Patrz, jak spadam - Mons Kallentoft - ebook

Patrz, jak spadam ebook

Mons Kallentoft

3,6

Opis

Majorka, jakiej nie znacie – skorumpowana i okrutna.

Zaginiona nastolatka i ojciec, który nigdy nie przestał jej szukać.

Minęły trzy lata, od kiedy szesnastoletnia córka Tima Blancka zaginęła podczas imprezowych wakacji na Majorce. Poprzysiągł, że nigdy nie przestanie jej szukać. Ta przysięga rozbiła jego małżeństwo i sprowadziła go do Palmy, gdzie mieszka i zarabia na życie jako prywatny detektyw.

Kiedy Tim dostaje zlecenie śledzenia kobiety podejrzanej o zdradzanie męża, zamożnego biznesmena, nieoczekiwanie zostaje wciągnięty w świat korupcji. Pod błyszczącą powierzchnią wakacyjnego raju kryje się ciemność, w której Tim dostrzega cień córki. Ryzykując własne życie, rusza na poszukiwanie prawdy o tym, co ją spotkało.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 411

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




I

Maga­luf, 5 sierp­nia 2018

Była sobie kie­dyś plaża i jest tam też i dziś.

Tim Blanck prze­mie­rza śród­ziem­no­mor­ską noc.

Brzeg wody sza­rzeje i marsz­czy się od fal. Świa­tła waha­dło­wej karu­zeli z Tivoli Nightc­lub się­gają aż tutaj, na kilka sekund oświe­tlają parę kopu­lu­jącą na pia­sku, ich ciała w zie­lo­no­nie­bie­skiej poświa­cie. Potem znów zni­kają, w mrok, w swoje mię­śnie, geni­ta­lia i prze­grzane, naćpane mózgi, w chwile, które należą tylko do nich, a oświe­tle­nie waha­dło­wych ramion kie­ruje się w stronę gór, które przez krótki moment widać w oddali.

W poko­jach za hote­lo­wymi bal­ko­nami palą się świa­tła, ręcz­niki wiszą na suszar­kach jak flagi sym­bo­li­zu­jące nie­pod­le­głość.

Tim snuje się przez The Strip.

Tu, kawa­łek od plaży, wędrują gru­pami. Są jed­no­cze­śnie dziećmi i doro­słymi, bikini z gwiazd­kami na sut­kach, pod­ko­szulki z dekol­tami głę­bo­kimi jak wąwozy w pusz­czy, sukienki, sur­fer­skie szorty do kolan, białe dżinsy i koszule, w klu­bach ręce unie­sione wysoko do sufitu, muzyka wyzna­cza im rytm, oni sami two­rzą ruch, i wła­śnie tu, wła­śnie teraz, będą się upi­jać i odu­rzać, śmiać, krzy­czeć i tań­czyć, zasy­piać na przy­stan­kach auto­bu­so­wych i w bocz­nych ulicz­kach, wszystko naraz.

Są tu razem. Widzą się nawza­jem i są widoczni, rodzą się i odra­dzają.

Ktoś cię widział, Emme. Ktoś musiał cię widzieć.

Na początku, przez pierw­szy rok, Tim zawsze miał ze sobą jej zdję­cie, poka­zy­wał je na prawo i lewo, roz­da­wał ulotki, wkrótce wszę­dzie go już roz­po­zna­wali i odpę­dzali. Teraz ludzie się wymie­nili. Ci, któ­rzy go znają, igno­rują go, a nowi w ogóle nie zauwa­żają jego obec­no­ści albo się złosz­czą, każą mu spa­dać.

City Lights, Taboo, Pure Lounge, Sorry Mom Tat­too, Cha­plin, Bad Girlz, The Secret, Red Lion, Cry­stal, Coco Bongo, Benny Hill i THE STRIP.

Kro­cza kobiet wiru­jące na podiach, prze­ro­śnięci ochro­nia­rze w czar­nych pod­ko­szul­kach, nagie plecy z nabrzmia­łymi, potwor­nymi prysz­czami po ste­ry­dach, kan­cia­rze sprze­da­jący pod­róbki role­xów, pod­róbki wszyst­kiego, i nige­ryj­skie pro­sty­tutki cze­ka­jące w zauł­kach, w gru­pie, z nożami w dło­niach, gotowe obra­bo­wać pija­nych i porzu­co­nych, prze­żu­tych i wyplu­tych przez noc.

Poli­cja się temu przy­gląda. Wycze­kuje. Nad wszyst­kim czuwa moni­to­ring, ale zda­rza się, że nagra­nia zni­kają, a kamery oka­zują się zepsute.

Tim lustruje mało­laty. Tak jakby ona mogła tu być.

Chcą kąpać się nocą w morzu, czują się bez­piecz­nie w świe­tle neo­nów. Płyną w złą stronę, połyka ich to samo morze, które pochło­nęło rzym­ską flotę wra­ca­jącą z Kar­ta­giny pod­czas pierw­szej wojny punic­kiej.

Pić, palić, wcią­gać, dawać w żyłę.

Kupić trawę od jakie­goś Hin­dusa. Tego Hin­dusa?

Jutro to dziś. Które wła­ści­wie było wczo­raj. Ara­bo­wie sprze­dają kebaby, Chiń­czycy – tanie ręcz­niki pla­żowe, Laty­nosi sprzą­tają, a Rumuni i Buł­ga­rzy robią na budo­wie. Smród moczu i zaschnię­tego alko­holu, świe­żego zim­nego piwa, słod­kich drin­ków i cydru mąci powie­trze, bie­rze na lep komary i muchy, wygłod­niałe, spra­gnione krwi spły­wa­ją­cej chod­ni­kami po bój­kach na noże i buzu­ją­cej w żyłach nasto­lat­ków.

Kto cię widział, Emme?

Roz­po­zna­je­cie tę dziew­czynę? Widzie­li­ście ją? Weź­cie tę ulotkę, pokaż­cie ją zna­jo­mym.

Wha­te­ver, man.

Tim myślał czę­sto, że Maga­luf w sierp­niowe noce jest świad­kiem i upadku, i stwo­rze­nia, ale bra­kuje siód­mego dnia na odpo­czy­nek.

Przy plaży, która wciąż tam jest, pomię­dzy morzem a górami, zbu­do­wano domy, które miały pomie­ścić szczę­ście i marze­nia, miały zamie­nić marze­nia w pie­nią­dze i dla­tego wszystko jest tu dozwo­lone, jeżeli nie szko­dzi to biz­ne­sowi, a nawet i wtedy tak wła­ści­wie nikt nie potrafi zapro­te­sto­wać, bo obiet­nica zapu­ściła korze­nie zarówno wśród biz­nes­me­nów, jak i wśród tury­stów. Tra­fi­łeś do kra­iny bez­pra­wia. Możesz być kimś innym niż jesteś.

Kimś szczę­śli­wym.

Kimś w eufo­rii.

Kimś, kto ma to, czego inni pożą­dają naj­bar­dziej. Super­moce mło­do­ści.

Kra­ina, któ­rej nie ma na mapie. To, co będzie, zamiast tego, co było.

Ktoś chciał ci to ode­brać, Emme.

– Sma­kują jak sło­dy­cze! Jak mię­towe cukrowe laski! Jak żelki w kształ­cie rybek, smocz­ków. Macie coś o smaku kwa­śnych żelek?

– One more, girls, try the green gummy bears this time. I make that shot myself.It’s my favo­urite.

Dwa shoty w cenie jed­nego.

Kurde, ale kopie. Kurde, zaczy­nam się robić pijana, shit, ale się ubz­dryn­go­li­łam, plaża, chce mi się tań­czyć, łiiii!

– Give me a drag of that.

Tim je widzi. Pró­bują nauczyć się radzić sobie z samymi sobą i z innymi, są jak odbez­pie­czona broń, palec z całej siły naci­ska­jący na spust. Uno­szą się na sza­ro­czar­nych falach asfaltu, poświata neonu mierzwi brzeg, a świa­tła karu­zeli znów padają na ciała kochan­ków. Ziarna pia­sku trą o ich kro­cza, jutro będą mieć zadra­pa­nia tam, gdzie pie­cze naj­bar­dziej, bli­zny wojenne, któ­rymi będzie można się pochwa­lić pod­czas walk of shame i zakra­pia­nego śnia­da­nia, zanim znów przyj­dzie pora na opa­la­nie, spie­czoną skórę i piątą, szó­stą, siódmą powtórkę.

Póź­niej samo­lot zabie­rze ich z powro­tem.

Ale wrócą tu za rok.

Wła­śnie tak ludzie pod­cho­dzą do życia, myśli Tim, wra­ca­jąc ciemną boczną uliczką do samo­chodu. Naj­pierw prze­my­kamy się ostroż­nie, a potem pędzimy ku miło­ści, którą mamy nadzieję zna­leźć zaklętą w cza­sie. Ku miło­ści, o któ­rej tęsk­nie uda­jemy, że ist­nieje.

Sły­szymy ludzi poru­sza­ją­cych się po dru­giej stro­nie zamknię­tych drzwi. Sły­szymy tych, któ­rych kochamy. Zmie­rzają w naszą stronę, a my nie chcemy prze­stać marzyć. O miło­ści, o wol­no­ści i o zmar­twych­wsta­niu.

Maga­luf.

Tu wszystko się zaczyna.

Tu tyle się dzieje, tu wszystko może się zda­rzyć.

Maga­luf.

Wszystko nie mogło się tu skoń­czyć.

Będziesz mogła spoj­rzeć wstecz na swoje życie, Emme.

Tim widzi, jak czer­wony neon baru Benny Hill roz­świe­tla nocne niebo i zamie­nia się w nie­wy­raźny kształt, docho­dzi do wnio­sku, że chyba ni­gdy nie widział niczego pięk­niej­szego. Że tam, gdzie więk­szość dostrzega brzy­dotę, jest piękno.

Któ­rym wszy­scy kie­dyś byli­śmy.

Neon na tle nieba.

Nie doro­sła i nie dziecko. Świat gotowy na to, by powstać.

No to zaczy­namy.

Mam to gdzieś.

U watch me dad

Wha­te­ver.

me do da jump

Lukre­cjowe shoty?

Nie lubię lukre­cji. Prze­cież dobrze wie­cie.

Wiem, Emme. Wiem.

Czy kto­kol­wiek lubi lukre­cję? Tak naprawdę? Kwa­śne żelki, pie­przone kwa­śne żelki, ple­ase.

Tato.

*

Tim poje­chał w góry. Zapar­ko­wał na pogrą­żo­nym w noc­nej ciem­no­ści punk­cie wido­ko­wym i spo­gląda w dół na świa­tła Maga­luf. Stąd wydaje się, że neon Benny’ego Hilla lśni ciem­niej­szą czer­wie­nią, a świa­tła z Tivoli Nightc­lub wciąż są roze­dr­gane.

Jego bar­dzo wytrzy­mała kari­mata została w bagaż­niku, więc usiadł na skale. Czuje twardy kamień pod kością ogo­nową, podoba mu się to uczu­cie, dys­kom­fort nie daje mu zasnąć, pozwala myślom błą­dzić.

Kie­dyś wyda­wało mu się, że chci­wość ma swoje gra­nice, nawet na Majorce, nawet w Pal­mie. Ale się mylił. Czte­rech pro­fe­so­rów ze Szpi­tala Uni­wer­sy­tec­kiego Son Espa­ses zało­żyło fun­da­cję na rzecz badań nad nowo­two­rami. Umie­ra­jący ludzie pła­cili fun­da­cji dwa­dzie­ścia pięć tysięcy euro w zamian za lecze­nie rewo­lu­cyjną, eks­pe­ry­men­talną metodą, która miała ura­to­wać im życie. Pacjenci zasta­wiali swoje domy, cho­dzili po proś­bie do przy­ja­ciół i krew­nych, by opła­cić kura­cję. Metoda była wymy­ślona, tabletki zro­bione z cukru, a fun­da­cja oka­zała się maszynką do robie­nia pie­nię­dzy dla tej czwórki.

Samo­chody, jachty, domy, dziwki.

Mar­twi pacjenci.

Kiedy dzien­nik „Dia­rio de Mal­lorca” odkrył oszu­stwo, miesz­kańcy wyspy uda­wali obu­rze­nie. Nie­któ­rzy pew­nie rze­czy­wi­ście je czuli. Nikt nie lubi, kiedy wypo­mina mu się sła­bość. A słabi jeste­śmy, kiedy zbli­żamy się do śmierci.

Za to klienci Las Cru­ces, lokal­nego baru Tima, nie byli zszo­ko­wani. Wzru­szali ramio­nami i stwier­dzali, że rak nie może uspra­wie­dli­wiać głu­poty.

Pro­fe­so­ro­wie pró­bo­wali też sprze­da­wać fał­szywe leki na alzhe­imera, miały zatrzy­my­wać postę­pu­jące zabu­rze­nia pamięci i odtwa­rzać to, co ule­gło zapo­mnie­niu, wyma­rzona kura­cja dzia­ła­jąca wstecz.

Tim przy­gląda się czer­wo­nemu neo­nowi.

lliH ynneB.

Sie­dzi na skale przez dłuż­szy czas. Świa­tła Maga­luf ni­gdy nie gasną, tylko roz­pły­wają się o świ­cie, tak samo jak Emme.

W dro­dze do Palmy Tim włą­cza radio w samo­cho­dzie. Z gło­śni­ków leci Maria zespołu Blon­die.

Głos Deb­bie Harry śpiewa o pew­nej sie­bie, nie­po­kor­nej dziew­czy­nie, deli­kat­nej jak jedwab, jak powie­trze, i tym samym przy­wo­łuje wspo­mnie­nia, jak to wszystko się zaczęło.

Emme sie­działa przy stole w kuchni, poka­zy­wała mu stronę inter­ne­tową prze­woź­nika, czy­tała na głos, jakby cyto­wała Ril­kego, z początku poważ­nie, a potem iro­nicz­nie, niczym frag­menty tego, co napi­sał o sztuce i doświad­cze­niach mło­dych ludzi, ich suro­wych war­to­ściach.

– Majorka to jedna z naszych uko­cha­nych desty­na­cji. Są tu bary tapas, gdzie panuje przy­jemna atmos­fera. Falu­jące pola maków, zie­lone gaje oliwne, morze, góry i wspa­niałe plaże. A do tego tak upra­gnione śród­ziem­no­mor­skie cie­pło od początku kwiet­nia do połowy paź­dzier­nika. – Pod­nio­sła wzrok. – Na Majorce jest wszystko – czy­tała dalej. – Od plaż przy­ja­znych rodzi­nom po uro­cze mia­steczka, są tu pełne życia kąpie­li­ska, ośrodki spa, hotele spor­towe i duże mia­sto, Palma. Hotele w naj­lep­szej loka­li­za­cji dla par, rodzin z dziećmi, zna­jo­mych i całej dal­szej rodziny.

– Wystar­czy – prze­rwał. – Wiem, do czego zmie­rzasz. Nie jestem głupi.

– Posłu­chaj tego, tato: „Wiele czyn­ni­ków składa się na wyjąt­ko­wość Majorki. Na przy­kład czter­na­sto­ki­lo­me­trowa plaża w Alcúdii czy stary tram­waj kur­su­jący mię­dzy Sól­ler a por­tem. Albo win­nice i kręte drogi wokół takich miej­sco­wo­ści jak Deià i Val­l­de­mossa. Nie wspo­mi­na­jąc już o Pal­mie i jej sece­syj­nych budyn­kach, buti­kach zna­nych pro­jek­tan­tów i monu­men­tal­nej kate­drze”.

Tim czeka, aż jej jasny głos wybrzmi, koja­rzy mu się z wie­lo­krot­nie praną pościelą, mięk­ko­ścią, którą mogą stwo­rzyć tylko czas, tro­ska i sny.

Mocno trzyma kie­row­nicę, muzyka huczy we wnę­trzu samo­chodu, musi zacho­wać czuj­ność, nie może teraz zasnąć.

W oddali widzi kate­drę, La Seu, za nią jasne słońce, ma ochotę odchy­lić zasłonę prze­ciw­sło­neczną, ale odpusz­cza. Ostre świa­tło i pio­senka odga­niają sen.

Deb­bie Harry śpiewa „Ave Maria” i coś o świa­tłach świec.

Jest szczyt sezonu. Wyspa budzi się do kolej­nego dnia, prze­ciąga się, ziewa, mierzwi włosy.

Naj­pierw poja­wili się Tala­joci, potem Rzy­mia­nie, Bizan­tyj­czycy, póź­niej Mau­ro­wie i wresz­cie Ara­go­no­wie, któ­rzy posta­wili kate­drę w miej­sce meczetu. Faszy­ści, tury­ści. San­gria, hotele o bie­lo­nych ścia­nach, góry, które płyn­nie prze­cho­dzą w urwi­ska, a te pro­wa­dzą w dół pro­sto do wody codzien­nie falu­ją­cej nowymi odcie­niami błę­kitu. Plaże z pia­skiem drob­nym jak pył. Jaski­nie, gdzie nie miesz­kają cyklopi, syreny kuszące oliwą z oli­wek i winem. Kąpie­lówki, nasma­ro­wane pedały, ide­alny roz­mach, bac­khand.

Dwa­dzie­ścia sześć milio­nów tury­stów w zeszłym roku, o trzy miliony wię­cej niż rok wcze­śniej. Dwie­ście tysięcy star­tów i lądo­wań na lot­ni­sku Son Sant Joan.

Przy­by­wają hor­dami, bar­ba­rzyń­ska inwa­zja na kraj bar­ba­rzyń­ców, kie­rują nimi tęsk­nota i strach, Tim ich rozu­mie. Nie ma tu ter­ro­ry­stów, bomb, nie ma Afgań­czy­ków z czar­nymi kozimi bro­dami. Tu jest słońce, alko­hol. Wła­ści­wie nie trzeba niczego zwie­dzać. Można po pro­stu poło­żyć się na leżaku za dzie­sięć euro za dzień pod para­so­lem za pięć i pozwo­lić, by praca minio­nej zimy i wio­sny ode­szła w nie­pa­mięć.

To wyspa zapo­mnie­nia, możesz tu prze­paść w pięk­nie kra­jo­brazu, znik­nąć w ukry­tych gór­skich doli­nach, a za każ­dym razem, kiedy unie­siesz wzrok, niebo będzie nie­bie­skie, nic nie będzie dzie­lić cię od Stwórcy, spoj­rzysz mu w oczy, a on nie będzie mil­czeć, tylko szep­nie: wszystko dobrze, masz dobre życie, doko­nu­jesz słusz­nych wybo­rów.

Emme czy­tała dalej. Jej głos był teraz pełen iro­nii, bawełna zamie­niła się w ostrą tarkę.

– Warto też pamię­tać, że na Majorce wszystko jest zor­ga­ni­zo­wane dla wygody. Zadbane plaże, nad­mor­skie pro­me­nady, dogodne połą­cze­nia komu­ni­ka­cyjne, przed­się­bior­stwa wynaj­mu­jące rowery i sprzęt do nur­ko­wa­nia, szlaki tury­styczne i pola gol­fowe: wszystko w zasięgu ręki.

Tim jedzie wzdłuż morza, w stronę snu, przez mia­sto, mija opusz­czone budynki przy calle Martín Costa tuż za obwod­nicą przy Son Dameto. Okna zieją ciem­no­ścią i pustką, ale wciąż wycho­dzą na mia­sto, na wyspę i zatokę. Cie­kawe, co wła­ści­wie z nich widać oprócz wody, nieba i kamie­nia.

Na trzech tysią­cach sze­ściu­set czter­dzie­stu metrach kwa­dra­to­wych, które Tim dzieli z dwoma milio­nami ludzi, tego ranka więk­szość budzi się cał­kiem szczę­śliwa. Mają wpraw­dzie kaca, czują się zawie­dzeni, zmę­czeni, wci­skani w zie­mię przez oko­licz­no­ści i okru­cień­stwo, przez upły­wa­jący czas, ale wciąż żyją, bli­sko tego, co podobno jest trójcą szczę­ścia.

Słońce, morze, plaża.

Czy to Emme śpiewa o byciu milio­nerką i uno­sze­niu się w powie­trzu?

Nie zasy­piaj, Tim. Nie zasy­piaj.

Patrz, jak się kąpią, korzy­stają ze słońca, patrz na tych ludzi.

Nie osza­lej, tato, śpiewa dalej gło­sem Deb­bie Harry, nie postra­daj zmy­słów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Se mig falla

Copy­ri­ght © Mons Kal­len­toft 2019

Publi­shed by agre­ement with Ahlan­der Agency

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2020

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Nata­lia Koła­czek, 2020

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Elż­bieta Ban­del

Pro­jekt okładki: Niklas Lind­blad / Mysti­cal Gar­den Design

Zdję­cie na okładce: Eva Lind­blad, 1001bild.se

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne pol­skiej wer­sji okładki: Michał Paw­łow­ski / www.kre­ska­ikropka.pl

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Patrz, jak spa­dam, wyd. I, Poznań 2021)

ISBN 978-83-8188-741-0

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer