, atletycznym blondynem. Z czasem jednak jego atrakcyjność zastąpiła siwizna i fałdy tłuszczu. Znali się z czasów studiów na Harvardzie. Wiedzieli o sobie i swoich słabościach wszystko. Lawrence wydał fortunę, aby Bassett został wybrany na senatora. Nagroda za to miała dopiero nadejść – teraz.

– Co z głosowaniem? – Lawrence nie owijał w bawełnę.

Senator pokiwał głową. – Przeszło. Sieć promów zostanie uruchomiona w przyszłym roku.

– Doskonale. – Lawrence rozsiadł się w swoim fotelu. – Grunty będą moje do końca lata.

– Sądziłem, że staruszek odmówił ich sprzedaży.

– Na szczęście dla nas umarł. – Wiele by dał, żeby być przy tym, jak Ray Mitchell wyzionął ducha.

Bessett uniósł brew. – W naturalny sposób?

Lawrence zaśmiał się. – Oczywiście. Oboje wiemy, że lubię dopiąć swego, ale nigdy nie posunąłbym się do morderstwa. Sprawdziłem wiele razy, że pieniądze przemawiają wystarczająco skutecznie, aby nie uciekać się do takich metod. – Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. – No, ale zawsze kiedyś musi nastąpić ten pierwszy raz…

– Mitchell był godnym ciebie przeciwnikiem. Pozostał nieugięty.

– Zgoda. Ale jego syn nie ma żadnych skrupułów. Wie, kiedy natrafia się okazja i potrafi z niej skorzystać.

– Więc zgodził się na twoją cenę?

Lawrence przytaknął głową. – Zgodził się. Nawet chciałem podnieść cenę o jakieś pięć milionów, jeśli byłaby taka potrzeba, ale on o tym nie wiedział. Więc to ja ubiłem dobry interes.

– Jak zawsze.

W drzwiach pojawiła się głowa sekretarki Lawrence’a. – Panie Rooney, pan Poe do pana.

– Doskonale. Wpuść go. A ty zostań. – Zwrócił się do senatora, który zaczął wstawać ze swego miejsca. – Poe przedstawi nam obu bieżącą sytuację.

Kenneth Poe, ubrany w granatowy garnitur i czerwony krawat, wkroczył do biura. Z perfekcyjnie ułożoną fryzurą kosmyków ciemnych włosów wydawał się uosobieniem dżentelmena. Jeśli Lawrence miałby syna, chciałby, żeby chłopak był taki jak Poe. Bystry, bezwzględny i przystojny. Miał trzydzieści lat i nadal się nie ożenił. Zapewne nadszedł właściwy moment, aby przedstawić go Katelyn. Lawrence nie mógł sobie wymarzyć lepszego zięcia.

– Witam pana. – Poe wyciągnął dłoń. – Witam senatorze.

Mężczyźni podali sobie dłonie, a Lawrence odnotował kolejnego plusa na korzyść Poego. Wiedział doskonale, jak się zachować w obliczu władzy, i świadomie wyraził swój szacunek, witając się z nim pierwszym. Chłopak musiał brać lekcje podlizywania się. Ale Lawrence’owi to się podobało.

– Mam nadzieję, że masz dla mnie podpisany akt sprzedaży.

Poe usadowił się na drugim krześle i niedbale zarzucił stopę na kolano. – Niestety, natrafiliśmy na przeszkodę.

Czoło Lawrence’a zmarszczyło się na dźwięk grobowego brzmienia głosu Poego. – Jakiego rodzaju przeszkodę?

– Poważną przeszkodę.

Kiedy Poe twierdził, że coś jest poważną sprawą, Lawrence zawsze przywiązywał do tego wagę. – Jak bardzo poważną?

– Do miasta przyjechała pewna młoda kobieta. Bardzo inteligentna i wścibska. Odkryła jaskinię. Nie jestem pewien, czy widziała, co jest w środku. – Zerknął w kierunku senatora.

Lawrence zacisnął usta. – Musimy trzymać ją z daleka od tego tak długo, dopóki wszystkie papiery nie zostaną podpisane. Czy możesz umieścić ją w jakimś bezpiecznym miejscu aż do zakończenia naszych spraw?

– To już zostało zrobione. Ale jeśli przysporzy nam to jeszcze więcej problemów?

– Będziemy się tym martwić później. Tu chodzi o naprawdę duże pieniądze, Kenneth. Nie pozwolę, żeby moje plany popsuła jakaś grotołazka amatorka. Załatw to.

– Oczywiście, proszę pana. Zrobię co w mojej mocy.

Moce Poego były zazwyczaj spektakularne. Lawrence przestał się martwić, a zaczął się zastanawiać, co zrobi z pieniędzmi, które będą do niego spływać strumieniami, kiedy zamieni Hope Island w drugie Myrtle Beach*.

***

Słońce zachodziło za horyzontem, a żaglówka szybko szła na dno. Dwójka ludzi wymachiwała rozpaczliwie rękami i nogami w wodzie. Główny oficer, Alec Bourne, siedział na brzegu podłogi helikoptera Dolphin. – Zejdź trochę niżej – starał się przekrzyczeć huk śmigła. Jego zespół Straży Przybrzeżnej otrzymał wezwanie dwadzieścia minut temu, a on modlił się przez całą drogę, aby dotarli na czas.

Wprawdzie huragan zmienił kierunek i miał ich ominąć, ale jego zewnętrzne skrzydło wywołało gwałtowny sztorm. Mała łódź ugrzęzła, targana silnym wiatrem i falami. Lewa burta przechylała się o czterdzieści pięć stopni. Zapewne to wezwanie było pierwszym z kilku, które otrzymają dzisiaj.

Pilot, Josh Holman, skinął głową i helikopter zaczął krążyć bliżej fal bijących o łódź. Alec wychylił się i wsparł się na wiejącym w jego stronę wietrze. Ostry deszcz kłuł go w twarz. Czekając na sygnał od mechanika lotu i jednocześnie swojego najlepszego przyjaciela, Curtisa Irelanda, czuł wyraźnie zapach słonego powietrza.

– Przygotować się do wyciągnięcia pływaka! – Josh wydał krótką komendę, a Curtis klepnął Aleca w pierś.

Alec nabrał powietrza, a później rzucił klamrę karabinka i uwolnił się z pasa, jedynego elementu uprzęży, która trzymała go w helikopterze. Wyskoczył z samolotu. Wiatr targał nim, kiedy opadał w dół. Gdy się zanurzył, fale zatamowały powietrze wydobywające się z jego płuc. Natychmiast wystrzelił na powierzchnię i rzucił się do pierwszej osoby w wodzie.

Kobieta walczyła z morzem, aby jak najprędzej dotrzeć do Aleca. Kiedy go dotknęła, złapała za szyję i pociągnęła pod wodę. – Uspokój się! – Odepchnął ją, a potem chwycił od tyłu, stosując tradycyjny, chwyt ratunkowy. Zesztywniała, ale potem rozluźniła się w jego uścisku. Unosząc kciuk do góry, dał Curtisowi znak, aby zaczął opuszczać kosz ratunkowy.

– Wszystko będzie dobrze – uspokajał kobietę.

– Wpłynęliśmy na mieliznę. – Z trudem łapała powietrze fioletowymi ustami. – Jesteśmy w wodzie od dwóch godzin.

– Już prawie koniec. – Chwycił kosz i pomógł jej wdrapać się do środka. Potem dał sygnał Curtisowi, aby wciągnął ją do helikoptera, a sam popłynął po jej męża.

Pięć minut później on również był z powrotem na pokładzie Dolphina. Misja zakończona. Ratowniczka medyczna, Sara Kavanagh, sprawdzała kobiecie puls i ciśnienie krwi. Oboje pacjenci siedzieli owinięci w koce. Dziękowali Alecowi i załodze całą drogę do Stacji Straży Przybrzeżnej, gdzie personel medyczny oczekiwał na żeglarzy rozbitków.

W dni takie jak ten Alec wiedział, że znajduje się tam, gdzie Bóg go potrzebował. Ale były też inne dni, kiedy nic nie szło tak jak trzeba lub kiedy tracili człowieka, którego próbowali ratować.

Uśmiechał się, idąc przez trawnik w kierunku Stacji ze swymi przyjaciółmi. Alec i Curtis razem przeszli szkolenia. Różnili się od siebie tak bardzo, jak tylko dwóch najlepszych przyjaciół może się od siebie różnić. Curtis był tym spokojnym i rozważnym w grupie. Chociaż pochodził z bogatej rodziny, nigdy się z tym nie obnosił. Sara Kavanagh była jedyną kobietą w zespole. Jej powściągliwość i pewność siebie sprawiały, że mężczyźni w Stacji wstrzymywali się od jakichkolwiek niewłaściwych uwag pod jej adresem. Poza tym zdobyła ich zaufanie swymi kompetencjami. Czasami zastanawiał się, czy Sara i Josh w końcu staną się parą. Josh zwykle pajacował i wszystkich rozśmieszał, ale czasami Alec dostrzegał jakąś iskrę w jego oczach, kiedy patrzył na Sarę.

– Masz więc trzy dni wolnego, Alec. – Josh zaczynał swoje żarty. – Co będziesz porabiał? Opuścisz wyspę i pojedziesz zabawić się w kasynie, gdzie wygrasz tyle kasy, że kupisz mi jaguara?

– Jeżeli o mnie chodzi, będziesz się musiał zadowolić rowerem – odparł Alec. – Jadę z Zachem łowić kraby. Słyszałem, że nieźle biorą. Może uda mi się na nich zarobić tyle, żeby rozbudować taras z tyłu domu.

Sara wyciągała jedzenie z torby. – Jak tam Zach?

Uśmiech zniknął z twarzy Aleca. Wzruszył ramionami. – Minęły zaledwie dwa tygodnie. Wiesz, jak to jest z nastolatkami. Raz wydaje się, że wszystko jest w porządku, a za chwilę robi coś tak głupiego, że masz wrażenie, że wychował się w buszu. Ale cieszy się, że wrócił na wyspę. Nienawidził Richmond.

– Musi być ci trudno. Nigdy nie miałeś do czynienia z wychowywaniem dzieciaków – stwierdziła Sara.

– Darrell zdołał zrobić to, co najważniejsze. Ja spróbuję zająć się tym, co jest jeszcze do zrobienia. On jest wszystkim, co mi zostało po Darrellu.

Awionetka rozbiła się zalewie sześć miesięcy temu i tęsknota za starszym bratem nadal sprawiała Alecowi ogromny ból. Do tego Zach wyglądał dokładnie jak Darrell w jego wieku. Dzieciak sprawiał dziadkom ogromne problemy, dlatego dwa tygodnie temu opiekę nad nim przejął Alec. Powinien był zabrać go do siebie od razu, ale mama Aleca upierała się, że miejsce chłopca jest przy nich. No i Darrell wyznaczył swoich rodziców na opiekunów.

Zadzwoniła jego komórka. Stacja była jednym z niewielu miejsc na wyspie, gdzie był zasięg. Telefonował kuzyn, Tom, który dziwnym zbiegiem okoliczności był jednocześnie szeryfem na wyspie. – Cześć, Tom.

– Nie chcę ci zawracać głowy, ale Zach trafił tu do więzienia.

Alec poczuł, jak jego żołądek się zaciska. – Co zrobił?

– On i jego koledzy wpadli na pomysł, aby wymalować graffiti na ścianach szkoły. Został przyłapany z farbą. Myślę, że powinieneś zostawić go tutaj na noc. Może to go czegoś nauczy.

Myśl, że jego bratanek siedzi w więzieniu, była bolesna, ale Alec wiedział, że jego kuzyn ma rację. – Sądzę, że to dobry pomysł.

– Skoro już cię złapałem, myślę, że będę potrzebował twojej pomocy. Kobieta o nazwisku Nicole Ingram została uprowadzona z molo Tidewater.

– Uprowadzona?

– Zadzwonili do mnie z policji w Virginia Beach. Jej wspólniczka widziała to na ekranie komputera z kamery.

Alec skrzywił się. – Okropne!

– Policjant, który zadzwonił do mnie, twierdził, że była w histerii. Podobno tutaj jedzie. Czy twój zespół mógłby mieć oko na wszystko? Porywacze zabrali ją na łódź i odpłynęli.

– Oczywiście. Czy masz opis tej kobiety?

Tom podał mu jej charakterystykę. – Kurczę, mam drugi telefon. Kończę. I nie waż się wpaść po swojego bratanka wcześniej niż jutro przed lunchem.

Alec rozłączył się i odłożył telefon. Wszyscy patrzyli na niego z ciekawością. – Zach jest w więzieniu.

– To już wiemy – odparł Curtis. – Ale co zrobił?

– Wymalował graffiti na ścianach szkoły.

– Też to kiedyś zrobiłem – pochwalił się Josh. – To taki rytuał dorastania.

– Mnie się to nigdy nie zdarzyło – stwierdził Alec.

– Och tak, ale ty chodziłeś po wodzie.

Alec uśmiechnął się, słysząc znajomy żart. Tylko dlatego, że nigdy nie pił ani nie palił, większość ludzi sądziła, że był kimś w rodzaju świętego. Prawda była jednak zupełnie inna.

*Kurort wKarolinie Południowej na wschodnim wybrzeżu, wielkie centrum turystyki obsługujące rocznie ok. 14 mln turystów.

trzy

Podróż do Outer Banks zlewała jej się w jedno. Libby nie była w stanie podziwiać widoków, chociaż zawsze chciała zobaczyć to miejsce. Przejechała przez most Chesapeake Bay. Droga 168 zmieniała się na US 158, kiedy dotarła do Outer Banks. Po lewej miała ocean, a po prawej estuarium Albemarle Sound. Znajdowała się w zupełnie innym świcie. Opuściła szybę, aby napawać się atmosferą szumiących fal i pisku mew.

Zanim dotarła do Kitty Hawk, słońce już zaszło. Zaparkowała na parkingu w doku zatoki i ruszyła przed siebie. Motorówki i żaglówki połyskiwały w świetle księżyca, podskakując na ciemnych wodach oceanu. O tej porze było tu nawet trochę ludzi, zazwyczaj turystów. Zatrzymywała każdego, kogo napotkała, ale nikt nie miał łodzi, która zabrałaby ją na Hope Island.

Obserwowała uważnie każdego napotkanego mężczyznę, ale żaden nie wyglądał jak ci, którzy uprowadzili Nicole. Z daleka zobaczyła kuter Straży Przybrzeżnej i zaczęła do nich machać i krzyczeć, ale łódź odpłynęła, zupełnie na nią nie zważając. W jaki sposób miałaby dostać się na wyspę dziś wieczorem?

Teraz dopiero poczuła, jak dopada ją zmęczenie po wyczerpującej jeździe samochodem. Kiedy zaczęło jej burczeć w brzuchu, zdała sobie sprawę, że nic nie jadła od lunchu. Wyglądało na to, że miała tu zostać całą noc, więc kupiła w automacie paczkę orzeszków w czekoladzie i kawę. Ale była po tym jeszcze bardziej roztrzęsiona. Spojrzała na szeroki pas wody. Może spacer wzdłuż zatoki trochę ją uspokoi. Usiadła na skale, zdjęła buty i zaczęła iść po miękkim piasku. Słonawe, rześkie powietrze porządkowało myśli w jej głowie. Modliła się, aby Bóg był z Nicole, gdziekolwiek ona teraz jest. Ale kto ją porwał i dlaczego?

Jakiś statek zabuczał w oddali, a woda niosła dźwięk do brzegu. Doszła do mola, usiadła na jego krańcu i zwiesiła nogi. Po prawo jakaś ryba plusnęła w wodzie. Szum rozbijających się o brzeg fal działał na nią kojąco. Bóg widział, co się przydarzyło Nicole. Z całą pewnością już się tym zajął. Libby próbowała trzymać się tej myśli.

Poziom adrenaliny spadał u niej w szybkim tempie i zaczęła ziewać. Może zdrzemnie się na chwilę, a później znajdzie jakieś miejsce, gdzie mogłaby wziąć prysznic. Ale siedziała tam, nie mogąc zmrużyć oka przez całą długą noc. Kiedy wzeszło słońce, podniosła się i znowu zaczęła szukać transportu na wyspę.

Schodząc z mola, uśmiechnęła się do mężczyzny i kobiety, którzy spacerowali z psem po plaży. Psiak zaczął obwąchiwać jej stopy i Libby zatrzymała się, aby pogłaskać zabawnego yorka. – Jaki śliczny piesek!

Kobieta miała czterdzieści parę lat. Jej szeroki uśmiech i słomkowy kapelusz na głowie sprawiały, że wyglądała na otwartą i miłą. Ubrana była w szorty w kolorze khaki i czerwoną koszulkę. Uśmiechnęła się do Libby. – A to niespodzianka widzieć cię tutaj, Vanesso!

Vanessa. To przecież jej siostra. – Nie jestem Vanessa. Nazywam się Libby Holladay.

Uśmiech zniknął z twarzy kobiety. – O matko! Przepraszam bardzo. Jest pani tak bardzo podobna do osoby, którą znam i która mieszka w Hope Beach. Proszę mi wybaczyć.

– Już ktoś mi o tym powiedział. Czy pani jest z Hope Beach?

Kobieta odgarnęła kosmyk włosów opadający jej na oczy. – Kiedyś tam mieszkałam. Uczyłam w tamtejszej szkole przez cztery lata. Vanessa była moją uczennicą. To zadziwiające, jak bardzo pani ją przypomina.

– Próbuję się dostać na Hope Island. Czy wie pani, jak można tam dotrzeć?

– Mój mąż i ja wybieramy się tam za kilka minut. Będzie nam bardzo miło, jeśli będziemy mogli panią tam podrzucić. – Kobieta wyciągnęła rękę. – Naomi Franklin, a to jest mój mąż, Earl.

Libby uścisnęła ich dłonie. – Byłoby wspaniale! – Nie musiała się już martwić o wysokie koszty transportu. – O której państwo wyruszają?

– Zaraz – odparł Earl, nie wyjmując wykałaczki z ust. – Nasza łódź to Blue Mermaid. Jest tutaj. – Wskazał na dużą żaglówkę. – Muszę tylko napełnić bak i zapakować zakupy, które zrobiliśmy do naszego domu letniskowego.

– Jest przepiękna! – stwierdziła Libby.

Cały promieniał. – Mamy ją dopiero od miesiąca. – Dotknął ręki żony. – Proszę, zabierz panią na pokład, a ja pójdę po zakupy.

– Ale co zrobię z samochodem?

– Proszę go zostawić na parkingu. Jest tutaj bezpieczny. Na wyspie można wypożyczyć samochód. To trochę kosztuje, ale pewnie długo tam pani nie zabawi.

Libby pomknęła do samochodu i wzięła swoją walizkę. Zamk­nęła samochód i wróciła do zatoki. Earl pomógł paniom przy wchodzeniu na pokład, a po chwili morska bryza chłodziła jej ramiona, na zmianę z gorącym słońcem, które je paliło.

Wpatrywała się w horyzont. – Jak daleko jest wyspa?

– Jakieś pół godziny drogi. Ma pani do załatwienia jakieś sprawy w Hope Beach? – zapytała Naomi.

Libby zawahała się. – Zajmuję się renowacją zabytków i ich sprzedażą. Moja wspólniczka jest na wyspie i sprawdza możliwości zajęcia się odnową zabytkowej części w centrum miasteczka.

– Na wyspie jest całkiem sporo wspaniałych budynków. Wiele z nich bardzo podupadło, więc wydaje się, że możecie mieć pełne ręce roboty. – Naomi przechyliła głowę na bok. – Twoje podobieństwo do Vanessy Mitchell jest niesamowite.

Libby spróbowała się uśmiechnąć. – Mówią, że każdy gdzieś tam ma swojego sobowtóra. Czy rodzina Mitchellów od dawna mieszka na wyspie?

– Och, tak! Pensjonat Tidewater jest jakby koroną wieńczącą wyspę. Musi go pani zobaczyć. A ponieważ zajmuje się pani zabytkami, na pewno panią zachwyci. Jest cudowny. Ojciec Raya Mitchella kupił go w latach trzydziestych i mieszkał tam z rodziną. Po śmierci ojca Ray odkupił go od swojego rodzeństwa i przekształcił w pensjonat. Może nie dociera na wyspę wielu turystów, ale miał nadzieję, że zdoła przyciągnąć tu rodziny, które chciałyby schronić się na chwilę i odpocząć w jakimś spokojnym miejscu.

– A czy jego rodzeństwo mieszka na wyspie? – Ciotki, wujowie, kuzyni. Na myśl o nich czuła w piersi dziwny skurcz.

– Tylko jego siostra. Reszta przeniosła się na ląd. – Naomi otworzyła skrzynię wypełnioną lodem. – Może wody?

– Chętnie. Dziękuję. – Libby wzięła oszronioną butelkę zimnej wody i odkręciła korek. – Czy to Hope Island? – zapytała, kiedy dostrzegła skrawek lądu w oddali.

– Tak jest – odparł Earl.

Libby prawie przestała oddychać w miarę, jak zbliżali się do wyspy. Dlaczego to miejsce tak na nią działało? Nigdy tu przecież nie była. Urocze chatki stały przycupnięte w linii nad małą, dobrze utrzymaną zatoczką. Może niektóre z domków wymagały odmalowania i gdzieniegdzie można by wymienić rynnę, ale wioska wyglądała jak wyjęta z osiemnastowiecznego obrazka.

– Gdzie będę mogła wypożyczyć samochód?

– Tak naprawdę to chyba go pani nie będzie potrzebować – odparł Earl. – Nie, jeśli zatrzyma się pani w miasteczku. Zarezerwowała pani pokój?

– Jeszcze nie. – Udała, że nie zauważyła jego wędrujących do góry brwi ze zdziwienia. – Czy moglibyście państwo polecić mi jakiś hotel?

– Pensjonat Tidewater byłby najlepszym wyborem. Jeśli zadzwoni pani do nich, przyjadą po panią – odparła Naomi. – Proszę zapytać w sklepie. Dadzą tam pani numer. Na wyspie nie mamy samochodu, inaczej byśmy panią tam zawieźli.

– Ale w porcie, jest mały parking, gdzie można wypożyczyć samochód – dodał Earl. – Niektórzy lubią dokładnie badać nowe miejsca.

Dom. Czuła się tutaj jak w domu. Właśnie takiego uczucia doznawała w swoim sercu.

***

Biuro szeryfa wydawało się opustoszałe, kiedy Libby kroczyła po starej, zużytej drewnianej podłodze. – Czy jest tu ktoś? – zawołała.

Jakiś mężczyzna w mundurze pojawił się na korytarzu. Wyglądał na dobiegającego czterdziestki, o czym świadczyły ciemne włosy lekko przyprószone siwizną. Jego opalona twarz sprawiała wrażenie poczciwej. – W czym mogę pomóc?

– Chciałabym się zobaczyć z szeryfem.

– To ja. Szeryf Tom Bourne. – Poprowadził ją do małego biura, które mieściło rozwalające się biurko i metalową szafkę. Wszystko tonęło w papierach. Zdjął stos teczek z krzesła stojącego naprzeciwko jego biurka. – Proszę usiąść i powiedzieć, co panią do mnie sprowadza.

Usadowiła się na twardym krześle. – Moja wspólniczka została wczoraj porwana.

Spojrzał na nią uważnie. – Pani jest Libby Holladay. To pani była świadkiem porwania?

– Tak. Czy są jakieś wieści? – Z całą pewnością odnaleźli już Nicole. Żywą, o co się modliła.

Potrząsnął głową. – Niestety, nie. Kiedy dotarłem do stacji ratowniczej, znalazłem jedynie jej samochód. Nie ma żadnego śladu. Dzwoniłem do Straży, ale oni też nic nie widzieli.

– Straży?

– Straży Przybrzeżnej. O czym pani rozmawiała z Nicole? Wyjechała pani, zanim policja z Virginia Beach zdołała dotrzeć do pani i spisać zeznania.

– Chciałam się tu znaleźć jak najszybciej i ją odszukać. – Opisała mężczyzn, których widziała, a on wszystko notował. – Jeden z mężczyzn zrobił jej zastrzyk.

– Bardzo pomogłoby nam, gdybyśmy mogli odtworzyć nagranie, ale wygląda na to, że zostało usunięte z serwera.

Zagryzła wargi. Czy powinna się przyznać, co zrobiła? Czy nie przysporzy jej to kłopotów? Przecież to stało się niechcący. Czy policja nie podejrzewa zawsze tych, którzy byli bliskimi ofiary?

Zadzwonił telefon stojący na biurku. Oparła się wygodniej na krześle podczas jego rozmowy. Ale szybko się rozłączył i wstał. – Przepraszam, ale muszę wyjechać. Mamy jakiś problem w więzieniu. Gdzie się pani zatrzymała? W Tidewater?

Skinęła głową. – Mam taką nadzieję. Jeszcze tam nie dzwoniłam.

Sięgnął po jakieś klucze i rzucił jej. – Mam tu stary samochód, który czasami pożyczam. Proszę go wziąć i pojechać do Tidewater. Ulicą Oyster Road do końca. Nie da się go przeoczyć. Proszę tam na mnie poczekać. Musimy dokończyć tę rozmowę.

Wzięła klucze i szła za nim do wyjścia. Później będzie czas, aby powiedzieć mu o nagraniu wideo. Może uda się jej znaleźć ten plik i odtworzyć go. Uniknęłaby w ten sposób kłopotów.

***

Stara ciężarówka cuchnęła rybami, ale Alecowi zapach ten kojarzył się z pieniędzmi. Za wspaniały połów dzisiejszego ranka dostanie od restauratorów doskonałą cenę. Ale najpierw musiał dotrzeć do więzienia i zabrać stamtąd swojego bratanka. Dotarł na przedmieścia i jechał Oyster Road, kiedy zauważył czerwoną hondę Toma. Jakaś kobieta ukucnęła przy przebitej oponie. Turystka, sądząc po wyglądzie.

Zaparkował ciężarówkę tuż za jej samochodem. – Czy coś się stało?

Brązowe włosy poprzetykane rozjaśnionymi od słońca pasemkami okalały intrygującą twarz, na której zdołał zauważyć wyraziste brwi i ogromne brązowe oczy. Wydawało mu się, że mogła mieć około trzydziestu lat. Ale towarzyszyło jej jakieś napięcie i wydawało się, że za chwilę eksploduje.

Trzymała w dłoni żelazny klucz. – Chyba nie wiem, jak się tego używa.

– Proszę mi to dać, może ja spróbuję. – Alec zabrał narzędzie z jej rąk. – Poza tym wszystko w porządku? – Ukląkł przy kole i zaczął odkręcać śruby. – Jeździ pani zapasowym samochodem szeryfa.

– Zaginęła moja wspólniczka. – Głos jej drżał. – Widziałam to przez kamerę zainstalowaną na plaży, jak dwaj mężczyźni porywają ją na moich oczach.

Zatrzymał się i spojrzał w górę. – Chodzi o Nicole Ingram? – Wczoraj w nocy wyruszył na poszukiwanie zaginionej kobiety. Wszystko, co znaleźli, to jej telefon na piasku. Dość przygnębiający widok.

Skinęła głową. – Powiedziała mi, że jest tam kamera, więc chciałam zobaczyć to na komputerze. Dwóch facetów podpłynęło małą łódką i zabrali ją. Zadzwoniłam pod 911, ale zanim szeryf dotarł na miejsce, znalazł tu tylko jej samochód zaparkowany na skraju drogi. Żadnego śladu po Nicole.

Spojrzała na niego z uwagą, szukając czegoś w swojej dużej skórzanej torbie. – A pan skąd o tym wie?

Wstał i podał jej rękę. – Alec Bourne. Rybak z doskoku i kapitan Straży Przybrzeżnej na pełen etat. Szeryf jest moim kuzynem i to on powiedział mi o pani przyjaciółce. Moi ludzie objechali wczoraj łodzią całą okolicę, ale nie zauważyliśmy nic podejrzanego.

Porwała jego dłoń i mocno ścisnęła. – Libby Holladay. Musicie ją znaleźć.

Spojrzał na koło zapasowe. – Koło zapasowe jest również przebite. Tom musi lepiej dbać o ten samochód. Wskakuj do mojego samochodu. Podwiozę cię, gdzie zechcesz. Tom później zabierze samochód.

Przyglądała się jego twarzy. – Bardzo przepraszam, ale ja ciebie nie znam.

Nie mógł jej winić za ostrożność, zwłaszcza w świetle tego, co przydarzyło się jej przyjaciółce. Wygrzebał swoją legitymację Straży Przybrzeżnej i pokazał ją dziewczynie. Jej palce otarły się lekko o jego dłoń, kiedy sięgnęła po nią, a on doznał takiego uderzenia adrenaliny, że miał ochotę gwałtownie cofnąć rękę.

Oddała mu legitymację. – Przepraszam, jeśli cię obraziłam.

– W żadnym wypadku – odparł, po czym zabrał jej rzeczy z samochodu Toma. – To bardzo mądre zachować ostrożność. – Odwrócił głowę w kierunku siedzenia pasażera w ciężarówce. – Drzwi się trochę zacinają. Trzeba mocno pociągnąć. – Umieścił walizkę za siedzeniami i wśliznął się za koło kierownicy, usuwając z siedzenia obok czerpaki i wędki.

Szarpnęła drzwi i wdrapała się na górę. Zamykając drzwi, zmarszczyła nos. – Pewnie dużo wędkujesz? To czuć – uśmiechnęła się. – Przepraszam. Nie przepadam za rybami.

– Po prostu nie jadłaś jeszcze dobrej ryby. Dzisiaj rano łowiłem kraby. Niezły połów. – Uruchomił silnik. – A z czasem można się przyzwyczaić do tego zapachu. Gdzie jedziesz?

Zawahała się. – Chciałam jechać do pensjonatu Tidewater, ale może zawieź mnie do miasta i stamtąd do nich zadzwonię.

– Mieszkasz w Outer Banks?

Potrząsnęła głową. – W pobliżu Virginia Beach.

– Czy twoja przyjaciółka była tu na wakacjach czy coś w tym rodzaju?

Gapiła się w okno. – Coś w tym rodzaju.

Nie podobało mu się, że nie patrzy na niego. Tak jakby coś ukrywała. – Była sama? Nie mówiła ci, że jest czymś zdenerwowana, czymś się martwi? Nikt jej nie śledził?

Potrząsnęła głową i oparła policzek o szybę.

– Mam wrażenie, że nie mówisz mi wszystkiego. Mam nosa do wyczuwania oszustw. Na tym polega moja praca.

Podniosła głowę i w końcu na niego spojrzała. Jej ciemne oczy wyrażały niepokój i napięcie. – Chodzi o moje prywatne sprawy.

Wszedł ciężarówką w ostry zakręt i kierował się do centrum. – Być może mają one jakiś związek ze zniknięciem twojej przyjaciółki.

Jej twarz pobladła. – Znasz Horace’a Whittakera?

Czy dziewczyna miała jakieś poważne kłopoty? – Oczywiście. Urodził i wychował się na wyspie. To dobry człowiek, dobry prawnik.

– Jego sekretarka udzieliła Nicole pewnych interesujących informacji. Powiedziała jej, że mój ojciec zostawił mi jakieś nieruchomości na wyspie.

Próbował sobie przypomnieć, kto niedawno zmarł na wyspie. – Jak nazywał się twój ojciec?

– Ray Mitchell.

Alec uniósł w górę brwi. – Jesteś córką Raya? Nie wiedziałem, że miał inne dzieci poza Brentem i Vanessą. Nigdy go nie odwiedzałaś. Zapamiętałbym cię.

– Myślałam, że umarł, kiedy miałam pięć lat. – Zacisnęła usta i spojrzała w dół na swoje ręce.

Rozmyślał nad tym, co usłyszał. W takim razie informacja, że Ray umarł dopiero miesiąc temu, musiała być dla niej prawdziwym szokiem. – Kto ci to powiedział?

– Moja matka.

– Okłamała cię?

Prawie niezauważalnie skinęła głową.

Alec podjął szybką decyzję i skierował samochód na parking więzienia.

– Daj mi kluczyki od samochodu Toma. Poproszę zastępcę, aby zajął się samochodem. A my pojedziemy zobaczyć się z Horace’em.

Wręczyła mu kluczyki. – Sądzisz, że on może wiedzieć, co się stało z Nicole?

– Powie nam, co wie o jej pobycie tutaj. Może to będzie miało związek z tym, co się wydarzyło. Wątpię, że chodzi o twój spadek. Chociaż mogę się mylić. Czy twój brat i siostra wiedzą, że jesteś na wyspie?

Potrząsnęła głową. – To jakiś obłęd – mam brata i siostrę, o których nie wiedziałam aż do tej pory. – Wpatrywała się w niego. – Czy wczoraj natknąłeś się na jakiekolwiek łodzie?

Wzruszył ramionami. – Łodzie rybackie. Tak jak mówiłem, zatrzymaliśmy parę z nich, ale nie znaleźliśmy niczego podejrzanego. – Wyszedł z ciężarówki. – Zaraz wracam – rzucił jej przez otwarte okno. Skoro już tu był, wyciągnie Zacha z więzienia. Powie mu, żeby wracał do domu i tam został.

cztery

Libby wyciągała szyję, aby przyjrzeć się osadzie Hope Beach. Główna ulica, Oyster Road, biegła prosto przez port. Małe sklepiki usytuowane wzdłuż drogi wystawiały na sprzedaż przeróżne towary, od koralików, poprzez sprzęt plażowy, do mebli wykonanych z drewna wyrzuconego na brzeg przez ocean. Alec przejechał obok restauracji z wystawionymi na tarasie stolikami. Po drugiej stronie drogi znajdowała się mała lodziarnia i kawiarenka.

Było to miejsce, jakiego jeszcze nie widziała. Poczuła, jakby znalazła się w filmie, którego akcja dzieje się w nadmorskim miasteczku z lat pięćdziesiątych. Po drogach poruszało się niewiele samochodów, za to mnóstwo rowerów. Było to takie oryginalne i urocze. Do tego ulice były wybrukowane kocimi łbami. Fronty sklepików wykonano z solidnego drewna. Libby zdążyła się już zakochać w tym, co zobaczyła.

Spostrzegła dom w stylu wiktoriańskim ze zdobionymi wieżyczkami. – Czy to miejsce nie powinno być na liście zabytków? Wszystko tu wygląda jak podróż do przeszłości.

– Mówisz jak ekspert czy ktoś w tym rodzaju – odezwał się Alec.

Wpatrywała się w bogate ornamenty następnego budynku. – Jestem historykiem archeologiem. Zajmuję się konserwacją zabytków. Niektóre z tych domów to prawdziwe perełki.

Rzuciła okiem na mężczyznę u jej boku. Alec był przystojnym facetem, około metra dziewięćdziesięciu wzrostu, miał ciemne włosy przetykane pasmami rozjaśnionymi słońcem. Jego błękitne oczy wydawały się jeszcze intensywniejsze przy opalonej twarzy, a muskularna budowa ciała mogła być dziełem zarówno pracy, jaką wykonywał, jak i ćwiczeń na siłowni.

Zaparkował przed jednym z domków z drewnianą fasadą, która wydawała się świeżo malowana. – Wszelkie prace remontowe są tutaj bardzo drogie. Materiały muszą być sprowadzane drogą morską, a robotnicy są na wagę złota. Więc większość ludzi próbuje sobie radzić na własną rękę.

Nie mogła oderwać wzroku od stojących tam budynków. – Dlatego pozostały w nienaruszonym stanie. Na studiach pisałam pracę dyplomową na temat zabytkowych domów w Charlestone. Porównywałam ich współczesne fotografie, które wykonałam, ze starymi zdjęciami znalezionymi w archiwach. Chciałam pokazać, jakim uległy zmianom przez lata. Okazało się, że dawniej budynki w Charlestone należały do ludzi, którzy byli zbyt biedni, aby je malować, ale i zbyt dumni, żeby je wybielać wapnem. Dlatego też przetrwały w prawie niezmienionym stanie.

Pokiwał głową. – Pewnie masz rację. Na pewno tak się dzieje i tutaj.

Wysiadła z ciężarówki i zatrzasnęła za sobą drzwi. – Dlaczego to urocze miejsce nie zostało zrujnowane przez turystów?

– To zasługa twojego taty. Większość miasteczka należała do niego, a on konsekwentnie odmawiał sprzedaży ludziom z zewnątrz. Niektórzy nazywali go geniuszem, a niektórzy twierdzili, że hamuje postęp.

Drewniana tabliczka głosiła, że budynek należy do Horace’a Wittakera, adwokata. Wieżyczki domu i ganek wyglądały, jakby wykonane były z piernika, a całość przypominała bajkową chatkę. Przeszła za Alekiem przez drzwi, do korytarza, który okazał się zaskakująco ciemny. Za kontuarem siedziała jakaś młoda kobieta w dżinsach.

Alec rozejrzał się dookoła. – Cześć, Mindy. Dlaczego siedzisz tutaj po ciemku?

Dziewczyna spojrzała na niego i przewróciła oczami. – Ho­race zapomniał zapłacić rachunek za światło. I rachunek w sklepie ze sprzętem do nurkowania. Ten człowiek jest taki zapominalski!

Lubtakinieodpowiedzialny. Libby całkiem dobrze wiedziała, co to jest nieodpowiedzialność. Jej matka zawsze przedkładała nad wszystko dobrą zabawę, a rachunki miały same się opłacić. Tylko że nigdy tego nie robiły.

– Włączą światło lada chwila. Nie przeszkadza mi to. – Mindy uniosła do góry jakieś romansidło. – Czytam zamiast pracować. Przynajmniej jest tu okno. – Oczy dziewczyny zaiskrzyły. – Słyszeliście o huraganie? Pierwszy nas ominął, ale jest drugi, który zmierza w naszym kierunku.

Alec wzruszył ramionami. – Ale jest zaledwie pierwszego stopnia. Jesteśmy bezpieczni. Słuchaj, czy Horace jest teraz wolny?

Sekretarka pokręciła głową i złapała za telefon. – Horace, jest tutaj Alec z jakąś panią do ciebie. – Przez moment słuchała, a potem odłożyła słuchawkę. – Możecie do niego iść, jest u siebie w biurze na końcu korytarza.

Libby spostrzegła zainteresowanie w oczach Mindy. – Jestem Libby Holladay.

Oczy kobiety zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – A ja Mindy Jackson. Poznałam twoją wspólniczkę. – Odłożyła książkę. – Miałam tyle kłopotów przez to, że powiedziałam jej, że Horace cię szuka. Nie lubi, kiedy ktoś go przyłapie na niekompetencji. A ja tylko chciałam pomóc. – Przekrzywiła głowę i patrzyła przez moment na Libby. – Jesteś bardzo podobna do Vanessy.

– Nicole też tak twierdziła.

Mindy skrzywiła się. – Słyszałam dzisiaj rano w radiu o jej porwaniu. Ty jesteś tą przyjaciółką, która widziała jej porwanie przez kamerę na plaży?

– Tak.

– Rozumiem. Cóż, witamy na Hope Island, pani Holladay. Przykro mi z powodu pani przyjaciółki. Miejmy nadzieję, że szeryf ją wkrótce odnajdzie.

Libby zesztywniała, słysząc ton powątpiewania w głosie sekretarki. – Jestem pewna, że tak – odparła. – Czy Nicole wspominała, czym się tutaj zajmowała? Czy wyglądała na kogoś, kto się czegoś obawia?

Mindy potrząsnęła głową. – Przyszła do nas, żeby Horace pomógł jej z jakimiś papierami. Ale kiedy usłyszała o twoim spadku, to zaczęła się tym bardziej interesować. – Wskazała ręką korytarz. – Znasz drogę do jego biura, Alec. – Ton jej głosu wskazywał na koniec rozmowy i wetknęła z powrotem nos do książki.

Libby kroczyła za Alekiem w głąb korytarza. Dębowe kasetony boazerii wyglądały na oryginalne. Ściany pomalowane były na zielonoszary kolor, odpowiadający stylowi wnętrza. Była przekonana, że pod dywanem znajdują się oryginalne drewniane podłogi. Alec pchnął drzwi na końcu korytarza i zobaczyła mężczyznę, na oko pięćdziesięcioparoletniego, siedzącego za masywnym biurkiem z drewna czereśniowego. Ze swoją okrągłą twarzą, brzuszkiem i sterczącą brodą wyglądał jak Burl Ives*.

Nawet jego głos miał tę ciepłą barwę Ives’a. – Alec, nie spodziewałem się, że będziesz potrzebował pomocy adwokata. – Jego spojrzenie powędrowało do Libby. – Czy może to twoja przyjaciółka potrzebuje mojej pomocy? – Wstał i wyciągnął rękę. – Horace Whittaker.

Podała mu swoją dłoń. Jego ręka była ciepła. – Libby Holladay.

Poczuła, jak jego palce zaciskają się mocno. Uniósł brwi ze zdziwienia. Wskazał na ogromne skórzane krzesła. – Proszę siadać. Tylko zapiszę mój tekst. Pracowałem nad aktualizacją mojej strony internetowej i nie chciałbym tego utracić.

Libby usiadła. – Rozmawiał pan z moją przyjaciółką dwa dni temu, panie Whittaker?

Skinął głową. – Proszę mówić do mnie Horace. To było trochę żenujące, kiedy moja sekretarka zachowała się w tak nieprofesjonalny sposób. – Uśmiechnął się. – No, ale dzięki temu cię odnalazłem.

– Były z tym jakieś trudności?

Pokiwał twierdząco głową. – Ostatni twój adres, jaki miał Ray, pochodził z Indiany. Twoja przyjaciółka powiedziała, że teraz mieszkasz w Virginia Beach.

– Tak. Od roku. – Libby pochyliła się nieco. – A jeśli chodzi o mojego ojca…

Jego okrągła głowa podskoczyła. – Ray. Mieszkańcy miasteczka już bardzo odczuwają jego brak. Był wielkim filantropem, zawsze śpieszył z pomocą tym, którzy tego potrzebowali. W drodze do mnie na pewno przejeżdżaliście obok szkoły. Cały plac zabaw został wyposażony przez twojego ojca. Był siłą napędową miasteczka przez ostatnie dwadzieścia pięć lat.

Libby czuła, jak w jej gardle tworzy się ogromna gruda. Zaczęła szybko mrugać powiekami. Nie chciała ujawniać w obecności tych mężczyzn swoich emocji, które przejęłyby nad nią kontrolę. Jeśli był taki wspaniałomyślny dla wszystkich wokoło, dlaczego ignorował jej istnienie przez te wszystkie lata?

Horace obrócił się na krześle. – Oprócz starych listów Ray dał mi dla ciebie paczkę. Jest w moim sejfie. – Nachylił się nad sejfem znajdującym się za nim, przekręcił kilkakrotnie zamek i drzwi odskoczyły. Sięgnął do środka, a później zamknął go i znowu przekręcił zamek. – Proszę bardzo. – Podał jej kopertę o nieregularnym kształcie. Kiedy wzięła ją do ręki, sięgnął do szuflady i wyjął stamtąd pudełko po butach. – A oto listy.

– A co jest tutaj? – Dotykała pakunku, ale nie mogła odgadnąć, co zawierał.

– Nie mam pojęcia. Dał mi to krótko przed śmiercią i poprosił, abym to przechował.

Libby wsunęła kopertę do swojej dużej torby, a pudełko z listami postawiła blisko siebie na podłodze. Nie była gotowa, aby czytać cokolwiek od swojego ojca w obecności obcych. – Dziękuję. – Nachyliła się lekko do przodu. – A co z rodziną mojego ojca? Czy wszyscy tutaj mieszkają?

Adwokat pokiwał głową. – Jego siostra, Pearl, również. Jest kierowniczką poczty. Przeniosła się do jego domu, aby zaopiekować się twoim ojcem przed śmiercią.

– Na co umarł? – zapytała.

– Miał atak serca rok temu i od tej pory jego stan ciągle się pogarszał. Wiedział, że nie zostało mu wiele czasu, dlatego wpłacił całą gotówkę, jaką posiadał, na fundusz powierniczy dla Brenta i Vanessy.

– Czy moje rodzeństwo wie, że ja również coś odziedziczyłam?

– Poinformowałem ich o tym zaledwie tydzień temu. Brent był na wycieczce w Anglii, więc odłożyłem odczytanie testamentu Raya do jego powrotu. – Horace kiwał głową. – Jest młody i trochę narwany. Zażądał obalenia testamentu. Powiedziałem mu, że nie ma do tego żadnych podstaw prawnych.

Trudno jej było przyznać przed sobą, że sprzeciw jej brata był dla niej czymś bolesnym. – Czy spadek jest aż tyle wart?

Adwokat wyszukał w szufladzie teczkę i pchnął ją przez biurko w jej kierunku. – Cała zachodnia strona wyspy, jak również pensjonat, są twoje. Może nie jest to aż tyle warte, ile byłoby na lądzie, bo na razie wciąż jesteśmy trochę zacofani, ale są to ogromne pieniądze. Nawet w swoim obecnym stanie stanowią dużą wartość.

Zaczęła przerzucać strony foldera. Na pierwszej stronie była fotografia hotelu w stylu georgiańskim z tarasami i balkonami. Na drugiej zdjęcie piaszczystych wydm i spienionych, grzywiastych fal. – Moje rodzeństwo otrzymało spadek? Wspomniałeś o funduszu powierniczym?