Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 422 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pasażerka - Lisa Lutz

Trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Czy Tanya Dubois zabiła swojego męża? Nawet ona tego nie wie, stojąc nad jego zwłokami. Nie pamięta co wydarzyło się wcześniej, nie ma pojęcia, czy to ona zepchnęła go ze schodów. Ogarnięta paniką, wybiega z domu wsiada do samochodu i rusza na oślep przed siebie. Potem nie ma już wyboru: jej ucieczka oznacza przyznanie się do winy, nie pozostaje jej więc nic innego jak kluczyć, mylić tropy, przybierać fałszywe tożsamości. W miarę upływu czasu nabiera coraz silniejszego przekonania o swojej niewinności, ale czy zdoła zebrać dowody, które to potwierdzą?

Opinie o ebooku Pasażerka - Lisa Lutz

Fragment ebooka Pasażerka - Lisa Lutz

Tytuł oryginału: The Passenger

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Monika Frączak

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Głowińska (Lingventa),

Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Copyright © 2016 by Spellman Enterprises, Inc.

All rights reserved

For the cover illustration © Tim Robinson/Arcangel Images

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Agnieszka Lipska-Nakoniecznik

ISBN 978-83-287-0793-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

panu B. & panu M.

dla pani C.

TANYA DUBOIS

Rozdział pierwszy

Kiedy znalazłam mojego męża leżącego u podstawy schodów, najpierw próbowałam przywrócić go do życia, zanim w ogóle zaczęłam rozmyślać nad pozbyciem się ciała. Naciskałam jego baryłkowatą klatkę piersiową i wdmuchiwałam powietrze w sine usta. Pierwszy raz od lat nasze wargi zetknęły się, jednak nie cofnęłam się ze wstrętem.

Odpuściłam po dziesięciu minutach. Frank Dubois odszedł na dobre. Taki spokojny i cichy, wydawał się pogrążony w niewinnej drzemce, choć bywał głośniejszy we śnie niż na jawie. Prawdę mówiąc, gdybym podejrzewała, jak z biegiem czasu Frank zacznie chrapać, nigdy w życiu bym za niego nie wyszła. Zresztą gdybym mogła przeżyć wszystko jeszcze raz, za żadne skarby świata nie zostałabym jego żoną, nawet gdyby spał jak anioł. Gdybym mogła przeżyć wszystko jeszcze raz, mnóstwo rzeczy zrobiłabym całkiem inaczej. Jednak spoglądając wówczas na nieruchomego i nagle milczącego Franka, wcale aż tak bardzo nie przejmowałam się jego odejściem. Wydawało się, że nadszedł dobry moment, żeby powiedzieć sobie „do widzenia”. Nalałam szklaneczkę bourbona, którego Frank przechowywał na specjalne okazje, usiadłam na zamszowej kanapie firmy La-Z-Boy i wypiłam, żeby uczcić pamięć zmarłego.

Na wypadek gdybyście się zastanawiali, to nie, nie zrobiłam tego. Nie miałam nic wspólnego ze śmiercią Franka. Niestety, nie mam alibi, więc musicie uwierzyć mi na słowo. Kiedy on opuszczał ten padół, ja akurat brałam prysznic. Po prostu runął ze schodów, o ile zdołałam się zorientować. Ostatnio dokuczały mu zawroty głowy. Wiem, to bardzo dogodny zbieg okoliczności. Wątpię, żeby komuś o tym wspominał. Gdybym zaczekała na policję i powiedziała im prawdę, być może życie potoczyłoby się zwykłym trybem. Naturalnie już bez Franka.

Nalałam sobie kolejnego drinka i zaczęłam się zastanawiać, jakie mam możliwości działania. Z początku pomyślałam o pozbyciu się ciała. Wtedy mogłabym władzom wcisnąć bajeczkę, że Frank porzucił mnie dla innej kobiety. Albo że uciekł przed lichwiarzami. Wszyscy wiedzieli, że kochał karty, ale nie miał do nich za grosz talentu.

Postanowiłam przeprowadzić test siły, żeby sprawdzić, czy to w ogóle możliwe. Szarpnęłam za opuchnięte, stwardniałe stopy Franka – stopy, które od dawna budziły we mnie wstręt. Dlaczego trzeba dorosłemu facetowi przypominać o tym, że należy obcinać paznokcie u nóg? Przeciągnęłam ciało o jakieś trzydzieści centymetrów od miejsca, gdzie upadł, zanim dałam za wygraną. Przez ostatni rok Frank nieźle przytył, ale nawet gdyby był smukły, to i tak nie wyobrażałam sobie, gdzie można by go ukryć tak skutecznie, aby nigdy nie został odnaleziony. W dodatku teraz za jego głową widniała wielce podejrzana smuga krwi w kształcie znaku zapytania. Być może udałoby mi się to jakoś wytłumaczyć, gdybym wezwała policję i została na miejscu… Ale wtedy oni zaczną mi się uważnie przyglądać, a ja niezbyt lubię, kiedy ludzie przyglądają mi się w ten sposób.

Próbowałam wyobrazić sobie mój proces. Ja, wyszorowana do czysta, z włosami ściągniętymi do tyłu w kok jak u porządnej nauczycielki, w dziewiczej, kwiecistej sukience z kołnierzykiem w stylu Piotrusia Pana, staram się wyglądać jak uosobienie niewinności, choć moja pokerowa twarz o ściągniętych rysach jest sucha jak pieprz. Nie potrafię wyobrazić sobie, w jaki sposób miałabym przywołać łzy albo przybrać wyraz twarzy osoby wstrząśniętej tragedią, która ją spotkała. Już nie umiem okazywać uczuć. To było coś, co Frankowi zawsze się we mnie podobało. Kiedyś miałam zwyczaj płakać z byle powodu, ale to było całe wieki temu. Moje serce zostało złamane tylko raz, za to całkowicie.

Siedząc w fotelu Franka ze szklaneczką w dłoni, udawałam, że rozważam różne opcje, choć tak naprawdę istniało tylko jedno wyjście.

Frank trzymał zaskórniaki na hazard w swojej skrzynce narzędziowej. Było tam nieco ponad tysiąc dwieście dolarów. Spakowałam się jak na krótką wycieczkę i wrzuciłam walizkę na tył należącego do Franka pick-upa chevy.

Zostawiałam za sobą tylko dwoje ludzi, oczywiście nie licząc Franka: Carol z baru i doktora Mike’a.

Doktor Mike był czołowym rehabilitantem w Waterloo w stanie Wisconsin. Pracowało ich tam dwóch, więc konkurencja nie wydawała się zbyt ostra. Przejął obowiązki przed trzema laty, zastępując odchodzącego na emeryturę doktora Billa. Od czasu wypadku miałam kłopoty z kręgosłupem i doktor Bill nastawiał mnie raz albo dwa razy w miesiącu. Z doktorem Mikiem widywałam się o wiele częściej. Kiedy pierwszy raz położył na mnie ręce, poczułam coś w rodzaju elektrycznego wstrząsu, zupełnie jakbym obudziła się po raz pierwszy od lat. Wróciłam tam tydzień później i sprawa się powtórzyła. W następnym tygodniu znowu przyszłam. Potem opuściłam jedną wizytę i doktor Mike wstąpił do baru, żeby sprawdzić, jak sobie daję radę. Frank akurat wyjechał na ryby, a doktor Mike zaproponował, że mnie naprostuje w pokoiku na zapleczu. Tym razem nie wszystko poszło zgodnie z planem.

Nie, nie mogę o tej godzinie zawracać głowę Carol. Pobudzę dzieciaki. Może z drogi wyślę jej jakąś pocztówkę.

Mój rehabilitant miał gabinet na parterze swojego trzypiętrowego domu w stylu królowej Anny, położonego w ładnej części miasta. Najmądrzej byłoby wynosić się stąd teraz, uciekać przez te cenne godziny, kiedy wszyscy sądzili, że Frank wciąż należy do grona żywych. Jednak na tym świecie miałam kilka poważnych zobowiązań, a doktor Mike był jednym z nich.

Skierowałam chevy trucka Franka w stronę domu doktora Mike’a i wyjęłam klucz spod kamienia. Otworzyłam drzwi, a następnie wkroczyłam do sypialni. Pogrążony w głębokim śnie doktor Mike mruczał cichutko jak syjamski kot, którego miałam jako dziecko. Zresztą w ruchach też przypominał kota. Budząc się, zawsze wyciągał swoje kościste członki, na przemian powoli i z rozmysłem, albo ostro i szybko. Zdjęłam ubranie i wsunęłam się do łóżka obok niego.

Doktor Mike obudził się i objął mnie ramieniem.

– Chcesz, żeby cię nastawić? – zamruczał.

– Mmm…

To był taki nasz mały żarcik. Pocałował mnie w kark, potem w usta, a następnie przewrócił się na plecy i czekał, żebym zaczęła. To był jego sposób: nigdy nie robiliśmy tego, o ile ja nie podjęłam decyzji. Tak to zaczęłam, tak postępowałam przez cały czas, i dzisiaj tak zamierzałam to zakończyć.

Doktora Mike’a i mnie nigdy nie łączyła wielka miłość. Po prostu szłam do niego, kiedy chciałam zapomnieć. Kiedy byłam z doktorem, zapominałam o Franku, zapominałam o nieustannej ucieczce przed prawem, zapominałam o kimś, kim niegdyś byłam.

Kiedy skończyliśmy, Mike masował moje obolałe plecy i próbował naprostować mi kręgosłup.

– Jesteś dziś kompletnie poskręcana. Czy coś się wydarzyło? Czy zrobiłaś coś, czego nie powinnaś była zrobić?

– Prawdopodobnie – odpowiedziałam wymijająco.

Doktor Mike odwrócił mnie na plecy.

– Coś się zmieniło – stwierdził.

– Najwyższy czas, prawda?

Czułam się jak drobinka kurzu, zamrożona zbyt długo w kostce lodu. Powinnam była zrobić coś ze swoim życiem na długo przedtem, nim sztywny Frank mnie do tego zmusił.

Zerknęłam na zegarek. Właśnie minęła północ. Najwyższa pora się stąd wynosić. Ubrałam się szybko.

Doktor Mike przyglądał mi się wzrokiem profesjonalisty.

– To koniec, prawda?

Nie mam pojęcia, jak na to wpadł, ale udało mu się zgadnąć. Nie było sensu odpowiadać.

– W ciągu kilku następnych dni pewnie coś o mnie usłyszysz. Chcę po prostu, żebyś wiedział, że to nieprawda. Możliwe, że później usłyszysz o mnie jeszcze inne rzeczy. Większość z nich także nie będzie prawdziwa – powiedziałam.

Po raz ostatni pocałowałam go na pożegnanie.

Przejechałam trzydzieści mil i dopiero wtedy zatankowałam wóz. Miałam przy sobie kartę debetową oraz kartę kredytową, z których pobrałam najwyżej po dwieście dolarów. Przejechałam kolejnych dwadzieścia mil do następnej stacji benzynowej, wypiłam filiżankę mocnej kawy i wyjęłam z każdej karty kolejne dwie setki. Frank zawsze był sknerą, gdy chodziło o nasze pieniądze. Miałam jedną kartę kredytową i niewielki rachunek w banku, ale nic z tego nie zapewniało wystarczających środków, gdybym na przykład zapragnęła udać się na przedłużone wakacje. Zrobiłam jeszcze jeden przystanek w Quick Mart, podjęłam następne czterysta dolarów i wrzuciłam obie karty do kontenera na śmieci, który stał za sklepem. Teraz miałam przy sobie dwa tysiące czterysta dolarów i chevy trucka, którego niebawem będę musiała się pozbyć. Psiakrew, należało podbierać pieniądze od chwili, gdy tylko dostałam klucz do kasy w barze. Powinnam była przewidzieć, że ten dzień kiedyś nadejdzie.

Samochód śmierdział jak mój mąż – mój były mąż? Czyżbym była wdową? Wypadało się zdecydować. Sądzę, że po prostu należało w ogóle nie wychodzić za mąż. Tak czy owak, jechałam z otwartymi oknami, starając się pozbyć zapachu Franka.

Włączyłam się do ruchu na I-39 South, zostawiwszy za sobą Wisconsin, i przez pewien czas podróżowałam przez stan Illinois, aż zobaczyłam kierunkowskaz na I-80, o której wiedziałam, że dokądś mnie doprowadzi. Nie miałam w głowie żadnego określonego celu, więc po prostu kierowałam się na zachód, głównie dlatego, by uniknąć mrużenia oczu w blasku porannego słońca. Zamierzałam bowiem jechać aż do świtu.

Nie zakupiłam żadnej płyty z muzyką, więc przez całą noc zmuszona byłam podróżować przy dźwiękach lokalnego radia, skąd płynęły słowa miejscowych kaznodziejów. Przejeżdżając obok walcowatych pagórków Iowa, w końcu zahaczyłam o jakąś stację. Było zbyt ciemno, żeby widzieć obnażone drzewa i ponure płaty śniegu, które szpeciły pusty lutowy krajobraz.

Pastor z Iowa, który dotrzymywał mi towarzystwa przez pierwszą połowę podróży, wymieniał właśnie siedem znaków Antychrysta. Jednym z nich było podobieństwo do Chrystusa. Poprzez szum zanikającego sygnału wsłuchiwałam się w jego słowa i udało mi się wyłowić kilka wskazówek. Antychryst będzie przystojny i czarujący. Będzie wydawał się dobrą partią. Niestety, wówczas ostatecznie straciłam zasięg, więc całkiem możliwe, że przypadkiem trafię na Antychrysta i nawet nie będę o tym wiedziała.

Przełączyłam się na inną stację, gdzie inny kaznodzieja mówił o wybaczeniu, ale ten temat niezbyt mnie interesował. Wyłączyłam więc radio i jechałam przy gwizdach wiatru i łomocie kół o asfalt, podczas gdy reflektory aut zmierzających w przeciwnym kierunku mrugały i znikały mi z pola widzenia.

Przypomniałam sobie dzień, gdy poznałam Franka. Byłam w mieście zaledwie od paru tygodni, pełna nadziei, że w końcu znajdę jakąś sensowną robotę. Zamówiłam drinka w jego barze, który nazywał się tak samo jak Frank. Dubois. Czasami myślę, że wyszłam za Franka wyłącznie dla tego nazwiska. Nigdy nie lubiłam nazywać się Tanya Pitts. Nie lubiłam imienia, nie lubiłam nazwiska. Bez wątpienia zmiana na Tanyę Dubois była awansem.

Wracając do przeszłości – Frank miał w sobie nieco życia, ja zaś byłam kompletnie tego pozbawiona, więc po prostu doskonale się dopasowaliśmy. To on dał mi moją pierwszą prawdziwą posadę. Nauczyłam się, jak nalewa się piwo i jak miesza składniki drinków, chociaż w tak skromnym lokalu zamówienia na koktajle nie zdarzały się zbyt często. W naszym wspólnym życiu niewiele się działo. Nie mieliśmy dzieci. Postarałam się o to.

Po całonocnej podróży znalazłam się na przedmieściach Lincoln w stanie Nebraska. Nadszedł czas, żeby zrobić sobie przerwę i pozbyć się trucka. Znalazłam handlarza używanych samochodów i wymieniłam dwuletniego chevy silverado Franka na siedmioletniego buicka regal plus tysiąc siedemset dolarów w gotówce. Zdawałam sobie sprawę, że ta transakcja to rozbój w biały dzień, ale uznałam, że lepiej będzie nie zwracać na siebie uwagi. Tak czy owak, nie zamierzałam długo trzymać tego buicka. Pokonałam kolejne dziesięć mil, dzielące mnie od miasteczka Milford, gdzie trafiłam do motelu noszącego wdzięczne miano Motel. Wyglądał na ten rodzaj przybytku, którego właściciele akceptują transakcje przeprowadzane wyłącznie w gotówce. Kiedy zapytali mnie o dowód tożsamości, powiedziałam po prostu, że go zgubiłam. Zapłaciłam dodatkowe ubezpieczenie i wpisałam się na listę gości jako Jane Green.

Spałam jak zabita przez całe osiem godzin. Czy mogłabym tak spać, gdybym była winna zbrodni? Obudził mnie głód tak gwałtowny, że szybko zamienił się w mdłości. Otworzyłam na oścież drzwi pokoju numer 14 na pierwszym piętrze ozdobionego sztukaterią budynku i przechyliłam przez balustradę balkonu, żeby rzucić okiem na miasteczko, w którym przypadkiem wylądowałam. Nie wydaje mi się, żeby ten balkon został wybudowany zgodnie z przepisami. Cofnęłam się o krok i wtedy dostrzegłam nieoświetlony czerwony szyld z napisem OBIADY.

Wróciłam do pokoju, umyłam się i wyszłam, szybko przypominając sobie, kim teraz jestem. Pamiętaj, nazywasz się Jane Green. Zapomnij, kim byłaś wcześniej.

Dochodziła ósma wieczorem, dawno minął czas największego ruchu, więc spokojnie usiadłam przy stoliku w przedziale, zauważywszy, że wszystkie pogaduszki toczą się przy barze. Odkąd pozbawiłam się tożsamości, raczej należało unikać podobnych rozrywek. Na rozmowy jeszcze przyjdzie czas.

Kelnerka o imieniu Carla rzuciła mi na stół menu.

– Czy mogę zaproponować coś na przystawkę? – spytała.

– Poproszę kawę – odpowiedziałam. – Czarną kawę.

– Najpierw spróbuj, a potem zdecyduj – nalała mi filiżankę. – Daję ci chwilę, żebyś mogła przejrzeć menu.

Miała rację. To nie był ten rodzaj kawy, który przyjemnie się popija. Musiałam doprawić ją cukrem i śmietanką, ale nawet wtedy z trudem dawała się przełknąć. Przeczytałam menu, starając się rozeznać, na co mam ochotę. Przyszło mi do głowy, że Jane Green powinna mieć inne upodobania kulinarne niż Tanya Dubois. Jednak skoro nie zmieniłam ubrania ani fryzury, to pewnie wytrzymam kolejny dzień, jedząc to, co lubiła Tanya. Jane Green była jedynie skorupką, w której się schowałam, żeby narodzić się na nowo.

– No i co, kochanie? Namyśliłaś się? – spytała Carla.

– Poproszę szarlotkę i frytki – odparłam.

– Ta dziewczyna lubi to samo co ja – powiedziała, prędko odchodząc w swoich płaskich białych butach, w jakich chodzą pielęgniarki.

Obserwowałam Carlę, jak gawędzi z kierowcą ciężarówki, który garbił się nad mięsną zapiekanką przy końcu kontuaru. Odmruknął coś, czego nie potrafiłam zrozumieć.

Carla popatrzyła na niego z ukosa, a jej wzrok był zdecydowanie poważny.

– Kochanie, mam wrażenie, że powinieneś zacząć brać antydepresanty. Tak, zdecydowanie potrzebujesz pigułki szczęścia. Następnym razem, jak wstąpisz do mojego lokalu, życzę sobie widzieć uśmiech na tej twojej przystojnej buźce. Słyszysz, co mówię? Widzisz ten napis? Możemy odmówić obsługi.

– Carla, daj spokój temu człowiekowi! – wrzasnął z kuchni jakiś facet.

– Pilnuj własnego nosa, Duke – odkrzyknęła.

Potem nalała jeszcze kilka filiżanek kawy, zwracając się do klientów per „skarbie” i „kochanie” i zaśmiewała się do rozpuku z żartu, który wcale nie był śmieszny. Przyjemnie byłoby być Carlą, pomyślałam. Nawet tylko przez krótką chwilę. Spróbować, jak to jest być nią i przekonać się, czy mi to pasuje.

Pożarłam szarlotkę i frytki w takim tempie, że nawet Carla była pod wrażeniem.

– W życiu nie widziałam, żeby nawet kierowcy ciężarówek, co to ważą ze sto trzydzieści kilogramów, zmiatali tak szybko wszystko z talerza. Musiałaś umierać z głodu.

– Tak – odparłam. Krótko i węzłowato. Jak zawsze.

Uregulowałam rachunek i wyszłam, wlokąc się noga za nogą główną ulicą miasteczka, które ledwie zasługiwało na taką nazwę. Weszłam do drogerii i kupiłam szampon, szczoteczkę, pastę do zębów i farbę do włosów w kasztanowym i ciemnobrązowym kolorze oraz telefon na kartę, który wyjęłam spod lady.

Sprzedawca, facet w średnim wieku o imieniu Gordon wypisanym na plakietce, podliczył moje zakupy.

– Razem będzie pięćdziesiąt osiem dolarów i trzydzieści osiem centów.

Zapłaciłam gotówką. Kiedy wychodziłam, z moich ust wymknęły się nieoczekiwane słowa.

– Dziękuję, kochanie. Życzę miłego dnia.

To było absolutnie niewłaściwe. Tak niewłaściwe, że prawie zatrzęsłam się ze wstydu.

***

Po drodze do domu znalazłam jakiś sklep z alkoholami i nabyłam butelkę ulubionego bourbona Franka, ponieważ wyobraziłam sobie, że drinkiem uda mi się zmyć dręczące mnie wspomnienia. Zapłaciłam gotówką, rzucając sprzedawcy jedynie krótkie „dziękuję”.

W hotelowym pokoju, w którym od czasu do czasu odzywało się cichutkie brzęczenie grzejnika, rozłożyłam na łóżku swoje wspaniałe zakupy i zaczęłam zastanawiać się, jaki powinien być mój następny ruch. Wiedziałam to od samego początku, ale dotąd brakowało mi odwagi. Wypiłam łyk bourbona, a następnie wyłowiłam z torebki notes z telefonami. Wzięłam głęboki oddech i kilka razy powiedziałam głośno „halo”, żeby przećwiczyć głos. Dopiero potem wybrałam numer.

– Olivier i Mead Construction – powiedziała recepcjonistka.

– Chciałabym rozmawiać z panem Rolandem Olivierem.

– Czy mogę zapytać, kto dzwoni?

– Nie. Ale jestem pewna, że będzie chciał ze mną rozmawiać.

– Proszę zaczekać.

Rozległo się kliknięcie, a potem ze słuchawki buchnęła muzyka Beethovena. Minęły pełne dwie minuty, zanim recepcjonistka wróciła.

– Niestety, pan Olivier jest teraz bardzo zajęty. Czy mogę poprosić o numer, a on do pani oddzwoni?

Nie chciałam podawać nazwiska, ale nie widziałam innego sposobu, żeby nawiązać z nim kontakt.

– Proszę powiedzieć panu Olivierowi, że dzwoni jego stara przyjaciółka Tanya.

Tym razem zabrzmiało jedynie parę taktów, zanim w słuchawce rozległ się niski, lekko chropawy głos pana Oliviera.

– Kto mówi? – zapytał.

– Tanya Pitts – wyszeptałam.

Nic nie odpowiedział. Słyszałam w słuchawce jego ciężki oddech.

– Potrzebuję twojej pomocy – dodałam.

– Nie powinnaś była tutaj do mnie dzwonić – odparł.

– Wolałbyś, żebym zadzwoniła do twojej żony i poprosiła o przekazanie wiadomości?

– Czego chcesz?

– Żebyś wyświadczył mi przysługę.

– Jaką przysługę?

– Potrzebuję nowego nazwiska.

– A co złego jest w tym, które nosisz?

– Po prostu przestało mi służyć. Mam wrażenie, że znasz kogoś, kto zajmuje się takimi rzeczami.

– Może i znam.

– Chcę dostać nową tożsamość, nazwisko ładniejsze niż to poprzednie… I jeśli to możliwe, nie mam nic przeciwko temu, żeby być o parę lat młodsza.

Tanya Dubois zbliżała się do trzydziestych urodzin. Ale ja nie chcę kończyć trzydziestki, zanim nie nadejdzie mój czas.

– Nie można zamawiać sobie tożsamości wedle własnego widzimisię – odpowiedział pan Olivier.

– Postaraj się dołożyć wszelkich starań.

– Jak mam cię znaleźć?

– To ja znajdę ciebie. Och, jeszcze przydałoby mi się trochę gotówki, jeżeli nie masz nic przeciwko temu. Kilka tysięcy załatwia sprawę.

– Chyba nie zamierza pani narobić mi kłopotów, prawda, pani Pitts?

Wykorzystał moje nazwisko jak broń, wiedząc, że poczuję to uderzenie w głębi trzewi.

– Powiedzmy pięć tysięcy – odparłam.

Wiedziałam, że mogę wytargować więcej, ale przez całe lata nie poprosiłam pana Oliviera o złamany grosz, i byłam dumna z tego powodu.

– Gdzie jesteś? – spytał.

– Będziemy w kontakcie.

– Czekaj… – zawołał. – Co u ciebie słychać?

Mogłabym przysiąc, że to pytanie było całkiem szczere, zupełnie jakby miało to dla niego znaczenie. Ale wiedziałam, że jest wręcz przeciwnie.

– Do widzenia, panie Olivier.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz