Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 353 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Partyzanci - Jon Lee Anderson

"Partyzanci"  to wgląd w dusze i umysły buntowników skrajnych, bo sięgających po krwawą przemoc. To opowieść o pięciu grupach rebeliantów z odległych, obcych sobie światów, ale kierujących się takim samym etosem. Co ich do tego pcha? Kim są? W co wierzą? W czym przypominają kapłanów, a ich walka religię? Jak z nieszczęsnej historii i bólu buduje się tożsamość? Jak zyskuje się wiarę w siebie dzięki aktom, które prowokują wroga do odwetu? To opowieść o świecie sprzed 11 września 2001, ale pomaga zrozumieć tych, których dzisiaj hurtowo nazywa się terrorystami, mechanizmy, które sprawiają, że człowiek wybiera niechybną śmierć w imię idei, zamiast względnie bezpiecznego życia.

Marcin Meller

Reporterska opowieść o ruchach rebelianckich jednego z najznakomitszych amerykańskich reporterów.

Anderson opisał partyzantów z pięciu części świata: mudżahedinów w Afganistanie, Front Wyzwolenia Narodowego w Salwadorze, Karenów w Birmie, frontu Polisario w Saharze Zachodniej i grupie Palestyńczyków walczącej przeciw Izraelowi w Strefie Gazy. Autor był w każdym z tych miejsc, rozmawiał z członkami ruchów partyzanckich. Analizuje ich mity założycielskie, idee, opisuje sposoby działania, życie codzienne. Powstała znakomicie udokumentowana i porywająco napisana opowieść pełna zaskakujących szczegółów o społecznościach w trudnych czasach.

Anderson jest uznawany za jednego z najlepszych reporterów na świecie, a jego książki rozchodzą się w milionach egzemplarzy. Międzynarodową sławę przyniosła mu biografia  Che Guevary. „Partyzanci” to jego pierwsza książka wydana w Polsce.

Opinie o ebooku Partyzanci - Jon Lee Anderson

Fragment ebooka Partyzanci - Jon Lee Anderson

Dla Eriki, Belli, Rosie i Máxima

z miłością

Kochając, tak jak kocham, życie, poezję i ludzi,

jakże miałbym nie poświęcić kości?

– z wiersza Harolda, partyzanta z Salwadoru[1]

[1] Haroldo – rewolucyjny pseudonim Miguela Huezo Mixco, poety salwadorskiego, który w 1980 roku wstąpił do partyzantki Fuerzas Populares de Liberación. W roku 1988, kiedy Mixco wciąż jeszcze działał w podziemiu, nakładem wydawnictwa Editorial Universitaria w San Salwador ukazały się dwa zbiory jego poezji, El pozo del tirador oraz Tres pájaros de un tiro. Wiersze zacytowane w niniejszej książce i przypisywane Haroldowi pochodzą z tego ostatniego tomu.

Wstęp

We właściwych warunkach partyzanci mogą się pojawić w każdym społeczeństwie. Gdy ludzie czują, że władza nieodwracalnie pozbawia ich praw obywatelskich bądź że są uciskani we własnym kraju, niemal zawsze dochodzi do aktów przemocy. Wiele jest powodów, dla których lud chwyta za broń – od niezgody na nierówności ekonomiczne i społeczne po systemowe formy dyskryminacji kulturowej, rasowej i politycznej.

Większość narodów świata, mając wpojone wyraźne poczucie odrębności plemiennej, kulturowej lub narodowej, skwapliwie ulega głęboko ludzkiemu odruchowi, by stawić opór intruzom z zewnątrz; prawie nic nie roznieca ducha buntu w takim stopniu jak zbrojny najazd obcego mocarstwa na ojczyznę.

Wojna partyzancka w Iraku wybuchła kilka tygodni po zajęciu Bagdadu przez wojska amerykańskie w kwietniu 2003 roku. Pierwsze strzały padły, zanim jeszcze prezydent George W. Bush pierwszego maja owego roku ogłosił „koniec działań wojennych”.

Zapewne nie dało się tego uniknąć. Nawet gdyby okupacja Iraku pod wodzą Amerykanów i Brytyjczyków została dobrze przygotowana, ogół mieszkańców kraju nie przyjąłby jej z radością. Deklaracje koalicji już przed wojną traktowano z niedowierzaniem, a wielu Irakijczyków dało wiarę nieustannym ostrzeżeniom Saddama Husajna, jakoby Zachód pragnął zniszczyć cywilizację Iraku i ukraść mu ropę naftową. Irakijski ruch oporu jest między innymi owocem tego powszechnego sceptycyzmu.

Uzbrojeni po zęby młodzi Amerykanie, nieznający ani słowa po arabsku, z dnia na dzień awansowali na nowych nadzorców Iraku, patrolowali ulice, obsadzali posterunki. Okazałe pałace Saddama w Bagdadzie i innych miastach zamieniono w ufortyfikowane bazy. Grabieże i podpalenia budynków publicznych, wyrozumiale traktowane przez wyzwolicieli, wzbudziły gniew i oburzenie wielu Irakijczyków – również nieprzejednanych wrogów dyktatora. Fakt, że Amerykanie zapewnili ochronę Ministerstwu Ropy Naftowej, ale już nie Muzeum Narodowemu w Bagdadzie, powszechnie rzucał się w oczy, utwierdzając wiele osób w przekonaniu, że są świadkami nikczemnego planu zniszczenia kulturalnego dziedzictwa kraju. A gdy w końcu Paul Bremer III, nowo mianowany namiestnik prezydenta Busha w Iraku, nakazał rozwiązanie irackich sił zbrojnych i zdelegalizował partię Baas, kilka milionów Irakijczyków i ich bliskich ostatecznie utraciło nadzieję na zajęcie miejsca w zachwalanym „nowym Iraku” przyszłości.

Do kraju szeroką falą napłynął strumień irakijskich i zagranicznych „przedsiębiorców”, którzy objęli intratne posady we władzach okupacyjnych – a także wspaniałe wille, opuszczone przez Saddamową nomenklaturę. Ale życie zwykłych Irakijczyków nie zmieniło się na lepsze. Linii elektrycznych Bagdadu, uszkodzonych w czasie wojny, nie naprawiano przez całe długie, gorące lato 2003 roku, toteż duża część miasta przez wiele miesięcy pozostawała bez prądu. Natomiast irakijski przemysł naftowy uruchomiono natychmiast – to posunięcie, o niewątpliwym znaczeniu gospodarczym, potwierdziło wszakże przypuszczenia wielu Irakijczyków, że prawdziwym celem okupacji był hurtowy gwałt na ich narodzie, dokonany przez obcych spekulantów.

Koalicja nie zrobiła wiele, by rozproszyć te podejrzenia, nie umiała się też skutecznie uporać z rosnącym poczuciem wyobcowania mniejszości irackich sunnitów, którzy za reżimu Saddama piastowali władzę, a teraz znaleźli się za burtą. Pierwszy atak partyzancki na siły amerykańskie nastąpił w Faludży, sunnickim mieście położonym na zachód od Bagdadu. Pod koniec roku powstanie sunnitów rozlało się na cały kraj i wojska amerykańskie musiały podjąć walkę w centralnych i północnych dzielnicach Iraku. Każdy dzień przynosił nowe ofiary.

W grudniu 2003 roku, osiem miesięcy po upadku Saddama Husajna, spotkałem się z grupką sunnickich bojowników w domu na zachodnich obrzeżach Bagdadu. Było to możliwe dzięki pośrednictwu irackiego biznesmena oraz jego przyjaciela, bezrobotnego inżyniera; obaj bardzo krytycznie odnosili się do Amerykanów i zaproponowali, że zapoznają mnie z „ruchem oporu”. Spotkanie odbywało się w domu inżyniera. Kiedy przyszedłem, zaprosił mnie gestem do pokoju, który następnie opuścił, aby po chwili wrócić w towarzystwie trzech mężczyzn. Ci skinęli mi głowami, ich twarze jednak pozostały nieruchome.

Podszedłem, by się przywitać. Dwaj z przybyłych z uśmiechem podali mi rękę, patrząc prosto w oczy; trzeci, krępy, dobiegający czterdziestki osobnik o wyglądzie bandziora, gapił się na mnie nieufnie. Robił wrażenie zdenerwowanego i zaraz zajął miejsce przy drzwiach. Drugi mężczyzna, na oko trochę po pięćdziesiątce, o srebrzystych włosach i wąsach, ubrany był w sukienną kurtkę narzuconą na szarą diszdaszę. Ostatni znacznie różnił się od reszty. Był to wysoki, jasnowłosy trzydziestolatek w dopasowanej błękitnej koszuli z perłowymi guziczkami oraz zamszowych, wyraźnie kosztownych mokasynach; przesuwał między palcami niebieskie paciorki różańca.

Ustaliliśmy zasady spotkania. Rozmówcy, na użytek moich notatek, wymyślili dla siebie fikcyjne imiona. Siwowłosy pan w diszdaszy poprosił, bym nazywał go Abu Ahmed; krępy „bandzior” wybrał imię Abu Barwan; wysoki elegancki blondyn został Abu Abdullahem.

– Po co wam ruch oporu? – zapytałem Abu Ahmeda.

– Amerykanie wtargnęli tu siłą jako okupanci, więc jak sądzisz? Mówią, że niosą nam demokrację, ale jak dotąd nie ujrzeliśmy nic z tego, co nam obiecali.

Blondyn, Abu Abdullah, wpadł mu w słowo. Irakijczycy walczą z Amerykanami, powiedział, bo nie wierzą, że zamiary tych ostatnich w Iraku są takie, jakie deklarują oficjalnie. Pochylił się ku mnie i obcesowo oświadczył: – Tobie też nie wierzę, przyjacielu. Wyobraź to sobie; ktoś z Europy lub Meksyku przybywa do twojego kraju z bronią w ręku, a ty mu uwierzysz? – Pokręciłem głową, mam nadzieję przyjaźnie, chociaż niespodziewany obrót, jaki przybrała rozmowa, zaczął mnie trochę niepokoić. Po chwili jednak blondyn dodał: – To nie znaczy, że coś ci zrobię. Wszystko mi jedno, czy jesteś ze Scotland Yardu, czy z CIA. Chciałbym, żeby ta informacja dotarła do waszych krajów: zabijanie Amerykanów to w Iraku rzecz normalna. Nikt ich tutaj nie chce – ciągnął – więc nie byłoby normalne, gdyby ich nie zabijano.

Zapytałem siwowłosego Abu Ahmeda, czy opowiada się po stronie Saddama (nasze spotkanie miało miejsce kilka tygodni przed schwytaniem Saddama w jego norze w Tikricie).

– Nie – odparł. – Nie jestem członkiem Baas. Przed wojną należałem do jego przeciwników, ale po tym, czego doznałem od Amerykanów, mógłbym się sprzymierzyć nawet z Saddamem Husajnem.

Następnie zapytałem, co moi rozmówcy sądzą o planach Amerykanów, by przekazać rządy Irakijczykom. Jeśli dojdzie do wolnych wyborów, zauważyłem, całkiem możliwe, że nowy rząd uformują szyici, stanowiący w Iraku większość. Co oni o tym myślą? Czy powstanie się zakończy?

Abu Ahmed zakwestionował opinię, jakoby w Iraku było więcej szyitów niż sunnitów, lecz do samego pomysłu politycznego kompromisu odniósł się życzliwie. – Jeśli będą wybory i ludzie wybiorą jakiegoś szyitę, to się z tym pogodzę i opór ustanie.

Na te słowa Abu Barwan, „bandzior”, który dotąd prawie się nie odzywał, mlasnął językiem i z dezaprobatą pokręcił głową. 

– Nie – oświadczył. – To nie będzie dobrze, jeśli szyici wygrają. Jestem przekonany, że ruch oporu będzie walczył i z nowym szyickim rządem, i z Amerykanami.

Abu Abdullah zgodził się z Abu Barwanem.

– Wydaje mi się, że jeśli Amerykanie sądzą, że to rozwiąże problemy Iraku, to chyba całkiem się pogubili. Gdyby oddali władzę szyitom, sądząc, że jest ich więcej niż sunnitów, to będzie nie w porządku wobec sunnitów. Opór będzie trwał, będziemy dalej walczyć z szyitami i Stanami Zjednoczonymi; odrzucamy i jednych, i drugich, ani jednym, ani drugim nie ufamy.

– W takim razie jakie jest rozwiązanie? – zapytałem.

– Moim zdaniem rozwiązanie jest takie – odparł Abu Abdullah – że Amerykanie powinni odejść, ale przedtem, dla poprawy wizerunku, muszą dać ludowi Iraku prawdziwą władzę. Sądzę jednak, że republikanie w USA to nie są ludzie pokoju, to są ludzie wojny, więc nie wiadomo, czy to zrobią... Słyszałem, że demokracja na Zachodzie to coś dobrego, że naprawia gospodarkę i inne rzeczy. Tak słyszałem, ale nie wiem, czy to prawda. Wszystko mi jedno, jaki rząd będzie w Iraku, byleby był skuteczny. Ale panuje kompletny zamęt, Ameryka sama nie wie, co w ogóle tu robi ani po co tu jest. Tak sądzę, przyjacielu.

I po chwili dodał:

– Amerykanie przegrywają tę wojnę. I powiem ci, że niedługo ich straty będą jeszcze większe. Prędzej czy później muszą przegrać.

Przepowiednia Abu Abdullaha okazała się trafna. W kwietniu 2004 roku Amerykanie mieli do czynienia nie tylko z powstaniem sunnitów, lecz również z rewoltą szyitów; tylko w tym jednym miesiącu zginęło ponad stu amerykańskich żołnierzy. Miesiąc później pozycja USA w Iraku doznała dalszego uszczerbku – świat się dowiedział, jak traktowano irackich jeńców w więzieniu Abu Ghraib. Nasilały się akty przemocy, liczba zabitych rosła, toteż w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii zaczęto coraz częściej mówić o „strategii wyprowadzenia” wojsk z Iraku. Wtedy już pragnęła tego większość Irakijczyków.

Kiedy z myślą o tej książce zacząłem studiować świat powstańców, przede wszystkim chciałem zrozumieć, co sprawia, że zwykli ludzie chwytają za broń – że świadomie podejmują decyzję, by zabijać i umierać w imię ideału, który, przynajmniej na początku, istnieje tylko w ich myślach. Ten pierwszy krok – tak mi się wydawało – miał znaczenie kluczowe, wiązał się bowiem z przekroczeniem niewidzialnej granicy do krainy, w której bardziej można być pewnym śmierci niż życia. Świadomość przedsięwzięcia – oto co moim zdaniem odróżniało partyzanta od całej reszty świata. Zgodnie ze słynnymi słowami Che Guevary, który głosił chwałę uzbrojonych rewolucjonistów jako „najwyższej postaci rodzaju ludzkiego”, partyzanci istotnie wydawali mi się odrębnym gatunkiem ludzi.

Miałem dziesięć lat, gdy w 1967 roku zobaczyłem na pierwszych stronach gazet ziarnistą fotografię pośmiertną Che Guevary. Obecnie ten wizerunek to już klasyka: wychudły, zarośnięty Che leży na pryczy; jego ciało podziurawione jest kulami; otaczają go zabójcy w mundurach. Nigdy dotąd nie słyszałem o Che ani o jego planach, by wyzwolić obie Ameryki na drodze wojny partyzanckiej. Jego śmierć po raz pierwszy uświadomiła mi, że w ogóle istnieją tacy ludzie, lecz obraz buntownika, partyzanta, fascynuje mnie do dziś.

W książce opowiadam o pięciu grupach partyzanckich – mudżahedinach w Afganistanie, Karenach w Birmie, Polisario na Saharze Zachodniej, FLMN w Salwadorze oraz garstce palestyńskich chłopców na terytorium Gazy – ale również o sposobie życia, który, choć obcy większości z nas, ma jednak aspekty uniwersalne dla ludzkiej egzystencji. Choć grupy partyzanckie to zasadniczo organizacje polityczne, nie one mnie interesowały, lecz ludzie, którzy do nich należeli. Nie skupiałem się na poszczególnych regionach, starałem się raczej widzieć ruch partyzancki jako zjawisko globalne. Patrzyłem na partyzantów jak na każdą inną grupę ludzi, biorąc pod uwagę sprawy bliskie nam wszystkim – takie jak rodzina, religia, gospodarka, społeczeństwo, prawo i ład społeczny, mitologia – oraz rolę, jaką sprawy te odgrywają w ich życiu codziennym. Badałem podobieństwa i różnice między członkami tych ugrupowań, przede wszystkim jednak usiłowałem przeniknąć do skarbnicy opowieści, tak drogich wszystkim partyzantom. Tak czy inaczej mam nadzieję, że udało mi się stworzyć portret partyzanta – pokazać, jak to jest być bojownikiem we współczesnym świecie.

Partyzanci są dzisiaj wszędzie, gazety i telewizja pełne są opisów ich brutalnych akcji i wykrzyczanych żądań. Przemoc, dziwnie brzmiące skróty, niezwykłe imiona stały się czymś codziennym, ale pobudki walczących są często niejasne. W każdej sekundzie toczy się na świecie kilkadziesiąt wojen partyzanckich. Nierzadko są to wieloletnie konflikty etniczne lub terytorialne – ogniska zapalne, podsycane przez doradców i dostawców broni z ościennych mocarstw, bądź pozostałości z okresu, gdy stanowiły zastępcze pola krwawych bitew zimnej wojny. Niekiedy partyzantom udaje się okopać do tego stopnia, że na swoich włościach pełnią rolę faktycznych rządów.

W tym „innym świecie” używanie broni nie jest anomalią, lecz racją bytu; dzieci rodzą się, wychowują i kształcą w wojennym zamęcie. Partyzanci, żyjący w stanie wiecznego sprzeciwu wobec swych niedoszłych zwycięzców, stosują własne prawa, głoszą własne mity i opowieści – tworzą własną historię. Lecz jakkolwiek rozumiemy ich politykę, oni sami dla większości nas pozostają niedostępną zagadką. To obcy, widywani tylko na fotografiach, groźnie upozowani z bronią w ręku, o twarzach zastygłych w zaciętym uporze bądź zasłoniętych chustą.

Pomysł tej książki przyszedł mi do głowy, gdy jako młody dziennikarz relacjonowałem konflikt rozgrywający się w Ameryce Środkowej. Styczeń 1986 roku był dla mnie przełomowy: właśnie powitałem nowy rok wśród bojowników FMLN w Morazanie. Ta prowincja Salwadoru, odległa od stolicy, gdzie mieszkałem, zaledwie o trzy godziny jazdy samochodem, stanowiła odrębny świat. Całymi dniami trząsłem się w dżipie po skalistych bawolich traktach, mając za towarzyszy partyzantów, uzbrojonych w długie automaty, które na każdym wyboju i wyrwie stukały o gorące blachy pojazdu. Odniosłem wtedy wrażenie, że gdziekolwiek się znajdujemy, wspominają wydarzenia, które miały miejsce w okolicy – wydarzenia, których pamięć żyła w ich sercach i pchała ich do dalszego działania. Zacząłem się zastanawiać, jakie jeszcze nieznane historie i fakty znają ci ludzie, i uświadomiłem sobie, że w Morazanie dane mi było ujrzeć coś niezwykłego – zbuntowaną społeczność, żyjącą poza prawem obowiązującym w reszcie kraju. Wystarczyło zakręcić globusem, by zobaczyć światowy zasięg tego zjawiska – wielkie obszary, nienależące już do rządów, którym rzekomo podlegały, lecz do wyjętych spod prawa ludzi, którzy naprawdę tam rządzili.

Na użytek tej książki chciałem dowiedzieć się o partyzantach jak najwięcej i zrozumiałem, że w tym celu będę musiał odwiedzić ogarnięte wojną miejsca w różnych częściach globu. Niepodobna jednak objechać całej kuli ziemskiej, ograniczyłem się zatem do kilku grup, które w miarę prawdziwie reprezentują współczesną partyzantkę. Zaznaczam, że nie chodziło mi o to, by partyzanci, których wybrałem, przemawiali w imieniu wszystkich obecnie żyjących bojowników.

Postanowiłem najpierw pojechać do Afganistanu, gdzie zaprosiło mnie pewne ugrupowanie mudżahedinów. Co więcej, wojska radzieckie jeszcze nie zdążyły się stamtąd wycofać – być może była to ostatnia szansa, by zobaczyć partyzantów walczących z najeźdźcą z zewnątrz – udałem się zatem do Kandaharu na pustynnym afgańskim południu. Następnie, wraz z bojownikami Frontu Polisario, zwiedziłem sporne tereny Sahary Zachodniej; wyjazd ten należał do „najgładszych” i najlepiej przygotowanych. Za pośrednictwem ambasady Algierii w Londynie otrzymałem wizę, ale dopiero wtedy, gdy ludzie z Polisario za mnie poświadczyli, w Algierii zaś przedstawiciel Frontu czekał na mnie przy odprawie celnej; taka otwarta współpraca armii partyzanckiej z administracją innego państwa należy do rzadkości. Jeszcze raz wróciłem do Afganistanu, by zobaczyć bezskuteczne oblężenie Dżalalabadu przez mudżahedinów, po czym przez kilka miesięcy mieszkałem w granicznym pakistańskim mieście Peszawar, skąd wielokrotnie przekraczałem granicę afgańską.

Trzecim celem mojej wędrówki była Birma. Pojechałem tam wyposażony w list od birmańskiego polityka na uchodźstwie, związanego z partyzantką Karenów na granicy birmańsko-tajlandzkiej, który gwarantował mi życzliwe przyjęcie. Przebywałem tam trzy miesiące i wielokrotnie odwiedzałem bazy Karenów.

Celem następnej podróży był Salwador, który znałem dość dobrze; miałem tam przyjaciół, dzięki którym przedostałem się w góry Chalatenango, do „strefy wyzwolonej” przez partyzantów FMLN. Kraj ten był dla mnie bardzo ważny, gdyż to, co widziałem tam za poprzednim pobytem, stało się inspiracją niniejszej książki.

Ostatnią wyprawę odbyłem do okupowanej przez Izrael Strefy Gazy, do obozu uchodźców al-Burajdż, gdzie kiedyś zaprzyjaźniłem się z kilkoma bojownikami shabbab, walczącymi w intifadzie. Zdziwienie może budzić fakt, że uwzględniłem shabbab w książce o partyzantach; jednak, według mojej definicji, partyzantem jest każda osoba, kobieta lub mężczyzna, która ryzykuje życie, by zmienić stan rzeczy wszelkimi środkami, jakie ma do dyspozycji. Shabbab spełniają ten warunek z nawiązką.

Książkę tę napisałem w czasie teraźniejszym, by dać czytelnikom poczucie naocznego, bezpośredniego kontaktu ze światem buntowników. Odwiedzane miejsca i napotkanych ludzi przedstawiłem tak, jak ich postrzegałem podczas trzech lat podróży od grudnia 1988 do stycznia 1992 roku.

Wojny, tak jak wszystko, z czasem się zmieniają, zatem i sytuacje opisane w tej książce uległy zmianie. Jednak nie jest to książka o szczegółach walk, jakie dane mi było oglądać; to książka o partyzantach, jakich można znaleźć w dowolnym czasie i miejscu. Mam nadzieję, że zdołałem ukazać ludzki wymiar ich historii – albowiem ich historia z łatwością mogłaby stać się naszą własną.

