Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 293 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Party rozwodowe - Laura Dave

Dwie kobiety na przeciwległych krańcach małżeństwa.

Gwyn przygotowuje się do rozwodu. Wciąż jednak nie może pogodzić się z faktem, że jej długoletni związek legł w gruzach. Rozwód ogłaszają z mężem podczas uroczystego party. Zaskoczona rodzina i przyjaciele nie wiedzą, jak zareagować.

Maggie jest redaktorką czasopism kulinarnych. Zakochana i zaręczona ze wspaniałym chłopakiem planuje otwarcie wspólnej restauracji. Jednakże pierwsze spotkanie z rodziną narzeczonego napełnia ją niepokojem.

Każda z kobiet musi spojrzeć w głąb siebie i odpowiedzieć na pytania, które określą ich nowe życie. Jak dobrze znasz człowieka, którego kochasz? Jak bardzo trzeba się poświęcać, aby kogoś przy sobie zatrzymać? W którym momencie należy wycofać się ze związku?

Laura Dave sięga do głębi prawdziwej miłości i pokazuje, że takie uczucie istnieje nawet w obliczu rozstania. Pasjonująca lektura”.

Book Reporter

„Odkrywcze i szczere spojrzenie na miłość, która potrafi nas połączyć – i rozdzielić. Autorka doskonale rozpoznaje emocje i sprzeczności ludzkiej duszy”.

Kate Jacobs

Opinie o ebooku Party rozwodowe - Laura Dave

Fragment ebooka Party rozwodowe - Laura Dave

Tytuł oryginału: THE DIVORCE PARTY
Przełożył: RADOSŁAW MADEJSKI
Redakcja: MAŁGORZATA GRUDNIK-ZWOLIŃSKA
Korekta: MAGDALENA SZROEDER
Projekt okładki: PANNA COTTA
Zdjęcie na okładce: Fotolia
Redakcja techniczna: MARIUSZ TELER
Redaktor prowadząca: AGNIESZKA KOSZAŁKA
Skład i łamanie: MARZENA PIŁKO
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Copyright © 2008 by Laura Dave by arrangement with the Proprietor All Rights Reserved. Copyright for Polish edition © 2013 G+J Gruner+Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa. All rights reserved.
ISBN 978-83-7778-572-0
Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42, faks 22 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77
Konwersja: eLitera s.c.

MONTAUK, STAN NOWY JORK, 1938

Było to doprawdy osobliwe, że akurat tego lata każdy usiłował gdzieś dolecieć. Howard Hughes okrążył świat w dziewięćdziesiąt jeden godzin, luksusowy hydroplan Yankee Clipper oderwał się od wody i uniósł w przestworza, a Douglas „Wrong Way” Corrigan wybrał się z Nowego Jorku do Los Angeles, a wylądował w Irlandii. Wtedy to również wydano pierwszy komiks z Supermanem, a na rynku ukazała się kawa rozpuszczalna. Było to także ostatnie lato przed najokropniejszą z wojen. Ale przede wszystkim ludzie rozmawiali o lataniu. Jakie to dziwne, mówili, że wszyscy tyle czasu wpatrywali się w niebo i nikt nie dostrzegł, jak nadchodzi huragan. A był on tak okrutny, że kiedy z niszczycielską siłą przetoczył się po wschodnim wybrzeżu, całkowicie odciął od świata najdalszy cypel Long Island wraz z położoną na nim osadą Montauk, zamieniając go w samotną wyspę pośrodku oceanu.

Stało się to we wrześniu, kiedy w powietrzu unosiły się ostatki lata. Nikt na Long Island nie spodziewał się, że sztorm uderzy tego popołudnia. Ani tego, że będzie musiało przyjechać wojsko, aby odbudować ten kawałek lądu, który kiedyś łączył Montauk z resztą wyspy. Ani tego, że dopiero po dwóch tygodniach woda zalewająca Napeague opadnie na tyle, aby mogły tamtędy przejechać służby ratownicze. Ani też tego, że mieszkańcy Montauk stracą prawie wszystko.

Aczkolwiek były nieliczne wyjątki. Nieopodal Montauk Point stało kilka budynków, które były tak mocno przyciśnięte do skarpy, że deszcz i fale nie dały im rady. Siedem rodzin z Manhattanu spędzało każde lato w tych siedmiu siostrzanych budynkach, postawionych w 1879 roku przez tę samą firmę budowlaną. Stalowe bramy i silne fundamenty domów pozostały całkowicie nietknięte, podobnie jak kominki, drzwi z dębowego drewna i witrażowe okna, którymi wyróżniały się te ukryte na końcu świata perełki.

Dom najbardziej wysunięty na wschód zwany był Huntington Hall, a przez tych, którzy w nim bywali, po prostu Hunt Hall. Jako jedyny z siedmiu miał wciąż lokatorów o tej porze, a zajmował go Champ Nathaniel Huntington.

Champ był trzydziestotrzyletnim, nazbyt przystojnym i trochę za wysokim jedynym synem Bradleya Huntingtona, najpotężniejszego magnata wydawniczego Ameryki Północnej.

Kiedy huragan uderzył, Champ Huntington właśnie uprawiał seks.

Obmierzły popołudniowy seks przy włączonych światłach i zaciągniętych zasłonach. Anna wyginała się oparta o brzeg łóżka, a Champ przywierał do jej pleców, trzymając dłoń na jej gardle. Spędzili tam całe lato, kochając się w ten sposób. Próbowali ocalić swoje małżeństwo. I próbowali je zniszczyć.

Na zewnątrz pociemniało, wzbierały fale i szalała burza, lecz wszystko to nie docierało do przytępionej świadomości Champa. Wiedział, że pada. Słyszał szum wiatru i krople bębniące o dach. Ale w Montauk we wrześniu takie odgłosy nie zwiastowały niczego strasznego.

Straszne było co innego. Ten pierwszy rok ich małżeństwa. Czyste nieporozumienie. Ciemne włosy Anny w umywalce. Te spotkania, których naprawdę nie było. Nachylił się bardziej i chwycił ją ustami za ucho.

– Nie – powiedziała. Była skupiona i niemal już dochodziła. – Przestań.

Obydwoje skończyli, a potem leżeli bezwładnie, Anna na łóżku, a Champ na podłodze. Stopa Anny spoczywała na jego ramieniu i był to jedyny punkt, w którym się stykali. Już sięgał, aby dotknąć palców u jej stopy, ale uświadomił sobie, że takie przejawy czułości wywołują u niej wściekłość. Zastanawiała się wtedy, czy się zmienił, czy ze względu na nią zmusza się do tego.

W tym właśnie momencie Champ wstał i wyjrzał na zewnątrz. Być może miał umysł jeszcze trochę przyćmiony, ale to, co zobaczył, wyglądało jak rozpędzony pociąg, który gwałtownie uderza w okno sypialni. Ów obraz sprawił, że dotarł do niego ten dźwięk, ten przeraźliwy i rozszalały świst o wysokiej tonacji. Jak później stwierdził, w momencie, kiedy go usłyszał, jego życie się zmieniło.

Nagi podszedł do okna i musiał chwycić się framugi, aby utrzymać równowagę. Nie widział plaży ani oceanu. Z początku nie widział niczego. Za jego plecami stanęła Anna owinięta w prześcieradło i obydwoje wpatrywali się w szalejącą za oknem zawieruchę. Patrzyli jak urzeczeni, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Ani słowa o huraganie, który łamał drzewa jak zapałki, ani o tym, co może się dziać w centrum miasteczka. Gdyby wtedy trzeźwo myśleli, odeszliby od okna w obawie, że podmuch wtłoczy je do środka. Oni jednak tkwili w miejscu, a tymczasem sztorm przycichł, potem rozszalał się na nowo, aż wreszcie uspokoił się na dobre. Zielonkawożółte niebo stało się purpurowe, a potem czarne i pojawiło się na nim słońce, które bardziej przypominało księżyc. Przyglądali mu się pogrążeni w ciemnościach nocy.

– Która godzina? – zapytała Anna.

Champ nie odpowiedział.

– I co my teraz zrobimy? – dodała.

Champ już się uwijał. Ubrał się, włożył robocze buty i wyszedł z domu. Przemierzył swoją działkę i ruszył wzdłuż urwiska, zdradliwie śliskiego, usłanego szczątkami połamanych drzew, które ciągnęło się aż do zalanego przesmyku Napeague. Dotarł do głównej drogi, a stamtąd miał jakieś pięć i pół kilometra do centrum zrujnowanej osady.

Widział małe budynki przywalone łodziami rybackimi albo samochodami, pozrywane dachy i powalone słupy linii telefonicznej. Wzdłuż drogi pływały podtopione komody i ramy łóżek. Lejąca się zewsząd woda utrudniała przedzieranie się przez ulice. Gdzie to się zaczęło? – myślał. Gdyby ktoś potrafił odkryć, gdzie się zaczęło, być może dałoby się to powstrzymać.

Unosząc wysoko omdlewające nogi, Champ zmierzał w stronę Manor, gdzie ludzie odbudowywali swoje schronienia, próbując pomagać sobie nawzajem. Przyłączył się do grupy mężczyzn, którzy przepychali samochody, dźwigali zamoknięte pnie, zabijali okna deskami, suszyli koce i sprzątali odłamki potłuczonego szkła.

Jak miał to sobie wytłumaczyć? Nie potrafił określić tego uczucia, którego zaznał po raz pierwszy, ale wyzwoliło się w nim – jakby chęć poświęcenia się lub zaangażowania – do własnego domu, do tego cierpiącego miejsca i do wszystkiego, co go otacza.

Może właśnie dlatego po skończonej pracy nie wrócił do domu, ale poszedł do przystani, gdzie zebrali się wszyscy rybacy. Siedząc na metalowej beczce, słuchał, jak rozmawiają o tym, że wszystko stracili, oglądał swoje pokaleczone dłonie i patrzył na wschodzący księżyc, który blady i niezłomny wyglądał na niezwykle pewnego siebie.

Potem, według gwiazd, skierował się na północny wschód. Najpierw trafił do Montauk Point, później odszukał urwisko, i wreszcie dotarł do domu. Swego własnego domu, Huntington Hall, który stał tam, wyniosły i obojętny.

Nie było łatwo znaleźć drogę w ciemności, więc szedł wzdłuż zalanego nadbrzeża, aż w końcu stanął u podnóża drewnianych schodków, po których wspiął się na klif. W domu wszystko było na swoim miejscu, a Anna przygotowała mu kanapki z pomidorem i czekała na niego przy zapalonych świecach. Podłogę w salonie nakryła ciemnymi kocami.

Kiedy przestąpił próg, stała przy drzwiach, ubrana w długi purpurowy sweter i z włosami spiętymi w kok. Podeszła do niego, a on zbliżył twarz do jej szyi i wciągnął jej zapach.

– Jak było w miasteczku? – Położyła dłoń na jego piersi. – Próbowałam dowiedzieć się czegoś z radia, ale nie odbiera. Czy coś tam ocalało?

Nie odpowiedział jej, tylko patrzył na nią dziwnie. I zdawał sobie sprawę z tego, że ona wie, jak dziwnie się jej przygląda. Najzwyczajniej w świecie na nią patrzył i tyle. Po raz pierwszy w ciągu tego roku nie próbował być gdzie indziej, niż był.

Czemu dopiero pod wpływem strachu coś we mnie drgnęło? – zadał sobie w myślach pytanie. – Czy musimy doświadczyć chaosu, aby sobie uświadomić, czego tak naprawdę chcemy?

Miał zamiar powtórzyć jej te pytania, ale obawiał się, że w odpowiedzi usłyszy coś, co kazałoby mu zmienić zdanie, a tego nie chciał. Nie chciał mieć żadnych wątpliwości.

A potem, zaledwie po trzydziestu godzinach od momentu, kiedy ostatnio się położył, obydwoje spoczywali na podłodze twarzami zwróceni do siebie. I właśnie wtedy, w ten osobliwy sposób, w jaki podejmujemy ważne decyzje, które ostatecznie nas kształtują, Champ postanowił, że już na zawsze zamieszkają w Montauk. Że już koniec z Nowym Jorkiem. Że odtąd ich dom będzie tutaj.

Obrócił się w stronę okna i wyjrzał na świat, który powoli dochodził do siebie, na niebo skąpane w słabej poświacie, na trawnik przed domem. Znał już prawdę, przynajmniej tę podstawową. Ten dom ich ocalił i sam pozostał wielki i piękny pomimo zniszczenia, jakie dotknęło wszystko dookoła. Jego solidne balustrady, drewniane stropy i niewzruszone krokwie oparły się kataklizmowi. Ten dom go uratował, a on nie zamierzał o tym zapomnieć.

Zamierzał zbudować swoje życie tutaj, właśnie tutaj, powodowany miłością, honorem i czymkolwiek innym, co jeszcze odczuwał, choćby nawet nie potrafił tego nazwać po imieniu – zmęczeniem.

W końcu poczuł się zmęczony.

– Będzie inaczej – powiedział, spoglądając Annie prosto w oczy.

Przytaknęła mu skinieniem głowy.

– Zostaję – wyjaśnił, ponieważ wcześniej, kiedy jeszcze chciał opuścić ją i to miejsce, rozmawiali o czymś zupełnie przeciwnym.

– Dlaczego? – spytała.

– Bo tak chcę – odparł.

– Złudne nadzieje – odezwała się po chwili milczenia.

– Być może – próbował zażartować, ale mu nie wyszło. – Myślę, że będzie dobrze.

– Od kiedy? – zapytała. – I kiedy to się skończy?

A wtedy Champ, jak gdyby usłyszał odpowiedź, której oczekiwał, przyciągnął ją mocno do siebie, bez cienia niechęci i bez obaw.

– W tym domu zagości miłość – oznajmił. – W tym domu będzie wszystko.

BROOKLYN, STAN NOWY JORK, 69 LAT PÓŹNIEJ

MAGGIE

Prawdą jest, jeśli właściwie to pojmowała, że o niektórych sprawach nigdy nie powinno się rozmawiać, a pieniądze zdecydowanie do nich należą. Maggie zaczynała to rozumieć w taki sposób, w jaki często docierały do niej pewne rzeczy, co do których żywiła błędne przekonanie, że już je pojęła. Nikt nie chce rozmawiać o pieniądzach – nieważne, czy ma ich za mało, czy tak dużo, że ów dostatek wywołuje w nim lekkie poczucie winy, zwłaszcza kiedy jest on darem losu, takim samym jak ogniście rude włosy albo ułatwiające rodzenie szerokie biodra. Albo jak ta straszna nocna dolegliwość, która nie pozwala zmrużyć oka i każe przez cały czas rozmyślać o pieniądzach, miłości i tym wszystkim, czego istoty tak naprawdę nigdy nie zamierzała zgłębić do końca.

Rzecz w tym, że Maggie cierpiała na bezsenność. Nie zaczęło się to wtedy, gdy wraz z Nate’em przeprowadzili się do Red Hook, gdzie utopili wszystkie pieniądze, jakie mieli (oraz mnóstwo tych, których nie mieli) w stu­czterdziesto­metro­wym mieszkaniu i – co bardziej istotne – w niemal dwustumetrowym lokalu poniżej. W tym lokalu zamierzali otworzyć swoją restaurację. Nigdy dotąd czegoś takiego nie robiła – nigdy nie wykazała tyle zaangażowania, aby osiąść w jednym miejscu. To nie była jej mocna strona. Znała siebie dobrze i wiedziała, że każdy mógłby dojść do podobnego wniosku; wystarczyło tylko zwrócić uwagę na sposób, w jaki organizowała swe życie. W ciągu ostatnich ośmiu lat, odkąd zaraz po studiach została dziennikarką i zaczęła się specjalizować w tematyce kulinarnej, przeprowadzała się osiem razy, i to do ośmiu różnych miast.

A ponieważ naprawdę pragnęła otworzyć tę restaurację – tę, o której przez cały czas marzyła, pisząc o cudzych – nie opuszczał jej niepokój związany z pieniędzmi i lęk przed monotonią stabilizacji. Trzydzieści lat doświadczeń nie pozwalało jej się z nich otrząsnąć. Dopadały ją, kiedy tylko próbowała zmrużyć oczy, a ona zmagała się z nimi na przekór sobie. Jak dawała sobie radę? Obserwowała świat za oknem, grała na gitarze, czytała śródziemnomorską książkę kucharską, podlewała rośliny stojące na schodach przeciwpożarowych, nuciła, sprzątała i marzyła.

Kiedy w jej myślach pojawiał się obraz Nate’a, czuła ukojenie. Wprawdzie miała niezbite dowody na to, że narzeczony nie podziela jej inklinacji do bezsenności ani ciągłego zamartwiania się, nigdy jednak nie podejrzewała, że w sprawie finansów dzieli ich tak wiele, dopóki w nocnym ferworze porządków nie natknęła się na plik kopert sygnowanych Champ Nathaniel Huntington.

Ohyda. Rozmowy o pieniądzach wzbudzały w niej odrazę. A wyglądało to tak. Maggie ubrana w biały podkoszulek na ramiączkach i majtki z nadrukiem Hello Kitty siedziała po turecku na samym środku salonu, otoczona starymi gazetami, dokumentami, rachunkami i zeznaniami podatkowymi. Miała zamiar wszystko to wyrzucić i słuchając na starym gramofonie płyty Harvest Neila Younga, poczuła ochotę, aby zrobić coś ze swoim życiem. Zdawała sobie sprawę, że to kolejny efekt uboczny jej bezsenności – często miewała wrażenie, że coś robi ze swoim życiem, ale gdy tylko przecierała oczy i zmuszała się do skupienia, docierało do niej, jak niewiele oddaliła się od punktu wyjścia.

Maggie przeciągnęła się zamaszyście, sięgając stopami daleko przed siebie, i wtedy to zauważyła. Przed nią leżał plik kopert opatrzonych logo Citigroup Smith Barney i adresowanych do Champa Nathaniela Huntingtona. Ściągnęła gumkę, którą spięte były koperty, i zaczęła otwierać pierwszą z nich. Nie przyszło jej na myśl, aby postąpić inaczej. Nie szukała żadnych informacji. Chciała się tylko przekonać, że korespondencja od Citigroup to zwykłe ulotki reklamowe, które będzie mogła upchnąć do jednego z trzech worków wypełnionych makulaturą. Zamierzała wynieść je do położonej na tyłach Pioneer Street alejki i wrzucić do ogromnego niczym hipopotam kontenera na śmieci, który czekał, aż opróżnią go nowojorskie służby oczyszczania miasta.

Taki właśnie miała cel – doprowadzić mieszkanie do stanu używalności, zanim wyjadą do Montauk, do rodziców Nate’a. Planowali wybrać się do nich jeszcze tego dnia, ale wolała nawet nie myśleć, jaki był powód tych odwiedzin.

Byli zaproszeni na przyjęcie z okazji rozwodu rodziców Nate’a.

Przez kilka ostatnich tygodni, odkąd dowiedziała się, że ma poznać jego rodzinę, i gdy odkryła, po co tam jedzie, odnosiła wrażenie, że czeka ją jakaś uroczystość rocznicowa. Czemuż miałaby odmawiać? Przyjęcie z okazji rozwodu? A cóż to w ogóle znaczy?

Impreza rozwodowa najbardziej kojarzyła się jej z pewną sceną, której była świadkiem, mieszkając jeszcze w Karolinie Północnej. Widziała, jak Loretta Pitt wyrzuca rzeczy Henry’ego Pitta z okna sypialni na trzecim piętrze, a buty, czapki i koszule fruwają niczym płatki śniegu przy akompaniamencie piosenki Madonny, o ile dobrze sobie przypominała, The Immaculate Cottection.

Jak głosiło gustowne zielono-białe zaproszenie, jakie nadesłali jej przyszli teściowie – wraz z pół tuzinem książek od mamy Nate’a, Gwyn, noszących tytuły w rodzaju Rozwiedź się z wdziękiem – przyjęcie rozwodowe stanowiło ważny i nieodzowny ceremoniał oraz uświęcenie pokojowego zakończenia ważnego związku. Przyszli teściowie Maggie zamierzali elegancko i uroczyście rozstać się w tym samym dniu, w którym miała ich poznać.

Fantastyczne.

Jedyna dobra strona tej sytuacji była taka, że dowiedziawszy się, co ją czeka, poczuła ogień w trzewiach, który kazał jej doprowadzić mieszkanie do porządku. A ponieważ nie chciała po powrocie zastać jeszcze większego bałaganu niż przed rozpoczęciem sprzątania, ów wewnętrzny zapał nie tracił na sile. Kiedy jednak rozdarła pierwszą kopertę, zauważyła Nate’a stojącego w drzwiach salonu.

– Co robisz? – zapytał.

Był ubrany w bokserki, nie miał podkoszulka, a ciemne zmierzwione włosy sterczały mu na czubku głowy. Ziewając, wlepił w nią lśniące spojrzenie swych zielonych oczu. Była dopiero ósma rano, a Nate burzył na dole ściany wraz z budowlańcem – Johnsonem Budowlańcem, jak o nim mówili i jak Johnson sam mówił o sobie – i skończyli tuż po piątej.

– Co robię? – zdziwiła się. – A co ty robisz? Dlaczego już wstałeś?

– Chyba nie mogę zasnąć. – Wzruszył ramionami i zaczął się przeciągać.

Nie mógł zasnąć? Nate nigdy nie miał takich problemów, ale oto kroczył boso po podłodze i stanął przed nią niczym żywy dowód na to, że się myliła. Śledziła jego spojrzenie, kiedy omiatał wzrokiem kopiaste sterty papierów i gazet, nierozpakowanych szklanek i drucianych wieszaków. Pokazała mu palcem butelkę płynu do mycia stojącą obok jej stóp. Była otwarta, choć nie zdążyła jeszcze jej użyć.

– No co? – powiedziała. – Sprzątam.

– Widzę – odparł.

Uśmiechnął się od ucha do ucha. Dzięki temu uśmiechowi jego twarz stawała się otwarta i sprawiała wrażenie młodszej i starszej zarazem. Po raz pierwszy zobaczyła go na stoisku warzywnym w Ferry Building w centrum San Francisco. Obydwoje przebierali wśród ogromnej sterty dzikich pomidorów. Kiedy spojrzała na niego, uśmiechnął się, wybrał duży, żółty owoc z czarnymi prążkami i rzucił w jej stronę ponad ladą. Jakimś cudem udało się jej go złapać.

„Ten jest tutaj najładniejszy” – odezwał się do niej.

„A co zamierzał pan powiedzieć, gdybym go nie złapała?”.

Spojrzał na stół, gdzie leżały pozostałe pomidory.

„Miałbym jeszcze jakieś czterdzieści dziewięć okazji, aby wszystko poszło po mojej myśli” – odparł.

– Maggie. – Jego głos wyrwał ją z zamyślenia.

Nate odsunął na bok stos papierów tak delikatnie, jak gdyby to było coś ważnego, i usiadł obok, dotykając kolanami jej kolan i kładąc dłonie na jej obnażonych udach.

– Co? – spytała.

– Powiedz mi, proszę, że nie robiłaś tego przez całą noc – powiedział.

– Dlaczego? Ktoś to musi zrobić.

– Tak, ale... – Starł z jej twarzy jakąś drobinkę kurzu, a może ślad farby drukarskiej z gazety. – Powinien to być ktoś, kto naprawdę daje sobie radę z takimi rzeczami.

Maggie odwróciła wzrok, starając się powstrzymać występujące na twarz rumieńce. Nie stroił sobie z niej żartów, a jeśli to robił, to tylko dlatego, aby sama zaczęła z siebie żartować. Jej nie było jednak na to stać. Gdzieś w głębi duszy wciąż skrywała tę myśl, która tłumaczyła, dlaczego zaprenumerowała magazyn „Real Simple” i wydała dwieście pięćdziesiąt dolarów na superodkurzacz Bissel Healthy Home. Myślała bowiem, że pewnego dnia stanie się jedną z tych kobiet, które wszystko robią dobrze, pięknie i elegancko. Była za to dobra w czym innym. Zorganizowała już komputerowy system rachunkowy dla swojej restauracji i czuła się bardziej niż pewna, że gdy tylko ją otworzą, znakomicie da sobie radę z zarządzaniem i bez problemu sprawdzi się w roli barmanki.

Los jednak zrządził, że miała wyjść za człowieka, który miał w sobie wiele z kobiety, którą chciałaby się stać. O wiele więcej, niż kiedykolwiek mogłaby sobie tego życzyć. Nate był najlepszym kucharzem, jakiego znała, miał wrodzoną smykałkę do porządków i majsterkowania. Trzymał w kuchennym kredensie słoiczki z ziołami, a z obskurnych belek wyczarował stół do jadalni. Czegokolwiek dotknął, stawało się piękne. Nawet ona sama nigdy sobie nie wyobrażała, że mogłaby się poczuć w ten sposób.

Usiadła na udach Nate’a, otaczając jego biodra nogami, i wyciągnęła rękę, aby pogładzić jego plecy. Był lepki od snu i od potu, który wylał, pracując ostatniej nocy, ale jej to nie przeszkadzało. Mogła żyć w taki sposób. Uśmiechnęła się i pocałowała go, obejmując ustami jego miękką dolną wargę.

– Cóż takiego chodziło ci po głowie, że nie mogłeś zasnąć? – spytała. – Że nie chcesz mnie za żonę, bo nie umiem sprzątać?

– Właśnie dlatego jeszcze bardziej chcę się z tobą ożenić.

– Kiepski kłamca.

– Kiepska gosposia – odparł.

Wtulił się w jej szyję, aż poczuła jego uśmiech na skórze i dłonie wślizgujące się pod majtki. Właśnie w tym momencie spuściła wzrok i jej oczy znów spoczęły na pliku kopert z Citigroup Smith Barney Tych adresowanych do Champa Nathaniela Huntingtona.

– Ej, Nate – odezwała się ponad jego ramieniem. – A tak przy okazji, kim jest Champ Huntington?

Wypowiadając te słowa, poczuła, że jego ciało sztywnieje. Kiedy odsuwał się od niej delikatnie, dostrzegła, że na jego twarzy pojawia się ten nieznany jej dotąd przykry wyraz.

– O co pytałaś?

– Właśnie to znalazłam. – Sięgnęła po koperty i wręczyła mu je. – To do ciebie? Jakieś wyciągi bankowe, czy coś takiego. Nie wiedziałam, że mamy tam konto. Bo mamy, prawda?

Nate spojrzał na koperty, obrócił je w dłoni i przytaknął.

– Coś w tym rodzaju.

To było dla niej zrozumiałe. Mieli w całym mieście otwarte „swego rodzaju” konta, rozmaite rachunki w wielu różnych instytucjach, od których pożyczali zawsze zbyt niskie kwoty na zbyt wysoki procent, a wszystko to na restaurację. Osiem na dziesięć restauracji plajtuje w ciągu pierwszego roku. Niedługo potem rozpada się sześć małżeństw z dziesięciu. Igrali z niebezpiecznymi statystykami, o ile można było nazwać to grą. Starała się w ten sposób nie myśleć.

– Ale kim jest Champ? – spytała.

Uniósł wzrok znad kopert i spojrzał jej prosto w twarz.

– To ja – odparł.

Roześmiała się, dochodząc do wniosku, że sobie z niej żartuje.

– Jasne. Zapomniałeś o czymś mi powiedzieć. Chodzi o sport? Jesteś czempionem?

Uśmiechnął się, ale był to nerwowy uśmiech, i nic nie mówiąc, odłożył koperty

– Zaraz, mówisz poważnie? – dopytywała się. – Masz na imię Champ?

– Nie, to mój dziadek ma tak na imię. A właściwie miał. Nadano mi je po nim, ale nigdy w życiu go nie używałem. Nikt się do mnie nigdy nie zwracał w ten sposób, ale takie jest moje oficjalne imię. Champ Nathaniel Huntington.

Maggie wiedziała, że jej narzeczony otrzymał imię po swoim dziadku, tym ze strony ojca. Przypuszczała jednak, że dziadek również nosił imię Nate. Doszła do takiego wniosku, Nate bowiem nigdy jej nie powiedział, że jest inaczej.

– Jak mogłeś nigdy o tym nie wspomnieć? – zapytała.

– A uważasz, że jest się czym chwalić? – Wzruszył ramionami.

Nie uważała tego za ułomność, ale mimowolnie musiała zrobić jakąś minę, ponieważ Nate wyglądał na dosyć zdenerwowanego.

– Ojej, teraz już nigdy nie pójdziesz ze mną do łóżka, prawda? – odezwał się. – Któż miałby ochotę na seks z facetem o imieniu Champ?

Zaczęła się śmiać i objęła go za szyję. Rumienił się, Nate czy Champ, nieważne, naprawdę się rumienił i Maggie zrobiło się głupio, że wspomniała o tych kopertach.

– To nie ma nic wspólnego z tobą. Po prostu uważam, że to nie było zbyt miłe ze strony twoich rodziców i tyle – powiedziała, starając się napotkać wzrokiem jego spojrzenie. – Albo ze strony rodziców twojego dziadka.

Nate przytaknął i odłożył koperty na podłogę.

– Nie żartuję. – Spojrzał na Maggie w sposób, którego nie poznawała i który pozwalał się domyślić, że chce jej powiedzieć coś, co trudno mu z siebie wyrzucić. – Ale myślę, że dlatego nie mogłem zasnąć.

– Co? – Roześmiała się. – Martwiłeś się, że ktoś mógłby nazwać cię Champem i wszystko by się wydało?

Nate był jednak śmiertelnie poważny.

– Szczerze? Trochę się denerwuję przed spotkaniem z moimi rodzicami.

– Dlaczego? Dlatego że się rozwodzą?

Spojrzała badawczo na jego uroczą i piękną twarz, po czym wyciągnęła rękę i dotknęła jej opuszkami palców. Byłaby w stanie zrozumieć, że perspektywa zapoznania jej z rodzicami wywołuje w nim niepokój, ale Nate wciąż ją zapewniał, że nie ma w związku z tym żadnych obaw. Powtarzał, że znaleźli się na rozdrożu, odkąd ojciec postanowił przejść na buddyzm i zaczął podporządkowywać temu swoje życie. Opowiadał, jak jego rodzice doszli wspólnie do wniosku, że ich drogi się rozchodzą. I to po trzydziestu pięciu spędzonych wspólnie latach. Maggie często się zastanawiała, jak Nate mógł spokojnie na to patrzeć. Czyż nie na tym polega małżeństwo, że ludzie odkrywają, jak znaleźć wspólny mianownik dla odmiennych charakterów?

– Są pewne rzeczy, ważne rzeczy, o których musisz wiedzieć, zanim tam pojedziemy – oznajmił. – Rzeczy, o których powinienem ci chyba powiedzieć już wcześniej.

Zastanawiała się, jak to wyrazić, aby do niego dotarło.

– Nate, oni mogliby nawet mieć po trzy głowy, ale to i tak niczego by nie zmieniło – odparła. – Nie ma to dla mnie znaczenia.

A jednak miało. Być może dawniej faktycznie nie przywiązywałaby do tego żadnej wagi, ale dawniej to ona była tą częścią każdego ze swych związków, która dążyła do rozpadu. Wystarczył naprawdę błahy powód – jego rodzice, jego woda kolońska, jego zamiłowanie do muzyki Stinga – i już kierowała się do wyjścia. Z Nate’em było jednak inaczej od samego początku.

– O co ci chodzi? Twoi rodzice tak naprawdę zamierzają zostać ze sobą? – zażartowała, ale nie była kąśliwa.

– Nie jestem pewien, czy jesteś gotowa to usłyszeć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki