Parlament Antyeuropejski - Marek Migalski - ebook
Opis

Parlament Antyeuropejski jest zabawnym opisem najdziwniejszej instytucji świata. Wybrańcy narodów opływają w niej w luksusy niewyobrażalne dla zwykłego zjadacza chleba, mając jednocześnie usta pełne frazesów o równości. Książka pełna jest smakowitych anegdot, ciekawych plotek i zabawnych historyjek z życia europosłów. Zarazem jednak to smutny zapis tego, jak politycy pracujący w Brukseli i Strasburgu oddalili się od swych wyborców, jak niedemokratyczne są ich decyzje i w jak głębokiej pogardzie mają interesy tych, którzy na nich głosowali. Książka ta więcej mówi o Unii Europejskiej i Parlamencie Europejskim niż setki publicystycznych opracowań. Bawiąc uczy. Ucząc przeraża.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ma­rek Mi­gal­ski

Par­la­ment AN­TY­eu­ro­pej­ski

War­sza­wa 2014

Pro­jekt okładki:

Ilo­na Go­styńska-Rym­kie­wicz

Re­dak­cja, ko­rek­ta i łama­nie:

Ber­na­de­ta Le­kacz

Aga­ta Mościc­ka

Bar­ba­ra Paw­li­kow­ska

ISBN 978-83-61808-45-9

© Co­py­ri­ght by Ma­rek Mi­gal­ski 2014

© Co­py­ri­ght by The Fac­to 2014

Wy­daw­ca:

The Fac­to Sp. z o.o.

ul. Skier­nie­wic­ka 21/53, 01-230 War­sza­wa

www.the­fac­to.pl

Dys­try­bu­cja:

DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

www.dic­tum.pl

tel.: (22) 663 98 13, fax: wew. 37

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Roz­dział 1

Eu­ro­po­seł podróżuje i li­czy

Za­sta­na­wiałem się, jak opi­sać Par­la­ment Eu­ro­pej­ski. Jak uchwy­cić jego ab­surd i zakłama­nie? Za­cznę może od po­ka­za­nia, jak dojeżdżają do pra­cy człon­ko­wie Eu­ro­par­la­men­tu, czy­li Mem­bers of the Eu­ro­pe­an Par­lia­ment, po­tocz­nie zwa­ni MEP-ami. Pod ho­tel lub miesz­ka­nie MEP-a zajeżdża czar­na li­mu­zy­na, wy­sia­da z niej kie­row­ca za­wsze ubra­ny w gar­ni­tur. Sta­je przy pra­wych tyl­nych drzwiach, żeby – otwo­rzyw­szy je wcześniej – wpuścić do środ­ka utru­dzo­ne­go życiem eu­ro­de­pu­to­wa­ne­go, po czym de­li­kat­nie je za­my­ka. Przez pięć lat próbowałem z tym wal­czyć. Uważam, że nikt nie musi otwie­rać mi drzwi do sa­mo­cho­du. Mimo próśb i na­le­gań szo­fe­rzy nadal to ro­bi­li, po­wta­rzając, że należy to do ich obo­wiązków. Przy wy­sia­daniu zaś… ocze­ki­wa­li na­piw­ku w kwo­cie jed­ne­go euro. Tu z ko­lei ja sta­wiałem opór nie dla­te­go, że je­stem sknerą, lecz nie widzę po­wo­du, żeby za wy­ko­na­nie pra­cy należały się im do­dat­ko­we pie­niądze. Byłem więc dla kie­rowców podwójnym pro­ble­mem – nie po­zwa­lałem otwie­rać so­bie drzwi, ale także nie dawałem na­piwków. Uważam bo­wiem, że w in­sty­tu­cji, która ma być sym­bo­lem de­mo­kra­cji i wpływu lu­dzi na Unię Eu­ro­pejską, obie czyn­ności są żenujące i za­wsty­dzające – wy­brańcy na­rodów eu­ro­pej­skich wożeni są jak książęta, po czym trak­tują swo­ich kie­rowców jak podwład­nych, częstując ich na­piwkami. Kłóciło mi się to z ob­ra­zem „par­la­men­tu”.

***

Jeśli jed­nak mowa o sa­mo­cho­dach… Na koszt Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go, czy­li eu­ro­pej­skie­go po­dat­ni­ka, utrzy­my­wa­ny jest cały park ma­szy­no­wy czar­nych li­mu­zyn. Dzie­więćdzie­siąt pro­cent z nich to mer­ce­de­sy kla­sy S. Zupełnie nie wia­do­mo, po co są one ku­po­wa­ne i ser­wi­so­wa­ne przez Par­la­ment Eu­ro­pej­ski. Na­wet gdy­by władze Par­la­men­tu chciały przy­chy­lić nie­ba eu­ro­de­pu­to­wa­nym i płacić im za każdą taksówkę, i tak wyszłoby to ta­niej niż utrzy­my­wa­nie ar­mii kie­rowców i całej masy (myślę, że po­nad set­ki) luk­su­so­wych li­mu­zyn. Wi­docz­nie władze Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go uważają in­a­czej i muszą do­pieścić wy­brańców na­rodów Unii, którzy tak ciężko pra­cują.

Mer­ce­des z kie­rowcą należy się każdemu eu­ro­posłowi, jeśli miesz­ka do dwu­dzie­stu ki­lo­metrów od Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go. Może więc na­wet kil­ka razy dzien­nie zażądać prze­wie­zie­nia na tra­sie dom–pra­ca lub pra­ca–re­stau­ra­cja i nie płaci za to ani gro­sza. Po­dob­nie jest z prze­jaz­da­mi na lot­ni­sko i z nie­go – także są za dar­mo. Do­dat­ko­wo, każdy MEP może w ty­go­dniu wy­ko­rzy­stać li­mit pięćdzie­sięciu euro na taksówki. Przysługu­je mu również ko­lej­ne pięćdzie­siąt euro na taksówki na li­nii Par­la­ment Eu­ro­pej­ski–lot­ni­sko. Jak­by nie stać go było na zapłace­nie za prze­jazd z własnej kie­sze­ni. Jak­by cier­piał biedę i mu­siał oszczędzać, ma­sze­rując po no­cach uli­ca­mi Bruk­se­li.

***

Podróże eu­ro­posłów w ogóle emo­cjo­nują pra­wie wszyst­kich – po­li­tyków, me­dia i wy­borców. Słusznie, bo jest o czym pisać. Za­cznij­my od do­jazdów au­tem do Bruk­se­li. Każdy MEP może co ty­dzień przy­je­chać do pra­cy swo­im sa­mo­cho­dem. Do­sta­je za to zwrot kosztów w po­sta­ci czter­dzie­stu dzie­więciu eu­ro­centów za ki­lo­metr. Łatwo prze­li­czyć, że na­wet po od­li­cze­niu kosztów pa­li­wa na rękę za je­den taki kurs do­sta­je kil­ka tysięcy złotych. Jeśli więc ktoś zde­cy­do­wał na początku ka­den­cji, że będzie re­gu­lar­nie co ty­dzień dojeżdżał do pra­cy, na przykład z War­sza­wy, to za­ro­bił w ciągu pięciu lat około sied­miu­set–ośmiu­set tysięcy złotych. Robi wrażenie, praw­da? Ale to nie wszyst­ko, bo można – ab­so­lut­nie le­gal­nie – zro­bić so­bie w środ­ku ty­go­dnia tak zwa­ny brejk, czy­li wrócić do kra­ju (o czym jesz­cze będzie). Już we wto­rek (po szczęśli­wym do­tar­ciu w po­nie­działek do Bruk­se­li) można więc wsiąść spo­koj­nie w auto i ru­szyć z po­wro­tem na łono oj­czy­zny (ka­sując oczy­wiście czter­dzieści dzie­więć eu­ro­centów za każdy ki­lo­metr). W środę należy wra­cać do sto­li­cy zjed­no­czo­nej Eu­ro­py, po­now­nie do­stając czter­dzieści dzie­więć eu­ro­centów za każdy prze­je­cha­ny w zno­ju i tru­dzie ki­lo­metr. W czwar­tek zaś lub w piątek można zno­wu udać się w podróż do kra­ju, za­ra­biając na każdym ki­lo­metrze… Łatwo po­li­czyć, że gdy­by utrzy­mać ten tryb życia i całą ka­dencję spędzić na jeżdżeniu au­tem „tam i na­zad”, jak to się u nas na Śląsku mówi, to można by w ciągu pięciu lat za­ro­bić – na sa­mych do­jazdach! – mniej więcej półtora mi­lio­na złotych. Od­by­wałoby się to całko­wi­cie le­gal­nie, a wręcz – śmiem twier­dzić – za cichą po­chwałą władz Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go.

Dla­cze­go tak uważam? Bo od­kryłem, że in­tencją urzędników Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go jest, aby po­li­ty­cy jak naj­mniej angażowa­li się w pra­ce Par­la­men­tu. Oni, czy­li biu­ro­kra­ci, wiedzą naj­le­piej, jak wszyst­ko po­win­no działać, i eu­ro­posłowie, czy­li mimo wszyst­ko pe­wien czyn­nik społecz­ny, trochę im w tym prze­szka­dzają. Dla­te­go stwo­rzo­no cały sys­tem „le­gal­nej ko­rup­cji”, to zna­czy ta­kich zachęt i ułatwień, które skłaniają MEP-ów ra­czej do ko­rzy­sta­nia z sze­re­gu przy­wi­lejów i spo­sobów za­ra­bia­nia, niźli do wtrąca­nia się do pro­cesów po­li­tycz­nych. Stąd eu­ro­poseł kur­sujący nie­ustan­nie au­tem na li­nii kraj–Bruk­se­la jest ide­al­ny dla unij­nej biu­ro­kra­cji: jest tak zajęty za­ra­bia­niem do­dat­ko­wej kasy, że pra­wie go nie ma w Par­la­men­cie. Nie ma ani siły, ani cza­su, ani ocho­ty na to, by w ja­ki­kol­wiek sposób in­ge­ro­wać w pro­cesy po­li­tycz­ne, którymi chętnie zajmą się urzędni­cy. I dla­te­go jego jeżdżenie w tę i z po­wro­tem jest całko­wi­cie le­gal­ne i zgod­ne z pra­wem. Po­sunąłbym się na­wet do stwier­dze­nia, że to spełnie­nie ma­rzeń unij­nych urzędników – po­li­ty­cy za­mie­nie­ni w kie­rowców, ob­sy­pa­ni pie­niędzmi i od­su­nięci od „poważnej i me­ry­to­rycz­nej” po­li­ty­ki.

***

Wróćmy jed­nak do prze­jazdów. Jak udo­ku­men­to­wać, że prze­było się daną trasę? Po­win­na wy­star­czyć de­kla­ra­cja eu­ro­de­pu­to­wa­ne­go, praw­da? Na taką na­iw­ność służb Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go jed­nak nie stać. Wy­ma­ga się od eu­ro­posłów ra­chunków z podróży. Na początku ka­den­cji wy­star­czył ja­ki­kol­wiek ra­chu­nek z ja­kiej­kol­wiek sta­cji ben­zy­no­wej na tra­sie. Po­dob­no jed­nak niektórzy zaczęli de­kla­ro­wać, że od­by­li podróż „brej­kową” (czy­li od wtor­ku do środy), choć nie od­da­la­li się znacz­nie od Bruk­se­li, a za­ra­bia­li, jak­by je­cha­li tam i z po­wro­tem. Jak to ro­bi­li? Wyjeżdżali sto ki­lo­metrów za sto­licę zjed­no­czo­nej Eu­ro­py, tam tan­ko­wa­li pa­li­wo, po czym wra­ca­li. Następne­go dnia wy­ko­ny­wa­li tę samą trasę po­now­nie i uda­wa­li, że właśnie wra­cają z kra­ju. W ten sposób po­tra­fi­li po­brać zwrot za prze­jazd na przykład trzech tysięcy ki­lo­metrów (w przy­pad­ku Greków czy Ru­munów na­wet i pięciu tysięcy), pod­czas gdy w rze­czy­wi­stości po­ko­na­li czte­ry­sta ki­lo­metrów, a przez całe dwa dni im­pre­zo­wa­li po ci­chu w swo­ich do­mach w Bruk­se­li. Z bie­giem cza­su sys­tem uszczel­nio­no i ka­za­no do­star­czać dwa ra­chunki – z początku tra­sy i z jej końca. Utrud­niło to nie­co pro­ce­der, choć nie sądzę, żeby udało się go całko­wi­cie wy­eli­mi­no­wać. Spo­so­bem na obejście tego wy­mo­gu było za­trud­nie­nie asy­sten­ta, który w kra­ju po­cho­dze­nia MEP-a mu­siał wyjeżdżać ja­kieś trzy­sta ki­lo­metrów w kie­run­ku Bel­gii i tam ku­po­wać pa­li­wo lub posiłek na sta­cji ben­zy­no­wej.

In­nym spo­so­bem na do­dat­ko­we za­rob­ki jest wspólne jeżdżenie. Kil­ku eu­ro­posłów po pro­stu je­dzie jed­nym au­tem, a po­tem udają, że każdy je­chał swo­im. Za­oszczędza się w ten sposób na pa­li­wie, za które płaci się – so­li­dar­nie, a jakże – po równo. Może i trochę cia­sno, ale jest zysk w po­sta­ci co naj­mniej kil­ku­set złotych. Muszę przy­znać, że raz przy­tra­fiła mi się za­baw­na hi­sto­ryj­ka. Do Bruk­se­li za­zwy­czaj latałem sa­mo­lo­tem, ale do Stras­bur­ga (raz w mie­siącu) jeździłem au­tem. I kie­dyś po głoso­wa­niach chciałem jesz­cze po­roz­ma­wiać z jed­nym MEP-em. On także był au­tem i je­chał w tę samą stronę, więc za­pro­po­no­wałem, żebyśmy przez czas trwa­nia roz­mo­wy poje­chali ra­zem. Poseł był w Stras­bur­gu z asy­sten­tem, który mógł je­chać za nami, pro­wadząc dru­gi sa­mochód. Mu­sie­liśmy jed­nak podjąć trochę śmiesz­ne, ale niezbędne działania – wyje­chaliśmy osob­no z sie­dzi­by Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go i do­pie­ro kil­ka­naście ki­lo­metrów za Stras­bur­giem eu­ro­poseł wsiadł do mo­je­go auta. Baliśmy się, że ktoś zo­ba­czy nas ra­zem wyjeżdżających z garażu Par­la­men­tu, co mogłoby świad­czyć o upra­wia­niu wyżej opi­sa­ne­go pro­ce­de­ru. No­ta­be­ne – gdy wte­dy opusz­czałem dzie­dzi­niec Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go w Stras­bur­gu, kątem oka do­strzegłem trzech pol­skich eu­ro­posłów pa­kujących się do jed­ne­go auta.

***

Mniej więcej do połowy ka­den­cji zwra­ca­no także za noc­leg w cza­sie podróży. Jeśli od­ległość od Bruk­se­li wy­no­siła po­nad tysiąc ki­lo­metrów, należało się pół die­ty dzien­nej, czy­li po­nad sto pięćdzie­siąt euro. Żeby je otrzy­mać, eu­ro­po­seł mu­siał udo­ku­men­to­wać noc­leg na tra­sie. Zaczęły więc do wy­działu od­po­wie­dzial­ne­go za roz­li­cze­nia napływać ra­chun­ki za noc­legi w wy­so­kości na przykład trzy­dzie­stu złotych, bo nikt prze­cież nie za­bro­ni de­pu­to­wa­ne­mu za­trzy­mać się w ja­kiejś ob­skur­nej me­li­nie po pol­skiej stro­nie gra­ni­cy, w której noc­leg na­prawdę kosz­tu­je mniej niż dzie­sięć euro. Po ja­kimś cza­sie, nie wie­dzieć cze­mu, prze­pis zmo­dy­fi­ko­wa­no i żeby móc sko­rzy­stać z tego typu noc­legu, należało przed­sta­wić zaświad­cze­nie, że jest się cho­rym lub tak sta­rym, że nie sposób w całości po­ko­nać dy­stan­su po­nad tysiąca ki­lo­metrów. Nie sądzę jed­nak, by zmniej­szyło to liczbę osób, które „dojeżdżały do pra­cy au­tem”. Tyle tyl­ko, że do­jaz­dy stały się mniej opłacal­ne. I co chy­ba oczy­wi­ste – w tych ho­te­lach nikt się nie za­trzy­my­wał. Po pro­stu eu­ro­po­seł wcho­dził do re­cep­cji, płacił należną kwotę za noc­leg i je­chał da­lej. Jak widać, ze zmia­ny prze­pisów nie­za­do­wo­le­ni byli nie tyl­ko eu­ro­de­pu­to­wa­ni, ale także – a może na­wet przede wszyst­kim – ho­te­la­rze. Wszak stra­ci­li ide­al­nych klientów – płacących i na­wet nie­wchodzących do po­ko­ju.

***

W po­przed­niej ka­den­cji wyglądało to trochę in­a­czej – każdy eu­ro­po­seł otrzy­my­wał ry­czałt za prze­lot do Bruk­se­li klasą biz­nes. Czy­li około tysiąca euro. Co zro­bił z tą kwotą, to był już tyl­ko jego pro­blem. Mógł za nią kupić bi­let na sa­mo­lot i do­stoj­nie, wy­god­nie oraz szyb­ko do­trzeć do sto­li­cy Bel­gii. Mógł jed­nak kupić bi­let w kla­sie eco­no­mic i resztę so­bie odłożyć. Mógł również, co było jesz­cze spryt­niej­sze i jesz­cze bar­dziej opłacal­ne, za­re­zer­wo­wać bi­let w ta­nich li­niach lot­ni­czych, co przy obo­wiązujących w nich od cza­su do cza­su pro­mo­cjach wy­cho­dziło pra­wie za dar­mo. I wresz­cie mógł ów eu­ro­po­seł do­je­chać do Bruk­se­li au­tem. Wątpię, by kto­kol­wiek w tam­tej ka­den­cji na­prawdę latał klasą biz­nes – wszy­scy chcie­li za­oszczędzić, zwłasz­cza że wówczas pen­sje po­szczególnych członków Eu­ro­par­la­men­tu były zróżni­co­wa­ne i do­sto­so­wa­ne do pen­sji posła kra­jo­we­go. Czy­li mówiąc naj­prościej – pol­ski MEP za­ra­biał dokład­nie tyle, ile pol­ski poseł. Różnicę w do­cho­dach między po­li­ty­kiem sej­mo­wym a bruk­sel­skim osiągało się właśnie dzięki różnym do­dat­kom, z których ry­czał za prze­lo­ty był najbar­dziej znaczący. W ka­den­cji 2009–2014 władze Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go uznały, że tak się nie go­dzi i – po pierw­sze – zrównały wy­na­gro­dze­nie wszyst­kim sied­miu­set pięćdzie­sięciu je­den eu­ro­posłom bez względu na to, z ja­kie­go kra­ju po­chodzą, a po dru­gie – zre­zy­gno­wały z ry­czałtu za prze­lo­ty, tyl­ko po pro­stu zaczęły za nie płacić. Jak można się domyślić – żaden z eu­ro­posłów nie lata już ta­ni­mi li­nia­mi lot­ni­czy­mi, lecz wy­god­nie klasą biz­nes. Albo dojeżdża au­tem z po­wodów, o których już pi­sa­liśmy.

***

Ja do Bruk­se­li – o czym już wspo­mi­nałem – za­zwy­czaj latałem, a do Stras­bur­ga pra­wie za­wsze jeździłem. Dla­cze­go? Do Bel­gii miałem bar­dzo dużo lotów, a do Stras­bur­ga mu­siałem latać z dwie­ma lub na­wet trze­ma prze­siad­ka­mi. Kie­dy na początku ka­den­cji dwa razy na sesję do Stras­bur­ga udałem się sa­mo­lo­tem, to cała podróż – od wyjścia z domu do wejścia do Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go – zajęła mi je­de­naście go­dzin, pod­czas gdy jaz­da sa­mo­cho­dem trwa około ośmiu. In­a­czej było z lo­ta­mi do Bruk­se­li – to dy­stans już o dwieście ki­lo­metrów dłuższy, a kto je­chał po­nad tysiąc ki­lo­metrów, wie, że każde ko­lej­ne sto bar­dzo się dłuży. Wiem, że wie­lu eu­ro­de­pu­to­wa­nych z Pol­ski robiło po­dob­nie – do Bruk­se­li la­ta­li, a do Stras­bur­ga jeździ­li au­ta­mi.

***

Loty to najżywiej dys­ku­to­wa­ny te­mat wśród wszyst­kich członków Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go. Jak przy­le­ciałeś? Czym przy­le­ciałeś? Kie­dy wy­la­tu­jesz? Ile masz cza­su na prze­siadkę? No i py­ta­nie naj­ważniej­sze – czy masz już hona? Co to jest hon? Naj­wyższa kla­sa w sys­te­mie Mi­les & More, czy­li coś, co upo­ważnia do ko­rzy­sta­nia z sa­lo­nu vip i wszyst­kich udo­god­nień wy­ni­kających z podróżowa­nia już nie tyl­ko klasą biz­nes, ale first klasą. Jak się do tego do­cho­dzi? La­tając na koszt po­dat­ni­ka eu­ro­pej­skie­go. Każdy z nas już po kil­ku­na­stu ty­go­dniach do­sta­wał kartę Fre­qu­ent Tra­vel­ler upo­ważniającą do wie­lu przy­wi­lejów. Nie pamiętam kon­kret­nie ja­kich, gdyż bar­dzo szyb­ko otrzy­my­wało się kartę Se­na­tor, która po­zwa­lała na wejście do bu­si­ness lo­un­ge – miej­sca prze­zna­czo­ne­go tyl­ko dla po­sia­da­czy tej kar­ty. Od nor­mal­ne­go sa­lo­ni­ku różniło się ono ro­dza­jem je­dze­nia, al­ko­ho­lu i obsługi oraz kil­ko­ma udo­god­nie­nia­mi – w przy­pad­ku opóźnień miało się za­gwa­ran­to­wa­ny między in­ny­mi niezły ho­tel i miłą obsługę. Ale ci, co la­ta­li najczęściej, już po roku, może po dwóch, mo­gli się stać szczęśli­wy­mi po­sia­da­cza­mi kar­ty Ho­no­ra­ble, czy­li właśnie wzmian­ko­wa­ne­go hona. Lo­un­ge pierw­szej kla­sy to na­prawdę coś – je­dze­nie z kar­ty, al­ko­ho­le z naj­wyższej półki, re­lak­sująca at­mos­fe­ra. Byłem kil­ka razy, bo inni życz­li­wi eu­ro­posłowie za­pro­si­li mnie do nie­go (każdy hon może za­pro­sić jedną osobę do tego typu sa­lo­ni­ku). Ale naj­bar­dziej spek­ta­ku­larną, cza­sem żenującą, cza­sem jed­nak bar­dzo użyteczną usługą przysługującą ho­nom jest li­mu­zy­na pod­sta­wia­na pod sa­mo­lot w celu od­tran­spor­to­wa­nia pasażera bez­pośred­nio do wyjścia lub do in­ne­go sa­mo­lotu. Żenującą – gdy na oczach wszyst­kich pasażerów już siedzących w sa­mo­lo­cie hon jest pod­wożony li­mu­zyną (same naj­bar­dziej luk­su­so­we mer­ce­de­sy, BMW i po­rsche), musi z niej wysiąść i wejść po schod­kach do sa­mo­lotu. Większość lu­dzi za­pew­ne myśli, że to przy­wi­lej by­cia po­li­ty­kiem, a nie po­sia­da­cza kar­ty dostępnej każdemu pod wa­run­kiem bar­dzo częste­go la­ta­nia. Parę razy byłem w tej sy­tu­acji i za­wsze czułem się źle. A z czym związany jest pożytek? Li­mu­zy­na trans­por­tu­je hona od drzwi jed­ne­go sa­mo­lotu pod drzwi dru­gie­go. To bar­dzo po­ma­ga i cza­sa­mi jest je­dyną szansą na złapa­nie połącze­nia i za­oszczędze­nie kil­ku go­dzin w ocze­ki­wa­niu na następny lot. Muszę przy­znać, że pol­scy eu­ro­de­pu­to­wa­ni wie­lo­krot­nie wy­ka­zy­wa­li się życz­li­wością i pod­wozili ko­legów nie­po­sia­dających kar­ty hon „swoją” li­mu­zyną. Po­dziękowałbym im w tym miej­scu, ale nie mam pew­ności, czy życzy­li­by so­bie tego.

Gdy ma się sta­tus Se­na­to­ra, to cza­sa­mi, zwłasz­cza na da­le­kich tra­sach, załoga sa­mo­lo­tu prze­sa­dza z kla­sy biz­nes do first kla­sy. Dzie­je się tak wówczas, gdy w pierw­szej kla­sie nie ma wie­lu pasażerów. Zda­rzyło mi się to kil­ka razy. Po­zo­stało wrażenie, z jaką atencją i ja­ki­mi ho­no­ra­mi trak­tu­je się podróżnych, ale rze­czy­wiście to naj­wyższy stan­dard obsługi. Dość po­wie­dzieć, że w first kla­sie do spa­nia do­sta­je się piżamę, a śpi się w łóżku całko­wi­cie rozkłada­nym i od­dzie­lo­nym od in­nych pasażerów spe­cjalną kur­tyną. Raz się na­wet prze­stra­szyłem, kie­dy prze­sa­dzo­no mnie do first kla­sy, a ste­ward, widząc mnie w no­wym miej­scu, krzyknął, za­smu­cił się i gdzieś po­biegł. Wrócił po chwi­li – oka­zało się, że w wa­zo­ni­ku przy moim bok­sie nie było… róży, więc on tę różę przy­niósł. Do­pie­ro wte­dy ode­tchnął i lek­ko się roz­luźnił. Ja też.

Za­py­tają Państwo, jak to się dzie­je, że MEP-y do­stają wciąż wyższą klasę w sa­mo­lo­tach? Wszak nie la­tają za swo­je, a za cu­dze. To jest rze­czy­wiście za­dzi­wiające. Za każdy lot gro­ma­dzi­my na swych in­dy­wi­du­al­nych kon­tach tak zwa­ne mile, czy­li punk­ty w pro­gra­mie Mi­les & More. Przy­zna­wa­ne są one za każdy lot w zależności od jego długości i kla­sy. A eu­ro­de­pu­to­wa­ni la­tają często i da­le­ko, więc bar­dzo szyb­ko na na­szych in­dy­wi­du­al­nych kon­tach za­czy­nają gro­ma­dzić się mile. To właśnie dzięki nim zdo­by­wa­my ko­lej­ne sta­tu­sy (Se­na­tor, hon) i to dzięki nim możemy sfi­nan­so­wać loty swo­im ro­dzi­nom, zna­jo­mym czy sa­mym so­bie. To trochę dziw­ne, gdyż ko­rzyść jest ewi­dent­nie oso­bi­sta, a pie­niądze pu­blicz­ne, więc i pro­fi­ty wy­ni­kające z gro­ma­dze­nia mil po­win­ny być pu­blicz­ne. Można by choćby ku­po­wać za nie ko­lej­ne loty dla MEP-ów lub dla urzędników Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go. Wie­le razy roz­ma­wiałem o tym z różnymi ludźmi, ale za­wsze po­wta­rza­no mi, że ta­kie są prze­pi­sy i nie można tego zmie­nić. To ko­lej­ny przykład, w jaki sposób Par­la­ment Eu­ro­pej­ski jest in­sty­tucją uwłasz­czającą jej przed­sta­wi­cie­li, a nie zwykłych oby­wa­te­li Unii, i działa na ko­rzyść kla­sy po­li­tycz­nej, a nie wy­borców.

Z tymi mi­la­mi jest ist­ne sza­leństwo! Je­den z eu­ro­posłów opo­wia­dał mi kie­dyś, że był pe­wien, iż zgro­ma­dzo­ne mile wy­starczą mu, by już od no­we­go roku miał sta­tus hona i czarną kartę umożli­wiającą ko­rzy­sta­nie ze wszyst­kich do­bro­dziejstw z tego wy­ni­kających. Ale ku swe­mu prze­rażeniu 30 grud­nia zo­rien­to­wał się, że bra­ku­je mu kil­ku­set mil. Co zro­bił w tej sy­tu­acji? Na­tych­miast za­re­zer­wo­wał lot do War­sza­wy i z po­wro­tem, by jesz­cze przed północą 31 grud­nia nabić po­trzeb­ne mile i móc w no­wym roku roz­ko­szo­wać się li­mu­zy­na­mi i first class lo­un­ge’ami.

***

Bar­dzo często MEP-y, podróżując, wy­bie­rają drogę dłuższą i bar­dziej okrężną, byle tyl­ko zwiększyć dy­stans, a tym sa­mym zgro­ma­dzić jak naj­więcej mil. De­cy­dują się też tyl­ko na usługi tych li­nii, które są objęte pro­gra­mem Mi­les & More. Dla­te­go można od cza­su do cza­su zo­ba­czyć na ja­kimś lot­ni­sku eu­ro­posła, który cze­ka na połącze­nie, choć mógłby sko­rzy­stać z szyb­sze­go i prost­sze­go spo­so­bu do­tar­cia do Bruk­se­li. On jed­nak woli pocze­kać na sa­mo­lot, który ope­ru­je w sys­te­mie ge­ne­rującym mile. Po co się spie­szyć? Czyż w vi­pow­skim sa­lo­ni­ku nie jest przy­jem­nie? Ku cze­mu tak gnać? Ku cze­mu tak pędzić?

***

Każdy z MEP-ów po skończo­nej ka­den­cji ma tyle mil, że właści­wie mógłby okrążyć kulę ziemską kil­ka razy. Przy­po­mi­nam – to jego oso­bi­sta ko­rzyść zdo­by­ta za pu­blicz­ne pie­niądze. Za zgro­ma­dzo­ne mile można so­bie podróżować, ile się chce i gdzie się chce. Po­dej­rze­wam na­wet, że po pięciu la­tach jest ich tyle, że można na stałe za­miesz­kać w sa­mo­lo­tach i krążyć nad glo­bem w nie­skończo­ność, bo­wiem prze­by­wa­nie na pokładach sa­mo­lotów będzie ge­ne­ro­wać nowe mile i tak już bez końca. Czy jest to jakiś plan na życie? Pew­nie dla miłośników da­le­kich podróży tak.

Na tle zdo­by­wa­nia mil do­cho­dziło do zawiści między eu­ro­de­pu­to­wa­ny­mi z War­sza­wy i oko­lic oraz MEP-ami z in­nych części kra­ju. Ci pierw­si mie­li pe­wien pro­blem – ze sto­li­cy na­sze­go piękne­go kra­ju do Bruk­se­li jest co­dzien­nie kil­ka bez­pośred­nich lotów, co czy­ni zdo­by­wa­nie mil… trud­niej­szym. Dla­cze­go? Bo jeśli leci się „łamańcem”, czy­li nie bez­pośred­nio, a z prze­siadką, to wówczas zdo­by­wa się mile podwójnie. Za­tem ci, którzy od­by­wa­li podróż z Kra­ko­wa, Ka­to­wic, Po­zna­nia czy Wrocławia, chcąc, nie chcąc, le­cie­li przez Frank­furt lub Mo­na­chium, po­dwa­jając swo­je mi­lo­we zdo­by­cze. Bied­ne MEP-y war­szaw­skie mu­siały zaś kom­bi­no­wać, jak uza­sad­nić w Par­la­men­cie Eu­ro­pej­skim, że choć mie­li lot bez­pośred­ni, to jed­nak wy­bra­li połącze­nie przez jed­no z miast nie­miec­kich. Samą miłością do Go­ethe­go i Schil­le­ra wytłuma­czyć się tego nie dawało, więc mu­sie­li się na­prawdę na­tru­dzić, by prze­ko­nać bruk­selską ad­mi­ni­strację, że nie mo­gli le­cieć o 11.00 bez­pośred­nio i dla­te­go wy­bra­li połącze­nie o 11.30 przez Mo­na­chium. Jak to ro­bi­li, nie wiem. Ale do­ce­niam.

***

Z kwe­stią mil związany jest wzmian­ko­wa­ny już wcześniej pro­blem „brejków”. „Brejk” to możliwość po­wro­tu do kra­ju w trak­cie ty­go­dnia. Czy­li – jak już wspo­mi­nałem – można przy­le­cieć do Bruk­se­li w po­nie­działek wie­czo­rem, by za­raz we wtor­ko­wy ra­nek udać się do Pol­ski. Można wte­dy do Bel­gii wrócić w środę popołudniu, jakoś prze­trwać w „fa­bry­ce” (czy­li w Par­la­men­cie Eu­ro­pej­skim) czwar­tek i ran­nym sa­mo­lo­tem w piątek udać się na zasłużony od­po­czy­nek do domu. Wy­chodzą czte­ry loty w ty­go­dniu, praw­da? Błąd! Lotów może być bo­wiem osiem! Licząc oczy­wiście z „łamańcami”. W ten oto sposób zdołamy nabić mil czte­ry razy więcej, niż tyl­ko lecąc do pra­cy w po­nie­działek i wra­cając w czwar­tek lub w piątek.

Pełne wy­ko­rzy­sty­wa­nie „brejków” na­bi­ja mile, ale unie­możli­wia prak­tycz­nie pracę w Par­la­men­cie Eu­ro­pej­skim. Trud­no sen­sow­nie wy­ko­ny­wać swo­je obo­wiązki, ciągle prze­by­wając poza biu­rem, ale z dru­giej stro­ny – jest to dla MEP-a miłe: zy­sku­je punk­ty w pro­gra­mie, a przez cały dzień do­sta­je ciepłe je­dze­nie, al­ko­hol w nie­ogra­ni­czo­nych ilościach i sym­pa­tycz­ne to­wa­rzy­stwo ste­war­dess (za­zwy­czaj – nie­ste­ty – nie­miec­kich). Ale to jesz­cze nie wszyst­ko – do 2012 roku można było wziąć… dwa „brej­ki” w ciągu ty­go­dnia. Czy­li oprócz podróży głównej (w po­nie­działek do Bruk­se­li i w piątek do domu) można było jesz­cze dwa razy po­le­cieć do Pol­ski. Po­gu­bi­li się Państwo? Bez nerwów, już tłumaczę. Le­cisz w po­nie­działek do Bruk­se­li. We wto­rek rano wra­casz do kra­ju. W środę wie­czo­rem znów le­cisz do Bruk­se­li. W czwar­tek rano po­now­nie wra­casz do kra­ju, by popołudniu po­le­cieć do Bruk­se­li. A w piątek rano wra­casz do domu na week­end. Pro­ste? No pew­nie! Czy­li ile lotów za­li­czałeś w ciągu ty­go­dnia? Nie, nie sześć. Dwa­naście! Pamiętaj­my bo­wiem o „łamańcach”. W ta­kim try­bie sta­tus hona można osiągnąć już po pół roku, a zgro­ma­dzo­ny­mi mi­la­mi dziel­ny MEP zdołałby ob­da­ro­wać armię ra­dziecką. Znaj­do­wał się on prak­tycz­nie za­wsze albo w po­wie­trzu, albo w domu. O żad­nej sen­sow­nej pra­cy w Par­la­men­cie nie mogło być mowy, gdyż jak można rze­tel­nie wypełniać swo­je obo­wiązki, nie prze­by­wając prak­tycz­nie w zakładzie pra­cy? I o to właśnie cza­sa­mi cho­dziło – sa­me­mu za­in­te­re­so­wa­ne­mu i sze­fo­stwu Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go. I jest to całko­wi­cie le­gal­ne.

***

Po raz ko­lej­ny po­wra­ca py­ta­nie: czy przy­pad­kiem władze Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go nie są za­in­te­re­so­wa­ne, by eu­ro­posłowie sku­pi­li się na osiąga­niu ko­rzyści własnych, a praw­dziwą po­li­tykę zo­sta­wi­li biu­ro­kra­tom i urzędni­kom? Ideałem był za­pew­ne pe­wien włoski eu­ro­de­pu­to­wa­ny, który w Bruk­se­li nie po­ja­wiał się wca­le. Cały swój czas poświęcał so­bie, a także na spo­tka­nia z wy­bor­ca­mi, udział w różnych lo­kal­nych fe­sty­nach, bez­pośred­ni kon­takt z ludźmi. Ci ostat­ni byli po­dob­no za­chwy­ce­ni, że mają po­li­tyka, który się nie wywyższa, za­wsze ma czas na roz­mowę z nimi i nie mędrku­je. Dla­te­go przedłużali mu man­dat, bo­wiem ta­kie­go ludz­kie­go i sym­pa­tycz­ne­go re­pre­zen­tan­ta próżno było szu­kać w całej oko­li­cy. Wy­da­je się, że ów eu­ro­poseł był także nie­dościgłym ideałem dla sze­fo­stwa Par­la­men­tu Eu­ro­pej­skie­go – nie ge­ne­ro­wał kosztów prze­lo­tu, nie wtrącał się w pro­ce­sy po­li­tycz­ne, nie prze­szka­dzał unij­nej biu­ro­kra­cji. Same zy­ski.