Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 1076

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Patrick Melrose - Edward St. Aubyn

Literacki majstersztyk nareszcie po polsku! Ten cykl powieści o życiu współczesnej brytyjskiej arystokracji przyniósł autorowi światową sławę.

Osobliwa saga rodzinna z elementami błyskotliwej satyry społecznej przynosi na przemian wstrząsający i zabawny portret angielskiej klasy wyższej z przełomu XX i XXI wieku, z której wywodzi się Edward St Aubyn. Przedstawiony tu świat jest pełen zbytku i ogromnej pustki, olśniewającego piękna i niewypowiedzianej ohydy, ujmującego wdzięku i skrywanych złych emocji. Rozgrywająca się w Londynie, Nowym Jorku i na Riwierze Francuskiej historia Patricka Melrose’a i jego relacji z despotycznym ojcem to fascynująca i świetnie skonstruowana przypowieść o bezbronności dzieci, ciężarze rodzicielstwa i koszmarze wspomnień, od których nie sposób się uwolnić.
Wydawane w latach 1992–2012 tytuły cyklu, które w polskiej edycji ukażą się w dwóch tomach, z czasem zapewniły autorowi miano jednego z najwybitniejszych współczesnych angielskich pisarzy, podziwianych przez kolegów po fachu za wyborne pióro, przenikliwość i odwagę. Powieści z cyklu Patrick Melrose wychwalali m.in.: Jonathan Franzen, Zadie Smith, Michael Chabon, Brett Easton Ellis, Edmund White, Alan Hollinghurst, Alice Sebold, David Nicholls i Francine Prose. Pełna czarnego humoru i ironii opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie w świecie przywilejów i bogactwa, a zarazem patologii, nadużyć i uzależnień, oferuje gęstą, filozoficzną refleksję. Natomiast wykwintny styl St Aubyna daje okazję do wyśmienitej literackiej uczty.

Tom zawiera 5 mini powieści:

Nic takiego, Złe wieści, Jakaś nadzieja, Mleko matki, W końcu


Edward St Aubyn (ur. w 1960 w Londynie) – brytyjski pisarz i dziennikarz. Jego ojciec był brytyjskim arystokratą, matka – spadkobierczynią fortuny amerykańskich przemysłowców z Cincinnati. St Aubyn studiował literaturę w Oksfordzie, w młodości był krótko żonaty z modelką i pisarką Nicolą Shulman, ma dwójkę dzieci. Napisał osiem powieści, z których pięć: Nic takiego, Złe wieści, Jakaś nadzieja, Mleko matki i W końcu, tworzy nagradzany i wychwalany przez krytyków cykl Patrick Melrose, inspirowany osobistymi doświadczeniami autora. Powieść Mleko matki znalazła się w finale konkursu Man Booker Prize 2006, a wielu czytelników widziało w Edwardzie St Aubynie faworyta do tej prestiżowej nagrody. W 2007 r. za tę powieść autor otrzymał Prix Femina Étranger. Obecnie trwają prace nad serialem telewizyjnym – każdy z pięciu odcinków oparty będzie na jednej z powieści cyklu. W rolę Patricka wcieli się Benedict Cumberbatch.

Opinie o ebooku Patrick Melrose - Edward St. Aubyn

Fragment ebooka Patrick Melrose - Edward St. Aubyn

Edward ‌St Aubyn

PATRICK MELROSE

przełożył ‌Łukasz ‌Witczak

Tytuł ‌oryginału: ‌Never Mind; Bad ‌News; ‌Some Hope; Mother’s ‌Milk; At Last

Copyright: Never ‌Mind © Edward ‌St ‌Aubyn, 1992; ‌Bad ‌News © Edward St ‌Aubyn, 1992; Some ‌Hope © Edward ‌St Aubyn, 1994; ‌Copyright: ‌Mother’s Milk © Edward St Aubyn, ‌2005; ‌At Last © Edward St Aubyn, ‌2011

Copyright © for the Polish ‌edition by Grupa ‌Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for ‌the Polish translation ‌by Łukasz ‌Witczak, MMXVII

Utwór ‌Innisfree, wyspa na ‌jeziorze Williama Butlera Yeatsa: ‌Copyright © for the Polish translation ‌by Leszek ‌Engelking, ‌MMXVII

Wstęp Zadie Smith: ‌Introduction ‌to The ‌Patrick Melrose Novels

Copyright © Zadie ‌Smith 2011

Reproduced by ‌permission of ‌the author ‌c/o Rogers,

Coleridge ‌& ‌White Ltd, 20 ‌Powis ‌Mews, London ‌W11 1JN, UK

Wydanie I ‌łączne

Warszawa MMXVIII

Wstęp

Istnieje ‌coś takiego jak ‌„książka na lato”. Do ‌czytania na plaży, ‌w hamaku ‌albo wśród ‌wysokiej trawy. Obiecuje przyjemność ‌i całkowite zanurzenie: jeżeli co ‌parę minut ‌kładziemy ją sobie na ‌piersi, ‌rozmyślając o obiedzie, ‌to raczej nie ‌mamy ‌do czynienia z książką na ‌lato. ‌Prawdziwa książka na ‌lato jest prawdziwsza niż ‌lato: człowiek porzuca przyjaciół ‌i bliskich, ‌zaszywa się ‌w pokoju, otacza moskitierą ‌i wraca – ‌w moim przypadku – do ‌perypetii Patricka ‌Melrose’a. Powieściowy pięcioksiąg ‌Edwarda St ‌Aubyna to w gruncie rzeczy ‌autobiograficzna ‌opowieść o Melrose’ach, złej ‌rodzinie z dobrym nazwiskiem. Zaniedbywany przez bogatą matkę alkoholiczkę Eleanor, gwałcony od piątego roku życia przez ojca arystokratę Davida, Patrick wyrasta na angielskiego dżentelmena, który (w zależności od tego, do której księgi zajrzymy) wstrzykuje sobie heroinę w luksusowych nowojorskich hotelach, nosi w kieszeni płaszcza Mit Syzyfa, opróżnia jednym haustem buteleczki whisky podczas spaceru z dziećmi po Królewskich Ogrodach Botanicznych i nawet w chwilach najgłębszej niedyspozycji recytuje fragmenty poezji angielskiej. Specjalnością St Aubyna jest zamykanie całej akcji w jednym dniu (z licznymi wycieczkami w przeszłość). Często w dniu jakiejś „towarzyskiej mordęgi”, czyli najkrócej mówiąc, koszmarnego przyjęcia z mnóstwem ludzi, których wolałoby się nie znać. Bohater z pasztecikiem w ręku, czekanie na uzupełnienie kieliszka, rozmyślania o samobójstwie w trakcie przemowy jakiegoś durnia na drugim końcu sali – motyw strasznego przyjęcia służył za źródło tragizmu wielu pokoleniom angielskich pisarzy. („Czerwone czy białe?” to według Kingsleya Amisa trzy najbardziej przygnębiające słowa w języku angielskim). W ostatniej części całego cyklu, zatytułowanej W końcu, jesteśmy wreszcie świadkami pogrzebu matki Patricka (na szczęście ojciec umarł znacznie wcześniej, bo już w drugiej księdze). Jest to scena dużo zabawniejsza, niż można by się spodziewać („Za progiem domu pogrzebowego wszystkie litery wyginały się po gotycku, jakby śmierć była niemieckim miasteczkiem”). Patrick osiągnął już wiek średni, ożenił się i rozwiódł, a niedawno zaliczył pobyt w słynnym brytyjskim szpitalu odwykowym Priory. Obawia się ponownego wpadnięcia w szpony nałogu. Z pogrzebem wiąże jednak duże nadzieje:

Teraz, gdy został sierotą, wszystko było w jak najlepszym porządku. Jak gdyby przez całe życie czekał na to poczucie pełni. Oliverowie Twistowie tego świata może i mieli łatwiej, od początku cieszyli się statusem, który on osiągnął po czterdziestu pięciu latach, ale względny komfort dorastania pod opieką Bumble’ów i Faginów, a nie Davida i Eleanor Melrose’ów, z pewnością nie sprzyjał hartowaniu charakteru.

Śmierć rodzica, heroina, gwałty w dzieciństwie, oziębłość emocjonalna, samobójstwo, alkoholizm – przerwijcie mi, kiedy to zacznie przypominać lekturę na lato. Żadne streszczenie fabuły nie przygotuje was na wyborny, zjadliwy humor tej prozy ani – co bardziej zaskakujące – na jej ciężar filozoficzny. Przez większą część swojej kariery pisarskiej (aż do 2006 roku, kiedy to Mleko matki znalazło się w finale Nagrody Bookera) St Aubyn nie docierał do szerokich rzesz czytelników, być może ze względu na pozorny rozdźwięk między stylem a treścią. Dowcipnie jak Wilde, lekko jak Wodehouse i kąśliwie jak Waugh, St Aubyn pisze wyrafinowanym stylem o istocie ludzkiej in extremis („duszony, upuszczany, zrodzony z gwałtu i dla gwałtu”), o sytuacjach znanych raczej czytelnikom Coopera czy Burroughsa.

Teraz cykl o Patricku Melrosie stał się nagle modny i łatwo w pierwszej chwili połączyć to z przetaczającą się obecnie przez Anglię wielką falą elitaryzmu: królewskie wesele, konserwatywny premier, wznowienia sztuk Terence’a Rattigana w National Theatre, Downton Abbey w telewizji. Ale to fałszywy trop. St Aubyn nie przychodzi chwalić klasy wyższej, tylko ją grzebać – choć nigdy do końca i nie bez pewnej czułości – używając tego samego ironicznego, nonszalanckiego tonu, w którym celują ludzie z owej sfery. („To najgorszy ze wszystkich nałogów – mówi Patrick. – Heroina to pikuś. Spróbuj odstawić ironię”). Patrząc na jego bohaterów, na ich niepohamowaną arogancję, można odnieść wrażenie, że St Aubyn miał ułatwione zadanie: nie tyle pisał, ile schodził im z drogi. Nie stoją z boku, czekając, aż jakiś wszechwiedzący narrator, zarobiony rzemieślnik słowa, raczy ich przedstawić. Sami chwytają za cugle, jakby chcieli powiedzieć: „Na litość boską, daj mi to. Widać, że nie masz o tym zielonego pojęcia”. Oto jak się zaczyna W końcu:

– Nie spodziewałeś się mnie? – spytał Nicholas Pratt, stawiając laseczkę na wykładzinie krematorium i obrzucając Patricka raczej bezcelowo wyzywającym spojrzeniem, który to nawyk, choć już nieprzydatny, zbyt mocno wszedł mu w krew, by się go pozbyć. – Ostatnio snuję się po stypach. W moim wieku to nieuniknione. Na pewno lepsze niż siedzenie w domu i chichotanie z ignoranckich pomyłek młodzieńców piszących nekrologi albo oddawanie się monotonnym rozrywkom, takim jak obliczanie dziennej normy zgonów rówieśników. Nie! Trzeba „opiewać życie”: w szkole puszczała się na potęgę; mówili, że miał udaną wojnę, ale ja wiem lepiej! – rozumiesz, nadawać sukcesom właściwą miarę. Chociaż nie zrozum mnie źle, wcale nie twierdzę, że to wszystko nie jest wzruszające. Człowiekowi w tych ostatnich dniach towarzyszą jakby narastające dźwięki orkiestry. No i, rzecz jasna, wielki strach. Drepcząc co dzień w tę i we w tę między szpitalem a domem pogrzebowym, myślę o tankowcach, które kiedyś raz na dwa tygodnie rozbijały się o skały, i o stadach ptaków umierających z posklejanymi skrzydłami, o ich mrugających zdziwionych żółtych oczach.

A niech mnie. Powiedzieć o St Aubynie, że ma ucho do dialogów, to trochę za mało. Ktoś zaprotestuje, że nie ma już na świecie ludzi, którzy mówią jak Nicholas Pratt, lecz wystarczy wstąpić w dowolny dzień tygodnia do Garrick Club, żeby spotkać co najmniej kilku takich jegomościów, rozpartych w fotelach z uszami, sączących poobiednią brandy. (Ale uwaga: nie róbcie tego, jeżeli nie jesteście członkiem klubu. Albo jeśli jesteście kobietą). Może to i bardzo wąska grupa, lecz nie takie już dawały początek dłuższym cyklom powieściowym (Proust!). Patrick zresztą wcale nie wynosi się ponad wyniosłą sferę, z której się wywodzi; przeciwnie, utożsamia się z nią, dostrzegając w sobie człowieka, który „próbował wymówić się od wszystkiego, co myślał i czuł”. St Aubyn demaskuje ten typ ludzi oraz ich bezustanną paplaninę, lecz tym, co wybrzmiewa najsilniej, jest obrona skromnego angielskiego zdania, jego zawiłości, jego humoru i finezji, a nade wszystko – kontroli. Bo choć opowieść o Patricku Melrosie może się pozornie wydawać opowieścią o nadmiarze, same książki są skonstruowane wokół idei językowej kontroli jako potężnej siły. W świecie St Aubyna kontrolę nad wydarzeniami ma ten, kto kontroluje sposób ich przedstawiania. Można to nazwać, za Lewisem Carrollem, efektem Humpty Dumpty’ego.

Pytanie, kto ma być panem1, niewątpliwie zaprząta Patricka, który rozprawia się ze swoją straszną rodziną za pomocą miażdżących diagnoz werbalnych. Kiedy podczas uroczystości zerka na „nieszczęśliwą ciotkę” Nancy, której nie podoba się, że na pogrzeb jej siostry przybyła garstka plebejuszy („Mamusia, dajmy na to, miała w całym życiu jeden wypadek samochodowy, ale nawet wtedy, wisząc do góry nogami w pogiętym wraku, wisiała w towarzystwie hiszpańskiej infantki”), jego wewnętrzny monolog doskonale ukazuje źródło problemu (i płytkę z kości słoniowej St Aubyna2):

Psychologiczny wpływ odziedziczonej fortuny, dzikie pragnienie, żeby się jej pozbyć, i dzikie pragnienie, żeby jej nie stracić; demoralizujący efekt posiadania tego, co prawie wszyscy inni ludzie przez całe życie z takim poświęceniem usiłują zdobyć; mniej lub bardziej skrywane poczucie wyższości, mniej lub bardziej skrywany wstyd z powodu bogactwa oraz charakterystyczne dla nich przebrania: ucieczka w filantropię, ucieczka w alkohol, maska ekscentryzmu, szukanie zbawienia w doskonałym guście; pokonani, leniwi i niepoważni oraz ich przeciwnicy, niosący sztandary, wszyscy żyjący w świecie tak gęsto skrzącym się od alternatyw, że praca i miłość prawie do niego nie przenikają.

Recenzowanie książek często wiąże się z cytowaniem, czyli przepisywaniem cudzych zdań. Zwykle jest to nużące zajęcie; w przypadku St Aubyna – to czysta przyjemność. Ach, te dwukropki, ta dyscyplina! Te rytmiczne, idealnie rozmieszczone przecinki, tworzące zdania dorodne i obfite, nieomal się przelewające, a jednocześnie solidne, niegrożące zawaleniem. Czytanie ich jest jak dotykanie pięknego kawałka brokatowej tkaniny. Ten bunt przeciwko purytańskiej zwięzłości amerykańskiego zdania (nie mówiąc o sztucznej naiwności angielskiego zdania stylizowanego na przekład z francuszczyzny) – doprawdy można przez chwilę poczuć przypływ patriotyzmu.

Te zdania to coś więcej niż dekoracje. Są ważne, bo stwarzają przestrzeń dla humoru: kiedy w każdym wierszu otwiera się tyle przegródek, można w nim zmieścić co najmniej dwa żarty i jeden dyskretny przytyk. Humor tych książek jest z gatunku najczarniejszych i nie oszczędza rodziców Patricka nawet po ich śmierci. W ostatniej części dowiadujemy się więcej o „ucieczce w filantropię” Eleanor, która chętnie dzieliła się swoim czasem i pieniędzmi najpierw z organizacjami pomagającymi dzieciom („Często zostawał sam z ojcem, bo matka jechała na zebranie fundacji Save the Children”), a później, pod koniec życia, z komuną newage’owych szarlatanów, którzy skwapliwie pozbawili ją domu w Saint-Nazaire (gdzie rozegrały się dziecięcy dramat i małżeńska katastrofa Patricka). Wszystko to – „bez wniknięcia ani na milimetr w oporną skałę samopoznania”. Jeżeli zaś czytelnicy poprzednich ksiąg mieli jakiekolwiek wątpliwości co do psychopatii Davida Melrose’a, to poniższa anegdota z czasów jego wypraw na safari daje nowy, przerażający wgląd w ten chory umysł: „Podszedł do mężczyzny zarażonego wścieklizną” – wijącego się w sieci na świnie, w której zostawili go towarzysze – „i strzelił mu z bliska w głowę. Potem wrócił do stołu, przy którym wszyscy zaniemówili, najspokojniej w świecie usiadł i rzekł: «Trzeba mieć litość». Słowo powoli rozeszło się wokół stołu: «Trzeba mieć litość»”. W tej opowieści coś się krystalizuje: widzimy, że opowiadanie może być formą tyranii; i że Anglicy – przez grzeczność, szacunek dla hierarchii klasowej albo zwyczajnie ze strachu – zbyt często bronią narracji najmniej prawdziwej, a najbardziej okrutnej.

Pytanie o to, czym jest prawda – czyja wersja wydarzeń powinna zatriumfować – najpierw postawione żartobliwie, szybko przeradza się w dyskusję o naturze świadomości. Katalizatorem tego przejścia jest Erazm Price, znany myśliciel goszczący na pogrzebie Eleanor i autor książki Głową w mur. Osiągnięcia filozofii świadomości. Była żona Patricka Mary (która także zjawia się na pogrzebie) miała kiedyś romans z Erazmem; Patrick uzmysłowił to sobie, dopiero gdy pewnego wieczora zobaczył jego książkę obok łóżka:

– Niemożliwe, żebyś czytała tę książkę, nie mając romansu z autorem – zgadł, patrząc zza przymkniętych powiek.

– Wierz mi, że nawet wtedy nie da się jej czytać.

To odkrycie wpędza Patricka z powrotem w nałóg; nastaje dla niego ciężki okres, w którym „wynurzał się ze swojej zaciemnionej kawalerki tylko po to, by pouczać albo przepytywać [Mary] w zakresie studiów nad świadomością”:

– Kto nas uwolni od luki eksplanacyjnej? – wołał niczym Henryk II domagający się, aby ktoś zgładził kłopotliwego księdza. – I czy ta luka to jedynie wytwór naszego opacznego dyskursu? Czy rzeczywistość jest konsensualną halucynacją? – parł jak taran. – A załamanie nerwowe – sprzeciwem wobec konsensu? Śmiało, nie wstydź się, powiedz mi, co myślisz.

– A może pójdziesz do siebie i tam stracisz przytomność? Nie chcę, żeby dzieci oglądały cię w tym stanie.

– W jakim stanie? W stanie dociekania filozoficznego?

Czy mózg i umysł to jedno i to samo? Co jest materią świadomości? Czy „osoba” to po prostu suma wszystkich anegdot, jakie świadomość opowiada na swój temat? Trudno się dziwić, że Patrick tęskni za czymś, co Mary nazywa „przekonującą i praktyczną teorią świadomości”: kiedy człowiek bierze leki na nieszczęście, całą nadzieję pokłada w „luce eksplanacyjnej”, licząc, że terapia mózgu uzdrowi umysł.

Problem w tym, że Patrick nie doświadcza rzeczywistości jako spójna osoba wyposażona w jeden umysł; jego życie jest czymś nieokreślonym, prawie bezkształtnym:

Życie towarzyskie miało tendencję do zderzania go z jego fundamentalnym sprzeciwem wobec twierdzenia, iż indywidualną tożsamość określa się poprzez układanie doświadczeń w coraz bardziej spójną i uporządkowaną opowieść. On znajdował autentyzm nie w narracji, ale w refleksji. Presja, by przedstawiać swoją przeszłość w formie anegdoty albo kreślić obraz przyszłości za pomocą żarliwych ambicji, sprawiała, że czuł się niezręcznie i fałszywie. (…) Jego prawdziwe ja było uważnym odbiorcą różnorodnych i zmiennych impresji, które nie mogły, same w sobie, wzmocnić ani osłabić jego tożsamości.

Powieściowy cykl St Aubyna wyraża ten fundamentalny sprzeciw. Żadna postać, włącznie z samym Patrickiem, nie jest uprzywilejowana; St Aubyn ignoruje wyraźne podziały na postaci główne i epizodyczne, bez przerwy zaglądając wszystkim do głowy. To, co tam znajduje, nie jest piękne: to brudny strumień pragnień, mylnych wrażeń, stanowczych opinii, usprawiedliwień i samookłamywania. Strukturalnie rzecz biorąc, jest to idealny materiał komediowy, niepozbawiony jednak ciężaru, gdyż centralne pytanie w powieści komicznej – „Skąd mam wiedzieć, czy nie jestem śmieszny?” – jest blisko związane z centralnym pytaniem filozofii świadomości: „Skąd mam wiedzieć, co jest prawdziwe?”. Na stypie niejaka Fleur, zbzikowana znajoma matki, którą Patrick pamięta ze szpitala odwykowego, wypytuje innych gości, czy próbowali antydepresantu, który jej przepisano. Wreszcie staje przed Erazmem:

– Znasz amitryptylinę?

– Nigdy o niej nie słyszałem – odparł Erazm. – Co napisała?

Fleur zrozumiała, że Erazm ma pomieszane w głowie dużo bardziej, niż sądziła.

Patrick wie, że Fleur jest obłąkana, my też to wiemy, a Erazm za chwilę się domyśli – ale czy Fleur wie? Gdybyśmy znali tylko jej wersję wydarzeń, uznalibyśmy, że tak było „naprawdę”. Co byłoby niedorzecznością – bo kto przy zdrowych zmysłach zaufałby relacji Fleur? A przecież taki pojedynczy, ograniczony, zawodny dostęp do rzeczywistości jest udziałem każdego człowieka.

Najbardziej błyskotliwe zdanie w tej książce w ogóle nie jest dowcipne, tylko boleśnie przenikliwe: „Od dawna myślał o [swojej relacji z matką] jak o czynniku warunkującym jego osobowość, a nie jak o transakcji z drugim człowiekiem”. Patrick jest skrajnym przypadkiem, ale dla wszystkich ludzi uwięzionych w przewidywalnych i trujących związkach z „bliskimi” pytania, które stawia W końcu, są całkiem poważne. Kiedy Patrick odrzuca propozycję Mary, by zjadł kolację z nią i dziećmi, jego syn Thomas mówi: „Powinieneś zmienić zdanie, bo po to ono jest!”. Ale czy zmiana zdania jest w ogóle możliwa?3 Czy można być wolnym? Patrickowi, którym tak długo kierowały siły będące, jak się zdaje, poza jego kontrolą – trauma, osobowość, chemia mózgu – idea „wolnego życia” (voluntary life) wydaje się „ekstrawagancka”: „Jak by to było zachowywać się spontanicznie, mieć bezwarunkowe reakcje na różne rzeczy – na wszystko?”.

I wreszcie końcówka całego cyklu: „Sięgnął po telefon i wybrał numer Mary. Postanowił zmienić zdanie. W końcu, jak powiedział Thomas, po to ono jest”. Również tutaj wyczuwa się emocjonalny imperatyw, który znaczy dla autora więcej niż prześciganie się w złośliwościach z Evelynem Waugh. (Nicholas: „Może [David] nie był idealnym rodzicem, ale musisz przyznać, że do końca nie stracił poczucia humoru”. Patrick: „Dostrzegał humor tam, gdzie go nie było. To nie jest poczucie humoru, tylko rodzaj okrucieństwa”). Patrzę na ten dziecięcy frazes w błyskotliwej dorosłej książce i robi mi się miękko na myśl, że St Aubyn – który przyznał, że dzięki swoim dzieciom nareszcie zaznał w życiu trochę szczęścia – umieścił go tam niczym pieczęć na liście miłosnym.

Mimo powszechnej w jego sferach pogardy dla psychiatrii (po pogrzebie Nicholas, umierając na zawał, wygłasza diatrybę, w której oskarża psychologów o „zatruwanie ludzkiej wyobraźni małymi dziećmi o morderczych i kazirodczych instynktach”) i mimo własnego pancerza ironii Patrick zdaje się czerpać prawdziwą siłę z terapii i odwyku, powtarza nawet – ku własnemu zdumieniu – formułki z Priory, od których Nicholas dostałby piany na ustach („Żywić urazę to jak wypić truciznę i liczyć na to, że umrze ktoś inny”). To już nie jest cytujący Becketta heroinista „zatopiony w myślach i marzący, żeby się to już skończyło”4. Podobnie jak Krapp, nowy Patrick Melrose to ktoś, kto nie potrzebuje ani nawet nie próbuje być kimś. Słowa go zawodzą, ale to nic złego. Mało co wyraża tę niewyrażalność tak dobrze jak sześciowersowe arcydzieło Williama Empsona. Patrick przypomina sobie ten wiersz w taksówce, będąc o krok od nawrotu.

– Z powrotem do Priory? – spytał kierowca, teraz już mniej wyrozumiały dla swojego pasażera.

On nie chce wiedzieć o tych z nas, którzy muszą wrócić, pomyślał Patrick. Zamknął oczy i wyciągnął się na tylnym siedzeniu.

– Mowa by mówiła coraz to ukosem... coś tam, coś tam... Nie chcesz wariatkowa i tego wszystkiego. – Tego wszystkiego. The whole thing there. Cudowna niewymowność tej frazy, która groźnie się rozciąga, by zaraz gwałtownie i ostensywnie się skurczyć.

Elipsę zastosowałoby wielu autorów, ale tylko St Aubyn mógł z taką skromnością i rozmysłem przekręcić jeden wers5. W powieściach słowa często „przychodzą do głowy”, zwykle jednak w nieskazitelnej formie, która zadaje kłam prawdziwej świadomości. U St Aubyna dom wariatów zawsze jest blisko.

Zadie Smith

2011

Nic takiego

1

O wpół do ósmej rano, niosąc wyprasowane zeszłego wieczoru pranie, Yvette szła skrajem podjazdu w stronę domu. Sandał, w którym urwał się pasek, cicho plaskał i musiała zaciskać palce stopy, żeby nie spadł, stąpała więc niezgrabnie po zrytej, kamienistej ziemi. Za murkiem, poniżej rosnących rzędem wzdłuż podjazdu cyprysów, spostrzegła w ogrodzie doktora.

Stał w niebieskim szlafroku i ciemnych okularach, mimo że wrześniowe słońce nie wychyliło się jeszcze zza wapiennej góry, i kierował silny strumień wody z węża, trzymanego w lewej ręce, na kolumnę mrówek maszerujących po żwirze u jego stóp. Metodę miał ustaloną: tym, które ocalały, pozwalał gramolić się na mokre kamyki, odzyskać na chwilę godność, po czym znów chłostał je wodą. Wolną ręką wyjął papierosa z ust, dym przesączał się przez siwo-brązowe kędziory zakrywające wydatne kości jego czoła. Po chwili zwęził strumień kciukiem, by skuteczniej rozprawić się z samotną mrówką, na którą śmiertelnie się zawziął.

Yvette musiała jeszcze tylko minąć figowiec, żeby wślizgnąć się do domu niezauważona przez doktora Melrose’a. Miał on jednak w zwyczaju podnosić wzrok w ostatniej chwili, kiedy zdawało się jej, że drzewo już ją zasłania. Wczoraj rozmawiał z nią wystarczająco długo, by ręce jej ścierpły, ale nie na tyle, aby upuściła bieliznę. Szacował takie rzeczy z bezbłędną precyzją. Najpierw – z przesadnym respektem dla jej znajomości Prowansji – zagadnął ją o mistral. Kiedy w końcu łaskawie spytał o syna pracującego w stoczni, ból dawno już rozlał się na barki i zaczynał atakować szyję. Lecz Yvette postanowiła, że nie da mu satysfakcji, bez mrugnięcia przyjęła nawet pytanie o problemy męża z kręgosłupem – doktor Melrose chciał wiedzieć, czy przeszkodzą mu one w jeździe traktorem w czasie żniw. Dziś nie zawołał do niej „Bonjour, chère Yvette”, co było wstępem do tych pełnych troski porannych rozmówek; schylając głowę, weszła pod niskie gałęzie figowca i zniknęła w drzwiach.

Château, bo tak Yvette nazywała to, co Melrose’owie nazywali domem na wsi, stał na zboczu, tak że podjazd znajdował się na wysokości górnego piętra. Od strony salonu schodziło się po szerokich schodach na taras.

Po drugiej stronie domu inne schody zbiegały wzdłuż ściany do kapliczki, w której trzymano kubły na śmieci. Zimą woda spływała tu, bulgocząc, od sadzawki do sadzawki, lecz o tej porze roku kanał obok figowca milczał, zapchany pękniętymi i rozgniecionymi figami, które plamiły ziemię sokiem.

Yvette weszła do wysokiego, ciemnego pomieszczenia i odłożyła pranie. Włączyła światło i zaczęła oddzielać ręczniki od pościeli, a pościel od obrusów. Stało tu dziesięć wysokich szaf wypełnionych od dołu do góry schludnie poskładaną i dawno przez nikogo nieużywaną bielizną. Yvette otwierała je czasem, żeby podziwiać tę chronioną kolekcję. Niektóre obrusy ozdobiono wieńcami laurowymi i kiśćmi winogron, haftowanymi w taki sposób, że widać je było tylko pod pewnym kątem. Przesuwała palcem po monogramach wyszytych na gładkiej bieli prześcieradeł, po opasanych koroną literach „V” w rogach serwetek. Lubiła zwłaszcza jednorożca stojącego nad wstęgą z napisem w obcym języku, lecz również tych poszewek – będących jednymi z najstarszych – w ogóle nie używano. Pani Melrose kazała jej w kółko używać pospolitej bielizny z mniejszej szafy koło drzwi.

Eleanor Melrose wyszła z kuchni i dziarskim krokiem pokonała niskie stopnie prowadzące na podjazd. Gdyby szła wolniej, mogłaby się zachwiać, zatrzymać i usiąść z rezygnacją na murku przy schodach. Przekornie poddawała się mdłościom, nie próbowała ich uśmierzyć jedzeniem, a nawet je pogorszyła, wypalając papierosa. Umyła zęby po wymiotach, lecz wciąż miała w ustach posmak żółci. Umyła je również przed wymiotami, bo nie umiała zabić w sobie wrodzonego optymizmu. Od początku września poranki były chłodniejsze, w powietrzu czuło się jesień, lecz nie robiło to różnicy Eleanor, która i tak pociła się pod grubymi warstwami pudru na czole. Przy każdym kroku podpierała się dłońmi o kolana, patrząc przez wielkie ciemne okulary na białe płócienne buty na swoich bladych stopach, na przywierające do nóg ciemnoróżowe spodnie z surowego jedwabiu, podobne do dwóch ostrych papryczek.

Wyobraziła sobie lód w szklance zalewany wódką, zmrożone kostki klarujące się i trzaskające niczym kręgosłup w stanowczych rękach osteopaty. Lepkie, stłoczone, żałośnie pobrzękujące kostki lodu, oszronione szkło – i smak zimnej, oleistej wódki w ustach.

Na lewo od schodów podjazd wspinał się ostro ku placykowi, na którym pod rozłożystą pinią zaparkowany był jej rudobrązowy buick. Długi, z białymi pasami na oponach, wyglądał idiotycznie na tle tarasowych winnic i gajów oliwnych, lecz dla Eleanor jej samochód był jak konsulat w obcym mieście i szła w jego stronę śpiesznym krokiem okradzionego turysty.

Maska była upstrzona zastygłymi kroplami przezroczystej żywicy. Jedna z takich plamek, razem z tkwiącą w niej martwą sosnową igłą, przywarła u dołu przedniej szyby. Eleanor próbowała ją oderwać, ale udało jej się tylko usmarować szybę i polepić sobie palce. Choć bardzo chciała już wsiąść do samochodu, obsesyjnie skrobała dalej, brudząc sobie paznokcie. Uwielbiała swojego buicka, dlatego że David nigdy nim nie jeździł, nawet jako pasażer. Dom i ziemia należały do niej, opłacała służbę i alkohole, ale tylko ten samochód był naprawdę jej.

Gdy dwanaście lat temu poznała Davida, zafascynował ją jego wygląd. Mina, z jaką mężczyźni stojący w chłodnym angielskim salonie mają w zwyczaju spoglądać na swoje włości, twardniała od pięciu wieków, a na twarzy Davida osiągnęła doskonałość. Eleanor nigdy nie mogła do końca pojąć, dlaczego według Anglików przebywanie długo w jednym miejscu połączone z nicnierobieniem stanowi powód do wielkiej dumy, ale David utwierdził ją w przekonaniu, że tak właśnie uważają. Poza tym wywodził się od Karola II, przez prostytutkę. „Na twoim miejscu bym się nie chwaliła” – zażartowała, gdy usłyszała o tym po raz pierwszy. Zamiast się uśmiechnąć, odwrócił się do niej profilem w sposób, który później znienawidziła, wysuwając dolną wargę i patrząc takim wzrokiem, jakby wyświadczał jej wielką łaskę, nie mówiąc czegoś miażdżącego.

Był czas, że imponowały jej okoliczności, w jakich został lekarzem. Kiedy powiadomił o swoim zamiarze ojca, generał Melrose natychmiast cofnął mu rentę, wolał bowiem przeznaczyć te pieniądze na hodowlę bażantów. Strzelanie do ludzi i zwierząt – oto zajęcia godne dżentelmena; opatrywanie ich ran należało zostawić konowałom z klasy średniej. Taki pogląd wyznawał generał i był to pogląd, który pozwolił mu strzelać jeszcze więcej i częściej. Traktowanie syna zimno przychodziło mu bez trudu. Pierwszy raz zainteresował się jego losem, gdy David opuścił mury Eton; ojciec zapytał go wtedy, co zamierza. „Obawiam się, że nie wiem, proszę ojca” – wyjąkał w odpowiedzi, nie mając odwagi przyznać, że chce komponować muzykę. Generał, który zorientował się już wcześniej, że jego syn trwoni czas na fortepian, słusznie uznał, że służba wojskowa wyleczy go z takich niewieścich odruchów. „Lepiej wstąp do armii” – rzekł, ze sztuczną poufałością częstując syna cygarem.

A jednak David wydał się Eleanor całkiem różny od plemienia drobnych angielskich snobów i dalekich krewnych, którzy zawsze byli gdzieś w pobliżu, zawsze przygotowani na jakieś nagłe wypadki albo wspólny weekend, przepełnieni wspomnieniami, które nie były ich, wspomnieniami o tym, jak żyli ich dziadkowie, choć tamci wcale tak nie żyli. Kiedy poznała Davida, zdawało się jej, że to pierwsza osoba, która naprawdę ją rozumie. Teraz był ostatnim człowiekiem, u którego szukałaby zrozumienia. Trudno było wyjaśnić tę zmianę, starała się odpychać od siebie myśl, że czekał tylko na jej pieniądze, aby móc sfinansować swoje fantazje o takim życiu, jakie w jego mniemaniu mu się należało. A może było odwrotnie, to jej pieniądze go zepsuły. Wkrótce po ślubie zamknął swój gabinet lekarski. Przez chwilę była mowa o założeniu domu dla alkoholików finansowanego z jej środków. W pewnym sensie im się udało.

Eleanor przypomniała sobie, że może w każdej chwili wpaść na Davida. Oderwała się od żywicy na szybie, wgramoliła do samochodu, wykręciła nieporęcznym buickiem i minąwszy schody, zjechała pylistym podjazdem w dół, zatrzymując się dopiero w połowie zbocza. Postanowiła odebrać Anne od Victora Eisena wcześnie, żeby nie śpieszyć się na lotnisko, najpierw jednak musiała się doprowadzić do normalnego stanu. Pod fotelem kierowcy leżała zawinięta w poduszkę mała butelka koniaku Bisquit. W torebce Eleanor trzymała żółte tabletki, którymi się pobudzała, i białe, które łagodziły strach i niepokój towarzyszące pobudzeniu. Mając przed sobą długą jazdę samochodem, wzięła cztery żółte zamiast dwóch, po czym, obawiając się, że podwójna dawka wytrąci ją z równowagi, łyknęła dwie białe, popijając połową koniaku. Wstrząsnęła się gwałtownie, lecz po chwili, jeszcze zanim alkohol trafił do krwiobiegu, coś w niej zaskoczyło i ogarnęła ją fala ciepła i ulgi.

Zagłębiła się w fotelu, bo dotychczas siedziała na brzegu, i pierwszy raz tego dnia poznała siebie w lusterku. Umościła się w swoim ciele jak lunatyk kładący się do łóżka po niebezpiecznej eskapadzie. Za szczelnie zamkniętymi oknami mignęły bezgłośnie wylatujące spomiędzy winorośli czarno-białe sroki; igły sosen odcinały się ostro na tle bladego nieba, z którego wiejący przez dwa dni wiatr przepędził chmury. Eleanor ponownie włączyła silnik i ruszyła, machinalnie prowadząc samochód po stromych i wąskich drogach.

David Melrose, znudzony topieniem mrówek, przerwał podlewanie ogrodu. Ta rozrywka, gdy choć trochę się zdekoncentrował, napawała go rozpaczą. Zawsze było jakieś inne gniazdo, cały taras gniazd. „Mrówki” wymawiał jak „ciotki”6, a jego żądza mordu wzmagała się na myśl o siedmiu wyniosłych siostrach matki, tych przemądrzałych, samolubnych kobietach, przed którymi jako dziecko popisywał się talentem do gry na fortepianie.

Rzucając wąż na ścieżkę wysypaną żwirem, myślał o tym, jak bezużyteczna stała się dla niego Eleanor. Zbyt długo była zesztywniała ze strachu. To było jak próby palpacyjnego zbadania powiększonej wątroby, kiedy pacjent już wie, że takie badanie jest bolesne. Rzadko kiedy udawało mu się ją przekonać, żeby się odprężyła.

Przypomniał sobie pewien wieczór sprzed dwunastu lat, kiedy zaprosił ją do swojego mieszkania na kolację. Jaka była wtedy ufna! Choć wcześniej przespali się ze sobą, wciąż zachowywała się nieśmiało. Miała na sobie dość workowatą białą sukienkę w czarne kropy. Dzięki prostym blond włosom nie wyglądała na swoje dwadzieścia osiem lat. Wydała mu się ładna z tym swoim trochę zdziwionym, trochę zmęczonym spojrzeniem, ale najbardziej podniecała go jej nerwowość, milcząca desperacja kobiety, która pragnie się zaangażować w coś ważnego, ale nie wie, co by to mogło być.

Przyrządził wtedy marokańskie danie: gołębia faszerowanego migdałami. Podał go jej na ryżu z szafranem, zaraz jednak cofnął talerz.

– Zrobisz coś dla mnie? – spytał.

– Oczywiście. Co takiego?

Postawił talerz na podłodze za jej krzesłem.

– Zjadłabyś to, nie używając sztućców ani rąk, prosto z talerza?

– To znaczy jak pies?

– Jak dziewczyna udająca psa.

– Ale dlaczego?

– Bo cię o to proszę.

Sprawiała mu przyjemność ta ryzykowna gra. Eleanor mogła odmówić i sobie pójść. Ale jeśli zostanie i spełni jego prośbę, będzie miał ją w garści. Ciekawe, że ani jemu, ani jej nie przyszło do głowy, żeby się roześmiać.

Uległość, nawet w tak absurdalnej sytuacji, stanowiła dla Eleanor wielką pokusę. Oto mogła poświęcić rzeczy, w które nie chciała wierzyć – dobre maniery, godność, dumę – dla czegoś, w co wierzyć chciała: tym czymś był duch poświęcenia. Jałowość tego gestu, to, że nikomu nie pomoże, czyniły go w jej oczach jeszcze czystszym. Uklękła na wytartym perskim dywanie, kładąc rozwarte dłonie po obu stronach talerza. Rozsuwając łokcie, opuściła głowę i chwyciła zębami kawałek gołębia. Poczuła napięcie w dole pleców.

Usiadła z dłońmi na kolanach i milcząco przeżuwała. Gołąb smakował dziwnie. Podniosła nieco wzrok i zobaczyła buty Davida, jeden na dywanie, zwrócony do niej czubkiem, drugi zawieszony w powietrzu blisko niej. Gdy dotarła spojrzeniem na wysokość kolan jego skrzyżowanych nóg, znów się pochyliła i zabrała do jedzenia, tym razem łapczywiej, rozgrzebując kopczyk ryżu w poszukiwaniu migdałów, potrząsając lekko głową, by oderwać mięso od kości. Kiedy w końcu spojrzała mu w oczy, miała sos na policzku i ziarenka ryżu na ustach i nosie. Po zdziwieniu na jej twarzy nie było ani śladu.

David przez kilka chwil uwielbiał ją za to, że zrobiła, co jej kazał. Wysunął stopę i delikatnie przesunął krawędzią buta po jej policzku. Był całkowicie urzeczony zaufaniem, jakie mu okazała, lecz nie wiedział, co z nim począć, osiągnął już bowiem swój cel: dowiódł, że potrafi nakłonić ją do uległości.

Nazajutrz opowiedział wszystko Nicholasowi Prattowi. Był to jeden z tych dni, kiedy kazał swojej sekretarce mówić, że jest zajęty, i pił w klubie, z dala od gorączkującej dziatwy i kobiet, które udawały, że ich kac to migrena. Lubił pić pod niebiesko--złotym sufitem porannego salonu, gdzie długo rozchodziły się fale wzbudzone przejściem ważnych osób. Nudni i rozpustni anonimowi członkowie czuli się podniesieni atmosferą władzy; tak małe łódki podskakują na cumach, gdy z przystani wypływa duży jacht.

– Dlaczego to zrobiłeś? – spytał Nicholas, wahając się między rozbawieniem a wstrętem.

– Trudno z nią ciekawie porozmawiać, nie uważasz? – odparł David.

Nicholas milczał. Czuł, że zmusza się go do udziału w zmowie, tak jak Eleanor zmuszono do jedzenia.

– Czy kiedy była na czworakach, rozmawiało się wam ciekawiej? – zapytał w końcu.

– Nie jestem cudotwórcą – odrzekł David. – Skoro nie mogłem sprawić, że będzie zabawna, przynajmniej sprawiłem, że była cicho. Bałem się kolejnej rozmowy o bolączkach ludzi bogatych. Ja nie mam o nich pojęcia, a ona nie ma pojęcia o niczym innym.

Nicholas cicho się zaśmiał, a David obnażył zęby. Cokolwiek mówić o jego zmarnowanych talentach, pomyślał Nicholas, uśmiechanie się nigdy mu nie wychodziło.

David wszedł z ogrodu na taras prawą stroną podwójnych schodów. Mimo sześćdziesięciu lat włosy wciąż miał gęste i trochę niesforne. Jego twarz była zdumiewająco przystojna. Doskonałość stanowiła jedyny jej mankament; była jak model twarzy, sprawiała wrażenie niezamieszkanej, jak gdyby to, w jaki sposób jej właściciel żył, nie zdołało się w żaden sposób odcisnąć na jej idealnych rysach. Ludzie, którzy dobrze znali Davida, wypatrywali na niej oznak starości, lecz jego maska z każdym rokiem była coraz szlachetniejsza. Zza ciemnych okularów, nieraz w ogóle nie poruszając szyją, przesuwał wzrokiem po ludziach, szukając oznak słabości. Diagnozowanie było najbardziej podniecającą ze wszystkich umiejętności, które posiadł jako lekarz; gdy już postawił diagnozę, często tracił zainteresowane pacjentami, chyba że w ich cierpieniu było coś intrygującego. Kiedy nie miał ciemnych okularów, jego spojrzenie przybierało obojętny wyraz, dopóki nie dostrzegł w drugiej osobie miękkiego punktu. Wtedy twardniało niczym naprężony mięsień.

Przystanął na szczycie schodów. Wypalone cygaro rzucił za murek, między winorośle. Na wprost niego bluszcz pokrywający południową ścianę domu już czerwieniał. Zachwycał go ten kolor. Był jak buńczuczny gest w stronę śmierci, jak człowiek plujący w twarz oprawcy. Widział, jak Eleanor w pośpiechu odjeżdża swoim śmiesznym samochodem. Widział też, jak Yvette próbuje niepostrzeżenie wślizgnąć się do domu. Wcale im się nie dziwił.

Rozumiał, że aby okrucieństwo wobec Eleanor odnosiło skutek, co pewien czas powinien dla odmiany okazywać jej troskę i długo ją przepraszać za swoje destrukcyjne usposobienie. Zaniechał jednak tych wariacji, ponieważ jego rozczarowanie nią nie miało granic. Wiedział, że Eleanor nie pomoże mu rozwiązać supła niewyrażalności, który w sobie nosił. Czuł, że zaciska się on coraz mocniej, jakby miał go prędzej lub później udusić, i ta świadomość kładła się cieniem na każdej jego chwili.

To niedorzeczne, ale przez całe lato prześladowało go wspomnienie niemego kaleki z lotniska w Atenach. Mężczyzna usiłował sprzedawać malutkie torebki pistacji czekającym pasażerom, rzucając im na kolana drukowane ulotki; poruszał się z mozołem, na roztrzęsionych nogach, oczy wywracały mu się ku górze, głowa kiwała na boki. Na widok jego bezgłośnych grymasów, jak u ryby duszącej się na brzegu rzeki, David za każdym razem doznawał lekkiego zawrotu głowy.

Wsłuchany w szelest swoich żółtych pantofli, pokonał ostatnie schody, łączące taras z drzwiami salonu. Yvette nie zdążyła jeszcze rozsunąć zasłon, dzięki czemu nie musiał ich z powrotem zaciągać. W półmroku salon wydawał się bardziej drogocenny. Purpurowe, bogato złocone krzesło, które amerykańska babka Eleanor wydarła starej weneckiej rodzinie podczas jednego ze swoich kolekcjonerskich najazdów na Europę, lśniło pod ścianą w głębi pokoju. Myślał z przyjemnością o tamtym skandalu, a wiedząc, że krzesło powinno się znajdować pod troskliwą opieką muzealników, lubił siadać na nim rozmyślnie przy każdej okazji. Czasem, kiedy był sam, siadał na brzegu krzesła Doży, bo tak je nazywano, pochylony do przodu, z prawą ręką na misternie rzeźbionej poręczy, w pozie, jaką pamiętał z Ilustrowanej historii Anglii, którą rozdawano w jego prywatnej szkole podstawowej. Obrazek przedstawiał mocno rozgniewanego Henryka V, któremu zuchwały król Francji przysłał w darze piłki tenisowe.

Davida otaczały zdobycze matriarchalnej amerykańskiej rodziny Eleanor. Na ścianach wisiały gęsto rysunki autorstwa Guardiego i Tiepola, Piazzetty i Novellego. Osiemnastowieczny francuski parawan, ozdobiony gąszczem szarobrązowych małp i różowych róż, dzielił podłużny pokój na pół. Wystawała zza niego, gdy patrzyło się z miejsca, w którym stał David, czarna chińska komoda, zastawiona równymi szeregami butelek, w środku wypełniona żelaznym zapasem. Nalewając sobie drinka, David pomyślał o nieżyjącym teściu, Dudleyu Craigu, uroczym szkockim pijaku, którego matka Eleanor, Mary, pogoniła, gdy zrobił się zbyt drogi w utrzymaniu.

Po Dudleyu Craigu Mary wyszła za Jeana de Valençay; uznała, że skoro już ma utrzymywać mężczyznę, niech to przynajmniej będzie książę. Eleanor wychowywała się w kilku domach, w których każdy przedmiot wyglądał tak, jakby należał dawniej do jakiegoś króla lub cesarza. Były to wspaniałe rezydencje, lecz goście opuszczali je z ulgą, świadomi tego, że w oczach księżnej nie są godni krzeseł, na których siedzieli.

David podszedł do wysokiego okna w drugim końcu pokoju, które jako jedyne było odsłonięte. Roztaczał się z niego widok na pobliską górę. David nieraz wpatrywał się w miejsca, gdzie wapienna skała wychodziła spod ziemi, naga i poszarpana. Wyglądało to jak rzucone na ciemne zbocze modele ludzkiego mózgu, a czasem jak jeden mózg, wyłażący z licznych nacięć. Usiadł teraz na sofie przy oknie i patrzył przez szybę, próbując wykrzesać z siebie pierwotny podziw.

2

Patrick szedł w kierunku studni. Szarym plastikowym mieczem o złotej rękojeści siekł różowe kwiaty waleriany wyrastającej ze ściany tarasu. Gdy na którejś z łodyg kopru dostrzegał ślimaka, strącał go, przesuwając mieczem w dół rośliny. Kiedy zabijał ślimaka, musiał nadepnąć na niego bardzo szybko i od razu uciekać, bo rozdeptany ślimak był oślizgły jak smarki. Potem wracał, żeby przyjrzeć się kawałkom brązowej skorupy w szarej galarecie, i żałował tego, co zrobił. Deptanie ślimaków po deszczu było nie fair, bo one wtedy wychodziły się bawić, kąpały się w kałużach i wyciągały rogi. Kiedy dotykał ich rogów, cofały się prędko i jego ręka też się cofała. Dla ślimaków był jak dorosły.

Pewnego dnia, choć wcale nie zamierzał tam iść, znalazł się niespodziewanie koło studni. Stwierdził, że droga, którą odkrył, jest sekretną drogą na skróty, i od tamtej pory zawsze nią chodził, kiedy był sam. Szedł tarasem, na którym rosły drzewa oliwne, a wczoraj, kiedy wiał wiatr, liście co chwila zmieniały kolor, z zielonego na szary, z szarego na zielony, jak wtedy, kiedy przesuwał palcami po aksamicie i aksamit najpierw robił się jasny, a potem znów ciemny.

Pokazał swój tajny skrót Andrew Bunnillowi, a Andrew powiedział, że tędy jest dłużej, a nie krócej, a wtedy on powiedział, że wrzuci go do studni. Andrew był słaby i się popłakał. Kiedy Andrew miał wracać do Londynu, Patrick powiedział, że wyrzuci go z samolotu przez okno. Chlip, chlip, chlip. Patrick nawet z nim nie leciał, ale powiedział, że schowa się pod podłogą i zobaczy plamę pod jego fotelem. Niania Andrew powiedziała, że Patrick brzydko się zachowuje, na co Patrick odpowiedział, że to dlatego, że Andrew jest takim cieniasem.

Niania Patricka umarła. Znajoma jego mamy powiedziała, że poszła do nieba, ale Patrick wszystko widział i dobrze wiedział, jak było naprawdę: wsadzili ją do drewnianej skrzyni i zakopali. Niebo było w przeciwnym kierunku, więc ta kobieta musiała kłamać, chyba że to było jak wysyłanie paczki. Jego mama bardzo płakała, kiedy zamknęli nianię w skrzynce, mówiła, że to dlatego, że myśli o swojej niani. Ale to bez sensu, bo jej niania żyła, trzeba ją było nawet odwiedzać pociągiem i można było wtedy umrzeć z nudów. Zawsze było u niej obrzydliwe ciasto, miało odrobinkę dżemu pośrodku, a po bokach tysiąc mil piany. Zawsze mówiła: „Wiem, że takie lubisz”, a to była nieprawda, bo poprzednim razem powiedział jej, że takiego nie lubi. Nazywała to ciasto „piaskowe”, więc Patrick spytał, czy jest z piasku, a niania jego mamy śmiała się i śmiała, a potem ściskała go chyba z godzinę. To było obrzydliwe, bo przyciskała policzek do jego twarzy, a miała obwisłą skórę, jak ta szyja kurczaka, która zwisała kiedyś ze stołu w kuchni.

Po co w ogóle jego mamie była niańka? On już niańki nie potrzebował, a miał dopiero pięć lat. Tata powiedział, że jest już małym mężczyzną. Pamiętał, jak pojechał do Anglii jako trzylatek. To było zimą i pierwszy raz widział wtedy śnieg. Pamiętał, jak stał na drodze przy kamiennym moście, na drodze leżał szron, na polach leżał śnieg, niebo świeciło, droga i żywopłoty raziły w oczy, niania trzymała go za rękę i stali tak bardzo długo, patrząc na most. Często o tym myślał, i jeszcze o tym, jak siedzieli razem z tyłu samochodu i trzymał głowę na jej kolanach, i patrzył na nią, a ona się uśmiechała, a niebo za jej głową było wielkie i błękitne, i zasnął.

Patrick wspiął się po stromej ścieżce i minąwszy drzewo laurowe, wyszedł koło studni. Nie wolno mu było się przy niej bawić. To było jego ulubione miejsce zabaw. Czasem wdrapywał się na zbutwiałą pokrywę i skakał po niej, udając, że to trampolina. Nikt go nie mógł powstrzymać i rzadko kiedy próbowano. Tam, gdzie spękana różowa farba odeszła, drewno było czarne. Skrzypiało groźnie, przyprawiając Patricka o bicie serca. Miał za mało siły, żeby samemu podnieść pokrywę, ale kiedy była odsunięta, zbierał kamienie i grudki ziemi i wrzucał je do środka. Wpadały do wody z pluskiem, który odbijał się głębokim echem, i znikały w czerni.

U szczytu ścieżki Patrick triumfalnie uniósł miecz. Widział, że pokrywa studni jest odsunięta. Zaczął się rozglądać za dobrym kamieniem, największym, jaki zdoła udźwignąć, i jak najokrąglejszym. Buszując po łące, wygrzebał rudawy kamień, który mógł unieść jedynie oburącz. Umieścił go na płaskiej powierzchni obok otworu studni, podciągnął się, tak że jego stopy nie dotykały ziemi, i wychylając się jak najdalej do przodu, spojrzał w ciemność, w której kryła się woda. Przytrzymując się lewą ręką, zepchnął kamień, usłyszał plusk i patrzył, jak poruszona woda nieczysto odbija światło nieba. Ciężka i czarna, przypominała raczej olej. Krzyknął w głąb studni, gdzie suche cegły wyżej były zielone, a niżej czarne. Gdy wychylał się daleko, słyszał wilgotne echo własnego głosu.

Postanowił wejść na murek studni. Czubki zdartych niebieskich sandałów mieściły się w szparach między kamieniami. Chciał stanąć nad krawędzią otworu. Raz już to kiedyś zrobił, żeby pokazać Andrew, że potrafi. Andrew stał obok studni i powtarzał: „Nie, Patrick, błagam, zejdź, błagam”. Wtedy Patrick się nie bał, ale teraz, będąc sam, dziwnie się poczuł, kucając na murku tyłem do wody. Wstał bardzo powoli, a kiedy się prostował, czuł za plecami zapraszającą pustkę. Był przekonany, że jeśli się poruszy, stopa mu się omsknie, i dlatego robił wszystko, żeby utrzymać równowagę, zaciskał pięści oraz palce stóp i wpatrywał się bardzo poważnie w twardą ziemię wokół studni. Chcąc przypieczętować swoje zwycięstwo, schylił się ostrożnie po miecz, który wciąż leżał na murku, i ogromnym wysiłkiem woli, przezwyciężając strach, który próbował sparaliżować mu ręce i nogi, dosięgnął porysowanego i wyszczerbionego ostrza. Chwyciwszy za miecz, nieśmiało zgiął kolana, zeskoczył na ziemię i zaczął ciąć wyimaginowanych wrogów, krzycząc „hura!” i naśladując szczęk żelaza. Uderzył płazem miecza w liść laurowy i dźgnął powietrze pod gałęzią, jednocześnie wydając straszny jęk i łapiąc się za bok. Lubił sobie wyobrażać, że armia rzymska wpadła w zasadzkę barbarzyńców, a on, dowódca gwardzistów w purpurowych płaszczach, najdzielniejszy z dzielnych, przychodzi jej z odsieczą i ratuje od haniebnej klęski.

Włócząc się po lesie, często myślał o Ivanhoe, bohaterze jednego ze swoich ulubionych komiksów, ścinającym drzewa na swojej drodze. Patrick musiał je omijać, ale wyobrażał sobie, że on też potrafi wyrąbywać sobie przejście, że kroczy majestatycznie przez gaj na końcu tarasu, jednym ciosem powalając sosny z lewa i prawa. Czytał w książkach o różnych rzeczach, a potem dużo o nich myślał. Czytał o tęczach w dziecinnej książeczce obrazkowej, ale potem zaczął je widywać na ulicach Londynu po deszczu, kiedy benzyna z samochodów plamiła asfalt i na wodzie pojawiały się urwane fioletowe, niebieskie i żółte kręgi.

Dziś nie miał ochoty iść do lasu, postanowił więc, że zeskoczy po kolei ze wszystkich tarasów. To było jak latanie, choć niektóre ściany były dla niego za wysokie i musiał usiąść na krawędzi, zrzucić miecz na dół, spuścić się jak najniżej i dopiero wtedy zeskoczyć. Ziemia właziła mu do butów i musiał je dwa razy zdejmować, żeby wytrząsnąć piach i kamyki. Bliżej dna doliny tarasy stawały się szersze i niższe i można było skakać z samej góry. Zaczerpnął tchu przed ostatnim lotem.

Czasem udawało mu się skoczyć tak daleko, że czuł się prawie jak Superman, a czasem zmuszał się do szybszego biegu, myśląc o wilczurze, który gonił go na plaży tamtego dnia, kiedy tak strasznie wiało i poszli zjeść lunch u George’a. Błagał mamę, żeby pozwoliła mu się przejść, bo uwielbiał patrzeć, jak wiatr burzy morze i rozbija fale o skały jak butelki. Wszyscy mówili mu, żeby się nie oddalał, ale chciał widzieć skały z bliska. Szedł piaszczystą ścieżką ku plaży, gdy na szczycie pagórka pojawił się tłusty, długowłosy wilczur i zaczął na niego szczekać. Kiedy ruszył w jego stronę, Patrick rzucił się do ucieczki, najpierw po krętej ścieżce, a potem na przełaj w dół po miękkim piasku, coraz szybciej, aż sadził wielkie susy, wymachując rękami na wietrze, a gdy zbiegł na piaszczyste półkole między skałami, aż na skraj najwyższej fali, i obejrzał się za siebie, pies był daleko, daleko na wzgórzu i Patrick wiedział, że go nie dogoni, bo jest za szybki. Później zastanawiał się, czy w ogóle próbował.

Zdyszany zatrzymał się nad wyschniętym korytem rzeki. Wlazł na duży kamień pomiędzy dwiema kępami bladozielonego bambusa. Zabrał tam kiedyś Andrew i grali w grę, którą wymyślił. Obaj stawali na kamieniu i próbowali się nawzajem zepchnąć, udając, że po jednej stronie jest dół z mnóstwem połamanych żyletek, a po drugiej basen wypełniony miodem. Kto spadał z kamienia, ten albo kaleczył się w milion miejsc i wykrwawiał, albo tonął wyczerpany ciężką złotą kąpielą. Andrew zawsze spadał, bo był strasznym cieniasem.

Tata Andrew też był cieniasem. Patrick był kiedyś na urodzinach Andrew w Londynie i pośrodku salonu stało pudło z prezentami dla innych dzieci. Stały w kolejce, brały po jednym prezencie, a potem biegały po salonie, pokazując sobie, co kto dostał. Patrick zrobił inaczej: schował swój prezent pod pachą i znów ustawił się w kolejce. Kiedy schylał się po drugą błyszczącą paczuszkę, tata Andrew kucnął obok niego i powiedział: „Ty chyba już masz jeden prezent, Patricku?” – ale łagodnie, jakby częstował go cukierkiem. „To nie w porządku wobec innych dzieci zabierać cudze prezenty, nie uważasz?”. Patrick spojrzał hardo i odparł: „Nie mam jeszcze prezentu”, a tata Andrew zrobił smutną minę cieniasa i powiedział: „Dobrze, Patricku, ale niech to będzie ostatni”. I tak Patrick wyniósł z przyjęcia dwa prezenty, ale był zły na tatę Andrew, bo chciał więcej.

Teraz musiał grać sam ze sobą, skakał więc z jednego końca kamienia na drugi, machając rękami, żeby utrudnić sobie zachowanie równowagi. Gdy spadał, udawał, że to się nie wydarzyło, choć wiedział, że oszukuje.

Zawahał się, patrząc na linę, którą François przywiązał do jednego z pobliskich drzew, żeby mógł na niej skakać przez koryto rzeki. Poczuł suchość w gardle i zaczął wspinać się z powrotem w stronę domu po ścieżce wśród winorośli, którą pomału jechał traktor. Miecz stał się teraz niepotrzebnym ciężarem, niósł go niechętnie pod pachą. Słyszał kiedyś, jak jego tata użył dziwnego wyrażenia. Powiedział do George’a: „Daj takiemu sznur, a sam się powiesi”. Patrick w pierwszej chwili nie zrozumiał, co to znaczy, ale później doszedł do wniosku, który przeszył go wstydem i grozą: mówili o linie, którą François zawiązał na drzewie. Tamtej nocy śniło mu się, że lina zmieniła się w mackę ośmiornicy i owinęła wokół jego szyi. Próbował ją przeciąć, ale nie dał rady, bo jego miecz był tylko zabawką. Mama bardzo płakała, kiedy znaleźli go dyndającego na gałęzi.

Nawet za dnia trudno było zrozumieć, o czym rozmawiają dorośli. Raz wymyślił sposób na odczytywanie ich zamiarów: „nie” znaczyło „nie”, „chyba” znaczyło „może”, „tak” znaczyło „chyba”, a „może” znaczyło „nie”, ale ten system się nie sprawdzał i Patrick doszedł do wniosku, że chyba jednak wszystko znaczy „może”.

Jutro na tarasach zaroi się od zbieraczy winogron, będą zrywać kiście i wrzucać je do wiader. W zeszłym roku François wziął go na przejażdżkę traktorem. Miał bardzo silne dłonie, twarde jak drewno. Jego żona Yvette miała złote zęby, które było widać, kiedy się uśmiechała. Kiedyś Patrick wymieni sobie wszystkie zęby na złote, nie tylko dwa czy trzy. Czasem siedział z Yvette w kuchni i pozwalała mu próbować potraw, które gotowała. Podsuwała mu łyżki zupy, mięsa i pomidorów i pytała: „Ça te plait?”. A kiedy potakiwał, pokazywała swoje złote zęby. W zeszłym roku François kazał mu usiąść w rogu przyczepy obok dwóch dużych beczek winogron. Kiedy droga była stroma i wyboista, odwracał się i pytał: „Ça va?”, a Patrick odpowiadał: „Oui, merci”, przekrzykując warkot silnika, łoskot przyczepy i pisk hamulców. Kiedy dojechali na miejsce, gdzie robi się wino, Patrick był bardzo podekscytowany. W środku było ciemno i chłodno, ziemię polewano wodą z węża i czuło się ostry zapach soku przerabianego na wino. Pomieszczenie było ogromne, François zaprowadził go po drabinie na wysoki pomost biegnący nad tłocznią i wszystkimi kadziami. Pomost był zrobiony z metalu i miał dziurki, dziwnie było stać tak wysoko i mieć dziury pod nogami.

Gdy byli nad tłocznią, Patrick spojrzał w dół i zobaczył dwa przylegające do siebie stalowe walce, które obracały się w przeciwnych kierunkach. Brudne od soku, kręciły się głośno, napierały jeden na drugi. Barierka na pomoście sięgała Patrickowi tylko do brody i czuł, że jest bardzo blisko tłoczni. Kiedy na nią patrzył, wydało mu się, że jego oczy są jak winogrona, że są zrobione z tej samej prześwitującej galaretki i zaraz wypadną mu z głowy i wlecą między walce, które je zmiażdżą.

Będąc już pod samym domem – jak zwykle wszedł po schodach z prawej, bo były szczęśliwsze – skręcił do ogrodu, żeby poszukać żaby, która mieszkała w figowcu. Zobaczenie tej żaby przynosiło dużo szczęścia. Jej jasnozielona skóra wydawała się jeszcze gładsza na tle gładkiej szarej kory figowca i trudno ją było dostrzec wśród liści, które miały prawie ten sam kolor. Patrick widział ją tylko dwa razy, ale bardzo długo stał nieruchomo wpatrzony w jej ostry szkielet, w wypukłe oczy jak koraliki w żółtym naszyjniku jego mamy, w przyssawki na przednich nogach, którymi pewnie trzymała się pnia, i przede wszystkim w nadymające się boki, które ożywiały ciało delikatne jak biżuteria, lecz bardziej spragnione tlenu. Za drugim razem Patrick wyciągnął rękę i ostrożnie dotknął żabiej głowy koniuszkiem palca, a kiedy się nie poruszyła, uznał, że mu ufa.

Dzisiaj żaby nie było, więc zmęczony wszedł po ostatnich schodach, podpierając się dłońmi o kolana. Okrążył dom, stanął przed wejściem do kuchni i wysoko uniósł rękę, żeby otworzyć piszczące drzwi. Spodziewał się tam Yvette, ale jej nie było. Butelki białego wina i szampana szturchały się z brzękiem, gdy otwierał drzwi lodówki. Zawrócił do spiżarki i znalazł w narożniku dolnej półki dwie ciepłe butelki mleka czekoladowego. Po kilku próbach udało mu się jedną otworzyć i ugasił pragnienie, pijąc prosto z butelki, choć Yvette mówiła, żeby tego nie robił. Ledwie skończył, od razu ogarnął go przenikliwy smutek i przez kilka następnych minut siedział na kuchennym blacie wpatrzony w swoje buty, którymi kołysał w powietrzu.

Słyszał dźwięki fortepianu, stłumione przez odległość i zamknięte drzwi, ale nie zwracał na nie uwagi, dopóki nie rozpoznał melodii, którą ojciec skomponował dla niego. Zeskoczył z blatu i pobiegł korytarzem do holu, przeciął hol i galopując jak koń, wpadł do salonu i zaczął tańczyć do muzyki. Była to szalona melodia z gwałtownymi lawinami wysokich dźwięków nałożonymi na dudniący marsz wojskowy. Patrick podskakiwał wśród stołów i krzeseł, i wokół fortepianu; uspokoił się dopiero, gdy ojciec przestał grać.

– Jak leci, Master Manie? – spytał ojciec, przyglądając mu się z natężeniem.

– Dobrze, dziękuję – odparł Patrick. Zastanawiał się, czy to pytanie było podchwytliwe. Zasapał się, ale wiedział, że musi się skoncentrować, bo jest z ojcem. Kiedyś zapytał, co jest najważniejsze na świecie, a ojciec powiedział: „Obserwuj wszystko”. Patrick często zapominał o tej wskazówce, ale w obecności ojca przyglądał się rzeczom uważnie, nie do końca wiedząc, czego w nich szuka. Obserwował oczy ojca za ciemnymi szkłami. Przeskakiwały z przedmiotu na przedmiot, z osoby na osobę, zatrzymując się na nich tylko na chwilę i jakby coś im kradnąc, tym szybkim i lepkim spojrzeniem, które miało w sobie coś z języka gekona. Kiedy był z ojcem, Patrick na wszystko patrzył poważnie i miał nadzieję, że wyda się poważny każdemu, kto przyjrzy się jego oczom, tak jak on przyglądał się oczom ojca.

– Chodź tu – rzekł ojciec. Patrick zrobił krok naprzód.

– Mam cię podnieść za uszy?

– Nie! – zawołał Patrick. To była taka ich gra. Ojciec wyciągał ręce i chwytał go dwoma palcami za każde ucho. Patrick zaciskał dłonie na jego nadgarstkach i ojciec udawał, że podnosi go za uszy, ale tak naprawdę Patrick przenosił swój ciężar na ręce.

Ojciec wstał i podniósł go tak, że ich oczy znalazły się na tej samej wysokości.

– Puść się – powiedział.

– Nie! – zawołał Patrick.

– Puść się, a ja puszczę ciebie – rzekł ojciec przekonująco.

Patrick puścił jego nadgarstki, lecz ojciec nadal ściskał uszy w palcach. Na moment Patrick zawisł na nich całym ciężarem. Prędko złapał ojca za nadgarstki.

– Au! Powiedziałeś, że mnie puścisz. Błagam, puść.

Ojciec dalej trzymał go w powietrzu.

– Nauczyłeś się dzisiaj czegoś bardzo przydatnego – oznajmił. – Zawsze myśl za siebie. Nigdy nie pozwalaj, żeby inni podejmowali za ciebie ważne decyzje.

– Proszę, puść – powtórzył Patrick. – Proszę.

Chciało mu się płakać, ale tłumił w sobie falę rozpaczy. Ręce bolały, lecz kiedy je rozluźniał, wydawało mu się, że uszy zaraz się urwą, tak jak zrywa się złotko z kubeczka śmietany.

– Powiedziałeś! – krzyczał. – Powiedziałeś!

Ojciec postawił go na ziemi.

– Przestań skomleć – rzekł znudzonym tonem. – To odpychające. – Usiadł do fortepianu i zaczął znów grać marsza, lecz Patrick nie tańczył.

Wybiegł z pokoju, z holu, z kuchni, przez taras i gaj oliwny aż do sosnowego lasku. Znalazł ciernisty krzew, wczołgał się pod niego i zsunął po niewielkiej pochyłości do swojej najtajniejszej kryjówki. Usiadł pod parasolem z krzaków, wparty plecami w sosnę otoczoną zewsząd gąszczem zarośli, i próbował powstrzymać czkający szloch, który ściskał mu gardło.

Nikt mnie tu nie znajdzie, pomyślał. Nie mógł opanować spazmów, które go dławiły, kiedy nabierał powietrza. Czuł się jak wtedy, kiedy zaplątywał się w sweter, wsadzał głowę do środka i nie mógł znaleźć otworu, a potem daremnie próbował wydostać ją przez rękaw i myślał, że nigdy się już nie wydostanie i że się udusi.

Dlaczego ojciec mu to zrobił? Nikt nikomu nie powinien tego robić, pomyślał, nikt nikomu nie powinien tego robić.

Zimą, gdy kałuże pokrywały się lodem, można było zobaczyć uwięzione pod spodem pęcherzyki powietrza, które nie mogły oddychać: lód wepchnął je do wody i nie chciał ich wypuścić. Nienawidził tego, bo to było niesprawiedliwe, i zawsze rozbijał lód, żeby uwolnić powietrze.

Nikt mnie tutaj nie znajdzie, pomyślał. I zaraz potem: co, jeśli nikt mnie tutaj nie znajdzie?

3

Victor wciąż spał w pokoju na dole i Anne nie chciała, żeby się zbudził. Po niespełna roku mieszkania ze sobą spali w osobnych pokojach, bo inaczej nie wysypiałaby się z powodu jego chrapania – i tylko z tego powodu. Zeszła boso po stromych i wąskich schodach, przesuwając opuszkami palców po krzywiźnie bielonej ściany. W kuchni zdjęła gwizdek z dziobka obłupanego emaliowanego czajnika i starając się robić jak najmniej hałasu, zaparzyła kawę.

Kuchnia Victora, gdzie talerze były pomarańczowe, a ze ścierek uśmiechały się głupawo kliny arbuzów, miała w sobie pewną zmęczoną żywiołowość. Była siedliskiem taniej wesołości urządzonym przez jego byłą żonę Elaine; Victor byłby się zbuntował przeciwko jej złemu gustowi, gdyby nie strach, że taki bunt sam w sobie jest w złym guście. Bo przecież kto zwraca uwagę na wyposażenie kuchni? Jakie to ma znaczenie? Czy obojętność nie jest bardziej dystyngowana? Zawsze podziwiał u Davida Melrose’a przekonanie, że dobry gust to również pewność siebie, z jaką człowiek się myli. On, Victor, zbyt często się wahał. Zdarzało mu się przez kilka dni albo kilka minut trwać w zuchwałym uporze, zawsze jednak prędzej czy później wracał do swojej wypracowanej roli dżentelmena; miło się czasem pobawić w épater les bourgeois, lecz taka zabawa bywa ryzykowna, gdy równocześnie jest się jednym z nich. Victor wiedział, że nigdy nie przyjmie za swój poglądu Davida Melrose’a, iż sukces jest czymś wulgarnym. Nieraz nachodziła go myśl, że ta gnuśność i wzgarda to maska człowieka, który żałuje swojego nieudanego życia, lecz w przytłaczającej obecności Davida owo proste wyjaśnienie rozwiewało się jak dym.

Anne nie mogła się nadziwić, że ktoś tak inteligentny jak Victor daje się złapać na tak małe haczyki. Nalewając sobie kawy, czuła dziwną sympatię do Elaine. Nie poznała jej, ale zaczynała rozumieć, dlaczego żona Victora szukała ucieczki w zestawie kubków ze Snoopym.

Kiedy na zlecenie londyńskiego biura „New York Timesa” Anne Moore przyleciała zrobić wywiad z wybitnym filozofem sir Victorem Eisenem, wydał jej się troszkę staroświecki. Właśnie wrócił z lunchu w Athenaeum, jego filcowy kapelusz, pociemniały od deszczu, leżał na stoliku w holu. Wyciągnął zegarek z kieszeni kamizelki, co zrobiło na Anne wrażenie archaicznego gestu.

– Ach, równo co do minuty – zauważył. – Bardzo cenię punktualność.

– Świetnie – odparła – w takim razie jest nas dwoje.

Wywiad był udany, nawet bardzo; dość powiedzieć, że późnym popołudniem przeniósł się do jego sypialni. Od tamtej pory Anne postanowiła interpretować jego bez mała edwardiański ubiór, pretensjonalny dom i podlane claretem anegdoty jako elementy kamuflażu, jaki musiał przybrać – wraz z tytułem szlacheckim – żydowski intelektualista, żeby wtopić się w pejzaż konwencjonalnego angielskiego życia.

W kolejnych miesiącach mieszkała z Victorem w Londynie, ignorując wszystko, co by wskazywało, że ta życzliwa interpretacja jest nieco optymistyczna. Na przykład te niekończące się weekendy, które zaczynały się odprawą w środę wieczorem: ile akrów, ile wieków, ilu służących. Wieczory czwartkowe były poświęcone spekulacjom: miał nadzieję, wielką nadzieję, że tym razem nie będzie kanclerza; czy Gerald zamierza nadal polować, teraz, gdy jeździ na wózku? Ostrzeżenia wybrzmiewały w piątek, zwykle już w samochodzie: „Nie rozpakowuj sama swoich walizek w tym domu”; „Nie wypytuj ludzi, czym się zajmują”; „Nie pytaj kamerdynera o samopoczucie jak ostatnio”. Weekend kończył się dopiero we wtorek, kiedy ze skórek i łodyg soboty i niedzieli wyciskało się ostatnie krople cierpkiego soku.

W Londynie poznała mądrych znajomych Victora, lecz ludzie, u których spędzali weekendy, byli zamożni i zazwyczaj głupi. Victor był ich mądrym znajomym. Zachwalał miękkim głosem ich wina i obrazy, a oni lubili zaczynać zdania od „Victor na pewno nam wyjaśni...”. Patrzyła, jak próbują go nakłonić, żeby powiedział coś mądrego, i patrzyła, jak się wysila, żeby się do nich upodobnić, powtarza nawet obowiązujące w danym towarzystwie frazesy: czy to nie cudownie, że Gerald nie zrezygnował z polowania? Czyż matka Geralda nie jest wspaniała? Dziewięćdziesiąt dwa lata i umysł jak brzytwa, uwija się w ogrodzie jak pszczoła. „Dostaję przy niej zadyszki!” – wykrzykiwał.

Ale choć musiał się na tych kolacjach produkować, przynajmniej zjadał je ze smakiem. Znacznie trudniej było zbagatelizować jego londyński dom w Knightsbridge. Biały, zdobiony sztukaterią i zaskakująco duży, wydzierżawił go na piętnaście lat, sprzedając nieco mniejszy, lecz własny dom w mniej modnej lokalizacji. Do końca dzierżawy pozostało mu już tylko siedem lat. Anne bez namysłu złożyła tę szaloną transakcję na karb roztargnienia, z którego słyną filozofowie.

Dopiero kiedy w lipcu przyjechała tutaj, do Lacoste, i zobaczyła, jakie stosunki łączą Victora z Davidem, jej lojalność zaczęła się wyczerpywać. Zastanawiała się, jak wysoką cenę, liczoną zmarnowanym czasem, Victor jest gotów zapłacić za akceptację towarzyską – i dlaczego, u licha, chce ją płacić Davidowi.

Victor twierdził, że David jest jego dokładnym rówieśnikiem – używał tego określenia w stosunku do wszystkich, którzy byli mniej więcej w tym samym wieku i nie zwracali na niego uwagi w szkole. „Znam go z Eton” częstokroć oznaczało, że dana osoba okrutnie z niego żartowała. Do swoich szkolnych przyjaciół zaliczał tylko dwóch innych uczonych, przy czym dawno już przestał ich widywać. Jeden kierował college’em w Cambridge, drugi pracował w służbie cywilnej, ale wielu podejrzewało, że jest szpiegiem, bo jego stanowisko było zbyt nudne, by mogło istnieć naprawdę.

Potrafiła sobie wyobrazić Victora z tamtych lat: zalęknionego chłopca, którego rodzice wyjechali z Austrii po pierwszej wojnie światowej, osiedli w Hampstead, a później pomogli przyjacielowi znaleźć dom dla Freuda. Jej obraz Davida Melrose’a ukształtowały opowieści Victora, do których domieszała swoje amerykańskie wyobrażenie o życiu angielskich wyższych sfer. Półbóg z wielkiego domu, pierwszy odbijający w drużynie krykieta, paradujący w dziwacznej kamizelce, którą wolno mu było nosić, ponieważ należał do Popu, elitarnego klubu, do którego Victor nigdy się nie dostał. Trudno było traktować ten cały Pop zupełnie poważnie, a jednak Victorowi się to udawało. Anne wyobrażała sobie, że to coś jak bycie gwiazdą uniwersyteckiej drużyny futbolowej, tylko bez obściskiwania się z cheerleaderkami; można było natomiast spuszczać lanie młodszym chłopcom za to, że przypalili ci tosty.

Kiedy poznała Davida na końcu długiego czerwonego dywanu, który Victor rozwinął swoimi opowieściami, dojrzała w nim arogancję, lecz uznała, że widocznie jest zbyt amerykańska, by docenić splendor jego straconych nadziei. Zrobił na niej wrażenie pozera i powiedziała o tym Victorowi. Victor przyjął to z pełną powagi dezaprobatą; dowodził, że wprost przeciwnie, David cierpi, bo bardzo jasno widzi swoją sytuację. „Chodzi ci o to, że wie, że jest dupkiem?” – zapytała.

Ogrzewając dłonie parującym kubkiem w fioletowe serduszka różnej wielkości, Anne ruszyła z powrotem ku schodom. Najchętniej spędziłaby dzień, czytając w hamaku zawieszonym między platanami przed domem, ale zgodziła się pojechać na lotnisko z Eleanor. Zawdzięczała tę wycieczkę nienasyconemu pragnieniu Victora, by zacieśniać więzy z Melrose’ami. Anne lubiła tylko jedno z nich, Patricka, który jako pięciolatek wciąż jeszcze miał w sobie trochę entuzjazmu.

O ile z początku wzruszała ją bezbronność Eleanor, o tyle teraz Anne miała dość jej pijaństwa. Poza tym musiała wystrzegać się odruchu ratowania ludzi, a także swojego zwyczaju wytykania im niedostatków moralnych, tym bardziej że wiedziała, że nic tak nie drażni Anglików jak kobieta o jasno sprecyzowanych poglądach – chyba tylko kobieta, która w dodatku jest gotowa ich bronić. Czuła się tak, jakby każdego jej asa pik przebijano blotką atu. Tą blotką mogła być jakaś zasłyszana pogłoska, nieszczera uwaga, nic niewnoszący kalambur, cokolwiek, co torpedowało poważną rozmowę. Męczyły ją te śmiertelnie nudne uśmiechy na twarzach ludzi, którzy zawdzięczali zwycięstwo własnej głupocie.

Mądrzejsza o to doświadczenie, bez większego trudu znalazła właściwy ton w rozmowie z niepłacącym angielskich podatków angielskim księciem George’em Watfordem, który zjeżdżał do Melrose’ów na weekendy z pobliskiego wybrzeża, zawsze w butach o nieprawdopodobnie zwężonych czubkach. Jego nieco drewniana twarz była cieniutko spękana niczym werniks na dziełach starych mistrzów, które swego czasu sprzedał, czym „zszokował naród”. Anne miała wrażenie, że Anglicy niewiele wymagają od swoich książąt. Wystarczyło, że trzymali się kurczowo majątków – przynajmniej ci najbardziej znani – by nazywano ich strażnikami czegoś, co ich rodacy określali mianem „naszego dziedzictwa”. Była rozczarowana, że ten osobnik o twarzy jak pajęczyna nie podołał nawet prostemu zadaniu, jakim było zostawienie swoich Rembrandtów w spokoju tam, gdzie wisiały.

Anne wytrwała we właściwym tonie aż do przyjazdu Vijaya Shaha. Był on jedynie znajomym, nie przyjacielem Victora, poznali się przed dziesięciu laty, kiedy jako przewodniczący klubu dyskusyjnego zaprosił Victora do Eton, by bronił tezy o użyteczności filozofii. Od tamtej pory Vijay podtrzymywał kontakt, bombardując Victora pretensjonalnymi pocztówkami, od czasu do czasu widywali się też w Londynie na przyjęciach. Podobnie jak Victor, Vijay był stypendystą Eton, ale w przeciwieństwie do Victora był również bardzo bogaty.

Anne początkowo miała wyrzuty sumienia, że tak źle reaguje na powierzchowność Vijaya. Ziemista cera i obfite policzki, jakby permanentnie chorował na świnkę, stanowiły niefortunne tło dla wielkiego haczykowatego nosa z wystającymi kępkami krnąbrnych kłaczków. Nosił grube kwadratowe okulary, ale bez nich czerwone wgniecenia na grzbiecie nosa i słabe oczy w ciemnoszarych dołach wyglądały jeszcze gorzej. Włosy od suszenia suszarką podnosiły mu się i sztywniały na czubku głowy niczym czarna beza. Ubranie w żaden sposób nie rekompensowało tych naturalnych mankamentów. Ulubione zielone dzwony Vijaya były pomyłką, która jednak schodziła na dalszy plan wobec szeregu lekkich marynarek w chaotyczne szkockie kraty z nakładanymi kieszeniami bez klapek. Inna sprawa, że nawet w takim stroju prezentował się o niebo lepiej niż w kąpielówkach. Anne ze zgrozą przypomniała sobie jego wąskie barki z białymi krostami wyzierającymi spod szorstkiego czarnego futerka.