Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 417 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pełnia księżyca - Jim Butcher

Odnajdywanie rzeczy zagubionych.

Śledztwa paranormalne. Konsultacje, porady.

Ceny konkurencyjne.

Żadnych napojów miłosnych, sakiewek bez dna, przyjęć ani innych rozrywek.

Interes Harry'ego Dresdena szedł ostatnio marnie. Właściwie to całkiem umarł. Nie był nieumarły - był martwy. Choć przecież można by się spodziewać, że w Chicago znajdzie się więcej zajęć dla jedynego profesjonalnego maga w książce telefonicznej. A jednak ostatnio Harry nie mógł znaleźć żadnej pracy - magicznej ani doczesnej.

I kiedy już praktycznie nie może sobie pozwolić na posiłek, trafia się zabójstwo i niezbędna jest jego szczególna magiczna wiedza. Brutalnie okaleczone zwłoki. Podejrzane ślady łap. I pełnia.

Możecie zgadywać trzy razy. I dwa pierwsze się nie liczą...

Opinie o ebooku Pełnia księżyca - Jim Butcher

Cytaty z ebooka Pełnia księżyca - Jim Butcher

Carmichael był prawą ręką Murphy w Dochodzeniach Specjalnych. Wzrostu poniżej przeciętnego, tęższy niż przeciętna, bardziej niechlujny niż przeciętna, z oczami bardziej świńskimi niż przeciętne. Był pełnym wątpliwości sceptykiem, a na dodatek ostrym jak brzytwa gliną. Zbiegł na dół w poplamionym zupą krawacie, bez marynarki.

Fragment ebooka Pełnia księżyca - Jim Butcher

Tytuł oryginału:Dresden Files. Full Moon

Copyright © 2001 by Jim Butcher Copyright for the Polish translation © 2012 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: Chris McGarth

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-596-4 Wydanie III

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60 e-mail kurz@mag.com.plwww.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

Rozdział pierwszy

Nigdy specjalnie nie zwracałem uwagi na fazy księżyca. Dlatego nie wiedziałem, że jest noc przed pełnią, kiedy młoda kobieta usiadła naprzeciw mnie przy stoliku w pubie McAnally’ego i poprosiła, żebym powiedział jej wszystko o czymś, co mogło ją zabić.

– Nie – odparłem. – Wykluczone.

Złożyłem kartkę papieru z rysunkiem trzech koncentrycznych pierścieni nieforemnych symboli i odsunąłem ją od siebie po gładkim dębowym blacie.

Kim Delaney zmarszczyła brwi. Odgarnęła z czoła ciemne lśniące włosy. Była wysoką kobietą o zaokrąglonych kształtach, piękną w nieco staroświeckim stylu, z bladą i gładką skórą oraz wypukłymi policzkami, przyzwyczajonymi do częstych uśmiechów. Teraz jednak się nie uśmiechała.

– Daj spokój, Harry – rzuciła. – Jesteś jedynym praktykującym zawodowym magiem w Chicago i tylko ty możesz mi pomóc. – Pochyliła się do mnie nad stołem. Oczy jej błyszczały. – Nie umiem znaleźć opisów wszystkich tych symboli. I nikt w miejscowych kręgach ich nie rozpoznaje. Nawet nie słyszałam o innym magu niż ty, nie mówiąc już o znajomości. Chcę tylko wiedzieć, co one oznaczają.

– Nie – odparłem. – Wcale nie chcesz wiedzieć. Lepiej będzie, jeśli zapomnisz o tym pierścieniu i zajmiesz się czymś innym.

– Ale...

Mac za barem pomachał do mnie ręką. Na polerowanym drewnie skrzywionego dębowego kontuaru postawił dwa parujące talerze. Dodał dwie butelki swojego domowego ciemnego ale, a ja zacząłem się ślinić.

Żołądek wydał z siebie żałosne dźwięki. Był prawie tak pusty jak mój portfel. Na pewno nie mógłbym sobie dzisiaj pozwolić na kolację w tym miejscu, ale Kim zaproponowała, że mi postawi, jeśli porozmawiam z nią o czymś przy jedzeniu. Stek z dodatkami znajdował się trochę poniżej moich normalnych stawek, ale była miłym towarzystwem, a niekiedy i moją uczennicą. Wiedziałem, że nie ma za dużo pieniędzy, ja zaś miałem jeszcze mniej.

Mimo burczenia w brzuchu, nie poderwałem się od razu, żeby wziąć jedzenie (u McAnally’ego nie ma obsługi; jeśli ktoś nie potrafi się podnieść i samemu odebrać zamówienia, to może więcej nie przychodzić). Przez chwilę rozglądałem się po sali, z jej denerwującą kombinacją niskiego sufitu, leniwie się obracających wentylatorów, jej trzynastu rzeźbionych kolumn, trzynastu okien plus trzynastu stolików ustawionych przypadkowo, by wygaszać i rozpraszać rezydualne efekty magiczne, które niekiedy otaczają głodnych (a zatem złych) magów. McAnally był przyjaznym portem w mieście, w którym nikt nie wierzy w czary. Wielu naszych tutaj jadało.

– Posłuchaj, Harry – rzekła Kim. – Nie używam tego do poważnych rzeczy. Nie próbuję żadnego przywołania czy opanowania. To czysto akademickie zainteresowanie. Sprawa, która dręczy mnie już od dłuższego czasu.

Pochyliła się i położyła dłoń na mojej ręce; patrzyła mi w twarz, nie patrząc w oczy – sztuczka, którą potrafi opanować niewielu niebędących adeptami Sztuki. Uśmiechnęła się, pokazując mi głębokie dołki na policzkach.

Brzuch zaburczał znowu, a ja zerknąłem na jedzenie czekające na mnie na barze.

– Jesteś pewna? – zapytałem. – Chcesz rozwiązać irytującą zagadkę? Nie chcesz tego wykorzystać do czegoś... czegokolwiek?

– Z ręką na sercu – odparła i położyła ją tam.

Zmarszczyłem czoło.

– Sam nie wiem...

Zaśmiała się.

– Daj spokój, Harry. Przecież to nic takiego. Wiesz co? Jeśli nie chcesz mi powiedzieć, to trudno. I tak postawię ci kolację. Wiem, że ostatnio trochę marnie stoisz z forsą. To znaczy, od tej sprawy z wiosny.

Rzuciłem ponure spojrzenie, ale to nie na nią byłem zły. Przecież to nie jej wina, że mój główny pracodawca, Karrin Murphy, szefowa Wydziału Dochodzeń Specjalnych w chicagowskiej policji, już ponad miesiąc nie prosiła mnie o radę. Przez ostatnie kilka lat większość moich zarobków pochodziła właśnie z pracy konsultanta dla DS, ale po tym zamieszaniu na wiosnę, obejmującym czarnego maga prowadzącego wojnę gangów o kontrolę nad chicagowskim rynkiem narkotyków, zlecenia z DS z wolna przestały przychodzić, a wraz z nimi zniknęły moje zarobki.

Nie wiem, czemu Murphy nie wzywała mnie tak często jak dawniej. Miałem swoje podejrzenia, ale na razie nie nadarzyła się okazja, żeby z nią o tym porozmawiać. Może nie chodziło o coś, co zrobiłem. Może potwory zastrajkowały.

Tak, akurat...

Tak naprawdę chodziło o to, że nie miałem forsy. Już od zbyt wielu tygodni żywiłem się chińskimi zupkami. Steki, które robił Mac, pachniały niebiańsko, nawet z drugiego końca sali. Żołądek zaprotestował ponownie, warkotem podkreślając swe neolityczne pożądanie dla spalonego mięsa.

Ale nie mogłem tak zwyczajnie zjeść steku, nie dając Kim informacji, na których jej zależało. To nie znaczy, że nigdy nie złamałem umowy – ale nigdy umowy z ludzką istotą, a już na pewno z kimś, kto powinien brać ze mnie przykład.

Czasem nienawidzę tego, że mam sumienie i bezsensownie rygorystyczne poczucie honoru.

– No dobrze, dobrze – westchnąłem. – Przyniosę jedzenie i powiem ci, co wiem.

W krągłych policzkach Kim znów pojawiły się dołeczki.

– Dzięki, Harry. To dla mnie bardzo ważne.

– Jasne, jasne...

Wstałem i ruszyłem krętą trasą w stronę baru, mijając stoły, kolumny i tak dalej. W pubie siedziało więcej klientów niż zwykle, i chociaż Mac rzadko się uśmiecha, było w jego zachowaniu coś, co sugerowało zadowolenie z tego tłumu. Porwałem talerze i butelki z pewną jak gdyby urazą. Trudno się cieszyć z powodzenia przyjaciela, kiedy twojemu własnemu biznesowi grozi plajta.

Przeniosłem jedzenie – steki, ziemniaki, fasolkę szparagową – do stolika i usiadłem, stawiając przed Kim jej talerz. Przez chwilę tylko jedliśmy, ja w posępnym milczeniu, ona ze szczerym apetytem.

– No więc – odezwała się w końcu Kim. – Co możesz mi o tym powiedzieć?

Widelcem wskazała kartkę papieru.

Przełknąłem jedzenie, popiłem mocnym ale i znowu wziąłem kartkę do ręki.

– No dobrze. To figura wyższej magii. A właściwie trzy, jedna w drugiej, jak kolejne mury. Pamiętasz, co ci mówiłem o kręgach magicznych?

Kim przytaknęła.

– Albo nie wpuszczają czegoś, albo utrzymują to wewnątrz. Większość jest skuteczna dla energii magicznych i istot z Nigdynigdy, ale istoty śmiertelne potrafią przechodzić przez kręgi i je zrywać.

– Zgadza się – potwierdziłem. – To ten zewnętrzny pierścień symboli. Tworzy barierę przeciwko stworzeniom duchowym i siłom magicznym. Kluczowe są symbole tutaj, tutaj i tutaj.

Wskazałem poszczególne zygzaki.

Kim energicznie kiwnęła głową.

– Ten zewnętrzny rozumiem. Co z następnym?

– Drugi pierścień to raczej magiczna bariera dla ciał śmiertelnych. Nie podziała, jeśli użyjesz tylko symboli. Potrzebne ci coś jeszcze, kamienie lub klejnoty, umieszczone pomiędzy rysunkami.

Ukroiłem sobie jeszcze kawałek steku.

Kim spojrzała ze zmarszczonym czołem na kartkę, a potem na mnie.

– I wtedy co to będzie robić?

– Będzie jak niewidzialny mur – wyjaśniłem. – Jak cegły. Duchy i magia mogą przejść przez niego, ale śmiertelni nie. Podobnie jak ciśnięty kamień, kule czy cokolwiek, co jest czysto fizyczne.

– Rozumiem – stwierdziła. – Jak pole siłowe.

Przytaknąłem.

– Coś w tym stylu.

Policzki zaczerwieniły się jej z podniecenia, a oczy błyszczały.

– Wiedziałam. A ten ostatni?

Spod zmrużonych powiek zerknąłem na wewnętrzny pierścień symboli.

– Pomyłka.

– O co ci chodzi?

– O to, że to jakiś bełkot. Nie oznacza niczego sensownego. Jesteś pewna, że skopiowałaś wszystko poprawnie?

Kim skrzywiła się nerwowo.

– Jestem pewna, jestem. Uważałam.

Przez chwilę obserwowałem jej twarz.

– Jeśli właściwie odczytuję te symbole, to jest trzeci mur. Wzniesiony, by powstrzymać istoty z ciała i ducha. Ani śmiertelnicy, ani duchy, ale coś pomiędzy.

Zmarszczyła brwi.

– Ale jakie to są istoty?

Wzruszyłem ramionami.

– Żadne. Nie ma takich – odparłem i oficjalnie była to prawda.

Biała Rada magów nie pozwala na dyskusje o demonach, które można przywołać na ziemię, duchowych istotach, które potrafią zyskać dla siebie ciało. Zwykle krąg duchowy wystarczał, by powstrzymać wszystkie prócz najpotężniejszych demonów lub Istot Pradawnych z zewnętrznych rubieży Nigdynigdy. Ale trzeci krąg był zaprojektowany, by zatrzymywać istoty zdolne do przekroczenia tego rodzaju ograniczeń. Był klatką dla demonicznych półbogów i archaniołów.

Kim nie kupiła mojego wyjaśnienia.

– Nie rozumiem, czemu ktoś miałby tworzyć krąg, który niczego nie powstrzymuje.

Wzruszyłem ramionami.

– Ludzie nie zawsze postępują rozsądnie i z sensem. Tacy już są.

Przewróciła oczami.

– Daj spokój, Harry. Nie jestem dzieckiem. Nie musisz mnie osłaniać.

– A ty – odparłem – wcale nie musisz wiedzieć, jaki rodzaj potworów miałby zatrzymywać ten trzeci krąg. Nie chcesz tego wiedzieć. Zaufaj mi.

Przyglądała mi się z niechęcią przez dłuższą chwilę, po czym łyknęła piwa i pokręciła głową.

– No dobrze. Ale kręgi trzeba uaktywnić, tak? Musisz wiedzieć, jak je włączyć, jak lampę.

– Coś w tym rodzaju. Jasne.

– Więc jak ktoś mógłby go uaktywnić?

Wpatrywałem się w nią przez chwilę.

– Harry?

– Tego też wcale nie musisz wiedzieć. Nie dla zaspokojenia akademickiej ciekawości. Nie wiem, co planujesz, Kim, ale daj sobie spokój. Zapomnij o tym. Zostaw to, zanim ucierpisz.

– Harry, ja wcale...

– Oszczędź sobie – przerwałem jej. – Siedzisz na tygrysiej klatce, Kim. – Zaakcentowałem to zdanie, stukając palcem w papier. – A nie byłaby ci potrzebna, gdybyś nie planowała wpakować do niej tygrysa.

Oczy jej błysnęły i dumnie podniosła głowę.

– Uważasz, że nie jestem dość silna?

– Twoja siła nie ma tu nic do rzeczy. Brakuje ci szkolenia. Brakuje ci wiedzy. Nie oczekiwałbym od dziecka z szóstej klasy, że potrafi zrozumieć rachunek różniczkowy ze studiów. I od ciebie też tego nie wymagam. – Pochyliłem się. – Za mało jeszcze wiesz, żeby bawić się takimi rzeczami. A nawet gdybyś wiedziała, gdybyś stała się pełnoprawnym magiem, i tak bym ci radził, żeby to zostawić. Coś pomylisz i ucierpi wielu ludzi.

– Gdybym coś takiego planowała, to tylko moja sprawa, Harry. – W jej oczach błyszczał gniew. – Nie masz prawa za mnie dokonywać wyborów.

– Nie – odpowiedziałem. – Mam obowiązek pomóc ci wybierać właściwie.

Zwinąłem papier w palcach, zmiąłem go i rzuciłem w bok, na podłogę. Kim ostrym, gniewnym ruchem wbiła widelec w mięso.

– Wysłuchaj mnie, Kim – poprosiłem. – Daj sobie trochę czasu. Kiedy będziesz starsza, zyskasz doświadczenie...

– Nie jesteś wiele starszy ode mnie – burknęła.

Poprawiłem się nerwowo na krześle.

– Dużo ćwiczyłem. I wcześnie zacząłem.

Moje zdolności magiczne, dalece przekraczające to, co sugerowałyby wiek i wykształcenie, nie należały do kwestii, które chciałbym analizować. Dlatego spróbowałem zmienić temat.

– Jak ci idzie to zbieranie funduszy? – spytałem.

– Marnie. – Ze znużeniem oparła się na krześle. – Mam już dość tych prób wydzierania pieniędzy ludziom, którzy niszczą planetę, by ratować tę planetę i zwierzęta, które zabijają. Mam dość pisania listów i organizowania marszów w sprawach, w jakie nikt nie wierzy. – Potarła oczy. – Zwyczajnie mam dość.

– Wiesz co, Kim? Może odpocznij trochę. I proszę, bardzo proszę: nie baw się tym kręgiem. Obiecaj.

Rzuciła serwetkę, zostawiła na stole kilka banknotów i wstała.

– Smacznego, Harry – rzuciła. – I dzięki za nic.

Ja także wstałem.

– Kim, zaczekaj chwilę...

Nie zwróciła na mnie uwagi. Pomaszerowała do drzwi, a jej spódnica kołysała się na boki w tym samym rytmie co długie włosy. Stanowiła imponującą, posągową wizję. Czułem, jak wrze w niej gniew. Jeden z sufitowych wentylatorów zadygotał, kiedy pod nim przechodziła, wypuścił obłoczek dymu i się zatrzymał. Kim wbiegła po kilku stopniach i wyszła z baru, zatrzaskując za sobą drzwi. Klienci obserwowali, jak wychodzi, a potem patrzyli na mnie, wyraźnie próbując odgadnąć, co zaszło.

Zniechęcony, usiadłem na krześle. Niech to szlag... Kim była jedną z kilku osób, które przeprowadziłem przez trudny okres po odkryciu ich wrodzonych talentów magicznych. Ukrywając przed nią informacje, czułem się jak śmieć, ale ona naprawdę igrała z ogniem. Nie mogłem jej na to pozwolić. Moim obowiązkiem było osłanianie jej przed takimi rzeczami, dopóki nie nauczy się dość, by rozumieć, jak są niebezpieczne.

Nie mówiąc już o tym, co Biała Rada pomyślałaby o nie-magu, bawiącym się z wielkimi kręgami przywołania. Biała Rada w takich sprawach nie ryzykuje – po prostu działa, szybko i stanowczo. I nie zawsze się przy tym przejmuje życiem i bezpieczeństwem ludzi.

Postąpiłem jak należy. Słusznie odmówiłem Kim tych informacji. Chroniłem ją przed zagrożeniem, którego jeszcze nie rozumiała, nie mogła zrozumieć.

Postąpiłem słusznie – chociaż wierzyła, że odpowiem na jej pytania, jak to robiłem w przeszłości, kiedy uczyłem ją kontrolować i poznawać jej własne skromne talenty magiczne. Choć wierzyła, że wskażę jej drogę, będę jej przewodnikiem w ciemności.

Postąpiłem słusznie.

Niech to szlag...

Straciłem apetyt. Nie chciałem już kończyć znakomitego dania Maca, niezależnie od jakości steku. Czułem, że nie zasłużyłem na nie.

Sączyłem więc ale i snułem mroczne myśli, kiedy drzwi otworzyły się znowu. Nie podniosłem głowy, bez reszty pogrążony w zadumie – ulubionej rozrywce wszystkich magów. I wtedy padł na mnie cień.

– Siedzisz taki ponury... – powiedziała Murphy. Schyliła się i odruchowo podniosła zgnieciony papier, który wyrzuciłem wcześniej. Wolała go schować do kieszeni, niż pozwolić, żeby leżał i zaśmiecał podłogę. – To do ciebie niepodobne, Harry.

Spojrzałem na Murphy – nie musiałem patrzeć daleko. Karrin Murphy ma niewiele powyżej pięciu stóp wzrostu. Swoje złote włosy, niegdyś sięgające do ramion, ścięła, zostawiając z przodu trochę dłuższe niż z tyłu. Wyglądała dość łobuzersko i bardzo atrakcyjnie ze swymi błękitnymi oczami i zadartym noskiem. Ubrała się odpowiednio do pogody w coś, w czym pewnie czuła się swobodnie: ciemne dżinsy, flanelowa koszula, turystyczne buty i ciężka kurtka leśniczych. Odznakę nosiła u pasa.

Murphy była niezwykle słodka jak na dorosłą kobietę, posiadającą czarny pas w aikido i kilka nagród ze strzeleckich zawodów policyjnych. Była prawdziwą profesjonalistką, która walczyła zębami i pazurami, żeby wedrzeć się po stopniach kariery i zdobyć rangę pełnego porucznika. Po drodze zyskała sporo wrogów, a jeden z nich dopilnował, żeby wkrótce po promocji została szefem Wydziału Dochodzeń Specjalnych.

– Cześć, Murphy – powiedziałem. Łyknąłem ale. – Dawno żeśmy się nie widzieli.

Starałem się mówić obojętnym tonem, ale jestem pewien, że wyczuła w nim wyrzut.

– Posłuchaj, Harry...

– Czytałaś ostatnio wstępniak w Tribune? Ten, gdzie krytykowali cię za to, że marnujesz miejskie fundusze, wynajmując „parapsychologicznego szarlatana, niejakiego Harry’ego Dresdena”? Zgaduję, że tak, bo od tego czasu się do mnie nie odezwałaś.

Potarła palcami grzbiet nosa.

– Nie mam czasu na takie rzeczy...

Nie zwróciłem uwagi na jej słowa.

– Nie mam do ciebie pretensji. Niewielu praworządnych podatników w Chicago wierzy w czary i magów. Oczywiście, niewielu też widziało to, co ty i ja. No wiesz... kiedy razem pracowaliśmy. Albo kiedy ratowałem ci życie.

Lekko zmrużyła oczy.

– Jesteś mi potrzebny. Mamy sprawę.

– Jestem ci potrzebny? Nie rozmawialiśmy od miesiąca i nagle jestem ci potrzebny? Mam przecież biuro, telefon i całą resztę, pani porucznik. Nie musi mnie pani tropić tutaj, kiedy jem kolację.

– Następnym razem przekażę mordercy, żeby działał wyłącznie w godzinach pracy – obiecała Murphy. – Ale najpierw musisz mi pomóc go znaleźć.

Wyprostowałem się gwałtownie, marszcząc brwi.

– Było jakieś morderstwo? Coś z mojej dziedziny?

Murphy uśmiechnęła się chłodno.

– Mam nadzieję, że nie masz żadnych ważniejszych zajęć.

Zacisnąłem zęby.

– Nie. Jestem gotów. – Wstałem.

– To dobrze. – Odwróciła się i ruszyła do drzwi. – Pójdziemy?

Rozdział drugi

Murphy odmówiła jazdy Niebieskim Chrabąszczem, moim starym volkswagenem garbusem. Chrabąszcz zresztą nie był już niebieski. Jedne drzwi zostały zastąpione zielonym, drugie białym duplikatem, po tym, jak coś ze szponami rozdarło oryginały. Maskę, zwęgloną od ognia, mój mechanik Mike zastąpił inną, z czerwonego samochodu. Najważniejsze jest to, że Chrabąszcz jeździ, choć niezbyt szybko, a mnie to wystarcza. Mike stwierdził, że garbus VW to samochód najłatwiejszy do naprawy na świecie, jeżdżę więc garbusem. Mike utrzymuje go w sprawności przez osiem, czasem dziewięć dni z dziesięciu. To fenomenalny wynik.

Technika często zawodzi w bliskości magów – naciśniesz wyłącznik światła i będzie to ta chwila, kiedy przepali się żarówka; przejdziesz koło sygnalizacji świetlnej i ona właśnie ten moment wybierze, by zamrugać i zgasnąć. Cokolwiek może pójść źle – pójdzie, nie wyłączając samochodów.

Moim zdaniem, Murphy trochę bez sensu narażała swój wóz, skoro mogła wziąć mój, ale powiedziała, że zaryzykuje.

Nie odzywała się, prowadząc swojego saturna ekspresówką Kennedy’ego w stronę Rosemont. Przyglądałem się jej niespokojnie. Śpieszyła się, kilka razy wcisnęła się między inne wozy, więc zapiąłem pas. Przynajmniej nie jechaliśmy na jej motocyklu.

– Murph – powiedziałem. – Gdzie się pali?

Zerknęła na mnie z ukosa.

– Chcę, żebyś dotarł na miejsce, zanim pojawią się inni ludzie.

– Prasa? – Nie potrafiłem powstrzymać się od złośliwego tonu.

Wzruszyła ramionami.

– Ktokolwiek.

Zmarszczyłem czoło, ale nie powiedziała już nic więcej – co wydawało się typowe. Murphy nie rozmawiała ze mną zbyt często. W milczeniu pokonaliśmy resztę trasy, zjechaliśmy z ekspresówki i zatrzymaliśmy się na parkingu nieukończonego centrum handlowego. Wysiedliśmy.

Samolot przeleciał nisko, zmierzając na międzynarodowe lotnisko O’Hare, położone ledwie kilka mil stąd na zachód. Przyglądałem mu się przez chwilę, a potem spojrzałem na Murphy, gdy umundurowany policjant poprowadził nas w stronę budynku otoczonego policyjnymi taśmami. Światła nie brakowało; księżyc nad głowami jarzył się srebrzyście – niemal pełny okrąg. Rzucałem długi, chudy cień, z płaszczem falującym wokół nóg. Wyrastał nad o wiele mniejszym cieniem Murphy przede mną.

– Murphy... – odezwałem się. – Czy nie jesteśmy poza granicami miasta Chicago?

– Tak – odparła krótko.

– Yhm... To, czy, formalnie rzecz biorąc, nie jesteśmy poza zasięgiem twojej jurysdykcji?

– Ludzie potrzebują pomocy wszędzie, gdzie tylko mogą ją znaleźć, Dresden. A ostatnie kilka zabójstw miało miejsce w Chicago, więc chcemy pierwsi obejrzeć to tutaj. Dogadałam się już z miejscową policją. To nie jest sporna kwestia.

– Kilka zabójstw? – powtórzyłem. – Kilka? Znaczy: więcej niż jedno? Murphy, zwolnij trochę.

Nie zwolniła. Zamiast tego wprowadziła mnie do przestronnego budynku, który okazał się jeszcze w budowie, choć zewnętrzne prace były już ukończone. Niektóre okna ciągle zasłaniały deski.

Nie zauważyłem szyldu na frontowych drzwiach, dopóki nie znaleźliśmy się całkiem blisko.

– Varsity? – przeczytałem. – Myślałem, że wiosną Marcone spalił ten lokal.

– Mmm-hmm – rzuciła przez ramię Murphy. – Przeniesiony i odbudowany.

Rezydentny książę przestępczego świata Chicago, Gentleman Johnny Marcone, był ulicznym rycerzem-rabusiem. Wszystkie ciemne interesy utrzymywał w centrum miasta, natomiast te legalne uprawiał na przedmieściach, właśnie takich jak Rosemont. Zeszłej wiosny, kiedy starłem się z nim w jego klubie – poprzedniej inkarnacji Varsity – w sprawie nowego, śmiertelnego narkotyku na ulicach, skończyło się to spaleniem lokalu do gruntu.

Kiedy cały ten zamęt dobiegł końca, rozeszła się plotka, że handlarz narkotyków, którego usunąłem, był wrogiem Marcone’a, i to on kazał mi go załatwić. Nie zaprzeczałem takim pogłoskom. Lepiej pozwolić ludziom gadać, niż zmusić Marcone’a, żeby potraktował sprawę poważnie.

Podłogi w budynku były nierówne, niewykończone. Ktoś ustawił dwie lampy halogenowe, które zalewały wnętrze jaskrawym białym światłem. Wszędzie leżała warstwa gipsowego pyłu. Stało też kilka małych stolików, na których leżały jakieś narzędzia. Plastikowe wiadra farby, płachty ochronne i worki nowych pędzli czekały z boku, pod ścianą. W pewnej chwili Murphy wystawiła rękę i zatrzymała mnie – inaczej wdepnąłbym w kałużę krwi.

– Obudź się, Dresden – rzuciła.

Zatrzymałem się i spojrzałem pod nogi. Krew. Dużo krwi. Zaczynała się niedaleko moich stóp, dokąd sięgał długi rozbryzg, jakby ramię tonącego człowieka, plamiący szkarłatem zakurzoną podłogę. Podążyłem wzrokiem wzdłuż tej plamy do kałuży krwi, głębokiej może na ósmą część cala, otaczającej stos porwanej tkaniny i poszarpanego mięsa, który musiał być zwłokami.

Żołądek mi się skręcił, grożąc wyrzuceniem kawałków steku, które zjadłem wcześniej, ale uspokoiłem go z wysiłkiem. Obszedłem ciało, utrzymując dystans. Zwłoki były ciałem mężczyzny, jak oceniłem, mniej więcej trzydziestoletniego. Był dość potężny i miał krótko obcięte włosy, ułożone w szpic. Upadł na bok, plecami do mnie, z rękami zgiętymi w stronę głowy i nogami podciągniętymi do brzucha. Broń – mały pistolet automatyczny – leżała siedem czy osiem stóp od niego, bezużyteczna i poza zasięgiem.

Poszedłem dalej wokół trupa, aż zobaczyłem twarz.

Cokolwiek go zabiło, nie było człowiekiem. Twarz trupa zniknęła, zwyczajnie z niego zdarta. Coś wyszarpało mu wargi i widziałem pokrwawione zęby. Nos został wyrwany i wciąż jeszcze jakiś jego fragment zwisał nad podłogą. Głowa była zniekształcona, jak gdyby ogromny nacisk podziałał na skronie i wgniótł czaszkę.

Nie miał oczu. Coś mu je wyrwało, wygryzło z głowy. Widziałem nierówne szramy od kłów na oczodołach.

Mocno zacisnąłem powieki. Odetchnąłem głęboko. Jeszcze raz. I znowu. To, niestety, nie pomagało. Ciało cuchnęło – mdlący odór ścieku, unoszący się z rozprutych wnętrzności. Żołądek próbował podejść mi do gardła i przez usta wypłynąć na podłogę.

Pamiętałem inne szczegóły, nawet z zamkniętymi oczami, i katalogowałem je starannie do późniejszego przemyślenia. Kurtka i koszula ofiary były podarte na przedramionach w pokrwawione paski – rany zadane, kiedy się osłaniał. Ręce i ramiona stały się masą pociętego, poszarpanego mięsa, dłonie i palce zmieniły się w bezkształtne bryły. Skulona pozycja ukrywała przede mną brzuch, ale stamtąd właśnie wylewała się kałuża krwi, niczym atrament z przewróconego kałamarza. Smród potwierdzał tylko, że został wypatroszony.

Odwróciłem się plecami do trupa i otworzyłem oczy, wpatrzony w podłogę.

– Harry? – odezwała się Murphy, stojąca po drugiej stronie ciała. Twardy ton, słyszalny w jej głosie przez cały wieczór, teraz zniknął. Stała nieruchomo, pozwalając mi się rozejrzeć.

– Znam go – powiedziałem. – Przynajmniej tak mi się wydaje. Dla pewności będziecie musieli sprawdzić zęby albo co...

Usłyszałem podejrzliwość w jej głosie:

– Tak? Kto to?

– Nie znam nazwiska. Nazywałem go Szpicem, z powodu fryzury. Był jednym z ochroniarzy Johnny’ego Marcone’a.

Murphy milczała przez chwilę, po czym rzuciła krótko:

– Szlag...

– Co jest, Murph? – Spojrzałem na nią, nie patrząc niżej, na okaleczone ciało Szpica.

Jej twarz wyrażała troskę – o mnie; błękitne oczy lśniły łagodnie. Dostrzegłem, jak ściera z twarzy ten wyraz, tak szybko, jakby przemknął przez nią cień: wygładziła rysy, przybierając pozór obojętności. Chyba się nie spodziewała, że się do niej odwrócę.

– Porozglądaj się jeszcze trochę – zaproponowała. – Potem pogadamy.

– Czego mam szukać?

– Sam zrozumiesz – odparła, po czym dodała szeptem, którego chyba miałem nie słyszeć: – Mam nadzieję.

Wróciłem do pracy. Rozejrzałem się po pokoju. Z boku było wybite okno, obok leżał ukosem na podłodze stolik z pokrzywionymi nogami. Podszedłem do niego.

Podłogę wokół zaścielały kawałki szkła. Ponieważ leżały wewnątrz, to oznaczało, że coś musiało wpaść tutaj przez okno. Na niektórych odłamkach zauważyłem krew. Podniosłem jeden z większych i przyjrzałem mu się, marszcząc czoło. Krew była ciemnoczerwona i nie całkiem jeszcze zaschnięta. Wyjąłem białą chusteczkę, owinąłem nią szkło i schowałem do kieszeni płaszcza.

Wyprostowałem się i poszedłem dalej, ze schyloną głową, badając wzrokiem pył na podłodze. W jednym miejscu był starty niemal do czysta, jakby odbyła się tu walka, ale bez przelewu krwi. Gdzie indziej, gdzie nie całkiem sięgało światło halogenowych lamp, zauważyłem kałużę srebrzystego księżycowego światła pod oknem. Przyklęknąłem obok.

W samym środku pozostał w kurzu odcisk łapy, prawie tak wielkiej, jak moja dłoń z rozstawionymi palcami. Psiej łapy. Kropki z przodu mówiły o wielkich pazurach, właściwie raczej szponach.

Spojrzałem przez okno na krąg niemal pełnego księżyca.

– Niech to diabli – westchnąłem. – Niech to...

Murphy podeszła i przez chwilę przyglądała mi się bez słowa. Oblizałem wargi, wstałem i odwróciłem się do niej.

– Masz kłopoty.

– Nie żartuj... Mów, co wiesz, Dresden.

Kiwnąłem głową i wskazałem okno.

– Napastnik prawdopodobnie wdarł się tędy. Ruszył za ofiarą, zaatakował, wyrwał jej pistolet i zabił. Krew na oknie należy do napastnika. Walczyli przez chwilę, może tam, przy tym wyczyszczonym miejscu na podłodze, potem Szpic wyrwał się i rzucił do drzwi. Nie dobiegł. Wcześniej został rozszarpany na strzępy. – Spojrzałem z powagą na Murphy. – Miałaś już zabójstwa wyglądające tak samo. Jakieś cztery tygodnie temu, kiedy księżyc był w pełni. To są te inne morderstwa, o których mówiłaś.

Murphy zerknęła na moją twarz, jednak unikając patrzenia mi w oczy. Przytaknęła.

– Tak, zgadza się. Prawie dokładnie cztery tygodnie temu. Tyle że nikt nie skojarzył tego z pełnią. Tylko ja.

– Aha... W takim razie powinnaś zobaczyć jeszcze to...

Zaprowadziłem ją do okna i pokazałem odcisk łapy w kurzu. Przyglądała mu się w milczeniu.

– Harry – rzekła po minucie. – Czy istnieje coś takiego jak wilkołaki?

Odgarnęła z policzka kosmyk włosów – delikatny i dziwnie bezradny gest. Potem objęła się ramionami, jakby nagle zmarzła.

Kiwnąłem głową.

– Tak. Nie takie jak w filmach, ale istnieją. Zgaduję, że to właśnie z nimi mamy tu do czynienia.

Odetchnęła głośno.

– No dobrze... Dobrze. Co możesz mi o nich powiedzieć? Co powinnam wiedzieć?

Otworzyłem usta, ale nie dostałem okazji, żeby się odezwać. Przez drzwi wkroczyła czwórka ludzi w garniturach; idąc, rozstawili się niemal po wojskowemu w romb. Idący na czele nie był tak wysoki jak ja, ale jednak bardzo wysoki – sześć stóp i trzy do czterech cali. Włosy miał całkiem czarne, podobnie jak brwi, natomiast oczy szare w odcieniu tak jasnym, jak dym z płonącego drewna. Ciemnoniebieski garnitur dobrze na nim leżał i coś mi mówiło, że ukrywa atletyczną budowę ciała – niezależnie od faktu, że chyba już dawno skończył czterdziestkę. Z klapy zwisał mu niebieski identyfikator z wielkim, irytującym napisem „FBI”.

– Zabezpieczyć miejsce zbrodni – polecił głębokim, ostrym głosem. – Porucznik Murphy, co, u diabła, robi pani na terenie poza pani jurysdykcją?

– Też się cieszę, że pana widzę, agencie Denton – odparła z niechęcią Murphy. – Szybko trafiacie gdzie trzeba.

– Mówiłem, że pani udział w tym śledztwie nie jest dobrze widziany – oświadczył stanowczo Denton. Jego szare oczy błysnęły i zauważyłem, że na czole rytmicznie nabrzmiewa mu jakaś żyła. Spojrzał na mnie. – Kto to?

– Har... – zacząłem, ale prychnięcie Murphy przerwało mi w pół słowa.

– Nikt – powiedziała.

I obrzuciła mnie wzrokiem, który bardzo wyraźnie nakazywał mi się zamknąć. Co z kolei wkurzyło mnie jak diabli.

– Harry Dresden – przedstawiłem się głośno i wyraźnie.

Wymieniliśmy z Murphy gniewne spojrzenia.

– Ach – mruknął Denton. – Ten szarlatan. Czytałem o panu w Tribune. – Skierował na Murphy spojrzenie jasnych oczu. – Pani, poruczniku, oraz pani parapsychiczny przyjaciel, zechcecie zejść nam z drogi. Tutaj wykonuje się policyjną robotę. Taką prawdziwą, w której przejmujemy się odciskami palców, mikrośladami, zgodnością genetyczną... takimi tam drobiazgami.

Murphy zmrużyła oczy i ja też, ale jeśli te dwa skupione spojrzenia jakoś na niego wpłynęły, nic nie dał po sobie poznać. Murphy i Denton stoczyli krótki wzrokowy pojedynek: jej wściekłość przeciwko jego nienaruszalnemu spokojowi.

– Agentko Benn! – zawołał.

Kobieta, trochę przed trzydziestką, z sięgającą ramion grzywą przedwcześnie posiwiałych włosów, odwróciła się, przerywając kontemplację zwłok. Miała oliwkową cerę, głęboko osadzone zielone oczy i wąskie, surowe usta. Szła w naszą stronę z jakąś atletyczną zmysłowością, poruszając się jak ktoś, kto w razie potrzeby może być bardzo szybki i bardzo groźny. Z całej czwórki agentów FBI, ona jedna otwarcie nosiła broń. Pod rozpiętym żakietem na tle białej koszuli widziałem paski kabury.

– Proszę wyprowadzić tych dwoje cywilów... – Denton mocniej zaakcentował to słowo – ...z miejsca zbrodni.

Benn kiwnęła głową, nie odpowiedziawszy ani słowem. Czekała. Zbierałem się już do wyjścia, ale znieruchomiałem. Murphy rozsunęła stopy i swobodnie opuściła ręce. Rozpoznałem ten charakterystycznie wysunięty podbródek – tak wyglądała, kiedy przegrywała na punkty w którymś ze swoich turniejów sztuk walki. To znaczy, że była gotowa do starcia. Niech to szlag... Muszę ją jakoś uspokoić, jeśli mamy cokolwiek osiągnąć.

– Murphy – rzuciłem cicho. – Możemy pogadać na zewnątrz?

– Jak diabli – odparła. – Kimkolwiek jest zabójca, w zeszłym miesiącu załatwił sześć osób. Jestem tutaj i zamierzam go dorwać. Wydział w Rosemont dał mi zgodę na dochodzenie.

Murphy gniewnie patrzyła na Benn. Agentka FBI miała nad nią wyraźną przewagę masy ciała i zasięgu rąk. Zauważyłem, że mruży oczy i prostuje ramiona.

– Ma to pani na piśmie? – zapytał Denton. Żyłka na czole zapulsowała bardziej gniewnie. – I naprawdę chciałaby pani, żebym zameldował o tym pani zwierzchnikom, poruczniku?

– Nie przeginaj, Denton – rzuciła Murphy groźnie.

Skrzywiłem się.

– Posłuchaj mnie, Murphy. – Położyłem dłoń na jej ramieniu. – Może wyjdziemy na chwilę na zewnątrz...

Ścisnąłem, tylko trochę.

Murphy odwróciła się do mnie. Zaryzykowała krótkie spojrzenie w moje oczy i rozluźniła się nieco; cień niepewności przemknął jej po twarzy. Stanęła swobodniej, a ja odetchnąłem. Stanowczo nie chciałbym, żeby sytuacja doprowadziła do siłowych rozwiązań – w ten sposób na pewno do niczego nie dojdziemy.

– Zabierz ich stąd – warknął Denton, a w jego głosie zabrzmiała nuta, która wcale mi się nie spodobała.

Benn nie dała nam żadnego ostrzeżenia. Po prostu zaatakowała, szybko i mocno: zrobiła krok w stronę Murphy i wyprowadziła któryś z tych dziwacznych ciosów ze sztuk walki; nie rozpoznałem go, ale był wymierzony w skroń. Murphy zareagowała błyskawicznie: przesunęła dłonie wyżej, do bloku, zanim cios dotarł do celu, przekręciła się, by wytrącić Benn z równowagi, i mocno cisnęła ją na ścianę.

Wyraz twarzy Benn w ciągu pół sekundy zmienił się, przechodząc od szoku i zaskoczenia we wściekłość. Sięgnęła dłonią pod żakiet, zawahała się na pół sekundy, po czym wsunęła ją dalej. Wyjęła pistolet, precyzyjnie jak ekspert, płynnie i szybko, choć na pozór bez pośpiechu. Błysnęły zielone oczy. Rzuciłem się na Murphy, zderzyłem z nią i powaliłem na podłogę w chwili, gdy padł strzał, w murach niewykończonej restauracji głośniejszy niż bliskie uderzenie gromu. Oboje wylądowaliśmy na zakurzonej podłodze.

– Benn! – krzyknął Denton.

Skoczył do niej i nie zważając na pistolet, stanął między uzbrojoną kobietą i nami. Słyszałem, jak mówi coś do niej, cichym, stanowczym głosem.

– Ty obłąkana suko! – wrzasnąłem. – Co ci odbija?

Dwaj inni agenci FBI i kilku funkcjonariuszy z zewnątrz wbiegli do pomieszczenia. Murphy stęknęła i przyłożyła mi łokciem w brzuch. Jęknąłem w odpowiedzi i stoczyłem się z niej. Oboje podnieśliśmy się na nogi, cali i zdrowi.

– Co tu się stało, do diabła? – zapytał jeden z policjantów, starszy mężczyzna z przerzedzonymi siwymi włosami.

Denton odwrócił się do niego, spokojny i chłodny.

– Przypadkowy strzał. Nastąpiło drobne nieporozumienie i broń agentki Benn przypadkowo wystrzeliła.

Policjant podrapał się po głowie i spojrzał na Murphy.

– To prawda, pani porucznik?

– Jak szlag! – wtrąciłem. – Ta obłąkana dzi...

Murphy wbiła mi łokieć w żołądek i rzuciła wściekłe spojrzenie.

– Prawda – powiedziała, kiedy rozcierałem brzuch. – Było właśnie tak, jak mówi agent Denton.

Wytrzeszczyłem oczy.

– Murphy, daj spokój. Przecież ta kobieta...

– ...miała wypadek z bronią – dokończyła twardo Murphy. – Mógł się zdarzyć każdemu.

Popatrzyła na starszego policjanta; zamrugał niepewnie, po czym wzruszył ramionami.

Denton odwrócił się do nas i przez chwilę w skupieniu przyglądał się Murphy. Potem skinął głową.

– Roy, George. Może sprawdzicie, czy porucznik Murphy dobrze się czuje, i odprowadzicie ją do samochodu?

– Pewnie, Phil. Pewnie – odpowiedział chudy dzieciak z rudymi włosami, dużymi uszami i piegami na twarzy. – Uhm... Panie Dresden, pani porucznik, może wyjdziemy na zewnątrz i zaczerpniemy trochę świeżego powietrza? Jestem Roger Harris, a to agent Wilson.

Drugi gość z FBI, potężny typ z nadwagą, po czterdziestce, z zakolami nad czołem i brzuchem wylewającym się nad paskiem, skinął tylko na nas i ruszył do drzwi. Murphy przez chwilę patrzyła jeszcze wściekle na Dentona, ale zaraz odwróciła się na pięcie i poszła za ciężkim Wilsonem. A ja za nią.

– Nie mogę uwierzyć... Nic ci się nie stało? – zwróciłem się szeptem do Murphy.

– Ta suka próbowała mnie walnąć – odparła Murphy, nawet w przybliżeniu nie tak cicho.

– Próbowała cię przedziurawić, Murph.

Murphy wypuściła powietrze przez zęby, ale nie zatrzymywała się. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem poszarpane, okaleczone ciało Szpica, otoczone policyjną taśmą. Przyjechała ekipa techniczna i przygotowywała się do przeszukania pokoju. Denton klęczał przy Benn, która ukrywała twarz w dłoniach i wyglądała, jakby płakała. Denton przyglądał mi się; jego szare oczy były wyrachowane i zimne. Katalogował mnie pewnie jako „wysoki, szczupły, ciemne włosy, ciemne oczy, ostre rysy twarzy, brak widocznych blizn”.

Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę i nabrałem przekonania, intuicyjnego wrażenia, którego jednak byłem absolutnie pewien: Denton coś ukrywał. Wiedział o czymś i nie mówił. Nie pytajcie, jak na to wpadłem, ale było w nim coś takiego – to, jak żyły nabrzmiewały mu na czole, jak sztywno trzymał kark – co naprowadziło mnie na tę myśl.

– Ehm... – odezwał się ten dzieciak, Harris.

Zamrugałem nerwowo. Harris otworzył drzwi i przepuścił Murphy i mnie. Wyszliśmy na zewnątrz.

– Trzeba dać Deborah trochę luzu – powiedział. – Naprawdę bardzo przeżywa te zabójstwa Lobo. Niewiele spała przez ostatni miesiąc. Znała któregoś z tych zamordowanych. Od tego czasu jest strasznie spięta.

– Zamknij się, Harris – rzucił z niesmakiem otyły agent Wilson. – Po prostu zamknij dziób. – Zwrócił się do nas dwojga. – Wynoście się stąd. Nie chcę oglądać żadnego z was w pobliżu miejsca zbrodni, o ile nie leży na pani terenie, pani porucznik. Wydział Spraw Wewnętrznych ma dosyć pracy, nie sądzi pani?

Odwrócił się i zniknął w budynku. Rudowłosy dzieciak rzucił nam przepraszający, zażenowany uśmiech, po czym ruszył szybko za grubasem. Zauważyłem, że obejrzał się jeszcze z zamyśloną miną. I zniknął. Drzwi się zamknęły, pozostawiając Murphy i mnie na zewnątrz, poza dochodzeniem i śladami na miejscu zbrodni.

Uniosłem głowę i poprzez czyste powietrze spojrzałem na niemal pełny księżyc. Wilkołaki skaczące przez okna na ochroniarzy gangsterów w niewykończonych restauracjach. Okaleczony trup pośrodku zalanej krwią podłogi. Oszalali agenci terenowi FBI, sięgający po broń i strzelający do ludzi. Trochę kung-fu, trochę Johna Wayne’a, trochę zdawkowych gróźb.

Jak dotąd, pomyślałem roztrzęsiony, kolejna zwykła noc pracy.

Rozdział trzeci

Żołądek skręcał mi się z obrzydzenia po makabrycznych widokach w budynku i ze zdenerwowania po tym, do czego o mało co nie doszło. W jednym uchu wciąż mi dzwoniło po huku wystrzału. Zaczynałem dygotać – strumień adrenaliny wysychał, pozostawiając mnie zdenerwowanego i roztrzęsionego. Wcisnąłem dłonie do kieszeni płaszcza, uważając na owinięty w chusteczkę odłamek szkła, i zamykając oczy, zwróciłem twarz do wiatru.

Uspokój się, Harry, powiedziałem do siebie. Nie nerwowo. Wdech, potem wydech, i tak trzymaj. Widzisz? Nie jesteś martwy. Martwi ludzie nie oddychają w ten sposób. Nie jesteś Szpicem, rozszarpanym na kawałki i leżącym na podłodze. I nie masz też w sobie żadnych dziur po kulach. Żyjesz, Murphy jest cała, i nie musisz więcej patrzeć na tę bezoką twarz.

Ale wciąż pod powiekami widziałem rozerwane ciało, wciąż czułem ten upiorny smród rozprutych wnętrzności. Pamiętałem tę krew, lepką na zakurzonej podłodze, krzepnącą, gęstą od drobinek gipsu. Czułem w gardle smak żółci i z wysiłkiem powstrzymywałem wymioty.

Miałem ochotę krzyczeć, uciekać, machać rękami i kopać coś, dopóki nie poczuję się lepiej. Potrafiłem zrozumieć agentkę Benn – no, prawie – jeśli pracowała nad serią takich zabójstw. Nie można zbyt długo patrzeć na tyle krwi, bo człowiek zaczyna ją widzieć wszędzie.

Nadal oddychałem głęboko: wdech, wydech... Wiatr, świeży i chłodny, dmuchał mi w twarz, pełen ostrych zapachów nadchodzącej jesieni. Październikowe wieczory w Chicago bywają chłodne i wietrzne, ale i tak je lubię. To moja ulubiona pora roku do przebywania na dworze. W końcu się uspokoiłem. Murphy obok musiała robić to samo: starała się rozluźnić. Oboje równocześnie ruszyliśmy w stronę samochodu. Słowa nie były potrzebne.

– Ja... – zaczęła Murphy i znowu umilkła. Nie patrzyłem na nią, nie odzywałem się. – Przepraszam cię, Harry. Przestałam nad sobą panować. Agent Denton to dupek, ale robi swoje. Miał rację. Formalnie rzecz biorąc, nie miałam prawa przebywać na miejscu przestępstwa. Nie chciałam cię w to wciągać.

Otworzyła drzwi samochodu i wsiadła. Zająłem miejsce od strony pasażera, po czym wyciągnąłem rękę i wyjąłem jej kluczyki z dłoni. Obróciła głowę i przyjrzała mi się spod zmrużonych powiek.

Zacisnąłem palce na kluczykach.

– Usiądź i rozluźnij się trochę, Murph. Musimy pogadać.

– Nie wydaje mi się, Harry, żeby to był dobry pomysł.

– To ma być wdzięczność za uratowanie ci życia? Teraz już dwa razy. Musisz jakoś wytrzymać.

– Powinieneś wiedzieć, jak to działa – odpowiedziała, marszcząc brwi.

Oparła się na fotelu i spojrzała przez przednią szybę. Widzieliśmy policjantów, techników i garnitury FBI, przesuwające się tam i z powrotem wewnątrz budynku. Przez długą chwilę milczeliśmy oboje.

Zabawne jest to, że źródłem napięcia między mną i Murphy było to samo, co problemów z Kim Delaney dziś wieczorem. Murphy chciała się czegoś dowiedzieć, żeby prowadzić dochodzenie. Mogłem przekazać jej tę informację, ale w ten sposób naraziłbym ją na niebezpieczeństwo. Niczego więc nie powiedziałem i sam podążyłem za tropem aż do końca; w efekcie spłonął budynek, znalazły się też jedne czy drugie zwłoki. Nie było dowodów, żeby mnie o cokolwiek oskarżyć, a zabójca, którego ścigaliśmy, został już ukarany. Niestety, Murphy tak naprawdę nie wybaczyła mi, że odsunąłem ją poza nawias.

W kolejnych miesiącach wzywała mnie kilka razy, ja się starałem, ale stosunki między nami były chłodne. Profesjonalne. Może więc nadszedł czas, by stopić lody.

– Posłuchaj, Murph – zacząłem. – Nigdy tak naprawdę nie rozmawialiśmy o tym, co się zdarzyło na wiosnę.

– Nie rozmawialiśmy o tym, kiedy się działo – odparła tonem oschłym jak jesienne liście. – Czemu mielibyśmy zaczynać teraz? To było na wiosnę. Mamy październik.

– Daj spokój, Murph. Chciałem powiedzieć ci więcej, ale nie mogłem.

– Pozwól, że zgadnę. Kot porwał ci gdzieś język? – spytała słodko.

– Wiesz, że nie należałem do tych niedobrych facetów. Do teraz na pewno się o tym przekonałaś. Niech to szlag, przecież nadstawiałem karku, żeby cię ratować.

Murphy pokręciła głową, cały czas patrząc przed siebie.

– Nie o to chodzi.

– Nie? Więc o co?

– O to, Dresden, że mnie okłamałeś. Odmówiłeś mi podania informacji, której potrzebowałam, żeby wykonać swoją pracę. Kiedy ściągam cię do pomocy w dochodzeniu, to ci ufam. A zwykle nie tak łatwo mi komuś zaufać. Nigdy nie było łatwo. – Chwyciła kierownicę tak mocno, że pobielały jej kostki palców. – A teraz jeszcze trudniej.

Skrzywiłem się. To zabolało. Co gorsza, miała rację.

– Część tego, co wiedziałem... To było niebezpieczne, Murph. Mogło cię zabić.

Spojrzenie błękitnych oczu przeszyło mnie tak, że odruchowo oparłem się o drzwiczki samochodu.

– Nie jestem twoją córką, Dresden – powiedziała cicho i bardzo spokojnie. – Nie jestem porcelanową figurką na półce. Jestem funkcjonariuszem policji. Łapię złych ludzi, skopuję im tyłki, a jeśli zajdzie potrzeba, łapię kulę, żeby nie oberwała jakaś biedna gospodyni domowa czy księgowy. – Wyjęła broń z kabury pod pachą, sprawdziła magazynek i bezpiecznik, i wsunęła z powrotem. – Nie potrzebuję twojej ochrony.

– Zaczekaj, Murph... – wtrąciłem pośpiesznie. – Przecież nie zrobiłem tego, żeby cię wkurzyć. Jestem twoim przyjacielem. Zawsze byłem.

Odwróciła głowę. Któryś z policjantów przeszedł obok samochodu; oświetlając latarką ziemię, szukał możliwych śladów.

– Byłeś moim przyjacielem, Dresden. Teraz... – Murphy potrząsnęła głową i zacisnęła zęby. – Teraz już nie wiem.

Niewiele mogłem na to powiedzieć. Ale nie chciałem tak tej sprawy zostawić. Mimo całego czasu, jaki upłynął, nie próbowałem spojrzeć na tamtą sytuację z jej punktu widzenia. Murphy nie była magiem. W zasadzie nic nie wiedziała o świecie nadprzyrodzonym, którego od czasów renesansu nie zdołała przepędzić wielka religia nauki. Murphy nie miała nic, czego mogłaby użyć przeciw niektórym zjawiskom, z którymi się spotykała, żadnej broni prócz wiedzy, jaką jej przekazywałem – a wtedy, wiosną, odebrałem jej to, pozostawiłem bezbronną i nieprzygotowaną. Dla niej to musiało być piekło: stawać codziennie wobec zdarzeń, które nie miały sensu, nad którymi jej technicy tylko kręcili głowami.

Tym właśnie zajmował się Wydział Dochodzeń Specjalnych. Byli zespołem powołanym przez burmistrza Chicago, by badać „niezwykłe przestępstwa” popełniane na terenie miasta. Opinia publiczna, Kościół i władze wciąż niechętnie przyjmowały wszelkie odwołania do magii, spraw nadprzyrodzonych, do wampirów albo magów, jednak istoty ze świata niematerialnego czaiły się w pobliżu: trolle pod mostami, elfy porywające dzieci z kołysek, duchy, widma i wszelkiego rodzaju strachy. Nadal terroryzowały i krzywdziły ludzi, a z moich statystyk wynikało, że sprawy wyglądają coraz gorzej, nie lepiej. Ktoś musiał się starać, żeby to powstrzymać. W Chicago i na jego rozległych przedmieściach tą osobą była Karrin Murphy z jej zespołem z DS.

Utrzymywała to stanowisko dłużej niż ktokolwiek z jej licznych poprzedników – ponieważ była otwarta na myśl, że są może takie rzeczy, o jakich nie śniło się w książkach Horacja. Ponieważ korzystała z usług jedynego w kraju maga do wynajęcia.

Nie wiedziałem, co powiedzieć, ale moje usta zaczęły działać samodzielnie.

– Karrin... Przepraszam.

Cisza zaległa między nami na długi, bardzo długi czas.

W końcu Murphy się otrząsnęła.

– No dobrze – powiedziała. – Ale jeśli wciągnę cię do tej sprawy, Harry, chcę mieć twoje słowo. Tym razem żadnych tajemnic. Ani, żeby mnie chronić, ani z innych powodów. Żadnych. – Spoglądała przez okno, a jej rysy wydawały się bardziej delikatne w blasku księżyca i świetle dalekich latarni. Łagodniejsze.

– Murphy, nie mogę tego obiecać. Jak możesz prosić o...

Gniew błysnął w jej oczach i odwróciła głowę. Zrobiła coś z jednym z moich palców, wskutek czego ból przeszył mi rękę i cofnąłem ją odruchowo, upuszczając przy tym kluczyki. Chwyciła je i wcisnęła jeden do stacyjki.

Skrzywiłem się i przez chwilę potrząsałem bolącymi palcami. Potem przykryłem jej dłoń swoją.

– W porządku – powiedziałem. – Niech będzie. Obiecuję. Żadnych tajemnic.

Spojrzała na mnie, spojrzała mi w oczy, przez czas jednego oddechu, po czym odwróciła wzrok. Uruchomiła silnik i wyjechała z parkingu.

– No dobrze – rzekła. – Powiem ci. Powiem, bo potrzebuję każdej pomocy, jaką uda mi się uzyskać. Bo jeśli nie złapiemy tego stwora, tego wilkołaka, to jeszcze w tym miesiącu będziemy mieli na głowie następny ładunek trupów. A także... – westchnęła – ...bo jeśli nam się nie uda, stracę robotę. A ty prawdopodobnie skończysz w więzieniu.

Rozdział czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziesiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział jedenasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwunasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzynasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czternasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szesnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siedemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział osiemnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiętnasty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty piąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty szósty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty siódmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty ósmy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty pierwszy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty drugi

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty trzeci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział trzydziesty czwarty

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.