Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 701 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Paryże Innej Europy - Błażej Brzostek

Bukareszt to wino i skrzypce orkiestry cygańskiej, to ruszt, na który rzucono mititei, kiełbaski z mielonego mięsa, znane na całym obszarze dawnych wpływów otomańskich. Warszawa to kotlety z patelni, to wódka i piwo, śledzie i kiszone ogórki. Bukareszt to cujka, oliwki, ser owczy. [...] Warszawa to herbata, wieczorne rozmowy w kuchniach, kałuże na pustych chodnikach.

Warszawa i Bukareszt. Miasta na rozdrożu. Położone w Innej Europie, czyli w niedookreślonej przestrzeni pomiędzy Wschodem a Zachodem. Oba miasta obdarzano mianem „małego Paryża”, lecz oba również umieszczano w „Azji”. Pisano o „skrzyżowaniu Siczy kozackiej z bulwarem Saint-Germain”, o „ostatniej placówce Zachodu, pierwszym porcie Orientu”.

Błażej Brzostek, przytaczając liczne, nieraz zaskakujące narracje przyjezdnych i mieszkańców, opowiada o dwóch stuleciach historii Bukaresztu i Warszawy. Pisze o miastach, które zatracały swój charakter na rzecz obcych wzorców, by potem znów poszukiwać własnej tożsamości. O dziwnych Paryżach Innej Europy, posądzanych o nijakość, ulegających wpływom, broniących swej oryginalności.

Błażej Brzostek (1977), historyk specjalizujący się w dziejach społecznych, pracuje w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Członek redakcji czasopisma „Mówią Wieki”. Autor książek Robotnicy Warszawy. Konflikty codzienne (1950–1954) (2002), Za progiem. Codzienność w przestrzeni publicznej Warszawy 1955–1970 (2007), za którą otrzymał nagrodę KLIO oraz Nagrodę Historyczną „Polityki”, oraz PRL na widelcu (2010).

Opinie o ebooku Paryże Innej Europy - Błażej Brzostek

Fragment ebooka Paryże Innej Europy - Błażej Brzostek

Błażej Brzostek

Paryże Innej Europy

Warszawa i Bukareszt, XIX i XX wiek 

Copyright © by Błażej Brzostek, MMXV

Wydanie i

Warszawa MMXV

– Patrz – mówił wciąż Janusz – tam jest południe, tam wino, tam są piękne miasta, tam jest nasza ojczyzna: Praga, Wiedeń, Rzym... Paryż... Dlaczego nie mamy pojechać tam na południe?

– Nie łudź się – znowu starając się nadać swojemu głosowi ton rozsądku, mówił Henryk – nie oszukuj siebie i innych. To nie jest nasza ojczyzna i nie dla nas słoneczne wino południa. Ojczyzna nasza za plecami, na północy.

– Dlaczego nie możemy zejść tam? – Janusz wyciągnął przed siebie rękę i zakreślił szeroki łuk.

– Bo jesteśmy Polakami. Widzisz, taka nam już wypadła dola – Henryk zaśmiał się dość smutno – ale musimy zaraz wracać. Na ciebie czeka twój karabin, a na mnie moja armatka. Ot, tobie i Europa, i ojczyzna w Rzymie... Gówno, a nie Rzym. Właśnie. Cóż na nonsens!

– I Paryż, Paryż – powiedział Janusz.

– Narysuj sobie Paryż...

Jarosław Iwaszkiewicz, Sława i chwała, Warszawa 1963, t. I, s. 264

– Brakowało pani Bukaresztu?

Wydała się bardzo zmieszana i trochę zirytowana.

– Mogę tylko zaprzeczyć... Nie lubię tego, co moje... nawet i tego miasta na przykład... Nie... Za granicą wszystko jest szerokie... można swobodnie oddychać... Nie przeszkadzają wzrokowi, powiedzmy, domy wybudowane na środku ulicy. Nic cię nie uwiera... Wszystko jest czyste... wysokie... przestrzenne... I dlatego nowoczesność zagraniczna jest zupełna, nie jest dziurą albo łatą na czymś starym. Ani przez chwilę nie myślałam o Bukareszcie...

Camil Petrescu, Patul lui Procust, Bucureşti 1957 (wyd. I 1933), s. 428

Wstęp Między Paris i Ris-Pa

Znający to miasto powiadali, że spojrzeć na nie należy ze wzgórza od południa. „Jeśli spadł deszcz godzinę lub dwie wcześniej, czarną i starą ziemię przenika upajający zapach, a promienie słońca ubarwiają niebo dziesiątkami kolorów: blady fiolet miesza się z wyblakłym błękitem, mocna purpura gaśnie w perłowej szarości, a zielone i kasztanowe cienie zmieniają się w barwy bez nazwy i Bukareszt, którego białe domy błyszczą w tym widmowym świetle, z kopułami połyskującymi metalicznie jak kopuły złotych pałaców, ofiarowuje obrazy z marzeń, które chciałbyś kontemplować raz jeszcze w błogim spokoju, po powrocie do domu”1. Ta panorama objawiała się podróżnemu docierającemu od południowego wschodu drogą, którą przybywali wysłannicy sułtana. Tak też przedstawiany był Bukareszt na rycinach. Widok ze wzgórza Filaret – tonące w zieleni zabudowania, ponad nimi szeregi zwieńczeń cerkiewnych – uwodził przybyszów szukających miast, które trąciły tajemniczą baśniowością świata Wschodu. Miast, których wizerunki odnawiały średniowieczne tęsknoty za tajemniczością i bogactwem odległych krain. Miast świętych, „do których aby dotrzeć, należało pokonać wiele przeciwności”2.

Porównywano widok Bukaresztu z panoramą Moskwy. Ta, ujrzana ze Wzgórz Worobiowych, kojarzyć się mogła – uważał w połowie XIX wieku pewien Francuz – z „tajemniczymi i niemożliwymi podróżami”, z „jakimś fantastycznym Bagdadem”, z Indiami i Bizancjum. Słowem, z baśniowymi wizjami Orientu. Théophile Gautier pisał o „bizantyjskim diademie” moskiewskich kopuł, czarownego i niepokojącego miasta z rycin kupowanych nad Sekwaną. „Ponad okrytym tumanami kurzu traktem lśniło mnóstwo dzwonnic, a samo miasto kryło się pośród owych mieniących się obłoków, w głębi zaś niezmierzonego krajobrazu linia widnokręgu ginęła w zawsze tu mgłą zasnutym niebie” – opisywał w 1839 roku Astolphe de Custine. O zachodzie słońca zdawało się, że „nad świątyniami Moskwy wznosi się ognista tęcza niczym aureola, która wieńczy to święte miasto”. Czar prysł jednak po wjeździe; „trudno wprost dać wiarę temu, co przed chwilą oglądało się z daleka. Wydaje się, że to był sen, teraz zaś, po przebudzeniu, znajdujemy się w czymś, co jest najbardziej prozaiczne i najnudniejsze na świecie”, stanowiąc tylko „niezdarną kopię Europy”. Inni potwierdzali, że Moskwa jest piękna „jedynie w widoku ogólnym”, a jej wnętrze to chaos pstrokatych budynków i zakurzonych ulic. Podróżni stykali się teraz z parterem metropolii, jej profanum, gdy wyżej jaśniało sacrum cerkiewnych kopuł.3

Łatwo odnaleźć w dziewiętnastowiecznych narracjach podróżników liczne opisy niemal identycznych wrażeń odnoszących się przede wszystkim do tak zwanych miast orientalnych. Miały się one na ogół odznaczać czarującą panoramą. Najczęściej opiewany był Stambuł, prezentujący od strony Bosforu „najcudowniejszy widok, jaki wzrok ludzki mógłby podziwiać na ziemi”4. Naznaczona minaretami panorama, tło dla ożywionego ruchu statków i łodzi, przywoływać miała baśnie tysiąca i jednej nocy. Przekroczenie bram przynosiło wyłącznie rozczarowanie. Trudno było uwierzyć, że brudne ulice pełne psów, osłów, pchającego się tłumu to wnętrze tego baśniowego miasta. Stosunkowo komfortowa, zamieszkana przez „Europejczyków” dzielnica Pera wyglądała jak „biedne miasteczko na naszej prowincji” – pisał romantyk Lamartine5. Pokrewne wrażenia wywoływać miały inne miasta orientalne. Alexisa de Tocqueville’a urzekł widok Algieru od morza, ale tym bardziej rozczarowały go cuchnące uliczki kasby. Błyszczący w porannym słońcu „diadem minaretów” ukrywał prawdę o brudnych ulicach Oranu. „Niestety! Jak wszystkie miasta tureckie, Bejrut winien być oglądany tylko z dala. Gdy się doń wjedzie, rozpływa się wszelkie złudzenie”. W identyczny sposób opisywano Jerozolimę, Damaszek czy Smyrnę6.

I Bukareszt. Przedstawiany jako miasto „zupełnie orientalne”, mienił się kopułami cerkwi, których było w połowie XIX wieku około stu trzydziestu, choć powtarzano pod wpływem bajkowego wrażenia, że trzykrotnie więcej. Tworzyły one magiczny widok. Jednak to, co z daleka wyglądało niby „rozległy orientalny ogród” i błyszczało jak „morze rubinów”, okazywało się mieszaniną banalnych budynków i ruder. Takiego zdania było wielu przybyszów, by wspomnieć pastora anglikańskiego w 1834 roku, publicystę angielskiego dwa lata później, niemieckiego lekarza w połowie lat czterdziestych czy dziennikarza francuskiego w ostatniej ćwierci XIX wieku.7 Panorama ukazywała tajemniczy splendor orientalnego świata lub tylko złudzenie, le mirage oriental. Wjazd do miasta ujawniał sprzeczność między panoramą a wnętrzem, między ogółem a szczegółem, ideą a materią. Objawiał oczom człowieka Zachodu kontrasty i nieporządki przypisywane „orientalnemu barbarzyństwu”. Światło rozumu nie docierało na te peryferie kontynentu. „Brak cywilizacji” skazywał ich społeczeństwa na cierpienie despotyzmu, stanowił słabość, którą przezwyciężyć mogły jedynie przez odkrycie racjonalnego porządku rzeczy. Trudno było to czynić wśród chaotycznych zabudowań i zygzakowatych ulic. Tam baśniowy wizerunek miasta zmieniał się w jego obraz codzienny, być może kryjący inne, podstępne siły – nie tylko błoto, w którym grzęzły koła. „Brak cywilizacji” nie musiał być słabością. Najdotkliwiej doznał tego Napoleon Bonaparte. Patrząc na lśniące kopuły moskiewskie w 1812 roku, sądził, że bierze miasto w posiadanie. Miesiąc później musiał opuścić wrogą, płonącą Moskwę. Było to więcej niż rozczarowanie. Raczej zapowiedź klęski.

„Warszawa, rozłożona częściowo na równinie, częściowo zaś na nadrzecznej skarpie, prezentuje wspaniały widok od strony drogi z Sankt Petersburga. Lecz [...] wrażenie splendoru załamuje się, gdy wnikniemy do miasta. Jest ono wprawdzie obdarzone wieloma pięknymi pałacami, budynkami publicznymi, siedzibami szlacheckimi, a jakość domów podniosła się po wprowadzeniu zakazu budowania z drewna. Ale jego ulice, choć rozległe, są źle brukowane, źle oświetlone i brudne; większa część budynków w mieście i znaczniejsza jeszcze na peryferiach jest miernej lub wadliwej konstrukcji, a jedna czwarta nadal z drewna; całe zaś miasto ukazuje bolesne kontrasty zdrowia i ubóstwa, cywilizacji i barbarzyństwa, luksusu i nędzy”. Ten opis Warszawy z połowy XIX wieku powtarzał nie tylko schemat przeciwstawiający zewnętrze wnętrzu, lecz także – właściwą relacjom o miastach orientalnych – wizję kontrastów uderzających człowieka ZachoduI.

„Jest to wciąż nieregularne i nieładne miejsce – czytamy w szkockim słowniku geograficznym z 1822 roku – ukazujące szczególny kontrast wystawności i ubóstwa, posiadające w pewnych dzielnicach wspaniałe rezydencje zasługujące na miano pałaców, w innych natomiast ciągi nędznych drewniaków”. Francuski podróżnik Marmier pisał dwadzieścia lat później, że sąsiadują tu ze sobą doskonałe restauracje i smrodliwe szynki, co oddaje charakter społeczeństwa rozpiętego między zbytkiem a nędzą. Obraz ten miał swą tradycję. W ten sposób opisywano schyłkową Rzeczpospolitą. Angielski historyk oświeceniowy William Coxe zauważył, że jej miasta, nęcące z oddali dzwonnicami i wieżami, okazują się drewnianymi osadami. Współczesny nam badacz amerykański Larry Wolff nietrafnie chyba kojarzy to ze zjawiskiem wiosek potiomkinowskich8. Była to raczej odmiana mirage oriental.

Orientalne złudzenie w Polsce nie bywało równie sugestywne jak w Damaszku czy Smyrnie. Pisano o „wspaniałym” widoku Warszawy od strony Pragi – widoku, który oddał Canaletto na jednej ze swoich wedut. Panorama ta, znaczona szpikulcami wież kościelnych, była jednak bardziej banalna dla zachodniego oka niż minarety i cerkiewne kopuły. Niemcowi Fryderykowi Szulcowi objawiła się w 1793 roku jako „nieforemnie zbita kupa domów”, wśród których sterczały wieże „nieodznaczające się ani budową, ani kształtem”. Pół wieku później Marmier pochlebniej porównywał ją do widoku Bazylei. Rzucił mu się jednak w oczy nie Zamek, lecz cytadela kojarząca się z przestrogą cara Mikołaja I, że zburzy miasto w razie próby buntu. Nie był to obraz „orientalnego ogrodu”9.

Jesienią 1863 roku na tę panoramę spojrzał angielski dziennikarz Edward Dicey. Zadomowiony w Warszawie rodak zaprowadził go przez „wielki stalowy most” na brzeg praski. Widać było stamtąd skarpę, na której rozłożyło się miasto. „Perspektywa jest atrakcyjna – pisał Dicey – a raczej byłaby taka, gdyby miasto nie odwróciło się tyłem do rzeki. Patrzysz więc z wiślanego brzegu na wąskie ulice wspinające się na skarpę oraz martwą i płaską sylwetę miasta, którą ożywiają tylko strzeliste zwieńczenia katedry. Daleko na prawo stoi Cytadela, do której – jeśli się nie jest więźniem – dostać się trudno i z której wycelowane są stale działa w kierunku miasta. Byłem w Neapolu, gdy skierowane było nań działo Sant’Elmo i gdy sądzono, że nieśmiały król, aby uniemożliwić wjazd Garibaldiemu, znajdzie w sobie resztkę odwagi i otworzy ogień na jego stolicę. Lecz tam wszystko było tak intensywne, radosne i pełne życia, że wydawało się niemożliwością, aby takie niebezpieczeństwo istniało naprawdę. Nikt, nawet Burbon, nie obciążyłby swego sumienia zburzeniem Neapolu. Tutaj wrażenie było zupełnie odmienne. Wszystko wyglądało tak posępnie, smutno i beznadziejnie, że gdyby Rosjanie po prostu ze znużenia zbombardowali to uświęcone miasto ze swej niezdobytej twierdzy, byłoby to, że tak powiem, stosownym dopełnieniem się losu Warszawy. Skończenie raz na zawsze z całym tym mrocznym zadaniem pokonania Polski jest ideą, która – jak sądzę – ma w sobie osobliwą atrakcyjność dla półdzikiego tatarskiego umysłu. Dlaczego Murawjow nie miałby zrobić z lewym brzegiem Wisły tego, co zrobił Suworow z Pragą?” Gdy Dicey rozważał to, patrząc na miasto, jego przyjaciel przerwał mu słowami: „Kilka kroków dalej będziesz już w środku Azji”. Po chwili napotkali rozłożone na praskim brzegu wielkie i malownicze obozowisko kozaków; a potem grupy równie egzotycznych ortodoksyjnych Żydów.10

Orientalne złudzenia sprzed niemal dwustu lat, trudno uchwytne i trudno porównywalne, to raczej pretekst niż powód dla zestawienia Bukaresztu i Warszawy. Pretekstem bardziej przekonującym może być miano „małego Paryża”. Zyskały je oba miasta w epoce zaniku orientalnych złudzeń. Miano, przyznać trzeba, banalne.

Niemieckie miasta rezydencjonalne, które dawniej chciały być lokalnymi Wersalami, też aspirowały w XIX wieku do porównań z Paryżem lub Londynem11. Odbijała się w tym ogólniejsza ewolucja wzorów i stylów życia. „Małymi Paryżami” stawały się z rozmaitych powodów miejsca tak różne, jak Tuluza i Mediolan, Bruksela i Lipsk oraz pewna wioska w LuizjanieII. Jakiekolwiek pokrewieństwo z Paryżem czy innymi miejscami starymi i słynnymi wydaje się przeważnie dowartościowywać miejsca nie tak stare i nie tak słynne. Zwłaszcza w epoce masowej turystyki. Różne lokalne „Carcassonne” i „Florencje” starają się przyciągać swym słabym, odbitym blaskiem.

Bukareszt – micul Paris, Paris al Orientului. Spotykane już w pierwszej połowie XIX wieku określenia stały się z biegiem czasu hasłem wywoławczym. „Żywa i sympatyczna stolica Rumunii została słusznie nazwana Paryżem Wschodu. Jest nim dzięki swemu wdziękowi, swemu zamiłowaniu do luksusu, swej kulturze, swej atrakcyjności”12. Powtarzano to lub wykpiwano. Opowiadano „o młodym Rumunie, który chełpił się przed swym francuskim znajomym, że Bukareszt jest małym Paryżem, na co ten odpalił: «Być może, ale, dzięki Bogu, Paryż nie jest dużym Bukaresztem!»”13. Zestawianie się ze Stolicą Świata musiało narażać na takie konsekwencje.

Jako wspaniały wzór miasta i zarazem jako miejsce odległe, dostępne dla ograniczonej grupy śmiertelników, Paryż wytwarzał niezwykle inspirujący mit. Był symbolem wesołego bądź eleganckiego życia i dworskiego wykwintu, ale też symbolem rewolucji. Od połowy XIX wieku, głównie dzięki wielkiej przebudowie Haussmanna, obraz Paryża odnawiał się i narzucał jako model stolicy. Ogromnej, spełniającej marzenie o nieogarnionym molochu; starożytnej i zarazem nowoczesnej, realizującej sen o przyszłości ze stali i szkła. Ten model ukazywał zarazem bezlitośnie zakres lokalnych możliwości. Gdy Paryż chciał panować nad światem, Bukareszt pragnął stać się „prawdziwym miastem”. Warszawa zaś nie mogła rządzić nawet sama sobą.

Ale i ona zyskała miano „małego Paryża” albo „Paryża Północy”. Pojawiało się ono zresztą wcześniej, niż ktokolwiek pomyślał w ten sposób o Bukareszcie – na przełomie XVIII i XIX wieku. Nie zyskało jednak porównywalnej siły i rozpoznawalności, choć stało się elementem tożsamości miasta. Powtarzano miłe sercom określenie, które prowokowało też odruchy irytacji. Warszawski publicysta pisał w latach trzydziestych XX wieku, że „mały Paryż” to komunał niewiele mający wspólnego z realiami miasta, sprowadzonego pod rządami rosyjskimi do form prowincjonalnych.14

Czy jednak samo miano nie było świadectwem prowincjonalizmu? „Niewiele jest krajów w mniej cywilizowanych częściach tego świata, które by nie posiadały swego «Paryża», czyli miasta nazywanego tak z powodu podobieństwa do stolicy Francji – które to podobieństwo istnieje zasadniczo tylko w wyobraźni mieszkańców”, pisał na początku XX wieku Anglik Harry de Windt15. Wśród znanych sobie wymienił Irkuck. Odwracał w ten sposób sens określenia; nie on jeden. Informację, że mieszkańcy miasteczka w szwajcarskim kantonie Schwyz mawiają o nim jako o „małym Paryżu”, pewna Angielka tak skomentowała: „Mimo pięknych ogrodów i wspaniałych drewnianych domów tego rzemieślniczego miasta, niewiele mi tu przypominało francuską stolicę; lecz Szwajcarzy mają ogromne poczucie własnej ważności, jak większość małych narodów”16.

Dorastanie do rangi lokalnego „Paryża”, będące wyrazem aspiracji i nadziei elit, mogło też być opisane jako zatrata własnej osobowości. Tak przedstawiał Wilno lat trzydziestych XIX wieku Józef Ignacy Kraszewski. Wedle niego straciło ono swą oryginalną fizjonomię w procesie, który nazwano by dziś modernizacją, a który oznaczał upodabnianie się do innych miast oraz zatarcie zewnętrznych różnic między „stanami” społecznymi, zlewającymi się w „jedną bezfarbną całość”. Kraszewski przedstawiał zarazem Wilno jako miejsce prowincjonalne, które „bawi się z największem smakiem plotkami, szpieguje i obgaduje jak mała mieścina, wstaje dość rano, śpi w nocy po parafiańsku, nie zna się wcale na modach [...] i w prostocie ducha rozumie, że jest małym Paryżem”17. Wychodzące w tymże Wilnie pismo satyryczne „Wiadomości Brukowe” ogłosiło w 1820 roku artykuł Stanisława Worcella, który z kolei drwił z aspiracji Krzemieńca. Jego elity, skupione wokół słynnego Liceum Wołyńskiego (1805–1831), kształcącego młodzież szlachecką, tworzyć miały „mały Paryż”. Worcell użył kalamburu „Ris-Pa”, który miał podkreślać niedorzeczność lokalnego snobizmu, oznaczającego zarazem „wynarodowienie obyczajów”18.

Podobne uwagi wypowiadano o Warszawie i Bukareszcie. Byłaby to zapewne jakaś osnowa narracji o obydwu miastach. Dwa „małe Paryże”, a może dwa „Ris-Py”, byłyby obrazem aspiracji i kompleksów i wydałyby się może bardzo podobne do siebie czy też „bezfarbne”, używając języka Kraszewskiego. Byłyby też zapewne podobne do wielu innych miast, które zmieniały się i aspirowały w epoce nowoczesnej. Taka może być także, częściowo tylko zamierzona, wymowa tej książki. Jak każda podróż w przestrzeni i w czasie, narracja historyczna jest sumą niezliczonych wyborów. Gdy wybieramy podobieństwa, nie znaczy to, że bagatelizujemy różnice.

Warszawa i Bukareszt to słowiańskość i romańskość, katolicyzm i prawosławie. Bukareszt to wino i skrzypce orkiestry cygańskiej, to ruszt, na który rzucono mititei, kiełbaski z mielonego mięsa, znane na całym obszarze dawnych wpływów otomańskichIII. Warszawa to kotlety z patelni, to wódka i piwo, śledzie i kiszone ogórki. Bukareszt to cujka, oliwki, ser owczy. To woda ze zdrojów ulicznych chłodząca w upały oraz domniemana „słodka woda Dymbowicy”, którą chwaliła popularna przyśpiewka. Dymbowica jest krętą, wąską i brudną rzeczką, na długim odcinku niknącą dziś pod betonowym przykryciem, na innych ujętą ściśle w nabrzeża. Wisła zaś to rzeka majestatyczna, niegdyś żeglowna i stanowiąca główny szlak handlowy Rzeczypospolitej, rzeka, od której jednak rosnące miasto „odwróciło się plecami”. Bukareszt to ulica żyjąca do późnych godzin, miejsce spotkań towarzyskich, handlu, gry w tryktraka, miejsce do życia tysięcy bezpańskich psów. To ulica rozpalona słońcem, przed którym chronią głębokie loggie i drewniane żaluzje, spuszczane na okna za pomocą rzemiennych pasów. Warszawa to herbata, wieczorne rozmowy w kuchniach, kałuże na pustych chodnikach. Dobieranie i tasowanie tych obrazów, wśród których objawia się mnóstwo zasadniczych różnic, byłoby pasjonującym zadaniem dla reportera, któremu przetarła już drogę portretująca Bukareszt Małgorzata Rejmer19.

Pójdziemy nieco inną drogą. „Kilka kroków dalej będziesz już w środku Azji” – echo tych słów było inspiracją dla zajęcia się dwoma „małymi Paryżami”. Tworzy ono kontekst nadający szczególne znaczenie zarówno orientalnemu złudzeniu, jak i domniemanej „paryskości”. Kontekst, który rozpoznawać można w niezliczonych narracjach, a który nazwiemy wyobrażeniem o Innej Europie.

Inna Europa jest co najmniej od schyłku XVIII wieku wielkim obszarem na mentalnych mapach kontynentu. Należy do znacznie starszego podziału Wschód – Zachód o nie zawsze ostrych granicach i kryteriach, lecz ostrym znaczeniu. Określa wschodnie „tam” z punktu widzenia środkowo-zachodniej części Europy. „Tam” jest inaczej, gorzej, coraz dziwniej im dalej biegnie droga, aż pojęcia przyswojone „w Europie” zaczynają tracić sens, wymuszając poszukiwania przymiotników. Największe znaczenie miały dwieście lat temu przymiotniki „barbarzyński” oraz „orientalny” (i związki w rodzaju „orientalne barbarzyństwo”), następnie raczej „zacofany”. W XX wieku poszukiwano innych sformułowań. Znajdowano l’orient européen i Europe orientale, lecz także Europę Środkową czy Pośrednią (Mitteleuropa, Europe médiane), a włączanie lub wyłączanie danych stref i krajów bywało funkcją kombinacji intelektualnych oraz politycznych. Podobne znaczenie miał podział na Starą i Nową Europę pojawiający się po I wojnie światowej, a odnowiony instrumentalnie przez sekretarza obrony USA Donalda Rumsfelda w 2003 roku. Nowa prezentować miała witalność, której już braknie Starej.

Pozornie bardziej neutralne sformułowanie the other Europe (l’autre Europe) oznaczać może zarówno Europę „inną”, jak i „drugą”. Jeśli zaś drugą, to może drugorzędną, gorszą – jak „gorszym” był i bywa wschodni Europejczyk, szukający zarobku emigrant?20 Także i on ma wszakże swe strony rodzinne, „Rodzinną Europę”, jak zatytułował swoje wspomnienia-esej Czesław Miłosz. Jej obraz może przynieść publiczności Zachodu, co będzie też miarą jego osobistego sukcesu. Odwróci w ten sposób proces „wymyślania” Wschodu, czyli opisywania go przez zachodniego przybysza. Sam język przekładu narzuca jednak łatwiejsze do przyswojenia dla owej publiczności formuły. Une autre Europe, „Inna Europa”, to tytuł francuskiej wersji książki Miłosza (przekład Georges’a Sédira), która ukazała się w Paryżu w 1964 roku.

Dokładnie sto lat wcześniej angielski dziennikarz pisał, że turysta z jego ojczyzny ogarnia świadomością Europę tylko do Berlina na północy i Wiednia na południu. Dalej nastaje ciemność21. Tak zarysowany widnokrąg właściwy był szeroko rozumianym elitom Zachodu. W oddali lśniły „bizantyjskie diademy” Stambułu i Moskwy, rządzące wyobraźnią. By je ujrzeć, należało przemierzyć spowite ciemną mgłą krainy o niepewnej cywilizacji. Jadący zbierali w Austrii i Prusach informacje o sposobach dalszej podróży i trudnościach, jakie nieuchronnie ich czekają w „krajach zwykle tak mało odwiedzanych”22. W Berlinie ostrzegano przed stanem polskich dróg i oberży; Anglicy zaopatrzyli się tam, jadąc na wschód w 1829 roku, w zapas herbaty, cukru i biskwitów. Sześć lat później inny Anglik słuchał w Wiedniu o bezprawiu panującym na Węgrzech i postanowił kupić broń23. Podróżni miewali przeświadczenie, że dostają się w rejony marginalne, pokrewne innym obrzeżom: Hiszpanii, Sycylii, Irlandii. Romskie motywy naddunajskie przywoływały nastroje Hiszpanii. Kojarzyć się z nią miała rzadko zaludniona Nizina Węgierska. Węgrów można było porównać do Irlandczyków, odnotowując ich poczucie wyższości i obsesyjne poszukiwanie wyjątkowości. Wygląd ubogich części Pozsony (dzisiejszej Bratysławy) przywodzić miał na myśl Athlone lub Donaghadee24. Różnica polegała na tym, że krainy środkowoeuropejskie miały charakter przejściowy, były etapem w drodze ku centrom władzy politycznej i duchowej Wschodu. Dopóki istniała Rzeczpospolita, jej wysłannicy dyplomatyczni jeździli przez Bukareszt do Stambułu. W wieku XIX przez Warszawę jeżdżono do Petersburga i Moskwy. Nie tylko pejzaż polityczny, ale też kulturowy, a nawet przyrodniczy tej krainy traktowany bywał jako niedookreślony i przejściowy.

„Kilka kroków dalej będziesz już w środku Azji”. Nim pojawiły się drogi żelazne, wyprawa na Wschód kojarzyła się z niebezpieczeństwami zapomnianych przez Boga pustkowi, z groźbą utknięcia w śniegach i rozszarpania przez wilki. Był to wizerunek „dzikiej Europy”, jak tytułuje swą książkę o Bałkanach słoweński historyk Božidar Jezernik25. Określenie to nie było jednak zarezerwowane dla Bałkanów. Mogło dotyczyć całej połaci kontynentu, która rozpościerała się na wschód od Berlina i Wiednia. „Dziką Europą” nazwał ją wspomniany dziennikarz angielski de Windt na początku XX wieku. Uznawał, że większość jego rodaków wie o niej mniej niż o czarnej Afryce. Jawiła im się jako przestrzeń „średniowiecznego barbarzyństwa”26. Zapewne perspektywa angielska wyróżniała się poczuciem wyższości27. Była jednak przejawem ogólniejszego stanu świadomości, w którym Zachód różnił się od Wschodu.

Inna Europa – to określenie wybierzmy spośród wielu. Wydaje się najbardziej ogólne, odsuwając dyskusje wokół granic Europy Środkowej i Europy Wschodniej, między nimi a Bałkanami, wokół przynależności Rumunii do Bałkanów lub Polski do l’Europe Centrale. Wybór tego określenia wynika także z doświadczenia lektury relacji podróżniczych, z których wyłaniał się na przestrzeni XIX i XX wieku dominujący obraz. Był to obraz właśnie Europy innej, niepełnej, wątpliwej, zanikającej, przestającej być Europą w rytm podróży na wschód. Podróż taka – zbiorowa podróż złożona z niezliczonych indywidualnych obserwacji – to jedna z osi tej książki. Na trasie tej podróży znajdowały się zarówno Warszawa, jak i Bukareszt, opisywane przeważnie jako miasta w połowie drogi. Nie zawsze brzmiało to jak banał charakteryzujący większość miast świata. Status przystanku był bowiem w tym przypadku wyjątkowo znaczący.

„U progu Rosji, gdy przyjeżdża się z Europy, u progu Europy, gdy przybywa się z Rosji, stolica Polski z racji tego granicznego położenia nabrała cech hybrydy: zbyt europejska, moim zdaniem, jak na miasto rosyjskie, jest zbyt rosyjska na miasto europejskie” – pisał Francuz o Warszawie końca XIX wieku. Sto lat później pisarz Kazimierz Brandys uznawał będzie, że to „skrzyżowanie Siczy kozackiej z bulwarem Saint-Germain”, a dziennikarz czeski odnotuje, że w Warszawie „miesza się atmosfera Europy Środkowej i europejskiej Rosji”28. Istnieje niewątpliwe podobieństwo pozycji Bukaresztu, „ostatniej placówki Zachodu, pierwszego portu Orientu”, czy też miejsca, w którym łączy się zapach wody kolońskiej i opiekanej baraniny (jak pisał międzywojenny publicysta rumuński)29. W tej właśnie perspektywie nabiera znaczenia domniemana „paryskość”, potwierdzenie kulturowego zakotwiczenia na Zachodzie, i „azjatyckość”, jego zaprzeczenie.

„Kilka kroków dalej będziesz już w środku Azji”. Warszawa i Bukareszt epoki nowoczesnej nie chciały być „Azją”. Miały lub chciały być – małymi Paryżami, Paryżami północy, wschodu, południa. Oddalone od siebie, nieczęsto na siebie patrzące, związały swój los w aspiracjach, tyleż realizowanych, ile pozostających niedoścignionym i niezbyt konkretnym marzeniem. Los obu miast związany był z doświadczeniem podległości. Bywała to podległość administracji mocarstwa, podległość okupacyjna, podległość bezwzględnej dominacji własnych elit. Symbole podległości zdominowały realny i wyobrażony pejzaż obu miast, naznaczony przez ogromne, wbite przemocą w ich śródmieścia budowle. W Warszawie pod panowaniem rosyjskim – sobór, górujący nad miastem początku XX wieku, następnie Pałac Kultury i Nauki w połowie stulecia. W Bukareszcie końca tegoż wieku – ogromny Dom Ludu.

Inny rodzaj podległości, nieustannie przywoływany, wiązał się z aspiracjami do kultury Zachodu, do imitowania jego cywilizacji technicznej i stylów życia, do budowania miasta na wzór Paryża czy Wiednia. Rodziło to oskarżenia o niesamodzielność i wyrywanie się z własnej kultury. Nacisk polityczny z zewnątrz, próby ucieczki od niego i od własnej przeszłości wywoływały dramatyczne przeciążenia, związane nierzadko z ksenofobią i skłonnościami autorytarnymi. Oba miasta były też zwierciadłami świadomości swoich elit, oddawały ich wizje polityczne oraz estetyczne, zarazem stanowiąc bolesne punkty i prowokując odruchy niezadowolenia z lokalnych realiów. Właśnie w centrum politycznym i kulturalnym skupiać się musiały problemy poszukiwania korzeni wspólnoty, jej modelu, rozdarcia między kopiowaniem zewnętrznych wzorów a poczuciem osobliwości własnej kultury30.

Jeden z ojców historiografii rumuńskiej, Nicolae Iorga, pisał w 1919 roku, że jego kraj znajduje się „pomiędzy środkiem Europy a rosyjskim stepem, ponurymi ziemiami północnymi a słonecznym Półwyspem Bałkańskim na południu”31. Można to rozumieć jako manifestację odrębności i unikalności (taką intencję miał Iorga), lecz równie dobrze jako wyznanie, że jego rodzinna Europa to rozdroże. Tak też ją opisywano. Rozdroże kojarzyć się mogło z otwartością krainy leżącej na przecięciu wpływów politycznych, religijnych i kulinarnych; krainy pokojowych, bogatych duchowo społeczności, oferującej przyjezdnemu wyzwolenie z ustalonych konwencji i pewników. Rozdroże mogło być jednak równie dobrze pozbawione cech swoistych, przypadkowe, zbierające tylko strzępy form wymyślonych gdzie indziej. Miasto położone na rozdrożu mogło rosnąć i bogacić się dzięki przepływom dóbr materialnych i duchowych. Przed II wojną światową często przypominano w Warszawie słowa Ferdinanda de Lessepsa, twórcy Kanału Sueskiego, który przepowiedział był jej wielką przyszłość gospodarczą. Miasto na rozdrożu mogło jednak równie dobrze pozostać niskie i mierne, jak skupisko karłowatych, poskręcanych drzew rosnących na nieprzyjaznym, omiatanym wiatrami pustkowiu. W ten sposób przedstawiano nierzadko los Bukaresztu.

Ta historia jest w dużej mierze historią kompleksów. Te nieuświadomione przeświadczenia, wpływające na emocje i działania, opisane zostały pod koniec XIX wieku, a stały się obiektem zainteresowania dzięki psychoanalitycznym teoriom Freuda i Junga. Tak jak metoda psychoanalizy wynikała w pewnym stopniu z obserwacji kultury mieszczańskiej, jej rygorystycznych kodów i tabu, tak pojęcie kompleksu zrodziło się wśród aspiracji, jakimi napęczniałe były awansujące grupy społeczne Europy belle époque. W obszar zbiorowej świadomości dostawało się pragnienie bycia kim innym, tuszowania swego pochodzenia, kompensowania niedostatków poprzez bogate decorum przeładowanych meblami wnętrz i ozdobnych fasad. W ten sposób objawiało się zmaganie między demokratyzacją a potrzebą wyodrębnienia, jeden z wiodących tematów powieści naturalistycznej i wczesnej socjologii32.

W Warszawie i Bukareszcie skupiały się aspiracje i kompleksy elit pragnących określić na nowo przestrzeń, w której żyły. Metropolie Innej Europy starały się podobać przybyszom, prezentować chwalebne strony lokalnej kultury i zarazem upodabniać się do wzorów płynących z Zachodu. Były to wzory atrakcyjne. Centra urbanistyczne świata zachodniego ukształtowały się pod wpływem absolutyzmu, potęgi handlowej i rewolucji przemysłowej, rywalizując ze sobą i wzajemnie sobie imponując wspaniałością malarstwa czy siłą militarną, rozbudową przemysłu czy starożytnością zabytków, ideami rewolucyjnymi czy dyscypliną społeczną. Przebudowa Paryża z połowy XIX wieku pobudzona została przez poczucie cywilizacyjnej dominacji Londynu. Paryż stawał się symbolem wielkomiejskości dla innych miast francuskich, lecz także dla Wiednia, Rzymu czy Brukseli. Inna Europa w owej grze na ogół nie uczestniczyła, była jej marginalnym świadkiem. Skłonności imitacyjne zdawały się w niej przeważać nad umiejętnościami twórczymi, nie znajdowały zresztą właściwego podłoża materialnego ani politycznego. Żyła długo w warunkach niesamodzielności. Wytwarzało to w epoce nowoczesnej kompleks peryferyjny. Objawiał się on w kulturze polskiej i rumuńskiej silnie, choć niejednakowo.

Kompleks polski przesycony był poczuciem utraconej wielkości oraz dziejowej krzywdy. Zniszczenie Rzeczypospolitej pamiętane było jeszcze w połowie XIX wieku przez najstarsze pokolenia, a dramat polityczny odnawiał się w kolejnych konfliktach i powstaniach, budujących zarówno trwałość narodowej legendy, jak i dyskursy krytyczne. Ich osnową był problem polskiej słabości, sposobów na pomnożenie sił, trwania w trudnych warunkach. Możliwości zmiany otaczającego świata wydawały się nikłe. W epoce dominacji wielkich państw nad kulturami lokalnymi Polacy zdawali się skazani na lokalność. Trwali na obrzeżach mocarstw, zdominowani politycznie i w dużej mierze gospodarczo, skazani na niedorozwój instytucjonalny.

Także kompleks rumuński zabarwiony był poczuciem krzywdy i utraconej wielkości. Było ono jednak mniej wyraziste, mimo że często przywoływane. Zarówno kontur dawnych państwowości, do jakich odwoływać się chcieli Rumuni, jak i opór wobec prześladowań, rysowały się mniej czytelnie niż w wypadku polskim. Wzmacniało to chyba odruch idealizacji niejasnej, a odległej przeszłości, dla której nie znajdowano dostatecznej liczby materialnych potwierdzeń. Zastępowały je rozwijane od XVIII wieku koncepcje rzymskiego pochodzenia Rumunów, bliskiego pokrewieństwa z jedną z najbardziej imponujących cywilizacji.

Kompleks peryferyjny powiązany był z przekonaniem o nietrwałości dziedzictwa. Historię Warszawy i Bukaresztu naznaczyły periodyczne spustoszenia, w pierwszym z tych miast głównie wskutek walk zbrojnych, w drugim – trzęsień ziemi i pożarów. „Bukareszt jest położony na ruchomym gruncie” – powiada Alexandru Paleologu. Materia miasta zdaje się nietrwała, nie tylko wskutek działań żywiołów, lecz również niezdolności do tworzenia solidnej zabudowy i trwałej infrastruktury. Marta Zielińska pisze o Warszawie jako mieście na „ruchomych piaskach”. Kruchość wewnętrznych struktur miast można wpisać także w niestabilność szerszego układu odniesień miejskich. Jak sądzi Winfried Eberhard, względnie trwały układ Paryż – Londyn – Rzym nie miał odpowiednika w Europie Środkowej.33

Paryżom Innej Europy nie można przypisać roli ponadnarodowego centrum kulturalnego czy politycznego. Przeciwnie, oba cierpiały od chwili zyskania czy odzyskania roli stolicy na ograniczony wpływ wzorotwórczy. Rumuński wariant kompleksu nietrwałości wiązał się z poszukiwaniem oryginalnych form kultury, które miały wyprzedzać lub przewyższać dziedzictwo sąsiadów. Zwracanie się elit na zewnątrz, ku cywilizacji Zachodu, prowokowało silne reakcje wsobne, wzmacniające częstokroć wrażenie prowincjonalizmu, gdy naśladownictwa z jednej strony, a zamknięcie i ksenofobia z drugiej utrwalały stereotyp „zacofanego Wschodu”. Odruch imitacyjny budził opór i dążenia do poszukiwań na własnym gruncie wszelkich wartościowych wzorów. Inny odruch miał charakter destrukcyjny: nisko cenioną przeszłość należało wytrzeć z pamięci, niszcząc jej materialne ślady, co czyniono z zapałem w całej południowej Europie od połowy XIX wieku. Pragnąc nadać swym miastom zewnętrzne cechy zachodniej cywilizacji, elity Belgradu i Skopja, Sofii i Salonik godziły się na niszczenie orientalnego dziedzictwa34. „Próby europeizacji kraju – pisze Orhan Pamuk o Turcji – bardziej przypominały desperackie uwalnianie się od bolesnej i pełnej wspomnień przeszłości niż rzeczywiste dążenie do nowoczesności. Jakby wzgardzony kochanek pozbywał się biżuterii, fotografii i sukni utraconej ukochanej. A ponieważ nie udało się tu stworzyć nowoczesnego świata ani w zachodnim, ani we wschodnim stylu, cały ten wysiłek posłużył głównie zapominaniu o przeszłości”35. Destrukcja pobudzała jednak zainteresowanie zagrożonymi śladami historii; żądano uwydatniania nawet wątpliwych pozostałości rodzimej (lub za taką uważanej) kultury. Znamienne zresztą, że także w tej sferze znaczącą rolę odgrywali przybysze z zewnątrzIV. Nie mogło to w szerszej skali przezwyciężyć innego kompleksu, który nazwać można quasi-kolonialnym.

Maria Janion pisze o „postkolonialnej” mentalności polskiej – dwoiście postkolonialnej, ponieważ złożonej ze wspomnienia o byciu kolonizowanym (w okresie zaborów) i o własnej roli kolonizatora (wobec sąsiadów na wschodzie). Mentalność ta, dowodzi Janion, przejawia się „w poczuciu bezsilności i klęski, niższości i peryferyjności kraju oraz jego opowieści. Temu dość powszechnemu odczuciu niższości wobec «Zachodu» przeciwstawia się w obrębie tego samego paradygmatu mesjanistyczna duma w postaci narracji o naszych wyjątkowych cierpieniach i zasługach, o naszej wielkości i wyższości nad «niemoralnym» Zachodem, o naszej misji na Wschodzie. Taka opowieść jest zamkniętym kołem niższości i wyższości, które przeradza się w narodową figurę totalnej niemożności i wiecznej szarpaniny między «europejskim pozorem» (który wcale nie jest pozorem) a «polską prawdą» (którą podejrzewa się o to, że nie jest absolutem)”36. Ów kompleks quasi-kolonialny wpisany był w szerszy, zarazem łaciński i słowiański, kontekst polskości. Naznaczyły ją w zewnętrznym oglądzie stereotypy l’âme slave (duszy słowiańskiej) la duplicité slave (nieszczerości, dwulicowości słowiańskiej), wreszciel’improductivité slave, czyli słowiańskiej nieudolności, związanej z la paresse slave, lenistwem słowiańskim. Ich dopełnieniem było wyobrażenie o „polskiej anarchii” jako ustroju politycznym i skłonności narodowej37. Stereotyp ten aktywny był także w rosyjskim obrazie polskości, tu uzupełnionej przeświadczeniem o zdradzieckiej roli Polaków wśród Słowian, czyli wybraniu przez nich opcji zachodniej. Ten uświadomiony przez polskie elity kontekst wzmacniał zapewne opisany przez Janion kompleks quasi-kolonialny, związany z kulturowo „przejściowym” położeniem ziem polskich. Zjawisko to odciskało się także na postrzeganiu Warszawy. Miało ono niemało wspólnego z kompleksem orientalnym, który naznaczył świadomość rumuńską.

„Aż do wieku XIX – pisze Lucian Boia – Rumuni wpisani byli w przestrzeń kulturalną Orientu. Pojedyncze kontakty niektórych uczonych (jak stolnik Cantacuzino, który studiował w Padwie, czy kronikarze mołdawscy uczący się w Polsce), tak często podkreślane, nie były w stanie wpłynąć na zmianę ogólnej kondycji społeczeństwa i kultury”. Kondycję tę elity dziewiętnastowieczne skłonne były zamykać w formule „orientalnego barbarzyństwa”, wiązanego z wpływami greckimi i tureckimi. Rządy Greków-fanariotów opisywano jako okres uciemiężenia i zahamowania w rozwoju. Antygreckie wyobrażenia nie okazały się jednak tak trwałe, jak odruch antyturecki. „Tureckie” obyczaje, turcism architektoniczny, czyli chaotyczność form tworząca wstydliwe pokrewieństwo Bukaresztu ze Stambułem – były częstymi odniesieniami w rumuńskiej publicystyce. Autor wydanego w 1907 roku studium „psychologii narodu rumuńskiego”, Dumitru Drăghicescu, twierdził, że szlachetne cechy Rumunów kształtowały się na podłożu dziedzictwa rzymskiego, każdy zaś „zapożyczony obyczaj turecki, każda naśladowana moda zasiewała w naszej narodowej duszy ziarno korupcji i gnuśności, które poniżają i degenerują narody”. Z wyobrażeń ukształtowanych na Zachodzie przejęto stereotypy tureckiej „dzikości”, chciwości, brudu („brudny jak Turek”) i nieproduktywności. Charakteryzowało to także nowoczesną wyobraźnię elit bułgarskich czy serbskich. Pięćsetletnie jarzmo tureckie, petsto godina pod Turcima, ma wyjaśnić przyczyny łapownictwa i bałaganu38.

Także w myśleniu polskich elit XIX i XX wieku widoczne są ślady kompleksu orientalnego. Nie był on tak bezpośredni, jak w Rumunii, choć mógłby opierać się na rodzimym podglebiu, jeśli przyjmiemy za Janem Kieniewiczem, że dawniejsza Polska była „najbardziej orientalnym krajem Europy” (co zdaje się dość wąskim rozumieniem „Europy”)39. Z południowego wschodu czerpała liczne zapożyczenia w języku, stroju, uzbrojeniu. Nie wydaje się jednak, aby staroszlachecka „orientalność” wytworzyła silny kompleks. Poczucie wyższości nad kulturami Wschodu przenikało do Polski wraz z ideami oświeceniowymi. W wieku XIX obróciło się przeciwko zaborcy rosyjskiemu i wytworzyło kompleks górowania nad nim, podobny do rumuńskiego przekonania o górowaniu nad Turcją. Rosja była „Azją”, prowokując w polskim myśleniu poczucie oderwania od Europy i zarazem potrzebę świadczenia o przynależności do niej. Stan cywilizacyjny kraju był natomiast odrębnym źródłem orientalnego kompleksu. Jak pisał jeden z warszawskich obserwatorów w 1911 roku, „kwestia naszego dobrego wychowania i wzajemnego obejścia stoi na poziomie takich miast, jak Damaszek lub Jerozolima. [...] Zastanawiamy się nad przyszłym ustrojem, ale nie umiemy się obchodzić z waterklozetem... Mamy łaźnie, ale się nie kąpiemy”40. Znamienne to geograficzne zestawienie, traktowane jako uwłaczające dla miasta.

Orientalny kompleks rumuński miał zabarwienie bałkańskie. Różnica między Europą Środkową a Bałkanami polegała zapewne na tym, że pierwsze z tych pojęć miało swych wyznawców, dumnych z pewnego ekskluzywizmu, jaki stanowiło umiejscowienie w Środku, niepoddające się „barbarzyństwu” wschodniemu, a wolne od zachodniego zblazowania i nieświadomości. Była to strefa mądrości, wynikającej z bogactwa doświadczeń, a zakonserwowanej w murach dostojnych miast, Pragi czy Krakowa. Od bałkańskości chciano natomiast uciekać. Jak pisze Maria Todorova, pozytywne odniesienia do Bałkanów spotyka się jedynie w literaturze bułgarskiej, natomiast bałkańskość jest dla Rumunów „kategorią obarczoną negatywnymi konotacjami i odwołują się oni do niej niezmiernie rzadko”41. Trudno w pełni podzielić tę opinię wybitnej badaczki. Co prawda inteligencja rumuńska broniła się przed bałkańskim kontekstem, uznając kulturę rodzimą za zjawisko odrębne, nieporównywalne chociażby z kulturą bułgarską (jak Bukareszt miał być nieporównywalny z Sofią), nie oznaczało to jednak unikania przymiotnika balcanic i rzeczownika balcanismul. Odgrywały one znaczącą rolę. W międzywojennej publicystyce wady Bukaresztu bywały uznawane za „nieszczęsne dziedzictwo bałkańskie”, miasto zdawało się obrazem bałkańskiego nieporządku, bałkański był jego brud, bałkańskie – bezpańskie psy. Balcanismul był niesolidnością i nielojalnością. Pojęcie nieprzyswojone przez propagandę okresu komunistycznego trwało w inteligenckiej świadomości. „Jestem wytworem bałkańskim, leniwym i niedbałym” – pisał literat Constantin Mateescu w latach siedemdziesiątych XX wieku. Śmieci na ulicach przypisywał „naszej bałkańskiej cywilizacji”, o znajomym spryciarzu pisał, że to „figura charakterystycznie bałkańska”, o kimś, kto nie przychodzi na umówioną godzinę, że zachowuje się po bałkańsku42. Odniesienia do bałkańskości miewały jednak element uznania czy dumy. Andrei Pippidi uważa „cynizm bałkański”, przejawiający się w lekkim traktowaniu zasad etycznych, za żywy element kultury rumuńskiej, pozwalający relatywizować spotykające kraj nieszczęścia.43 Alexandru Paleologu wyraża apologię bałkańskości, kojarzonej przezeń z dziedzictwem starogreckim i „najwyższą cywilizacją”. Podejmuje on także problem przeciwieństw między Zachodem a światem bałkańskim, czyli między regularnością i chaosem, brudem i czystością. „Mówimy, że jesteśmy ludźmi Bałkanów [balcanici], ponieważ jesteśmy brudni, niepoważni, powierzchowni, barbarzyńscy. [...] Rumun uczynił sobie ideał z czystości, której, oczywiście, nie należy lekceważyć, należy jej pragnąć. Ale nie możemy wychodzić z założenia, że brud nasz jest endemiczny i nieunikniony”44.

Na początku XXI wieku rozmawiałem z pewnym Macedończykiem, który uważał, że Sofia ma z punktu widzenia Skopja wymiar i blask metropolii. Od doktoranta z Sofii usłyszałem to samo o Bukareszcie. Kilkoro młodych inteligentów z Bukaresztu twierdziło, że prawdziwą wielkomiejskość prezentuje dopiero Budapeszt. Słyszałem narzekania mieszkańców Budapesztu porównujących go z prawdziwie cywilizowanym Wiedniem. W Wiedniu rozwijał się od stulecia kompleks prowincjonalizacji wobec wielkich stolic Europy, przede wszystkim Paryża. W Paryżu od stulecia słychać obawy, że dawna „stolica świata” znalazła się w cieniu agresywnej kultury amerykańskiej, symbolizowanej przez Nowy Jork. W Nowym Jorku...?

Tego rodzaju narracje przytaczać można bez końca, a także znajdować ich zaprzeczenia. Jest w nich, naturalnie, coś odwiecznego: skłonność do porównywania się, szukania osadzenia w świecie, samoponiżania się i samouwielbienia. Narracje te tworzą koła i wiry, mają ośrodki i brzegi, uwarunkowania globalne i lokalne. Wśród tych ostatnich znajdują się kompleksy Innej Europy.45 Należy do nich rodzaj orientalizmu, wewnątrzeuropejska wersja zjawiska analizowanego przez Edwarda Saida w odniesieniu do relacji Europy z Azją. Wedle Saida orientalizm był wyrazem kulturowej dominacji Europy, rysującej się od schyłku XVIII wieku. Dominant opisał, czyli „stworzył” zdominowanego, nadał znaczenia, które stały się trwałym elementem zachodniej świadomości i służyły potwierdzeniu własnej wartości, ale także zostały w pewnej mierze przyswojone przez zdominowane kulturowo społeczności Azji. Wytworzyły tam kompleks polegający między innymi na niemożności wyzwolenia się z nadanych znaczeń. Człowiek Orientu postrzegany był jako niecywilizowany, zacofany, nieudolny, pasywny, nieracjonalny. Europejczyk, czy raczej człowiek Zachodu, ukazywać miał przeciwieństwo tych cech.

Europa także miała swój Orient, część poddawaną orientalizującym dyskursom, „wymyślaną” jako antypody dobrze urządzonej, światłej części środkowo-zachodniej. Opowiada o tym wspomniany Larry Wolff. To właśnie nasza Inna Europa. Na jej obszarze występowało z kolei zjawisko, które Maria Todorova nazywa wewnętrznymi orientalizmami. „Wschód – pisze – jest kategorią relacyjną, zależną od punktu widzenia: Niemcy Wschodnie są «wschodnie» dla Niemiec Zachodnich; Polska jest «wschodnia» dla Niemiec Wschodnich; Rosja jest «wschodnia» dla Polski. To samo odnosi się do Bałkanów przejawiających tendencję do generowania orientalizmów wewnętrznych, trafnie nazwaną przez Milicę Bakić-Hayden procesem «reprodukcji orientalizmów». Serb jest «ze Wschodu» dla Słoweńca, ale Bośniak będzie «ze Wschodu» dla Serba, chociaż geograficznie usytuowany jest na zachodzie”46. Oczywiście, wzajemne relacje nie sprowadzały się nigdy do tego rodzaju „południkowych” wyobrażeń, choć były one, zdaje się, ważniejsze niż „równoleżnikowe”. Z dziewiętnastowiecznych relacji Polaków przemierzających ziemie rumuńskie lub osiedlających się w Rumunii (przeważnie jako specjaliści różnych dziedzin techniki) wynikałoby, że czuli się tam przeważnie jak „ludzie Zachodu”. Ich spotkania z realiami rumuńskimi przypominały relacje francuskie czy angielskie o ziemiach polskich. Zarazem jednak odniesienia do ziem rumuńskich były wpisane stale w perspektywę Północ – Południe. Polska nie bywała i nie bywa z rumuńskiego punktu widzenia „Zachodem”, raczej „Północą” (co zresztą miewa podobny sens), choć jej słowiański charakter i wiele zaszłości historycznych mentalnie przesuwa ją na „Wschód”. Rumunia bywała i bywa „Wschodem” z polskiej perspektywy, lecz równie dobrze „Południem”, a nałożone na siebie pojęcia te tworzą coś bliskiego „Orientowi”. Romańskość przesuwa Rumunię na „Zachód”, prawosławie na „Wschód”, część zaś transylwańska Rumunii nasuwa skojarzenia z „Europą Środkową”. Ku tej właśnie przestrzeni może zwracać się rumuński polemista, gdy usłyszy, że Rumunia przynależy do Bałkanów. Uzna swoją ojczyznę za zbyt zachodnią w sensie kulturowym i zbyt północną w geograficznym. Uciekać będzie instynktownie od pojęć „Wschodu” i „Południa” jako mniej atrakcyjnych, od Bałkanów jako bardzo nieatrakcyjnych. Czeski polemista odrzuci jakiekolwiek asocjacje jego ojczyzny ze „Wschodem”, uznając je za pozostałość zimnowojennych stereotypów; jest to najczystsza „Europa Środkowa”. Ta zaś, jak napisał Milan Kundera, to przecież „uprowadzony Zachód”47. Ten sam Czech może wyrażać wątpliwość, czy Polska przynależy do tej strefy; umieści ją raczej na „Wschodzie” niż „Północy”; jeśli zaś na „Północy”, to raczej dla nieprzyjemnego klimatu i zimnego morza niż sprawności cywilizacyjnej. Sam poczuje się człowiekiem „Południa”, wspominając o rodzimych winnicach. Polski polemista użyje wielu argumentów, by oddalić swą ojczyznę od „Wschodu”, a przybliżyć do „Zachodu”, choć niekoniecznie do Niemiec; myśl jego osunie się raczej nieco na południe, ku „Europie Środkowej”. Wewnętrzne orientalizmy odtworzą się także wewnątrz państw. Słuchałem młodego inteligenta z Braszowa, który niewiele dobrego miał do powiedzenia o tureckim i brudnym Bukareszcie, „tam”, za górami. Słyszałem rozmowę dwóch panów w krakowskim café-barze Rio. Jeden z nich ubolewał, że znowu musi jechać „na przedmieście Moskwy”. Innymi słowy – na „Wschód”. Do Warszawy.

Warszawa, ulica Nowy Świat, 1995

Siatka narracyjnych równoleżników i południków miałaby niewiele wspólnego z odwzorowaniem geograficznym, rozedrgana i pełna odkształceń. Praga mogłaby się znaleźć na wschód od Wiednia, Bukareszt na zachód od Sofii. Śladem Saida czy Wolffa, można uznać, że siatkę tę w epoce nowoczesnej narzucił zachodni ogląd i że, ogólnie biorąc, została ona przyjęta przez lokalne elity dążące do „europeizacji”. Miały one skłonność do odginania południków, przesuwania na zachód swych miast, poszukiwania w polu widzenia czegoś bardziej „wschodniego”, od czego można by się odróżnić. Nie była to jednak tendencja jedyna. Dążenia do „europeizacji” napotykały na opór. Odnajdowano atrakcyjne strony wschodniego dziedzictwa. Szukano wartości własnych, niezależnych od narzuconych map mentalnych. Nie było także jakiegoś jednolitego „zachodniego punktu widzenia”. Jeśli zaś istniała wyraźna skłonność do stygmatyzowania Innej Europy w pismach Francuzów czy Anglików, to nie oznacza, że niezadowolenie Rumunów czy Polaków z ich ojczyzn było prostym odzwierciedleniem zachodnich pojęć, jakie sobie przyswoili.

Jeśli jednak zajmować się mamy Inną Europą, samo pojęcie narzuca pewien ogląd sytuacji, zbliżony do proponowanego przez Saida. Już u progu XIX wieku istniała bogata literatura, drukowana w Paryżu czy w Londynie, opisująca zetknięcie z realiami upadłego świata dawnej Rzeczypospolitej i ziem naddunajskich, terenów poddanych zewnętrznej hegemonii i rządzących się anachronicznymi regułami. Były to także zetknięcia z Warszawą i Bukaresztem. Nagromadzenie opisów tworzyło mapę mentalną wschodniej części kontynentu. Na północnym szlaku, wiodącym z Paryża poprzez Berlin do Warszawy i dalej, w stronę Petersburga lub Moskwy, przekraczanie wielkich rzek – Łaby, Odry, Wisły, Bugu – opisywane bywało jako etapy wtajemniczenia w odmienne reguły życia, uprawy, budownictwa. Jedna z tych granic przechodziła przez samą Warszawę. Na szlaku południowym, wiodącym z Paryża przez Wiedeń, Peszt, Belgrad ku Bukaresztowi i dalej, w stronę Konstantynopola, poruszano się wzdłuż linii Dunaju lub po samej rzece i przeprawiano przez łuk Karpat. Były to dwa potężne zjawiska przyrodnicze i kulturowe, które naznaczały cały region zbiorem romantycznych wyobrażeń. Z każdym dziesiątkiem kilometrów w dół Dunaju stawały się one coraz wyraźniej nasycone odniesieniami do Orientu, Karpaty wyznaczały zaś granicę, poza którą skojarzenia te dominowały. Dokładniej, niektórzy wskazywali karpacki przełom Dunaju, zwany Żelaznymi Wrotami, jako miejsce wniknięcia do innego świata48.

„Kilka kroków dalej będziesz już w środku Azji”. Pierwsza część tej książki, odnosząca się do XIX wieku, zbudowana jest w większości z relacji o podróżach na Wschód, w głąb Innej Europy, podróżach podejmowanych głównie przez przedstawicieli zachodnich elit (polityków, dyplomatów, oficerów, naukowców, mieszczan, duchownych), których publikacje kształtowały wyobrażenia czytelników o nieznanych im, odległych ziemiach. Przynoszą one także wizerunki Warszawy i Bukaresztu, które stopniowo zabarwiają się „paryskością”: oto podróżni odkrywają na swej drodze miasto, które rwie się ku Paryżowi, stara go naśladować, wbrew warunkom politycznym i cywilizacyjnym. Podróżni obserwują to, oceniają, wpisują na swe mentalne mapy. Staram się zderzać i krzyżować te opisy z niektórymi narracjami pochodzącymi z głębi Innej Europy. Także na ogół elitarnymi – obrazującymi elitarną sytuację duchową towarzyszącą refleksji o własnym miejscu w świecie; drukowanymi, co mieści je w węższym jeszcze zbiorze źródeł, których autorzy należeli do grup uprzywilejowanych lub obdarzonych znacznym kapitałem społecznym. Zarazem jednak spora część źródeł dwudziestowiecznych to teksty prasowe adresowane do szerokiej publiczności, zatem bez wątpienia niemieszczące się w schemacie elitarności. To rumuńskie i polskie relacje z podróży w stronę przeciwną; rosyjskie (niestety, nie mam tureckich) opisy podróży przez ziemie polskie lub naddunajskie; polskie wrażenia z Rumunii i rumuńskie z Polski; wreszcie szeroko rozumiana recepcja „zachodniego” spojrzenia na te ziemie, przede wszystkim opór wobec przekształcania ich na wzór zachodni, domniemanego niszczenia ich tożsamości. Tego rodzaju materiał, przyrastający wraz z rozwijaniem się prasy i obiegu intelektualnego w Innej Europie, stanowić będzie coraz wydatniejszą podstawę rozważań w kolejnych częściach tej książki, odnoszących się do wieku XX. Warszawa i Bukareszt wystąpią tu jako miejsca przecięcia tych relacji, opinii, debat, jako miejsca krystalizacji światopoglądów, także tej zupełnie materialnej, bo zastygającej w postaci gmachów, pomników czy bruków. Są to też swego rodzaju narracje.

Spojrzenie, które omiata ulice, domy i ludzi, nie tylko rejestruje cechy miejskiej materii, lecz wchodzi w grę ze wspomnieniami lub wizjami innych, odległych miast, innych ulic i ludzi. Powstaje zapis nie tyle Warszawy lub Bukaresztu, ile „rozległej wsi”, „orientalnego ogrodu”, „przedmieścia Moskwy”, „małego Paryża”. Spojrzenia krzyżują się, ich zapisy także, choćby przechodnie natychmiast o tym zapomnieli, a autorzy tekstów o sobie nie wiedzieli.

Bukareszt i Warszawa dzieliły podobny los, warunkowany ich pozycją geopolityczną, lecz wiedziały o sobie niewiele. Momentem najżywszego zapewne kontaktu był napływ do stolicy Rumunii jesienią 1939 roku masy uchodźców z Polski, w tym przedstawicieli jej elit. Wymiana spojrzeń trwała przed tym epizodem i po nim, były one jednak dość rzadkie, przesłaniane też przez ciemne szkła kontroli politycznej i cenzury. Każde ich skrzyżowanie jest jednak istotne. Unikając wdawania się w analizy historyczne stosunków polsko-rumuńskich, co uczyniła już grupa autorówV, starałem się wychwycić ślady tej wymiany spojrzeń, przyjmującej kształty sieci o wielokrotnych przecięciach. Chociaż Warszawę i Bukareszt połączyć można jedną tylko prostą, zapis spojrzeń komplikował się, gdyż rzadko padały one na obiekt bezpośrednio. Załamywały się i odbijały od wyobrażeń miast idealnych i realnych, od Paryża, Moskwy, Stambułu, Nowego Jorku, Budapesztu, Pragi. Tworzyło to siatki spostrzeżeń, które możemy sobie wyobrazić jako linie odbijające się od kolejnych zwierciadeł, załamujące się i krzyżujące.

Bukareszt 1928

Skoro zaś mowa o Innej Europie, która bywała opisywana jako skrzyżowanie, skoro Warszawa i Bukareszt miały być punktami przecięcia wpływów cywilizacyjnych, skoro krzyżowały się drogi zachodnich i wschodnich podróżnych, a następnie budowane na podstawie ich wrażeń interpretacje – to narzuca się metoda zwana we Francji histoire croisée49. „Historia krzyżowana” polegałaby, jak piszą Michael Werner i Bénédicte Zimmermann, na wyszukiwaniu obiektów (tutaj – miast), w których przecinają się pewne interesujące zjawiska czy wpływy. Następnie na badaniu dotyczących ich źródeł (tutaj – na przykład narracji podróżnych), które można krzyżować już niejako ponad samymi obiektami. Innymi słowy, krzyżując narracje, możemy stykać ze sobą nasze „małe Paryże”, także wtedy, gdy niewiele o sobie wiedziały. Miejscem przecięcia może być obserwacja dotycząca na przykład stanu nawierzchni ulic. Skrzyżowania pojawiają się jednak w samych narracjach, gdy ktoś zestawia ze sobą obejrzane niedawno stolice lub wtedy, gdy mieszkaniec Warszawy udaje się do Bukaresztu, ogląda go oczami przywykłymi do rodzimego pejzażu i próbuje opisać czytelnikom warszawskiej gazety, którzy nigdy Bukaresztu nie oglądali.

Zakładając, że konstrukt „małego Paryża” miał początkowo największe znaczenie w opisach podróży, które rządziły się prawem zestawiania i porównywania znanego i nieznanego, co skłaniało do produkowania różnych „Paryżów” i „Florencji”, wykorzystam je jako źródło podstawowe w pierwszej części tej książki, poświęconej dziewiętnastemu stuleciu i, pobieżnie, okresom wcześniejszym. Wybór ten podyktowany został także specyfiką sytuacji rumuńskiej, w której – wśród względnego ubóstwa rodzimych źródeł pisanych – historycy koncentrowali się od dawna na wykorzystywaniu relacji podróżników z innych krajów, co zaowocowało licznymi opracowaniami, w tym monumentalną edycją źródeł podróżniczych, obrazujących ziemie rumuńskie. W tych, bardzo modnych, zwłaszcza w XIX wieku, relacjach pojawiało się wiele wątków, które podejmowane były lub wynajdywane także na miejscu, w Warszawie i Bukareszcie. Lokalne elity przywiązywały wielką wagę do sposobu postrzegania miasta przez obcych, starały się przeglądać w ich oczach, co wiązało się ze znaczeniem „sprawy polskiej”, która winna była interesować Europę, i rumuńskich dążeń do niepodległości. Wytwarzały się w ten sposób coraz bardziej skomplikowane struktury opowieści o sobie samych, konfrontowanych z opowieściami tych obcych. Dlatego, wedle prawideł nawarstwienia, w dalszych częściach tej książki, dotyczących dwudziestego stulecia, krzyżować się ze sobą będą coraz liczniejsze narracje zewnętrzne i wewnętrzne, co winno odpowiadać w jakimś stopniu zewnętrznej i wewnętrznej naturze obu miast – tej ujawniającej się i epatującej oraz tej odkrywanej i nieoczywistej. Wśród wewnętrznych ważną rolę zyskają narracje prasowe i dyskusje publicystyczne, poddawane surowej kontroli (bardzo surowej w okresie komunizmu), lecz stale ujawniające pewne zbiorowe potrzeby i kompleksy. Te, już bez cenzury, wydobywać zamierzam także z  zapisków i dzienników osobistych, mających szczególne znaczenie w okresie komunizmu, gdy kontrola życia publicznego była – zwłaszcza w Rumunii – najdalej posunięta. Materiał archiwalny ma tu, wobec ogromu źródeł publikowanych, wartość głównie pomocniczą, a najważniejszą jego częścią są raporty francuskich dyplomatów, patrzących na domniemane „małe Paryże” w okresie międzywojennym i w latach komunizmu. Dwie wielkie wojny XX wieku, połączone z niemieckimi okupacjami czy przemożnymi niemieckimi wpływami, zasługiwałyby na osobną książkę; istotne będą raczej ich skutki.

Powstająca z niezliczonych skrzyżowanych linii siatka jest nieregularna, lecz (miejmy nadzieję) ujawni właśnie dzięki tym nieregularnościom istotne cechy obiektów, które nazywam Paryżami Innej Europy. Czym było dla nich miano „małego Paryża” – jaką rolę grało w opisach miast, w ich wewnętrznych narracjach, w opowieściach o ich tożsamości? W jaki sposób je potwierdzano, jak i w imię czego z nim walczono? Jak przepoczwarzało się ono, wraz z samym miastem, w inne miana? Przede wszystkim zaś, jakimi drogami poruszano się, próbując ująć w słowach (lecz także w kamieniu) nowoczesne powołanie Bukaresztu i Warszawy?

Rozdział IMiasta niewymyślone

Około 1800 roku Bukareszty – używano liczby mnogiejVI – były konstelacją kilkudziesięciu dzielnic, która narastając od średniowiecza, przyjęła kształt zbliżony do koła o promieniu kilku kilometrów. Każda dzielnica stanowiła osobny mikroświat, parafię skupioną wokół cerkwi lub monastyru. Nazywano je mahala (w liczbie mnogiej mahalale), z arabskiego „sąsiedztwo”50. Błądzący wśród tych dzielnic, pozrastanych przypadkowo lub oddzielonych pustkowiami, nie wiedział, czy opuścił już miasto, czy znajduje się jeszcze w jego obrębie.

Tylko „orientalne złudzenie” nadać mogło Bukaresztowi spoistość, zwłaszcza wiosną, gdy skąpany był w świeżej zieleni i zapachu akacji. Latem pokrywał się pyłem, jesienią tonął w błocie. Przybysze z Zachodu odnotowywali brak znanych im oznak miejskości: wyznaczonych granic, zwartej zabudowy, kamiennych bruków, publicznych gmachów. Orientacja w mieście była trudna: cerkwie podobne do siebie, domy niskie i rozproszone, bazary chaotyczne, przecinająca miasto rzeka Dymbowica – wąska i kręta. Wyróżniała się jedynie długa główna ulica, zwana Podul Mogoşoaiei. Słowo podul, oznaczające i drewniany bruk, i most, oddawało wygląd ulicy, która powstała poprzez wyłożenie dębowymi kłodami podmokłego gruntu. Nakazał ją poprowadzić pod koniec XVII wieku hospodarVII Constantin Brâncoveanu jako trasę ze swego miejskiego pałacu do włości w Mogoşoaia. Rozłożyły się wzdłuż niej siedziby bojarów. W 1820 roku rosyjski podróżny uzna „Podumogoszoj”, jak zapisze, za jedyną porządną ulicę tego miasta, obrzeżoną „dużą liczbą dobrych domów”51. Pięćdziesiąt osiem lat później otrzyma ona nazwę Calea Victoriei na cześć zwycięstwa w wojnie z Turcją. Będzie najelegantszą ulicą stolicy Królestwa Rumunii, tworzącą famę „Paryża Bałkanów”.

U progu XIX wieku Rumunii nie było na mapach. Nie mawiano o BałkanachVIII. Nikt tam nie słyszał o „małym Paryżu”. Bukareszt był stolicą zależnego od Turcji księstwa, którego elity mówiły po grecku. Podróżni przeceniali, pod wrażeniem jego rozległości, liczbę mieszkańców miasta. Niektórzy sądzili, że ma ich nawet sto tysięcy. Zostawiali cenny materiał pokoleniom rumuńskich historyków, skłonnym podawać możliwie najwyższe liczby, podkreślające rangę stolicy Wołoszczyzny. Niektórzy do dziś objawiają tę słabość.52 Stutysięczne zaludnienie stawiałoby Bukareszt w rzędzie wielkich miast Europy. Najznaczniejsze (Amsterdam, Wiedeń, Petersburg) miały ponad 200 tysięcy mieszkańców; Lizbona, Berlin czy Madryt ponad 150 tysięcy, Drezno czy Praga dwa razy mniej. Paryż natomiast liczył w 1801 roku niemal 550 tysięcy mieszkańców, połowę zaludnienia Londynu, z niczym nieporównywalnego molocha53. W rzeczywistości Bukareszt skupiał zapewne około czterdziestu tysięcy ludzi, co dawało mu wszakże w kontekście regionalnym pierwszorzędne znaczenieIX. Był największym ośrodkiem na szlaku między Wiedniem a Konstantynopolem. Odgrywał pewną rolę w rywalizacji mocarstw. Należał do najważniejszych ośrodków kultury greckiej.

Wołoszczyzną i sąsiednią Mołdawią rządzili od stulecia fanarioci, hospodarowie wywodzący się z greckich rodzin z Fanaru, dzielnicy Konstantynopola. Rodziny te osiągnęły pod koniec XVII wieku niezwykłą pozycję, odkąd ich przedstawicielom sułtan powierzał funkcję dragomanów, oficjalnych tłumaczy, a w istocie najwyższych dyplomatów Wysokiej Porty. Ułatwiło to fanariotom, od dawna zaangażowanym w sprawy religijne i handlowe prawosławnych księstw naddunajskich, sięgnięcie po tamtejsze trony. Od początku XVIII wieku kupowali oni w Konstantynopolu godność hospodara. Rodziny Mavrocordat, Racoviţă, Ghica, Moruzi, Ipsilanti, Şuţu, Hangerliu obdarzały księstwa władcami bardziej i mniej wybitnymi, a jak chciała późniejsza historiografia rumuńska – bardziej i mniej pazernymi, bo utrzymującymi surowy reżim podatkowy, konieczny dla słania trybutu i darów do Konstantynopola oraz bogacący ich dwory, nadające koloryt Bukaresztowi i Jassom.X

Nowy hospodar składał sułtanowi hołd w Konstantynopolu, przyjmując inwestyturę, symbolizowaną przez płaszcz futrzany i hełm, i ruszał do Bukaresztu, gdzie miała się odbyć ceremonia wzorowana na koronacjach cesarzy bizantyjskich. Gdy odpoczywał w monastyrze Văcăreşti u wjazdu do stolicy, jej władze rzucały więźniów do naprawiania drewnianych nawierzchni ulic. W uroczystym dniu biły dzwony, w stronę cerkwi metropolitalnej sunął orszak urzędników, delegacji cechów i zastępów zbrojnych, na bębnach grała orkiestra turecka, słychać było lokalne flety i trąbki. Po intronizacji przez patriarchę hospodar udawał się do swego pałacu, gdzie w największej sali bojarzy przystępowali doń wedle rangi, całując jego dłoń lub skraj szaty. Schimbarea Domnilor, bucuria nebunilor, powiadano – zmiana władcy raduje tylko szaleńców – ale święto dawało okazję do zabawy w karczmach.54 Powtarzało się zresztą dość często. Panowania hospodarów były krótkie: w ciągu trzech dekad tronowania w Rzeczypospolitej Stanisława Augusta zmieniło się nad Dymbowicą jedenastu władców. Utrudniało to dalekosiężne plany i reformy czy po prostu wprowadzanie w życie hospodarskich nakazów, na przykład oznaczenia granic Bukaresztu za pomocą drewnianych krzyży55. Władcy przenoszeni byli na tron mołdawski, wzywani do Konstantynopola, uciekali przed wojskami, padali ofiarą intryg. W 1800 roku świeża była pamięć o losie hospodara Constantina Hangerliu. Naraziwszy się Porcie, został w lutym roku poprzedniego zabity przez wysłanników sułtana, którzy porzucili jego ciało na dziedzińcu pałacu, unosząc głowę do Konstantynopola. Bizantyjskie ceremonie nie mogły ukryć niepewności losu hospodarów, z którą zachodni komentatorzy (a potem rumuńscy historycy) wiązali ich złe skłonności: zachłanność i bezwzględność, wynikającą z lęku przed intrygami. Jak pisał na początku XIX wieku Edward D. Clarke, niepohamowane apetyty dworu ubożyły kraj i zarazem napełniały zbytkiem stolicę: „[...] łatwo możemy sobie wyobrazić, jak atrakcyjna jest dla Greków i Żydów” 56. Anglik miał, oczywiście, na myśli żywioł handlu, który utożsamiał z tymi społecznościami, mającymi w Bukareszcie wielkie znaczenie.

W sercu miasta znajdował się rozległy târg. Stolica Wołoszczyzny była ważnym ośrodkiem na szlaku z Europy Zachodniej do Turcji, skupiskiem kupców i rzemieślników rozmaitego pochodzenia, Greków i Ormian, Żydów i Niemców. Najzamożniejsi zbudowali sobie kamienne domy wokół książęcej rezydencji, pozostali tworzyli dzielnice jednolite zawodowo i narodowościowo. Elitą miejską byli zaś duchowni i bojarzy, którym przysługiwały (ograniczane stopniowo przez fanariotów) prawa polityczneXI. Wokół ich dworów skupiona była ludność zależna: rzemieślnicy, chłopi sprowadzani dla utrzymania domów i ogrodów oraz Romowie jako zajmujący najniższy szczebel robi, którymi bojarzy handlowali „jak końmi”57. Wianki nieforemnych, drewnianych i lepionych z gliny chat otaczały domy bojarskie, tworząc wyspowe, nieczytelne struktury. Podobne powstawały wokół rozlicznych klasztorów. Nieopisana nędza sąsiaduje z największym luksusem – podobne frazy powtarzały się w relacjach o mieście. U schyłku XVIII wieku do niektórych dworów drewniane akwedukty doprowadzały wodę bieżącą, ale na ulicach utrzymywały się cuchnące bajora, rozchlapywane przez wiedeńskie karety. W 1796 roku hospodar zakazał importu takich karet jako nadmiernego zbytku. Nie mogło to powściągnąć aspiracji. Nim jeszcze synowie bojarscy zdecydowali się zgolić brody, przywdziać spodnie i surduty, zwane „strojem niemieckim”, wpływ Zachodu był w księstwach niewątpliwy. Hospodarowie starali się wprowadzać reformy służące głównie zwiększeniu dochodów, lecz odzwierciedlające elementy zachodnich koncepcji państwa. W prawosławnej Akademii Świętego Sawy, którą kierował poliglota Lambru Fotiade, wykładano język francuski, włoski i łacinę, nieobce kaligrafom, prawnikom i tłumaczom skupionym wokół kancelarii hospodara. W środowisku tym przyswajano sobie w pewnym stopniu myśl oświeceniową. Francuskie idee rewolucyjne rozpowszechniane zaś były nielegalnie w greckich tekstach podburzających do walki przeciw tureckiej dominacji. Otwieranie konsulatów mocarstw i intensyfikowanie się handlu, a także okupacje rosyjskie i austriackie, które – oprócz burd wywoływanych przez pijanych żołnierzy – dawały miastu odwzorowania kartograficzne (pierwsze w 1770 roku), wpisywały stolicę Wołoszczyzny w zachodnioeuropejski obieg dóbr, myśli i narracji58.

Księstwa traktowano jako obrzeże imperium, część „Turcji europejskiej” (co nie oznaczało identyfikacji z „Europą”), obszar prawosławny, teren rywalizacji rosyjsko-tureckiej. Powierzchnia ich życia kojarzyła się z żywiołem greckim. Elity uznawały grecki za język wysokiej kultury, był on także językiem bałkańskiego handlu. Na obszarze władzy otomańskiej utożsamiano zresztą „Greków” z prawosławnymi. Różnice między elementem greckim a bułgarskim, serbskim czy wołoskim nie były czytelne dla przybyszów z „Europy”, co ułatwiało wpisywanie lokalnych pejzaży w ogólne pojęcie „Orientu”. Mieścił się w nim Bukareszt i jego wyściełane wzorzystymi dywanami wnętrza, jego kawiarnie ze służącymi w fezach i szarawarach, z niskimi sofami obitymi czerwonym pluszem, na których siedzieli brodaci mężczyźni palący długie fajki. Jego ulice wyłożone dębowymi kłodami, które tańczyły pod kołami wozów, bryzgając błotem. Jego niskie domy, nietworzące pierzei i nienumerowane. Jego hanyXII, czyli karawanseraje, na które musiał liczyć przyjezdny, jeśli nie miał nadziei na gościnę prywatną. Były to budynki o zamkniętych dziedzińcach (na niektórych wznosiły się cerkiewki), przypominające bardziej warowne klasztory niż europejskie zajazdy i hotele. Komory parteru zapchane były towarem, na dziedzińcu pasły się konie, w ciemnawych izbach na piętrze układali się do snu ormiańscy i greccy kupcy. Lecz w mieście, w którym otwierały się konsulaty mocarstw i mnożyły kontakty z „cywilizacją”, powstanie hoteli było kwestią czasu. Nazwy pierwszych odzwierciedlały obce pochodzenie zarówno idei hotelu, jak i właścicieli tych przybytków. Wspominany w pierwszej ćwierci XIX wieku nazywał się Hôtel d’EuropeXIII.

Około 1800 roku Warszawa była miastem pruskim, siedzibą garnizonu. Rządy sprawował gubernator rezydujący w barokowym pałacu dawnego ministra saskiego Brühla. Władze zajęły inne publiczne gmachy. Pałac Rzeczypospolitej – najwyższa administracja. Kazimierzowski – komenda garnizonu. Wszystkie wyższe stanowiska urzędnicze zajmowali Niemcy. Warszawa uważana była, jak to ujął nadprezydent prowincji, za „siedlisko wszystkich rewolucjonistów i złych ludzi, którzy otrzymują dyrektywy z zagranicy, a przede wszystkim z Francji”59. W mieście znajdowało się ponad sto wartowni wojskowych, a surowy reżim utrzymywany był przy pomocy Geheime Polizei, tajnej policji. Kontrolowano ruch ludności, inwigilowano cudzoziemców. Nie były to działania bezpodstawne. Istniały tajne kluby republikańskie i jakobińskie wysyłające emisariuszy do Paryża, Wiednia i Konstantynopola. Tliły się nadzieje na wybuch powstania przywracającego do życia Polskę w formach wzorowanych na rewolucyjnej Francji, której konstytucję nielegalnie rozprowadzano.

Warszawa w ciągu dziesięciolecia przeżyła rozbudzenie polityczne Sejmu Wielkiego, insurekcję, klęskę państwa i okupację pruską. Była miejscem tyleż aktywnym konspiracyjnie, ile podupadłym. „Miasto, jak niegdyś huczne i ludne, dziś milczące i z rzadkim mieszkańcem” – pisał w 1803 roku Julian Ursyn Niemcewicz. Rosyjski podróżny ocenił je trzy lata później jako nudne i ciemne; w teatrze i ogrodach publicznych napotkał garstkę osób. Podobne wrażenia przekazywał an English Gentleman, piszący o famie „małego Paryża Północy”, błyszczącego miasta magnackiego, które zagasło po klęsce politycznej. Wspomnienie o nim kryło się wśród pustych, popadających w ruinę rezydencji.60

Barokowe pałace ciągnęły się wzdłuż szerokiej, wybitej kamieniem ulicy zwanej Krakowskim Przedmieściem, łączącej się z kilkoma innymi ulicami o zabudowie dość zwartej, w dużej mierze murowanej, ze sklepami i szynkami. Mieściło się tu kilka hoteli: Paryski, Polski, Litewski, Drezdeński. W pobliskim barokowym ogrodzie publicznym, zwanym Saskim, można było od 1801 roku napotkać damy tak zwanego małego dworu Ludwika XVIII. Niefortunny następca tronu Francji przebywał w Warszawie jako hrabia de Lille, goszczony przez księcia Józefa Poniatowskiego. Wraz z nim pojawili się francuscy arystokraci, duchowni i poszukiwacze przygód (w 1803 roku około dwustu przyjezdnych). Upadły „mały dwór” ożywiał elity upadłego „małego Paryża”. Francuzi zatrudniali się w Warszawie jako guwernerzy, osiadali jako rezydenci w bogatych domach. Hrabia de Lille bytował w pewnym odosobnieniu, ale jego otoczenie utrzymywało kontakty, zwłaszcza „pod Blachą”, czyli w pałacu księcia Poniatowskiego. „Nie przestano tutaj najlepszą wersalską francuszczyzną wyklinać występnej Francji rewolucyjnej, życzyć i przepowiadać jej porażek, zwoływać gromów niebieskich na buntownicze, bezbożne plemię paryskie, na wrogów tronu i ołtarza” – napisze Szymon Askenazy. „Blacha” była ośrodkiem aspiracji towarzyskich, które kształtowała przyjaciółka księcia, hrabina de Vauban, wedle Askenazego „prowincjonalna Pompadour albo Maintenon”. Ściągnęła na siebie surową krytykę, podobnie jak cały dwór Poniatowskiego. „Jeszcze Polak po polsku i pisze, i czyta / Bo nie cała Warszawa jest blachą pokryta” – powtarzano wierszyk Osińskiego. Była to aluzja do snobizmu środowiska, które uznawało polszczyznę za język „gminny”. Napięcie między wartościami „narodowymi” a francuszczyzną objawiało się w rywalizacji teatralnej skupiającej uwagę warszawskich elit. Od 1799 roku Wojciech Bogusławski wystawiał przy placu Krasińskich w języku polskim sztuki historyczne i patriotyczne, lecz także interpretacje Szekspira. Rywalizował z teatrem niemieckim (który następnie przejął) i francuskim, powołanym do życia przez „Blachę”. Inaugurowano go w 1800 roku, gdy w pałacu przy Krakowskim Przedmieściu arystokratki amatorki odegrały Le Barbier de Seville. Pięć lat później pojawiła się francuska trupa niejakiego Fourèsa, co podsyciło rywalizację, znaczoną incydentami na widowniach, interwencjami policji i pojedynkami.61 Epizody te warte są wzmianki, podobne napięcia wokół francuskiego teatru wystąpią bowiem w Bukareszcie. Dokładnie sto lat później.

Pomiędzy siedzibami obu warszawskich teatrów znajdowało się ujęte w zmurszałe mury obronne Stare Miasto: ciasne skupisko kamienic (niektóre osiągnęły już w XVII wieku trzy, cztery piętra), obrośniętych chaotycznymi przybudówkami i kramami, lecz wpisanych w planową średniowieczną siatkę ulic wpadających na prostokątny rynek. Na jego środku stał klasycystyczny ratusz mieszczący pruski magistrat. Ze Starym sąsiadowało miasto Nowe, niższe i o większej liczbie budynków drewnianych. Poza tymi zwartymi częściami Warszawa była obrazem żywiołowej ekspansji, jakiej ulegała od XVI wieku dzięki koniunkturze politycznej. Powstał wianek jurydyk: ni to miast, ni dzielnic należących do magnatów, o odrębnych prawach (chełmińskim lub magdeburskim), własnych ratuszach i rynkach, charakterze handlowym lub rolniczym. Niektóre miały plan wewnętrzny, ale nie były ze sobą urbanistycznie powiązane. Łączące je ulice czy drogi wytworzą nieregularną i zaskakującą sieć placów późniejszej Warszawy62. Miasto rozciągało się nad szeroką rzeką, która długo stanowiła handlowy kręgosłup ziem polskich, lecz w wyniku rozbiorów, przecięta granicami, straciła swą rangę. Na przeciwległym jej brzegu wznosiło się drewniane przedmieście – Praga, noszące ślady spustoszenia dokonanego w 1794 roku przez wojska Suworowa. Był to jeszcze jeden znak klęski, jaka spadła na państwo przeżywające w ostatniej chwili próby reform, mające usunąć przyczyny jego słabości.

Niemieccy administratorzy uznawali siebie za pionierów cywilizacji w kraju zacofanym, noszącym piętno „polskiej anarchii”. Wszelako lokalny bałagan zostawiał też pełne nostalgii ślady w zapiskach niemieckich świadków. Pisarz pruski Bugumil Goltz, który urodził się w Warszawie w 1801 roku, zapamiętał z wczesnego dzieciństwa obraz barwnego handlu, ulicznej zabawy i „orientalnego zbytku”, wspominając miasto jako „Babel wszystkich języków”. Były to sformułowania właściwe opisom „miast orientalnych” i trudno rozsądzić, jak wiele zawierało się w nich rzeczywistego wspomnienia małego dziecka. Pisarz starszego pokolenia Julius Eduard Itzig (Hitzig), który spędził kilka lat w Warszawie jako urzędnik, przedstawiał jednak wrażenia podobne. Wspominał o „pozaeuropejskim charakterze” miasta, w którym panował „azjatycki przepych dziwnie stowarzyszony z iście grenlandzkim niechlujstwem”. Zdumienie budzić mieli Żydzi o długich brodach, zakonnicy różnych reguł, przechodnie w kontuszach, z szablami, w żółtych i czerwonych butach, młodzi mężczyźni ubrani po parysku, Turcy, Grecy, Rosjanie, Włosi i Francuzi. Miasto obfitowało w zabawy ludowe, teatrzyki, pokazy tresowanych zwierząt.63