70,00 zł
Książka Toma Hollanda, znanego brytyjskiego pisarza, tłumacza, autora książek popularnonaukowych, stanowi trzecią część jego tzw. rzymskiej trylogii. Tym razem Holland przenosi czytelnika w czasy cesarstwa w epoce pryncypatu, w okres triumfu pokoju (łac. pax), który nastąpił po serii trudnych i wyniszczających wojen. Autor opisuje zawiłe i nie tak pokojowe, jak wskazywałby tytuł książki, dzieje Rzymu od wojny o władzę w 68 r., przez rządy Flawiuszy (Wespazjana i jego dwóch synów, Tytusa i Domicjana), którzy doszli do władzy po kryzysie czterech cesarzy, czasy Trajana, kiedy cesarstwo osiągnęło najszerszy zasięg swoich granic, po rządy Hadriana, kiedy przypadł okres prosperity w państwie, a tym samym upragniony pokój. Zmienne losy cesarzy i cesarstwa, tudzież postaci drugorzędnych, które Holland przywołuje na kartach książki, zostały ukazane w taki sposób, że nawet nieprzygotowany odbiorca z łatwością dostrzeże, jak niebywale złożona była cywilizacja rzymska w każdym aspekcie jej funkcjonowania, od polityki poczynając, na religii kończąc. Relacjonując dzieje wojen i czasy apogeum cesarstwa rzymskiego Holland prowokuje do refleksji nad dziejami wielkich imperiów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 662
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału
Pax. War and Peace in Rome’s Golden Age
Redaktor prowadząca
Elżbieta Brzozowska
Redakcja
Jolanta Sheybal
Korekta
Aleksandra Radoszek-Marczuk
Opracowanie map
Radosław Kierełowicz vel Kieryłowicz
Projekt okładki i stron tytułowych
AKC / Ewa Majewska
© Copyright by Tom Holland, 2023
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2026
© Copyright for the Polish translation by Tomasz Fiedorek
Księgarnia internetowa www.piw.pl
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Wydanie pierwsze, Warszawa 2026
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
ISBN 978-83-8442-006-5
W 122 roku najpotężniejszy człowiek na świecie stanął nad brzegami rzeki Tyne, mniej więcej tam, gdzie obecnie znajduje się miasto Newcastle. Był to najdalej wysunięty na północ punkt, do jakiego kiedykolwiek dotarł rzymski cesarz. Za jego plecami leżała nizinna Brytania, żyzna południowa część wyspy, która od osiemdziesięciu lat była podbijana, pacyfikowana i ujarzmiana przez legiony. Przed nim natomiast rozciągały się pustkowia północy, zbyt dzikie i ubogie, aby zasługiwały na podbój. Tak w każdym razie uważał cezar, który tu przybył. Publiusz Eliusz Hadrian (Publius Aelius Hadrianus) był człowiekiem, który miał wszelkie kwalifikacje po temu, żeby odróżnić cywilizację od barbarzyństwa. Studiował z filozofami, ale i walczył z ludami, które kolekcjonowały ludzkie głowy; mieszkał zarówno w Atenach, jak i na wyspie leżącej pośrodku Dunaju. Przed swoim przybyciem do Brytanii objechał obozy wojskowe wzdłuż Renu i nakazał wybudować wielką palisadę na wschód od tej rzeki. Teraz, stojąc u szarych wód Tyne, Hadrian snuł plany budowy jeszcze większego cudu inżynierii wojskowej.
O śmiałości zamierzonego projektu świadczyła już sama obecność cezara w Brytanii. Realizacja tak wielkiego przedsięwzięcia wymagała nie tylko znacznego zwiększenia liczebności wojsk. Trzeba było również przebłagać bogów. Ofiary należało złożyć zarówno Oceanowi, czyli ogromnemu i przerażającemu bezmiarowi wód, który otaczał Brytanię, jak i samej rzece Tyne. Hadrian, który w odniesieniu do sił nadprzyrodzonych zawsze postępował skrupulatnie, wiedział, że lepiej nie brać się do budowy mostu bez wcześniejszego przebłagania bóstwa mieszkającego w każdej rzece. Wzniesioną tam konstrukcję nazwano Pons Aelius, czyli Mostem Eliusza, jak brzmiało nazwisko rodowe Hadriana. Było to wyjątkowe wyróżnienie dla mostu leżącego na odległych krańcach ówczesnego świata. Zwykle tylko mosty w Rzymie nazywano imionami cesarzy. Dlatego, kiedy dekadę później Hadrian przystąpił do budowy swojego potężnego mauzoleum na drugim brzegu Tybru i chciał umożliwić dotarcie do niego ze stolicy, kazał zbudować most, który nie mógł nazywać się inaczej niż Pons Aelius. Od tamtej pory istniały zatem dwa zupełnie różne mosty nazwane na cześć Hadriana. Tym samym zaszczyt, jaki spotkał odległą placówkę w Brytanii, był jeszcze większy.
Nazwę Pons Aelius nosił nie tylko most, ale także fort zbudowany przez Rzymian na północnym brzegu rzeki Tyne. Ów fort był z kolei tylko jedną z wielu placówek wojskowych tworzących linię ciągnącą się od jednego brzegu Oceanu do drugiego. Łączył je długi na 117 kilometrów wał zbudowany w większości z kamienia. Za nim biegła wyłożona tłuczniem droga. Natomiast za drogą znajdowała się fosa na tyle głęboka, że do jej pokonania konieczna była drabina. Tak ogromna i przemyślana infrastruktura była równie imponującym pomnikiem dokonań Hadriana jak wszystkie budowle, które kazał on wznieść w Rzymie. Stanowiła swoisty manifest niezrównanych możliwości militarnych i zdolności odstraszania. Wizyta cesarza nad rzeką Tyne była krótka i stanowiła dla niego najzwyklejszy przystanek w podróży, jednak odcisnęła na tej okolicy wyraźne piętno supermocarstwowej potęgi.
Mało który Rzymianin kiedykolwiek widział na własne oczy ów wał. Wszystko to, co składało się na cywilizację – „handel, żegluga, rolnictwo, oczyszczanie metali, sztuki, jakie są i były, wszystko, co dzieje się i rodzi”1 – znajdowało się tak daleko od niego, że dla rzymskiego ludu stanowił on w najlepszym razie niepewną pogłoskę. Z czasem zapomniano nawet o tym, że to właśnie Hadrian nakazał go zbudować. Przez ponad tysiąc lat po upadku rządów rzymskich w Brytanii budowę owego wału przypisywano innemu, następnemu cezarowi i dopiero w połowie XIX wieku ostatecznie dowiedziono, że był on dziełem Hadriana. Od tamtej pory, dzięki pracy pokoleń archeologów, specjalistów od epigrafiki i historyków nasza wiedza o tym, jak i przez kogo został on wzniesiony, wzrosła niepomiernie. Badania nad Wałem Hadriana są obecnie „usiane kośćmi obalonych hipotez”2. Wzdłuż jego najbardziej widowiskowego odcinka centralnego na turystów czekają dzisiaj tablice informacyjne, sklepy z pamiątkami i publiczne toalety, a jeszcze w 1600 roku ta okolica była do tego stopnia opanowana przez bandytów, że antykwariusz William Camden w czasie podróży był zmuszony ją ominąć.
Mimo to Wał Hadriana nie został całkowicie odarty z otaczającej go aury tajemniczości. Wczesną zimą 1981 roku zwiedzał go amerykański turysta, niejaki George R.R. Martin. Gdy słońce zaszło, zapadał już zmrok, a nad klifami powiał wiatr, miał to miejsce tylko dla siebie. Martin zaczął się zastanawiać, jak by to było, gdyby znalazł się tam w czasach Hadriana jako przybyły z Afryki lub Bliskiego Wschodu żołnierz, który stacjonował na samej granicy cywilizacji i wpatrywał się w mrok, drżąc z obawy przed tym, co się w nim czai. To wspomnienie zachował w pamięci. Dziesięć lat później, gdy przystąpił do pisania powieści fantasy zatytułowanej Gra o tron, jego wizyta na Wale Hadriana miała okazać się doświadczeniem, które wywarło na niego szczególnie silny wpływ. Jak stwierdził potem, był to wał „chroniący cywilizację przed czyhającymi za nim nieznanymi zagrożeniami”3.
W stworzonym przez Martina fikcyjnym świecie Westeros owymi „nieznanymi zagrożeniami” okazali się Inni, blade upiory stworzone ze śniegu i lodu, które zamieniają zmarłych w swoich niewolników. W jego powieściach rzymski system fortyfikacji granicznych zmienia się w lodowy mur o wysokości ponad dwustu metrów i długości prawie pięciuset kilometrów, istniejący od ośmiu tysięcy lat. Wyryte są na nim starożytne zaklęcia. Od czasu do czasu atakują go mamuty. Martinowska wersja Wału Hadriana, dzięki sukcesom zarówno jego powieści, jak i nakręconego na ich podstawie serialu telewizyjnego, nieco przyćmiła oryginał. Chyba jednak pokazuje ona również, jak mocno w naszej zbiorowej wyobraźni zakorzenił się pewien szczególny sposób postrzegania imperium rzymskiego. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w Grze o tron nasza sympatia nie leży po stronie Innych, ale Nocnej Straży, czyli żołnierzy strzegących Muru. Wszak Martin, stojąc na wysuniętej najdalej na północ granicy imperium rzymskiego i wpatrując się w mrok, wyobrażał sobie, że jest Rzymianinem, a nie Brytem. Ludzie zwiedzający Wał Hadriana rzadko utożsamiają się z tubylcami. Powieści i filmy niezmiennie przyjmują punkt widzenia okupanta. Próby zapuszczenia się poza granice rzymskiej cywilizacji – czy chodzi o skazany na zagładę legion, czy o wyprawę w poszukiwaniu utraconego orła legionowego – przedstawia się jak wyprawę do jądra ciemności. Rudyard Kipling, ten wielki piewca imperium brytyjskiego, uważał, że Wał Hadriana sam w sobie stanowił pomnik cywilizacji.
A gdy już ci się zdaje, żeś dotarł na sam koniec świata, widzisz nagle dym ciągnący się, jak zasięgnąć okiem od wschodu na zachód, a potem pod jego pokrowcem obaczysz wszędy gromadki domów, świątyń, sklepów, teatrów, koszar i spichlerzy, porozrzucane niby kości do gry po jednej (i zawsze tylko jednej) stronie długiego, niezbyt wysokiego rzędu wieżyc, to wznoszącego się wzwyż, to opadającego, to chowającego się w załomach gruntu, to znów ukazującego się wyraziście. To właśnie ów słynny Mur!4
Nawet dzisiaj, w epoce nieskończenie mniej sprzyjającej imperializmowi niż w 1906 roku, gdy Kipling publikował swoje opowiadania o rzymskiej Brytanii, obecność na Wale Hadriana żołnierzy pochodzących z Maroka czy Syrii można uznać za powód do chwały. Właśnie dla podkreślenia tego aspektu historii Wału w wyprodukowanym niedawno przez BBC filmie dla dzieci o przybyciu Hadriana do Brytanii zmieniono nieco chronologię wydarzeń, aby ukazać ówczesnego namiestnika prowincji jako AfrykaninaI. To samo cesarstwo rzymskie, które zbudowało wał ochronny wzdłuż całej swojej granicy z barbarzyńcami i prawdopodobnie obejmowało blisko 30 procent populacji ówczesnego świata, pozostaje dzisiaj tym samym, czym było już pod koniec XVIII wieku ‒ zwierciadłem, w którym miło nam jest dostrzec własne odbicieII.
To nie kto inny, jak Edward Gibbon jako pierwszy napisał, że II wiek naszej ery stanowił najbardziej złoty ze złotych wieków ludzkości. W 1776 roku, w pierwszym tomie swojego Zmierzchu i upadku cesarstwa rzymskiego, uznał on panowanie Hadriana i jego bezpośrednich następców za „okres, w którym ludzkość cieszyła się największą szczęśliwością i dobrobytem” w całej historii świata. Wszędzie panował bowiem pokój: od rzeki Tyne po Saharę i od Atlantyku po Arabię. Kraje, które wcześniej, przed nastaniem panowania rzymskiego, były nękane wyniszczającymi konfliktami – królestw przeciwko królestwom, miast przeciwko miastom, plemion przeciwko innym plemionom – znalazły się „pod przewodem cnoty i rozumu”5. Te pochwały były jednak obwarowane pewnymi zastrzeżeniami. Subtelny i zjadliwy Gibbon wiedział bowiem zbyt wiele, żeby wyobrażać sobie, iż jakikolwiek okres w historii mógł być prawdziwym rajem na Ziemi. Zdawał sobie sprawę z autokratycznego charakteru rządów cezara i oczywiście jak nikt inny wiedział, co nastąpiło potem. Mimo to dla człowieka o jego temperamencie – wyrafinowanego, tolerancyjnego, szanującego wiedzę i handel – świat rządzony przez Hadriana wydawał się nieporównanie lepszy od barbarzyństwa i zabobonu, z którymi utożsamiał średniowiecze. „Granic tej rozległej monarchii strzegła starożytna sława i zdyscyplinowane męstwo. Pod łagodnym, a przecież potężnym wpływem praw i obyczajów poszczególne prowincje stopniowo połączyły się w całość. Mieszkańcy tych prowincji, rozmiłowani w pokoju, cieszyli się korzyściami płynącymi z bogactwa i zbytku, często ich nawet nadużywając”6. Ten ton łagodnej ironii, z którą Gibbon snuł swój opis panującego w imperium dobrobytu, wcale nie oznaczał lekceważenia dla osiągnięć Rzymian. Porządek był przecież lepszy od chaosu, a ten porządek, który dzięki cezarom obejmował „najpiękniejsze połacie świata i najbardziej cywilizowaną część ludzkości”, był prawdziwym cudem. Gibbon to wiedział, gdyż sami Rzymianie uznawali to za cud. Zdumiewał ich widok niegdysiejszych wrogów, którzy odkładali broń, aby poświęcić się sztuce, dzięki czemu wszędzie miasta piękniały, a wiejskie okolice przypominały kwitnący ogród. Zachwycali się nieprzebraną liczbą zapełniających morza statków handlowych, które sprowadzały skarby nawet z odległych Indii. Czuli się poruszeni faktem, że o ile wcześniej święty ogień, który palili w ofierze swoim bogom, płonął jedynie na kilku ołtarzach, teraz był nie do ugaszenia, przekazywany kolejnym ludom i z pewnością podtrzymywany nieustannie w całym rzymskim świecie. Dla wychowanego w imperium Hadriana mieszkańca jakiejś rzymskiej prowincji takie właśnie były owoce rzymskiego pokoju – pax romana.
Od czasów Gibbona wiedza o tym, jak ów pokój funkcjonował i był utrzymywany, poczyniła jednak ogromne postępy. Zbadano stanowiska archeologiczne, inskrypcje ujęto w tabele i poddano analizie, wydobyte ze śmietnisk papirusy i woskowe tabliczki skrupulatnie przepisano, a ogromna masa tych materiałów źródłowych posłużyła następnie do opracowania licznych syntez historycznych, których zakres wprawiłby Gibbona w osłupienie i zachwyt. Panujące niegdyś wśród badaczy zachodnich przekonanie, iż rządzone przez Hadriana imperium rzeczywiście objęło swoim zasięgiem najpiękniejsze połacie świata, już dawno temu zostało skorygowane, dzięki uświadomieniu sobie, że nie było to jedyne supermocarstwo istniejące w tamtym czasie na obszarze Eurazji. Obecnie studia porównawcze nad imperializmem rzymskim i chińskim nie są już ani trochę bardziej nowatorskie, niż jakiekolwiek inne pole badań nad historią starożytną. Niemniej jednak sama skala i czas trwania pokoju, który został narzucony zachodniemu krańcowi Eurazji w pierwszych dwóch stuleciach naszej ery, to jest w okresie, gdy po raz pierwszy większa część tego obszaru stanowiła jeden organizm polityczny, nie mają odpowiedników w dziejach. Ani w latach 70. XVIII wieku, ani dzisiaj nikt nie może twierdzić, że Morze Śródziemne należy wyłącznie do niego, jak mogli z dumą głosić cezarowie.
Nawet dobrobyt świata rzymskiego – który dla konsumentów z XXI wieku zdaje się znacznie mniej imponujący niż dla Gibbona – nadal robi duże wrażenie na ekonomistach. „Stopa życiowa – pisze profesor emeritus Gray z wydziału ekonomii Massachusetts Institute of Technology – była we wczesnym cesarstwie rzymskim wyższa, niż gdziekolwiek i kiedykolwiek indziej aż do czasów rewolucji przemysłowej”7. Wobec braku dokładnych danych rozmiary i wydajność gospodarki rzymskiej w pierwszych dwóch wiekach naszej ery pozostają przedmiotem zaciekłych sporów między badaczami; a jednak udogodnienia, jakimi dysponowały miasta na całym obszarze imperium, są znane nie tylko historykom tego okresu, ale także niezliczonym masom turystów. W Efezie czy Pompejach nawet najbardziej przypadkowy przybysz musi być pod wrażeniem tego, co tam zastaje. Świątynie i teatry, łaźnie i biblioteki, brukowane ulice i centralne ogrzewanie ‒ wszystko to stanowi widoczną pamiątkę po pax romana. Po dziś dzień, czy to w filmach, czy w kreskówkach lub grach komputerowych, służą one jako symbol nie tylko szczytowego rozkwitu imperium rzymskiego, ale samej cywilizacji.
No dobrze, ale, cytując klasyka, co ci Rzymianie dla nas zrobili? Odpowiedź na to pytanie brzmiała: wywózkę śmieci w miastach, medycynę, edukację, wino, porządek publiczny, nawadnianie pól, drogi, akwedukty i łaźnie. Taka lista, nawet jeśli jest pochlebna dla pax romana, oczywiście stanowi ledwie podsumowanie. Tam, gdzie jest światło, jest i cień. Wszak najsłynniejszy ze wszystkich rzymskich zabytków, uwielbiany zarówno przez włoski przemysł turystyczny, jak i Hollywood, był sceną, na której przelewano krew. Krzyż, który stał kiedyś pośrodku Koloseum, zniknął dawno temu, usunięty w latach 70. XIX wieku przez archeologów, ale mordercze widowiska, jakie organizowano w tym amfiteatrze – nawet jeśli trudno znaleźć jakiekolwiek dowody na to, że kiedykolwiek rzucano tam chrześcijan na pożarcie lwom – budzą obecnie taką samą dezaprobatę moralną jak wtedy, gdy w tym miejscu znajdowała się kaplica i stacje drogi krzyżowej. Nikt, kto ogląda film Gladiator, nie utożsamia się z cesarzem. Instynktownie sympatyzujemy z ofiarami krwawych sportów rzymskich, przez co okazujemy się raczej spadkobiercami wczesnego Kościoła niż cezarów.
„I ujrzałem Niewiastę pijaną krwią świętych i krwią świadków Jezusa”8. Tak pod koniec pierwszego wieku naszej ery pisał Święty Jan w swoim objawieniu, stanowiącym ostatnią księgę Nowego Testamentu. Wizja Świętego Jana ma rangę apokalipsy rozchylającej kurtynę, która przesłania śmiertelnikowi obraz wydarzeń mających dopiero nadejść w przyszłości; lecz stanowi ona jednocześnie najostrzejszy, najbarwniejszy i najbardziej sugestywny atak na imperializm, jaki kiedykolwiek sformułowano na piśmie. Niewiasta, którą ujrzał Jan, była nierządnicą, ubraną w purpurę, przystrojoną w ekstrawagancką biżuterię i siedzącą na szkarłatnej bestii o siedmiu głowach i dziesięciu rogach. Na jej czole wypisane było imię „Wielki Babilon”, a była to „macierz nierządnic i obrzydliwości ziemi”. Anioł, który przemówił do narratora, ujawnił prawdziwą tożsamość tej monstrualnej prostytutki: „to owo Wielkie Miasto, mające władzę królewską nad królami ziemi”9.
W objawieniu Świętego Jana ta potęga i bogactwo stolicy świata służą jedynie spotęgowaniu radości, jaką odczuwa Jan na widok jej ruiny. Głos z nieba informuje go, że nadejdzie czas, gdy „będą nad nią płakać i lamentować królowie ziemi […] kiedy zobaczą dym jej pożaru”, zaś „kupcy ziemi” będą ją opłakiwać, wykrzykując:
Biada, biada, wielka stolico,
odziana w bisior, purpurę i szkarłat,
cała zdobna w złoto, drogie kamienie i perły,
bo w jednej godzinie przepadło tak wielkie bogactwo10.
Oto w samych trzewiach imperium zrodziła się przepowiednia mówiąca o jego upadku; proroctwo, które już zawsze miało rzucać cień na wspomnienia o wielkości Rzymu. Gibbon twierdził, że epoka Hadriana oraz jego następcy Antoninusa Piusa, którą wychwalał za to, że dała światu najbardziej realną perspektywę pokoju powszechnego, zainspirowała go do refleksji nad zmierzchem i upadkiem imperium rzymskiego w równym stopniu, co śpiew franciszkańskich mnichów dobiegający jego uszu wśród ruin starożytnego Rzymu. Nie tylko starożytni bogowie zostali upokorzeni przez Chrystusa. Z nieba na ziemię sprowadził on również cezarów, którzy rządzili imperium w czasach jego największego rozkwitu. W dzisiejszym Rzymie ani mauzoleum Hadriana, ani Pons Aelius nie upamiętnia już człowieka, który zbudował obie te konstrukcje. Zamiast tego na szczycie mauzoleum znajduje się rzeźba przedstawiająca świętego Michała Archanioła, który w apokalipsie świętego Jana strąca Szatana na ziemię. Z kolei na kolumnie triumfalnej wzniesionej przez Trajana, poprzednika Hadriana i najbardziej fetowanego ze wszystkich cesarzy rzymskich, nie stoi już jego pomnik, lecz posąg świętego Piotra, skromnego rybaka. Chrystus to wszystko przepowiedział: „Ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”11.
Sama myśl o tym, iż takie podejście będzie kiedyś uważane za coś pozytywnego, jako spełnienie pobożnych życzeń, byłaby czymś niepojętym dla Trajana. W tym okresie wierzenia i nauki chrześcijan nie stanowiły jednak zbyt poważnego powodu do niepokoju dla elity rzymskiej. Obecność wyznawców Chrystusa była ledwo widoczna i tylko sporadycznie dostrzegana w miejskiej strukturze imperium, niczym obecność mezozoicznych ssaków w ekosystemie zdominowanym przez dinozaury. Podobnie jak ssaki, w długiej perspektywie chrześcijanie mieli przejąć panowanie na Ziemi. Rewolucja w świecie wartości, jaką przyniósł ich triumf, zaiste była tak totalna, że dzisiaj może nam być trudno ocenić, jak wiele z naszych założeń pozostaje pod głębokim wpływem ich poglądów. Chociaż Europejczycy i Amerykanie zawsze spoglądali wstecz na Rzym z podziwem, to nawet w czasach apogeum imperializmu zachodniego podziw ten był skażony pewną nieufnością. Kiedy chrześcijanie anektowali ziemie innych ludów, czynili to bowiem jako wyznawcy pewnego prowincjusza, który został zamęczony na śmierć na rozkaz imperialnego zarządcy. Dlatego często trudno było im pogodzić się z wejściem w rolę Poncjusza Piłata. Entuzjazm dla dekolonizacji to bardzo zachodnie zjawisko.
Takie wyrzuty sumienia nie dręczyły Rzymian, kiedy to oni stosowali kolonialną przemoc. Dla nich krzyż nie był symbolem triumfu ofiary nad oprawcą – jak postrzegali go chrześcijanie – ale wręcz przeciwnie: prawa, które ich zdaniem im przysługiwało, aby stłumić bunt tak brutalnie i bezkompromisowo, jak uważali to za stosowne. Ich bezwzględności nie mąciło żadne poczucie winy. Dopiero chrześcijaństwo im je zaszczepiło. Chociaż dzisiaj obecność Kościoła na Zachodzie nie jest już tak znacząca jak kiedyś, nasze społeczeństwo nadal pozostaje pod przemożnym wpływem dziedzictwa wrogości wczesnych chrześcijan do „Nierządnicy Babilońskiej”. Historycy starożytności są naznaczeni tym piętnem w nie mniejszym stopniu niż reszta społeczeństw zachodnich. We współczesnych katedrach historii starożytnej z pewnością nie panuje zbytni entuzjazm wobec instytucji imperium. Wysoko cenione przez Rzymian przymioty wojenne, które pozwoliły im podbić i utrzymać ogromne imperium, zebrać bogate żniwo niewolników i dla rozrywki celebrować krwawe sporty, rzadko budzą podziw badaczy pracujących obecnie na uniwersytetach.
Jednym z wielkich paradoksów historii starożytnej jest zatem fakt, iż za najbardziej wpływowe dziedzictwo pax romana należy uznać ruch tak rewolucyjny w swoich ostatecznych skutkach, że dzisiaj musimy zdobyć się na ogromny wysiłek, aby przynajmniej spróbować zrozumieć świat rzymski w taki sposób, jak rozumieli go sami Rzymianie. Teraz bowiem widzimy go niejasnoIII, jak w zwierciadle. Tradycja chrześcijańska nie jest jedyną, która pozostaje żywa od pierwszych dwóch wieków naszej ery aż do dzisiaj, ani najbardziej radykalną w swojej wrogości wobec rzymskiego imperializmu. Mimo wszystko w swoim czasie do władzy doszli cezarowie, którzy sami byli chrześcijanami, a imperium, które wcześniej było „pijane krwią świętych i krwią świadków Jezusa”, na nowo go konsekrowało. Pomimo że figura Świętego Piotra ostatecznie zastąpiła posąg Trajana na szczycie jego triumfalnej kolumny w Rzymie, nie oznaczało to wcale potępienia pamięci tego cesarza. Podczas gdy starożytni Rzymianie wychwalali go jako „najlepszego princepsa” (Optimus Princeps), średniowieczni chrześcijanie podziwiali Trajana prawie jak jednego ze swoich. Losy jego duszy po śmierci budziły w nich tak wielką troskę, że powstała nawet niezwykła przypowieść na ten temat. Twierdzono mianowicie, że nawet ojciec święty, będąc pod wrażeniem szczegółów z życia Trajana, rozpaczał, iż taki wzór wszelkich cnót nie ma wstępu do nieba. Dlatego postanowił błagać o jego zbawienie. W tym celu „udał się do bazyliki Świętego Piotra i wylewał potoki łez, jak to miał w zwyczaju, dopóki w końcu przez boskie objawienie nie uzyskał pewności, iż jego modły zostały wysłuchane, tym bardziej, że nie zakładał, iż poprosi o taki przywilej dla jakiegokolwiek innego poganina”12. To dlatego Dante uznał, że w swojej Boskiej komedii może umieścić Trajana w raju. Nie tylko chrześcijanie spekulowali na temat życia pozagrobowego cezarów, którzy panowali w czasach świetności imperium. Żydzi również. Oni jednak ani trochę nie martwili się o dusze cesarzy. Rabini rzadko byli w stanie wypowiedzieć imię Hadriana, nie przeklinając go przy tym – „Niechaj zgniją jego kości!” – lecz najbardziej nienawistna tradycja żydowska wiązała się z jednym z wcześniejszych cezarów. Tytus, który rządził krótko między 79 i 81 rokiem naszej ery, jako drugi w kolejności przedstawiciel dynastii Flawiuszów, w oczach Żydów zasłużył sobie na straszliwą karę. Dlatego właśnie komar, najmniejsze ze stworzeń bożych, wleciał mu do nosa i przedostał się aż do mózgu. Tam przez siedem lat nieprzerwanie brzęczał. Kiedy w końcu Tytus zmarł i lekarze otworzyli mu czaszkę, odkryli, że ów komar urósł do rozmiarów wróbla, który miał dziób z mosiądzu oraz szpony z żelaza. Cierpienia zmarłego cesarza na tym się jednak nie skończyły i nie miały się skończyć nigdy, gdyż w piekle jego ciało miało codziennie powstawać na nowo i spalać się na popiół.
Jaką to straszliwą zbrodnię popełnił Tytus? W 70 roku naszej ery, cztery lata po tym, jak Żydzi wszczęli powstanie przeciwko Rzymowi, armia dowodzona przez Tytusa zdobyła najświętszy przybytek żydowskiego świata, świątynię jerozolimską, a następnie puściła ją z dymem. Sześćdziesiąt lat później Hadrian nakazał w tym miejscu wznieść świątynię pogańską, co na nowo podsyciło konflikt. Żydzi po raz kolejny się zbuntowali, a Rzymianie po raz kolejny ich zmiażdżyli. Tym razem jednak dzieło pacyfikacji miało okazać się trwałe. Jerozolimę odbudowano jako miasto rzymskie. Nazwę żydowskiej ojczyzny – „Judea” – zmieniono na „Palestyna”. „Czy oprócz Żydów istnieje naród, który został wypędzony ze swej ojczyzny i z miejsc przeznaczonych dla kultywowania tradycyjnych obrzędów religijnych?” – pisał później z wyraźną satysfakcją pewien uczony chrześcijański13. W ten oto sposób Żydzi stali się narodem wygnanym.
Wpływ tych brzemiennych w skutki wydarzeń jest widoczny do dzisiaj. Wielka skała, na której kiedyś stała świątynia żydowska, obecnie jest świętym miejscem zarówno dla muzułmanów, jak i Żydów, gdyż na jej szczycie wznosi się Kopuła na Skale, pierwsze arcydzieło architektury muzułmańskiej oraz trzeci w hierarchii najświętszych meczetów na świecie. W rezultacie jest to jeden z najbardziej zapalnych punktów globu. Z kolei Izrael – państwo żydowskie utworzone na obszarze dawnej Judei – zawsze odwoływał się do pamięci o wojnach z Rzymem, aby wzmocnić własne poczucie tożsamości narodowej. Masada, góra leżąca na południe od Jerozolimy, na której w pewnym momencie na początku 70 roku prawie tysiąc żydowskich mężczyzn, kobiet i dzieci wolało raczej odebrać sobie życie, niż poddać się Rzymianom, stała się dla Izraelczyków symbolem odwagi i determinacji, które oni także czuli się zmuszeni okazywać jako naród otoczony ze wszystkich stron przez wrogów. Takie poczucie samoidentyfikacji opierało się na kluczowym założeniu, że państwo Izrael rzeczywiście pochodzi w prostej linii od Judei, która została najpierw podbita, a następnie unicestwiona przez Rzym. Kiedy w 1960 roku odkryto listy przywódcy powstania żydowskiego z czasów Hadriana, zaprezentowano je ówczesnemu prezydentowi Izraela, Jicchakowi Ben Cwiemu, jako „depesze napisane lub podyktowane przez ostatniego prezydenta”14.
Żart – ale nie do końca żart. Przyjęcie założenia, iż mieszkańcy rzymskiej prowincji Judei byli Żydami w obecnym znaczeniu tego słowa, pociąga za sobą bardzo wielkie ryzyko anachronizmu. Faktycznie jest ono tak wielkie, że postanowiłem go nie podejmować. Skoro dziedzictwo tradycji chrześcijańskiej może obecnie działać niczym zasłona dymna, zamazując nam prawdziwe kontury cesarstwa rzymskiego w czasach jego świetności, taki sam wpływ może na nas wywierać dziedzictwo tradycji żydowskiej. Albowiem to, co dzisiaj odróżnia „judaizm” od innych religii – rola rabinów, synagogi, Talmud – w dużej mierze nie istniało przed wojnami z Rzymem, lecz wykształciło się później, jako sposób na dostosowanie się do sytuacji zaistniałej w wyniku poniesionych klęsk. Przed ostatecznym zniszczeniem ich ojczyzny Ioudaioi – jak mieszkańców Judei nazywali Grecy – byli ludem (ethnos) jak wiele innych. Tak, mogli wydawać się nieco ekscentryczni; ale to samo można było powiedzieć o wielu innych narodach. Z pewnością nie uważali, że wyznają „religię” o nazwie „judaizm”, gdyż oba te słowa wywodzą się ze specyficznie chrześcijańskich założeń teologicznych, które nic wtedy nie znaczyły ani dla Rzymian, ani dla Greków, ani dla samych Żydów. Dlatego, tak jak mieszkańcy Aten byli Ateńczykami, a mieszkańcy Egiptu – Egipcjanami, chyba najlepiej określać ówczesnych mieszkańców Judei mianem Judejczyków. Cesarstwo rzymskie w okresie swojej szczytowej potęgi było światem bardzo odmiennym od naszego i niebezpiecznie jest opisywać go w języku takim jak angielski, nie uświadomiwszy sobie przy tym, jak potencjalnie zdradzieckim środkiem przekazu może się on okazać w tym przypadku, skoro przez ponad tysiąc lat był kształtowany i zmieniany pod wpływem pojęć chrześcijańskich. Tak jak starałem się pozostać wierny pierwotnej nazwie Koloseum, które początkowo było znane jako Amfiteatr Flawiuszów, tak starałem się również wystrzegać bardziej podstępnych anachronizmów: punktów widzenia i założeń, które byłyby niezrozumiałe dla ludzi będących bohaterami tej książki. Podejście Rzymian do tych aspektów człowieczeństwa, które mogą nam się wydawać uniwersalne – jak moralność, seksualność czy tożsamość – było radykalnie odmienne od naszego, a nawet niepokojące z naszego punktu widzenia. Faktycznie tak niepokojące, że niektórzy woleli nawet ich nie dostrzegać. Przez cały czas pisania tej książki moim celem było jednak okazanie mieszkańcom rzymskiego świata szacunku należnego wszystkim ludom starożytnym; próbowałem zrozumieć je nie w naszych kategoriach, ale w ich własnych, ze wszystkimi ich sprzecznościami, ambiwalencją i złożonością.
Ktokolwiek próbuje zaspokoić taką ambicję, staje w obliczu oczywistego wyzwania. Kiedy w 1960 roku w jaskini na Pustyni Judejskiej odkryto listy z ostatnich dni powstania przeciwko Hadrianowi, wywołana tym faktem ekscytacja nie wynikała jedynie z izraelskiego patriotyzmu. Było to zdumiewające znalezisko, gdyż pomagało wypełnić – chociaż nie do końca – potężną lukę w naszej wiedzy historycznej. Pomimo że ów konflikt miał doniosłe znaczenie, pozostało po nim bardzo mało źródeł pisanych. O ile bowiem strzępy szczegółów można wydobyć z inskrypcji lub monet, a znacznie później także z pism rabinów i ojców Kościoła – oczywiście tendencyjnych – to jedyne zachowane do dnia dzisiejszego opisy wydarzeń są skrajnie pobieżne. Przez kilka ostatnich dekad historycy i archeolodzy przetrząsali to rumowisko źródeł historycznych z imponującym skutkiem, a jednak pomimo ukazania się niedawno licznych opracowań poświęconych tej wojnie nie udało się osiągnąć nic więcej poza nakreśleniem jedynie bardzo mglistych zarysów jej przebiegu. Mity o Judejczykach toczących śmiertelną walkę przeciwko Hadrianowi przemawiają jednak do wyobraźni znacznie bardziej niż jakikolwiek opis, który mógłby spłodzić historyk.
Wprawdzie są i inne konflikty zbrojne, o których wiemy jeszcze mniej. Za panowania Hadriana wybuchło na przykład powstanie w Brytanii, które jeden z pisarzy rzymskich wprost porównał do wojny w Judei i które zapewne przyczyniło się do podjęcia przez cesarza decyzji o budowie jego słynnego wału; poza tym jednak niewiele wiadomo o tych wydarzeniachIV. Z drugiej strony, to, co można napisać o buncie Judejczyków przeciwko Hadrianowi, wydaje się relacją szczątkową, tym bardziej że powstanie, które miało miejsce ponad sześćdziesiąt lat wcześniej – zakończone zniszczeniem świątyni jerozolimskiej i oblężeniem Masady – pozostawiło po sobie całkiem sporą ilość materiałów źródłowych jak na standardy historii starożytnej. Dysponujemy przecież biografiami dwóch Flawiuszów, którzy dowodzili legionami uczestniczącymi w tym konflikcie: Wespazjana i jego syna Tytusa. Tacyt, największy ze wszystkich historyków rzymskich, pozostawił nam nieprzychylny opis tego wszystkiego, co sprawiało, że w oczach sąsiednich ludów Judejczycy uchodzili za osobliwych. Mamy monety, inskrypcje i napisy na murach. Przede wszystkim jednak dysponujemy szczegółową relacją na temat przebiegu powstania i jego przyczyn sporządzoną nie przez Rzymianina, ale Judejczyka – i to Judejczyka, który odegrał w tym konflikcie bardzo istotną rolę. Wojna żydowska autorstwa Józefa Flawiusza należy do najwybitniejszych dzieł historycznych starożytności, jakie przetrwały do naszych czasów; a jakby tego było mało, nie jest to wcale jedyny dostępny nam opis tego okresu. Tacyt napisał bowiem własny, chociaż nie skupiał się w nim na powstaniu judejskim, ale na wojnie domowej, która w tym samym czasie targała światem rzymskim i sprawiła, że w 69 roku władzę obejmowało kolejno aż czterech cezarów.
Opowiadając historię tego okresu, należy być zawsze wyczulonym na stan materiałów źródłowych dotyczących historii Rzymu, które czasami są całkiem jasne, a czasami w ogóle nie istnieją. Przedstawiony w tej książce świat w dużej mierze przypomina nocne wybrzeże oświetlone potężną baterią latarni morskich. Snopami światła omiatają one okolicę w różnych kierunkach, obracając się według nieregularnych i niepewnych schematów. Czasami jakiś skalisty obszar może być zalany jasnym światłem, czasami scena może nagle pogrążyć się w całkowitych ciemnościach, a czasami całe połacie linii brzegowej mogą wcale nie być oświetlone. Tak jest na przykład z okresem kilku dekad oddzielających dwa wielkie powstania judejskie, jak również między rokiem czterech cesarzy i objęciem władzy przez Antoninusa Piusa.
Podkreślam ten fakt nie po to, żeby ostrzec czytelnika, ale by raczej wyjaśnić rozłożenie akcentów i rytm tej książki. Zakres mojej narracji, jak również to, na czym się w niej skupiam i do jakiego stopnia przenoszę się z miejsca na miejsce, wynika przede wszystkim z charakteru dostępnego materiału źródłowego i archeologicznego. Z jednej strony zatem może nam brakować jakichkolwiek informacji na temat wielu lat z tego okresu, a z drugiej – jesteśmy w stanie szczegółowo zrekonstruować miesiąc po miesiącu, a często nawet dzień po dniu wydarzenia jednego, brzemiennego w skutki roku 69. Może nam brakować opracowań historycznych, które skupiają się na poczynaniach rad miejskich, kobiet, przedsiębiorców czy niewolników; mamy jednak pozostałości Pompejów i Herkulanum, gdzie duchy wielu takich osób nadal krążą po ulicach. Może nam brakować biografii Trajana, najbardziej podziwianego ze wszystkich cezarów, ale dysponujemy szczegółowymi opisami tego, co się działo pod jego rządami w pewnej bardzo szczególnej prowincji. Ta historia zaczyna się i kończy w Rzymie, ale opowiada o czymś znacznie większym niż Rzym. To historia obejmująca cały rzymski świat, a nawet sięgająca jeszcze dalej.
Chociaż książka Pax stanowi odrębną całość, jest jednocześnie trzecią częścią mojego cyklu o starożytnym Rzymie. Pierwsza z nich, zatytułowana RubiconV, opowiada dzieje Juliusza Cezara i jego epoki. Natomiast druga, Dynasty, przedstawia historię Augusta, pierwszego cesarza Rzymu, oraz linii władców, którzy uznawali się za jego potomków. Pax rozpoczyna się od kluczowego momentu w dziejach, śmierci Nerona, który pod względem prawnym był ostatnim męskim potomkiem Augusta i w 68 roku popełnił samobójstwo. Wraz z jego śmiercią wygasła pierwsza dynastia autokratów rządzących Rzymem. Co miało ją zastąpić? Próba udzielenia odpowiedzi na to pytanie położyła kres pokojowi wewnętrznemu, którym od stu lat cieszyło się imperium rzymskie. W roku 69 aż czterech mężczyzn kolejno sprawowało władzę cesarską. Żołnierze wyrzynali się nawzajem na ulicach Rzymu, a największą świątynię stolicy strawił ogień. Ów „rok czterech cesarzy” stanowił dla Rzymian brutalne przypomnienie, że cała ich wielkość i dobrobyt mogą być zagrożone z powodu tej samej cechy, która pierwotnie pozwoliła im zdobyć imperium oraz zapewnić mu bezpieczeństwo, czyli ich biegłości w zabijaniu. Zdolność legionów rzymskich do stosowania skrajnej przemocy była niezbędnym warunkiem wstępnym ustanowienia pax romana. Dlatego właśnie książka opowiadająca o najdłuższym okresie nieprzerwanego pokoju, jakim kiedykolwiek cieszył się świat śródziemnomorski, musi zacząć się od opisu poprzedzającej go wojny.
Ktoś, kto był dzieckiem, gdy Neron odebrał sobie życie, mógł być świadkiem egzekwii, czyli ceremonii pogrzebowych Hadriana. Dekady oddzielające okres panowania tych dwóch cesarzy były świadkiem wydarzeń tak dramatycznych, że ich sława trwa do dzisiaj: oblężenia i zniszczenia Jerozolimy, erupcji Wezuwiusza, inauguracji Koloseum. Nawet gdy po „roku czterech cesarzy” w większej części świata rzymskiego przywrócono spokój, nadal trwały konflikty w Brytanii, nad Dunajem czy w Judei. Legiony rzymskie zaniosły swoje orły aż do Zatoki Perskiej. Rzymianie pozostali tym, kim byli zawsze ‒ bohaterami wielkiego dramatu naznaczonego niezrównanymi osiągnięciami i cierpieniami. Najbardziej doniosły ze wszystkich był jednak zachodzący w omawianym tutaj okresie proces, który na zawsze odmienił znaczenie słowa „Rzymianin”. Do czasu śmierci Hadriana zaczęło ono oznaczać „nie tylko jeden naród, lecz cały rodzaj ludzki”, jak to ujął pewien ówcześnie żyjący historyk, który znajdował się dostatecznie blisko cesarza, żeby wymieniać z nim poetyckie dowcipy15. Cesarstwo rzymskie było najbogatszym, najpotężniejszym, najbardziej przerażającym państwem, jakie kiedykolwiek istniało; państwem, które w opisywanym tu okresie wielokrotnie udowadniało, że jest niezwyciężone, tak że nawet jego wrogowie nabrali przekonania, iż nigdy nie uda się go pokonać. Starałem się ukazać Rzymian w momencie ich największej potęgi imperialnej nie jako ludzi nam współczesnych, nie jako tych, których można naśladować lub potępiać, ale jako ludzi budzących naszą fascynację przede wszystkim dlatego, że byli inni – denerwująco i urzekająco inni od nas.
Pokój, który świat winien majestatowi niezmiernego państwa rzymskiego, sprawił, iż nie tylko ludzie z odmiennych między sobą ziemi i narodów poznali się nawzajem, ale ukazał także góry, ich grzbiety chmur sięgające, ich płody i rośliny. Oby dar ten bogów, błagam, był wieczny! Tak dalece bogowie dali światu Rzymian, jakoby za drugie światło!
Pliniusz Starszy
Grabić, mordować, porywać nazywają fałszywie mianem panowania, a skoro pustynię uczynią – pokoju.
Tacyt
ZŁOTY WIEK
Sześćdziesiąt pięć lat po narodzeniu Chrystusa najsłynniejsza kobieta w Rzymie została boginią. Wniebowstąpienie miał potwierdzić okazały pogrzeb, wyprawiony jej na ziemskim padole. Zwłoki, nafaszerowane najdroższymi wonnościami, jakie można było kupić, poniesiono w uroczystej procesji w dół Palatynu, największego i najbardziej reprezentacyjnego ze słynnych siedmiu wzgórz miasta. Kondukt poprzedzały chóry śpiewające hymny pogrzebowe oraz urzędnicy w maskach i kostiumach, przebrani za przodków zmarłej kobiety. Była też wojskowa eskorta. Procesja zeszła w dolinkę oddzielającą Palatyn od drugiego, mniejszego wzgórza, czyli Kapitolu. Owa dolinka – zwana Forum – ze względu na swoją lokalizację doskonale nadawała się na tę okazję. Wybrukowana lśniącym marmurem, otoczona luksusowymi placami targowymi oraz ozdobiona nieco chaotycznie ustawionymi pomnikami, świątyniami i portykami, znajdowała się w samym sercu największego miasta na Ziemi.
„Rzym, co z siedmiu wzgórz na świat spogląda: to miejsce władzy i siedziba bogów”1. W ten sposób poeta sławił to miasto mniej więcej pięćdziesiąt lat wcześniej. W ciągu tych kilku minionych dekad Rzym jeszcze bardziej rozszerzył swoją władzę. Nawet Brytania, ta bagnista kraina pijących mleko barbarzyńców zza OceanuVI, musiała uznać jego panowanie. Od Hiszpanii po Syrię, całe Morze Śródziemne należało do Rzymu. Na brzegach tego starożytnego akwenu nie było miasta, które swoim bogactwem, pięknem i sławą mogło równać się z Rzymem. Ta wielkość była widoczna wszędzie wokół, gdy ciało martwej kobiety niesiono w ponurej procesji ku zabudowaniom skupionym u stóp Kapitolu. Po prawej stronie przesuwającego się po forum konduktu żałobnego rozciągał się szczególnie widowiskowy zespół świątyń i placów publicznych. Ów kompleks miał ledwie około stu lat. Stanowił prawdziwy pomnik podbojów Rzymu. Pierwsza jego część, czyli forum wzniesione przez wielkiego męża stanu i wodza, niejakiego Juliusza Cezara – człowieka o tak niezwykłych osiągnięciach, iż po śmierci stał się bogiem – została zbudowana za łupy zdobyte w Galii. Druga część, tworząca kolejne forum, została ufundowana dzięki zwycięstwom odniesionym w całym antycznym świecie. Człowiek, który ją wybudował, bardziej niż jakikolwiek inny Rzymianin przyczynił się do powiększenia potęgi swojego państwa. August był wnukiem wujecznym i adoptowanym synem Cezara, a zyskał sobie tak wielką chwałę, że przyćmił nawet swojego przybranego ojca. „Jego imię oznaczało, że był więcej niż człowiekiem”2. Mianował się władcą Egiptu, kraju niezmiernie bogatego i żyznego; dokończył podbój Hiszpanii; swoim władczym butem podeptał dzikusów czających się za Renem. Dawniejsi zdobywcy osłupieliby na widok jego łupów. Większość z nich przeznaczył na upiększenie Rzymu. „Słusznie mógł się chełpić, iż «zostawia marmurowy, a otrzymał ceglany»”3. Najwspanialszy z wielu ufundowanych przez siebie budynków, wielką świątynię na swoim forum, ozdobioną pomnikami i pozłacanym dachem, słusznie zatem poświęcił bogu wojny Marsowi. Za odległymi granicami strzeżonymi przez największą potęgę militarną, jaką kiedykolwiek znała historia, ludy cywilizowanego świata żyły w pokoju. Sam August, ukończywszy swe dzieło, wstąpił do nieba, aby dołączyć do przybranego ojca.
Miasto stanowiące stolicę świata było czymś więcej niż tylko miastem. Tam, gdzie teraz stały kompleksy wielkich marmurowych budowli, niewiele ponad sto lat wcześniej rozciągał się labirynt wąskich uliczek. Domy mieszkalne, warsztaty, gospody: wszystko to zostało wyburzone. Spokój nastał w miejsce zamętu, a symetria triumfowała nad chaosem. Wymagała tego powaga miejsca. Nie było to tylko serce Rzymu, ale także serce wszystkiego, co znajdowało się poza nim. Złożywszy ciało zmarłej kobiety na wyłożonych marmurem rostrachVII w cieniu Kapitolu, żałobnicy mogli dostrzec stojący nieopodal pomnik, który świadczył o tym szczególnie dobitnie. Stał tam już od osiemdziesięciu pięciu lat ‒ wielki, pozłacany kamień milowy. August kazał go tam postawić, żeby od tego miejsca mierzyć odległość do każdego innego punktu w całym imperium. Od tamtej pory każdy Rzymianin, niezależnie od tego, czy przebywał na skraju Sahary, nad Renem czy nad brzegiem Oceanu, wiedział na pewno, gdzie się znajduje. Swoje położenie określał na podstawie odległości od Forum. Wszystkie drogi prowadziły do Rzymu.
Odległa przeszłość, gdy na Palatynie grasowały wilki, a Forum było bagnem, nie poszła jednak w zapomnienie. Rzymscy poeci w swoich utworach uwielbiali wracać do czasów, gdy w przyszłej stolicy świata pasły się krowy, a łodzie na Tybrze pływały w cieniu lasów porastających brzegi rzeki. Rzymski lud nie musiał jednak sięgać do poezji, żeby napotkać namacalne pamiątki początków swego miasta. Bezpośrednio przed rostrami, na których żałobnicy złożyli swoje brzemię, znajdował się fragment bruku wyraźnie odróżniający się od otoczenia. Były to płyty z czarnego marmuru, otoczone niskim murkiem, które nazywano „czarnym kamieniem” (lapis niger). Rzymscy uczeni nie byli zgodni co do znaczenia tego miejsca, ale nie ulegało wątpliwości, że było ono bardzo stare. Niektórzy twierdzili, że w ten sposób oznaczono miejsce spoczynku Romulusa, syna Marsa, który 817 lat wcześniej założył Rzym i nadał nowo powstałemu miastu swoje imię. Inni z kolei upierali się, że Romulus nie spoczął w grobie, ale został zabrany do nieba przez burzę, a lapis niger upamiętniał właśnie ten moment, gdy pierwszy Rzymianin został bogiem. W każdym razie miejsce to uważano za historyczną pamiątkę z pierwszego okresu istnienia Rzymu, gdy przez ponad dwa i pół wieku rzymski lud nie składał się z wolnych obywateli, ale poddanych króla (rex).
Zgodnie z tradycją na tronie Rzymu miało zasiadać kolejno siedmiu mężczyzn – od Romulusa po tyrana Tarkwiniusza Pysznego. Ci królowie panowali w bajecznej przeszłości, jednak lapis niger wcale nie był jedynym śladem, jaki po nich pozostał w tkance owego megalopolis, którym Rzym stał się od tamtego czasu. Na przykład na Palatynie zwiedzający mogli nadal podziwiać chatę Romulusa, postawioną przez niego w miejscu, w którym zastanawiał się, gdzie założyć przyszłe miasto. Właśnie tam ujrzał dwanaście krążących nad jego głową sępów – nieomylny znak, że znalazł to, czego szuka. Podążywszy drogą, która wiodła z Palatynu na południe, w stronę murów miejskich, można było dotrzeć do następnej pamiątki zamierzchłej przeszłości. Obok bramy zwanej Porta Capena, nieopodal akweduktu, znajdował się zagajnik, w którym biło źródło uświęcone przez pamięć o drugim królu rzymskim. Numa Pompiliusz, władca i światły uczony w jednej osobie, miał się tam spotykać z nimfą Egerią, która radziła mu, jak przebłagać gniew bogów. „Miał żyć w miłości i obcować z Egerią, z boskiego więc źródła czerpał swą mądrość i szczęście”4.
Nie wszystkie pamiątki po rzymskich królach były jednak wystawione na widok publiczny. Niektóre zostały bowiem głęboko pogrzebane, i to dosłownie. Pod lapis niger znajdował się niewielki ołtarzyk, a wewnątrz niego kamienny blok z zagadkową inskrypcją starołacińską. Prawie niemożliwa do odczytania, napisana niezgrabnymi literami, które wyglądały niemal jak alfabet grecki, stanowiła świadectwo czasów, gdy królowie stali na straży świętych gajów i składali w ofierze woły. Ktoś, kto obawiał się owych przedmiotów jako symboli starożytnej przeszłości, wiedział, że lepiej ich nie niszczyć, i złożył je pod płytami z czarnego marmuru. Słowo pisane, które pamiętało początki Rzymu, mogło przecież mieć nadprzyrodzoną moc. Dobitny dowód na to można było znaleźć w świątyni wznoszącej się na szczycie Palatynu, gdzie przechowywano trzy zwoje proroctw, zapisanych dawną greką. Tarkwiniusz Pyszny zakupił je od Sybilli, wiekowej kapłanki strzegącej wejścia do świata zmarłych, które znajdowało się w pobliżu Neapolu. Owe przepowiednie oferowały remedium na każde nieszczęście, każdą przerażającą przestrogę niebios, które w ciągu stuleci miały spadać na rzymski lud. Dostęp do tych poufnych materiałów był jednak ściśle ograniczony. Każdy, kto zostałby przyłapany na ich kopiowaniu, miał być ukarany śmiercią. W czasach Nerona nadal stanowiły największą tajemnicę państwową.
W odróżnieniu od Ksiąg sybillińskich epoka królów rzymskich dawno już jednak trafiła na śmietnik historii. W roku 244 od założenia Rzymu, czyli w 509 roku przed naszą erą, Tarkwiniusz Pyszny został wygnany z miasta. Monarchię zniesiono, a dotychczasowy zakres władzy królewskiej – określany przez Rzymian mianem imperium – już nigdy więcej nie mógł być powierzany jednej tylko osobie. Podzielono ją bowiem między kilku wybieralnych urzędników. Najważniejsi z nich byli dwaj konsulowie – wybierani parami, żeby jeden mógł pilnować drugiego. Ich wyboru dokonywano każdego roku, co miało zagwarantować, iż nikt nie będzie sprawować tego urzędu dłużej niż jeden rok z rzędu. Za takim rozwiązaniem stał bardzo przemyślany zamysł, aby poskromić ambicje każdego, kto poczułby pokusę, żeby aspirować do przywrócenia monarchii. Nie będąc już poddanymi jednego tylko człowieka, Rzymianie stali się obywatelami (cives). W ich języku słowo „król” (rex) stało się ciężką obelgą.
Nie oznacza to jednak, iż Rzymianie potępiali jakiegoś współobywatela, który pragnął chwały dla samego siebie. Wręcz przeciwnie. Honory i zaszczyty uważali bowiem za ostateczną i jedyną miarę wartości człowieka. Prawne ograniczenia nałożone na kadencję konsula, nawet jeśli miały zapobiegać wykorzystaniu tego urzędu do ustanowienia monarchii, sprawiały jednocześnie, że na uzyskanie konsulatu mógł liczyć każdy mierzący wysoko obywatel. To marzenie nigdy nie straciło swego blasku. Dlatego prawie sześć wieków po wygnaniu Tarkwiniusza Pysznego konsulowie nadal urzędowali w Rzymie. Czekając na żałobną procesję, siedzieli pod gołym niebem przy rostrach, na oczach zgromadzonych tłumów. Zjawili się tam również, ubrani w poważne żałobne szaty, inni przedstawiciele rzymskiej elity: ludzie z najznakomitszych rodów, którzy mogli pochwalić się bogactwem lub zasługami w czasie sprawowania kolejnych urzędów i stanowisk dowódczych w armii. To byli optymaci, czyli „najlepsi”. Korzenie ich władzy sięgały początków Rzymu. Podobno już sam Romulus zwołał zgromadzenie stu najprzedniejszych mężów nowo powstałego miasta, aby służyli mu jako rada starszych – „senat” – i formalnie uznał ich za ojców państwa, czyli patrycjuszy. Upadek monarchii jeszcze bardziej umocnił ich władzę. Po wygnaniu Tarkwiniusza Pysznego to właśnie senat przewodził rzymskiemu ludowi w jego walce o niepodległość, a w następnych stuleciach kierował podbojem świata. Wprawdzie sprawy publiczne – res publica – były sprawą ludu i senatu Rzymu, ale nikt nigdy nie wątpił, kto tu jest ciałem, a kto głową. Senatus Populusque Romanus (SPQR), czyli „senat i lud rzymski”. Oto rzymska republika.
A wszystko to również zaczęło się od spektaklu, w czasie którego na rzymskim Forum wystawiono zwłoki pewnej kobiety. Żaden senator, który patrzył na rostra tamtego letniego dnia po upływie 573 lat od upadku rzymskiej monarchii, nie mógł nie znać tej historii. Lukrecja, niewiasta nieposzlakowanej cnoty, córka i żona patrycjusza, została zgwałcona przez syna Tarkwiniusza Pysznego. Kobieta wyznała tę ponurą prawdę swemu ojcu i mężowi, a następnie przebiła się mieczem. Jej krewni, których „przyczyna śmierci córki bolała i obrażała więcej niż sama śmierć”5, wzięli na ręce jej zwłoki i zanieśli je na Forum. Zaczął się tam zbierać tłum, przyciągnięty wstrząsającym widokiem. Miasto zawrzało z wściekłości, że wolno urodzona kobieta została potraktowana jak niewolnica. Znieważony i wściekły lud rzymski powstał w obronie swej wolności. W ten sposób ustanowiono surowy precedens. W obliczu obaw popadnięcia w niewolę Rzymianin miał do wyboru tylko dwie realne możliwości: odebrać sobie życie lub zabić tego, kto go zniewolił.
A teraz w tym samym miejscu, gdzie prawie sześćset lat wcześniej wystawiono na widok publiczny ciało martwej Lukrecji, zgromadzony lud przyglądał się zwłokom innej kobiety. Jaka nauka płynęła z tego pogrzebu, poza przypomnieniem starożytnej cnoty niewieściej? Imię zmarłej – Poppea Sabina – niewątpliwie budziło pewne skojarzenia. Sabinowie, chłopski lud zamieszkujący pola i pagórki rozciągające się na północny wschód od Rzymu, byli niemal od początku partnerami ludu rzymskiego na jego drodze do wielkości. Sabinem był na przykład wspomniany Numa Pompiliusz. Marzeniem każdego znudzonego mieszczucha była możliwość schronienia się w willi na sabińskiej wsi. Słowo Sabinus nadal stanowiło w Rzymie synonim poczciwych, chłopskich wartości. Przodkowie Poppei dawno już jednak zapomnieli o chłopskim obejściu. Jej dziad sprawował konsulat razem ze swoim rodzonym bratem. Konsulami byli także jej ojczym i brat przyrodni. Sama Poppea – która jako kobieta oczywiście nie mogła być wybrana na żaden urząd – zyskała sobie jednak znacznie większą sławę niż którykolwiek z członków jej rodziny. Podobnie jak jej mąż uwielbiała, kiedy o niej mówiono.
Niewątpliwie była bardzo wszechstronną osobą. „Wszak po matce, która górowała pięknością nad niewiastami swej epoki, odziedziczyła zarówno sławę, jak i urodę”6. Była niezwykle inteligentna. Bogata i dobrze wychowana Poppea publicznie zachowywała się z godnością rzymskiej matrony. Nie przeszkodziło jej to jednak zostać obiektem rozgorączkowanych fantazji. Jej zwyczaj częściowego zakrywania twarzy w miejscach publicznych interpretowano raczej jako przejaw kokieterii niż skromności. Rzymianie byli uzależnieni od plotek, a w tej dziedzinie Poppea dawała im szerokie pole do popisu. Kazała podkuć swoje muły złotymi podkowami. Kąpała się w oślim mleku. Była rozwiązła i wręcz się tym szczyciła. Prawdziwe czy nie, takie pogłoski nigdy by się nie pojawiły, gdyby nie jej charyzma i seksapil. Kobiety pragnęły być nią, a mężczyźni pragnęli znaleźć się w jej łożu. A teraz ona była martwa. Chociaż jej martwe ciało złożono na Forum, nie była nową Lukrecją.
Co zatem robiła w tym miejscu owa kobieta, którą ogłoszono boginią, wiecznie piękną, Wenus Sabiną? Tamtego letniego dnia senatorowie zgromadzili się na Forum w żałobnych togach nie z własnej woli, ale dlatego, że musieli podporządkować się woli jej męża. Od prawie jedenastu lat Imperator Neron Klaudiusz Cezar August Germanik był uznawany przez lud rzymski za pierwszego obywatela – princepsa. Ten tytuł miał starożytne korzenie. Od dawna bowiem uważano, że obywatel o szczególnie wybitnych osiągnięciach, którym w żaden sposób nie można było zaprzeczyć, mógł zostać uznany za princepsa, chociaż wielcy mężowie republiki zawsze wobec takich wyróżnień byli podejrzliwi. Ta ranga nigdy nie miała charakteru oficjalnego i budziła głęboką niechęć. Aby otrzymać taki tytuł, obywatel musiał ocalić lud rzymski przed straszliwym wrogiem zewnętrznym, dokonać spektakularnych podbojów lub służyć za szczególny wzór prawości. Neron jednak nie dokonał żadnej z tych rzeczy. Został obwołany princepsem już w wieku siedemnastu lat, chociaż wśród rzymskich elit panowało głęboko zakorzenione poczucie, że zakres obowiązków powinien być związany ze stosownym wiekiem, a młodości nie należy ufać. Senatorowie jednak nie kręcili nosem na tak ekstrawaganckie wyróżnienie owego młodzieńca, a nawet zaczęli na wyścigi przegłosowywać przyznanie mu licznych pełnomocnictw. Zaszczyty, prerogatywy, kapłaństwa ‒ Neron otrzymał to wszystko. W ten sposób przekazano mu rządy nad światem rzymskim. „Cezar to republika”7. Tak powiadano. Kiedy Neron postanowił wyprawić publiczny pogrzeb na Forum, znalazł się jednak śmiałek, który odrzucił zaproszenie na tę ceremonię.
Wszystko to bardzo przypominało monarchię, która faktycznie już wtedy nastała. Wiele zmieniło się w Rzymie w ciągu minionego stulecia. Aby uświadomić sobie ten fakt, zgromadzeni na Forum senatorowie musieli jedynie unieść wzrok i spojrzeć na wznoszące się nad nimi wzgórze. Palatyn, który kiedyś mieścił rezydencje czołowych osobistości republiki, stanowił obecnie własność jednego człowieka: samego Nerona. Arystokratyczne rody Rzymu miały coraz mniej możliwości odciśnięcia własnego piętna w tej najświetniejszej części miasta i w końcu całkiem je utraciły. Nawet siedziba senatu, kompleks pomieszczeń znajdujący się bezpośrednio za lapis niger, nosił teraz imię Juliusza Cezara, podobnie jak rozciągające się za nim wspaniałe forum. Dzięki galijskim łupom, które pozwalały Cezarowi realizować jego wielkie projekty budowlane, cała republika znalazła się w jego cieniu. Poparty przez legiony zahartowane na polach bitewnych Galii doprowadził do zawalenia się tradycyjnych rzymskich struktur władzy. Wyszedłszy zwycięsko z krwawej wojny domowej, Cezar został panem Rzymu.
Jego wywyższenie było jednak nie do przyjęcia dla wielu z tych, którzy jeszcze niedawno byli mu równi. Uważając się za spadkobierców starożytnych bohaterów, którzy przepędzili niegdyś Tarkwiniusza Pysznego oraz jego syna-gwałciciela, powalili Cezara na ziemię i zasztyletowali go. Ten rozpaczliwy akt nie przyczynił się jednak do wskrzeszenia republiki. Zamiast tego świat rzymski po raz kolejny pogrążył się w wojnie domowej, która szalała przez ponad dziesięć lat. Wodzowie armii walczyli między sobą, a na końcu tego morderczego cyklu przemocy zostało ich już tylko dwóch. Jednym był najpotężniejszy z adiutantów Cezara, zaprawiony w bojach weteran o wielkiej charyzmie i jeszcze większych apetytach, Marek Antoniusz; drugim zaś adoptowany syn i spadkobierca Cezara, młody człowiek, który miał przejść do historii jako Oktawian August. W 31 roku przed naszą erą ci dwaj starli się w wielkiej bitwie morskiej pod Akcjum, w zatoce u zachodnich wybrzeży Grecji. Antoniusz poniósł w niej klęskę, a rok później popełnił samobójstwo. W ten sposób to adoptowany syn Cezara, a nie jego dawny zastępca wyszedł zwycięsko z wielkiej batalii o panowanie nad światem. Lud rzymski, zamiast pałać niechęcią do jego rządów, przyjął je z zadowoleniem, gdyż był już zmęczony chaosem i rozlewem krwi i gorąco pragnął pokoju. Lepsza była monarchia niż anarchia. Praktycznie rzecz biorąc, republika umarła.
August jednak wiedział, że w ówczesnych realiach lepiej było nie drażnić współobywateli. Równie subtelny co zdyscyplinowany, nie zamierzał skończyć jak przybrany ojciec ‒ zamordowany przez senatorów i zaliczony w poczet bogów. Dlatego robił co mógł, żeby jakoś zamaskować swoją dominację. Uparcie twierdził, że przywrócił republikę. „Tytułu «pan» zawsze ze wstrętem unikał, uważając go za złorzeczenie i obelgę”8. Chociaż August przez chwilę rozważał przyjęcie imienia Romulus, to z pewnością nie zamierzał panować jako król. Nie było to warte ryzyka, jakie wiązałoby się z takim posunięciem. Jego interesowało sprawowanie władzy rzeczywistej, nie na pokaz. Za fasadą republikańskich instytucji – debat w senacie, kolejnych konsulów uroczyście obejmujących swój urząd, upartego powoływania się na suwerenność ludu rzymskiego – metodycznie zbierał w swoich rękach cugle władzy państwowej. Imperium, które wcześniej było podzielone między całą masę urzędników, zostało praktycznie zmonopolizowane przez jednego człowieka. To był właśnie ten królewski zakres władzy, który odziedziczył Neron, gdy został princepsem. Jego woli podlegał nie tylko Rzym, ale także cały podporządkowany Rzymowi świat. W ciągu tych kilkudziesięciu lat, jakie upłynęły od śmierci Augusta, słowo imperium nabrało stopniowo innego znaczenia. Nie były to już tylko prerogatywy princepsa, ale także ogromne terytorium, które tym prerogatywom podlegało. Neron panował nad imperium Romanum: „rzymskim imperium”. Był imperatorem, czyli cesarzem.
„Będziesz żyć jak w teatrze, którego widownią jest cały świat” – tak pewien doradca miał ponoć przestrzegać Augusta9. Cesarz nie mógł jednak ograniczać się wyłącznie do bycia aktorem. W odróżnieniu od króla czy konsula nie miał scenariusza, według którego mógłby odgrywać swoją rolę. Żeby zapewnić sobie sukces, musiał sam napisać dla siebie scenariusz. Oczywiście nikt nie rozumiał tego lepiej niż August i żaden z jego następców nie osiągnął bardziej oszałamiającego sukcesu na tym polu. Cesarze, którzy panowali po nim, popadali bowiem z jednej skrajności w drugą. Bezpośredni następca Augusta, bohater wojenny i człowiek o wybitnych dokonaniach, który przeszedł do historii jako Tyberiusz, gdyby żył w czasach republiki, mógłby równie dobrze zostać okrzyknięty princepsem dzięki swoim faktycznym osiągnięciom; ale tamte czasy już na zawsze minęły. Jako dziedzic autokracji, którą skrycie pogardzał, Tyberiusz okazał się okropnym aktorem, tak bardzo pogardzającym swoją własną rolą oraz otaczającymi go pochlebcami, że na dobre zaszył się na wyspie Capri. W odróżnieniu od niego Neron uwielbiał aktorstwo. Kochał występy na wielkiej scenie. Ten pierwszy princeps od czasów Augusta, który tytuł imperatora uczynił jednym ze swoich urzędowych imion, rozkoszował się myślą, że jako cesarz mógłby również zawładnąć widownią całego świata. Już wcześniej odgrywał wiele ról. Pozował na Apolla, promiennego boga muzyki. Wcielał się w Sola, woźnicę niebiańskiego rydwanu słonecznego. Nie tylko grywał na lirze i powoził rydwanem, ale czynił to na oczach gawiedzi. To zaś, według standardów konserwatywnej opinii publicznej Rzymu, stanowiło szokujące pogwałcenie godności każdego szanującego się obywatela, nie wspominając o princepsie. Znaczna część rzymskiego ludu, w tym wielu przedstawicieli elity, dała się jednak porwać owym widowiskom. A teraz, zebrawszy całe swoje zamiłowanie do przesady, upodobanie do ostentacji i wrodzony talent do organizowania widowiskowych spektakli, Neron szykował się do odegrania kolejnej roli ‒ pogrążonego w żałobie męża.
Nafaszerowane wonnościami ciało Poppei zostało zmumifikowane. Obok niego piętrzyły się niesłychane ilości kadzideł z całego Wschodu:
Wonności zebrane z wiosny Arabii i Cylicji, kwiatów
sabejskich,
I zbiorów Indii, na spalenie; i kadzidła podebrane
świątyniom10.
Z Arabii sprowadzono tak wiele pachnideł, że podobno wyczerpano tamtejsze roczne zapasy. Poppea mocno zasłużyła sobie na taki hołd. Nie tylko bowiem została zaliczona w poczet bogów, ale także nosiła dziecko Nerona. Utrata tego chłopca – jeśli faktycznie był to chłopiec – była tragedią zarówno dla princepsa, jak i dla całego ludu rzymskiego. Rodzina Augusta stanowiła świętość dzięki dotykowi nadprzyrodzonej mocy i potęgi człowieka, który ocaliwszy Rzym od upadku, sam okazał się godny panowania równie wiecznego jak bóg. Spadkobiercy Augusta, którzy władali światem, nie będąc ani królami, ani wybieralnymi urzędnikami, czerpali swoją władzę z faktu przynależności do jego rodu: jako Cezarowie. Dotyczyło to nawet tych jego następców, którzy w rzeczywistości nie mieli w swoich żyłach ani kropli krwi Augusta. Na przykład Tyberiusz był tylko jego adoptowanym synem. Neron jednak był rzeczywiście spokrewniony z Augustem. Sławiąc swoją zmarłą żonę przed senatem i ludem Rzymu, czynił to jako wujeczny praprawnuk pierwszego princepsa. Obchodząc żałobę po Poppei, Rzymianie opłakiwali jednak jeszcze kogoś: nienarodzonego Cezara.
Wszyscy rozumieli, że ta strata była szczególnie bolesna. W szybkim tempie ubywało bowiem tych, którzy mogli poszczycić się faktem, że w ich żyłach płynie święta krew Augusta. W ciągu półwiecza, które upłynęło od jego śmierci, różne gałęzie rodu pierwszego princepsa były bezlitośnie przycinane. Szczególnie mordercze okazały się rządy Tyberiusza, który żywił podejrzenia i urazy wobec każdego, kto mógłby sobie rościć prawo do sprawowania rządów nad imperium. Jego panowanie przeżyło niewielu potomków Augusta. Z tej garstki tylko jeden – młodzieniec o imieniu Gajusz, który jednak od dzieciństwa nosił przydomek Kaligula, czyli „Sandałek” – mógł aspirować do władzy nad światem. Jego rządy nie były jednak zbyt miłym doświadczeniem dla rzymskich senatorów. W rzeczy samej zapisały się one w ich pamięci jako przerażający pokaz tego, „czego w największym szczęściu największe występki potrafią dokonać”11. Kiedy po czterech latach terroru i skandali obyczajowych Kaligula popełnił błąd, obrażając jednego ze swych własnych gwardzistów, a następnie został zasieczony przez spiskowców na Palatynie, wielu senatorów otwarcie mówiło o przywróceniu republiki. Nie był to wyłącznie skutek traumy, jaką każdy z nich przeżył w czasie panowania Kaliguli. Po zabiciu tyrana nie pozostał bowiem przy życiu żaden męski potomek rodu Augustowego, który mógłby stać się następnym princepsem. Jak ktoś, kto nie był urodzonym Cezarem, mógłby rządzić jako imperator? Problem wydawał się nie do rozwiązania.
Ostatecznie jednak rozwiązanie się znalazło. Zbyt wielu potężnych ludzi miało bowiem zbyt wiele do stracenia, gdyby stworzony przez Augusta system monarchiczny został obalony. Klaudiusz, bratanek Tyberiusza, miał tik nerwowy i niezasłużoną reputację idioty, ale przynajmniej wychował się w domu rodzinnym Augusta. Pretorianie, żołnierze stacjonującego w Rzymie garnizonu wojskowego, obwołali go imperatorem, a bezsilni senatorowie pogodzili się z nieuniknionym, głosując za przyznaniem Klaudiuszowi imienia Cezar. Tymczasem nowy cesarz, ku wielkiemu zaskoczeniu wszystkich, okazał się znakomitym władcą. Budował akwedukty, sfinansował budowę nowego portu u ujścia Tybru i rozpoczął podbój Brytanii. Mimo tego Klaudiusz nigdy nie zdołał do końca pozbyć się poczucia, że jest uzurpatorem. Gdy poszukiwał jakiegoś sposobu na umocnienie swojego reżimu, zwrócono mu uwagę na pewną kobietę spokrewnioną z Augustem: groźną i władczą siostrę Kaliguli, która przeszła do historii jako Agrypina. Fakt, że była ona rodzoną siostrzenicą Klaudiusza, nie stanowił dla niego zbytniej przeszkody. Rzymianie uważali kazirodztwo za odrażający, budzący niesmak zwyczaj, godny może cudzoziemskich despotów, ale z pewnością nie rzymskiego obywatela, ale to nie powstrzymało Klaudiusza przed poślubieniem Agrypiny. Po tym kroku spodziewał się wielkich korzyści. Dzięki temu wzmocnił nie tylko własną legitymację do władzy, ale także swoich dzieci z poprzedniego małżeństwa: córki Oktawii i syna Brytanika. Ale to nie wszystko. Agrypina mogła także wnieść swój własny wkład w przedłużenie panującej dynastii. Z poprzedniego małżeństwa miała bowiem syna, który był starszy od Brytanika i osiągnął już wiek umożliwiający mu dziedziczenie rządów w imperium, a na dodatek w jego żyłach płynęła krew Augusta. Tym synem był Neron.
Mogłoby się zatem wydawać, że Klaudiusz wykonał mistrzowskie posunięcie. W 53 roku, gdy ożenił swojego nowego pasierba z Oktawią, zdawało się, że całkowicie zabezpieczył ród Augusta przed wygaśnięciem. Skoro jego własny syn Brytanik już wkrótce miał osiągnąć pełnoletniość, a wszystko wskazywało na to, że Oktawia niedługo powije wnuki, Klaudiusz mógł ze spokojem spoglądać w przyszłość. Jego nadzieje miały jednak w krótkim czasie zostać zniweczone. Ledwie bowiem Neron poślubił swoją przybraną siostrę, a śmierć ponownie zaczęła prześladować ród Augustowy. W 54 roku Klaudiusz zmarł w czasie wieczerzy. W następnym roku ducha wyzionął Brytanik. Winę za oba te zgony plotka przypisywała Neronowi. Cztery lata później, gdy Agrypina została zabita przez pretorianów – powiadano, że sztylety przeszyły jej łono – odpowiedzialność młodego cesarza za ten mord nie ulegała już żadnej wątpliwości, sam otwarcie się do tego przyznał. Lud był jednak przekonany, że to Poppea popchnęła Nerona do matkobójstwa; i z pewnością nie mogło być wątpliwości co do jej roli w następnej zbrodni cesarza. Nie mogąc doczekać się poślubienia kobiety, którą był zauroczony i która była już z nim w ciąży, Neron w 62 roku rozwiódł się z Oktawią. Następnie kazał ją zesłać na maleńką wysepkę u wybrzeży Italii, a niedługo potem stracić pod zarzutem cudzołóstwa. Obciętą głowę Oktawii przyniesiono Pop-pei. Nad rodem Augusta znowu ciążyła groźba wyginięcia. Po raz kolejny jego przyszłość zawisła na włosku.
Być może to właśnie fakt, że sam Neron ponosił główną odpowiedzialność za tę groźną sytuację, pomaga wyjaśnić, dlaczego jego żal po śmierci Poppei i jej nienarodzonego dziecka przybrał tak ogromne rozmiary. Któż jednak mógł stwierdzić, jak wielka była jego wina? Jak głosiła plotka, gdy żona poskarżyła się, że zbyt późno wraca z wyścigów, on stracił panowanie nad sobą i kopnął ją w brzuch, w konsekwencji czego Poppea poroniła i zmarła. Czy ta opowieść była prawdziwa? Z pewnością nie było zbrodni tak mrocznej czy okropnej, której wrogowie Nerona nie byliby w stanie mu przypisać. Równie dobrze jednak można było ukazać jego żałobę w całkiem innym świetle. Wielu uważało to za temat, który mógł się równać z opowieściami o bogach i herosach. Jeden z poetów pisał, że to sama Wenus przybyła na Palatyn, żeby zabrać Poppeę; bogini miała powieźć ją rydwanem do niebios, obok spadających gwiazd i planet, do przeznaczonego dla niej zaszczytnego miejsca nad biegunem północnym. „Przybita była i żadnej radości z okazanych jej względów nie czuła. Bo zostawiła po sobie męża, człowieka bogom równego. Głośno zatem z tęsknoty za nim zawodziła”12.
Tak jak i on zawodził za nią. Nad szeregami żałobników zawisła ciężka i szokująco kosztowna chmura kadzidła. Gdy Neron wygłaszał jeszcze swoją mowę pogrzebową, ów obłok zaczął szybować ponad forum Juliusza Cezara, ponad murami miejskimi, ponad pomnikami i parkami rozciągającymi się za Kapitolem. Było to Campus Martius – Pole Marsowe. W czasach najdawniejszych to właśnie w tym miejscu obywatele Rzymu zbierali się na wojnę i składali przysięgę, która z cywilów zmieniała ich w żołnierzy. Teraz jednak Pole Marsowe służyło głównie pokojowym rozrywkom. To tam ludzie przychodzili uprawiać ćwiczenia fizyczne, urządzić sobie piknik nad sztucznym jeziorem lub zrobić luksusowe zakupy. Były tam łaźnie, teatry i świątynie. Charakterystyczne, że najwspanialsza z budowli na Polu Marsowym, czyli Panteon, wzniesiony jeszcze w początkach panowania Augusta, był poświęcony nie tylko jednemu bogu, czy nawet kilku, ale wszystkim bogom.
Nikt, kto bywał na Campus Martius, nie mógłby zapomnieć, że w poczet bogów zaliczony został również sam August. Wszędzie bowiem stały pomniki jego chwały. Najbardziej ponure z nich było wielkie okrągłe mauzoleum, obsadzone cyprysami i zwieńczone na szczycie świątynią pogrzebową, znajdujące się na drugim końcu Pola Marsowego. W tym grobowcu, który August wybudował dla samego siebie, złożono także prochy przodków Nerona: Tyberiusza, Kaliguli i Klaudiusza. Spoczywały tam również prochy wielkich kobiet z rodu Augusta: od matron po młode kobiety. August nie był jedynym bogiem, którego ziemskie szczątki złożone zostały w owym mauzoleum. W poczet bogów senat zaliczył również jego żonę Liwię oraz cesarza Klaudiusza. Gdy mowa Nerona dobiegła końca, mary ze zwłokami Poppei ponownie uniesiono w górę – ziemskie szczątki kolejnej bogini miały już wkrótce spocząć obok innych bogów. Opuściwszy Forum i minąwszy bramę w murach miejskich, kondukt pogrzebowy wkroczył na Pole Marsowe, zmierzając w stronę mauzoleum. Głęboko w trzewiach kompleksu na zmarłą oczekiwała już komora specjalnie dopasowana do rozmiarów mumii cesarzowej.
Niektórzy byli rozczarowani takim pochówkiem. „Zwłok nie spalono, jak każe zwyczaj rzymski”13. Od czasu kremacji Augusta, gdy widowiskowe uroczystości na tle płomieni godzinami zapewniały rozrywkę zebranym tłumom, pogrzeb członka rodu Augustowego stanowił dla plebsu gwarancję spektaklu. Chociaż jednak Neron lubował się w widowiskach, wiedział, że entuzjazm, jaki wzbudzały u wielu mieszkańców miasta ogniste pokazy, ostatnio mocno przygasł. Ledwie rok wcześniej Rzym ogarnęła bowiem niszcząca pożoga. Nie widziano wcześniej tak ogromnego pożaru. Burza ogniowa szalała przez wiele dni. Od jednej czwartej do jednej trzeciej zabudowy stolicy świata zamieniło się w poczerniałe zgliszcza. Rok później miasto nadal szpeciły okropne blizny. Spaliły się budynki stojące wzdłuż wschodniego zbocza Palatynu, podobnie jak bardzo stare i wielbione drzewa. Zniszczeniu uległa także część Forum. W innych dzielnicach, gdzie ulice były ciasno zabudowane drewnianymi domami, nie zostało zupełnie nic. Pożoga pozbawiła dachu nad głową ogromną liczbę ludzi, którzy od tamtej pory koczowali na Polu Marsowym. Powstało tam obozowisko, które ciągnęło się kilometrami. Minąwszy mury miejskie, procesja pogrzebowa nie miała innego wyjścia, jak tylko przejść obok tej pogrążonej w nędzy masy nieszczęśników gnieżdżących się w swoich namiotach. Kondukt dotarł wreszcie do wybrukowanej przestrzeni przed mauzoleum, gdzie dokonywano kremacji zwłok. W zwykłych okolicznościach w dniu pogrzebu członka rodu Augustowego wzniesiono by tam stos całopalny. Na zwłoki Poppei nie oczekiwał jednak żaden stos. Niosący mary weszli do chłodnego grobowca. Mumia zniknęła z oczu zebranych tłumów. Nie było czasu ani miejsca na popisy pirotechniczne.
Bycie cezarem faktycznie przypominało powożenie rydwanem Słońca. Konie trzeba było prowadzić z największą ostrożnością. Wystarczyło bowiem za bardzo zboczyć w jedną stronę i ludzkość stawała w ogniu, a jeśli zbyt mocno odbiło się w przeciwnym kierunku, wszystko mogło zamarznąć. Pax romana – pokój rzymski – nie utrzymywał się sam. Tylko przywódca o boskich przymiotach mógł liczyć na to, że go utrzyma. Gdy Neron porównywał się do Sola, nie były to wyłącznie czcze przechwałki. W ten sposób bowiem przypominał ludowi rzymskiemu, co było niezbędne do rządzenia światem. Tu powściągnięcie cugli, tam trzask bata – i wszystko pozostawało pod kontrolą. Wśród tych niekończących się nieszczęść, jakie nieustannie spadały na śmiertelników – czy to żałoba, czy pożar miasta – można było zaufać Neronowi, że utrzyma lud rzymski na stałym kursie. Podniesie go ze zgliszczy i niczym feniksa powstającego z popiołów poprowadzi do złotego wieku.
GWAŁT NA PROZERPINIE
Były pewne momenty i pewne miejsca, w których to, co ludzkie, i to, co boskie – doczesne i nadprzyrodzone – miało spotykać się ze sobą i przenikać nawzajem. Neron stanowił dla ludu rzymskiego gwarancję, że tak właśnie będzie się działo. Wszak już od pierwszych chwil swojego życia był skąpany w złocie. Urodzony w grudniu, w samym środku zimy, został przy narodzinach powitany przez pierwsze promienie wschodzącego słońca. Bijące z jakiegoś niewidzialnego źródła światło utworzyło wokół niego aureolę. Gdy został cesarzem, miał ambicję, aby podobny blask zanieść do samego serca miasta. Wielki pożar z 64 roku zapewnił mu po temu doskonałą okazję. Cztery lata po pożodze, która przyniosła Rzymowi ogromne spustoszenia, uprzątnięto już wszystkie zwłoki i poczerniałe zgliszcza. Cesarz zagarnął dla siebie całe połacie najdroższej w ówczesnym świecie parceli budowlanej, obszar, który wcześniej był gęsto zabudowany rezydencjami i kamienicami czynszowymi. Za Forum, w dolince rozciągającej się między wzgórzami Celiusz i Oppius, Neron polecił wybudować niewiarygodnie wielką posiadłość. Dużą część jej powierzchni pokrywały tereny parkowe. Było tam również jezioro, winnice, lasy, dzikie zwierzęta, a nawet makiety sławnych miast. Najbardziej widowiskowa ze wszystkich była rozległa willa, z około czterdziestoma toaletami, wybudowana na zboczu Wzgórza Oppijskiego, cała pokryta złotem, ozdobiona klejnotami, perłami oraz wspaniałymi dziełami sztuki. Wystarczyło, że słońce wzeszło na niebie, a blask tego kompleksu – „Złotego Domu” (Domus Aurea), jak nazwał go Neron – olśniewał Rzymian, którzy podziwiali jego piękno. Cesarz, obejmując ten pałac w posiadanie, zażartował, że „nareszcie zaczyna mieszkać jak człowiek”14. Rzeczywiście, przypominał on świat widziany przez boga, czy też, mówiąc precyzyjniej, widok świata, jakim mógłby cieszyć się Sol, spoglądając w dół ze swojego rydwanu; widziane z takiej perspektywy Morze Śródziemne faktycznie mogło wyglądać jak jezioro, a otaczające je ziemie – jak połacie parku. Aby jeszcze mocniej uwypuklić swoją wizję, Neron polecił wykonać gigantyczny, wysoki prawie na 40 metrów, brązowy posąg, który przedstawiał jego samego w koronie z promieni słonecznych. Po ukończeniu miał on strzec wejścia do Złotego Domu. Ci, którzy go widzieli, byli oszołomieni jego ogromem. Nazywali ów posąg Kolosem.
Nie wszyscy jednak byli pod wrażeniem. Mierniczy kreślili plany pod budowę nowej posiadłości Nerona w miejscu, w którym jeszcze niedawno stały czyjeś domy. „Gdzie podziw budzą termy podarowane bez zwłoki, pyszniła się posiadłość, co wzięła ubogim dom”15. Nic zatem dziwnego, że pojawiły się pretensje. Narzekania dało się słyszeć we wszystkich warstwach społecznych. Senatorzy także stracili domy, żeby mógł powstać Domus Aurea
