Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 272 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Patrz na mnie, Klaro! - Kaja Malanowska

 

Agata Jaroszuk przyciągała jak magnes. Kiedy Klara miała siedem lat, nie mogła przestać wlec się za nią po korytarzu, obserwować na lekcji, żebrać o towarzystwo…

Wiele lat później Klara spotyka „tego jedynego”, a on - inną kobietę. Klara odnajduje jej bloga. Uczucia lepkiej małżeńskiej zazdrości przeradzają się w rosnącą fascynację. Co z tego wyniknie? Czy jedno spotkanie może na zawsze odmienić życie trójki ludzi? Gdzie jest granica między prześladowaniem a uwielbieniem? Czy brak miłości może być lepszy niż jej nadmiar?

Trzecia książka autorki szeroko dyskutowanych Drobnych szaleństw dnia codziennego udatnie łączy prozę psychologiczną i misternie skomponowaną narrację z lapidarno-rezolutnym stylem współczesnych blogów.

Nikt nie przeprowadza operacji na otwartych emocjach tak umiejętnie jak Kaja Malanowska.

Ignacy Karpowicz

Opinie o ebooku Patrz na mnie, Klaro! - Kaja Malanowska

Fragment ebooka Patrz na mnie, Klaro! - Kaja Malanowska

KAJAMALANOWSKA

PATRZ NA MNIE, KLARO!

WYDAWNICTWO KRYTYKI POLITYCZNEJ

Dziękuję Kindze i Maćkowi

za nieustające wsparcie i pomoc

w pracy nad tą książką

Wszystkie osoby i wydarzenia opisane w tej książce są fikcyjne, a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistością – całkowicie przypadkowa.

20.08.2009 CZAS Czas przepływa za oknem. Jest powolny i tłusty. Gęsty, mulisty potok. Nic się nie zmieni, myślę. Nic się nigdy nie zdarzy. Nie ma mnie dla nikogo. I nikogo dla mnie nie ma. Jestem sama. JA. I tylko JA. Wyglądam na dwór. Kontempluję słońce. I deszcz. Narodziny kałuż. I ich wysychanie. Smaruję chleb masłem. Parzę herbatę. Schodzę i wchodzę po schodach. Kupuję gazety. Słucham audycji muzycznych. Oglądam serial na Canal+. Dni układają się w przewidywalny ciąg drobnych faktów. Skupionych wokół czynności fizjologicznych. Zmywanie i pranie. Jedzenie i wypróżnianie. Wycieram kurze. Liczę okna po drugiej stronie ulicy. Waham się pomiędzy literaturą rosyjską a książką kucharską. Żeby w końcu zdecydować się na pstrąga. I mus czekoladowy. Połykam godziny, jak hausty powietrza. Nie mają smaku. Zapachu. Ani koloru.

I kończę czytać. I jestem bardzo podła. Gorsza nawet od tej, co mieszka na czwartym i nigdy nie mówi „dzień dobry”. Najgorsza, chociaż mało kto o tym wie. Franciszek, jak mnie widuje, twierdzi, że nieprawda. Ale on tak ma z przyzwyczajenia i jestem mu za to wdzięczna. Chociaż czasem wykazuje się niezmierną głupotą, jak wtedy, kiedy zgubił paszport i szukał go u mnie w domu. Pozwoliłam mu i nawet otworzyłam szafki w kuchni.

– Boli mnie to – powiedziałam, ale wcześniej, gdy piliśmy herbatę.

– Przykro mi – odpowiedział zatroskany, z czym było mu do twarzy.

Więc go pocieszyłam, bo pomyślałam nieoczekiwanie, że jest przystojny, i miałam chęć.

– Już mi prawie przeszło, tylko czasami wraca – uśmiechnęłam się poprzez wodę, kiedy myłam kubki. Bo tak też wtedy mi się zdawało. Bieżąca ciepła woda i ludwik potrafią czynić cuda. Usuwają na przykład ból z duszy. Skutecznie, lecz nietrwale. Potem otworzyłam szafki i szukaliśmy paszportu. A jeszcze później to on sobie poszedł za próg i porwała go inna rzeczywistość, żebym o nim nie myślała dłużej. I dziękowałam obcej rzeczywistości w duchu moim własnym. Ale to wszystko zdarzyło się niedawno. Teraz siedzę potępiona przed monitorem i myślę o Tamtej Kobiecie. A jeszcze wcześniej to było inaczej.

01

Był chłodny deszczowy dzień. Szły prędko, ona i mama, wzdłuż ulicy, a potem w prawo, koło warzywniaka, schodami w górę i popychane wiatrem betonową ścieżką wzdłuż siatki boiska, pomiędzy krzakami dzikiego bzu i olszyny, które nie wiadomo jakim cudem ostały się w centrum miasta. Mama zapewne ubierała się różnie, w zależności od pory roku, ale Klara pamiętała ją zawsze w czarnym wełnianym płaszczu i chustce ze sztucznego jedwabiu wiązanej pod brodą. Tak też i wtedy wyglądała, kiedy pochwyciwszy ją za rękę pociągnęła lekko za sobą i podeszła pod bramę, przez którą wlewał się już na dziedziniec szkolny tłum odświętnie ubranych pierwszoklasistów i ich rodziców. Szkoła okazała się ponurym, starodawnym budynkiem, może nie tak starym jak zapewniała dyrekcja, przestrzegając Klarę i inne dzieci przed siadaniem na chwiejnych parapetach, a już broń Boże przed wychodzeniem na niepewny balkon na pierwszym piętrze, ale na pewno przedwojennym i na pewno mocno zaniedbanym. Zbudowana z nietynkowanej czerwonej cegły, okna miała wysokie, podwójne, o grubych, malowanych na pistacjowy kolor ramach, podłogi drewniane, pozapadane i pełne tłustych plam, ściany pociągnięte olejną farbą, a sufity wysokie i poszarzałe od brudu. Przed głównym wejściem wylano betonowe schody i postawiono dziwnie niepasujące do reszty budynku plastikowe zadaszenie wsparte na metalowych słupkach. Gmach z wysokimi oknami i fasadą dumnie wyprostowaną nad ulicą zdawał się mierzyć Klarę zimnym, nieprzychylnym spojrzeniem, jakby z wyrazem lekkiego obrzydzenia unosił do góry brwi i witał ją z przymusem. Mama odprowadziła ją pierwszego dnia, następnego, a potem już zawsze, przez sześć kolejnych lat, mimo stałych błagań i protestów Klary, niosła za nią tornister, a w nim zeszyty obłożone w śliskie plastikowe okładki, takie, które można było czasem dostać, stojąc wytrwale w kolejce przed papiernikiem, jeżeli akurat przywieźli chińską dostawę. Po lekcjach czekała na nią przed szkolną bramą i znowu szły razem, tą samą drogą, wzdłuż wysadzanego topolami boiska, obok warzywniaka, śmietnika, obok stosów przegniłych główek kapusty i ziemniaków, których właściciele blaszanej budki nie zdołali w porę sprzedać, kamiennymi schodkami w dół, ku ich ulicy i wysokiej bramie prowadzącej na podwórko w kształcie studni. Po powrocie do domu Klara kładła czerwone, zielone i żółte zeszyty na biurku. Odbijały światło żarówki, w rogu pokoju, pomiędzy sufitem a oknem powstawały kolorowe kręgi. Nie powiedziała o nich mamie i miała z tego powodu wyrzuty sumienia. Mama uważała, że powinny mówić sobie wszystko.

– W końcu na całym świecie mamy tylko siebie – powtarzała, a Klara myślała o kółkach odbitego światła i czuła się zła. Nie chciała być sama z mamą, chciała mieć jeszcze kogoś.

Nazywała się Agata Jaroszuk i w rejestrach Klary otrzymała numer jeden. Miała duże białe siekacze, które nie mieściły się w wąskich ustach, i spody dłoni poprzecinane skomplikowaną siecią linii papilarnych. Twarz jej Klara zapamiętała znacznie mniej wyraźnie niż tłuste, spocone łapki, czerwone i poniszczone jak ręce praczki. Po Agacie zostały jej tylko strzępy obrazów, odbitki zachowane po wewnętrznej stronie powiek, obcisła skarpetka podkolanówka, włosy chyba tłuste, pachnące spaniem, chude, piegowate przedramiona i staranny charakter pisma. Klara poznała Agatę kilka miesięcy po rozpoczęciu roku szkolnego. Blada dziewczynka w nylonowym fartuchu zapinanym z przodu na guziki podeszła do niej na przerwie i spytała zaskakująco niskim, schrypniętym głosem, czy zagra w gumę. Klara przyjrzała się uważnie plisowanej spódnicy, wystającym kolanom, kociej twarzyczce z grymasem zamiast uśmiechu i nie miała najmniejszych wątpliwości, że stoi przede nią osoba, z którą chciałaby spędzić każdą z kolejnych przerw, aż do końca szkoły. Zakochała się natychmiast, bezwstydną, niezdarną miłością. Miłością szczęśliwą, bo odwzajemnioną.

– Będziesz ze mną siedzieć? – zapytała.

– Tak – odpowiedziała tamta.

Na lekcji tańczyły w Klarze wypisywane na tablicy cyfry, a z nimi Agata, jej Agata, do końca, na zawsze. Po szkole zapytała mamę, czy może odwiedzić nową koleżankę. Mama nie była zachwycona, ale zgodziła się i odprowadziła ją pod wskazany adres, do stojącego kilka przecznic dalej betonowego bloku. Weszła z Klarą do klatki schodowej i zadzwoniła do drzwi opatrzonych numerem dwa. Odezwała się skoczna melodyjka i chwilę później w progu ukazała się zasuszona kobiecina o poszarzałej twarzy, bezzębnych, wpadniętych ustach i małych oczkach. Pod względem ubioru i przyozdobienia była to najdziwniejsza osoba, jaką kiedykolwiek widziała Klara. Na samym środku zielonego swetra, tuż pod piersiami, miała przypiętą ogromną srebrną broszkę z czerwonym kamieniem. Spod pasiastej niebieskiej spódnicy wystawały chude, pałąkowate nogi, na których grube rajstopy marszczyły się i spływały wprost do za dużych butów na wysokich obcasach.

– Słucham? – zapytała staruszka. Zmierzyła Klarę i jej mamę nieprzychylnym spojrzeniem i okryła się dokładnie wełnianym szalem, na którym włóczkowe pomarańczowe kwiaty splatały się wdzięcznie z żółtymi liśćmi.

Mama drgnęła, ale przedstawiła się spokojnie.

– Agata zaprosiła moją córkę – ruchem głowy wskazała Klarę. – Chodzą do tej samej klasy – dodała tytułem wyjaśnienia.

– Tak? – staruszka wzięła się pod boki. Na twarzy pojawił się jej podejrzliwy uśmiech, jakby chciała dać do zrozumienia, że nie da się łatwo wyprowadzić w pole. – Nic mi o tym nie wiadomo!

Tymczasem w głębi mieszkania powstał niespodziewany rumor i chwilę później do drzwi podszedł gruby mężczyzna w siatkowym podkoszulku i rozpiętych niedbale spodniach.

– Niech mama da spokój – powiedział niegrzecznie i odsunął staruszkę ze wstrętem. – Chodź – zwrócił się do Klary, ignorując Annę. Agata odrabia lekcje.

– Wrócę o siódmej – zdążyła jeszcze powiedzieć mama i drzwi się zamknęły.

– Cześć – zawołała Agata wychodząc z pokoju. Miała na sobie różowy dres i miękkie niebieskie kapcie. – Zdejmij buty! – dodała zgorszona, widząc, że Klara zamierza podejść do niej po czerwonym dywanie. Pochyliła się posłusznie. Niewielkie trzypokojowe mieszkanie było urządzone tandetnie i dość przypadkowo, zupełnie jak większość mieszkań z końca lat osiemdziesiątych, czego jednak Klara nie wiedziała, bo nie odwiedzała wcześniej nikogo poza swoją babcią, ciotką i kilkoma odległymi kuzynami. Ze zdziwieniem odnotowała, że podłoga w przedpokoju została wyłożona szarymi, plastikowymi płytkami, ściany obite drewnianymi deszczułkami, a nad drzwiami do salonu powieszono zegar w kształcie nagiej kobiety. Poczuła się obco. Poczuła się przestraszona i onieśmielona.

Pomimo wszystkich tych nieznanych jej dziwactw uznała, że schludniejszego, dokładniej wypielęgnowanego i wyszorowanego domu nie zdarzyło jej się widzieć nigdy wcześniej.

– Chodź! – Agata schwyciła ją za rękę, a kiedy Klara stała nadal i tylko skuliła się w ramionach, objęła ją czule za szyję. – Nie bój się babki – szepnęła. – Nie pozwolę, żeby na ciebie krzyczała. Teraz jesteś moim gościem.

Klara westchnęła głęboko. Babcia, ojciec Agaty, naga kobieta z zegarem zamiast brzucha i cała otaczająca ją rzeczywistość przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Poszła za Agatą do pokoju dziecinnego, usiadła na pluszowej rozkładanej kanapie i oddała się bez reszty namiętnemu syceniu żądzy posiadania. I nie było na świecie nic, co miałoby dla Klary większe znaczenie, ani nikogo, kto pociągałby ją bardziej niż Agata Jaroszuk. To pierwsze spędzone wspólnie popołudnie, którego Klara już nigdy nie miała zapomnieć, było jedynie wstępem, preludium do następujących po nim licznych spotkań, do rozkosznie namiętnych, cichych schadzek w mieszkaniu na parterze, gdzie w salonie siedzieli wielcy i obcy rodzice Agaty, oglądając telewizję i nie odzywając się całymi godzinami ani jednym słowem, spokojni i złowrodzy, jak gigantyczne lalki, nieruchome dekoracje w przedstawieniu dla olbrzymów. Klara mijała ich pośpiesznie, dygając grzecznie w progu, i biegła do pokoju dziecinnego. Nie zraził jej fakt, że w oknach wisiały firanki, pogardzany przez mamę symbol  drobnomieszczaństwa, nie strwożyła babka Agaty, która najwyraźniej nie darzyła jej sympatią.

– Czy twoja koleżanka nie ma swojego domu? – pytała czasami. Nigdy nie zwracała się bezpośrednio do Klary. – Jej matka od godziny stoi pod balkonem i czeka.

Dziewczynki wymieniały porozumiewawcze spojrzenia.

– Babci się ręce trzęsą – wołała Agata i obie wybuchały śmiechem. Rozumiały się doskonale, dopełniały idealnie.

Czasami, po szkole, udawało im się uciec mamie Klary, nie szły wtedy do Agaty, tylko włóczyły się po osiedlu przez wiele godzin, szczęśliwe, że nikt dorosły nie zakłóca ich intymności.

– Pozwiedzajmy dziś – szeptała Agata na lekcji środowiska. To ona była inicjatorką wszelkich działań, Klara zgadzała się jedynie na jej pomysły. Wychodziły z szatni przez okno nad składem szczotek, biegły przez boisko do dziury w płocie od strony sekretariatu. Zwiedzanie uwzględniało stacje.

– Stacje Drogi Krzyżowej – mówiła Agata, a potem żegnała się pobożnie i spluwała przez lewe ramię. – Wybacz mi, Jezu, w Trójcy Jedyny.

– I wszyscy święci – dodawała z przejęciem Klara.

Zaczynały od spożywczaka, bezsmakowych wafli opłatków i jogurtów owocowych, które jadły, siedząc na tekturowych kartonach od strony śmietnika. Potem trzepak, nieznane podwórka, obce dziewczyny, lokalne nacjonalistki.

– To nasze miejsce, wam nie wolno tu chodzić.

– Mój ojciec jest milicjantem – syczała Agata. – Zamknie twoją matkę w więzieniu.

Odchodziły z dumnie uniesionymi głowami.

– Kłamiesz – krzyczały za nimi te obce, ale już ciszej i mniej agresywnie.

Wracały do domu przez plac zabaw, trzy razy naokoło piaskownicy, po ławkach, nie wolno było dotknąć ziemi. W przedpokoju czekała na Klarę mama. Płakała.

– Ja się tak strasznie martwię – szlochała. – Ta nowa koleżanka ma na ciebie zły wpływ. Porozmawiam z waszą wychowawczynią. Pójdę do jej rodziców.

Klara musiała przyrzekać, że już nigdy nie ucieknie. Zaklinała się, obiecywała.

– Tylko nie idź do jej rodziców – błagała.

– Jak mam ci wierzyć? Obiecywałaś już wcześniej!

– Teraz naprawdę, mamo.

– Czy ty wiesz, że nie sypiam po nocach? Potem nie mogę pracować. Jak tak dalej pójdzie, przestanę zarabiać i z czego się wtedy utrzymamy?

Klara bała się śmierci głodowej. Bała się, że mama umrze pierwsza i to będzie jej wina.

– Przepraszam, mamo...

– Nikt nam nie pomoże, jak wyrzucą mnie z pracy.

– Mamo!

– Musisz zrozumieć, jesteś już duża, powinnaś być za nas odpowiedzialna.

– Rozumiem. Rozumiem! Przysięgam! Przyrzekam! Obiecuję! – krzyczała.

Potem obie płakały.

Minęła jesień i zima. Klara zapamiętała się w nowym uczuciu i zatraciła całkowicie, tymczasem Agata przez cały czas utrzymywała między nimi rodzaj przemyślanego dystansu. Po radosnych chwilach, kiedy to wydawała się całkowicie oddana Klarze, nastawały smutne dni rozłąki.

– Nie mam czasu – mawiała. – Masz głupi piórnik – dodawała z zimną bezwzględnością i szła do domu, nie odwracając się, chociaż dobrze wiedziała, że Klara stoi na środku chodnika z otwartymi ustami i cały czas za nią patrzy. Klara prosiła mamę o nowy piórnik.

– Dlaczego nie nosisz juniorek? Ubierz się jakoś sensownie.

Klara szła kupić juniorki.

To właśnie władczość Agaty, jej nieprzejednana niezależność i lekka pogarda, jaką zwykła okazywać otoczeniu, działały na Klarę jak magnes. Wpatrzona w nieustannie spocone dłonie, w czerwone palce o krótko obciętych paznokciach, chudy, piegowaty kark, w wątłe łydki i sterczące kolana, niczego nie zauważyła i kiedy Agata przesiadła się na lekcji polskiego do rzędu pod ścianą, a na przerwie zaczęła rozmawiać z Patrycją Górą, zdumienie Klary było silniejsze niż rozpacz i gniew. Potem biegła za nią, biegła za nimi obiema, które szły, zajęte rozmową, nie zwracając na nią uwagi. Zapamiętała betonowe płyty i sterczące z nich przerdzewiałe pręty, błoto, lepką, brązową maź, głębokie cętkowane ślady opon, jej buty, nie kalosze, przelotną myśl, że mama będzie wściekła, jeśli wróci mokra, kiosk, do którego wchodziło się po kamiennych schodkach...

– Przepraszam, pogódźmy się – wołała. – Powiedz, co takiego zrobiłam? Nie odchodź!

Nie chciała nikogo innego. Nie, nie obchodziły jej pozostałe koleżanki. Agata nie powinna była odtrącać jej tak brutalnie, zostawić bez cienia nadziei, samotną i nieszczęśliwą. Klara nie rozumiała tego, co się stało, i zrozumieć nie mogła. Jej skołatana dusza dokładnie wiedziała, czego pragnie, podczas gdy umysł nie był jeszcze na tyle rozwinięty, żeby zdać sobie sprawę z rozpaczliwego położenia, w jakim się znalazła. Rozumiała jednak, że zdarzyło się coś niepokojącego, jej niewinność została skażona ciemną, brzydką rysą, zmazą, której nie potrafiła się pozbyć.

W ciągu następnych kilku miesięcy snuła się za Agatą Jaroszuk i Patrycją Górą poprzez szkolne korytarze, wystawała schowana w okiennej niszy, podczas gdy one szczebiotały słodko ściszonym głosem, oddalone nie więcej niż o metr, a jednak całkowicie niedostępne. Odprowadzała je do domu, w którym jeszcze niedawno to ona przesiadywała, ona prowadziła intymne rozmowy na temat pani od gimnastyki i Jacka Zielińskiego z drugiej B. To ona jadła tłuste pierogi i piła słodką herbatę ze szklanek w wiklinowej oprawce. Tymczasem zostawała przed drzwiami klatki schodowej i czekała z nadzieją, że jakiś zadziwiający przypadek odwróci zaszłe zdarzenia i, nieoczekiwanie, znajdzie się znowu w pokoju dziecinnym opromieniona blaskiem łaski Agaty, szczęśliwa, kochana i kochająca.

To się zdarzyło już wcześniej. Wiem o tym, chociaż ciężko mi pisać prawdę. Kogo to obchodzi, myślę? Za oknem pochmurny poranek, tabliczka z nazwą ulicy i rozerwana parasolka na dachu śmietnika. Dzień zawiesisty i lepki jak topione bursztyny, a też opływowy, śliski, pachnący farbą olejną, przesuwa się gładko pomiędzy oknami. Dzień właśnie teraz jak brązowe szkło. Mogłabym w cudzych oczach wyglądać lepiej, przez samo zatajenie. Dużo ludzi zataja, można. Denerwuję się. Chciałabym zapalić, podobno palenie przynosi ulgę... Kiedy byłam dzieckiem, zbieraliśmy w przedszkolu listki z żywopłotu, czerwone i żółte. Potem próbowaliśmy bawić się w coś. Kłopot nie leżał w wymyśleniu zabawy, ale w jej realizacji.

– A chuś, ty będziesz mamą, ty tatą, a ja dzieckiem.

Powstawał problem, nikt nie chciał grać taty, trzeba było do tego znaleźć chłopaka. Pertraktacje trwały godzinami, a potem, kiedy już wszystko zostało ustalone, to nam się nudziło. Najlepsze jest oczekiwanie, spełnienie ma przykry, mdły smak. Zostawały listki na żywopłocie od ulicy i pomalowana na zielono budka nad otworem wentylacyjnym.

15.09.2009 WIDOK Z OKNA Wyszłam na balkon i zdziwiłam się światu. Ostatnie tygodnie spędziłam w wydawnictwie. Gdzie okien jest raczej mało. Nie, to eufemizm. Gdzie okien po prostu brak. Znowu kłamię. Jest okno. Jedno. W pokoju szefa. U nas są lampy. A dokładnie jarzeniówki (ekologiczne, 40 W, Janki, IKEA). A więc wyszłam na balkon i się okazało, że w tzw. międzyczasie liście pożółkły na drzewach. Nie zauważyłam, kiedy. Zatraciłam się w pracy. Zatraciłam równowagę psychiczną. Zatraciłam również poczucie sensu. Się zatraciłam w tym zapierdalaniu. Pracę mam ciekawą. I dobrze płatną. Nie narzekam. Uznałam jednak, że powinnam zachować odpowiednie proporcje. Pomiędzy wysiłkiem a zarobkiem. Tym, co inwestuję, a tym, co otrzymuję w zamian. Obowiązkiem a spełnieniem. Duchem a materią. Schudłam ostatnio. Zszarzałam. Nie bywam u fryzjera. Połamałam paznokcie o klawiaturę komputera. Się zaniedbałam. Stojąc tak i lustrując park oraz okolice, zdecydowałam się odnowić. Biologicznie. Rozważałam różne alternatywy. Myślałam o wyjeździe do Indii. Albo do Ameryki Południowej. Gdzie spotkałabym Buddę. Względnie Sziwę. Albo Ometeotla, (gdybym się jednak zdecydowała na Amerykę Południową). Sypałabym płatki egzotycznych kwiatów w świątyni. Paliła blanty. I spożywała pejotl. I tam bym się od rzeczywistości oderwała (zwłaszcza wydawniczej). I odnowiła biologicznie. A przy okazji psychicznie (chociaż niekoniecznie intelektualnie). Tak sobie myślałam. Ostatecznie jednak wybrałam wersję economic (krajową). Postanowiłam wstawać wcześnie i uprawiać jogging. Jeść owoce i pić jogurt. (Naturalny, z kulturami bakterii – żywymi). Zdecydowałam rzucić palenie. Mocne trunki zamienić na zdrowsze piwo (pszeniczne, niepasteryzowane). Jak również zapisać się na fitness. (A przynajmniej spróbować).

Ale to zabawne, pomyślałam. Równie dobrze mogłabym zostać spadochroniarzem. Albo linoskoczkiem. I nagle zrobiło mi się przykro. Poczułam, jak bardzo jestem zmęczona. I stałam tak na balkonie. A na dole w parku przechodził pan. Z psem na smyczy. Na ławce przy stawie całowała się para dzieciaków. I chciało mi się płakać. Ale się powstrzymałam. I poszłam spać.

Większość dni przebiega zupełnie normalnie, a moje szaleństwo to tylko rozsypane pomiędzy nimi drobinki szkła. Idę do redakcji, udając pewną siebie.

– Cześć – mówię. – Chciałabym to i to...

Redakcja ma do mnie stosunek obojętny, z lekką domieszką sympatii. Dlatego też staram się nie przeciągać struny. Zbieram swoje umowy w plastikowe teczki. Zostawiam im lakier do paznokci, na parapecie, żeby o mnie pamiętali. Potem wychodzę na ulicę. Och, gdyby mnie tak ktoś rozpoznał, myślę, pośród doniczek pelargonii i oczekiwania na deszcz, co wisi w powietrzu i męczy. Czy aby mam na sobie odpowiedni płaszcz? Czy aby mi w nim do twarzy? Autobus przejeżdża obok i zabiera coś cennego z mojej głowy, czemu nie zdążyłam się przyjrzeć. I teraz jest już za późno. W Starbucksie na rogu zasiadam w fotelu. Nikt mnie nie rozpoznał, bo nie ma tu Tej Kobiety, chociaż pracuje niedaleko, dlatego bez potrzeby, w każdy poniedziałek, muszę chodzić do redakcji i zostawiać im lakier do paznokci na parapecie, a potem jeść kanapki za dziewięć pięćdziesiąt sztuka, chyba że z łososiem, to jeszcze złotówkę trzeba dopłacić. Niedługo zbankrutuję. Szkło brązowe i grubo mielone chrzęści mi w zębach. Za plecami pan, co mnie nie rozpoznał, za to szturcha łokciem. Jest w tym szturchnięciu wroga nuta. Mam nadzieję. Wolę agresję od obojętności. Wyjmuję książkę. Czytam o człowieku, który chciał wybudować dom, a potem umarł na atak serca. Ostatnio zaczął odwiedzać mnie w nocy. Nazywa się Biswas, pochodzi z Trynidadu i przesiaduje w mojej łazience. Fascynuje go kanalizacja. Nie mogę spać, bo przez całą noc spuszcza wodę w ubikacji. Czasami chodzę prosić, żeby przestał.

– Mam dość ludzi, którzy mnie denerwują – tłumaczę, siedząc na wannie. – Taki na przykład gość ze Starbucksa, co mnie nie rozpoznaje, tylko szturcha.

– Jak nikt cię nie rozpozna, to znikniesz – mówi pan Biswas, dłubiąc przy moich zaworach z ciepłą i zimną wodą. – Powinnaś pofarbować włosy – dodaje znacząco.

– Na jaki kolor? – pytam.

– Na blond. Tamta jest blondynką.

– Myślisz, że byłoby mi dobrze? – zastanawiam się i przeglądam w lustrze.

– Nie.

– A ty nie żyjesz! – ripostuję natychmiast.

Wychodząc z łazienki, słyszę, jak znowu ciągnie za spłuczkę. Jak będzie się dalej tak zachowywał, sprowadzę egzorcystę. Szkło skrzypi mi pod stopami.

17.09.2009 ROBOTA, NA KTÓRĄ ZASŁUGUJĘ Zrobiłam obiad. To znaczy ugotowałam kluski. W osolonej wodzie. Potem zrezygnowałam. Zostawiłam je w zlewie. Na sitku. Żeby schły. Sama zaś usiadłam przy komputerze. I nie schłam. Tylko się męczyłam. Powinnam napisać coś kreatywnego. Coś, co by mnie zadowoliło. I mojego szefa również. A to nie jest łatwe, proszę państwa. Więc siedziałam w męczarniach. A na sitku w kuchni sechł (wspomniany powyżej) makaron. Przesiedziawszy tak do południa, nie wymyśliłam zupełnie nic. Za to się bardzo zmęczyłam. Uznałam więc, że należy mi się przerwa. Zdjęłam z wieszaka torbę zieloną. Ekologiczną. (Greenbag for you). I wybrałam się do sklepu spożywczego (Max). Obok domu. Za parkingiem w lewo. Nabyłam ser biały. Rzodkiewki. I mineralną. Oraz paczkę papierosów (Marlboro light. Palenie zabija. Albo powoduje raka. Co kto woli). W podwórku pod śmietnikiem spotkałam pana Krzysia. On tam przesiaduje często. Ma taki taboret przenośny, rozkładany. A pod nim butelki piwa. Również przenośne. Na wymianę.

– Dawno pani nie widziałem – zagadnął. – Chorowała pani?

– Nie – odpowiedziałam. – Pracuję.

– Aaaa... – pokiwał ze zrozumieniem głową. – Ja też.

I odkapslował kolejną butelkę. Cóż, pomyślałam. Każdy ma taką robotę, na jaką zasługuje. Było nie kończyć studiów. Ani szkoły średniej. Tobym sobie teraz z panem Krzysiem miło pracowała na słoneczku. A tak muszę wracać przed komputer.

27.09.2009 INNOWACJE Dziś rano wysłuchałam w radiu audycji na temat mojej grupy wiekowej. Otóż pewien socjolog wykazał, że głównym celem wykształconego trzydziestolatka w dużym mieście jest osiągnięcie stałych zarobków powyżej sześciu tysięcy miesięcznie. O, czasy okrutne! O, obyczaje! Zakrzyknęłam (wyjmując masło z lodówki). I kiedyż się to stało? Myślałam (soląc jajko na miękko). Dojrzałość nam nie służy. A jeszcze tak niedawno byliśmy wszak inni. Byliśmy chłonni. I utalentowani. Nawet autentyczni. I uczuciowi. A nade wszystko (odważę się to powiedzieć) byliśmy przecież ideowi. My sami. MY. Za młodu. A teraz jesteśmy pracowici. Tylko. Pracowici. I kropka. W dzień zapierdalamy w bankach. Redakcjach. I agencjach reklamowych. Wieczorami spożywamy. Alkohole odpowiednio luksusowe. W knajpach stosownie modnych. I w towarzystwie starannie dobranym. Zostajemy właścicielami kredytów. Kart płatniczych. Mieszkań. Samochodów. I rodezjanów (w wersji mniej wypasionej labradorów w kolorze biszkoptowym). Tyle. Na nic więcej nie mamy już siły. Ani chęci. Nie mamy siły chcieć. Albo nie chcemy marnować sił. Zafrasowałam się. Zasępiłam. Nie dojadłam jajka. A kawę wylałam precz. Do zlewu. A potem wyłączyłam komórkę. I normalnie. Bezczelnie. Poszłam na wagary.

02

Anna, matka Klary, stała pochylona nad koszem i obierała jabłka. Obierki wpełzały do kosza długimi wężykami, przepadały pod zlewem, w wyłożonych gazetą gnijących resztkach. Anna wyprostowała się powoli, odłożyła nóż i z zadowoleniem przyjrzała się dużej, jasnej kuchni. Pod oknem stał szeroki stół z tekowego drewna, który odziedziczyła po swojej matce, babce Klary, kiedy ta, mimo protestów Anny, przeprowadziła się sama do mniejszego mieszkania. Nad stołem wisiał sztych w ciemnych ramach, przedstawiający nagiego mężczyznę niosącego na ramieniu worek mąki. Za jego plecami majaczył zagajnik, a jeszcze dalej, na wzgórzu ponad drzewami, można było dojrzeć rozłożone szeroko młyńskie ramiona. Obrazek znajdował się w posiadaniu rodziny Anny od niepamiętnych czasów i mimo niewielkich rozmiarów stanowił pewną wartość, jak zwykła powtarzać jej matka. Anna miała co do tego pewne wątpliwości, ale była do niego przywiązana, towarzyszył jej od najwcześniejszego dzieciństwa. Przyjrzała się nagiemu młynarzowi, po czym przeniosła wzrok na przedmiot swojej nieustającej troski, dębową serwantkę, której półki i przegródki wypełnione były mosiężnymi naczyniami, zdumiewającymi butelkami z grubego szkła i starą, wyjątkową porcelaną. Wszystkie te przedmioty Anna zbierała pieczołowicie latami, przeszukując antykwariaty, wiejskie strychy i bazary. Nic więc dziwnego, że przyglądając się im odczuwała rodzaj dumy. Uśmiechnęła się do siebie i odwróciła, żeby rozwałkować ciasto na szarlotkę. Do kuchni weszła Klara. Usiadła przy stole i zapatrzyła się w ścianę. Od wielu dni nie rozmawiała dłużej z matką i Anna martwiła się coraz bardziej tym stanem rzeczy. Strach o córkę towarzyszył jej nieustannie, odkąd ją urodziła, teraz jednak uczucie to przerodziło się w rodzaj trudnej do zniesienia paniki. – O czym myślisz? – zapytała niespokojnie. – O niczym – odpowiedziała obojętnie Klara. O czym mogła myśleć, jej uwaga koncentrowała się teraz wyłącznie wokół Agaty Jaroszuk, nic innego jej nie interesowało. Pośliniła palec i zaczęła kreślić po blacie mokre, geometryczne wzory. – Przestań – powiedziała ostro matka. Klara nie posłuchała. – Mówiłam ci, żebyś przestała! Klara nie podniosła głowy, przycisnęła tylko mocniej palec do blatu i przesunęła go gwałtownie w stronę cukierniczki, po czym uderzyła w nią i rozsypała cukier. – Co ty wyrabiasz? – Anna złapała córkę za ramię i siłą podniosła jej głowę. Klara nie odwróciła wzroku, patrzyła śmiało i wyzywająco, a po policzkach spływały jej łzy. Na ten widok Anna do reszty straciła przytomność umysłu i zastygła zdumiona. Przez chwile obie przyglądały się sobie bez słowa, aż w końcu puściła córkę, wyprostowała się i zdjęła fartuch.

– Zaraz wrócę – powiedziała i wyszła z mieszkania, narzucając na ramiona wełniany płaszcz.

Tymczasem Klara siedziała nieporuszona przy stole. Wiedziała – mama poszła porozmawiać z rodzicami Agaty. Zniżyła się, bo tamci to przecież jest plebs i mają na podłodze linoleum zamiast klepki oraz piją herbatę w szklankach. Wstała i podeszła do kosza na śmieci. Wiedziała, że niemyta skórka jabłek jest trująca, i przez chwilę zastanawiała się, czy nie zjeść wyrzuconych obierek. Chciała umrzeć, odkąd Agata Jaroszuk ją zostawiła. Było ciepłe, wiosenne popołudnie. Po podwórku niósł się echem zgrzytliwy klekot ślusarskiego wózka.

– Ostrzę, ostrzę! – krzyczał w stronę otwartych okien brodaty mężczyzna w płóciennym płaszczu i uderzał metalowym prętem w trzepak.

Wybiegały do niego dzieci. Obracał kamiennym kołem i przykładał do niego noże. Klara wspięła się na kuchenny blat i usiadła na nim po turecku. To było zabronione. Przez chwilę patrzyła na podwórko i zbiegowisko wokół ślusarza, a potem otworzyła szafki nad zlewem. Wyjęła z nich najcenniejszą rzecz, jaką posiadały z mamą; rżnięte kryształowe kieliszki o złoconych brzegach. Nie wolno ich było dotykać. Stały na najwyższej półce i czekały na specjalne okazje.

– Może na twoje wesele – śmiała się mama. – Mają prawie dwieście lat – dodawała onieśmielona i pełna szacunku.

Ustawiła pięć kieliszków w równym rządku, podstawkami do góry. Na nich postawiła kolejne cztery. I jeszcze wyżej trzy następne, zupełnie tak, jakby budowała domek z kart. Ostatni kieliszek, na szczycie piramidy, napełniła pomarańczowym płynem do mycia naczyń. Zeskoczyła z blatu. Czekała, żeby się przewróciły. Nie poruszała się. Patrzyła. Świadomość, że zrobiła coś bardzo złego, sprawiła jej nieoczekiwaną przyjemność. Przez krótką chwilę poczuła się silna i niezależna. Stała tak, wstrzymując oddech, a na dworze zgrzytało ślusarskie koło. Leciały wokół niego iskry i małe dzieci krzyczały podniecone ich widokiem. To była chwila Klary. Pełna rozpaczliwego triumfu. Powietrze wokół zastygło i uwięziło w sobie wołania zza okna. Znieruchomiały drgające słoneczne refleksy wokół stołu. Opadła unoszona wiatrem zasłona. Klara stała. Patrzyła. Przez krótką chwilę mogła dokonać cudów, była wszechmogąca. Cisza panowała zupełna. I Klara, trwając tak naprzeciw góry ułożonej z dziewiętnastowiecznych kieliszków, przestała oddychać. I stała. A w następnym momencie odezwały się znowu krzyki na podwórku. Ślusarz popchnął wózek i ruszył w dalszą drogę. Dzieci wracały do domów, niosąc ostrożnie noże i nożyczki, szpicami w dół, tak jak ich tego nauczyły przezorne matki. Klara musiała rozebrać piramidę, wypłukać płyn do naczyń z ostatniego kieliszka, wytrzeć go i odstawić na półkę. Z powrotem stała się małą, bezbronną dziewczynką.

Mama wróciła nieco skonfundowana. Posadziła Klarę na kanapie i wzięła ją za rękę.

– Widzisz – powiedziała. – Nie mam najlepszych wieści...

Tłumaczyła spokojnie: Klara musi przestać prześladować Agatę, inaczej przeniosą ją do innej szkoły albo zgłoszą sprawę na milicję. Klara milczała. Przyglądała się pulchnej, jasnej dłoni mamy i zdecydowała, że kiedy dorośnie, też będzie miała takie wypielęgnowane, równo obcięte paznokcie.

– Rozumiesz, co do ciebie mówię? – Anna spytała łagodnie.

Rozumiała, ale nie zamierzała jej niczego ułatwiać.

– Postaraj się – ciągnęła mama łagodnie. – Obiecaj mi. Powiedz coś, proszę...

Niczego nie obiecała. Tego dnia nie odezwała się więcej ani słowem. Jakże żałosna była jej matka. Ta wszechmogąca kobieta, której musiał schodzić z drogi listonosz oraz hydraulik, która swoim podniesionym, wysokim głosem wzbudzała postrach pań sprzedawczyń w sklepie od ulicy i z którą liczyli się kierowcy autobusów. Teraz okazała się całkowicie bezradna wobec Agaty Jaroszuk i jej babki. Klara poszła do łóżka, milcząc, pełna mętnych, męczących uczuć. Z głębi mieszkania nie dochodził najlżejszy szmer. Zazwyczaj o tej porze dolatywały ją uspokajające dźwięki wieczoru; szuranie w przedpokoju, monotonny głos z telewizora, woda puszczona w łazience... A tu nic. Panowała absolutna cisza. Widocznie mama położyła się wcześnie. Klara nie mogła zasnąć. Zapaliła lampę. Pokój wypełnił się ostrym, białym światłem. Patrzyła na stos książek i zeszytów, na których stał pełen okruchów talerz i filiżanka z fusami herbaty. Na fotelu pod oknem leżały rozrzucone ubrania. Wykładzina na podłodze sfilcowała się i przetarła. Dręczyło ją tępe, nieswoje uczucie, jakby ten znany od urodzenia pokój, to mieszkanie i w końcu sama mama stały się nagle obce. Tamtego wieczoru, zaraz po tym, kiedy wyjęła kieliszki z szafki kuchennej i ustawiła z nich piramidę, stało się coś niewyobrażalnie strasznego. Świat zadrżał i rozpadł się na dwie nieprzystające rzeczywistości; tę lepszą, do której należała Agata, i tę gorszą, jej własną.

Od czasu tego pamiętnego wieczora nie potrafiła już nikomu zaufać ani do nikogo się zbliżyć. We wszystkich dziewczynkach widziała jedynie mniej lub bardziej udane kopie Agaty Jaroszuk. Agaty Jaroszuk poruszające się lekko, w naciągniętych pod kolana skarpetkach z gumowym paskiem, nonszalancko moczące juniorki w kałuży pod blokiem, Agaty Jaroszuk mijające ją obojętnie, z uniesioną brodą, szepczące ze sobą, zanoszące się perlistym śmiechem tuż za jej plecami, żeby natychmiast milknąć i wymieniać znaczące spojrzenia, jeśli się odwróciła. Agaty Jaroszuk skaczące przez skakankę na boisku szkolnym, roztaczające wokół lekko kwaśny zapach potu i niemytych włosów. Agaty, które rosły i szpetniały w okresie pokwitania, kiedy pod bawełnianymi koszulkami rysowały się im wyraźnie piersi i ramiączka od staników. Ach te elastyczne, bawełniane majteczki z prześwitującą plamką ciemnych włosów pomiędzy udami, długie, ruchliwe palce i ten zapach ostry, kręcący w nosie, doprowadzający ją do szaleństwa, zapach dojrzewających ciał.

Pod