Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 835 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pasażer - Jean_Christophe Grange

Jestem ofiarą. Jestem zabójcą. Jestem jego celem. Chcąc uratować życie, muszę uciec przed swoim prześladowcą. A jeśli sam nim jestem? Jeśli ucieczka jest niemożliwa?

Mathias Freire, lekarz psychiatra w szpitalu dla psychicznie chorych, próbuje ustalić tożsamość włóczęgi zatrzymanego na terenie dworca kolejowego w Bordeaux. Mężczyzna zdradza objawy zaawansowanej amnezji – nie wie, kim jest, gdzie mieszka ani skąd wzięła się krew na jego rzeczach. Równolegle trwa dochodzenie, które prowadzi młoda kapitan policji Anais Chatelet. Ofiarą morderstwa, upozowaną na mitologicznego Minotaura, z łbem byka wciśniętym na głowę, jest kloszard. Jego okaleczone zwłoki znaleziono na bocznicy kolejowej. Przypuszczając, że istnieje związek pomiędzy zabójstwem a tajemniczym pacjentem z amnezją, Ana s nawiązuje kontakt z Mathiasem. Pomiędzy obojgiem rodzi się nić sympatii, a nawet wzajemna fascynacja.

Tymczasem sprawy przyjmują niespodziewany obrót: Freire odkrywa, że sam cierpi na zaniki pamięci, że jego własne życie jest jednym wielkim oszustwem. Nie jest tym, za kogo się dotąd uważał, lecz człowiekiem o wielu osobowościach i tożsamościach. Szanowanym psychiatrą w Bordeaux. Bezdomnym w Marsylii, Victorem Januszem, obecnie głównym podejrzanym w sprawie o zabójstwo „Minotaura”. Szalonym malarzem w Nicei. Kim jest prawdziwy Freire? Chcąc to ustalić, Mathias, za którym wysłano list gończy, musi przeżyć swoje życie w odwrotnym kierunku, odtworzyć każdą ze swoich osobowości w nadziei, że odkryje tę pierwszą. Jego prywatnemu śledztwu towarzyszą kolejne morderstwa. I najemni zabójcy, którzy nie cofną się przed niczym...

Opinie o ebooku Pasażer - Jean_Christophe Grange

Fragment ebooka Pasażer - Jean_Christophe Grange

Wydanie elektroniczne

JEAN-CHRI­STO­PHE GRAN­GÉ

Naj­chęt­niej nad Se­kwa­ną czy­ta­ny au­tor thril­le­rów, wy­da­wa­ny w 30 ję­zy­kach. Uro­dził się w 1961 w Pa­ry­żu. Swo­ją dzia­łal­ność za­wo­do­wą roz­po­czy­nał jako dzien­ni­karz, pu­bli­ku­jąc cykl re­por­ta­ży na­uko­wych w cza­so­pi­śmie „Le Fi­ga­ro”. W 1994 za­de­biu­to­wał po­wie­ścią Lot bo­cia­nów. Mię­dzy­na­ro­do­wą sła­wę przy­nio­sła mu dru­ga książ­ka Pur­pu­ro­we rze­ki, sprze­da­na w łącz­nym na­kła­dzie dwóch mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy. Ko­lej­ne ty­tu­ły, m in. Im­pe­rium Wil­ków, Przy­się­ga ot­chła­ni, Zmi­łuj się, Las cie­ni, Pa­sa­żer i naj­now­sza Ka­iken, umoc­ni­ły po­pu­lar­ność pi­sa­rza, za­pew­nia­jąc mu naj­wyż­sze po­zy­cje na li­stach be­st­sel­le­rów. Nie­ma­ła w tym za­słu­ga licz­nych ad­ap­ta­cji fil­mo­wych jego po­wie­ści, w któ­rach głów­ne role za­gra­li tak zna­ni ak­to­rzy, jak Jean Reno, Vin­cent Cas­sel i Mo­ni­ca Bel­luc­ci. Gran­ge ma na swo­im kon­cie ory­gi­nal­ne sce­na­riu­sze fil­mo­we, m.in. sce­na­riusz do fil­mu Vi­do­cq.

Tego au­to­ra

PUR­PU­RO­WE RZE­KI

KA­MIEN­NY KRĄG

IM­PE­RIUM WIL­KÓW

CZAR­NA LI­NIA

LOT BO­CIA­NÓW

PRZY­SIĘ­GA OT­CHŁA­NI

ZMI­ŁUJ SIĘ

LAS CIE­NI

PA­SA­ŻER

KA­IKEN

www.jc-gran­ge.com

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

LE PAS­SA­GER

Co­py­ri­ght © Edi­tions Al­bin Mi­chel, Pa­ris, 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Wik­to­ria Me­lech 2013

Re­dak­cja: Be­ata Kacz­mar­czyk

Ilu­stra­cja na okład­ce: mma­xer/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-036-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Mi­che­le Roca-Phe­lip­pot

IMA­THIAS FRE­IRE

Dzwo­nek prze­nik­nął do jego świa­do­mo­ści ni­czym roz­pa­lo­na igła.

Śni­ła mu się bia­ła ścia­na ską­pa­na w słoń­cu. Szedł wzdłuż niej, po­dą­ża­jąc za wła­snym cie­niem. Ścia­na nie mia­ła ani po­cząt­ku, ani koń­ca. Była jak wszech­świat. Gład­ka, lśnią­ca, obo­jęt­na… Zno­wu dzwo­nek.

Otwo­rzył oczy. Spoj­rzał na błysz­czą­ce cy­fry kwar­co­we­go bu­dzi­ka sto­ją­ce­go obok. Czwar­ta zero dwie. Uniósł się na łok­ciu. Po­szu­kał po omac­ku te­le­fo­nu. Jego ręka tra­fi­ła w próż­nię. Przy­po­mniał so­bie, że prze­by­wa w sali wy­po­czyn­ko­wej. Ob­ma­cał kie­sze­nie ki­tla, zna­lazł swój te­le­fon ko­mór­ko­wy. Spoj­rzał na ekran. Nie znał tego nu­me­ru. Ode­brał bez sło­wa.

W ciem­nym po­ko­ju roz­legł się czyjś głos:

– Czy dok­tor Fre­ire?

Nie od­po­wie­dział.

– Czy pan dok­tor Ma­thias Fre­ire, dy­żur­ny psy­chia­tra?

Głos wy­dał mu się dziw­nie od­le­gły. Zno­wu ten sen. Ścia­na, bia­łe świa­tło, cień…

– Tak, to ja – po­twier­dził w koń­cu.

– Na­zy­wam się Fil­lon. Je­stem le­ka­rzem dy­żur­nym w szpi­ta­lu Sa­int-Jean Bel­cier.

– Dla­cze­go dzwo­ni pan do mnie pod ten nu­mer?

– Tyl­ko ten mi dano. Czy prze­szka­dzam panu?

Jego oczy po­wo­li przy­zwy­cza­ja­ły się do ciem­no­ści. Ne­ga­to­skop. Me­ta­lo­we biur­ko. Szaf­ka na leki za­mknię­ta na dwa spu­sty. Sala wy­po­czyn­ko­wa była wła­ści­wie ga­bi­ne­tem kon­sul­ta­cyj­nym, w któ­rym przy­ga­szo­no świa­tło. Spał na sto­le do ba­dań.

– Co się dzie­je? – za­py­tał bur­kli­wie, wsta­jąc.

– Ja­kaś dziw­na hi­sto­ria na dwor­cu Sa­int-Jean. Straż­ni­cy zna­leź­li oko­ło pół­no­cy męż­czy­znę. Włó­czę­gę scho­wa­ne­go w warsz­ta­cie przy to­rach.

W gło­sie le­ka­rza wy­czu­wa­ło się na­pię­cie. Fre­ire spoj­rzał po­now­nie na bu­dzik: czwar­ta zero pięć.

– Za­bra­li go do dwor­co­wej izby cho­rych, a po­tem skon­tak­to­wa­li się z ko­mi­sa­ria­tem przy pla­cu des Ca­pu­cins. Po­li­cjan­ci prze­wieź­li go­ścia na po­ste­ru­nek i we­zwa­li mnie, że­bym go zba­dał.

– Jest ran­ny?

– Nie. Ale kom­plet­nie stra­cił pa­mięć. Coś nie­sa­mo­wi­te­go.

Fre­ire ziew­nął.

– Nie uda­je?

– To pan jest spe­cja­li­stą. Ale nie wy­da­je mi się. Wy­glą­da, jak­by nie wie­dział, gdzie się znaj­du­je.

– Po­li­cjan­ci będą do mnie dzwo­nić?

– Nie. Pa­trol z BAC wie­zie de­li­kwen­ta do pana.

– Dzię­ki – rzu­cił iro­nicz­nym to­nem.

– To po­waż­na spra­wa. Pan może mu po­móc. Je­stem tego pe­wien.

– Spo­rzą­dził pan ra­port me­dycz­ny?

– Ma go ze sobą. Po­wo­dze­nia.

Dok­tor Fil­lon odło­żył słu­chaw­kę, naj­wy­raź­niej chcąc jak naj­szyb­ciej skoń­czyć tę roz­mo­wę. Ma­thias Fre­ire sie­dział bez ru­chu. Sy­gnał te­le­fo­nicz­ny świ­dro­wał mu w ciem­no­ściach bę­ben­ki. Tej nocy zde­cy­do­wa­nie nie było mu dane spać. Atrak­cje za­czę­ły się o go­dzi­nie dwu­dzie­stej pierw­szej. W pa­wi­lo­nie dla nowo przy­ję­tych pa­cjent zro­bił kupę w swo­im po­ko­ju i opy­chał się wła­sny­mi eks­kre­men­ta­mi, po czym zła­mał nad­gar­stek in­ter­we­niu­ją­ce­mu pie­lę­gnia­rzo­wi. Pół go­dzi­ny póź­niej, w Pa­wi­lo­nie Za­chod­nim, schi­zo­fre­nik otwo­rzył so­bie żyły ka­wał­kiem li­no­leum. Fre­ire nad­zo­ro­wał udzie­le­nie mu pierw­szej po­mo­cy i ka­zał go prze­wieźć na od­dział na­głych przy­pad­ków po­bli­skie­go szpi­ta­la uni­wer­sy­tec­kie­go Pel­le­grin.

Po­ło­żył się spać o pół­no­cy. Go­dzi­nę po­tem inny pa­cjent wy­brał się na spa­cer po te­re­nie szpi­tal­nym zu­peł­nie nagi, z pla­sti­ko­wą trąb­ką w rę­kach. Trze­ba było zro­bić mu za­strzyk z trzech am­pu­łek lok­sa­pi­ny, żeby go uśpić, a na­stęp­nie uspo­ko­ić tych, któ­rych zbu­dził swo­im re­ci­ta­lem. W tym sa­mym cza­sie pa­cjent z od­dzia­łu uza­leż­nień do­stał ata­ku pa­dacz­ki. Za­nim Fre­ire tam do­tarł, cho­ry zdą­żył już prze­gryźć so­bie ję­zyk. W ustach miał peł­no krwi. Gdy we czte­rech pró­bo­wa­li za­pa­no­wać nad jego drgaw­ka­mi, pa­cjent, ko­rzy­sta­jąc z za­mie­sza­nia, ukradł mu ko­mór­kę. Do­pie­ro kie­dy go obez­wład­nio­no, Fre­ire roz­giął jego pal­ce i od­zy­skał swój apa­rat te­le­fo­nicz­ny, uma­za­ny krwią.

Po­ło­żył się po­now­nie do­pie­ro o wpół do czwar­tej. Spo­kój trwał za­le­d­wie pół go­dzi­ny. Prze­rwał go ten bez­sen­sow­ny te­le­fon. A niech to cho­le­ra!

Trwał tak w ciem­no­ściach bez ru­chu. Wciąż brzę­czał mu w uszach sy­gnał te­le­fo­nicz­ny, upior­ny dźwięk w tym po­ko­ju bez gra­nic.

Scho­wał ko­mór­kę do kie­sze­ni i wstał. Zno­wu uka­za­ła się bia­ła ścia­na ze snu. Ko­bie­cy głos szep­tał: fe­liz… Sło­wo to w ję­zy­ku hisz­pań­skim zna­czy­ło „szczę­ście”. Skąd ten hisz­pań­ski? Skąd ta ko­bie­ta? Po­czuł w głę­bi le­we­go oka prze­ni­kli­wy ból, jak za­wsze, kie­dy się bu­dził. Po­tarł po­wie­ki i na­pił się wody z kra­nu nad umy­wal­ką.

Nadal po omac­ku, otwo­rzył drzwi za po­mo­cą pla­sti­ko­wej kar­ty.

Za­mknął się od we­wnątrz, gdy przy­szedł się prze­ki­mać, bo znaj­du­ją­ca się tu szaf­ka z le­kar­stwa­mi była dla cho­rych z tego od­dzia­łu ni­czym świę­ty Gra­al.

Pięć mi­nut póź­niej szedł lśnią­cym od wil­go­ci as­fal­tem kam­pu­su. Mgła spo­wi­ja­ła Bor­de­aux od po­przed­nie­go dnia. Gę­sta, mlecz­na, nie­prze­nik­nio­na. Pod­niósł koł­nierz płasz­cza, któ­ry na­rzu­cił na ki­tel. W nos ude­rzył go za­pach wil­go­ci i mo­rza.

Skrę­cił w głów­ną ale­ję. Wi­docz­ność ogra­ni­czo­na była do trzech me­trów, ale znał dro­gę na pa­mięć. Pa­wi­lo­ny z sza­rym, su­ro­wym tyn­kiem, ze spa­dzi­sty­mi da­cha­mi, kwa­dra­ty traw­ni­ków. Po­wi­nien był wy­słać pie­lę­gnia­rza po no­we­go pa­cjen­ta, tyle że za­wsze wo­lał oso­bi­ście przyj­mo­wać swo­ich „klien­tów”…

Prze­szedł przez głów­ne pa­tio, wo­kół któ­re­go po­sa­dzo­no kil­ka palm. Za­zwy­czaj drze­wa te, przy­wie­zio­ne z An­ty­li, na­pa­wa­ły go opty­mi­zmem. Jed­nak nie tej nocy. Chłód i wil­goć były zbyt do­tkli­we. Do­szedł do bra­my wej­ścio­wej, kiw­nął gło­wą war­tow­ni­ko­wi i zna­lazł się na ze­wnątrz. Nad­jeż­dżał ra­dio­wóz. Ko­gut na jego da­chu ob­ra­cał się wol­no, w ci­szy, przy­wo­dząc na myśl la­tar­nię mor­ską na krań­cach świa­ta.

Fre­ire za­mknął oczy. Pod po­wie­ką wciąż czuł pul­su­ją­cy ból. Nie przy­wią­zy­wał żad­nej wagi do tego czy­sto psy­cho­so­ma­tycz­ne­go ob­ja­wu. Przez cały dzień zaj­mo­wał się le­cze­niem do­le­gli­wo­ści umy­sło­wych, któ­re wy­wie­ra­ły wpływ na cia­ło. Dla­cze­go nie mia­ło­by to do­ty­czyć rów­nież i jego or­ga­ni­zmu?

Otwo­rzył oczy. Z sa­mo­cho­du wy­siadł po­li­cjant w to­wa­rzy­stwie męż­czy­zny w cy­wi­lu. Fre­ire zro­zu­miał, dla­cze­go dzwo­nią­cy do nie­go le­karz wy­da­wał się prze­stra­szo­ny. Czło­wiek z amne­zją był praw­dzi­wym ko­lo­sem: wzrost dwa me­try, waga co naj­mniej sto trzy­dzie­ści ki­lo­gra­mów. Na gło­wie miał ka­pe­lusz – au­ten­tycz­ny stet­son z Tek­sa­su, a na no­gach buty z jasz­czur­czej skó­ry. Sze­ro­kie bary cia­sno opi­nał ciem­no­sza­ry płaszcz. W ręku męż­czy­zna trzy­mał pla­sti­ko­wą tor­bę i sza­rą ko­per­tę wy­pcha­ną do­ku­men­ta­mi.

Po­li­cjant zro­bił krok do przo­du, ale Fre­ire dał mu znak, by zo­stał na miej­scu. Sam ru­szył w kie­run­ku kow­bo­ja. Z każ­dym kro­kiem ból pod po­wie­ką sta­wał się ostrzej­szy, nerw w ką­ci­ku oka za­czy­nał drgać.

– Do­bry wie­czór – po­wie­dział, gdy zna­lazł się kil­ka me­trów przed swo­im no­wym pa­cjen­tem.

Żad­nej od­po­wie­dzi. Męż­czy­zna, oświe­tlo­ny mgli­stym świa­tłem la­tar­ni ulicz­nej, na­wet się nie po­ru­szył. Fre­ire spoj­rzał na po­li­cjan­ta, któ­ry stał z tyłu, z ręką na bio­drze, go­tów in­ter­we­nio­wać.

– W po­rząd­ku. Może nas pan zo­sta­wić sa­mych.

– Nie ży­czy pan so­bie, bym zdał re­la­cję?

– Pro­szę prze­słać mi ju­tro pro­to­kół.

Po­li­cjant skło­nił się, cof­nął, po czym znik­nął w sa­mo­cho­dzie, któ­ry za­raz roz­pły­nął się w mlecz­nych opa­rach.

Te­raz obaj zo­sta­li sami, roz­dzie­le­ni je­dy­nie strzę­pa­mi mgły.

– Je­stem dok­tor Ma­thias Fre­ire – ode­zwał się w koń­cu. – Pod­le­ga mi ostry dy­żur w tym szpi­ta­lu.

– Czy to pan się mną zaj­mie?

Ni­ski, przy­tłu­mio­ny głos. Fre­ire nie wi­dział wy­raź­nie ry­sów twa­rzy, za­kry­tych ron­dem stet­so­na. Wy­da­wa­ło się, że męż­czy­zna ma gło­wę ol­brzy­ma z fil­mów ry­sun­ko­wych. Za­dar­ty nos, usta po­two­ra, cięż­ki pod­bró­dek.

– Jak się pan czu­je?

– Trze­ba się mną za­jąć.

– Ze­chce pan pójść za mną?

Ol­brzym wciąż stał nie­ru­cho­mo.

– Pro­szę iść ze mną – po­wie­dział Fre­ire, do­ty­ka­jąc jego ra­mie­nia. – Po­mo­że­my panu.

Męż­czy­zna cof­nął się in­stynk­tow­nie. Pro­mień świa­tła padł na jego twarz. Fre­ire zna­lazł po­twier­dze­nie tego, co prze­wi­dy­wał. Twarz jak­by dzie­cię­ca, ale dziw­nie nie­pro­por­cjo­nal­na. Fa­cet mu­siał mieć oko­ło pięć­dzie­siąt­ki. Spod ka­pe­lu­sza wy­my­ka­ły się ko­smy­ki sre­brzy­stych wło­sów.

– Pro­szę pójść ze mną. Wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Fre­ire sta­rał się, by jego głos za­brzmiał prze­ko­nu­ją­co. Cho­rzy psy­chicz­nie są nie­zwy­kle wraż­li­wi. Wy­czu­wa­ją na­tych­miast, kie­dy się nimi ma­ni­pu­lu­je. Nie da się ich prze­chy­trzyć. Wszyst­ko musi od­by­wać się przy kar­tach wy­ło­żo­nych na stół.

Męż­czy­zna z amne­zją zde­cy­do­wał się ru­szyć z miej­sca. Fre­ire od­wró­cił się z rę­ka­mi w kie­sze­niach, z obo­jęt­ną miną, i skie­ro­wał się zno­wu do szpi­ta­la. Zmu­szał się do tego, żeby nie pa­trzeć do tyłu – w ten spo­sób oka­zy­wał pa­cjen­to­wi za­ufa­nie.

Szli do bra­my. Ma­thias Fre­ire od­dy­chał przez usta, po­ły­ka­jąc zim­ne i wil­got­ne po­wie­trze, jak­by jadł lody. Czuł ogrom­ne zmę­cze­nie. Brak snu, mgła, ale przede wszyst­kim na­wra­ca­ją­ce po­czu­cie bez­sil­no­ści wo­bec sza­leń­stwa, któ­re co­dzien­nie po­ka­zy­wa­ło inne ob­li­cze…

Co mu przy­no­sił ten nowo przy­by­ły? Co on sam mógł dla nie­go zro­bić? Fre­ire po­my­ślał, że ma nie­wiel­ką szan­sę, by do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o jego prze­szło­ści. A jesz­cze bar­dziej ni­kłą, by go wy­le­czyć…

Być psy­chia­trą to jak na­parst­kiem czer­pać wodę z dna dziu­ra­wej ło­dzi.

Była dzie­wią­ta rano, kie­dy wsia­dał do swo­je­go sa­mo­cho­du – zde­ze­lo­wa­ne­go vo­lvo, ku­pio­ne­go z dru­giej ręki po przy­jeź­dzie do Bor­de­aux pół­to­ra mie­sią­ca temu. Mógł­by wra­cać do domu pie­szo – miesz­kał nie­ca­ły ki­lo­metr od szpi­ta­la – ale na­brał zwy­cza­ju sia­da­nia za kie­row­ni­cą swe­go gru­cho­ta.

Spe­cja­li­stycz­ne Cen­trum Lecz­ni­cze Pier­re-Ja­net znaj­do­wa­ło się w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej czę­ści mia­sta, nie­da­le­ko kom­plek­su szpi­tal­ne­go Pel­le­grin. Fre­ire miesz­kał w dziel­ni­cy Fle­ming, mię­dzy kom­plek­sem Pel­le­grin i mia­stecz­kiem uni­wer­sy­tec­kim w Bor­de­aux, mię­dzy dziel­ni­ca­mi Pes­sac i Ta­len­ce. Jego dziel­ni­ca była ano­ni­mo­wą stre­fą ró­żo­wych do­mów z da­cha­mi po­kry­ty­mi da­chów­ką, cał­ko­wi­cie iden­tycz­nych, z przy­strzy­żo­ny­mi ży­wo­pło­ta­mi i ma­ły­mi ogród­ka­mi, sta­no­wią­cy­mi „wła­sność pry­wat­ną”. Te ozna­ki do­bro­by­tu cią­gnę­ły się wzdłuż uli­czek ni­czym za­baw­ki na fa­brycz­nej ta­śmie.

Fre­ire je­chał wol­no we mgle, któ­ra nie chcia­ła się pod­nieść. Nie wi­dział wie­le, ale mia­sto go nie in­te­re­so­wa­ło. Mó­wio­no mu: „Zo­ba­czy pan, to mały Pa­ryż”. Albo: „To nie­zwy­kłe mia­sto”. Albo jesz­cze in­a­czej: „To Olimp win!”. Mó­wio­no dużo róż­nych rze­czy. Żad­na z tych opi­nii nie przy­sta­wa­ła do rze­czy­wi­sto­ści. Bor­de­aux wy­da­wa­ło mu się ra­czej mia­stem miesz­czań­skim, nie­przy­stęp­nym, za­bój­czym. Bez­barw­na, zim­na aglo­me­ra­cja, gdzie na rogu każ­dej uli­cy pa­no­wa­ła sztyw­na at­mos­fe­ra pro­win­cjo­nal­ne­go ho­te­lu.

Nie mie­wał do czy­nie­nia z dru­gą twa­rzą Bor­de­aux – jego słyn­ną bur­żu­azją. Ko­le­dzy psy­chia­trzy byli ra­czej sta­ry­mi le­wi­cow­ca­mi, zwal­cza­ją­cy­mi tu­tej­sze tra­dy­cje. Mal­kon­ten­ta­mi, któ­rzy, nie zda­jąc so­bie z tego spra­wy, two­rzy­li inną wer­sję kry­ty­ko­wa­nej przez sie­bie kla­sy. Ogra­ni­czył kon­tak­ty z nimi do roz­mów przy lun­chu – śmiesz­nych aneg­do­tek o wa­ria­tach, któ­rzy po­ły­ka­li wi­del­ce, ty­rad prze­ciw fran­cu­skie­mu sys­te­mo­wi le­cze­nia psy­chia­trycz­ne­go, snu­cia wa­ka­cyj­nych pla­nów od­po­czyn­ku w za­cisz­nych miej­scach.

Chciał­by na­le­żeć do so­cje­ty Bor­de­aux, ale oka­za­ło się to nie­moż­li­we. Fre­ire miał wiel­ką wadę – nie pił wina. W Akwi­ta­nii zna­czy­ło to tyle samo, co być śle­pym, głu­chym lub spa­ra­li­żo­wa­nym. Nig­dy nie czy­nio­no mu z tego po­wo­du wy­mó­wek, jed­nak ci­sza, jaka go ota­cza­ła, była wy­star­cza­ją­co wy­mow­na. W Bor­de­aux, je­śli nie pi­jesz wina, nie masz przy­ja­ciół. Po pro­stu. Nikt nig­dy do nie­go nie dzwo­nił, nie wy­sy­łał e-ma­ili ani SMS-ów. Żad­nych kon­tak­tów oprócz za­wo­do­wych w in­tra­ne­to­wej sie­ci szpi­ta­la.

Do­tarł do swo­jej dziel­ni­cy.

Tu­taj każ­dy dom no­sił na­zwę ja­kie­goś ka­mie­nia szla­chet­ne­go. To­paz. Dia­ment. Tur­kus. Tyl­ko w ten spo­sób moż­na było je od­róż­nić. Fre­ire miesz­kał w domu o na­zwie Opal. Wma­wiał so­bie, że wy­brał go, po­nie­waż znaj­do­wał się bli­sko szpi­ta­la. Jed­nak tak na­praw­dę zde­cy­do­wał się na tę dziel­ni­cę, bo była neu­tral­na, gwa­ran­to­wa­ła ano­ni­mo­wość. Ide­al­ne miej­sce, żeby się schro­nić, za­ka­mu­flo­wać, wto­pić mię­dzy in­nych. Przy­był tu­taj, bo chciał od­ciąć się gru­bą kre­ską od swej pa­ry­skiej prze­szło­ści. Od czło­wie­ka, któ­rym kie­dyś był – zna­ne­go i sław­ne­go le­ka­rza, któ­re­mu schle­bia­no w śro­do­wi­sku.

Za­par­ko­wał w od­le­gło­ści kil­ku me­trów od domu. Mgła była tak gę­sta, że zo­sta­wio­no za­pa­lo­ne la­tar­nie.

Nig­dy nie ko­rzy­stał ze swo­je­go ga­ra­żu. Kie­dy wy­siadł z sa­mo­cho­du, od­niósł wra­że­nie, że za­nu­rzył się w ba­se­nie z mlecz­ną wodą. Mi­liar­dy kro­pe­lek ma­te­ria­li­zo­wa­ły po­wie­trze, upo­dab­nia­jąc je do upstrzo­ne­go punk­ci­ka­mi płót­na.

Gdy pod­no­sił koł­nierz płasz­cza, czuł na szyi lo­do­wa­te kłu­cie mgły. Przy­spie­szył kro­ku, cho­wa­jąc ręce do kie­sze­ni pro­chow­ca. Po­my­ślał, że przy­po­mi­na pry­wat­ne­go de­tek­ty­wa ze sta­re­go hol­ly­wo­odz­kie­go fil­mu, sa­mot­ne­go bo­ha­te­ra po­szu­ku­ją­ce­go świa­tła praw­dy.

Otwo­rzył furt­kę ogro­du, prze­szedł kil­ka me­trów po błysz­czą­cym od wil­go­ci traw­ni­ku, prze­krę­cił klucz w zam­ku.

Wnę­trze domu wy­glą­da­ło tak samo ba­nal­nie jak jego fa­sa­da. W ca­łym kwar­ta­le set­ki razy po­wta­rzał się ten sam układ: przed­po­kój, sa­lon, kuch­nia, po­ko­je sy­pial­ne na pię­trze… Te same ma­te­ria­ły. Ro­ze­schnię­ty par­kiet. Ścia­ny z nie­wy­gła­dzo­ne­go bia­łe­go tyn­ku. Drzwi ze sklej­ki. Oso­bo­wość miesz­kań­ców mo­gła się wy­ra­zić tyl­ko w wy­bra­nych przez nich me­blach.

Zdjął nie­prze­ma­kal­ny płaszcz i nie za­pa­la­jąc świa­tła, skie­ro­wał się do kuch­ni. Ory­gi­nal­ność miesz­ka­nia Fre­ire’a po­le­ga­ła na tym, że pra­wie nie miał me­bli. Za­miast nich pod ścia­na­mi sta­ły kar­to­no­we pu­dła, za­mknię­te od cza­su prze­pro­wadz­ki. Żył w tym apar­ta­men­cie, któ­ry od­gry­wał rolę świad­ka, tyle tyl­ko, że ten świa­dek nie miał nic do po­wie­dze­nia.

Przy­go­to­wał so­bie her­ba­tę przy świe­tle la­tar­ni ulicz­nych. Oce­niał w my­ślach szan­se na choć­by krót­ki sen. Nie miał żad­nych.

O trzy­na­stej za­czy­nał się jego dy­żur – do tej go­dzi­ny musi przej­rzeć pa­pie­ry. Na­stęp­ny dzień pra­cy skoń­czy o dwu­dzie­stej dru­giej. Zwa­li się wów­czas na ka­na­pę, bez ko­la­cji, oglą­da­jąc w roz­tar­gnie­niu ja­kiś pro­gram roz­ryw­ko­wy w te­le­wi­zji. Na­za­jutrz, w nie­dzie­lę, bę­dzie ro­bił to samo, aż do wie­czo­ra. Wresz­cie po so­lid­nie prze­spa­nej nocy wró­ci znów do pra­cy w po­nie­dzia­łek, zgod­nie z bar­dziej lub mniej nor­mal­nym roz­kła­dem.

Ob­ser­wu­jąc list­ki her­ba­ty za­pa­rza­ją­ce się w czaj­nicz­ku, po­my­ślał, że po­wi­nien coś z tym zro­bić. Nie brać tylu dy­żu­rów. Pro­wa­dzić hi­gie­nicz­ny tryb ży­cia. Upra­wiać ja­kiś sport. Ja­dać w usta­lo­nych po­rach… ale tego ro­dza­ju re­flek­sje rów­nież sta­ły się czę­ścią jego co­dzien­no­ści, nie­upo­rząd­ko­wa­nej, po­wta­rza­ją­cej się, bez­ce­lo­wej.

Na sto­ją­co, w kuch­ni, pod­niósł sit­ko peł­ne her­ba­ty, przy­glą­da­jąc się jej co­raz ciem­niej­szej, brą­zo­wej bar­wie. Do­kład­ne od­bi­cie jego mó­zgu, po­grą­ża­ją­ce­go się w czar­nych my­ślach. Za­nu­rza­jąc sit­ko po­now­nie, po­my­ślał, że pra­gnął uciec w sza­leń­stwo in­nych lu­dzi, żeby ła­twiej móc za­po­mnieć o wła­snym.

Dwa lata temu, w wie­ku czter­dzie­stu trzech lat, Ma­thias Fre­ire, za­trud­nio­ny w szpi­ta­lu spe­cja­li­stycz­nym w Vil­le­ju­if, po­peł­nił jako le­karz kar­dy­nal­ny błąd – spał ze swo­ją pa­cjent­ką, Anne-Ma­rie Straub, schi­zo­fre­nicz­ką. Ma­nia­kal­no-de­pre­syj­ną. Nie­ule­czal­nie cho­rą, ska­za­ną na prze­by­wa­nie w za­kła­dzie do koń­ca ży­cia. Kie­dy wra­cał my­śla­mi do tego błę­du, wciąż nie mógł uwie­rzyć. Prze­kro­czył naj­święt­sze tabu.

A prze­cież w tej hi­sto­rii nie było nic nie­nor­mal­ne­go, nic per­wer­syj­ne­go. Gdy­by po­znał Anne-Ma­rie poza mu­ra­mi szpi­ta­la, na­tych­miast by się w niej za­ko­chał. Do­świad­czył­by ta­kie­go sa­me­go gwał­tow­ne­go, ir­ra­cjo­nal­ne­go po­żą­da­nia jak to, któ­re ogar­nę­ło go w jego ga­bi­ne­cie od pierw­sze­go na nią spoj­rze­nia. Jego na­mięt­no­ści nic nie mo­gło po­wstrzy­mać: ani izo­lat­ki, ani leki, ani krzy­ki. Spa­dło to na nie­go po pro­stu jak grom z ja­sne­go nie­ba.

W Vil­le­ju­if Fre­ire miesz­kał na te­re­nie szpi­tal­ne­go kam­pu­su w osob­nym bu­dyn­ku. Co noc przy­cho­dził do pa­wi­lo­nu Anne-Ma­rie. Wi­dział to te­raz wszyst­ko w wy­obraź­ni. Ko­ry­tarz wy­ło­żo­ny li­no­leum. Drzwi z okrą­gły­mi okien­ka­mi. Wła­sne klu­cze, dzię­ki któ­rym mógł wszę­dzie wejść. Ni­czym cień prze­my­kał się wie­dzio­ny po­żą­da­niem. Każ­dej nocy prze­cho­dził przez salę te­ra­pii przez sztu­kę. Za każ­dym ra­zem opusz­czał wzrok, by nie wi­dzieć na ścia­nach ob­ra­zów Anne-Ma­rie. Ma­lo­wa­ła czar­ne, po­skrę­ca­ne, ob­sce­nicz­ne rany na czer­wo­nym tle. Cza­sa­mi sama cię­ła płót­no szpa­chel­ką po­dob­nie jak Lu­cio Fon­ta­na. Kie­dy Ma­thias pa­trzył przy świe­tle dzien­nym na jej ob­ra­zy, nie miał wąt­pli­wo­ści, że Anne-Ma­rie jest jed­ną z naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych pa­cjen­tek w szpi­ta­lu. Nocą, za­po­mi­na­jąc o tym, prze­my­kał się jed­nak do jej izo­lat­ki.

Te noce wy­pa­li­ły go na za­wsze. Na­mięt­ne uści­ski w za­ry­glo­wa­nym po­ko­ju. Piesz­czo­ty ta­jem­ne, na­tchnio­ne, znie­wa­la­ją­ce. Sza­lo­ne roz­mo­wy, szep­ty na ucho. „Nie patrz na nie, ko­cha­ny… Nie są złe…”. Mó­wi­ła o du­chach, któ­re, jej zda­niem, ota­cza­ły ich w ciem­no­ściach. Ma­thias nie od­po­wia­dał, otwar­ty­mi ocza­mi wpa­tru­jąc się w mrok. Pro­sto w śle­py za­ułek, po­wta­rzał so­bie w du­chu. Zmie­rzam pro­sto w śle­py za­ułek.

Któ­re­goś razu po­peł­nił o je­den błąd za dużo. Po mi­ło­snym sto­sun­ku za­snął. Na jed­ną go­dzi­nę. Może mniej. Kie­dy się obu­dził – mu­sia­ła być trze­cia nad ra­nem – nad łóż­kiem ko­ły­sa­ło się na­gie cia­ło Anne-Ma­rie. Po­wie­si­ła się. Na pa­sku od jego spodni.

Przez se­kun­dę nic nie ro­zu­miał. Są­dził, że jesz­cze śni. Pa­trzył z za­chwy­tem na tę syl­wet­kę z cięż­ki­mi pier­sia­mi, któ­re zno­wu go pod­nie­ci­ły. Po­tem ogar­nę­ło go prze­ra­że­nie. Po­jął wresz­cie, że wszyst­ko się skoń­czy­ło. Dla niej. Dla nie­go. Ubrał się po­spiesz­nie, zo­sta­wia­jąc cia­ło i swój pa­sek przy­mo­co­wa­ny do ry­gla w oknie. Biegł przez ko­ry­ta­rze, uni­ka­jąc pie­lę­gnia­rzy, aż do­padł swo­je­go pa­wi­lo­nu ni­czym zwie­rzę swej nory.

Cięż­ko dy­sząc, z za­mę­tem w gło­wie, zro­bił so­bie za­strzyk uspo­ka­ja­ją­cy w przed­ra­mię i zwi­nął się w kłę­bek na łóż­ku, za­kry­wa­jąc twarz prze­ście­ra­dłem.

Kie­dy się obu­dził po dwu­na­stu go­dzi­nach, spra­wa była już zna­na wszyst­kim. Nikt się nie zdzi­wił, bo Anne-Ma­rie wie­lo­krot­nie usi­ło­wa­ła ze sobą skoń­czyć. Za­rzą­dzo­ne zo­sta­ło śledz­two w celu usta­le­nia po­cho­dze­nia mę­skie­go pa­ska, na któ­rym się po­wie­si­ła. Nic to nie dało. Ma­thias Fre­ire nie był prze­słu­chi­wa­ny. Anne-Ma­rie nie była jego pa­cjent­ką już od po­nad roku. Sa­mo­bój­czy­ni nie mia­ła żad­nej ro­dzi­ny. Nikt nie zło­żył skar­gi. Spra­wę umo­rzo­no.

Od tam­te­go dnia Fre­ire wy­ko­ny­wał swo­ją pra­cę au­to­ma­tycz­nie, wspo­ma­ga­jąc się le­ka­mi an­ty­de­pre­syj­ny­mi i uspo­ka­ja­ją­cy­mi. Przy­najm­niej w tym wy­pad­ku moż­na by po­wie­dzieć, że szewc nie cho­dzi bez bu­tów. Żad­nych wspo­mnień z tam­te­go okre­su. Au­to­ma­tycz­nie pro­wa­dzo­ne kon­sul­ta­cje. Nie­ja­sne dia­gno­zy. Noce bez snu. Aż do mo­men­tu, kie­dy po­ja­wi­ła się moż­li­wość wy­jaz­du do Bor­de­aux. Sko­rzy­stał z niej bez na­my­słu. Spa­ko­wał wa­liz­ki i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wsiadł do szyb­ko­bież­ne­go po­cią­gu TGV.

Od chwi­li pod­ję­cia pra­cy w Spe­cja­li­stycz­nym Cen­trum Lecz­ni­czym przy­jął nową po­sta­wę za­wo­do­wą. Uni­kał w swo­jej pra­cy ja­kie­go­kol­wiek za­an­ga­żo­wa­nia. Jego pa­cjen­ci nie byli już przy­pad­ka­mi, lecz ru­bry­ka­mi, któ­re mu­siał wy­peł­nić – schi­zo­fre­nia, de­pre­sja, hi­ste­ria, ner­wi­ca na­tręctw, pa­ra­no­ja, au­tyzm… Za­pi­sy­wał, za­le­cał od­po­wied­nie le­cze­nie, cały czas za­cho­wu­jąc dy­stans. Mó­wio­no o nim, że jest zim­ny i per­fek­cyj­ny ni­czym ro­bot. Tym le­piej. Już nig­dy wię­cej nie na­wią­że bliż­szych kon­tak­tów z pa­cjen­tem. Nig­dy wię­cej nie uwi­kła się w nic w swo­jej pra­cy.

Z wol­na po­wró­cił do chwi­li obec­nej. W dal­szym cią­gu stał przy oknie ku­chen­nym, wy­cho­dzą­cym na pu­stą uli­cę spo­wi­tą we mgle. Her­ba­ta zro­bi­ła się czar­na jak kawa. Dzień do­pie­ro wsta­wał. Za ży­wo­pło­ta­mi ta­kie same domy. Za okna­mi ta­kie same eg­zy­sten­cje uśpio­nych jesz­cze lu­dzi. So­bot­ni ra­nek, moż­na się więc wy­le­gi­wać.

Jed­nak je­den szcze­gół nie pa­so­wał.

Przy chod­ni­ku, w od­le­gło­ści ja­kichś pięć­dzie­się­ciu me­trów, stał za­par­ko­wa­ny wóz te­re­no­wy z za­pa­lo­ny­mi re­flek­to­ra­mi.

Fre­ire wy­tarł za­pa­ro­wa­ną szy­bę. W tym mo­men­cie dwaj męż­czyź­ni w czar­nych płasz­czach wy­sie­dli z sa­mo­cho­du. Przy­mru­żył oczy. Wi­docz­ność była sła­ba, ale ich syl­wet­ki przy­po­mi­na­ły fil­mo­wych agen­tów FBI. Albo po­sta­cie bę­dą­ce pa­ro­dią bo­ha­te­rów fil­mu Fa­ce­ci w czer­ni. Co oni tu­taj ro­bi­li?

Po­my­ślał przez mo­ment, że może są to człon­ko­wie ochro­ny, wy­na­ję­ci przez miesz­kań­ców tej dziel­ni­cy, lecz ani wóz, ani ele­ganc­ki ubiór tych pa­nów nie pa­so­wa­ły do tej kon­cep­cji. Sta­li te­raz opar­ci o ma­skę te­re­nów­ki, nie przej­mu­jąc się mgłą. Coś bacz­nie ob­ser­wo­wa­li. Ma­thias zno­wu po­czuł ból w oczo­do­le.

Fa­ce­ci w wil­got­nych płasz­czach wpa­try­wa­li się przez mgłę w jego dom. I na pew­no w jego syl­wet­kę w ku­chen­nym oknie.

Fre­ire prze­spał się na ka­na­pie, okry­ty za­miast ko­cem róż­ny­mi pa­pie­rzy­ska­mi. Do szpi­ta­la wró­cił o trzy­na­stej. Ży­we­go du­cha w izbie przy­jęć. Żad­nych cho­rych na de­pre­sję, za­la­nych w tru­pa klo­szar­dów, sza­leń­ców zgar­nię­tych na dro­dze. Całe szczę­ście. Po­zdro­wił pie­lę­gnia­rzy, któ­rzy po­da­li mu jego pocz­tę i akta spo­rzą­dzo­ne po­przed­nie­go dnia. Po­szedł do ga­bi­ne­tu, gdzie spę­dzał swój dy­żur. Był to po­kój ba­dań i za­ra­zem po­kój wy­po­czyn­ko­wy.

Z pli­ku do­ku­men­tów wy­jął przede wszyst­kim tecz­kę z pro­to­ko­łem do­ty­czą­cym czło­wie­ka z amne­zją, zna­le­zio­ne­go na dwor­cu Sa­int-Jean. Pro­to­kół spo­rzą­dził Ni­co­las Pa­il­has, po­rucz­nik z po­ste­run­ku po­li­cji przy pla­cu des Ca­pu­cins. Po­przed­nie­go wie­czo­ru Fre­ire nie pró­bo­wał py­tać o nic kow­bo­ja ani nie usi­ło­wał zro­zu­mieć, co się wy­da­rzy­ło. Wy­eks­pe­dio­wał go do łóż­ka, przed­tem tyl­ko osłu­chał i za­le­cił po­da­nie środ­ka prze­ciw­bó­lo­we­go.

Pro­to­kół od pierw­szych li­ni­jek przy­kuł uwa­gę Fre­ire’a.

Nie­zna­jo­my zo­stał zna­le­zio­ny przez ko­le­ja­rzy oko­ło pół­no­cy w punk­cie oli­wie­nia kół, znaj­du­ją­cym się przy to­rze nu­mer 1. Męż­czy­zna wy­ła­mał za­mek i ukrył się w tym po­miesz­cze­niu. Gdy ko­le­ja­rze za­py­ta­li go, co tam robi, nie był w sta­nie od­po­wie­dzieć. Nie po­tra­fił rów­nież po­dać swo­je­go na­zwi­ska. Oprócz ka­pe­lu­sza typu stet­son i bu­tów z jasz­czur­czej skó­ry miał na so­bie płaszcz z sza­rej weł­ny, sztruk­so­wą, pod­nisz­czo­ną ma­ry­nar­kę, prze­ciw­pot­ny pod­ko­szu­lek z logo CHAM­PION i dziu­ra­we dżin­sy. Nie zna­le­zio­no jed­nak przy nim żad­ne­go do­ku­men­tu po­zwa­la­ją­ce­go usta­lić jego toż­sa­mość. Spra­wiał wra­że­nie, że jest w szo­ku. Miał trud­no­ści z mó­wie­niem. Nie­kie­dy na­wet nie ro­zu­miał sta­wia­nych mu py­tań.

Bar­dziej nie­po­ko­ją­ce było to, że nie chciał od­dać trzy­ma­nych w rę­kach dwóch przed­mio­tów. Ogrom­ne­go klu­cza na­staw­ne­go, mo­del 450 mm, oraz książ­ki te­le­fo­nicz­nej re­gio­nu Akwi­ta­nii z roku 1996 – wie­lo­stro­ni­co­wej ce­gły z pa­pie­ru bi­blij­ne­go. I książ­ka, i klucz uma­za­ne były krwią. Tek­sań­czyk nie po­tra­fił wy­ja­śnić, skąd się wzię­ły te przed­mio­ty w jego rę­kach i pla­my z krwi.

Pra­cow­ni­cy ko­lei, są­dząc, że jest ran­ny, za­pro­wa­dzi­li go do punk­tu sa­ni­tar­ne­go na dwor­cu. Tam obej­rza­no go i stwier­dzo­no, że nie ma żad­nych ran. A to ozna­cza­ło, że krew na klu­czu i na książ­ce te­le­fo­nicz­nej na­le­ży do ko­goś in­ne­go. Kie­row­nik dwor­ca we­zwał po­li­cję. Kwa­drans póź­niej przy­by­li Pa­il­has i jego lu­dzie. Za­bra­li męż­czy­znę na po­ste­ru­nek i we­zwa­li le­ka­rza dy­żur­ne­go dziel­ni­cy, a ten z ko­lei skon­tak­to­wał się z Fre­ire’em.

Prze­słu­cha­nie na ko­mi­sa­ria­cie nie przy­nio­sło nic no­we­go. Zro­bio­no zdję­cie męż­czy­zny. Zdję­to mu od­ci­ski pal­ców. Tech­ni­cy z la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­ne­go wzię­li prób­ki śli­ny, wło­sów, aby spraw­dzić jego DNA we FNA­EG, kra­jo­wej kar­to­te­ce śla­dów ge­ne­tycz­nych. Po­bra­li tak­że dro­bin­ki pyłu z rąk i spod pa­znok­ci. Cze­ka­no na wy­ni­ki ana­liz. Oczy­wi­ście za­bra­no klucz i książ­kę te­le­fo­nicz­ną. „Do­wo­dy prze­stęp­stwa”. Ale ja­kie­go prze­stęp­stwa?

Ode­zwał się pa­ger. Fre­ire spoj­rzał na ze­ga­rek – pięt­na­sta. Za­czy­nał się co­dzien­ny ko­ro­wód. Ma­jąc cho­rych przy­ję­tych z ze­wnątrz i wła­snych pa­cjen­tów, nie moż­na było na­rze­kać na brak ro­bo­ty. Prze­czy­tał na ekra­nie pa­ge­ra, że po­ja­wił się ja­kiś pro­blem w izo­lat­ce w Pa­wi­lo­nie Za­chod­nim. Wy­szedł po­spiesz­nie z tor­bą le­kar­ską w ręku i zna­lazł się po­now­nie na głów­nej alei, nadal spo­wi­tej mgłą. Kom­pleks szpi­tal­ny skła­dał się z kil­ku­na­stu pa­wi­lo­nów prze­zna­czo­nych dla pa­cjen­tów z po­szcze­gól­nych re­jo­nów Akwi­ta­nii i paru, w któ­rych le­czo­no kon­kret­ne za­bu­rze­nia – od de­wia­cji sek­su­al­nych po au­tyzm…

Pa­wi­lon Za­chod­ni był trze­cim na lewo. Fre­ire wszedł do głów­ne­go ko­ry­ta­rza. Bia­łe ścia­ny, be­żo­we li­no­leum, prze­wo­dy na wierz­chu – w każ­dym bu­dyn­ku taki sam wy­strój. Nic dziw­ne­go, że pa­cjen­ci mylą się, gdy tu wra­ca­ją.

– O co cho­dzi?

– Cho­le­ra, nie wi­dzi pan, co się dzie­je? – od­rzekł z iry­ta­cją le­karz od­dzia­ło­wy.

Fre­ire nie za­re­ago­wał na jego agre­syw­ny ton. Spoj­rzał przez okien­ko w drzwiach. W ką­cie po­ko­ju ku­li­ła się naga ko­bie­ta. Jej bia­łe cia­ło wy­ma­za­ne było ka­łem i ury­ną. Sie­dząc w kuc­ki, z pal­ca­mi we krwi, prze­żu­wa­ła ener­gicz­nie far­bę, któ­rą uda­ło się jej zdra­pać ze ścia­ny.

– Zrób­cie jej za­strzyk – po­wie­dział obo­jęt­nym gło­sem. – Z trzech jed­no­stek lok­sa­pi­ny.

Znał ją, ale nie przy­po­mi­nał so­bie jej na­zwi­ska. Jed­na ze sta­łych pa­cjen­tek. Z pew­no­ścią przy­ję­ta rano. Rysy twa­rzy ze­szpe­co­ne stra­chem. Cia­ło wy­chu­dzo­ne, ko­ści­ste. Wpy­cha­ła w usta ca­ły­mi gar­ścia­mi łu­ski far­by ni­czym płat­ki ku­ku­ry­dzia­ne. Mia­ła krew na dło­niach, na war­gach.

– Daj­cie jej czte­ry jed­nost­ki – zde­cy­do­wał po na­my­śle.

Fre­ire od daw­na prze­stał mieć dy­le­ma­ty, z któ­rych wy­ni­ka­ła bez­sil­ność psy­chia­trów. W przy­pad­ku nie­ule­czal­nie cho­rych był tyl­ko je­den spo­sób – ogłu­szyć du­ży­mi daw­ka­mi środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych i cze­kać, aż mi­nie atak. Nie­wie­le, ale od­no­si­ło pe­wien sku­tek.

W dro­dze po­wrot­nej skrę­cił na swój od­dział – Hen­ri-Ey. W pa­wi­lo­nie znaj­do­wa­ło się dwu­dzie­stu ośmiu pa­cjen­tów, po­cho­dzą­cych ze wschod­niej czę­ści re­gio­nu. Schi­zo­fre­ni­cy. Cier­pią­cy na de­pre­sje. Pa­ra­no­icy… Oraz inne mniej oczy­wi­ste przy­pad­ki.

Wszedł do dy­żur­ki i przej­rzał po­ran­ny ra­port. Na­pad pła­czu. Awan­tu­ra w kuch­ni. Le­ko­man, któ­ry zna­lazł gdzieś sznu­rek i użył go jako opa­ski za­ci­ska­ją­cej na swo­im człon­ku. Ru­ty­na.

Fre­ire mi­nął ja­dal­nię, w któ­rej uno­sił się za­sta­rza­ły smród ty­to­niu – cho­rym psy­chicz­nie nadal po­zwa­la­no na pa­le­nie pa­pie­ro­sów. Otwo­rzył ko­lej­ne drzwi. Za­pach spi­ry­tu­su zdra­dzał izbę przy­jęć. Po­zdro­wił w przej­ściu kil­ku zna­jo­mych. Gru­by męż­czy­zna w bia­łym gar­ni­tu­rze, któ­ry uwa­żał, że jest dy­rek­to­rem in­sty­tu­tu. Inny, po­cho­dze­nia afry­kań­skie­go, wy­dep­tał pod­ło­gę ko­ry­ta­rza, cho­dząc du­ży­mi kro­ka­mi za­wsze tą samą tra­są. Jesz­cze inny, z nie­na­tu­ral­nie głę­bo­ko za­pad­nię­ty­mi ocza­mi, ko­ły­sał się na pię­tach.

W izbie przy­jęć za­py­tał o męż­czy­znę z amne­zją. Le­karz od­dzia­ło­wy przej­rzał ra­port. Noc spo­koj­na. Po­ra­nek nor­mal­ny.

O go­dzi­nie dzie­sią­tej kow­boj zo­stał prze­wie­zio­ny do szpi­ta­la Pel­le­grin, gdzie mie­li go zdia­gno­zo­wać neu­ro­lo­dzy, ale nie zgo­dził się ani na zdję­cie rent­ge­now­skie, ani na żad­ne inne ba­da­nia. Zresz­tą le­ka­rze, któ­rzy go obej­rze­li, nie za­uwa­ży­li fi­zycz­nych ob­ra­żeń. Skła­nia­li się ra­czej ku amne­zji dy­so­cja­cyj­nej, wy­ni­ka­ją­cej z szo­ku emo­cjo­nal­ne­go. Zna­czy­ło to, że pa­cjent zo­ba­czył coś, co spo­wo­do­wa­ło u nie­go za­nik pa­mię­ci.

– Gdzie jest te­raz? W swo­im po­ko­ju?

– Nie. W sali Ca­mil­le Clau­del.

Jed­nym z po­my­słów no­wo­cze­snej psy­chia­trii było nada­wa­nie bu­dyn­kom, ale­jom, od­dzia­łom szpi­tal­nym nazw po­cho­dzą­cych od na­zwisk sław­nych lu­dzi do­tknię­tych cho­ro­ba­mi psy­chicz­ny­mi. Na­wet wa­riac­two ma swo­je­go mi­strza. Sala Clau­del była miej­scem, gdzie sto­so­wa­no te­ra­pię przez sztu­kę. Fre­ire po­szedł ko­lej­nym ko­ry­ta­rzem i od­ry­glo­wał drzwi po pra­wej stro­nie. Zna­lazł się w po­miesz­cze­niu, w któ­rym pa­cjen­ci mo­gli ma­lo­wać, rzeź­bić, ro­bić rze­czy z wi­kli­ny lub pa­pie­ru.

Prze­szedł wzdłuż sto­łów „gli­ny” i „ma­lar­stwa”, żeby dojść do sto­łu z wi­kli­niar­stwem. Pa­cjen­ci skon­cen­tro­wa­ni na swo­jej pra­cy wy­pla­ta­li ko­szy­ki, ob­rącz­ki na ser­wet­ki, tace. Gięt­kie wit­ki mi­ga­ły w po­wie­trzu, pod­czas gdy twa­rze były na­pię­te, nie­ru­cho­me.

Kow­boj zaj­mo­wał miej­sce na koń­cu sto­łu. Na­wet na sie­dzą­co prze­wyż­szał in­nych o do­bre dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów. Ogo­rza­ła twarz z licz­ny­mi zmarszcz­ka­mi i nie­bie­ski­mi błysz­czą­cy­mi ocza­mi. Na gło­wie miał nadal ten ab­sur­dal­ny ka­pe­lusz.

Fre­ire pod­szedł do nie­go. Ol­brzym ro­bił wła­śnie kosz w kształ­cie sza­lu­py. Miał stward­nia­łe dło­nie. Ro­bot­nik albo chłop, po­my­ślał psy­chia­tra.

– Dzień do­bry.

Męż­czy­zna pod­niósł wzrok. Za­mru­gał po­wo­li ocza­mi. Za każ­dym mru­gnię­ciem spod po­wiek uka­zy­wa­ły się wod­ni­ste, opa­li­zu­ją­ce tę­czów­ki.

– Cześć – od­po­wie­dział, uno­sząc ka­pe­lusz jed­nym pal­cem, jak zro­bił­by to mistrz ro­deo.

– Co pan tu ma? Sta­tek? Rę­ka­wi­cę do gry w ba­skij­ską pe­lo­tę?

– Jesz­cze nie wiem.

– Zna pan Kraj Ba­sków?

– Nie wiem.

Fre­ire wziął krze­sło i usiadł bo­kiem.

Ja­sne oczy spo­czę­ły na nim.

– Je­steś spy­chia­trą?

Fre­ire zwró­cił uwa­gę na tę in­wer­sję. Może to dys­lek­tyk? Za­no­to­wał tak­że w my­ślach uży­cie for­my „ty”. To ra­czej do­bry znak. Ma­thias rów­nież zde­cy­do­wał się przejść na ty.

– Na­zy­wam się Ma­thias Fre­ire. Je­stem kie­row­ni­kiem tego od­dzia­łu. To ja przyj­mo­wa­łem cię wczo­raj do szpi­ta­la. Do­brze spa­łeś?

– Za­wsze mam ten sam sen.

Nie prze­ry­wał spla­ta­nia wi­kli­no­wych wi­tek. W sali uno­sił się za­pach mo­cza­rów, wil­got­nych trzcin. Ol­brzym ubra­ny był w ba­weł­nia­ny T-shirt i płó­cien­ne spodnie, któ­re do­stał w szpi­ta­lu. Miał po­tęż­ne, umię­śnio­ne ra­mio­na, po­kry­te ru­dy­mi wło­ska­mi.

– Jaki sen?

– Naj­pierw jest go­rą­co. Po­tem biel…

– Jaka biel?

– Słoń­ce… strasz­ne słoń­ce… Nisz­czy wszyst­ko.

– Gdzie się to dzie­je?

Kow­boj wzru­szył ra­mio­na­mi, nie prze­ry­wa­jąc pra­cy. Wy­glą­dał, jak­by ro­bił na dru­tach. Ob­raz był ra­czej ko­micz­ny.

– Idę przez ja­kieś mia­stecz­ko z bia­ły­mi mu­ra­mi. Mia­stecz­ko hisz­pań­skie. A może grec­kie… nie wiem. Wi­dzę mój cień. Idzie przede mną. Po ścia­nach. Po zie­mi. Jest pra­wie pio­no­wy. Musi być po­łu­dnie.

Fre­ire po­czuł się dziw­nie. Tuż przed po­zna­niem tego czło­wie­ka miał taki sam sen. Czy to znak ostrze­gaw­czy? Nie wie­rzył w to, ale po­do­ba­ła mu się teo­ria Car­la Jun­ga o syn­chro­ni­zmie. Słyn­ny przy­kład ze zło­tym ska­ra­be­uszem, o któ­rym opo­wia­da­ła mu pa­cjent­ka, gdy w tym sa­mym mo­men­cie krusz­czy­ca zło­taw­ka ude­rzy­ła o szy­bę okna w ga­bi­ne­cie.

– I co da­lej? – za­py­tał. – Co się dzie­je da­lej?

– Roz­bły­ska jesz­cze bar­dziej ja­skra­we świa­tło. Bez­gło­śna eks­plo­zja. Nic już nie wi­dzę. Je­stem kom­plet­nie ośle­pio­ny.

Z pra­wej stro­ny roz­legł się czyjś chi­chot. Fre­ire drgnął. Ob­ser­wo­wał ich, przy­cup­nąw­szy przy no­dze sto­łu, mały czło­wie­czek, ka­rzeł z gło­wą gar­gul­ca. „An­to­ine, mówi Toto”. Nie­groź­ny.

– Spró­buj so­bie przy­po­mnieć.

– Ucie­kam. Bie­gnę przez bia­łe uli­ce.

– To wszyst­ko?

– Tak. Nie. Kie­dy za­czy­nam biec, mój cień się nie ru­sza. Zo­sta­je na ścia­nie. Jak w Hi­ro­szi­mie.

– W Hi­ro­szi­mie?

– Po wy­bu­chu bom­by cie­nie ofiar zo­sta­ły na ka­mie­niach. Wiesz o tym?

– Tak – od­rzekł Fre­ire, nie­ja­sno przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak to wy­glą­da­ło.

Za­pa­dła ci­sza. Czło­wiek z amne­zją wy­ko­nał kil­ka splo­tów. Na­gle pod­niósł gło­wę. W cie­niu stet­so­na za­bły­sły jego źre­ni­ce.

– Co o tym są­dzisz, dok­to­rze? Co to zna­czy?

– Z pew­no­ścią jest to ja­kaś sym­bo­licz­na wer­sja two­je­go wy­pad­ku – za­im­pro­wi­zo­wał Fre­ire. – Bia­łe ja­skra­we świa­tło to me­ta­fo­ra utra­ty pa­mię­ci. Wstrząs, któ­ry prze­ży­łeś, zo­sta­wił w two­im umy­śle wiel­ką bia­łą kar­tę.

Czy­sty beł­kot psy­chia­trycz­ny, któ­ry do­brze brzmi, ale nie ma żad­ne­go uza­sad­nie­nia. Uszko­dzo­ny mózg drwi so­bie z pięk­nych zdań i lo­gicz­nych kon­struk­cji.

– Jest pe­wien pro­blem – szep­nął pa­cjent. – Mam ten sen już od daw­na.

– Tak ci się wy­da­je – od­parł Fre­ire. – By­ło­by dziw­ne, gdy­byś pa­mię­tał sny sprzed wy­pad­ku, bo one na­le­żą do two­jej we­wnętrz­nej pa­mię­ci. Oso­bi­stej. Tej, któ­ra zo­sta­ła na­ru­szo­na, ro­zu­miesz?

– Ma się kil­ka pa­mię­ci?

– Po­wiedz­my, że jest pa­mięć kul­tu­ro­wa, ogól­nej na­tu­ry, jak two­je wspo­mnie­nia o Hi­ro­szi­mie, oraz pa­mięć au­to­bio­gra­ficz­na, któ­ra do­ty­czy two­je­go in­dy­wi­du­al­ne­go ży­cia. Two­je­go na­zwi­ska. Two­jej ro­dzi­ny. Two­je­go za­wo­du. I two­ich snów.

Ol­brzym po­ki­wał z wol­na gło­wą.

– Nie wiem, co się ze mną sta­nie… Mam kom­plet­ną pust­kę w gło­wie.

– Nie martw się. Wszyst­ko jest jesz­cze utrwa­lo­ne. Ta­kie za­ni­ki pa­mię­ci zwy­kle trwa­ją krót­ko. Je­śli nie mi­ja­ją, ist­nie­ją spo­so­by, żeby po­bu­dzić pa­mięć. Te­sty, ćwi­cze­nia. Obu­dzi­my twój umysł.

Nie­zna­jo­my po­pa­trzył na nie­go swo­imi wiel­ki­mi ocza­mi, któ­re zro­bi­ły się sza­re.

– Dla­cze­go dziś rano nie chcia­łeś, żeby zro­bio­no ci w szpi­ta­lu prze­świe­tle­nie?

– Nie lu­bię tego.

– Już ci to kie­dyś ro­bio­no?

Nie od­po­wie­dział. Fre­ire nie na­le­gał.

– A co do ubie­głej nocy – pod­jął – czy nic ci się dzi­siaj nie przy­po­mnia­ło?

– Cho­dzi ci o to, dla­cze­go by­łem w tam­tym miej­scu?

– Na przy­kład.

– Nie.

– A klucz fran­cu­ski? Książ­ka te­le­fo­nicz­na?

Męż­czy­zna zmarsz­czył brwi.

– Była na nich krew? Tak?

– Tak. Skąd się wzię­ła?

Fre­ire po­wie­dział to ostrym to­nem. Twarz ol­brzy­ma stę­ża­ła, po czym po­ja­wił się na niej wy­raz roz­pa­czy.

– Ja… ja nic nie wiem…

– Two­je na­zwi­sko? Imię? Po­cho­dze­nie?

Fre­ire na­tych­miast po­ża­ło­wał tej la­wi­ny py­tań. Zbyt ofi­cjal­nie. Za szyb­ko. Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej za­czął się bać. Jego usta drża­ły.

– Czy zgo­dził­byś się na se­ans hip­no­zy?

– Te­raz?

– Ju­tro. Mu­sisz naj­pierw od­po­cząć.

– To może mi po­móc?

– Nie ma żad­nej pew­no­ści. Jed­nak hip­no­za po­zwo­li­ła­by nam… Za­dzwo­nił jego pa­ger przy pa­sku. Ma­thias spoj­rzał na ekran i na­tych­miast pod­niósł się z krze­sła.

– Mu­szę już iść. Coś pil­ne­go. Za­sta­nów się nad moją pro­po­zy­cją.

Ol­brzym wstał po­wo­li i wy­cią­gnął do nie­go dłoń. Przy­ja­znym ge­stem, ale z wy­stra­szo­ną miną.

– Nie ma po­trze­by. Zga­dzam się. Ufam ci. Do ju­tra.

Ja­kiś czło­wiek za­mknął się w to­a­le­cie przy­le­ga­ją­cej do holu przy izbie przy­jęć. Nie chciał stam­tąd wyjść już od pół go­dzi­ny. Fre­ire stał te­raz przed ka­bi­ną. Był z nim tak­że ślu­sarz ze swo­imi na­rzę­dzia­mi. Po wie­lu we­zwa­niach po­sta­no­wio­no wy­wa­żyć drzwi. Męż­czy­zna sie­dział sku­lo­ny na pod­ło­dze, przy musz­li klo­ze­to­wej, z gło­wą w ra­mio­nach. W ka­bi­nie było ciem­no, uno­sił się du­szą­cy smród.

– Je­stem psy­chia­trą – po­wie­dział Fre­ire, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. – Czy po­trze­bu­je pan po­mo­cy?

– Spa­daj.

Fre­ire klęk­nął na jed­no ko­la­no, sta­ra­jąc się omi­nąć ka­łu­że ury­ny.

– Jak się pan na­zy­wa?

Brak od­po­wie­dzi. Męż­czy­zna nadal obej­mo­wał rę­ka­mi gło­wę opar­tą na ko­la­nach.

– Pro­szę pójść ze mną do mo­je­go ga­bi­ne­tu – rzekł Fre­ire, do­ty­ka­jąc jego ra­mie­nia.

– Po­wie­dzia­łem, że­byś stąd zjeż­dżał!

Męż­czy­zna miał ja­kąś wadę wy­mo­wy. Po­ły­kał sy­la­by, śli­niąc się przy tym ob­fi­cie. Za­sko­czo­ny do­tknię­ciem pod­niósł gło­wę. Fre­ire zo­ba­czył w pół­mro­ku jego nie­fo­rem­ną twarz. Za­pad­nię­tą i jed­no­cze­śnie obrzę­kłą, asy­me­trycz­ną, jak­by roz­dar­tą na wie­le czę­ści.

– Niech pan wsta­nie – roz­ka­zał.

Fa­cet się wy­pro­sto­wał. Jego twarz sta­ła się wy­raź­niej­sza. Wy­mię­ta, ob­wi­sła, po­bruż­dżo­na. Ma­lo­wał się na niej strach.

– Może mi pan za­ufać – rzu­cił Fre­ire, opa­no­wu­jąc wstręt.

Po­my­ślał, że nie są to śla­dy po opa­rze­niach, a ra­czej sku­tek trą­du. Strasz­nej cho­ro­by nisz­czą­cej stop­nio­wo tę twarz. Kie­dy jed­nak przyj­rzał się uważ­niej, zro­zu­miał, że praw­da jest inna – te bli­zny były sztucz­ne. Męż­czy­zna uzy­skał efekt obrzę­ków i bruzd na skó­rze za po­mo­cą kle­ju syn­te­tycz­ne­go. Sam zde­for­mo­wał so­bie twarz, żeby uzna­no go za cho­re­go i za­ję­to się nim. Syn­drom Mün­ch­hau­se­na, po­my­ślał Fre­ire i po­wtó­rzył:

– Pro­szę pójść ze mną.

Męż­czy­zna w koń­cu wstał z pod­ło­gi. Fre­ire otwo­rzył drzwi, z ulgą wra­ca­jąc do dzien­ne­go świa­tła i świe­że­go po­wie­trza. Wy­szli z to­a­le­ty, ale kosz­mar jesz­cze się nie skoń­czył. Fre­ire przez go­dzi­nę pro­wa­dził roz­mo­wę z tym czło­wie­kiem. Jego dia­gno­za się po­twier­dzi­ła. Męż­czy­zna był go­tów na wszyst­ko, żeby tyl­ko przy­ję­to go do szpi­ta­la i pod­da­no le­cze­niu. Fre­ire ka­zał go na ra­zie za­wieźć na od­dział na­głych przy­pad­ków w Pel­le­grin, gdzie naj­pierw zaj­mą się jego twa­rzą, bo klej za­czy­nał wże­rać się w tkan­kę skó­ry.

Go­dzi­na sie­dem­na­sta trzy­dzie­ści.

Fre­ire po­pro­sił jed­ne­go z le­ka­rzy, żeby go za­stą­pił na izbie przy­jęć, i wró­cił na swój od­dział, do punk­tu kon­sul­ta­cyj­ne­go, gdzie mie­ścił się jego ga­bi­net i se­kre­ta­riat. Wszę­dzie było pu­sto. Zjadł ka­nap­kę, po­wo­li otrzą­sa­jąc się z wra­że­nia po no­wym sza­leń­cu. Na uczel­ni za­pew­nia­no, że moż­na przy­zwy­cza­ić się do wszyst­kie­go. Jed­nak z nim było in­a­czej. Nie przy­wykł. Było na­wet co­raz go­rzej. Jego wraż­li­wość wo­bec sza­leń­stwa jesz­cze ro­sła, sta­le od­czu­wał roz­draż­nie­nie, jak­by sam był nim za­ka­żo­ny…

Go­dzi­na osiem­na­sta.

Po­wrót na izbę przy­jęć.

Dużo spo­koj­niej. Tyl­ko kil­ku kan­dy­da­tów do do­bro­wol­nej ho­spi­ta­li­za­cji. Znał ich. W cią­gu pół­to­ra mie­sią­ca pra­cy tu­taj zdą­żył po­znać tych cho­rych, któ­rzy przy­cho­dzi­li do szpi­ta­la na kon­sul­ta­cje czy za­bie­gi, a po­tem wra­ca­li do do­mów. Dzię­ki temu za­po­bie­ga­li na­głe­mu na­wro­to­wi cho­ro­by.

Dzie­więt­na­sta.

Zo­sta­ło jesz­cze kil­ka go­dzin dy­żu­ru. Od zmę­cze­nia czuł ból w oczo­do­łach, z tru­dem utrzy­my­wał otwar­te po­wie­ki. Po­my­ślał o pa­cjen­cie z amne­zją. Wra­cał do nie­go my­śla­mi przez cały dzień.

Ten przy­pa­dek go in­try­go­wał. Fre­ire za­mknął się w swo­im ga­bi­ne­cie. Zna­lazł nu­mer te­le­fo­nu na po­ste­ru­nek po­li­cji przy pla­cu des Ca­pu­cins. Po­wie­dział, że chce roz­ma­wiać z Ni­co­la­sem Pa­il­ha­sem, po­li­cjan­tem, któ­ry spo­rzą­dził wstęp­ny pro­to­kół. Pa­il­has nie pra­co­wał w tę so­bo­tę. Wy­ko­rzy­stu­jąc swo­ją po­zy­cję za­wo­do­wą, Fre­ire zdo­był nu­mer jego ko­mór­ki.

Pa­il­has ode­brał po dru­gim sy­gna­le. Ma­thias się przed­sta­wił.

– Słu­cham pana – mruk­nął po­li­cjant nie­za­do­wo­lo­nym to­nem. Nie lu­bił, gdy mu prze­szka­dza­no pod­czas week­en­du.

– Chcia­łem się do­wie­dzieć, czy po­czy­nił pan ja­kieś po­stę­py w śledz­twie.

– Je­stem te­raz u sie­bie w domu. Z mo­imi dzieć­mi.

– Może ma pan już ja­kieś nowe wia­do­mo­ści?

– Dla­cze­go mia­ło­by to pana ob­cho­dzić?

– Ten czło­wiek jest moim pa­cjen­tem – od­parł Fre­ire, si­ląc się na spo­koj­ny ton. – Moim za­da­niem jest go le­czyć. A to zna­czy, mię­dzy in­ny­mi, że po­wi­nie­nem usta­lić jego toż­sa­mość i po­móc mu w od­zy­ska­niu pa­mię­ci. Je­ste­śmy part­ne­ra­mi w tej spra­wie, ro­zu­mie pan?

– Nie.

Fre­ire za­py­tał więc in­a­czej:

– Czy nie zgło­szo­no ni­czy­je­go znik­nię­cia w tym re­jo­nie?

– Nie.

– Czy skon­tak­to­wał się pan z ośrod­ka­mi, któ­re zaj­mu­ją się bez­dom­ny­mi?

– Za­ła­twia­my to.

– Czy wziął pan pod uwa­gę dwor­ce ko­le­jo­we w po­bli­żu Bor­de­aux? Czy nie ma świad­ków z po­cią­gów z tej nocy?

– Cze­ka­my na wia­do­mo­ści.

– Czy da­li­ście ogło­sze­nie o po­szu­ki­wa­niu osób, któ­re mogą roz­po­znać tego czło­wie­ka? Czy umie­ści­li­ście w in­ter­ne­cie jego zdję­cie, ra­zem z nu­me­rem bez­płat­nej in­fo­li­nii? Czy…

– Kie­dy za­brak­nie nam po­my­słów, za­dzwo­ni­my do pana.

Fre­ire zi­gno­ro­wał tę zło­śli­wość i skie­ro­wał roz­mo­wę na inne tory:

– A co z ana­li­zą krwi na klu­czu i na książ­ce te­le­fo­nicz­nej?

– Gru­pa zero, Rh do­dat­ni. Taką ma po­ło­wa po­pu­la­cji fran­cu­skiej.

– Nie zo­stał zgło­szo­ny tej nocy ża­den akt prze­mo­cy?

– Nie.

– A książ­ka te­le­fo­nicz­na? Nie za­uwa­żył pan, czy na któ­rejś stro­nie za­zna­czo­no może ja­kieś na­zwi­sko?

– Coś mi się wy­da­je, że ma się pan za funk­cjo­na­riu­sza po­li­cji.

Ma­thias za­ci­snął zęby.

– Usi­łu­ję tyl­ko zi­den­ty­fi­ko­wać tego męż­czy­znę. Przy­po­mi­nam panu jesz­cze raz, że dą­ży­my do tego sa­me­go celu. Ju­tro mam za­miar spró­bo­wać se­an­su hip­no­tycz­ne­go. Je­śli ma pan ja­kąś naj­mniej­szą wska­zów­kę, naj­drob­niej­szą in­for­ma­cję, któ­ra mo­gła­by mi po­móc, to te­raz jest na to naj­lep­szy mo­ment.

– Nie mam nic – od­parł ze zło­ścią po­li­cjant. – Ile razy mam to panu po­wta­rzać?

– Dzwo­ni­łem do pań­skie­go ko­mi­sa­ria­tu i od­nio­słem wra­że­nie, że nikt dziś nie pra­cu­je nad tą spra­wą.

– Za­bio­rę się do tego ju­tro – oznaj­mił po­li­cjant z iry­ta­cją. – Trak­tu­ję to do­cho­dze­nie prio­ry­te­to­wo.

– Czy po­li­cja bada książ­kę i klucz?

– Obo­wią­zu­ją nas okre­ślo­ne pro­ce­du­ry.

– A kon­kret­nie?

Po­li­cjant ro­ze­śmiał się, złość już mu prze­szła.

– Wszyst­ko za­le­ży od la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­sty­ki. Wy­ni­ki bę­dzie­my mie­li w po­nie­dzia­łek. Czy to pana za­do­wa­la?

– Czy mogę li­czyć na to, że jak tyl­ko bę­dzie pan coś wie­dział, to się ze mną skon­tak­tu­je?

– W po­rząd­ku – od­parł Pa­il­has po­jed­naw­czym to­nem. – Ale umo­wa dzia­ła w obie stro­ny. Je­śli do­wie się pan cze­goś dzię­ki hip­no­zie, pro­szę mi to prze­ka­zać. – Po chwi­li do­dał: – To leży tak­że w pań­skim in­te­re­sie.

Ma­thias się uśmiech­nął. Za­brzmia­ło to tro­chę jak groź­ba. Na­le­ża­ło­by pod­dać psy­cho­ana­li­zie każ­de­go po­li­cjan­ta, żeby prze­ko­nać się, z ja­kich po­wo­dów wy­bie­ra­ją ten za­wód. Fre­ire obie­cał współ­pra­cę i po­dał swo­je na­mia­ry. Ani je­den, ani dru­gi nie wie­rzy­li w tę umo­wę. Każ­dy dzia­ła na wła­sny ra­chu­nek i niech wy­gra lep­szy.

Fre­ire wró­cił do izby przy­jęć. Zo­sta­ły mu jesz­cze dwie go­dzi­ny. Do­bre było to, że wyj­dzie przed porą naj­gor­sze­go za­mę­tu, jaki wią­zał się z so­bo­tą. Przy­jął wie­lu pa­cjen­tów, za­pi­sał im leki an­ty­de­pre­syj­ne i uspo­ka­ja­ją­ce, po czym ode­słał ich do do­mów.

Go­dzi­na dwu­dzie­sta dru­ga.

Ma­thias przy­wi­tał się z ko­le­gą, któ­ry miał dy­żur po nim, i wró­cił do swo­je­go ga­bi­ne­tu. Mgła nie ustę­po­wa­ła ani tro­chę. Wy­da­wa­ło się na­wet, że zro­bi­ła się jesz­cze gęst­sza. Fre­ire uświa­do­mił so­bie, że ta mgła ska­zi­ła mu cały dzień. W jej opa­rach nic nie było re­al­ne.

Zdjął ki­tel le­kar­ski. Ze­brał swo­je rze­czy. Wło­żył pro­cho­wiec. Przed wy­jaz­dem po­sta­no­wił jesz­cze raz od­wie­dzić męż­czy­znę w stet­so­nie. Po­szedł na od­dział i wspiął się po scho­dach na pierw­sze pię­tro. W ko­ry­ta­rzu woń stę­chli­zny mie­sza­ła się ze smro­dem ury­ny, za­pa­chem ete­ru i le­ków. Sły­chać było szu­ra­nie fil­co­wych kap­ci na li­no­leum, szum te­le­wi­zo­rów, od­głos grze­ba­nia w sto­ją­cej na ko­ry­ta­rzu po­piel­nicz­ce, w któ­rej ktoś szu­kał pe­tów.

Na­gle na Fre­ire’a wpa­dła ja­kaś ko­bie­ta. Mimo woli od­sko­czył, lecz po chwi­li ją po­znał. Mi­stin­gu­ett. Wszy­scy ją tak na­zy­wa­li. Nie pa­mię­tał, jak się na­praw­dę na­zy­wa, mia­ła sześć­dzie­siąt lat, z cze­go czter­dzie­ści spę­dzi­ła w Pa­wi­lo­nie Za­chod­nim. Nie była nie­bez­piecz­na, ale wy­gląd fi­zycz­ny nie prze­ma­wiał na jej ko­rzyść. Siwe wło­sy w nie­ła­dzie. Twarz znisz­czo­na, sza­ra. Oczy pło­ną­ce go­rącz­ką, błysz­czą­ce, okrut­ne. Uchwy­ci­ła się klap jego płasz­cza.

– Niech się pani uspo­koi, Mi­stin­gu­ett – po­wie­dział, uwal­nia­jąc się z jej rąk. – Trze­ba się po­ło­żyć do łóż­ka.

Za­śmia­ła się gwał­tow­nie, po czym jej śmiech prze­szedł w syk nie­na­wi­ści, a wresz­cie w wes­tchnie­nie roz­pa­czy.

Fre­ire chwy­cił ją moc­no za ra­mię – cuch­nę­ła olej­kiem lnia­nym do na­cie­ra­nia skó­ry i ze­sta­rza­łym mo­czem.

– Czy za­ży­ła pani swo­je ta­blet­ki?

Ile razy w cią­gu dnia po­wta­rzał te sło­wa? To nie było już py­ta­nie, lecz mo­dli­twa, li­ta­nia, za­kli­na­nie. Uda­ło mu się za­pro­wa­dzić Mi­stin­gu­ett do jej po­ko­ju. Za­nim zdą­ży­ła co­kol­wiek po­wie­dzieć, za­mknął za sobą drzwi.

Zo­rien­to­wał się, że bez­wied­nie za­brał jej kar­tę ma­gne­tycz­ną do wy­wo­ły­wa­nia alar­mu. Wy­star­czy­ło po pro­stu mu­snąć nią o ka­lo­ry­fer lub rurę ka­na­li­za­cyj­ną, a przy­bie­gli­by pie­lę­gnia­rze. Za­drżał i wsu­nął kar­tę głę­bo­ko w kie­szeń. Czym się róż­ni jego pra­ca od pra­cy straż­ni­ka?

Do­tarł do po­ko­ju kow­bo­ja. Za­pu­kał de­li­kat­nie. Ci­sza. Prze­krę­cił gał­kę i wszedł do ciem­ne­go wnę­trza. Ol­brzym chy­ba spał. Stet­son i buty z jasz­czur­czej skó­ry le­ża­ły obok łóż­ka. Ni­czym wier­ne zwie­rzę­ta.

Fre­ire pod­szedł ci­cho, by go nie prze­stra­szyć.

– Na­zy­wam się Mi­schell – szep­nął męż­czy­zna.

Fre­ire, za­sko­czo­ny, cof­nął się.

– Na­zy­wam się Mi­schell – po­wtó­rzył pa­cjent. – Spa­łem go­dzi­nę lub dwie i oto re­zul­tat. – Spoj­rzał na psy­chia­trę. – Nie­źle, co?

Ma­thias otwo­rzył tecz­kę. Wy­jął no­tat­nik i pió­ro. Jego oczy przy­zwy­cza­ja­ły się do mro­ku.

– To two­je imię?

– Nie. Na­zwi­sko.

– A jak się to pi­sze?

– Męż­czy­zna prze­li­te­ro­wał.

Fre­ire za­no­to­wał bez prze­ko­na­nia. Za szyb­ko to po­szło. Może kow­boj po pro­stu zmy­śla?

– Czy we śnie przy­po­mnia­ło ci się coś jesz­cze?

– Nie.

– Mia­łeś ja­kiś sen?

– Tak.

– Co ci się śni­ło?

– To samo, co za­wsze, dok­to­rze. Bia­łe mia­stecz­ko. Roz­błysk. Mój cień, któ­ry zo­sta­je przy­kle­jo­ny do ścia­ny…

Mó­wił po­wo­li, przy­tłu­mio­nym gło­sem, jak­by jesz­cze się nie obu­dził. Ma­thias cały czas pi­sał. „Zaj­rzeć do ksią­żek na te­mat snów. Po­szu­kać cze­goś o le­gen­dach zwią­za­nych z cie­niem”. Już wie­dział, czym zaj­mie się tego wie­czo­ru. Uniósł gło­wę znad no­tat­ni­ka. Od­dech męż­czy­zny stał się re­gu­lar­ny. Pa­cjent zno­wu za­snął. Fre­ire wy­co­fał się z po­ko­ju. W każ­dym ra­zie był to do­bry sy­gnał. Być może ju­trzej­szy se­ans hip­no­tycz­ny bę­dzie bar­dziej owoc­ny.

Wy­szedł na ko­ry­tarz i skie­ro­wał się do wyj­ścia. Lam­py pod su­fi­tem już zga­szo­no. Wy­bi­ła go­dzi­na snu.

Na ze­wnątrz mgła otu­la­ła pal­my i la­tar­nie na dzie­dziń­cu, wy­glą­da­ją­ce te­raz ni­czym wiel­kie ża­gle stat­ku wid­ma. Fre­ire przy­po­mniał so­bie ar­ty­stę, któ­ry swe­go cza­su okrył pla­sti­kiem Pont-Neuf i Re­ich­stag. Na­zy­wał się Chri­sto. Przy­szła mu do gło­wy jesz­cze bar­dziej dzi­wacz­na myśl. Że za­mglo­ny umysł tego czło­wie­ka z amne­zją, mgła jego pa­mię­ci, otu­li­ła kom­pleks szpi­tal­ny i całe mia­sto… Bor­de­aux zna­la­zło się pod kon­tro­lą tego przy­by­sza z mgieł…

Idąc w kie­run­ku par­kin­gu, Fre­ire zmie­nił zda­nie.

Nie był głod­ny i nie miał ocho­ty wra­cać do domu.

Wo­lał spraw­dzić uzy­ska­ną wła­śnie in­for­ma­cję.

Wró­cił do punk­tu kon­sul­ta­cyj­ne­go, za­mknął się w swo­im ga­bi­ne­cie i nie zdej­mu­jąc płasz­cza, usiadł przed kom­pu­te­rem. Po­łą­czył się bez­po­śred­nio z PMSI, me­dycz­nym pro­gra­mem in­for­ma­cyj­nym, w któ­rym za­pi­sa­ne były wszyst­kie wi­zy­ty u le­ka­rzy, a tak­że udzie­la­nie wszel­kie­go ro­dza­ju po­mo­cy le­kar­skiej na te­re­nie Fran­cji.

Nig­dzie nie zna­lazł na­zwi­ska Mi­schell.

Fre­ire nie ko­rzy­stał do­tąd z tego pro­gra­mu. Być może ist­nia­ły ja­kieś ogra­ni­cze­nia do­ty­czą­ce po­uf­nych da­nych. Na­ru­sze­nie czy­jejś pry­wat­no­ści we Fran­cji nie pod­le­ga­ło przedaw­nie­niu.

To pierw­sze nie­po­wo­dze­nie obu­dzi­ło w nim chęć dal­sze­go drą­że­nia. Męż­czy­zna z klu­czem i książ­ką te­le­fo­nicz­ną, kie­dy zo­stał zna­le­zio­ny na dwor­cu, nie miał przy so­bie żad­ne­go do­wo­du toż­sa­mo­ści. Jego ubra­nie było znisz­czo­ne. Wie­le rze­czy świad­czy­ło o tym, że spę­dzał dużo cza­su na świe­żym po­wie­trzu: ogo­rza­ła twarz, dło­nie spa­lo­ne słoń­cem. Bez­dom­ny?

Ma­thias pod­niósł słu­chaw­kę apa­ra­tu i za­dzwo­nił do CCAS, miej­skie­go ośrod­ka opie­ki spo­łecz­nej, gdzie peł­nio­no sta­ły dy­żur. Wśród za­re­je­stro­wa­nych bez­dom­nych re­gio­nu Akwi­ta­nii nie było na­zwi­ska Mi­schell. Po­łą­czył się z ASA­IS, agen­cją po­mo­cy spo­łecz­nej, póź­niej z SAMU, po­go­to­wiem ra­tun­ko­wym. Wszyst­kie te in­sty­tu­cje pra­co­wa­ły dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, ale w ich ar­chi­wach nie było żad­ne­go Mi­schel­la.

Fre­ire włą­czył in­ter­net. Ani w re­gio­nie Akwi­ta­nii, ani w re­gio­nie Midi-Py­re­ne­es nie zna­lazł abo­nen­ta te­le­fo­nicz­ne­go o tym na­zwi­sku.

Nie był tym zdzi­wio­ny. Tak jak prze­wi­dy­wał, kow­boj nie­świa­do­mie prze­krę­cił swo­je na­zwi­sko. Krót­kie prze­bły­ski pa­mię­ci nie mo­gły dać do­brych re­zul­ta­tów.

Ma­thia­so­wi przy­szedł do gło­wy inny po­mysł. We­dług ra­por­tu po­li­cji książ­ka te­le­fo­nicz­na, któ­rą trzy­mał ten czło­wiek, po­cho­dzi­ła z roku 1996.

Po dłu­gich po­szu­ki­wa­niach od­na­lazł w in­ter­ne­cie pro­gram po­zwa­la­ją­cy spraw­dzić sta­re książ­ki te­le­fo­nicz­ne. Wy­brał rok 1996 i po­szu­kał na­zwi­ska Mi­schell. Bez efek­tu. W żad­nym z pię­ciu de­par­ta­men­tów re­gio­nu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go Akwi­ta­nii nie było ta­kie­go na­zwi­ska za­re­je­stro­wa­ne­go na ten rok.

Fre­ire wró­cił do Go­ogle’a i na­pi­sał po pro­stu – Mi­schell. Tu­taj tak­że nie­wie­le się do­wie­dział. Pro­fil na My­Spa­ce.com, za­wie­ra­ją­cy mon­taż scen z Mul­de­rem i Scul­ly, bo­ha­te­ra­mi Z ar­chi­wum X, pod­pi­sa­ny przez ja­kie­goś Mi­schel­la. Frag­men­ty utwo­rów pio­sen­kar­ki Tom­mi Mi­schell. Stro­na po­świę­co­na Pa­tri­cii Mi­schell, wróż­ce miesz­ka­ją­cej w sta­nie Mis­so­uri w USA. Kom­pu­ter su­ge­ro­wał, by szu­kać pod na­zwi­skiem „Mit­chell”.

Zro­bi­ła się pół­noc. Tym ra­zem na­praw­dę pora, by wra­cać do domu. Ma­thias wy­łą­czył kom­pu­ter i zgar­nął swo­je rze­czy. Idąc do wyj­ścia, po­my­ślał, że na­le­ża­ło­by prze­ka­zać zdję­cie kow­bo­ja róż­nym ośrod­kom po­mo­cy dla bez­dom­nych w Bor­de­aux i oko­li­cy. Tak­że CMP, ośrod­kom me­dycz­no-psy­cho­lo­gicz­nym, i CATTP, ośrod­kom te­ra­pii okre­so­wej. Znał­je wszyst­kie. Po­sta­no­wił po­je­chać tam oso­bi­ście, bo był nie­mal pew­ny, że jego nie­zna­jo­my miał już wcze­śniej kło­po­ty ze zdro­wiem psy­chicz­nym.

Mgła zmu­si­ła go do wol­nej jaz­dy. Do swo­jej dziel­ni­cy do­tarł do­pie­ro po pół­go­dzi­nie. Przed ogród­ka­mi par­ko­wa­ło mnó­stwo sa­mo­cho­dów – pora so­bot­nich spo­tkań to­wa­rzy­skich. Nie uda­ło mu się zna­leźć miej­sca dla sie­bie. Zo­sta­wił sa­mo­chód sto me­trów od swo­je­go domu i ru­szył pie­szo w gę­stej bia­łej mgle. Uli­ca była pra­wie nie­wi­docz­na. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się zwiew­ne, nie­ma­te­rial­ne. Gdy tyl­ko ta myśl prze­mknę­ła mu przez gło­wę, uświa­do­mił so­bie, że się zgu­bił. Ru­szył na oślep wzdłuż ży­wo­pło­tów okry­tych kro­pel­ka­mi wil­go­ci, mi­jał za­par­ko­wa­ne sa­mo­cho­dy, uno­sząc się na pal­cach, żeby od­czy­tać na­zwy do­mów.

W koń­cu do­strzegł zna­jo­me li­te­ry: OPAL.

Po omac­ku otwo­rzył furt­kę. Sześć kro­ków. Ob­rót klu­cza w zam­ku. Za­trza­snął drzwi i z pew­ną ulgą wszedł do przed­po­ko­ju. Od­sta­wił tor­bę le­kar­ską, po­ło­żył płaszcz na jed­nym z pu­deł przy wej­ściu i nie za­pa­la­jąc świa­tła, ru­szył do kuch­ni. Stan­dar­do­we­mu wy­glą­do­wi domu od­po­wia­da­ły stan­dar­do­we ge­sty sa­mot­no­ści.

Kil­ka mi­nut póź­niej za­pa­rzał her­ba­tę, sto­jąc przy oknie. W za­le­ga­ją­cej w domu ci­szy sły­szał jesz­cze szum gło­sów swo­ich pa­cjen­tów. Wszy­scy psy­chia­trzy zna­ją to uczu­cie i na­zy­wa­ją je „mu­zy­ką sza­leń­ców”. Znie­kształ­co­na wy­mo­wa, szu­ra­nie no­ga­mi. W jego umy­śle od­gło­sy te re­zo­no­wa­ły ni­czym echo szu­mu mo­rza w musz­li. Tak na­praw­dę wa­ria­ci nig­dy go nie opusz­cza­li. Albo ra­czej to on nie mógł ode­rwać się my­śla­mi od swo­je­go od­dzia­łu Hen­ri-Ey.

Na­gle z mgły wy­nu­rzył się wczo­raj­szy czar­ny wóz te­re­no­wy.

Sa­mo­chód je­chał bar­dzo wol­no uli­cą i za­trzy­mał się przed jego do­mem. Fre­ire po­czuł przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca. Dwaj ubra­ni na czar­no męż­czyź­ni wy­szli jed­no­cze­śnie z wozu i sta­nę­li pod jego okna­mi.

Chciał prze­łknąć śli­nę. Nie uda­ło się. Pa­trzył na męż­czyzn, nie pró­bu­jąc się ukryć. Każ­dy z nich miał przy­najm­niej sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Pod czar­ny­mi płasz­cza­mi wi­dać było ciem­ne, wy­so­ko za­pię­te gar­ni­tu­ry z ma­te­ria­łu błysz­czą­ce­go w świe­tle la­tar­ni. Bia­łe ko­szu­le, czar­ne kra­wa­ty. Ci fa­ce­ci mie­li wy­gląd ab­sol­wen­tów eli­tar­nych szkół, wzo­ro­wych, am­bit­nych, ale było w nich tak­że coś bru­tal­ne­go, po­dej­rza­ne­go.

Stał jak ska­mie­nia­ły. Ocze­ki­wał, że wej­dą przez furt­kę i za­dzwo­nią do jego drzwi. Ale oni się nie ru­szy­li. Sta­li pod la­tar­nią, nie pró­bu­jąc się ukryć. Ich twa­rze pa­so­wa­ły do ca­łej resz­ty. Je­den miał wy­so­kie czo­ło i oku­la­ry w szyl­kre­to­wej opra­wie, a siwe wło­sy za­cze­sał do tyłu. Dru­gi, z krza­cza­sty­mi brwia­mi i nie­spo­koj­ną miną, wy­glą­dał na bar­dziej nie­okrze­sa­ne­go. Jego dłu­gie kasz­ta­no­we wło­sy były nie­co prze­rze­dzo­ne.

Czter­dzie­sto­let­ni play­boye we wło­skich gar­ni­tu­rach.

Kim byli? Cze­go od nie­go chcie­li?

Wró­cił ból w głę­bi le­we­go oka. Za­mknął po­wie­ki i po­tarł je lek­ko. Kie­dy po­now­nie otwo­rzył oczy, fa­ce­tów już nie było.

Ana­ïs Cha­te­let nie mo­gła w to uwie­rzyć.

Po­ja­wi­ła się przed nią nie­zwy­kła szan­sa.

So­bot­ni wie­czor­ny dy­żur za­czął się od tru­pa. Praw­dzi­we mor­der­stwo, we­dług wszel­kich re­guł sztu­ki, z ry­tu­ałem i oka­le­cze­nia­mi. Gdy tyl­ko ode­bra­ła to we­zwa­nie, od razu wsia­dła do swo­je­go sa­mo­cho­du i skie­ro­wa­ła się do miej­sca, gdzie zna­le­zio­no zwło­ki, czy­li na dwo­rzec Sa­int-Jean. W dro­dze po­wta­rza­ła so­bie in­for­ma­cje, któ­re jej prze­ka­za­no. Nagi mło­dy męż­czy­zna. Licz­ne oka­le­cze­nia. Nie­sa­mo­wi­ta sce­ne­ria. Nic kon­kret­ne­go, ale coś, co zdra­dza­ło sza­leń­stwo, okru­cień­stwo, mrok… Nie ja­kaś po­spo­li­ta roz­ró­ba, któ­ra przy­ję­ła zły ob­rót, ani ban­dyc­ka kra­dzież. Wresz­cie coś po­waż­ne­go.

Kie­dy zo­ba­czy­ła sto­ją­ce przed dwor­cem po­li­cyj­ne fur­go­net­ki, ko­gu­ty na ich da­chach, ob­ra­ca­ją­ce się we mgle, funk­cjo­na­riu­szy w nie­prze­ma­kal­nych płasz­czach, ni­czym błysz­czą­ce zja­wy, zro­zu­mia­ła, że to wszyst­ko jest praw­dą. Jej pierw­sze mor­der­stwo, od­kąd do­sta­ła no­mi­na­cję na sto­pień ka­pi­ta­na. Bę­dzie mu­sia­ła po­wo­łać gru­pę śled­czą. Wy­ko­rzy­stać prze­wi­dzia­ny pra­wem czas, zła­pać win­ne­go, a po­tem do­pro­wa­dzić spra­wę do koń­ca tak, aby pi­sa­no o niej na pierw­szych stro­nach ga­zet. W wie­ku dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat!

Wy­sia­dła z sa­mo­cho­du i ode­tchnę­ła za­pa­chem wil­got­ne­go po­wie­trza. Od trzy­dzie­stu sze­ściu go­dzin Bor­de­aux to­nę­ło w mlecz­nej mgle. Od­no­si­ło się wra­że­nie, że mo­cza­ry z ich opa­ra­mi, ga­da­mi i wil­got­ną at­mos­fe­rą się­gnę­ły aż do tego miej­sca.

W ta­kich oko­licz­no­ściach po­ja­wie­nie się tru­pa było tyl­ko kwe­stią cza­su, praw­da? Za­drża­ła z pod­nie­ce­nia. Za­uwa­żył ją je­den z po­li­cjan­tów z po­ste­run­ku przy pla­cu des Ca­pu­cins i pod­szedł do niej.

Czło­wie­kiem, któ­ry zna­lazł cia­ło, był ma­new­ro­wy, kie­ru­ją­cy prze­ta­cza­niem wa­go­nów z bocz­ni­cy ko­le­jo­wej na dwo­rzec. Gdy obej­mo­wał służ­bę o go­dzi­nie dwu­dzie­stej trze­ciej, zo­sta­wił swój sa­mo­chód na par­kin­gu prze­zna­czo­nym dla pra­cow­ni­ków ko­lei na po­łu­dnie od hali dwor­co­wej. Bocz­nym przej­ściem do­stał się na tory i za­uwa­żył zwło­ki w ka­na­le na­praw­czym mię­dzy to­rem nu­mer 1 i sta­ry­mi warsz­ta­ta­mi na­praw­czy­mi. Po­wia­do­mił o tym dy­żur­ne­go ru­chu, któ­ry na­tych­miast we­zwał po­li­cję ko­le­jo­wą i straż­ni­ków z pry­wat­nej fir­my ochro­niar­skiej od­po­wia­da­ją­cej za bez­pie­czeń­stwo na dwor­cu Sa­int-Jean. Po­tem po­wia­do­mio­no naj­bliż­szy po­ste­ru­nek po­li­cji przy pla­cu des Ca­pu­cins.

Dal­szy ciąg Ana­ïs już zna­ła. Pro­ku­ra­tor Re­pu­bli­ki zo­stał po­wia­do­mio­ny o go­dzi­nie pierw­szej w nocy. Skon­tak­to­wał się z ko­men­dą głów­ną po­li­cji w Bor­de­aux na uli­cy Fra­nço­is-de-So­ur­dis, gdzie roz­ma­wiał z dy­żur­nym funk­cjo­na­riu­szem. Z nią. Inni roz­je­cha­li się wcze­śniej do róż­nych zda­rzeń zwią­za­nych z mgłą, ta­kich jak wy­pad­ki sa­mo­cho­do­we, kra­dzie­że, znik­nię­cia… I tak, czy to się ko­muś po­do­ba, czy nie, to jej, Ana­ïs Cha­te­let, świe­żo awan­so­wa­nej do stop­nia ka­pi­ta­na, po dwóch la­tach prze­pra­co­wa­nych w ko­men­dzie po­li­cji w Bor­de­aux, do­sta­ła się naj­lep­sza spra­wa tej nocy.

Kie­dy prze­szli przez halę dwor­co­wą, je­den z ko­le­ja­rzy dał jej po­ma­rań­czo­wą ka­mi­zel­kę od­bla­sko­wą. Za­pi­na­jąc rze­py, Ana­ïs za­trzy­ma­ła się na mo­ment, żeby spoj­rzeć z po­dzi­wem na sta­lo­wą kon­struk­cję o wy­so­ko­ści trzy­dzie­stu me­trów, gi­ną­cą we mgle. Prze­szli pe­ro­nem aż do to­rów ze­wnętrz­nych. Ko­le­jarz nie prze­sta­wał mó­wić. Nig­dy nie wi­dział cze­goś po­dob­ne­go. Na po­le­ce­nie pro­ku­ra­to­ra ruch na dwor­cu zo­stał wstrzy­ma­ny na dwie go­dzi­ny. Zmar­ły le­żą­cy w ka­na­le wy­glą­dał po­twor­nie. Wszy­scy byli w szo­ku…

Ana­ïs go nie słu­cha­ła. Czu­ła, jak jej skó­ra sta­je się lep­ka od wil­go­ci i prze­ni­ka ją na wskroś zim­no. W opa­rach mgły świa­tła dwor­ca two­rzy­ły krwa­wą kon­ste­la­cję. Wi­szą­ce w gó­rze ka­ble ocie­ka­ły wodą. Lśnią­ce od wil­go­ci szy­ny zni­ka­ły w ni­sko pło­żą­cych się mgiel­nych opa­rach.

Ana­ïs wy­krę­ca­ła so­bie nogi na pod­kła­dach i śru­bach mo­cu­ją­cych szy­ny.

– Czy mógł­by pan po­świe­cić na zie­mię?

Ko­le­jarz opu­ścił lam­pę i mó­wił da­lej. Mi­mo­cho­dem uchwy­ci­ła kil­ka tech­nicz­nych in­for­ma­cji. Tory z nu­me­ra­mi pa­rzy­sty­mi pro­wa­dzi­ły w kie­run­ku Pa­ry­ża, a te nie­pa­rzy­ste bie­gły na po­łu­dnie. Ka­ble ener­ge­tycz­ne nad to­ra­mi no­si­ły na­zwę „sie­ci trak­cyj­nej łań­cu­cho­wej”, kon­struk­cje me­ta­lo­we na da­chach elek­tro­wo­zów na­zy­wa­ły się „pan­to­gra­fa­mi”. W tym mo­men­cie nie przy­da­wa­ło się jej to na nic, ale po­zwa­la­ło oswo­ić się z samą zbrod­nią.

– To tu­taj.

W ciem­no­ściach wi­dać było zim­ne, od­le­głe świa­tło re­flek­to­rów za­in­sta­lo­wa­nych przez lu­dzi z wy­dzia­łu tech­nicz­ne­go. Pro­mie­nie la­ta­rek prze­bi­ja­ły się przez pa­sma rzad­kiej mgły. Da­lej moż­na było do­strzec bocz­ni­cę ko­le­jo­wą z wa­go­na­mi TGV i TER, lo­ko­mo­ty­wy spa­li­no­we, wa­go­ny to­wa­ro­we, elek­tro­wo­zy i od­po­wied­ni­ki por­to­wych ho­low­ni­ków, któ­rych za­da­niem było prze­cią­ga­nie skła­dów aż na dwo­rzec. Po­tęż­ne czar­ne ma­szy­ny, przy­wo­dzą­ce na myśl nie­mych ty­ta­nów.

Prze­szli pod ta­śma­mi z na­pi­sem: PO­LI­CJA. WSTĘP WZBRO­NIO­NY. Sce­na zbrod­ni się kon­kre­ty­zo­wa­ła. Ka­nał na­praw­czy. Chro­mo­wa­ne pod­sta­wy re­flek­to­rów. Tech­ni­cy w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach z nie­bie­skim pa­sem. Ana­ïs była za­sko­czo­na tak szyb­kim ich po­ja­wie­niem się – naj­bliż­sze la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­ne dla tego re­gio­nu znaj­do­wa­ło się w Tu­lu­zie.

Sta­nął przed nią funk­cjo­na­riusz z BAC, bry­ga­dy an­ty­kry­mi­nal­nej, w nie­prze­ma­kal­nym płasz­czu, na któ­ry na­cią­gnął ka­mi­zel­kę od­bla­sko­wą. Przy­braw­szy wy­raz twa­rzy od­po­wied­ni do oko­licz­no­ści, ski­nę­ła mu gło­wą. Wal­czy­ła z mgłą, ze swo­ją nie­cier­pli­wo­ścią, z pod­nie­ce­niem. Kie­dyś na uczel­ni pro­fe­sor pra­wa po­wie­dział jej na ko­ry­ta­rzu: „Pani jest jak Ali­cja z książ­ki Le­wi­sa Car­rol­la. Musi pani zna­leźć coś na mia­rę swo­je­go ta­len­tu!”. Osiem lat póź­niej szła to­ra­mi, by zo­ba­czyć zwło­ki. Coś na mia­rę jej ta­len­tu…

W ka­na­le na­praw­czym o wy­mia­rach pięć me­trów na dwa pa­no­wa­ła zwy­kła na miej­scu zbrod­ni krzą­ta­ni­na. Tech­ni­cy trą­ca­li się łok­cia­mi, prze­py­cha­li, ro­bi­li zdję­cia, oglą­da­jąc każ­dy mi­li­metr zie­mi przy uży­ciu spe­cjal­nych lamp da­ją­cych mo­no­chro­ma­tycz­ne świa­tło, od pod­czer­wie­ni do ul­tra­fio­le­tu, i cho­wa­li do szczel­nie za­my­ka­nych wo­recz­ków róż­ne zna­le­zi­ska.

W koń­cu w tym ca­łym za­mie­sza­niu uda­ło się Ana­ïs zo­ba­czyć zwło­ki. Męż­czy­zna oko­ło dwu­dzie­stu lat. Nagi. Wy­chu­dzo­ny. Po­kry­ty ta­tu­aża­mi. Ster­czą­ce pod skó­rą ko­ści. Fos­fo­ry­zu­ją­ca biel cia­ła. Dwie szy­ny nad ka­na­łem two­rzy­ły jak­by ramy ob­ra­zu. Ana­ïs przy­szło na myśl płót­no doby re­ne­san­su. Mę­czen­nik wy­gię­ty w bo­le­snej po­zy­cji, w głę­bi ko­ścio­ła.

Naj­więk­szy jed­nak szok po­wo­do­wał wi­dok gło­wy.

Nie była to gło­wa czło­wie­ka, lecz byka.

Cięż­ki czar­ny łeb byka, od­cię­ty przy sa­mym kar­ku, mu­siał wa­żyć z pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów.

W koń­cu do­tar­ło do niej, na co pa­trzy. To nie oma­my wzro­ko­we. Po­czu­ła, że nogi się pod nią ugi­na­ją. Za­chwia­ła się lek­ko, ale na­tych­miast się skon­cen­tro­wa­ła. Nie może stchó­rzyć. Ist­nia­ły dwie moż­li­wo­ści. Albo za­bój­ca od­ciął gło­wę swej ofie­rze i umie­ścił na jej kar­ku od­cię­ty łeb zwie­rzę­cia, albo wci­snął swo­je tro­feum na czasz­kę tego męż­czy­zny.

W oby­dwu wy­pad­kach sym­bol był oczy­wi­sty – cho­dzi­ło o za­bi­cie Mi­no­tau­ra. Mi­no­tau­ra dzi­siej­szych cza­sów, za­gu­bio­ne­go w la­bi­ryn­cie ko­le­jo­wych to­rów.

– Mogę tam zejść?

Dano jej ochra­nia­cze na buty, pa­pie­ro­wy cze­pek i ze­szła do ka­na­łu po że­la­znych stop­niach. Kie­dy tech­ni­cy po­li­cyj­ni się od­su­nę­li, przy­kuc­nę­ła, by obej­rzeć to, co ją in­te­re­so­wa­ło.

Praw­dzi­wa oka­za­ła się dru­ga moż­li­wość. Ogrom­ny łeb zo­stał na­ło­żo­ny siłą na gło­wę ofia­ry. Czasz­ka pod spodem mu­sia­ła zo­stać zmiaż­dżo­na.

– Moim zda­niem wy­pa­tro­szył kark zwie­rzę­cia.

Ana­ïs od­wró­ci­ła się do męż­czy­zny, któ­ry po­wie­dział te sło­wa. Mi­chel Lon­go, le­karz są­do­wy. Nie roz­po­zna­ła go wcze­śniej, bo ubra­ny był jak inni w cu­dacz­ny strój z kap­tu­rem.

– Od kie­dy nie żyje? – za­py­ta­ła, pod­no­sząc się.

– Za wcze­śnie, żeby do­kład­nie to okre­ślić. Przy­najm­niej od dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin. Jed­nak zim­no i mgła kom­pli­ku­ją spra­wę.

– Cały czas prze­by­wał w tym miej­scu?

Le­karz roz­ło­żył ręce w rę­ka­wicz­kach. Pod kap­tu­rem miał oku­la­ry.

– Za­bój­ca mógł prze­trans­por­to­wać go wie­czo­rem. Nie da się tego te­raz stwier­dzić.

Ana­ïs po­my­śla­ła o mgle, któ­ra od po­przed­nie­go dnia ob­le­pia­ła mia­sto. Przy ta­kiej po­go­dzie mor­der­ca mógł dzia­łać o każ­dej po­rze.

– Cześć.

Ana­ïs spoj­rza­ła w górę, prze­sła­nia­jąc ręką oczy. Na skra­ju ka­na­łu, na tle bia­łej po­świa­ty re­flek­to­rów, ry­so­wa­ła się syl­wet­ka ko­bie­ty. Roz­po­zna­ła ją, mimo że pa­trzy­ła pod świa­tło. Véro­ni­que Roy, za­stęp­czy­ni pro­ku­ra­to­ra. Jak­by ko­pia Ana­ïs. Uro­dzo­na w Bor­de­aux, po­cho­dzą­ca z bo­ga­tej bur­żu­azji, lat trzy­dzie­ści, prze­szła nie­mal tę samą dro­gę za­wo­do­wą. Naj­pierw spo­ty­ka­ły się w pry­wat­nych szko­łach dla dzie­ci z wyż­szych sfer i w ła­wach Uni­wer­sy­te­tu Mon­te­skiu­sza, po­tem w to­a­le­tach mod­nych w mie­ście noc­nych lo­ka­li. Nig­dy nie były przy­ja­ciół­ka­mi. Ani wro­ga­mi. Te­raz spo­ty­ka­ły się na grun­cie za­wo­do­wym. Z jed­nej stro­ny ko­bie­ta z twa­rzą ze­szpe­co­ną przez mi­kro­fa­lów­kę rzu­co­ną z ca­łej siły przez męża. Z dru­giej dziew­czy­na ze szra­ma­mi na rę­kach. Na­praw­dę nie mia­ły jak się za­przy­jaź­nić.

– Cześć – mruk­nę­ła Ana­ïs.

Za­stęp­czy­ni pro­ku­ra­to­ra, oświe­tlo­na świa­tłem lamp, spo­glą­da­ła z góry na znaj­du­ją­cych się w ka­na­le. Mia­ła na so­bie skó­rza­ną kurt­kę mar­ki Za­dig & Vol­ta­ire, któ­rą Ana­ïs wi­dzia­ła nie­daw­no na wy­sta­wie przy alei Geo­r­ges-Cle­men­ce­au.

– To strasz­ne – po­wie­dzia­ła ci­cho pani pro­ku­ra­tor ze wzro­kiem utkwio­nym w cie­le ofia­ry.

Ana­ïs była jej wdzięcz­na za tę głu­pią uwa­gę, któ­ra do­brze od­da­wa­ła sy­tu­ację. Przy­pusz­cza­ła, że Ve­ro­ni­que czu­je to samo co ona. Strach i za­ra­zem pod­eks­cy­to­wa­nie. Tra­fi­ło im się to, o czym obie ma­rzy­ły i co bu­dzi­ło ich oba­wy. Śledz­two w spra­wie mor­der­stwa po­peł­nio­ne­go przez ja­kie­goś sza­leń­ca. W tej pra­cy wszyst­kie dziew­czy­ny w ich wie­ku zna­ły Mil­cze­nie owiec i pra­gnę­ły zo­stać Cla­ri­ce Star­ling.

– Masz ja­kąś opi­nię na te­mat przy­czy­ny śmier­ci? – za­py­ta­ła Ana­ïs le­ka­rza są­do­we­go.

Lon­go mach­nął ręką.

– Żad­nej wi­docz­nej rany. Nie­wy­klu­czo­ne, że udu­sił się pod tym łbem byka. A może po­de­rżnię­to mu gar­dło albo otru­to. Trze­ba po­cze­kać na wy­ni­ki au­top­sji i ba­dań tok­sy­ko­lo­gicz­nych. Nie wy­klu­czam przedaw­ko­wa­nia nar­ko­ty­ku.

– Dla­cze­go?

Schy­lił się i do­tknął le­we­go ra­mie­nia ofia­ry. Żyły w za­głę­bie­niu łok­cio­wym wy­da­wa­ły się twar­de jak drew­no, cała ręka na­zna­czo­na była bli­zna­mi, gu­za­mi, si­ny­mi obrzę­ka­mi.

– Znisz­czo­na aż do ko­ści. Ogól­nie rzecz bio­rąc, chło­pak był w bar­dzo złym sta­nie. Brud­ny. Nie­do­ży­wio­ny. Śla­dy daw­nych, nie­le­czo­nych ran. Po­wie­dział­bym, że mamy do czy­nie­nia z nar­ko­ma­nem, któ­ry się szpry­co­wał od wie­lu lat. Bez­dom­ny. Z mar­gi­ne­su spo­łecz­ne­go. Coś w tym ro­dza­ju.

Ana­ïs spoj­rza­ła na po­li­cjan­ta z BAC, sto­ją­ce­go obok pani pro­ku­ra­tor.

– Zna­le­zio­no jego ubra­nie?

– Ani ubra­nia, ani do­ku­men­tu toż­sa­mo­ści.

Ten czło­wiek zo­stał za­mor­do­wa­ny gdzie in­dziej i prze­nie­sio­ny w to miej­sce. Ukry­to go? Czy prze­ciw­nie, wy­sta­wio­no na wi­dok? Jed­no było pew­ne – ka­nał na­praw­czy od­gry­wał waż­ną rolę w ry­tu­ale za­pla­no­wa­nym przez za­bój­cę.

Wró­ci­ła na górę, rzu­ca­jąc ostat­nie spoj­rze­nie na cia­ło ofia­ry. Po­kry­te krysz­tał­ka­mi lodu przy­po­mi­na­ło rzeź­bę ze sta­li. Ka­nał na­praw­czy z prze­ni­kli­wym za­pa­chem sma­rów i me­ta­lu sta­no­wił ide­al­ny gro­bo­wiec dla za­mor­do­wa­ne­go.

Po wyj­ściu z ka­na­łu Ana­ïs po­zby­ła się pa­pie­ro­we­go czep­ka i ochra­nia­czy na buty. Véro­ni­que Roy ode­zwa­ła się urzę­do­wym to­nem:

– Prze­ka­zu­ję ci ofi­cjal­nie to śledz­two…

– Prze­ślij mi pa­pie­ry do biu­ra.

Ura­żo­na za­stęp­czy­ni pro­ku­ra­to­ra za­py­ta­ła, ja­kie za­mie­rza po­czy­nić kro­ki. Ana­ïs od­po­wie­dzia­ła obo­jęt­nym gło­sem, wy­li­cza­jąc ru­ty­no­we dzia­ła­nia. Jed­no­cze­śnie pró­bo­wa­ła wy­obra­zić so­bie pro­fil za­bój­cy. Znał to miej­sce. I z pew­no­ścią tak­że roz­kład ma­new­ro­wa­nia po­cią­ga­mi. Może to pra­cow­nik ko­lei. W każ­dym ra­zie sta­ran­nie przy­go­to­wał swój plan.

Na­gle aż wstrzy­ma­ła od­dech. Zo­ba­czy­ła w wy­obraź­ni mor­der­cę dźwi­ga­ją­ce­go na ple­cach zwło­ki w czar­nym pla­sti­ko­wym wor­ku.

Szedł zgię­ty wpół w opa­rach mgły. Przy­szła jej na myśl re­flek­sja na­tu­ry tech­nicz­nej: zwło­ki plus łeb byka wa­ży­ły z pew­no­ścią po­nad sto ki­lo­gra­mów. Mor­der­ca mu­siał więc być si­ła­czem. A może na­ci­snął łeb byka na czasz­kę ofia­ry do­pie­ro na miej­scu? To ozna­cza­ło­by, że dwu­krot­ne prze­był tra­sę od sa­mo­cho­du do ka­na­łu. Gdzie zo­sta­wił sa­mo­chód? Na par­kin­gu?

– Słu­cham?

– Py­ta­łam, czy masz już ze­spół do pro­wa­dze­nia śledz­twa? – po­wtó­rzy­ła py­ta­nie Véro­ni­que Roy.

– Ze­spół? Oto je­den z mo­ich lu­dzi…

Le Coz zbli­żał się nie­pew­nym kro­kiem, śli­zga­jąc się na śru­bach mo­cu­ją­cych szy­ny, ubra­ny w przy­dzie­lo­ną mu ka­mi­zel­kę od­bla­sko­wą. Za­stęp­czy­ni pro­ku­ra­to­ra wy­da­wa­ła się za­sko­czo­na. Wi­dać to było w jej ja­snych oczach pod cien­ki­mi brwia­mi. Ana­ïs mu­sia­ła przy­znać, że była do­syć ład­na.

– Przed­sta­wiam ci po­rucz­ni­ka He­rve­go Le Coza. – Uśmiech­nę­ła się. – To­wa­rzy­szył mi na dy­żu­rze tej nocy. Cała eki­pa bę­dzie go­to­wa za go­dzi­nę.

Le Coz pod ka­mi­zel­ką od­bla­sko­wą miał czar­ny kasz­mi­ro­wy płaszcz. Na za­cze­sa­nych do tyłu ciem­nych wło­sach błysz­cza­ły kro­pel­ki żelu. Z ust o zmy­sło­wych war­gach wy­do­by­wa­ły się ob­łocz­ki pary. Z ca­łej jego po­sta­ci ema­no­wał wy­ra­fi­no­wa­ny wdzięk, któ­ry spo­wo­do­wał, że Ve­ro­ni­que Roy aż ze­sztyw­nia­ła w od­ru­chu obron­nym. Ana­ïs się uśmiech­nę­ła. Za­stęp­czy­ni pro­ku­ra­to­ra była z pew­no­ścią sa­mot­na tak jak ona. Cho­ry po­tra­fi roz­po­znać ob­ja­wy tej sa­mej do­le­gli­wo­ści u in­nych.

Po­krót­ce przed­sta­wi­ła Le Co­zo­wi sy­tu­ację, po czym wy­da­ła mu po­le­ce­nia to­nem sze­fa:

– Przede wszyst­kim trze­ba zi­den­ty­fi­ko­wać ofia­rę. A po­tem ro­zej­rzeć się wśród jego zna­jo­mych.

– Przy­pusz­czasz, że za­bój­ca i ten chło­pak się zna­li? – za­py­ta­ła Ve­ro­ni­que Roy.

– Nic nie przy­pusz­czam. Naj­pierw mu­si­my do­wie­dzieć się, kim jest zmar­ły. Po­tem przej­dzie­my do jego kon­tak­tów. Bliż­szych i dal­szych zna­jo­mych. Daw­nych przy­ja­ciół. Usta­li­my, z kim się spo­tkał tego wie­czo­ru.

Ana­ïs zwró­ci­ła się po­now­nie do po­rucz­ni­ka:

– We­zwij po­zo­sta­łych. Trze­ba spraw­dzić wszyst­kich, któ­rzy krę­ci­li się na dwor­cu. Zwłasz­cza przez ostat­nie dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. – Wska­za­ła ręką na par­king. – Mor­der­ca na pew­no nie prze­szedł przez dwo­rzec ani nie usta­wił się w ko­lej­ce do żad­nej kasy. Do­stał się na tory od stro­ny par­kin­gu dla per­so­ne­lu.

Trze­ba obej­rzeć, co za­re­je­stro­wa­ły ka­me­ry. Sprawdź ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne wszyst­kich sa­mo­cho­dów, któ­re za­trzy­my­wa­ły się tu­taj w cią­gu kil­ku ostat­nich dni. Znajdź kie­row­ców i po­roz­ma­wiaj z nimi. Prze­py­taj pra­cow­ni­ków, agen­tów ochro­ny, me­cha­ni­ków dwor­co­wych. Niech wy­si­lą mó­zgow­ni­ce i przy­po­mną so­bie każ­dy, choć­by naj­mniej­szy, po­dej­rza­ny szcze­gół.

– Kie­dy za­czy­na­my?

– Już za­czę­li­śmy.

– Jest trze­cia nad ra­nem.

– Wy­cią­gnij wszyst­kich z łó­żek. Zaj­rzyj­cie do sta­rych warsz­ta­tów. Tam za­wsze szu­ka­ją schro­nie­nia bez­dom­ni. Może oni coś wi­dzie­li. Je­śli cho­dzi o tego ma­new­ro­we­go…

– Ma­new­ro­wy?

– Ko­le­jarz, któ­ry zna­lazł cia­ło. Chcę mieć ju­tro rano na moim biur­ku pro­to­kół z jego prze­słu­cha­nia. Ścią­gnij tu jak naj­wię­cej lu­dzi. Trze­ba prze­szu­kać cały te­ren. Prze­py­tać wszyst­kich tu­tej­szych by­wal­ców.

– Jest nie­dzie­la.

– Chcesz cze­kać do po­nie­dział­ku? Weź do po­mo­cy lu­dzi z BAC i stra­ży miej­skiej.

Le Coz no­to­wał bez sło­wa. Jego no­tat­nik był już prze­siąk­nię­ty mgłą.

– Ktoś musi za­jąć się zwie­rzę­cym aspek­tem tego śledz­twa.

Po­li­cjant spoj­rzał na nią, nie poj­mu­jąc, o co cho­dzi.

– Ten łeb byka skądś po­cho­dzi. Trze­ba skon­tak­to­wać się z żan­dar­me­rią Akwi­ta­nii, Lan­dów i Kra­ju Ba­sków.

– Dla­cze­go aż tak da­le­ko?

– Bo cho­dzi o jed­no ze zwie­rząt, któ­re bio­rą udział w wal­kach by­ków. O toro bra­vo.

– Skąd wiesz?

– Wiem, i tyle. Naj­bliż­sze ho­dow­le znaj­du­ją się w oko­li­cach Mont-de-Mar­san. Inne w po­bli­żu Dax.

Le Coz cały czas pi­sał, a li­te­ry roz­ma­zy­wa­ły się od wil­go­ci, co go bar­dzo de­ner­wo­wa­ło.

– Oczy­wi­ście nie chcę tu­taj wi­dzieć żad­ne­go dzien­ni­ka­rza.

– Jak chcesz ich unik­nąć? – za­py­ta­ła za­stęp­czy­ni pro­ku­ra­to­ra.

Jako wyż­szy urzęd­nik są­do­wy mia­ła obo­wią­zek ko­mu­ni­ko­wa­nia się z me­dia­mi. Praw­do­po­dob­nie już za­pla­no­wa­ła kon­fe­ren­cję pra­so­wą i prze­my­śla­ła, co ma po­wie­dzieć. Ana­ïs od razu ją ostu­dzi­ła.

– Po­cze­ka­my. Nie po­da­my na ra­zie żad­nych in­for­ma­cji. Przy odro­bi­nie szczę­ścia oka­że się, że to na­praw­dę bez­dom­ny.

– Nie ro­zu­miem.

– Nikt go nie szu­ka. Moż­na więc po­cze­kać z in­for­ma­cją o jego śmier­ci. Po­wiedz­my, dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. Ale na­wet wte­dy nie wspo­mni­my ani sło­wem o gło­wie byka. Po­wie­my, że to bez­dom­ny, któ­ry zmarł z zim­na. Nic wię­cej.

– A je­śli to nie jest chło­pak z mar­gi­ne­su spo­łecz­ne­go?

– W każ­dym ra­zie mu­si­my grać na zwło­kę, żeby pra­co­wać przy za­cho­wa­niu peł­nej dys­kre­cji.

Le Coz po­że­gnał je ski­nie­niem gło­wy i znik­nął we mgle. W in­nym miej­scu, w in­nym cza­sie wy­pró­bo­wał­by na obu tych ko­bie­tach, jak dzia­ła jego czar, ale po­jął już, że spra­wa jest pil­na. W naj­bliż­szych go­dzi­nach na­le­ży za­po­mnieć o śnie, je­dze­niu, ro­dzi­nie, o wszyst­kim, co nie łą­czy się ze śledz­twem.

Ana­ïs zwró­ci­ła się do funk­cjo­na­riu­sza z BAC, któ­ry trzy­mał się z tyłu, ale cały czas śle­dził tok roz­mo­wy:

– Pro­szę przy­pro­wa­dzić do mnie sze­fa eki­py z po­li­cyj­ne­go la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­ne­go.

– Są­dzisz, że to po­czą­tek se­rii za­bójstw? – za­py­ta­ła ci­cho za­stęp­czy­ni pro­ku­ra­to­ra.

– Za wcze­śnie o tym mó­wić. Trze­ba po­cze­kać na ra­port le­ka­rza są­do­we­go. Spo­sób dzia­ła­nia po­wie nam wię­cej o pro­fi­lu mor­der­cy. Mu­szę spraw­dzić, czy nie jest to ja­kiś psy­chol, któ­ry wy­szedł nie­daw­no z Ca­dil­la­ca.

Wszy­scy w re­gio­nie zna­li tę na­zwę. Za­kład psy­chia­trycz­ny. Trzy­ma­no tam sza­leń­ców, któ­rzy mie­li na su­mie­niu gwał­ty i za­bój­stwa. Cie­ka­wost­ka lo­kal­na mię­dzy wiel­ki­mi win­ni­ca­mi i Wy­dmą Pi­ła­ta.

– Za­mie­rzam spraw­dzić w ar­chi­wach kra­jo­wych – mó­wi­ła da­lej Ana­ïs – czy po­peł­nio­no już tego ro­dza­ju mor­der­stwo w Akwi­ta­nii lub gdzie in­dziej.

Za wszel­ką cenę chcia­ła zro­bić wra­że­nie na ry­wal­ce. Ar­chi­wa kra­jo­we do­ty­czą­ce zbrod­nia­rzy były sta­le ak­tu­ali­zo­wa­ne dzię­ki kwe­stio­na­riu­szom wy­peł­nia­nym przez po­li­cję i żan­dar­me­rię.

Nie­spo­dzie­wa­nie za­sło­na mgły się roz­dar­ła. Uka­za­ła się ko­smicz­na syl­wet­ka jed­ne­go z tech­ni­ków kry­mi­na­li­sty­ki.

– Ab­del­la­tif Di­mo­un – przed­sta­wił się, zdej­mu­jąc kap­tur.

– Je­stem kie­row­ni­kiem gru­py z Po­li­cyj­ne­go La­bo­ra­to­rium Kry­mi­na­li­stycz­ne­go, przy­dzie­lo­nej do tego śledz­twa.

– Przy­je­cha­li­ście z Tu­lu­zy?

– Tak. Z jed­nost­ki PTS nu­mer trzy­dzie­ści je­den.

– Ja­kim spo­so­bem zna­leź­li­ście się tu­taj tak szyb­ko?

– Szczę­śli­wy traf, je­śli moż­na tak po­wie­dzieć.

Fa­cet uśmiech­nął się sze­ro­ko. Jego olśnie­wa­ją­co bia­łe zęby od­ci­na­ły się od ciem­nej skó­ry twa­rzy. Miał ze trzy­dzie­ści lat, wy­glą­dał bar­dzo mę­sko i sek­sow­nie.

– By­li­śmy w Bor­de­aux zba­dać inną spra­wę. Ska­że­nie prze­my­sło­we w Lor­mont.

Ana­ïs sły­sza­ła o tym. Po­dej­rze­wa­no, że sa­bo­ta­żu do­pu­ścił się były pra­cow­nik fa­bry­ki che­micz­nej. Di­mo­un zdjął rę­ka­wicz­ki i po­dał rękę obu ko­bie­tom.

– Czy uda­ło się wam coś usta­lić? – za­py­ta­ła Ana­ïs, si­ląc się na obo­jęt­ny ton.

– Nie. Wszyst­ko jest prze­siąk­nię­te wil­go­cią. Cia­ło le­ża­ło w bło­cie co naj­mniej dzie­sięć go­dzin. Na pew­no nie za­cho­wa­ły się żad­ne li­nie pa­pi­lar­ne.

Ve­ro­ni­que Roy się na­chmu­rzy­ła.

– Nie zna­leź­li­śmy tak­że żad­nych czą­stek or­ga­nicz­nych ani pły­nów bio­lo­gicz­nych – kon­ty­nu­ował Di­mo­un. – Ani krwi, ani sper­my, nic. Ale przy tej wil­go­ci… Jed­ne­go mo­że­my być pew­ni: to nie jest miej­sce za­bój­stwa. Tu­taj mor­der­ca po­rzu­cił cia­ło. Za­bił gdzie in­dziej.

– Prze­śle­cie nam ra­port i wy­ni­ki ana­liz naj­szyb­ciej, jak się da?

– Oczy­wi­ście. Bę­dzie­my pra­co­wać na miej­scu, we wła­snym la­bo­ra­to­rium.

– Za­dzwo­nię do pana, je­śli będę mia­ła jesz­cze ja­kieś py­ta­nia.

– Bar­dzo pro­szę.