1. Mit stworzenia

W zamierzchłych czasach niezbadane obszary oznaczano na mapach białymi plamami, którym kartografowie nadawali nazwę TERRA INCOGNITA. Często były to tereny zamieszkane, lecz jeszcze niespenetrowane przez kolonialne, mapotwórcze mocarstwa – oficjalnie więc pozostawały „ziemią nieznaną”.

W miarę eksploracji i podboju tych ziem przez rozwijające się kraje europejskie białe plamy stopniowo wypełniały się treścią, a pradawne podziały na królestwa i terytoria plemienne zacierały się, zastępowane przez granice nowych kolonii.

Mapy zawsze stanowiły odbicie ambicji zwycięzców i czasy obecne nie są tutaj wyjątkiem. Współczesne atlasy polityczne jak na razie nie uwzględniają obszarów zajętych przez partyzantów, którzy walczą o realizację własnej wizji życia. Granice tych terenów, jeśli w ogóle bywają nakreślone, istnieją tylko na wojskowych planach, używanych przez bojowników albo ich nieprzyjaciół. Widoczne na tych planach ulotne linie pozostają nieoficjalne, często tajne, a z całą pewnością niedokładne. A przecież dają one prawdziwszy obraz rzeczywistości niż wszystkie oficjalne mapy przedstawiające krainy, prowincje i granice rozmaitych państw narodowych.

Na całym świecie istnieją krajobrazy wewnętrzne, które dostrzegają wyłącznie partyzanci i ich zwolennicy. Z ich punktu widzenia nieskończenie wiele dramatycznych i pamiętnych zdarzeń – okropnych i wspaniałych – miało miejsce w chaszczach i zagajnikach, które nazywają swoim domem. Tak wiele wydarzyło się w zarośniętych zielskiem osadach, gdzie niegdyś kwitło życie ludzkie. Tutaj doszło do bitwy... tam zginął bohater... a tam zrobiliśmy zasadzkę na kolumnę wojsk nieprzyjaciela... i zestrzeliliśmy śmigłowiec. Miejsca masakry czekają w godnym odosobnieniu, ciszę zaś zakłóca tylko jazgot cykad lub szelest ptaków w gałęziach drzew. Na rumowiska, gdzie niegdyś stały domy, a świątynia przyzywała wiernych na modlitwy, wtargnęły już bujne pnącza i zielone drzewa; pod nimi, niewidzialni, leżą umarli.

Panuje tutaj dziwny, niepokojący nastrój poświęconej ziemi; nawet partyzanci chodzą tu chyłkiem i mówią szeptem. Miejsca te są dla nich straszliwym świadectwem, kim jest wróg, ale także przypomnieniem, jaką cenę niewinni ludzie zapłacili za ich – partyzantów – obecność.

Bogowie i duchy walki, bohaterowie i zbrodniarze, momenty odwagi i klęski – wszystkie transcendentalne chwile, które składają się na historię wojny – są niewidoczne dla ludzi z zewnątrz, istnieją jednak w sercach i umysłach partyzantów i ich zwolenników.

Pewnego dnia, gdy już przejmą władzę, przyjdzie czas na pamiątkowe tablice i pomniki ku czci tego panteonu zjaw; w miejscach kaźni powstaną monumenty, gdzie będzie można składać wieńce i wyobrażać sobie przebieg wydarzeń. Ale na razie żywa historia wciąż rodzi się we krwi i upamiętnić ją może tylko przekaz ustny, powtarzany po wielekroć młodszym pokoleniom. Ten folklor, ten wewnętrzny, wojenny krajobraz będzie istniał, dopóki żyją partyzanci, którzy pamiętają i opowiadają, co się stało – dopóki ich opowieść nie przerodzi się w mit.

Wszystkie partyzantki mają swój mit stworzenia. Ludzie, by uzasadnić zabijanie innych ludzi, mitologizują źródła konfliktu, a w miarę trwania wojen również relacje z wydarzeń bieżących. Powstająca w ten sposób tradycja zaspokaja potrzebę partyzantów, by unieśmiertelnić swoje działania, zagwarantować, że opowiedziana zostanie ich wersja historii. Albowiem jednego boją się najbardziej – że żyjąc w ukryciu, na zawsze pozostaną niewidzialni dla świata leżącego poza granicą pól bitewnych, na których walczą i giną. Niczym ludzie patrzący w wodę, by ujrzeć swe odbicia, tak również partyzanci pragną ujrzeć siebie, by się upewnić, że zajmują swoje miejsce w czasie.

Głęboko w bezkresie Sahary ukryta grupa partyzantów kultywuje jeden z najbardziej niezwykłych mitów stworzenia: jałowe pustkowie to ni mniej, ni więcej, tylko niepodległe państwo, oni zaś – to jego rząd i obywatele.

Mur wije się i kluczy po grzbietach pasma wydm osiemset metrów dalej. Jest południe. Przez chmury pyłu, wzbijane gorącymi podmuchami sirocco, z ziemianki snajpera widać jedynie nierówną białą kreskę na tle burych wzgórz. Mur w upale drga i połyskuje – prawie jak miraż, podobny owym srebrnym jeziorom, które wabią, by zniknąć, gdy się do nich zbliżamy.

Ta kreska to linia frontu w wojnie o Saharę Zachodnią, dawną hiszpańską kolonię na północno-zachodnim garbie Afryki. Od niemal dwudziestu lat etniczna ludność Saharawi prowadzi partyzancką walkę z siłami okupacyjnymi króla Maroka Hassana II. To właśnie on wybudował liczący ponad dwa i pół tysiąca kilometrów mur umocnień otaczający dwie trzecie terytorium Sahary Zachodniej. Mur, który bezlitośnie tnąc pustynne tereny, stał się zarzewiem jednego z najdziwniejszych konfliktów na świecie.

Podobnie jak mur, wojna również majaczy na horyzoncie, tuż poza zasięgiem, nieuchwytna jak tornado i być może tak właśnie ma być, zważywszy na to, że jesteśmy na pustyni, pozbawionej punktów orientacyjnych i wyraźniejszych oznak ludzkiego życia. Tutaj żółcieją spłowiałe mury hiszpańskiej twierdzy kolonialnej; tam tkwią w bezruchu zszyte z koców namioty koczowników; poza tym nie ma nic więcej, tylko piasek i niebo. Nie ma drzew z wyjątkiem kolczastych krzewów ejdari, których kora nadaje się do garbowania kozich skór, oraz atil, których koczownicy używają do czyszczenia zębów. I nie ma dróg, tylko koleiny, wyżłobione przez dżipy partyzantów, a nawet i one są tymczasowe; wiatr się zrywa i koleiny znikają jak wydmy, wędrujące zależnie od pór roku.

Czasem wiatr ustaje i na pustyni robi się duszno i wściekle gorąco. Kiedy indziej mocno wieje i krajobraz się zmienia. Zimą, gdy wilgotna mgła znad Atlantyku spowija ląd i okrywa go zielenią, a stada kóz i wielbłądów wychodzą na wypas, tworzą się deszczowe jeziora. To nie miraże, lecz prawdziwe stawy, nagle powstałe w zagłębieniach piasku i zawierające słodką deszczówkę, którą można napełnić bukłaki. Ale sirocco wysusza te stawy w kilka godzin i tam, gdzie tańczyła i błyskała woda, znów jest tylko gorąca pustynia. Wówczas wracają miraże jezior, migoczące w oddali niczym rtęć.

Pod koniec 1975 roku hiszpański dyktator Francisco Franco, wówczas już półprzytomny na łożu śmierci, podpisał umowę, na mocy której bogata w fosfaty Sahara Zachodnia została przekazana królestwu Maroka i Mauretanii, co pogrzebało nadzieje rdzennych Saharawich na niepodległe państwo. Korzystając z odejścia Hiszpanów, król Maroka Hassan II w ramach demonstracji siły nakazał 350 tysiącom swych poddanych wkroczyć do Sahary Zachodniej, nadając tej potężnej operacji public relations dźwięczną nazwę Zielony Marsz. Zielony Marsz przedstawiony był jako spontaniczny odruch marokańskiego ludu, pragnącego odzyskać utraconą część „wielkiej marokańskiej ojczyzny”, w gruncie rzeczy jednak stanowił przykrywkę dla faktycznej aneksji całego terytorium przez oddziały marokańskiego wojska, które zajęły kluczowe miasta, miażdżąc miejscową opozycję.

Nacierające oddziały Hassana starły się z grupami partyzantów należących do raczkującego wówczas saharyjskiego ruchu niepodległościowego, Frente Popular para la Liberación de Saguí a el-Hamra y Río de Oro, znanego jako Front Polisario. Front, utworzony w 1973 roku, by pozbyć się hiszpańskiej władzy kolonialnej, dotąd działał na terenie Sahary Zachodniej potajemnie, szkoląc kadry w sąsiedniej Algierii. Jego wpływ na ludność Saharawi, wówczas około stutysięczną i składającą się głównie z wędrownych plemion oraz osiadłych kupców, zamieszkujących nieliczne spieczone słońcem miasta, był dotychczas niewielki. Teraz jednak partyzanci Polisario powstali, aby odeprzeć ekspansjonistyczne zapędy Maroka, i nawet opanowali kilka osad, tworząc własne punkty oporu.

Ale na nic się to nie zdało. Po kilkumiesięcznych walkach, mimo dzielnej obrony, Front Polisario musiał odtrąbić odwrót. Ciężko bombardowani z powietrza, pod zmasowanym atakiem wojsk lądowych Maroka i Mauretanii, partyzanci wycofali się do bezpiecznych baz za granicą Algierii, pociągając za sobą znaczną liczbę saharyjskich cywilów.

Saharyjczyk Mulaj był piętnastoletnim chłopcem, gdy jego ambitny ojciec dodał mu dwa lata i kazał wstąpić do policji kolonialnej. Był to jeden z niewielu zawodów dostępnych dla Saharawich, które dawały pewność zatrudnienia i stałej pracy. Ale służba Mulaja w policji trwała zaledwie trzy lata, gdyż wkrótce Hiszpanie ogłosili zamiar opuszczenia kolonii. W chwili ich odejścia Mulaj był już nacjonalistą, tajnym członkiem podziemia Polisario.

– Na patrolu rozdawałem ulotki Polisario – chichocze Mulaj, obecnie przysadzisty trzydziestotrzyletni mężczyzna ze złamanym nosem pięściarza i kędzierzawą jasną czupryną. – Kiedy Hiszpanie wyjechali, wynająłem samochód, żeby dołączyć do partyzantów w obozie na pustyni.

Do końca lat siedemdziesiątych bojownicy Frontu Polisario, tacy jak Mulaj, kontynuowali walkę z terenu Algierii. Aby odzyskać utraconą ojczyznę, dokonywali wypadów daleko w głąb Sahary Zachodniej, a nawet do Maroka i Mauretanii. W 1979 roku zubożała Mauretania, nie mogąc dłużej znieść uderzeń Polisario i dźwigać swej części wydatków wojennych, zrzekła się roszczeń do Sahary Zachodniej i podpisała z Frontem zawieszenie broni. Jednak w powstałą próżnię natychmiast wtargnęło Maroko, które przy wydatnej pomocy finansowej Zachodu od tamtej pory ładuje w wojnę ogromne środki.

Marokański monarcha nie próżnuje, szukając sposobów, by okiełznać Front Polisario. Po latach pirackich napaści oraz po kilku widowiskowych, żenujących klęskach, jakie jego oddziały poniosły z rąk partyzantów, król Hassan w końcu uciekł się do najstarszej i najprymitywniejszej strategii wojennej: postawił mur. W końcu co jeszcze można zrobić z uciążliwym sąsiadem?

Mur Hassana. Na swój sposób ma on dla historii podobne znaczenie jak Wielki Mur Chiński czy Mur Hadriana w Wielkiej Brytanii; jest to fortyfikacja obronna długości ponad dwa i pół tysiąca kilometrów, zbudowana i utrzymywana ogromnym kosztem, okrążająca większą część Sahary Zachodniej, by odciąć do niej dostęp Frontowi Polisario. Ten wał z ubitego kamienia i piasku jest wręcz najeżony nowoczesnymi akcesoriami sztuki wojennej, Hassan bowiem kupuje wszystkie nowinki: miny, artylerię, radary i czujniki elektroniczne, które zainstalowane są na całej długości muru. Na okrągło strzeże go co najmniej 160 tysięcy żołnierzy, którzy niczym średniowieczni strażnicy na zamkowych blankach nieustannie lustrują pustkowie przed sobą, wypatrując wrogów królestwa.

Rzadko komu udaje się sprowadzić nieprzyjaciela do tak idiotycznie bezsilnej pozycji. Jednym prostym ruchem Hassan nie tylko zamknął Front Polisario na pustyni, lecz również odciął go od wszystkich tych części Sahary Zachodniej, które w ogóle warto posiadać: od wybrzeża Atlantyku i jego portów rybackich, od zamieszkanych osad oraz od kopalni fosfatów, które stanowią główne źródło dochodu Saharyjczyków.

Za murem pozostał tylko jałowy pas piachu i skał, ciągnący się do nieoznakowanej granicy z Algierią i Mauretanią, z którego Hassan jak na razie zrezygnował. Buńczuczne przechwałki Polisario, jakoby były to „terytoria wyzwolone”, brzmią w tym kontekście dość groteskowo. Ubrane w turbany postacie w land-roverach szarżują na opustoszałe piargi niczym Don Kichoci XX wieku, aby nawiązać walkę z nieprzyjacielem. Ale nieprzyjaciel jest nieożywiony i niewzruszony – to przecież mur. Czasem bojownikom udaje się dokonać wyłomu i zetrzeć się w krwawym boju z marokańskim wojskiem, zadając mu ciężkie straty; lecz zwycięstwa te są bez znaczenia w wojnie, która na dobrą sprawę dawno już została przegrana.

Lecz partyzanci wciąż walczą, twierdząc, że prowadzą wojnę na wyniszczenie. Swoje nadzieje pokładają w przeświadczeniu, że król Hassan nie zdoła w nieskończoność ponosić olbrzymich kosztów obrony muru i w końcu zacznie negocjować z Frontem lub wręcz się wycofa. Wedle innego optymistycznego scenariusza Hassan zostanie obalony przez „rewoltę marokańskiego ludu”. Cokolwiek się zdarzy, powiadają partyzanci, ich dzień nastanie, a wówczas będą gotowi, by przekroczyć mur i objąć prawowite rządy nad Saharą Zachodnią.

Od czasu, gdy Mulaj oraz dziesiątki tysięcy innych Saharawich zamieszkali w obozach Polisario w Algierii, liczba uchodźców wzrosła do 170 tysięcy. Nie są to wszakże zwyczajni uchodźcy – nie, to ludzie, którzy wierzą w marzenie, rozbudzone przez Front Polisario, marzenie pielęgnowane w izolacji wygnania na pustyni. To marzenie, by ujrzeć, jak ojczyzna naprawdę staje się tym, czym już ją ogłosili, Saharyjską Arabską Republiką Demokratyczną, ich własnym niepodległym państwem. Na ten dzień przygotowali już wszystko: flagę państwową, hymn narodowy, premiera, radę ministrów, a co najważniejsze, obywateli – siebie samych, lud Saharawi.

Saharawi, których w epoce kolonialnej nazywano Maurami, to zlepek kilku plemion berberyjskich, posługujących się językiem hassanija[2]. Wielu z nich wyraźnie pochodzi od czarnych Afrykanów, co w rezultacie daje atrakcyjne połączenie cech negroidalnych i semickich. Mają złotobrązową lub miedzianą skórę oraz ciemne włosy i oczy, bywają wysocy i gibcy. Nieliczni, całkowicie czarni, to byli niewolnicy, wyzwoleni w następstwie proklamacji Frontu Polisario w 1973 roku. Dzisiaj eksniewolnicy i ich właściciele żyją obok siebie jak równy z równym, pogodzeni ze swoją nową, wspólną tożsamością.

– Wiele trzeba, aby namówić ludzi, by opuścili swe domy, odeszli od telewizorów i ruszyli walczyć na pustynię, ale właśnie nam się udało – mówi Mahfud Ali Bejba, brodaty, muskularny dowódca partyzancki, który ustępuje rangą tylko przywódcy Polisario, Mohamedowi Abdelazizowi. – Ale Front Polisario nie spadł z nieba. Nasz lud od stu lat zmaga się z kolonializmem, jednak dotąd brak mu było jasno określonych celów. Polisario wypełnił tę polityczną próżnię, wprowadzając organizację państwową. Zaczęliśmy „usumienniać” ludzi, by ich wiara stała się bezwarunkowa, a konflikt nie zakończył się na czczych dyskusjach, lecz doprowadził do działania.

Ali Bejba wygłasza swą przemowę w salonie domu powitalnego w obozie Ausard, nieopodal algierskiego miasta garnizonowego Tinduf. Nad zebranymi czuwa były niewolnik, podający kawę w porcelanowych filiżankach z wypukłym godłem Saharawi – czarnoskóry, niemal granatowy mężczyzna o wysokich kościach policzkowych, który nie podnosząc wzroku, krąży po pokoju i stawia filiżankę przed każdym z gości w pełnym szacunku milczeniu. Partyzancki przywódca ubrany jest w oliwkowy mundur z gładkiego, lekko błyszczącego materiału, bez żadnych odznak. Przypomina Kubańczyka, może dlatego, że sam wygląda jak Mulat z Kuby. Wygląda również na znękanego; ma worki pod oczami i czujny wzrok człowieka, na którym ciąży wielka odpowiedzialność.

Ali Bejba, choć zaledwie trzydziestosiedmioletni, zasiada w siedmioosobowym komitecie wykonawczym Polisario jako jeden z założycieli Frontu. Oprócz tego pełni funkcję premiera Saharyjskiej Arabskiej Republiki Demokratycznej, ministra sprawiedliwości, a także ministra spraw wewnętrznych.

Został wychowany do takiego życia. Jako chłopiec był w ciągłym ruchu, przenosząc się wraz z rodziną z jednego końca hiszpańskiej kolonii na drugi, podczas gdy jego ojciec, nacjonalista Saharawi, usiłował się wymknąć władzom kolonialnym.

– Z dzieciństwa pamiętam – wyznaje – że naszą rodzinę ścigali żołnierze i samoloty, co oczywiście naznaczyło mnie na zawsze.

W latach 60., kiedy Ali Bejba dorastał, silny wpływ wywarły nań afrykańskie ruchy narodowowyzwoleńcze, zwalczające portugalski kolonializm w Gwinei Bissau, Angoli i Mozambiku. Przykład stanowiły również sąsiednie francuskie kolonie, Algieria, Maroko i Mauretania, które niedawno uzyskały niepodległość; zwłaszcza zażarta wojna o wolność Algierii wyznaczyła wzór dla zmagań antykolonialnych. Co najważniejsze jednak, Algieria zaproponowała Saharawim broń, wsparcie materialne oraz schronienie.

Front Polisario powstał w 1973 roku jako próba umieszczenia Sahary Zachodniej na poczesnym miejscu wśród wyzwalających się krajów Afryki. Ali Bejba miał wówczas zaledwie dwadzieścia lat. Rok później, ścigany przez władze hiszpańskie, był zmuszony opuścić kolonię. Udał się do Syrii, gdzie – jak wyjaśnia zdawkowo – studiował „ogólne zarządzanie”. Studia te wszakże przerwała inwazja Maroka na Saharę Zachodnią w 1975 roku i Ali Bejba wrócił, by wziąć udział w walkach. Od tamtej pory jego życie podporządkowane jest wojnie o niepodległość. Ma żonę, którą poznał podczas wojny, oraz dwoje dzieci, które urodziły się w obozach, w których Polisario rządzi niepodzielnie.

Partyzanci na pustynnym wygnaniu dokładają starań, by zacieśnić kontrolę nad uchodźcami, swymi przyszłymi wyborcami. Jeden ze sposobów to szkolenie Saharawich, jak być narodem. Nauka zaczyna się od sposobu życia. Na przykład wszystkie cztery obozy – rozmieszczone na linii północ–południe wzdłuż granicy Algierii z Saharą Zachodnią – noszą nazwy głównych zachodniosaharyjskich miast: Al-Dachila, Al-Ujun, As-Smary i Ausard. Umyślne naśladownictwo posuwa się jeszcze dalej: większość uchodźców ulokowano w obozach, których nazwy odpowiadają nazwom ich miejsc pochodzenia. Saharawi, przedstawiając się, świadomie zaprzeczają swemu statusowi uchodźców, podając tylko nazwę rodzinnego miasta i nigdy nie wspominając, że naprawdę mieszkają w obozie. Na przykład Mulaj mówi, że jego rodzina, pochodząca z As-Samary, przeniosła się najpierw do Al-Ujun, a stamtąd do Al-Dachili.

– Próbujemy stworzyć taki układ odniesienia, jakbyśmy byli we własnym kraju – mówi Ali Bejba. Obozy, wyjaśnia, są celowo oddalone od wszystkich algierskich osad, aby uniknąć „asymilacji”, ponadto każdy z nich został zorganizowany na wzór realnej struktury administracyjnej Sahary Zachodniej. Podzielone są na wilajaty, prowincje, te zaś z kolei na daira, dystrykty noszące nazwy geograficznych krain Sahary Zachodniej. Taki był pierwszy krok Frontu Polisario.

Drugim krokiem było nakłonienie całej ludności do zamieszkania w namiotach. – Naturalnie mogliśmy zbudować dla wszystkich domy, gdybyśmy chcieli – mówi Ali Bejba. – Ale to nie jest nasz dom; naszym domem jest Sahara Zachodnia, więc zostajemy w namiotach, by podkreślić tymczasowy charakter wygnania. I wreszcie od samego początku ustaliliśmy, że uchodźcami są kobiety, dzieci i starcy. Mężczyzna nie jest uchodźcą; to bojownik Saharawi, walczący na wyzwolonym terytorium.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[2] Dialekt języka arabskiego, łączący słowa arabskie i berberyjskie, oparty na gramatyce arabskiej.

2. Równoległa rzeczywistość

Dostępne w wersji pełnej

3. Pieniądze

Dostępne w wersji pełnej

4. Walka

Dostępne w wersji pełnej

5. Sprawiedliwość

Dostępne w wersji pełnej

6. Nowa rodzina

Dostępne w wersji pełnej

7. Rozmowa z bogami

Dostępne w wersji pełnej

Posłowie

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

GUERRILLAS: Journeys in the Insurgent World

Projekt graficzny serii

Przemek Dębowski

Zdjęcie na okładce

Jason Reed/Reuters/Forum

Redakcja

Ewa Rojewska-Olejarczuk

Korekta

Maciej Korbasiński

Elżbieta Jaroszuk

Copyright © Jon Lee Anderson 1992, 2004

All rights reserved

Copyright © for the translation by Barbara Kopeć-Umiastowska, 2013

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-84142-12-3

(na okładce) 

Samboo, dwunastoletni żołnierz w partyzantce Karenów, pozuje z karabinem w obozie w dżungli przy granicy z Tajlandią.

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl