Wydawca: Jaguar Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 486 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Partials. Częściowcy - Dan Wells

Rasa ludzka wymiera. Po wojnie z Partialsami, wyhodowanymi w laboratoriach, zmodyfikowanymi genetycznie żołnierzami, pozostała ledwie garstka ocalałych. Ale to nie krwawe walki zdziesiątkowały ludzkość. Partialsi, niewdzięczne dzieci naukowców, wypuścili śmiercionośny wirus, RM, który wybił ponad 99% ludności. Od ponad dekady na świat nie przyszło ani jedno zdrowe dziecko…

W enklawie ludzi na Long Island panuje twarde prawo – każda kobieta, która ukończyła siedemnasty rok życia musi zajść w ciążę i urodzić dziecko. Z nadzieją, że właśnie ono przetrwa. Że będzie miało gen odporności na RM. I że dzięki niemu uda się stworzyć szczepionkę… Przez ostatnie lata asystująca w szpitalu Kira widziała już dość śmierci. Gdy Rada chce po raz kolejny obniżyć wiek reprodukcyjny, dziewczyna, mając już dość rozpaczy kolejnych młodych matek, zaczyna szukać rozwiązania problemu na własną rękę. Wiadomo, że wirus działa wyłącznie na ludzi, Partialsi pozostali odporni. Już od lat nikt nie widział ich oddziałów. Kira wierzy, że to właśnie w ciałach stworzonych w laboratoriach superżołnierzy znajduje się klucz do rozwiązania zagadki RM. Chce znaleźć i pojmać jednego z nich – nawet za cenę rozpętania kolejnej wojny…

Opinie o ebooku Partials. Częściowcy - Dan Wells

Fragment ebooka Partials. Częściowcy - Dan Wells

Dan Wells

Częściowcy

TłumaczeniePaweł Ziemkiewicz

Tytuł oryginału: Partials

Published by arrangement with HarperCollins Children's Books, a division of HarperCollins Publishers

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2013

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Skład i łamanie: EKART

Copyright © 2012 by HarperCollins Publishers

All rights reserved

Jacket art © 2012 by Craig Shields

Photo of girl © 212 by Howard Huang

Jacket design by Alison Klapthor

Copyright for the Polish edition © 2013 by Wydawnictwo Jaguar

ISBN 978-83-7686-195-1

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji ebook

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książkę tę dedykuję buntownikom,

niepokornym i rewolucjonistom.

Czasami trzeba ugryźć rękę, która nas karmi

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszy

Noworodek numer 485GA18M zmarł trzydziestego czerwca dwa tysiące siedemdziesiątego szóstego roku o szóstej siedem rano. Dziewczynka miała trzy dni. Od czasu Wybuchu średnia długość życia ludzkiego dziecka wynosiła pięćdziesiąt sześć godzin.

Nawet nie nadawano im imion.

Kira Walker bezradnie patrzyła, jak doktor Skousen bada maleńkie ciałko. Pielęgniarki – połowa z nich ciężarna – pozbawione twarzy, w kombinezonach ochronnych i maskach przeciwgazowych, zapisywały szczegóły życia i śmierci dziecka. Szklana szyba tłumiła żałosne zawodzenie stojącej na korytarzu matki, Ariel McAdams, zaledwie osiemnastoletniej.

– Temperatura ciała trzydzieści siedem stopni w chwili narodzin – oznajmiła pielęgniarka, przeglądając odczyty. Przenikający przez maskę głos zabrzmiał metalicznie.

Kira nie znała jej imienia. Inna pielęgniarka starannie zapisywała liczby na kartce żółtego papieru.

– Trzydzieści sześć i sześć dziesiątych stopnia w wieku dwóch dni – ciągnęła pierwsza. – Trzydzieści siedem o czwartej dziś rano. Czterdzieści trzy w chwili śmierci.

– Pozwólcie mi ją przytulić! – zawodziła łamiącym się głosem Ariel. – Dajcie mi ją tylko przytulić!

Pielęgniarki nie zwracały na nią uwagi. To był trzeci poród w tym tygodniu i zarazem trzecia śmierć. Ważniejsze było opisanie zgonu, czerpanie z niego wiedzy, która pomogłaby zapobiec, jeśli nie następnej, to kolejnej, setnej czy nawet tysięcznej śmierci. Wszystko po to, aby znaleźć sposób na przetrwanie ludzkich dzieci.

– Tętno? – spytała inna pielęgniarka.

Dłużej tego nie zniosę, pomyślała Kira. Chciałam być jedną z nich, nie grabarzem.

– Tętno? – powtórzyła tamta z napięciem. To była siostra Hardy, przełożona porodówki.

Kira przywołała się do porządku; monitorowanie serca to jej zadanie.

– Tętno miarowe do czwartej dziś rano, potem wzrost ze stu siedmiu do stu trzydziestu trzech uderzeń na minutę. O piątej tętno wynosiło sto czterdzieści dziewięć, o szóstej sto pięćdziesiąt cztery. O szóstej siedem… siedemdziesiąt dwa.

Ariel znów zaszlochała.

– Moje odczyty to potwierdzają – dodała kolejna pielęgniarka.

Siostra Hardy zapisała liczby i spojrzała karcąco na Kirę.

– Musisz się skupić – rzuciła szorstko. – Wielu stażystów medycznych oddałoby prawe oko, by się tu dostać.

– Tak, proszę pani – przytaknęła Kira. Doktor Skousen oddał nieżywe niemowlę pielęgniarce i ściągnął maskę przeciwgazową. Miał puste spojrzenie.

– Na razie więcej się nie dowiemy. Umyjcie się i przygotujcie pełne badania krwi – polecił i wyszedł.

Pielęgniarki nadal krzątały się gorączkowo, zawijając ciałko do pogrzebu, szorując sprzęt, ścierając krew. Ariel płakała – samotna i zapomniana. Poddano ją sztucznemu zapłodnieniu, nie miała męża ani chłopaka, który mógł ją pocieszyć. Kira, która posłusznie zebrała dokumenty do archiwum i dalszych analiz, nie mogła przestać zerkać na tkwiącą za szybą szlochającą matkę.

– Stażystko, skoncentruj się na pracy. – Siostra Hardy zdjęła maskę, mokre od potu włosy lepiły jej się do czoła. Kira spojrzała na nią bez słowa. – O czym świadczy wzrost temperatury?

– Wirus przekroczył punkt nasycenia – wyrecytowała z pamięci Kira. – Namnożył się dostatecznie, by uszkodzić układ oddechowy i serce zaczęło pracować szybciej, próbując to zrekompensować.

Siostra Hardy przytaknęła, Kira zauważyła, że przełożona miała przekrwione oczy.

– Któregoś dnia badacze znajdą wzór wśród tych danych i z jego pomocą zsyntetyzują lekarstwo. Możemy do tego doprowadzić pod warunkiem, że… – Hardy zawiesiła głos i Kira dokończyła szybko:

– …dokładnie przeanalizujemy przebieg choroby u każdego dziecka i będziemy się uczyć na błędach.

– Znalezienie lekarstwa może zależeć od danych, które trzymasz w ręku. Jeśli ich nie zarejestrujesz, to dziecko umrze na próżno.

Kira skinęła głową, wygładzając papiery ułożone w brązowej teczce, a przełożona pielęgniarek odwróciła głowę. Wtedy Kira ujęła ją za ramię, nie odważając się popatrzeć jej w oczy.

– Przepraszam panią. Czy Ariel nie mogłaby przytulić dziecka choćby na chwilę, skoro, doktor Skousen już skończył badanie?

Siostra Hardy westchnęła ciężko, znużenie naruszyło jej ponurą profesjonalną minę.

– Posłuchaj, Kiro. Wiem, jak szybko przeszłaś przez program szkoleniowy. Niewątpliwie masz dryg do wirusologii i analizy RM, ale zdolności i nabyte umiejętności nie wystarczą. Należy przygotować się emocjonalnie, inaczej oddział porodowy pożre cię żywcem. Jesteś u nas od trzech tygodni i to twoje dziesiąte martwe dziecko. Dla mnie to dziewięćset osiemdziesiąte drugie. – Hardy zawiesiła głos i milczała dłużej, niż Kira oczekiwała. – Po prostu musisz się uodpornić.

Kira zerknęła na Ariel, która płakała, waląc dłońmi w grubą szybę.

– Wiem, że straciła ich pani mnóstwo, ale dla tej matki to jej pierwsze.

Hardy przez długą chwilę przyglądała się Kirze, po czym odwróciła się i zawołała:

– Sandy!

Młoda pielęgniarka, niosąca maleńkie ciałko w stronę drzwi, uniosła głowę.

– Odwiń dziecko – poleciła przełożona. – Matka je przytuli.

***

Godzinę później Kira skończyła robotę papierkową, co oznaczało, że nie spóźni się na spotkanie z Senatem, odbywające się w ratuszu. Marcus powitał ją w holu szpitala pocałunkiem, a ona spróbowała strząsnąć z siebie napięcie długiego nocnego dyżuru. Uśmiechnął się i Kira odpowiedziała uśmiechem. W obecności Marcusa życie było zdecydowanie łatwiejsze.

Wyszli ze szpitala i Kira zamrugała powiekami, bo oślepiło ją słoneczne światło. Szpital, usytuowany w centrum miasta, wznosił się niczym bastion technologii na tle zrujnowanych domów i zapuszczonych, zarośniętych ulic. Najgorszy bałagan uprzątnięto, lecz po jedenastu latach wciąż widać było ślady Wybuchu: porzucone samochody zamieniły się w kramy pełne ryb i warzyw, frontowe trawniki w ogródki i zagrody kur. Po Wybuchu cywilizowany świat cofnął się niemal do epoki kamienia. Panele słoneczne zasilające szpital stanowiły luksus, o którym większość East Meadow mogła jedynie pomarzyć.

Kira kopnęła kamyk na drodze.

– Chyba dłużej nie dam rady.

– Chcesz pojechać rikszą? – spytał Marcus. – Koloseum nie jest aż tak daleko.

– Nie chodzi mi o spacer, a o szpital i niemowlęta. – Przypomniała sobie przekrwione ze zmęczenia oczy pielęgniarek.

– Wiesz, ilu dzieci śmierć oglądałam?

Marcus uścisnął jej dłoń.

– To nie twoja wina.

– A czy to ważne czyja? Dzieci nie żyją.

– Od dnia Wybuchu nikomu nie udało się uratować dziecka – uprzytomnił jej Marcus. – Jesteś na stażu od trzech tygodni, nie możesz się zadręczać tym, że nie dokonałaś czegoś, co nie udało się lekarzom i naukowcom.

Kira zatrzymała się, patrząc na niego. Uznała, że chyba nie mówił serio.

– Czy twoja uwaga miała poprawić mi samopoczucie? Twierdzenie, że nie da się ocalić życia dziecka, to wyjątkowo głupi sposób.

– Wiesz, że nie o to mi chodziło – odparł Marcus. – Uświadamiam ci tylko, że RM zabił te dzieci, nie Kira Walker.

Kira omiotła wzrokiem rozszerzającą się aleję.

– Można i tak na to spojrzeć.

W miarę zbliżania do Koloseum obserwowali, że tłum gęstniał. Możliwe nawet, że wypełni je całe, co nie zdarzyło się od miesięcy, odkąd Senat przegłosował ostatnią poprawkę do Ustawy Nadziei, obniżając wiek ciąży do osiemnastu lat. Kira poczuła nagły ucisk w żołądku i się skrzywiła.

– Jak myślisz, o co chodzi w tym „nadzwyczajnym zebraniu”?

– Znając Senat? O coś nudnego. Zajmijmy miejsce przy drzwiach, żebyśmy mogli się wymknąć, jeśli Kessler zacznie kolejną tyradę – zaproponował Marcus.

– Nie sądzisz, że to będzie ważne?

– Na pewno w ich mniemaniu. Pod tym względem można polegać na Senacie. – Uśmiechnął się na widok poważnej miny Kiry i zmarszczył czoło. – Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że będą mówić o Głosie. Dziś rano w laboratorium krążyły plotki, że w tym tygodniu zaatakowali kolejną farmę.

Kira wbiła wzrok w chodnik, starannie unikając spojrzenia Marcusa.

– Nie przypuszczasz, że znów obniżą wiek ciąży?

– Tak szybko? Od ostatniego razu nie minęło nawet dziewięć miesięcy – zauważył. – Wątpię, by znów obniżyli wiek, zanim pierwsze osiemnastolatki zaczną rodzić.

Kira wciąż nie patrzyła na Marcusa.

– Obniżyliby, bo Ustawa Nadziei to jedyny znany im sposób zajęcia się tym problemem. Sądzą, że jeśli będzie się rodzić dużo dzieci, to jedno z nich okaże się odporne. Jednak to założenie nie sprawdziło się od jedenastu lat. Fakt, że coraz młodsze nastolatki zaczną zachodzić w ciążę, tego nie zmieni.

– Wypuściła z ręki dłoń Marcusa. – W szpitalu opiekują się matkami, utrzymują sterylne warunki, zapisują wszystkie dane, a niemowlęta nadal umierają. Wiemy bardzo dużo o tym, jak umierają, jednak nie mamy pojęcia, jak je uratować. Kolejne dziewczyny zajdą w ciążę i urodzą martwe dzieci, a następne notesy spuchną od danych opisujących zgony noworodków.

Kirze napłynęły łzy do oczu. Przechodzący ludzie zerkali na nią ciekawie; wśród nich były kobiety w ciąży i Kira nie wątpiła, iż część z nich ją usłyszała. Skuliła ramiona, zła i zarazem zawstydzona. Marcus objął ją ramieniem.

– Masz rację – wyszeptał. – Całkowitą rację.

Oparła się o niego.

– Dziękuję.

– Kira! – rozległo się w tłumie.

Kira uniosła wzrok, ocierając łzy grzbietem dłoni. Przez tłum przedzierała się Madison, radośnie machając ręką. Kira nie zdołała powstrzymać uśmiechu na widok o kilka lat starszej od niej Madison. Wychowywały się razem, praktycznie jak siostry, w rodzinie powstałej po Wybuchu. Uniosła dłoń i też pomachała.

– Mads!

Dziewczyna dotarła do nich i serdecznie uścisnęła Kirę. Haru, mąż Madison, dreptał parę kroków za nią. Gdy spotkał Madison, służył w Sieci Obrony. Został przeniesiony do służby cywilnej dopiero po ślubie, parę miesięcy temu. Kira nie znała go zbyt dobrze. Uścisnął jej dłoń i z powagą skinął głową Marcusowi. Kira po raz kolejny zdumiała się, jak Madison mogła zakochać się w kimś tak poważnym jak Haru, ale w porównaniu z Marcusem każdy wydawał się poważny.

– Dobrze was widzieć – powiedział Haru.

– Widzisz mnie? – Marcus poklepał się po torsie. – Najwyraźniej eliksir przestał działać. Więcej nie oddam obiadu gadającej wiewiórce.

Madison się roześmiała, a zaskoczony Haru uniósł brwi. Kira obserwowała go przez chwilę, wreszcie jednak ten brak poczucia humoru tak ją rozbawił, że również się roześmiała.

– Co u was słychać? – spytała Madison.

– Żyjemy, ale ledwie – odparła Kira.

Madison skrzywiła się.

– Ciężka noc na porodówce?

– Ariel urodziła.

Madison zbladła i posmutniała. Kira wiedziała, jak bardzo ta wiadomość zraniła przyjaciółkę, która niedługo skończy osiemnaście lat. Madison nie zaszła jeszcze w ciążę, ale była to kwestia czasu.

– Tak mi przykro. Wrócę z tobą po zebraniu, żeby się z nią przywitać i zapytać, czy mogę jej pomóc.

– Świetny pomysł – uznała Kira – ale będziesz musiała poradzić sobie beze mnie, bo dziś biorę udział w wypadzie.

– Przecież całą noc nie spałaś! – zaprotestowała Madison.

– Nie mogą wymagać od ciebie, żebyś w takim stanie wyjechała w teren.

– Zdrzemnę się przed wyjazdem – odparła Kira. – Chcę pojechać, praca w szpitalu mnie wykańcza, przyda mi się odrobina odmiany. Poza tym muszę dowieść Skousenowi, że poradzę sobie. Sieć Obrony potrzebuje medyka na czas operacji w terenie i postanowiłam, że okażę się najlepszym medykiem, jakiego widzieli.

– Mają szczęście, że cię im przydzielili. – Madison ścisnęła ją mocno. – Czy Jayden też pojedzie?

Kira przytaknęła.

– On dowodzi.

– Uściskaj go ode mnie – powiedziała z uśmiechem Madison.

Jayden i Madison byli rodzeństwem – nie adoptowanym, ale prawdziwym, jedynymi bezpośrednimi bliskimi krewnymi żyjącymi na wyspie. Niektórzy twierdzili, że stanowią dowód na to, że odporność na RM można odziedziczyć. Jednak to, że jak dotąd nie zdarzyło się to z żadnym z noworodków, jeszcze bardziej frustrowało ludzi. Kira pomyślała, że Madison i Jayden raczej są wybrykiem natury, który się nie powtórzy. Ponadto Jayden był niesłychanie atrakcyjny. Zerknęła na Marcusa.

– Tylko uściskać? Mogłabym przekazać parę całusów.

Marcus spojrzał na Haru, wyraźnie skrępowany.

– Jak sądzisz, czego może dotyczyć zebranie? – spytał.

Kira i Madison zaśmiały się. Kira westchnęła z zadowoleniem; Madison zawsze poprawiała jej nastrój.

– Zamykają szkołę – odparł Haru. – Najmłodsze dzieci na wyspie kończą czternaście lat i obecnie mamy więcej studentów niż uczniów. Przypuszczam, że zamierzają wcześniej przenieść wszystkich do programów zawodowych, a nauczycieli posłać tam, gdzie bardziej się przydadzą.

– Tak myślisz? – spytała Kira.

Haru wzruszył ramionami.

– Ja bym tak zrobił.

– Pewnie znów będą ględzić na temat Częściowców – dodała Madison. – Senat ciągle kłapie dziobem na ich temat.

– A dziwisz się? – spytał Haru. – Zabili wszystkich na naszej planecie.

– Prócz tu obecnych – dodał Marcus.

– Uważam, że są niebezpieczni – podjęła Madison – jednak minęło jedenaście lat, odkąd ostatni raz ich widziano. Życie toczy się dalej. Poza tym chwilowo mamy znacznie ważniejsze problemy. Przypuszczam, że na zebraniu będzie mowa o Głosie.

– Cóż, wkrótce się dowiemy.

Kira wskazała głową na północ. Za drzewami prześwitywała sylwetka Koloseum. Senat miał własny budynek, jego siedzibę stanowił miejski ratusz, lecz podobne do dzisiejszego spotkania, na które zapraszano całe miasto, organizowano w Koloseum. Dorośli wspominali, że w dawnych czasach, przed Wybuchem, publiczność zapełniała je całe wtedy, gdy odbywały się zawody sportowe.

W czasie Wybuchu Kira miała zaledwie pięć lat. Nie przypominała sobie większości z tego, co działo się w starym świecie, i nie do końca ufała temu, co zdołała zachować w pamięci. Nie zapomniała ojca, jego ciemnej twarzy, potarganych czarnych włosów i okularów w grubej oprawie, wsuniętych wysoko na grzbiet nosa. Mieszkali w jednopiętrowym domu – była niemal pewna, że żółtym – i kiedy skończyła trzy lata, rodzice urządzili jej przyjęcie urodzinowe. Nie miała przyjaciół we własnym wieku, toteż nie zjawiły się małe dzieci, przyszła jednak większość bliskich znajomych ojca. Pamiętała, że miała wielką skrzynkę pełną pluszowych zwierzaków i chciała pokazać je gościom, toteż nadymając się i dysząc, przyciągnęła ją korytarzem. Odniosła wrażenie, że trwało to pół godziny czy nawet dłużej. Gdy w końcu dotarła do salonu i krzyknęła, by zebrani popatrzyli, ojciec roześmiał się, upomniał ją i zaniósł zabawki do jej pokoju. W jednej chwili cały wysiłek poszedł na marne, jednak nie uważała, by ojciec był wredny bądź niesprawiedliwy. Po prostu było to wspomnienie, jedno z nielicznych, które pozostało jej po dawnym życiu.

Tłum gęstniał z każdą chwilą; ludzie napierali na siebie w ścisku i przelewali się między drzewami otaczającymi Koloseum. Kira jedną ręką mocno ściskała dłoń Marcusa, a drugą trzymała Madison. Haru szedł z tyłu. Lawirowali pośród ludzkiej gromady i w końcu niedaleko drzwi, tak jak chciał Marcus, znaleźli rząd pustych krzeseł. Kira wiedziała, że miał rację. Jeśli senator Kessler znów zacznie marudzić, a senator Lefoe gadać o planach wysyłki czy też innym nudziarstwie, które zaprzątało go w danym miesiącu, z chęcią się wyniosą. Kiedy zastaną omówione najważniejsze sprawy, oni wymkną się dyskretnie.

Wierciła się na krześle, zastanawiając się, czy Haru miał rację. Senatorzy kolejno wspinali się na podest pośrodku sali, było ich dwudziestu. Rozpoznała ich, choć nie wszystkich umiała wymienić z nazwiska. Jeden z mężczyzn wydał jej się nowy. Wysoki, ciemny, mocno zbudowany, miał postawę oficera, ale nosił prosty cywilny garnitur. Wyszeptał coś do doktora Skousena, przedstawiciela Senatu w szpitalu, po czym wśliznął się w tłum.

– Dzień dobry – rozległo się nagle.

Pośrodku Koloseum zabłysnął olbrzymi hologram senatora Hobba. Choć senatorów było dwudziestu, za każdym razem pozwalali, by podczas zebrań Hobb przemówił pierwszy, wygłaszając wstępne uwagi i podając większość ogłoszeń. Był doprawdy czarujący.

– Proszę zebranych o porządek – powiedział. – Bardzo się cieszymy, widząc tu was. To ważne, byście brali udział w zarządzaniu, a zebrania stanowią najlepszy sposób na wzmocnienie więzi. W tym miejscu chcielibyśmy podziękować szczególnie Sieci Obrony Long Island, a zwłaszcza sierżantowi Stewartowi i jego oddziałowi za to, że przez całą noc ręcznie nakręcali generatory w Koloseum. Tak jak się wcześniej zobowiązaliśmy, podczas zebrań nie czerpaliśmy i nie czerpiemy prądu potrzebnego społeczności. – Rozległy się krótkie oklaski, Hobb czekał z uśmiechem, aż ucichną. – Zaczniemy od pierwszego punktu spotkania. Pani Rimas, zechce pani dołączyć do mnie.

– Chodzi o szkoły – mruknęła Kira.

– Mówiłem – odparł Haru.

Pani Rimas była szefową zespołu szkół w East Meadow, który z czasem skurczył się do jednej placówki. Wciąż nią kierowała. Kira słuchała, zasłaniając dłonią usta, jak stara kobieta opowiada z dumą o pracy wykonanej przez nauczycieli, wieloletnich sukcesach ich systemu i wielkich osiągnięciach absolwentów. To było pożegnanie, tryumfalne spojrzenie na ciężką pracę i oddanie tych ludzi, ale Kira nie potrafiła powstrzymać niesmaku. Nieważne, jak to nazywali, nieważne, jak bardzo starali się skupić na pozytywach, nie dało się ukryć przykrej prawdy: nie było dzieci. Zamykano szkoły, bo zabrakło uczniów. Nauczyciele zrobili swoje, lekarze – nie.

Najmłodszy człowiek na wyspie za miesiąc skończy czternaście lat. Możliwe, że na innych kontynentach przetrwał ktoś jeszcze, ale nikomu nie udało się nawiązać kontaktu, i z czasem uchodźcy na Long Island zaczęli wierzyć, że są sami, a najmłodsze dziecko jest najmłodszym człowiekiem na świecie. Chłopiec miał na imię Saladin. Kiedy wezwano go na scenę, Kira nie zdołała powstrzymać łez.

Marcus objął ją ramieniem, słuchali serii poruszających mów i gratulacji. Tak jak przewidział Haru, najmłodszych uczniów przeniesiono do programów zawodowych. Dziesięcioro trafiło do programu medycznego, który właśnie ukończyła Kira; za rok czy dwa rozpoczną staż w szpitalu, tak jak ona teraz. Czy wówczas cokolwiek się zmieni? Czy dzieci nadal będą umierać? Czy pielęgniarki wciąż będą patrzeć, jak konają, zapisywać dane i zawijać ciałka, szykując je do pogrzebu? Kiedy to się skończy?

Gdy nauczyciele wstawali kolejno, by się pożegnać i życzyć powodzenia uczniom, w Koloseum zapadła niemal nabożna cisza. Kira wiedziała, że pozostali obecni myślą to samo co ona. Zamknięcie szkół było niczym ostateczne stwierdzenie, że świat się kończy, bo zostało czterdzieści tysięcy ludzi i żadnych dzieci.

Ostatnia nauczycielka przemawiała cicho, ze łzami żegnając się z uczniami. Oni także mieli dołączyć do kursów zawodowych, po czym rozpocząć pracę i nowe życie. Tę akurat przydzielono tam, gdzie Saladina, do komisji zwierząt, zajmującej się tresurą koni, psów i sokołów. Słysząc to, Kira uśmiechnęła się. Może i Saladin musi dorosnąć, ale przynajmniej wciąż będzie mógł bawić się z psem.

Gdy nauczycielka usiadła, podniósł się senator Hobb i podszedł do mikrofonu, stając w świetle reflektora. Poważny i zatroskany, przez moment milczał, zbierając myśli, potem objął zebranych spojrzeniem błękitnych oczu.

– Nie musiało tak być – oznajmił.

Wśród tłumu rozległ się szmer, gdy ludzie mamrocząc, zerkali na swych towarzyszy. Kira dostrzegła, że Marcus patrzy na nią, uścisnęła mocno jego dłoń, nie odrywając wzroku od senatora.

– Szkoły nie musiały zostać zamknięte – ciągnął. – W East Meadow pozostało zaledwie dwadzieścioro dzieci w wieku szkolnym, ale na wyspie jest ich znacznie więcej. W Jamesport na farmie mieszka dziesięcioro dzieci, niemal tak młodych jak Saladin. Ściskałem ich dłonie, błagałem, by przyjechały, zamieszkały w bezpiecznym miejscu, chronione przez Sieć Obrony. Towarzyszący im ludzie, adoptowani rodzice, nie zgodzili się. Zaledwie tydzień po moim wyjeździe, dwa dni temu, tak zwany Głos Ludu zaatakował tę farmę. – Hobb zawiesił głos, próbując się opanować. – Posłaliśmy żołnierzy, by odzyskali, co tylko się da, ale obawiam się najgorszego.

Senator powiódł wzrokiem po olbrzymiej hali, przyszpilając ich spojrzeniem szczerych oczu.

– Jedenaście lat temu Częściowcy próbowali nas zniszczyć i prawie im się to udało. Skonstruowaliśmy ich, by byli od nas silniejsi i szybsi, walczyli za nas w wojnie izolacyjnej. I tak się stało, z łatwością zwyciężyli w tej wojnie, ale pięć lat później zwrócili się przeciwko nam. Nie potrzebowali dużo czasu, by zetrzeć nas z powierzchni ziemi, zwłaszcza gdy uwolnili RM. Ci z nas, którzy przeżyli, przybyli na tę wyspę z niczym – załamani, zagubieni w rozpaczy – a jednak przetrwali. Odbudowaliśmy obwód ochronny. Znaleźliśmy żywność i schronienie, odtworzyliśmy energię, rząd i cywilizację. Kiedy odkryliśmy, że RM wciąż zabija nasze dzieci, przyjęliśmy Ustawę Nadziei, by zmaksymalizować szansę spłodzenia nowego pokolenia ludzi odpornych na RM. Dzięki tej ustawie i niestrudzonym wysiłkom sił medycznych, z każdym dniem jesteśmy coraz bliżsi spełnienia tego marzenia.

Senator Hobb skinął głową w stronę siedzącego obok doktora Skousena, po czym znów popatrzył na zgromadzonych.

– W trakcie tych wysiłków coś się wydarzyło. Niektórzy z nas postanowili się odłączyć. Zapomnieli o wciąż przyczajonym wrogu, obserwującym nas i czekającym, zapomnieli o wrogu, który wypełnia powietrze wokół nas i atakuje naszą krew, zabijając dzieci, krewnych i przyjaciół. Uznali, że zbudowana przez nas cywilizacja także stała się wrogiem. Wciąż walczymy o to, co nasze, tyle że teraz walczymy ze sobą. Od czasu przyjęcia Ustawy o Nadziei, dwa lata temu, Głos, zbrojni bandyci udający rewolucjonistów, palą nasze farmy, plądrują magazyny, zabijają własnych rodaków – braci i siostry, matki i ojców, i Boże dopomóż, także dzieci. Jesteśmy jedną wielką rodziną, nie możemy walczyć ze sobą. A ci ludzie – nazwijmy ich tak, jak na to zasługują barbarzyńcy – niezależnie od kierujących nimi motywów, w istocie usiłują dokończyć to, co zaczęli Częściowcy. Jednak nie pozwolimy im na to – podkreślił stanowczo senator. – Jesteśmy jednym narodem, jednym ludem, jedną wolą… a przynajmniej powinniśmy być. Chciałbym przynosić lepsze wieści, ale, niestety, zeszłej nocy Sieć Obrony wykryła bandę ludzi Głosu, organizującą nalot na magazyny. Chcecie się dowiedzieć gdzie? Odgadniecie?

Większość wymieniała nazwy farm i wiosek rybackich, lecz olbrzymi hologram ze smutkiem pokręcił głową. Kira spojrzała w dół na maleńką postać senatora w znoszonym brązowym garniturze, niemal białą w blasku reflektora. Hobb obrócił się powoli, kręcąc głową pod adresem tłumu wykrzykującego nazwy miejscowości. Wskazał ręką.

– Tutaj – rzekł. – Dokładnie tutaj, na południe od alei, w starym liceum Kellenburg. Napastnicy byli nieliczni i zdołaliśmy odeprzeć ich bez zbytniego przelewu krwi, toteż możliwe, że nawet o tym nie słyszeliście. Jak wielu z was mieszka w pobliżu?

– Uniósł rękę, pozdrawiając skinieniem głowy tych, którzy także to zrobili. – Tak – dodał – wy tam mieszkacie i ja tam mieszkam, to serce naszej społeczności. Głos nie kryje się już w lasach, jest tutaj, w East Meadow, w naszym sąsiedztwie. Chcą rozedrzeć nas od środka, ale my im nie pozwolimy! – wykrzyknął senator.

Kira i kilka pozostałych osób odkrzyknęło, jedną z nich był Haru.

– Głos sprzeciwia się Ustawie Nadziei – podjął Hobb. – Nazywają ją tyranią, faszyzmem, wzmożoną kontrolą. My nazywamy ją naszą jedyną szansą. My chcemy zapewnić przyszłość ludzkości, oni chcą żyć w chwili obecnej i zabijać każdego, kto próbuje ich powstrzymać. Czy to jest wolność? Jeśli czegoś się nauczyliśmy przez ostatnich jedenaście lat, przyjaciele, to tego, że wolność to odpowiedzialność, na którą trzeba zasłużyć, nie prawo do nieostrożności i anarchii. Jeśli pewnego dnia, mimo naszych wysiłków i najgłębszej determinacji, upadniemy, niechaj stanie się do dlatego, że pokonał nas wróg, a nie dlatego, że pokonaliśmy się sami.

Kira słuchała spokojnie. Nie zachwycała jej myśl o szybkim zajściu w ciążę – do osiągnięcia wieku pozostało jej niecałe dwa lata – ale wiedziała, że Senat ma rację. Najważniejsza jest przyszłość – ważniejsza niż wahanie jednej dziewczyny.

Głos senatora Hobba zabrzmiał ponuro.

– Głos nie akceptuje Ustawy Nadziei i postanowił dać temu wyraz poprzez morderstwa, kradzieże i terroryzm. Wolno im się nie zgadzać, to ich metody stanowią problem. Nie tak dawno istniała inna grupa posługująca się tymi samymi metodami – grupa, której nie podobał się zastany porządek rzeczy i postanowiła się zbuntować. Nazywano ich Częściowcami. Różnica polega na tym, że Częściowcy to bezmyślni, nieczuli, nieludzcy zabójcy. Zabijają, bo po to ich zbudowaliśmy. Zwolennicy Głosu to ludzie i w pewnym sensie czyni ich to znacznie niebezpieczniejszymi.

Tłum zaszemrał. Senator Hobb odchrząknął.

– Istnieją rzeczy ważniejsze od nas samych, istotniejsze niż ograniczenia chwili obecnej i jej kaprysy. Musimy zbudować i ochronić przyszłość. Jeśli ten zamiar ma się urzeczywistnić, to należy zaprzestać walki ze sobą, skończyć ze sporami, znów sobie zaufać. Tu nie chodzi o miasto i farmy, o grupki czy frakcje. Tu chodzi o nas, ludzką rasę. Są ludzie, którzy chcą to zniszczyć, lecz my im na to nie pozwolimy!

Tłum znów ryknął, tym razem Kira dołączyła do innych. Nawet krzycząc, nie mogła pozbyć się dojmującego strachu.

Rozdział drugi

– Spóźniłaś się, Walker.

Kira nie przyspieszyła, obserwowała twarz Jaydena, spokojnie zmierzając w stronę wozu. Był bardzo podobny do Madison.

– Co takiego? – spytała. – Czy żołnierze nie muszą już uczestniczyć w obowiązkowych zebraniach?

– I piękne dzięki za twoje podejście. – Jayden oparł karabin na ramieniu. – Co za radość mieć tu was oboje, ciebie i twój rozkoszny humorek.

Kira złożyła dwa palce w pistolet i udała, że strzela mu w twarz.

– Dokąd tym razem jedziemy?

– Do małego miasteczka, Asharoken.

Jayden pomógł jej wsiąść na tył wozu, gdzie stłoczyło się już dziesięciu żołnierzy i dwa przenośne generatory. Oznaczało to, że zapewne będzie musiała sprawdzić na miejscu stary sprzęt, by ocenić, czy warto go zabierać. Oprócz niej w grupie było dwoje cywilów, mężczyzna i kobieta; zapewne mieli posłużyć się drugim generatorem, testując własne urządzenia.

Jayden oparł się o bok wozu.

– Daję słowo, na tej wyspie są najdziwniejsze nazwy miast, o jakich kiedykolwiek słyszałem.

– Wyglądacie, jakbyście mieli polować na niedźwiedzie – orzekła Kira, zerkając na ciężkie karabiny. Wyjeżdżając z miasta, zawsze zabierali broń, natomiast dziś wyglądali, jakby szli na wojnę. Jeden z żołnierzy dźwigał długą rurę, w której rozpoznała wyrzutnię rakiet. Kira znalazła wolne miejsce i wsunęła między nogi torbę i apteczkę. – Spodziewacie się bandytów?

– Północne wybrzeże – odparł Jayden i Kira zbladła.

Północne wybrzeże pozostawało niezasiedlone i tym samym stanowiło główne terytorium Głosu.

– Valencio, spóźniłeś się! – krzyknął Jayden.

Kira z uśmiechem uniosła głowę.

– Cześć Marcus.

– Dawno się nie widzieliśmy. – Marcus odpowiedział szerokim uśmiechem i wskoczył na tył wozu. – Przepraszam za spóźnienie, Jayden, zebranie przeciągnęło się trochę dłużej, niż planowałem. Pod koniec było ostro i gorąco. Stanowiłeś główny temat rozmów pomiędzy wybuchami namiętnych.

– Może od razu przeskocz do mojej matki – rzucił Jayden – a ja do momentu, kiedy mówię ci, żebyś poszedł w diabły, wtedy będziemy mogli wziąć się do roboty.

– Twoja matka zmarła z powodu wirusa RM jedenaście lat temu. Ile wówczas miałeś lat? Sześć? To byłoby z mojej strony bardzo niegrzeczne.

– A twoja matka smaży się w piekle – odparł Jayden – więc z pewnością wkrótce się zobaczymy. Sukinsyn!

Kira zbladła, słysząc wyzwisko, lecz Marcus jedynie uśmiechnął się złośliwie, wodząc wzrokiem po pozostałych pasażerach.

– Dziesięciu żołnierzy, co? Dokąd jedziemy?

– Północne wybrzeże – odparła Kira.

Marcus zagwizdał.

– A już się martwiłem, że ominie nas zabawa. Pewnie wyczyściliśmy inne rejony, co? – Zerknął na dwójkę cywilów.

– Musicie mi wybaczyć, ale was nie rozpoznaję.

– Andrew Turner. – Mężczyzna wyciągnął rękę. Był starszy, pod pięćdziesiątkę, wśród rzednących włosów Kira dostrzegła pierwsze oparzenia słoneczne. – Elektryk.

– Miło mi poznać. – Marcus uścisnął mu dłoń.

Kobieta uśmiechnęła się i pomachała.

– Gianna Cantrell, komputery.

Kira oceniła ją na jakieś trzydzieści pięć lat, wystarczająco, by studiować informatykę przed Wybuchem. Odruchowo zerknęła na brzuch kobiety, ale oczywiście nie była ona w ciąży. Operacja w terenie to zbyt niebezpieczna misja, by narażać dzieci.

– Ciekawa kombinacja. – Marcus zerknął na Jaydena. – Co to za miejsce?

– Zwiad wojskowy sprawdził je parę dni temu – odparł Jayden. – Zarejestrowali klinikę, aptekę i „stację meteo”, cokolwiek to znaczy, a ja muszę się tam telepać na Króliczy Skok. Wyobraź sobie, jak się cieszę. – Przeszedł na przód wozu i usiadł obok powożącej młodej kobiety.

Kira widziała ją kilka razy – wciąż pozostał jej rok czy dwa do wieku ciąży, co oznaczało, że nadal mogła służyć w wojsku.

– Dobra, Yoon, ruchy, ruchy.

Dziewczyna potrząsnęła wodzami i zacmokała do czterech koni. Sieć Obrony dysponowała kilkoma samochodami elektrycznymi, ale żaden nie miał dość mocy, by przewieźć sprawnie ciężki ładunek. Energia była cenna, konie – tanie, toteż najlepsze silniki elektryczne przejęto do innych celów. Wóz zachybotał się i ruszył. Kira oparła dłoń za plecami Marcusa, by się przytrzymać. Marcus przywarł do niej bliżej.

– Hej, mała.

– Hej.

– Króliczy Skok? – Andrew Turner uniósł pytająco brwi.

– Tak w slangu określa się operacje z takimi jak wy specjalistami, zamiast żołnierzy. – Kira zerknęła na oparzenia słoneczne mężczyzny. – Nigdy pan nie brał w podobnej udziału?

– Robiłem wiele wypadów na początku, jak wszyscy, lecz po roku przydzielono mnie do obsługi paneli słonecznych.

– Królicze Skoki to łatwizna – wtrącił Marcus. – Północne Wybrzeże bywa niesamowite, ale nic nam nie grozi. – Rozejrzał się wokół z uśmiechem. – Poza osadą stan dróg pozostawia wiele do życzenia, więc cieszcie się spokojną jazdą, póki możecie.

Jakiś czas jechali w milczeniu, wiatr świstał w otwartym wozie i unosił kucyk Kiry w stronę Marcusa. Pochyliła się, celując włosami prosto w jego twarz, i zaśmiała się, gdy prychnął, odgarniając je. Zaczął ją łaskotać, a ona cofnęła się pospiesznie, wpadając na siedzącego obok żołnierza. Uśmiechnął się do niej niezręcznie – chłopak mniej więcej w jej wieku, wyraźnie zadowolony z tego, że dziewczyna niemal przysiadła mu na kolanach. Wróciła na swoje miejsce, próbując nie ryknąć śmiechem.

– Ostatni marker – rzucił żołnierz siedzący obok Kiry. – Uwaga na drogę.

Pozostali mundurowi wyprostowali się i wyżej unieśli broń, uważnie przyglądając się mijanym budynkom.

Kira odwróciła się, patrząc na przesuwające się miasto – wydawało się puste i pewnie takie było, ale ostrożności nigdy dosyć. Markery wyznaczały granice osady East Meadow i regionu, który ich wojsko mogło patrolować, nie zamykały jednak obszaru miejskiego. Stary świat ciągnął się na mile1 we wszystkie strony, niemal od wybrzeża do wybrzeża. Większość ocalałych mieszkała w East Meadow albo bazie wojskowej na zachodzie. Na wyspie pozostali też szabrownicy, włóczędzy i najrozmaitsi przestępcy. Głos stanowił największe zagrożenie, ale bynajmniej nie jedyne.

Nawet poza East Meadow uczęszczana droga była dobrze utrzymana. Naturalnie, trafiało się na śmieci, ziemię, liście i przypadkowe przyrodnicze szczątki, ale regularny ruch chronił asfalt przed inwazją roślin. Wóz z rzadka podskakiwał na poważniejszym wyboju bądź dziurze. Natomiast teren poza krawężnikami przedstawiał opłakany widok. Miasto zaczęło obracać się w ruinę, domy się rozpadały, chodniki pękały i unosiły się pod naporem korzeni. Wszędzie rozpanoszyły się chwasty, a także olbrzymie pędy kudzu2, pokrywające powierzchnię grubym dywanem. Zniknęły trawniki, podwórza, szyby w oknach. Nawet większość bocznych ulic, mniej używanych niż główna droga, przecinały linie zieleni. Matka natura powoli odbierała to, co ukradł jej stary świat.

W pewnym sensie Kirze nawet się to podobało; nikt nie będzie mówił naturze, co ma robić.

Jeszcze chwilę jechali w milczeniu, nagle jeden z żołnierzy wskazał na północ.

– Zbieracz! – ryknął.

Kira obróciła się na siedzeniu, przeczesując wzrokiem miasto, i w końcu dostrzegła kątem oka ruch – szkolny autobus uginający się od ciężaru najróżniejszych drobiazgów i dźwigający na dachu wysoką stertę pudeł, skrzyń, worków i mebli, zamocowanych byle jak za pomocą setek jardów3 sznura. Obok stał mężczyzna, ściągający benzynę z baku zaparkowanego wozu; miał z sobą dwójkę nastolatków, Kira oceniła ich na między piętnaście a siedemnaście lat.

– Rany – mruknął Marcus – wciąż używa benzyny.

– Może nauczył się ją filtrować – Gianna z zainteresowaniem przyglądała się autobusowi. – Robi tak sporo zewnętrznych społeczności – choć wciąż niszczy silniki, ale tych raczej nam nie zabraknie.

– Powinni po prostu przenieść się do miasta – mruknął Turner. – Mógłby mieć prawdziwy dom, podłączylibyśmy go do prądu i ochrony, i… No cóż, do wszystkiego.

– Wszystkiego oprócz swobody – odparła Gianna. – A także anonimowości i wolności.

– Co masz na myśli, mówiąc wolność? – spytał żołnierz siedzący obok Kiry. Na jego mundurze widniała naszywka z napisem Brown. – My mamy wolność, on anarchię.

– W takim razie bezpieczeństwo – rzekła.

Szeregowy Brown zważył w dłoniach karabin.

– A jak to nazwiesz?

– Podczas buntu Częściowców jako pierwsze padły większe skupiska ludzi – wyjaśniła Gianna – bo główne ośrodki stanowią łatwy cel. Jeśli Częściowcy, gdziekolwiek są, stworzą nowy szczep RM, który pokona naszą odporność, karabiny nam nie pomogą. Miejsce takie jak East Meadow będzie wówczas bardzo groźne.

– Cieszę się, że doceniasz, iż narażam dla ciebie życie – rzekł gniewnie Brown.

– Nie twierdzę, że nie jesteście potrzebni. Mówię tylko. Cóż, nie będę się powtarzać. Jak widać, zdecydowałam się zamieszkać w East Meadow. Tłumaczę tylko możliwy powód, dla którego on postanowił inaczej.

– Pewnie należy do Głosu – odezwał się pogardliwie inny żołnierz. – Wychowuje dzieciaki na szpiegów, zabójców czy diabli wiedzą kogo jeszcze.

Brown zwymyślał go, a Kira odwróciła głowę, starając się ich ignorować. Miała dość tego typu dyskusji. Dzień był upalny, ale wiała przyjemna bryza. Przytuliła się do Marcusa. Jak zwykł mówić mój ojciec? „Jesteś silniejsza niż próby, którym cię poddają”.

Jestem silniejsza, niż próby, którym mnie poddają.

Rozdział trzeci

Kiedy kilka godzin później dotarli do Asharoken, niebo zaczynało szarzeć. Kira miała nadzieję, że szybko zrobią, co do nich należy, i rozbiją obóz dalej od wybrzeża. Asharoken bardziej przypominało dzielnicę niż miasto, z resztą wyspy łączył je nieprzerwany ciąg zabudowań i dróg. Kira natychmiast pojęła, czemu wcześniejsze patrole unikały tej okolicy. Ten wąski cypel lądu, odchodzący na północ od wyspy, z jednej strony miał cieśninę, z drugiej zatokę. Jedno wybrzeże wzbudzało niepokój ludzi; dwa to niemal zbyt wiele do zniesienia.

Wóz zatrzymał się przed niewielką kliniką weterynaryjną. Marcus jęknął.

– Nie mówiłeś, że to psi szpital, Jayden. Co mamy tu znaleźć?

Jayden zeskoczył z wozu.

– Gdybym wiedział, wyczyściłbym go dwa dni temu. Nasi spisali leki i aparat rentgenowski; idźcie robić swoje.

Marcus zeskoczył na ulicę, obaj z Jaydenem unieśli ręce, żeby pomóc Kirze. Z łobuzerską miną ujęła dłonie obu, a oni zsadzili ją, nadąsani.

– Sparks, Brown, pójdziecie pierwsi – polecił Jayden i żołnierze wyskoczyli z ciężarówki, dźwigając jeden z generatorów.

– Patterson, ty i twój oddział zabezpieczycie teren, miejcie oko na wszystko i eskortujcie ich do następnego przystanku. Wygląda na to, że od wczoraj ktoś tu węszył. Nie życzę sobie niespodzianek.

– Skąd wiesz, że ktoś tu był? – spytała Kira.

– To pewnie tylko zbieracz, ale jesteśmy na cholernym Północnym Wybrzeżu i nie zamierzam ryzykować. Jeśli znajdziecie tu coś wartościowego, moje króliczki, to przygotujcie do transportu. Załadujemy to w drodze powrotnej. Zabieram moją drużynę na przystanek numer trzy. Patterson, kontakt co piętnaście minut. – Jayden wdrapał się do wozu i zawołał do woźnicy: – Ruszamy!

Wóz z szarpnięciem potoczył się na północ, Kira zawiesiła na ramieniu apteczkę i rozejrzała się. Asharoken, podobnie jak większość małych miasteczek, niknęło pod plątaniną kudzu, ale fale cieśniny z łagodnym szumem lizały brzeg, a niebo było czyste i pogodne.

– Ładnie tu.

– Uważać tam! – rzucił Patterson.

Pozostali żołnierze rozproszyli się, tworząc koło wokół kliniki, tymczasem Sparks i Brown zbliżyli się do zrujnowanego budynku, unosząc do oczu karabinki szturmowe. Kirę zafascynowało to, jak się poruszali; obracali się, unosili i opadali, by utrzymać linię wzroku. Wyglądało to niemal, jakby karabin przesuwał się na niewidocznych szynach, a żołnierz poruszał się swobodnie wokół niego. Frontowa ściana kliniki składała się głównie z szyb, obecnie wybitych i zarośniętych kudzu. Środkowy betonowy filar oznaczono jaskrawo pomarańczowym symbolem. Kira uczestniczyła w dostatecznie wielu operacjach odzysku, aby rozpoznać większość znaków, ten jednak znała najlepiej. Oznaczał: częściowo skatalogowane, wrócić z medykami. Sparks i Brown umiejętnie osłaniając się nawzajem, weszli do środka, stąpając ostrożnie między gruzami i roślinnością. Patterson wspiął się na dach, trzymając się krawędzi, skąd kontrolował sytuację.

Po zabezpieczeniu budynku Kira i Marcus sprawdzili generator. Zamontowano go na ciężkich taczkach, u dołu mieścił się potężny akumulator i ręczna korba, na górze niewielki panel słoneczny i grube zwoje kabli i wtyczek. Wyspa była potwornie zagracona, nie było sensu ściągać do East Meadow złomu, który do niczego się nie przyda. Ulice wypełniały rzędy zaparkowanych samochodów o przerdzewiałych karoseriach, pozbawionych powietrza kołach i powybijanych oknach. W jednym z nich, w fotelu kierowcy, tkwił szkielet ofiary RM. Kira zastanawiała się, dokąd wybierał się ten człowiek. Nawet nie zdążył się wydostać z własnego podjazdu.

Dwie minuty później Brown otworzył drzwi i wezwał ich gestem.

– Wszędzie czysto, ale uważajcie… gdzie stajecie. Wygląda na to, że budynek zajęło stado dzikich psów.

– Wierne zwierzaki. – Marcus uśmiechnął się złośliwie. – Musiały bardzo kochać weterynarza.

Kira pokiwała głową.

– Chodźmy go odpalić.

Marcus przechylił generator na kołach i powoli zaczął popychać taczkę. Kira zauważyła, że Brown nałożył maskę, toteż przystanęła, aby przygotować własną: kilka razy złożoną chustę, na którą wylała pięć kropelek mentolu. Porzucone zwłoki już dawno się rozłożyły, tak jak szkielet w samochodzie, ale stado psów z pewnością znosiło tu padlinę, nie mówiąc o odchodach, piżmie i nie wiadomo czym jeszcze. Kira obwiązała chustę wokół nosa i ust i wtedy ujrzała, jak Marcus dławi się, rozpaczliwie szukając w kieszeniach własnej maski.

– Powinieneś bardziej uważać – orzekła, mijając go w drodze do pomieszczenia na tyłach. – Ja czuję tylko rześki zapach mięty.

Magazyn medyczny okazał się świetnie wyposażony i nie był splądrowany, choć bez wątpienia niedawno ktoś tu grzebał, pozostawiając odciski i smugi w grubej warstwie kurzu. Pewnie to szweje4, pomyślała Kira, choć wcześniej nie spotkała się z tym, żeby szwej przeglądał leki.

Na blacie wyznaczyła osobno miejsce na leki przeznaczone do zabrania i do zniszczenia. Każdy stażysta medyczny najpierw dowiadywał się, które lekarstwa z odzysku wciąż są przydatne i na jak długo, a które tracą ważność i stają się niebezpieczne. Zabieranie bezużytecznych leków do East Meadow byłoby jeszcze gorsze niż sprowadzanie zepsutych sprzętów, ponieważ mogły stanowić zagrożenie. Personel medyczny sprawował opiekę nad ludźmi i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było podanie komuś niewłaściwego leku bądź, co gorsza, przedostanie się przeterminowanych medykamentów do źródeł wody pitnej. Bezpieczniej i łatwiej było ocenić ich przydatność po znalezieniu. Uczono ich także rozpoznawać leki dla zwierząt. Antybiotyk przeznaczony dla psów w ostatecznym rozrachunku to nadal antybiotyk. Pozbawieni zaplecza produkcyjnego mieszkańcy wyspy musieli zadowalać się tym, czym dysponowali. Kira zaczęła sprawnie sortować zawartość szafek, gdy do środka wmaszerował Marcus z maską na twarzy.

– Cuchnie tu jak w krypcie.

– Bo to jest krypta.

– Psy musiały tu stworzyć własną cywilizację, aby osiągnąć taki poziom smrodu. – Marcus otworzył kolejną szafkę i zaczął rzucać leki na wyznaczone przez Kirę miejsca. – Zwierzęta nie są najgorsze – dodał. – Najgorszy jest kurz. W płucach zabiorę do domu co najmniej pół kilo kurzu.

– To ci wzmocni charakter. – Kira zaśmiała się, po czym spróbowała naśladować siostrę Hardy. – Brałam udział w niezliczonych odzyskach, stażysto, musisz nauczyć się z tym żyć.

Poza tym wdychanie pyłu z trupów jest zdrowe, bo pobudza do działania nerki.

– Odzysk jest nie tylko pożyteczny – odparł Marcus, udatnie wcielając się w senatora Hobba – ale także kluczowy dla przetrwania ludzkości. Pomyśl o roli, jaką odegrasz na nowych, wspaniałych kartach jej historii!

Kira się roześmiała. Rzeczywiście Hobb często mówił o „nowych kartach historii”, jakby wystarczyło jedynie pisać dalej, aby księga nigdy się nie skończyła.

– Przyszłe pokolenia będą wspominać z podziwem olbrzymów, którzy ocalili nasz gatunek – ciągnął Marcus, w dalszym ciągu udając Hobba – którzy pokonali Częściowców i raz na zawsze skończyli z RM, ocalili życie niezliczonych dzieci i…

– Urwał…

W pomieszczeniu zapadło krępujące milczenie. Po pewnym czasie Marcus znów się odezwał:

– Myślę, że stają się coraz bardziej nerwowi, chociaż starają się tego nie okazywać. Nie wspomnieli o tym podczas zebrania, ale poważnie rozważają ponowne obniżenie wieku dziewcząt, które powinny zajść w ciążę.

Kira zamarła z uniesionymi rękami i zerknęła na Marcusa.

– Mówisz serio? – spytała.

Skinął głową.

– Wracając do domu, spotkałem Isolde. Mówiła, że w Senacie pojawiła się nowa grupa, która twierdzi, że nie należy przeprowadzać badań i szukać lekarstwa, tylko sprowadzać na świat tyle dzieci, by przekroczyć procentowy próg odporności.

– Przecież dwukrotnie przekroczyliśmy ten poziom – zauważyła Kira. – Zero przecinek zero zero zero cztery procent oznacza, że jedno na dwa i pół tysiąca dzieci będzie odporne.

– Wiem, że to głupota – odparł Marcus – ale nawet lekarze zaczynają popierać tę grupę. Z ich punktu widzenia więcej dzieci oznacza więcej okazji do badań.

– Kolejna obniżka to siedemnaście lat. Isolde ma siedemnaście. Co zrobi? Nie jest gotowa zajść w ciążę – powiedziała Kira.

– Znajdą dawcę i…

– To nie jest agencja randkowa – rzuciła Kira, przerywając Marcusowi – to program naukowy. Wcale by mnie to nie zdziwiło, gdyby do wody wprowadzali leki zwiększające płodność.

– Gniewnymi ruchami wyciągała z szafki pudełka zawierające leki i rzucała je na blat biurka. – Nieważna miłość i wolność, nieważny wybór, po prostu zachodź w ciążę i ratuj ten cholerny świat.

– Nie siedemnastu – rzekł miękko Marcus, wbijając wzrok w ścianę.

Kira poczuła, jak żołądek ściska się jej boleśnie w oczekiwaniu na to, co zaraz usłyszy.

– Isolde powiedziała, że w Senacie szykują referendum obniżające wiek ciąży do szesnastu lat.

Zamarła. Oficjalne ustalenie wieku to był nakaz: wszystkie kobiety powyżej pewnego wieku miały obowiązek zajścia w ciążę jak najszybciej i być w niej najczęściej jak to możliwe. Od pięciu lat wiedziałam, że to mnie czeka, pomyślała Kira. Miałam pięć lat, by się przygotować, nastawić psychicznie, ale mimo wszystko… nie jestem na to gotowa.

– To głupie – ciągnął Marcus. – Głupie i niesprawiedliwe. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak się czujesz. Uważam, że to poroniony pomysł, i mam nadzieję, że nie zostanie zrealizowany.

– Dziękuję.

– A jeśli nie?

– Nie zaczynaj, Marcus.

– Mówię tylko, że powinniśmy… zastanowić się nad tym. Jeśli nowa ustawa wejdzie w życie a ty sama nie podejmiesz decyzji, to.

– Powiedziałam: nie zaczynaj. To nie są okoliczności, w których chciałabym przeprowadzić tę rozmowę.

– Nie mówię o seksie, a o małżeństwie. – Marcus postąpił krok, zatrzymał się i spojrzał w sufit. – Planowaliśmy je, odkąd skończyliśmy trzynaście lat, Kiro. Zamierzaliśmy razem odbyć staż, potem pracować w szpitalu i się pobrać. To był też twój plan…

– Ale już nie jest – wpadła mu w słowo Kira. – Nie jestem jeszcze gotowa, by dokonać wyboru. I z całą pewnością nie byłam gotowa jako trzynastolatka. – Odwróciła się do szafki, zaklęła pod nosem i ruszyła do drzwi. – Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.

Na dworze zdjęła maskę i kilka razy głęboko odetchnęła.

Najgorsze jest to, że dokładnie rozumiem ich argumenty, pomyślała.

Nagle drzewa na północy rozświetlił jaskrawy pomarańczowy blask, w sekundę później zabrzmiał ogłuszający ryk. Kira poczuła wstrząs fali uderzeniowej, wykręcającej jej wnętrzności. Ledwie zdążyła zrozumieć, że właśnie widziała i słyszała wybuch, gdy odzyskała słuch i usłyszała krzyki żołnierzy.

Rozdział czwarty

Szeregowy Brown skoczył ku niej, złapał ją mocno i pociągnął na ziemię, za jeden z parkujących samochodów.

– Nie wstawaj.

– Co się dzieje?

– Leż tutaj! – Brown wyciągnął radio i nacisnął włącznik.

– Sierżancie, tu Shaylon, czy jesteście ostrzeliwani? Over.

Radio zatrzeszczało, lecz odpowiedział jedynie szum.

– Ktoś do nas strzela? – spytała Kira.

– Gdybym wiedział, nie pytałbym Jaydena. – Brown ponownie włączył radio. – Sierżancie, słyszycie mnie? Wasz status?

Radio głucho zabrzęczało. Kira i Brown spojrzeli na nie z rozpaczą – to mógł być przypadkowy wybuch, ale równie dobrze mógł w nim maczać palce Głos albo nawet Częściowcy. Czy to atak? Inwazja? Przez chwilę radio milczało, nagle do wtóru głośnych trzasków zabrzmiał głos Jaydena.

– Przystanek trzeci został zaminowany! Troje ludzi uwięzionych w środku. Jak najszybciej ściągnij medyków!

Brown odwrócił się w stronę kliniki, jednocześnie płynnym ruchem wstając z ziemi.

– Sprowadźcie tu Marcusa! Ofiary w punkcie trzy!

Kira puściła się biegiem – widziała dym wznoszący się nad budynkiem najwyżej milę dalej. Brown szybko ją dogonił; pędził środkiem ulicy, trzymając przed sobą karabin, Kira podziękowała w duchu temu, kto sprawił, że nie zdjęła z ramienia apteczki. Pochyliła głowę, przyspieszając. Brown ledwie dotrzymywał jej kroku.

Najpierw ujrzała Jaydena, zajął pozycję na kabinie zarośniętej ciężarówki. Patrząc przez lornetkę, lustrował horyzont. Obok stał wóz, lewe przednie koło miał strzaskane, dwa konie zginęły, pozostałe rżały, spanikowane. Dopiero potem zobaczyła budynek – dymiącą ruinę między dwiema innymi konstrukcjami. Wyglądał jak wieża z drewnianych klocków zburzona przez rozgniewane dziecko. Jeden z żołnierzy ciągnął za ręce kolegę, wywlekając go z rumowiska. Kira uklękła obok rannego, jedną dłonią sprawdziła puls w przegubie, drugą obmacała klatkę piersiową i szyję.

– Nic mi nie jest – odezwał się żołnierz i zakasłał. – Zajmij się cywilami.

Skinęła głową i zerwawszy się na nogi, spojrzała na zburzony dom. Od czego zacząć? Chwyciła za rękę żołnierza i odciągnęła go od rannego towarzysza.

– Gdzie są pozostali?

– W piwnicy w tym narożniku. – Wskazał w dół.

– Pomóż mi się tam dostać.

– Budynek miał dwa piętra, zostali zasypani.

– Pomóż mi się tam dostać – powtórzyła stanowczo Kira, pociągając żołnierza w stronę domu.

Zaczęła przeciskać się przez sterty gruzów, gdy zjawił się zdyszany Marcus.

– Ja… pierniczę.

Kira zanurkowała głębiej między gruzy.

– Panie Turner! – zawołała. – Pani Cantrell! Czy któreś z was mnie słyszy?

Zamarli, wytężając słuch, po chwili Kira wskazała na lewą stronę.

– Tutaj.

Uklękli, odrzucając na bok kawałek strzaskanej podłogi. Kira zamarła, nasłuchując i znów usłyszała sapnięcie bądź stłumiony kaszel. Wskazała na stertę cegieł i żołnierz pomógł ją odgarnąć, podając cegły Marcusowi, Sparksowi i pozostałym żołnierzom. Kira krzyknęła ponownie i uzyskała słabą odpowiedź.

– Tu jestem – rozległo się i Kira rozpoznała kobiecy tembr. Pojęła, że to Gianna. Dźwignęła kawał strzaskanego mebla. Żołnierze wyciągnęli go z dziury. Tkwiąca pod spodem Gianna jęknęła z bólu. Kira wcisnęła się głębiej, by jej pomóc.

– Nadal coś panią przyciska?

– Chyba nie.

Kira chwyciła Giannę za rękę i zaparła się o kolejny fragment podłogi. Zachybotała się, pośliznęła i poczuła, że silne ręce łapią ją z tyłu.

– Mam panią – rzekła – a oni mają mnie. Proszę się podciągnąć.

Gianna powoli uwolniła się ze sterty potrzaskanego drewna i cegieł. Kira ciągnęła ją cal5 po calu. Kiedy Gianna znalazła się wystarczająco wysoko, Kira poczuła, że ktoś ciągnie je obie. Upadły na stos rumowiska i Kira ujrzała napiętego z wysiłku Jaydena.

– Dzięki – rzuciła.

Skinął głową.

– Pomóż mi znaleźć Turnera – powiedziała i skierowała się do wyrwy.

– Panie Turner! Słyszy mnie pan?

– Był obok mnie, gdy nastąpił wybuch – wydyszała Gianna. – Nie mógł się znaleźć zbyt daleko.

Kira zsunęła się do wyrwy, wykrzykując:

– Panie Turner! Andrew! – Urwała, nasłuchując, i pochyliła się. Nic. Uniosła głowę, przeczesując wzrokiem ruiny, próbując ocenić, gdzie mógł spaść.

– Za tym kamieniem. – Gianna wskazała sterczącą z rumowiska dużą płaską płytę. – W piwnicy był kominek, coś jak wielki komin zrobiony z kamienia, nie z cegieł. To pewnie najstarsza część domu.

– Nie zdołamy go poruszyć – zauważył Marcus.

Kira ześliznęła się tuż obok płyty i naparła na nią.

– Andrew Turner! – wykrzyknął Marcus.

– Cicho. Chcę czegoś spróbować – oznajmiła Kira.

Kurz osiadł, powietrze trwało w bezruchu. Kira otworzyła apteczkę i wyciągnęła stetoskop – model cyfrowy ze wzmacniaczem dźwięku. Pstryknęła włącznikiem, modląc się w duchu, by bateria działała, i przycisnęła stetoskop do kamienia.

„Pom, pom, pom, pom…”

– To jego serce! – zawołała. – Leży tu, pod zwalonym kominem.

– Te kamienie podtrzymują połowę domu – zauważył Marcus. – Nie możemy ich poruszyć.

– Musimy, dopóki słyszymy jego bijące serce – orzekł Jayden. – Zejdź mi z drogi, Walker. – Zsunął się do Kiry i zawołał pozostałych. – Yoon, przynieś linę i przywiąż drugi koniec do jednego z koni!

Chwilę później żołnierka zrzuciła między nich sztywną nylonową linę. Jayden wyciągnął ręce, by obwiązać nią kamienną płytę. Kira ponownie przycisnęła do niej stetoskop.

„Pom, pom, pom”.

– Wciąż słyszę bicie serca. – Odwróciła się, szukając wzrokiem drewnianych belek. – Marcus ma rację. Jeśli teraz przesuniemy kamień, to zawali się na niego cały parter. Masz, podeprzyj tym. – Pociągnęła długą belkę, wciąż przybitą do podłogi, Jayden wepchnął ją na miejsce, podpierając rumowisko.

– Gotowe! – wykrzyknął. – Ruszaj naprzód, Yoon! Jeszcze… jeszcze! Dobra, napięła się, teraz bardzo wolno!

Lina naciągnęła się, ale Kira nie zauważyła, by kamień się poruszył. Słyszała jednak, jak zgrzyta o niewidoczną kamienną posadzkę.

– To działa! – zawołała.

Jayden zaczął wykrzykiwać kolejne rozkazy.

– Jedź dalej! Spokojnie, powoli, właśnie tak! Uważaj na linę!

Kamień wysunął się i Jayden stęknął, odpychając go na bok.

Kira skupiła wzrok, zerkając nerwowo na zaimprowizowaną podporę. Nagle dostrzegła w ciemności jakiś kształt i zamarła. Wcześniej go nie widziała, bo zasłaniała go kamienna płyta.

To była ludzka noga, oderwana tuż nad kolanem.

– Nie – mruknęła. Ostrożnie wyciągnęła ramię, obmacując miejsce, w którym pękła kość. Zmiażdżona, pomyślała. Komin zawalił się i oderwał mu nogę. Czy to możliwe, by Turner żył? Przycisnęła słuchawkę do kolejnego kamienia.

„Pom, pom, pom”.

– Jasna cholera! – Jayden przykucnął za Kirą. – Czy to jego noga?

– To znaczy, że jesteśmy blisko.

– To znaczy, że facet nie żyje – ocenił Jayden. – Komin z pewnością go zmiażdżył.

– Mówiłam ci, że słyszę jego serce – syknęła Kira. – Dawaj linę.

Gruzowisko poruszyło się, a obsypana gradem pyłu i kamyków, Kira zacisnęła usta i powieki. Belka nad nią zaskrzypiała, żołnierze zaczęli niespokojnie pokrzykiwać.

– Wyciągnijcie ją stamtąd! – huknął Marcus.

– On ma rację – powiedział Jayden. – Lada moment to wszystko się zawali. Jeden nieboszczyk nie jest wart utraty medyczki.

– Mówię ci, on żyje.

– Wyłaź! – rozkazał Jayden. – Jeśli nie możemy wydostać Turnera, to z pewnością nie zdołamy ciebie wykopać.

– To ludzkie życie – przypomniała Kira. – Nie mamy ich na zbyciu.

– Wyłaź!

Kira odrobinę przesunęła się do przodu. Jayden zaklął za jej plecami i spróbował złapać ją za stopę, ale go kopnęła.

„Pom, pom, pom”.

Zaczęła obmacywać następny kamień, szukając możliwych uchwytów i sprawdzając stabilność. Chyba zdołam go przesunąć, uznała. Turner leży po drugiej stronie, wiem, że żyje.

– Hej, panie Turner! – zawołała. – Słyszy mnie pan? Idę tam, nie zostawimy pana.

Zaparła się stopami o podłogę piwnicy, modląc się w duchu, by nie potrąciła niczego, co spowoduje zawał, i pchnęła większy kamień, czując, jak obraca się lekko wokół sztywnej bocznej osi. Pchnęła ponownie, napierając całą sobą, i w końcu zdołała go odsunąć. W ciemności ujrzała kolejną sylwetkę, zbyt poskręcaną, by mogła rozpoznać jej kształt. Włączyła stetoskop i rozpaczliwie sięgnęła ku niej.

„Cyk, cyk, cyk, cyk”.

Chwileczkę, pomyślała Kira, coś jest nie tak. Jej palce musnęły śliskie, mokre ciało. Chwyciła kawałek tkaniny i pociągnęła ciało bliżej, słysząc jak cykanie rozbrzmiewa coraz głośniej w ciasnej dziurze. Oburącz obmacała zakrwawioną kończynę, nie dopuszczając do siebie prawdy: potem cofnęła się odrobinę i uniosła ją, potwierdzając wzrokiem to, co już wiedziała.

– To jego ręka – oznajmiła cicho. – Nie żyje.

Jayden spojrzał na nią.

– A tętno?

Uniosła rękę, wokół przegubu coś zalśniło metalicznie. „Cyk, cyk, cyk”.

– Zegarek. – Kira poczuła się wykończona. – Straciliśmy go.

Jayden odebrał jej rękę i podtrzymał delikatnie.

– Zabierajmy się stąd.

– Musimy go zabrać – nalegała Kira.

– To nie był wypadek – odparł Jayden. – Ktoś się tu zakradł i podłożył bombę. Wiedział, że się zjawimy. Pewnie wciąż czai się w pobliżu.

Kira zmarszczyła brwi.

– Po co ktoś miałby wysadzać stację meteo?

– To było radio – wtrąciła Gianna. – Nie zobaczyliśmy zbyt wiele przed wybuchem, ale to wiem na pewno. Największy węzeł łącznościowy, jaki kiedykolwiek widziałam.

– Głos – mruknęła Kira.

Jayden przytaknął.

– Po tych wszystkich hałasach z całą pewnością wiedzą, że tu jesteśmy.

Rozdział piąty

Jayden zebrał ocalałych w cieniu dymiącego wozu.

– W żaden sposób nie zdołamy nim wrócić, minie więc co najmniej dwa dni, zanim dotrzemy do cywilizacji. Radio także zostało zniszczone. Zostaliśmy sami.

– Musimy zrobić nosze dla szeregowego Laniera – wtrącił Marcus. – Ma złożone złamanie goleni. Nastawiłem je najlepiej, jak umiałem, ale nie może chodzić.

Kira przebiegła wzrokiem otaczające ich drzewa i ruiny, spinając się w sobie na najmniejsze poruszenie. Podczas ostatniego ataku Głosu była w szpitalu, widziała rannych żołnierzy, jęczących i krzyczących z bólu, wiezionych na salę operacyjną. Świadomość, że jakikolwiek człowiek mógłby zranić innego, niezmiennie budziła jej sprzeciw.

– Zróbcie nosze – polecił Jayden stanowczym głosem. – Zostały nam dwa konie, Patterson i Yoon pojadą naprzód i przyślą nam wsparcie, gdy tylko dotrą do Sieci Obrony. Pójdziemy za nimi pieszo.

– To prawie trzydzieści mil, a konie są zmęczone – powiedziała Yoon – Nie dadzą rady jednym ciągiem.

– Mogą biec jeszcze co najmniej godzinę – odparł Jayden.

– Do tej pory i tak zrobi się ciemno. Jedźcie jak najdalej, potem dajcie koniom odpocząć aż do świtu.

– Nie musimy iść aż do East Meadow – zauważyła Gianna.

– Na zachód stąd jest farma, na wschodzie znajduje się kilka innych gospodarstw. Nie trzeba pokonywać trzydziestu mil, aby się do nich dostać, i Lanier szybciej dostałby pomoc.

– Nasza mapa była z tej strony wozu, którą wysadzili – oznajmił Jayden. – Nie jestem w nastroju, żeby błąkać się po wyspie w poszukiwaniu buraków.

– To nie buraki – zaprotestowała Gianna. – Większość farmerów jest lepiej wykształcona od ciebie.

– Ich zdumiewające wykształcenie niewiele nam pomoże bez mapy, która wskazałaby drogę – wtrąciła Kira, zastanawiając się, dlaczego Gianna musiała się kłócić w tej sytuacji. – East Meadow to najlepszy wybór, przez cały czas możemy iść głównymi drogami.

– Lanier tego nie przeżyje – upierała się Gianna. – Nie z takim złamaniem. Na farmach funkcjonują szpitale, jak u nas.

– Nie jak u nas – sprzeciwiła się Kira – i Lanier nie umrze w drodze. Przeszłaś szkolenie medyczne, o którym zapomniałaś wspomnieć?

– Każdy widzi…

– Każdy widzi, że nie jest w najlepszym stanie – wtrącił spokojnie Marcus. – Założyliśmy łupki, opatrzyliśmy nogę i mogę naszprycować go tak, że będzie mu się wydawało, iż leci do domu na magicznej cukierkowej tęczy. Nawet od jego pierdnięć będzie się można naćpać.

– Patterson i Yoon, ruszajcie na południe do East Meadow – polecił stanowczo Jayden. – Reszta z nas podąży w tym samym kierunku, ale – zerknął na Giannę – jeśli natkniemy się na farmę lub patrol, to spróbujemy skonfiskować wóz.

– Nie macie prawa czegokolwiek konfiskować – zaoponowała Gianna.

– A ty nie masz prawa podważać moich rozkazów. To operacja wojskowa w stanie wyższej konieczności i zabiorę was do domu w sposób, który uznam za najlepszy, nawet gdybym miał cię naszprycować tak samo jak Laniera – oświadczył Jayden. – Czy wyrażam się jasno?

– Tego właśnie mamy się spodziewać? – spytała Gianna. – Czy to będzie nasz nowy wspaniały świat, gdy wy, dzieci zarazy, zaczniecie rządzić?

Jayden nie zamierzał ustąpić.

– Spytałem, czy wyrażam się jasno?

– Absolutnie – odrzekła Gianna. – Wracajmy do raju.

Jayden wstał i grupa rozproszyła się, zbierając sprzęt i szykując się do drogi. Kira złapała go za rękę i odciągnęła na bok.

– Nie możemy ich tak zostawić. W tym domu zostały trzy trupy. Jak zabierzemy je do domu?

– Możemy po nie wrócić.

– W ciągu waszej krótkiej rozmowy naliczyłam sześć przechodzących obok dzikich kotów, a w klinice, do której nas zabrałeś, mieszka spore stado psów. Jeśli zostawimy tu trzy ciała, nie będzie po co wracać.

Jayden patrzył na nią zimno.

– A co według ciebie mam zrobić, Walker? Nie możemy ich zanieść i nie mamy czasu na pogrzeb. Wrócimy tu z większym oddziałem, żeby zbadać miejsce i odzyskać generatory. Jednak dziewięcioro żywych jest ważniejszych niż trójka zmarłych.

– Dziesięć minut – poprosiła Kira. – Tyle możemy im poświęcić.

– Sądzisz, że zdołasz pogrzebać ich w dziesięć minut?

– I tak są na wpół pogrzebani.

Jayden zastanawiał się przez dłuższą chwilę.

– Coś w tym jest. Pomogę ci.

Oprócz Andrew Turnera wybuch zabił żołnierzy, chłopaka i dziewczynę. Ich ciała ułożono ostrożnie pod ścianą domu.

Na oko sądząc, oboje mieli najwyżej szesnaście lat. Dziewczyna mogła być jeszcze młodsza – Kira nie potrafiła tego orzec. Stała nad nimi z powagą, zastanawiając się, kim byli i jak żyli; co robili dla zabawy, z kim mieszkali, jak się tu znaleźli. Nie znała nawet ich imion. Jayden chwycił dziewczynę za ręce, Kira złapała jej nogi i zaczęli przesuwać się ostrożnie wśród ruin. Najgłębszą dziurą okazała się ta, którą wykopali, próbując ratować Turnera. Opuścili do niej zwłoki dziewczyny, najdelikatniej jak umieli, wpychając ją w niszę za kamieniami komina. Do tej pory część żołnierzy zakończyła przygotowania do drogi i przyszła pomóc, ostrożnie dźwigając chłopca i jego także wsuwając w otwór. Kira patrzyła odrętwiała, jak Jayden i szeregowy Brown obruszają ostatnią ścianę, zasypując gruzem ciała.

Kiedy mur runął, miała wrażenie, że z żalu pęka jej serce. To nie wystarczy, pomyślała, zasłużyli na więcej. Próbowała coś powiedzieć, ale widok chmury pyłu, unoszącej się nad gruzowiskiem odebrał jej głos.

Marcus przyglądał jej się, z jego oczu wyzierała tkliwość. Zerknął na Jaydena i stwierdził:

– Powinniśmy coś powiedzieć.

Tamten wzruszył ramionami.

– Żegnajcie?

– Dobra. – Marcus wystąpił naprzód. – Ja to zrobię. Czy ktoś wie, którego boga czcili?

– Niezbyt łaskawego – odparła Gianna.

– Maija była chrześcijanką – rzekł Sparks. – Nie jestem pewien, jakiego wyznania. Rob był buddystą. Co do cywila, nie mam pojęcia.

Marcus rozejrzał się, czekając na dalsze informacje, ale nikt nie wiedział nic więcej.

– To nie najłatwiejsza kombinacja – orzekł. – Co powiecie na to? Chyba pamiętam stare wiersze, których uczyli nas w szkole.

Wyprostował się, spojrzał w dal, stojący dokoła żołnierze nagle spoważnieli i spuścili głowy. Kira cały czas wbijała wzrok w stertę potrzaskanych cegieł, nad którą nadal wznosił się obłok pyłu.

– „Śmierci, próżno się pysznisz6” – zaczął Marcus. – „Cóż, że wszędy słynie potęga twa i groza”… – Urwał, zastanawiając się chwilę i ocenił: – Totalnie to zarzynam. – Odetchnął i ciągnął: – „Losu, przypadku królów, desperatów sługo, posłuszna jesteś wojnie, truciźnie, chorobie. Ze snu krótkiego zbudzi się dusza człowieka w wieczność, gdzie Śmierci nie ma”.

Jayden zerknął na niego.

– Sądzisz, że się zbudzą? Ot tak?

– To tylko stary wiersz.

– Kiedy wszyscy się zbudzą, zrobi się straszny tłok. – Jayden okręcił się na pięcie i odmaszerował do wozu.

Kira ścisnęła dłoń Marcusa, patrząc, jak pył powoli osiada na ceglanym rumowisku.

***

Deszczówka zbierała się w błocie, wypełniając pozostawione przez wóz grube koleiny. Kira naciągnęła mocniej kaptur, raz jeszcze próbując osłonić oczy, lecz burza szalała coraz bardziej, przenikając przez ubranie, jakby lało ze wszystkich stron, nawet z kałuż.

Jayden znów przystanął, zatrzymując grupę uniesieniem pięści. Ślady opon nie prowadziły do Asharoken i podłożonej bomby, lecz tu, na odludziu, czyjakolwiek obecność mogła oznaczać zagrożenie. Ta część wyspy w dawnych czasach była bogatsza niż reszta, toteż zamiast blisko stojących domów i zarośniętych trawników, wędrowali przez gęsty, ociekający wodą las, w którym tu i tam z ciemności wynurzały się samotne rezydencje. Kira przekrzywiła głowę, mając nadzieję, podobnie jak Markus, że wyłapie ów cichy dźwięk, który Jayden dosłyszał pośród ulewy. Niestety, słyszała tylko deszcz, pluski i cmokanie błota, gdy ktoś się poruszył. Jayden opuścił rękę, wskazał kierunek i grupa ruszyła dalej.

– Podejrzewam, że wymyśla te dźwięki – wyszeptał Marcus. – Po prostu lubi dawać znaki pięścią i patrzeć, jak wszyscy go słuchamy.

– Nigdy w życiu nie byłam taka mokra – odparła Kira.

– Przysięgam, że nawet zanurzona w wannie czułam się suchsza niż teraz.

– Spójrz na to z jaśniejszej strony – zaproponował Marcus.

Kira czekała.

– W tym momencie – rzekła w końcu – tradycja nakazuje, byś podsunął mi ową jaśniejszą stronę.

– Nigdy nie należałem do tradycyjnych facetów. Poza tym nie twierdzę, że ją znam. Uważam tylko, że to świetny moment, by jej poszukać.

Jayden uniósł pięść i grupa zamarła.

– Właśnie usłyszał jaśniejszą stronę – wyszeptał Marcus.

– Gdzieś w tych krzakach czai się dodająca otuchy metafora.

Kira parsknęła śmiechem i Jayden odwrócił się, piorunując ich wzrokiem. Potem pstryknął palcami i pomaszerował w stronę wyrwy między drzewami.

Zaskoczona Kira podążyła za nim. Nawet ona potrafiła stwierdzić, że ślady ciągną się na zniszczonej drodze. Drzewa po obu stronach wyglądały złowieszczo; co Jayden zza nich usłyszał?

Grupa ostrożnie podążyła wąską ścieżką, niegdyś podjazdem, który popękał i niemal cały zarósł. Przed nimi zamajaczył wielki dom, niemal tak czarny jak otaczająca go noc. Marcus podkradł się bliżej Kiry i pochylony szedł cicho obok. Chciała zadać mu pytanie, ale nagle zastygła, gdy dostrzegła przebłysk koloru: pomarańczowe światło w oknie, błysk, który pojawił się i natychmiast zniknął. Ogień! Nie ruszając się, chwyciła Marcusa za rękę i szepnęła mu do ucha:

– Tam ktoś jest.

Zacisnęła mocno palce na karabinie w nadziei, że nie zamókł na tyle, by nie nadawał się do użytku. Mimo obecności pięciu uzbrojonych żołnierzy nie czuła się bezpiecznie. Powoli ugięła nogi i przykucnęła, ciągnąc za sobą Marcusa. Jayden zatrzymał się gwałtownie, uniósł karabin do policzka i wtedy z ciemnego domu ktoś się odezwał.

– Ani kroku dalej.