Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Paranoja - Katarzyna Berenika Miszczuk

Kontynuacja "Obsesji" autorki bestsellerowej serii Kwiat paproci Katarzyny Bereniki Miszczuk.

Lato w Warszawie, pomimo leniwej, wakacyjnej atmosfery, obfituje w serię dziwnych samobójstw. Lekarz medycyny sądowej Marek Zadrożny zaczyna przyglądać się kolejnym przypadkom. Wbrew opinii policji samobójstwa wydają mu się podejrzane. Na palcu jednej z ofiar znajduje kawałek czerwonej nitki. Podobny wyciąga z kieszeni innego zmarłego. Nikt jednak nie wierzy w jego teorie, a on sam zaczyna zastanawiać się, czy ma paranoję. Tymczasem Joanna Skoczek, wygadana lekarka psychiatrii, wraca do stolicy po urlopie. Wciąż usiłuje otrząsnąć się po tym, jak ledwie uniknęła śmierci z rąk tajemniczego wielbiciela. A może to także tylko Paranoja?

Opinie o ebooku Paranoja - Katarzyna Berenika Miszczuk

Fragment ebooka Paranoja - Katarzyna Berenika Miszczuk

Katarzyna Berenika Miszczuk

PARANOJA

Copyright © by Katarzyna Berenika Miszczuk, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Dla mojej kochanej Mamy – Barbary

***

Paranoja – czyli obłęd, to przewlekła psychoza z zaburzeniami urojeniowymi przy nienaruszonej strukturze osobowości. Nie stwierdza się przy niej omamów ani schizofrenicznych zaburzeń myślenia. Paranoja charakteryzuje się występowaniem dobrze usystematyzowanych urojeń, głównie oddziaływania i prześladowczych. Urojenia to błędne osądy, kłócące się z doświadczeniem chorego oraz jego otoczenia, uważane przez niego za prawdziwe, oporne na wszelką perswazję. Dodatkowo mogą występować u pacjenta inne objawy psychopatologiczne, takie jak zaburzenia afektu czy złudy pamięciowe. Paranoja rzadko zakłóca społeczne funkcjonowanie jednostki, chociaż ze względu na podporządkowane urojeniom zachowanie chorego może powodować trudności w kontaktach społecznych oraz konflikty, także z prawem.

Definicja na podstawie: Psychiatria, podręcznik dla studentów medycyny, pod redakcją prof. dr. hab. n. med. Adama Bilikiewicza, wydawnictwo PZWL, Warszawa 2009

Prolog

Ekran telewizora rozjaśniał pełne mroku wnętrze. Błękitne błyski tańczyły po białych ścianach i szczelnie zasuniętych zasłonach z grubego, dobrze kryjącego materiału. Mężczyźnie nie przeszkadzała ciemność i zbyt jaskrawy, kłujący w oczy blask ekranu. Już się do tego przyzwyczaił. Przysunął do siebie kubek z parującą kawą. Zapach mielonych ziaren koił zmysły i sprawiał, że lepiej mu się myślało. Nawet nie musiał jej pić. Na stoliku przed sobą położył notatnik z bladożółtymi kartkami. Długim, ostro naostrzonym ołówkiem zapisał w nim dwa nazwiska i zamaszyście podkreślił je kilka razy.

Blok reklamowy, poświęcony głównie suplementom diety i środkom czystości, które pomogą usunąć brud z każdej powierzchni, wreszcie się skończył. Wesoła melodyjka programu śniadaniowego zakłuła mężczyznę w uszy. Nie cierpiał tej piosenki.

Kamera zrobiła najazd na wnętrze studia, by widz miał wrażenie, że wchodzi do środka. Kolorowe kanapy ustawione wśród roślin doniczkowych znajdowały się w pobliżu okna, za którym rozciągał się widok na warszawskie wieżowce. Szare Śródmieście sprawiało dość ponure wrażenie w porównaniu z żółcią i żywą czerwienią kanap oraz rozłożonych na nich poduch.

Rozparty na jednej z nich w swobodnej pozie prezenter posłał do kamery szeroki uśmiech. Nie mógł się powstrzymać, by nie mrugnąć porozumiewawczo do widzów.

– Witam państwa! Cieszę się, że zechcieli państwo spędzić z nami ten przepiękny sobotni poranek!

– Och, Sylwestrze, chyba nie wyglądałeś przez okno! Dzisiaj jest bardzo deszczowo! – zaoponowała siedząca obok niego prezenterka Lidia Zaręba.

Była wyjątkowo szczupła. Szeroki sweter i rozkloszowana spódnica miały zamaskować jej chorobliwą chudość, ale zapadnięte policzki i zauważalne cienie pod oczami sugerowały problemy z odżywianiem. Jej uśmiech był blady i wątły.

Prezenter zaśmiał się jowialnie, jakby usłyszał właśnie świetny dowcip, i wyciągnął rękę w stronę kanapy, na której siedziało dwóch mężczyzn. Kamera posłusznie przesunęła się i ukazała ich sylwetki. Jeden z nich miał na sobie szary mundur komisarza policji, w którym wyraźnie było mu zbyt gorąco, a drugi dopasowaną koszulę rozpiętą pod szyją oraz najzwyklejsze w świecie dżinsy.

– Drodzy państwo! Przedstawiam wam pana Sebastiana Pola, komisarza policji, oraz lekarza medycyny sądowej pana Marka Zadrożnego. To ten duet rozwiązał głośną sprawę wielokrotnego gwałciciela, który zwany był przez warszawską prasę brukową Dżinem. Panowie, czy złapanie tego nicponia sprawiło wam dużo trudności?

Prezenter odchylił się na oparcie kanapy, całą swoją sylwetką pokazując, że w studiu czuje się znakomicie. Prezenterka wręcz przeciwnie – przycupnęła obok niego, ledwie dotykając pośladkami poduszek.

Zaproszeni goście spojrzeli po sobie. Na spoconym czole Pola malował się mars niezadowolenia.

– Nie nazwałbym wielokrotnego gwałciciela i mordercy nicponiem – zaczął powoli komisarz i odchrząknął, co zarejestrował czuły mikrofon zamocowany do jego kołnierzyka.

Dźwiękowiec stojący za kamerzystą od razu zaczął majstrować przy pokrętłach.

– Poza tym nie możemy zdradzać szczegółów śledztwa – dodał sztywno Pol.

Na ustach Zadrożnego pojawił się uśmiech. Bawiły go męczarnie, które przeżywał kolega. Kamera zmieniła ujęcie i ponownie pokazała prezentera Sylwestra Kołozińskiego, który starał się ratować sytuację.

– W rzeczy samej, ciężko nazwać go nicponiem. To określenie nie wydaje się adekwatne. A co panowie sądzą o pseudonimie nadanym mu przez dziennikarzy? Okrzyknięto go Dżinem, ponieważ za każdym razem po dokonaniu zbrodni rozpływał się niczym obłok dymu, jakby przestawał istnieć. Czy policja także korzystała z przezwiska Dżin?

– Nie używaliśmy tego przezwiska… – zaczął Sebastian.

– …do pewnego czasu – wszedł mu w słowo Marek. – W którymś momencie określenie Dżin tak się przyjęło, że wszyscy go używali. Raz nawet sam zupełnie niechcący umieściłem je w raporcie.

– Proszę nam w takim razie opowiedzieć, jaka była pana rola w złapaniu tego groźnego przestępcy? – Prezenter postanowił kuć żelazo, póki gorące, i pociągnąć za język lekarza, który w porównaniu z jego kolegą wydawał się znacznie bardziej rozluźniony.

Widz siedzący przed telewizorem pochylił się w stronę ekranu. Na zbliżeniu twarzy prezentera dostrzegł w jego uchu małą słuchawkę w kolorze cielistym. Była ledwie widoczna, ale zapewniała prowadzącemu niezawodną pomoc redaktora do spraw merytorycznych i dodatkowo asystenta, który stale informował go, ile czasu pozostało do końca programu. Wyraz twarzy Sylwestra Kołozińskiego wskazywał na to, że pomocny redaktor szepcze mu do ucha wskazówki.

– Co robi lekarz medycyny sądowej? – zapytał prezenter.

– Praca lekarza medycyny sądowej to bardzo odpowiedzialne zadanie, choć niektórzy naśmiewają się z nas, że jesteśmy lekarzami ostatniego kontaktu. W gruncie rzeczy, gdyby nie my, policja często miałaby problem z odnalezieniem morderców bądź ustaleniem przyczyny zgonu. Śmierć zawsze zostawia po sobie ślady, tak samo jak morderca. My tych śladów szukamy. Za pomocą sekcji zwłok, dokładnych oględzin ciała, badań histopatologicznych czy toksykologicznych jesteśmy w stanie odtworzyć ostatnie chwile danej osoby. Dzięki temu możemy trafić na ślady, jak to się stało w przypadku Dżina.

– A jakie konkretnie ślady go zdradziły, jeśli można wiedzieć? – zapytała prezenterka.

– Próbki jego DNA znalezione pod paznokciami ofiar oraz ślady spermy – wyjaśnił Zadrożny. – Nie ma zbrodni doskonałych. Są tylko zbrodnie nie dość dokładnie przebadane.

– Ale jak to? – zdziwiła się prowadząca. – Co na przykład z legendarnym już Zodiakiem, który mordował na terenie Stanów Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych? Do dzisiaj nie został schwytany.

Kobieta przez chwilę sprawiała wrażenie zdekoncentrowanej. Widz siedzący przed telewizorem był przekonany, że właśnie dostawała przez słuchawkę reprymendę za to, że w porannym paśmie telewizyjnym pojawiło się słowo „sperma”.

– Nie został ujęty, ale jego sprawa jest ciągle otwarta, z tego, co mi wiadomo – odezwał się Sebastian Pol. – Cały czas trwają prace nad jego schwytaniem.

– Wiemy już, że lekarz szuka śladów na ciele – zagaił prezenter. – Policja skupia się więc na żywych i na poszukiwaniu śladów w miejscu zbrodni, prawda?

– Tak.

Kołoziński zamrugał zaskoczony krótką, wojskową wręcz odpowiedzią.

– Może nam pan komisarz opowiedzieć o tym coś więcej?

– Nie mam nic więcej do powiedzenia.

Widz parsknął przed telewizorem rozbawiony postawą komisarza policji. Mężczyzna w żadnym razie nie wzbudzał sympatii. Miał co prawda szczery wyraz twarzy, ale zachowywał się wyjątkowo nieprzystępnie. Jego stalowoszare oczy były cały czas poważne. Sprawiał wrażenie, jakby nie umiał się szczerze śmiać.

– Ja bardzo chętnie coś dodam. – Marek Zadrożny puścił oko do prezenterki, która spłoniła się po cebulki tlenionych na jasny blond włosów.

On z kolei stanowił całkowite przeciwieństwo sztywnego policjanta. Był rozluźniony, cały czas się uśmiechał i czarował. Ciemny dwudniowy zarost sprawiał, że Zadrożny wyglądał, jakby dopiero co wstał z łóżka. Widz miał wrażenie, że prezenterka właśnie gorączkowo się zastanawia, czy lekarz wygląda tak samo seksownie, gdy budzi się rano.

– Słuchamy pana doktora – zagruchała.

– Technicy kryminalistyczni sprawdzają wszystkie ślady. Kiedy znajdujemy się na miejscu zdarzenia…

– Miejsce zdarzenia? – wtrącił prezenter. – Skąd ta nazwa?

– To termin prawniczy. Dopóki nie ustalimy, czy w ogóle dokonano morderstwa, nazywamy tak miejsce odnalezienia ciała i cały obszar dookoła, w którym mogą znajdować się potencjalne ślady.

– A jakich śladów państwo szukają? Proszę tylko pamiętać, że o tej porze oglądają i słuchają nas również dzieci – przypomniał prezenter.

Zadowolony z siebie Marek zaczął opowiadać o próbkach DNA, o zabezpieczaniu miejsca zdarzenia taśmami policyjnymi albo specjalnymi namiotami. Widać było, że fascynował go ten temat, a praca sprawia mu dużo przyjemności.

Co innego można było wywnioskować z zachowania komisarza. Cały czas był spięty, wodził niespokojnym spojrzeniem od prowadzących program do lekarza. Kamerzyści starali się pokazywać jego twarz jak najkrócej.

Siedzący przed telewizorem widz zanotował kilka rzeczy na temat śladów, o których opowiadał Zadrożny. Ołówek gładko sunął po kartce w linie.

– Proszę nam jeszcze odpowiedzieć na jedno pytanie. Czy możemy uznać Dżina za seryjnego mordercę? W końcu jego ofiarami padło aż piętnaście kobiet.

– Nie. Zatrzymany nie był seryjnym mordercą, ponieważ zabił tylko dwie osoby, ale za to w wyjątkowo okrutny sposób. Pozostałe kobiety zostały przez niego tylko brutalnie napadnięte i zgwałcone. Musiałby pozbawić życia co najmniej trzy osoby, na dodatek w różnym czasie, byśmy mogli uznać go za seryjnego mordercę – wyjaśnił komisarz.

– Zbliża się przerwa reklamowa – zapowiedział prowadzący. – Co by nam panowie chcieli powiedzieć na sam koniec? Może jakiś optymistyczny akcent?

Marek posłał do kamery hollywoodzki uśmiech, którym z całą pewnością zjednał sobie niejedną kobietę.

– W imieniu komisarza Pola i swoim mogę tylko stwierdzić, że przestępcy w Warszawie nie mają z nami najmniejszych szans. A w każdym razie ci na Pradze-Północ, bo to rejon komisarza Pola.

Prezenterzy zaśmiali się, na ich twarzach odmalowała się ulga. Cały temat porannej rozmowy wydawał się mocno kontrowersyjny. W paśmie śniadaniowym rzadko rozprawiano na temat brutalnych gwałtów. Prowadzący program dziennikarze wyraźnie cieszyli się, że tę część ramówki mają już za sobą.

– Bardzo dziękujemy panom za udział w programie. Z takimi obrońcami prażanie mogą czuć się bezpiecznie! Widzimy się z państwem po reklamach, kiedy wystąpi zespół The Donuts Band. Tylko dzisiaj w WitajTV! – zapowiedział prezenter.

Kamera przesunęła się, ukazując zaciszny kącik studia nagraniowego, gdzie swoje instrumenty rozstawiali już członkowie zespołu. Wszyscy mieli wyraźną nadwagę.

– Następnie poznamy panią Justynę Zawleczną, prowadzącą w Warszawie kursy samoobrony dla kobiet. Udzieli nam kilku przydatnych wskazówek. Zostańcie z nami! Wracamy zaraz po reklamach! – dodała entuzjastycznie prezenterka.

Widz wyłączył telewizor i nagrywarkę. Płyta z nagraniem wysunęła się z urządzenia. W pomieszczeniu zrobiło się ciemno. Wstał powoli i z notatnikiem w dłoni ruszył w stronę komody stojącej pod oknem. Odłożył swoje zapiski na stos książek i sięgnął do grubych zasłon. Po chwili sypialnię mężczyzny zalało ostre światło porannego słońca.

Spojrzał jeszcze raz na notatki i podkreślił ołówkiem słowa „ślady” oraz „podpis mordercy”. Ukucnął i spomiędzy podręczników medycyny sądowej i profilowania kryminalistycznego wyciągnął stosunkowo gruby tom z biografiami najsłynniejszych morderców.

Poprawił notes na stosie książek, tak by leżał równo z ich krawędziami. Zadowolony z siebie musnął palcami biblioteczkę i wyszedł z sypialni.

1.

Starsza kobieta siedziała nieruchomo w swoim ulubionym fotelu. Obite pluszem siedzisko było wygniecione przez lata użytkowania, a dawniej czerwony, obecnie lekko różowawy materiał wytarł się na podłokietnikach i wyblakł od słońca wpadającego przez okna. Mimo to nie wyobrażała sobie, że mogłaby wyrzucić fotel na śmietnik. Stał się jej przyjacielem, jedną z niewielu stałych rzeczy w życiu. Gdy kilkanaście lat wcześniej postępująca choroba reumatyczna powykręcała jej stawy, a cukrzyca zniszczyła nerwy i doprowadziła do rozwinięcia się martwicy tkanek i amputacji prawej stopy, kobieta odkryła, że można zaprzyjaźnić się ze swoim fotelem, a także z mieszkaniem. Nigdy nie była osobą szczególnie aktywną, jednak postępujące kalectwo sprawiło, że całkiem zamknęła się w czterech ścianach. Nie miała wyboru, musiała je polubić, żeby nie zwariować.

Teraz jednym z jej największych wyczynów w ciągu dnia było przeniesienie prawie dziewięćdziesięcioletniego ciała z łóżka na fotel.

Westchnęła ciężko i spojrzała na stojącą naprzeciwko meblościankę z lat osiemdziesiątych. Płyty wiórowe polakierowane na wysoki połysk udawały drewno wiśniowe. Za lekko przykurzonymi szybkami skrywały się rosyjskie szklanki do herbaty w srebrnych koszyczkach i półmiski, na których można było położyć wigilijnego karpia.

Nie miała ani jednego zdjęcia dzieci i wnuków, na którym mogłaby zawiesić spojrzenie. Nie doczekali się potomstwa z mężem, który zmarł dwadzieścia lat wcześniej. Nawet psa oddali sąsiadce już dawno, bardzo dawno temu, ponieważ oboje byli zbyt zniedołężniali, by wychodzić z nim na spacer.

Kobieta zerkała więc na swoje odbicie w szybkach i drzwiczkach meblościanki. Wyraźnie widziała różowawy fotel, a w nim skurczoną sylwetkę wyglądającą na zbyt małą i kruchą. Na swojej twarzy dostrzegła przerażenie.

Spojrzała na automatyczny wstrzykiwacz do insuliny, którego używała od wielu lat. Był nieco większy od długopisu. Swoją grubością przypominał raczej wieczne pióro. Ze względu na specyficzny kształt większość ludzi nazywała go „penem”. Ona nigdy tak nie mówiła. Dla niej to był wstrzykiwacz.

Miała ochotę dotknąć cieniutkiej niczym włos igiełki, którą przed chwilą w nim zamocowała. Specjalnie na tę okazję założyła dzisiaj świeżą igłę. Nie wymieniała ich za każdym razem, tak jak zalecał producent. Nową wkładała dopiero wtedy, gdy poprzednia całkiem się stępiła albo wygięła od wbijania we włókniste i zgrubiałe od wielu zastrzyków w podbrzusze. Dzisiaj jednak był wyjątkowy dzień.

Przekręciła pokrętło na wstrzykiwaczu. Zamierzała podać sobie całą zawartość fiolki z insuliną. Na stoliku, przykrytym własnoręcznie wydzierganym przed kilkudziesięciu laty obrusem z kordonka, leżała kolejna fiolka.

Chciało jej się krzyczeć. Wiedziała jednak, że to na nic. Nikt z sąsiadów jej nie usłyszy. Większość z nich była o tej godzinie w pracy. Emeryci tacy jak ona powoli wymierali, a bloki z wielkiej płyty przejmowali młodzi ludzie na dorobku, którzy wpadali do wynajętych mieszkań tylko po to, żeby przespać się kilka godzin. Nawet nie mówili jej „dzień dobry”.

Jej jedyna przyjaciółka, równie wiekowa emerytka z mieszkania w końcu korytarza, była wprawdzie teraz u siebie, ale nie usłyszałaby nikogo. Była głucha jak pień i rozkręcała radio na cały regulator. Pomimo dużej odległości starsza pani w różowym fotelu świetnie słyszała audycję nadawaną w paśmie Radia Maryja.

Nikt nie przyjdzie.

Dłonie zaczęły jej drżeć. Z jednej strony ogarniało ją przerażenie na myśl o tym, co się zaraz stanie. Było jej żal, że już nie zobaczy promieni słońca, nie poczuje zapachu kwiatów lipy rosnącej za oknem. Jednak z drugiej strony wreszcie czekała ją wolność. Uwolni się od wytartego fotela, współczujących spojrzeń, niedołężności.

Dzisiaj odwiedził ją listonosz. Może z dzisiejszą pocztą wcale nie przyszły złe wieści?

– Nie będzie bolało – powiedziała sama do siebie.

Wbiła igłę.

2.

Stukot obcasów przeszedł w nieprzyjemny zgrzyt, gdy kobieta niespodziewanie poślizgnęła się na kafelkach. Jej noga wygięła się na wysokości zgrabnej kostki, gdy elegancki bucik zdradziecko stracił przyczepność. Blondynka zamachała rozpaczliwie rękami, usiłując złapać równowagę. Grzywa blond włosów, sięgających niemalże do pasa, zafalowała gwałtownie.

Marek Zadrożny otworzył usta, ale nie zdążył nawet powiedzieć słowa. Zresztą i tak nie miał najmniejszych szans, żeby ją złapać. Stał dobre pięć metrów dalej.

Ona jednak poradziła sobie bez jego pomocy.

– Uff – sapnęła.

Zafascynowany przyglądał się, jak obfite i zdecydowanie nienaturalne piersi jego towarzyszki unoszą się w rytmie przyspieszonego oddechu. Był pełen szczerego podziwu. Lekko się zasapała, ale zdołała utrzymać równowagę na kilkunastocentymetrowych szpilkach, wykonując jedynie kilka wymachów rękami, które zdobiły ostre tipsy.

Uznał, że musiała mieć w tym doświadczenie.

– Masz śliską podłogę – skrytykowała, wydymając usteczka. – Lepiej usiądę.

Z przesadną ostrożnością zeszła z fragmentu posadzki pokrytego marmurowymi płytkami i z ulgą stanęła na dębowej klepce parkietowej. Marek zaczął się zastanawiać, czy jej obcasy nie zostawią na deskach śladów.

– Przepraszam – odparł, bo wydawało mu się to na miejscu. – Napijesz się może wina?

– Masz białe? – zapytała. – Wybielałam w tym tygodniu zęby, nie mogę pić niczego z barwnikami.

Spojrzał na swoje ulubione czerwone półwytrawne wino, które mógł pić litrami. Z westchnieniem pochylił się do szafki, w której trzymał trunki. Na szczęście miał też jedną jedyną butelkę białego wina, którą kupił kiedyś przypadkiem i zupełnie o niej zapomniał.

Gdy się odwrócił, żeby z uśmiechem potwierdzić, spostrzegł, że dotarła do kanapy. Potężny zestaw wypoczynkowy tkwiący pośrodku salonu pełen był różnokształtnych poduszek. Wszystkie, o co zadbał tuż przed wyjściem, były odwrócone przodem do wnętrza kanapy. Teraz z lekkim przerażeniem dostrzegł, że zaciekawiona dziwnym ułożeniem kobieta zaczęła je przekładać.

Jej piękna twarz z wysoko osadzonymi kośćmi policzkowymi, firanką rzęs z futra norki i całuśnymi ustami wzbogaconymi kwasem hialuronowym skrzywiła się z niesmakiem na widok wyhaftowanych na poduszkach kotków. Otaczający ją urok opalonej laleczki z porcelany zniknął jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Zniesmaczona zaczęła na powrót odwracać wszystkie poduszki w zasięgu swoich rąk.

– Szlag by to! – zaklął pod nosem mężczyzna i czym prędzej zaczął otwierać wino.

Miał szczerą nadzieję, że zdoła ją upić, zanim kobieta dostrzeże poduszki stanowiące dość kontrowersyjny, lecz nieodłączny element wystroju jego salonu.

– Proszę, Andżeliko! – Pospieszył w jej stronę z kieliszkami.

Nalał zdecydowanie więcej, niż przewidywały zasady savoir-vivre’u, ale go to nie obchodziło. Teraz zależało mu tylko na tym, żeby kobieta jak najszybciej wypiła trunek i zapomniała o nieszczęsnych poduszkach. Liczył, że skupi się na wielkim telewizorze, kominku, antykach albo przeszklonych drzwiach prowadzących na taras. Nie spodziewał się, że od razu sięgnie po poduszki.

Niemalże wepchnął jej kieliszek w dłoń i czym prędzej usiadł na jednej z poduch w kotki, żeby zasłonić haft własnym ciałem. Posłał jej zawadiacki uśmiech, który – co wiedział z doświadczenia – zawsze działał.

Tym razem nie podziałał. Szok na widok poduszek z krzywymi podobiznami baraszkujących kotków musiał być zbyt silny.

Taksujące spojrzenie Andżeliki prześlizgnęło się po wnętrzu apartamentu. Marek poczuł ulgę, gdy zawędrowało w bezpieczniejsze rejony. Był naprawdę dumny ze swojego mieszkania. Aranżował je przez wiele lat i jeśli pominąć poduszki, które namiętnie wyszywała jego bratanica i z upodobaniem umieszczała je na kanapie, każdy element pasował tu idealnie.

– Ładne mieszkanie – pochwaliła, pociągając duży łyk wina.

– Dziękuję.

– Jest twoje czy wynajmujesz? – zapytała.

– Tak, jest moje.

Oparł się wygodnie i objął Andżelikę. Z uśmiechem wtuliła się w jego ramię i odrzuciła włosy na plecy, by nie zasłaniały jej głębokiego dekoltu.

Zorientował się, że osuszył już niemalże cały kieliszek. Zdał sobie też sprawę, że zaczyna wyglądać na zdesperowanego. Ręce pociły mu się jak nastolatkowi, a krew szaleńczo pulsowała w żyłach. Skarcił się w myślach. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo stresuje go dzisiejsza randka. Wieczorne spotkania z pięknymi kobietami, niemalże zawsze kończące się w łóżku, były stałym elementem jego życia.

To spotkanie różniło się jednak od pozostałych i właśnie w tym doszukiwał się teraz powodu własnego zdenerwowania. Złamał swoją najważniejszą zasadę. Umówił się na randkę z kobietą młodszą od siebie o ponad dziesięć lat. Zwykle tego nie robił, obawiał się, że nie nawiązałby porozumienia z dużo młodszą dziewczyną. Uważał, że przed zaprowadzeniem jej do sypialni wypadałoby chociaż o czymś porozmawiać.

Tymczasem kobieta siedząca obok niego miała niespełna dwadzieścia trzy lata. Niby tylko trzynaście lat różnicy, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że molestuje właśnie jedną ze swoich studentek.

Kolejnym powodem do zdenerwowania był fakt, że była to jego pierwsza randka od kilku miesięcy. Wcześniej zwyczajnie nie miał ochoty na żadne spotkania. Dużo myślał o pewnej lekarce, która nagle wyjechała i nie raczyła odbierać jego telefonów. Joasia Skoczek zdecydowanie zbyt długo zajmowała jego myśli. Czuł, że przez to wyszedł z wprawy.

– Coś nie tak? – zapytała Andżelika.

– Co? Nie! Ja…

Jej dłoń oparła się na jego kolanie i wolno przesunęła się wzdłuż nogawki dżinsów w stronę krocza.

Zerwał się z kanapy i zapytał:

– Masz jeszcze ochotę na wino?

Zaskoczona zamrugała, ale nie straciła animuszu. Poprawiła włosy i oblizała usta.

– Czyżbyś chciał mnie upić i wykorzystać? – zachichotała.

Coś mu się przewróciło w żołądku na dźwięk jej piskliwego śmiechu. Zaczął się zastanawiać, dlaczego wcześniej nie zauważył, że ona tak się śmieje.

– Nie zrobię niczego, na co byś się nie zgodziła – zapewnił.

– Och, zgadzam się na wszystko – odparła niefrasobliwie.

Podążyła za nim do otwartej na salon kuchni. Stawiała ostrożne kroki, żeby tym razem obcasy nie straciły przyczepności. Zerkał na jej powolny, zmysłowy krok, gdy nalewał nową porcję wina do kieliszków. Znowu przesadził. Poziom alkoholu zdecydowanie przewyższał najszersze miejsce kieliszka. Ledwie się powstrzymał, żeby nie nalać do pełna.

Andżelika oparła się o barowy blat naprzeciwko niego, wypychając swój pokaźny biust do przodu. Początkowo Marek był zauroczony licznymi walorami swojej dzisiejszej wybranki. Kobieta, w jego oczach jeszcze dziewczyna, prezentowała się ślicznie. Gdy jedli kolację w restauracji, był świadomy zazdrosnych spojrzeń innych mężczyzn. Łechtało to jego próżność i chyba tylko dlatego zabrał ją do swojego mieszkania, choć obawiał się, że nadal będzie opowiadała wyłącznie o najmodniejszych ćwiczeniach i diecie znanej celebrytki, która sprawia, że piersi wyglądają wyjątkowo jędrnie.

Bandażowa sukienka w kolorze amarantowego różu tak ściśle oplatała ciało Andżeliki, że nie musiał się nawet zastanawiać, co jej właścicielka ma pod spodem. Był głęboko przekonany, że nie włożyła żadnej bielizny. Po kilku chwilach pożałował jednak, że odebrała mu zabawę w typowanie koloru majtek.

– Często chodzisz na siłownię? – zagadnęła, po czym niby przypadkiem przesunęła palcami po wargach, a potem powiodła nimi wzdłuż szyi, aż do dekoltu.

– Szczerze mówiąc, to nie – odparł. – Tamtego dnia odwiedzałem kolegę. Poci się codziennie z nadzieją, że ćwiczenia wypełnią pustkę w jego życiu.

Andżelika wydęła usta i pogroziła mu palcem.

– Ja bardzo lubię chodzić na siłownię i zapewniam, że moje życie nie jest puste.

– Nie śmiałbym twierdzić inaczej. Po prostu wolę pływanie.

Podał jej kieliszek. Tym razem to ona opróżniła go prawie jednym haustem. Odgięła swoją łabędzią szyję i przełknęła alkohol, jakby to była woda.

– Nie lubię pływać – skwitowała. – Czepek niszczy włosy.

– W takim razie chyba muszę częściej chodzić na siłownię, skoro można poznać tam takie piękne kobiety – stwierdził.

– Już nie musisz poznawać nikogo innego! – Mrugnęła do niego porozumiewawczo.

Marek zaczął się zastanawiać, czy jego najlepszy przyjaciel Sebastian jeszcze kiedykolwiek się do niego odezwie. Nie okłamał Andżeliki, nie cierpiał siłowni. Zdecydowanie bardziej wolał spędzać czas na świeżym powietrzu lub pływać niż wdychać zapach potu otaczających go ludzi. Seba był pod tym względem jego całkowitym przeciwieństwem – uważał, że wszystkie ćwiczenia powinno się wykonywać pod nadzorem trenera, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Poza tym panicznie bał się otyłości prześladującej mężczyzn z jego rodziny, więc katował się na osiedlowej siłowni niemalże codziennie.

Odwiedzając tam przyjaciela, Marek zauważył, że Seba zerka na Andżelikę, i dla żartu ją zagadnął. Jak znał komisarza, ten odezwałby się do niej chyba tylko w momencie, gdy ktoś przystawiłby mu pistolet do głowy. Przebojowość chłopaka z blokowiska znikała zupełnie, gdy musiał odezwać się do kobiety, która mu się podobała.

Ubrana w obcisły różowy trykot Andżelika niespodziewanie zagustowała w Marku, a nie w umięśnionym i mocno spoconym Sebastianie.

– Byłeś na siłce z kolegą, prawda? – zapytała. – Kojarzę go. Przychodzi codziennie, tak jak ja. Ma niezłe ciało.

– To Sebastian. Znamy się od…

– Jest lekarzem tak jak ty? – przerwała mu.

– Nie, jest policjantem.

– A jakim jesteś lekarzem? – Szybko straciła zainteresowanie jego kolegą. – Chirurgiem? Chirurdzy są bardzo sexy.

Marek nie miał wątpliwości, że ciała ponętnej Andżeliki dotykały niejedne ręce chirurga odziane w jednorazowe rękawiczki. Był ciekaw, ile blizn na nim znajdzie. Obstawiał, że pod jej krągłymi piersiami na pewno znajdują się kilkucentymetrowe ślady po wszczepieniu implantów.

– Ja też kroję ludzi, ale nie jestem chirurgiem – odparł dyplomatycznie.

Doświadczenie nauczyło go, że zawód lekarza medycyny sądowej nie był tak poważany przez potencjalne partnerki jak inne lekarskie specjalności. Nie spotkał jeszcze kobiety, którą podnieciłaby myśl, że sunące po jej ciele dłonie tego samego dnia dotykały rozkładających się zwłok. Chyba tylko proktolodzy mieli gorzej od niego. Marek nie potrafił sobie wyobrazić motywów, które skłaniały ludzi do wyboru tej ścieżki kariery. Był przekonany, że musiała się z tym wiązać jakaś głęboka trauma.

Andżelika opróżniła kieliszek i odstawiła go z brzękiem na kamienny blat.

– Mhm, masz takie duże dłonie – zagruchała i złapała go za rękę. – Na pewno świetnie radzisz sobie ze skalpelem.

Przez chwilę nawet rozważał, czy nie powiedzieć jej od razu, jaką ma specjalizację. Kilka razy udało mu się nawet zaintrygować partnerkę swoim zawodem. Ich fascynacja gwałtownie malała jednak w momencie, gdy wyjaśniał, że serial CSI to fikcja. Znikała zaś zupełnie, gdy odkrywały, jaka jest pensja lekarza medycyny sądowej i że czasami taki lekarz po powrocie z pracy śmierdzi.

Nie powinno go to dziwić. Nawet rodzice się go wyparli, gdy zamiast wybrać prestiżowy zawód, postanowił kroić trupy. Pierwszy lepszy psychiatra stwierdziłby prawdopodobnie, że wybór specjalizacji był wywołany chęcią zirytowania rodziny i zbuntowania się wobec prawniczej tradycji. Marek doskonale zdawał sobie z tego sprawę. To między innymi dlatego nie lubił psychiatrów.

Andżelika przysunęła do siebie jego rękę i położyła ją na swoim dekolcie.

Sunąc palcami po jej piersiach, Marek niespodziewanie pomyślał o Asi – doktor Joannie Skoczek, młodej rezydentce specjalizującej się w nielubianej przez niego psychiatrii. Przypomniał sobie jej ciemne loki i zadziorne spojrzenie. A także biust i zgrabne nogi. Mógł się założyć o własne życie, że jej ciało nie miało żadnego kontaktu ze skalpelem chirurga plastycznego.

Niestety nigdy nie udało mu się przekonać o tym osobiście.

– Dlaczego się uśmiechasz? O czym myślisz? – zagadnęła Andżelika.

– O tym, jak pięknie wyglądasz – skłamał gładko.

– Nalej mi jeszcze wina – zażądała.

Z ulgą zabrał dłoń. Zaczął się zastanawiać, jak wyplątać się z randki i grzecznie pożegnać Andżelikę. Nie był pewien, czy uda mu się to zrobić.

Kobieta, wyczuwając jego dystans, odwróciła się i przeszła kilka kroków w stronę kanapy. Tam pochyliła się, udając, że poprawia but. Ciasna sukienka podjechała wyżej, ukazując gołe pośladki, pomiędzy którymi próżno było doszukiwać się chociażby sznurka stringów.

Nie ma bielizny, skonstatował Marek, przyznając sobie jeden punkt za domyślność.

Przypomniał sobie czarne koronkowe majtki, które nie tak dawno wysłał w prezencie Joannie. Gdy spotkali się w knajpie, w której grał wieczorami na gitarze, uratował ją przed kłótnią z chirurgiem, z którym była na randce. Potem odprowadził ją do mieszkania i gnany ciekawością wprosił się do środka. Tam w bałaganie panującym w niewielkiej kawalerce dostrzegł pod kaloryferem porzucony koronkowy stanik. Zawstydzona Joanna wyjaśniła mu, że to jej kot musiał go tam zawlec.

To dlatego później, dla żartu, a także z sympatii, podarował jej na poprawę nastroju majtki. Czarne, koronkowe – takie, jakie najchętniej by z niej zdjął, gdyby tylko mu na to pozwoliła.

Nie lubił psychiatrów i nie uważał ich za lekarzy, ale Joanna zachwyciła go od pierwszego wejrzenia. Chciał z nią rozmawiać, chciał jej słuchać, chciał ją poznać, chciał zobaczyć ją nagą. Ona jednak uparcie odrzucała jego awanse.

Marek dopił kieliszek wina, żeby zmyć gorycz, którą poczuł. Kilka miesięcy temu Joanna o włos uniknęła śmierci – w dużej mierze dzięki jego pomocy. Zaraz potem, lekko odurzona, zgodziła się pójść z nim na randkę.

A później zniknęła.

Spakowała walizki i z ukochanym kotem pod pachą wyjechała z Warszawy. Nie zostawiła żadnej wiadomości, żadnej wskazówki. Nawet Sebastian nie wiedział, gdzie się podziała. Kadrowe w jej szpitalu też nie miały żadnej informacji, a potem postraszyły Marka policją, jeśli nie przestanie im się naprzykrzać.

Mógł mieć tylko nadzieję, że nie uciekła do byłego męża, który ją zdradzał i z którym się rozwiodła.

Zadrożny zganił się za to, że jego myśli odpłynęły od wspaniałego ciała dziewczyny poznanej na siłowni.

Andżelika w tym czasie nie próżnowała. Kierując się w stronę kanapy, rozpięła suwak swojej sukienki. Gdy tylko zamek puścił, materiał skurczył się do rozmiarów przypominających ubranko dla lalek.

Zaskoczony tak szybkim biegiem wydarzeń Marek otworzył szeroko usta i niemalże upuścił kieliszek. Andżelika poruszyła kilka razy biodrami i pozbyła się amarantowej szmatki.

Stała teraz przed nim goła i perfekcyjna, jak ją Pan Bóg na spółkę z chirurgiem stworzyli.

– Na co czekasz? – zapytała, opierając dłonie na biodrach. – Chcesz mnie przelecieć czy nie? Znudziła mi się już ta rozmowa.

– Ja…

Odwróciła się i kręcąc pośladkami, podeszła do kanapy. Zaczęła zrzucać na ziemię poduszki.

– Nie wiem, o co biega z tymi kotami. Są paskudne – skwitowała.

– Wyszyła je moja bratanica – wyjaśnił.

– Ale to nie znaczy, że musisz je tu trzymać.

Położyła się na boku niczym modelka czekająca tylko, aż ktoś namaluje jej akt. Jedna z piersi uniosła się lekko, odsłaniając białą bliznę, wyraźnie jaśniejszą na tle skóry opalonej za pomocą lamp UV.

– Do diabła, starzeję się… – mruknął Marek i westchnął, podejmując decyzję.

– Co ty tam mówisz?

– Poduszki leżą na kanapie, bo moja dziesięcioletnia bratanica tutaj mieszka – wyjaśnił, stając w bezpiecznej odległości. Nie zamierzał uprawiać seksu z Andżeliką, ale chciał chociaż popatrzeć, skoro już mu to bezwstydnie umożliwiła.

Usteczka kobiety ułożyły się w idealne „o”.

– Wychowuję ją. – Widząc brak zrozumienia na twarzy kobiety, dodał jeszcze: – Mieszka ze mną od kilku lat.

– A żonę też masz?

– Nie, nie jestem żonaty.

– Jesteś więc samotnym mężczyzną wychowującym nie swoje dziecko? – uściśliła. Zerwała się z kanapy i złapała porzuconą wcześniej na stoliku torebkę. Wyciągnęła telefon komórkowy. Jej palce zaczęły gorączkowo stukać w ekran.

Marek się zdziwił. Myślał, że chwyci raczej sukienkę niż komórkę.

– Kiedy tak to ujmujesz, faktycznie nie brzmi to dobrze – zgodził się. – Mogę zapytać, co robisz?

– Zamawiam sobie taksówkę – odparła oburzona.

– Ale…

Odłożyła telefon i podniosła sukienkę. Z fascynacją przyglądał się, jak Andżelika usiłuje się w nią wcisnąć. Materiał był elastyczny, niemniej krój stroju sprawiał wrażenie, jakby mógł pomieścić ledwie jedno udo kobiety.

– Uznałem, że powinnaś wiedzieć – stwierdził.

– No i dobrze, do cholery, że mi powiedziałeś. Może jeszcze jest teraz w mieszkaniu?!

– Nie, nocuje u sąsiadki, która pełni funkcję jej przyszywanej babci.

Przestała się szarpać z sukienką, gdy zdołała ją przepchnąć przez biodra. Jej piersi falowały w powietrzu w rytm urywanego oddechu. Marek poczuł, jak ogarnia go zniechęcenie. To zdecydowanie nie była udana randka. Żałował teraz, że zaprosił Andżelikę. Tylko zrobił z siebie idiotę.

Poza tym obawiał się, że Seba go teraz znienawidzi i zastrzeli przy pierwszej lepszej okazji. Wszyscy lubili Sebastiana, zwłaszcza prokurator rejonowa Natalia Świetlik. Był pewien, że Seba nie dostanie za tę zbrodnię sprawiedliwego wyroku. Zatuszują śmierć Zadrożnego. Marek był jednak teraz tak przygnębiony, że nawet nie było mu z tego powodu przykro.

– Słuchaj! Rzadko kiedy się mylę – oświadczyła, wciągając sukienkę na jedną pierś. Druga wciąż sterczała zawadiacko, uparcie opierając się właścicielce.

– Może pomogę…

– Do kurwy nędzy! – Szarpnęła cyckiem i zapięła sukienkę. – No, wreszcie!

Miał ochotę zaklaskać, ale nie był pewien, czy nie dostanie w twarz.

– Wracając do tematu, ja naprawdę rzadko się mylę! – Wycelowała w niego palec. – Wpadłeś mi w oko na siłowni i cię wyhaczyłam. W ogóle nie wyglądałeś na samotnego tatuśka. Nie powinnam była tego przegapić. Muszę to wszystko przemyśleć.

– Oczywiście. – Pokiwał głową.

– Ja jestem jeszcze młoda.

– Oczywiście.

– Ty jesteś już w średnim wieku.

O mało się nie zakrztusił.

– Nie przepadasz za siłownią – wymieniała dalej, licząc na palcach. – A teraz jeszcze się dowiaduję, że masz dziecko?

– Technicznie rzecz biorąc, wychowuję dziecko, sam nie mam jeszcze dzieci – wyjaśnił.

– Jeden pies. Chociaż trzeba przyznać, że mieszkanie masz fajne, na dodatek na Saskiej Kępie. No i jesteś lekarzem – westchnęła z żalem.

Telefon w kieszeni Marka zaczął wibrować. Westchnął ciężko, miał tylko nadzieję, że to nie jest nagłe wezwanie do zgonu. Dzisiaj nie miał dyżuru pod telefonem.

Zobaczył imię na wyświetlaczu i szepnął zdumiony:

– Joanna…

– Słucham?

– Opiekunka do dziecka – skłamał. – To musi być coś ważnego. Niestety muszę cię przeprosić. Pewnie będę musiał odebrać małą. Może wymiotuje albo ma biegunkę. Kto wie? Może to nawet jakaś choroba zakaźna, wysypka… Wiesz, dzieci tak mają.

Lekko poczerwieniała.

– To ja już chyba pójdę. – Zerknęła na wyświetlacz telefonu. – Moja taksówka właśnie przyjechała. Może do ciebie jeszcze zadzwonię, ale nie obiecuję.

– Oczywiście, doskonale to rozumiem. Przemyśl sobie wszystko!

Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, dotknął zielonej ikonki umożliwiającej odebranie połączenia.

3.

– Halo? – wychrypiał w słuchawkę.

– Marek…? Już myślałam, że nie odbierzesz… – W głosie kobiety usłyszał wahanie.

– Asia, to… Hm, miło, że dzwonisz.

Skrzywił się, słysząc swój ton. Zaczął gorączkowo krążyć po mieszkaniu w oczekiwaniu na odpowiedź. Przeczesał dłonią włosy, zachodząc w głowę, ile jeszcze błędów zdoła popełnić tego wieczoru. Na wszelki wypadek postanowił odzywać się jak najmniej.

– Tak… pomyślałam, że się do ciebie odezwę – powiedziała w końcu.

Żeby się uspokoić, Marek chciał policzyć w myślach do dziesięciu, ale cierpliwości starczyło mu tylko do pięciu. Nic nie wyszło z jego postanowienia o nieodzywaniu się bez potrzeby.

– Dlaczego nie dałaś żadnego znaku życia? Gdzie przepadłaś? Dzwoniłem do ciebie, pisałem, w ogóle nie mogłem się z tobą skontaktować – zaatakował. – Wyjechałaś, nic nikomu nie mówiąc! Nawet Sebastian nie wiedział, gdzie jesteś! Słyszysz? Policja nie wiedziała, czy nie leżysz gdzieś w rowie zadźgana przez szaleńca.

– Marku, uspokój się. Wydaje mi się, że na najbliższe pięćdziesiąt lat wyczerpałam okazje do konfrontacji twarzą w twarz z jakimkolwiek mordercą.

Ciepły głos dziewczyny wcale go nie uspokajał. Miał ochotę złapać ją za ramiona i potrząsnąć nią gwałtownie. Przez ostatnie trzy miesiące nie mógł znaleźć sobie miejsca, ciągle o niej myślał, zupełnie jakby rzuciła na niego jakiś czar. Sam siebie nie poznawał. Był przekonany, że to dlatego, że nie dała mu się zaciągnąć do łóżka. To musiał być powód. Nie było innego logicznego wytłumaczenia.

– Miejmy nadzieję – burknął.

– Dzwonię, bo czytałam o tobie w gazecie i pomyślałam, że powinnam się odezwać – wyjaśniła spokojnie.

Zaczął się zastanawiać, czy Joanna nie stosuje jakichś psychiatrycznych sztuczek. Ton jej głosu był cichy i delikatny, zupełnie jakby chciała wymóc na nim podobne zachowanie.

– Czyli gdybyś nie zobaczyła gazety, to w ogóle byś się nie odezwała? – zapytał zaczepnie.

Podszedł do ściany w przedpokoju, na której powiesił wspomniany artykuł. Przesunął palcami po szkle. Pod nim znajdował się pieczołowicie wycięty tekst pochwalny z jednego z popularnych dzienników.

Redaktor umieścił nawet ziarniste zdjęcie, na którym widać było Marka i Sebastiana stojących pod domem jednej z ofiar warszawskiego gwałciciela i mordercy, zwanego Dżinem. Marek był zaskoczony rozgłosem, jaki przyniosła im ta sprawa. Prasa oszalała na punkcie cichego komisarza i wesołego lekarza medycyny sądowej. Na wywiadach w gazetach się nie skończyło. Byli nawet w telewizji śniadaniowej, gdzie w porannej ramówce opowiadali o swojej pracy.

Jednak to artykuł w gazecie bardziej cieszył Marka. W przeciwieństwie do wywiadu w telewizji był namacalny. Mógł go teraz powiesić na ścianie. Dodatkowo autor tekstu nie mógł się nachwalić lekarza i komisarza, których kreował na postaci rodem z powieści kryminalnych. Zadrożny ucieszył się jak dziecko, kiedy zobaczył tekst. Po raz pierwszy ktoś docenił jego pracę.

– Nie będę kłamać. Nie wiem, czy zadzwoniłabym do ciebie, gdyby nie gazeta. A przez ten artykuł nie mogłam przestać o tobie myśleć.

– To miłe, że masz na moim punkcie obsesję – odparł, zanim zdążył ugryźć się w język.

– Słowo „obsesja” ostatnio trochę źle mi się kojarzy – westchnęła. – Minione miesiące były dla mnie bardzo trudne. Zrozum.

– Wiem. O mało co nie zostałaś zabita.

– Przez osobę, której ufałam! – W spokojne nuty jej głosu wkradła się złość. – Jestem psychiatrą, na miłość boską, i niczego nie zauważyłam. Nie widziałam, że się rozpada, że jest chodzącą bombą. Nie zauważyłam, jak na mnie patrzy, nie dostrzegłam nienawiści buzującej pod samą powierzchnią.

Już chciał powiedzieć, żeby się nie przejmowała, bo według niego cała psychiatria to pic na wodę i wróżenie z fusów, ale ugryzł się w język. Postanowił, że powie jej to później, gdy już ustali miejsce jej pobytu.

– Gdzie byłaś? – zapytał.

– Wróciłam do domu.

Serce mu zamarło.

– Do męża?

Parsknęła śmiechem tak głośno, że aż zabolało go ucho.

– No dobrze. Po dźwięku, którym mnie ogłuszyłaś, obstawiam, że oplułaś ze śmiechu słuchawkę – skwitował. – Czyli nie pojechałaś do męża?

– Jestem rozwódką, zapomniałeś? Nie mam już męża.

– To gdzie byłaś?

– U rodziców, w Siedlcach.

– To przecież niedaleko Warszawy, tuż obok! – oburzył się.

– Prawie sto kilometrów, no przedmieścia po prostu… – rzuciła ironicznie.

– Mogłem do ciebie przyjechać. Wiesz, że chciałem przyjechać.

– Wiem, napisałeś mi to kilka razy. To ja nie chciałam, żebyś do mnie przyjeżdżał. Nie chciałam widzieć nikogo, kto miał jakikolwiek związek z tą sprawą – zaczęła się tłumaczyć.

– Nie rozumiem dlaczego.

– Bo musiałam się od tego odciąć. Zwątpiłam we wszystko, począwszy od własnego rozumu po wybór ścieżki zawodowej. Widok znanych osób i Warszawy przypominałby mi, co się stało. A ja chciałam zapomnieć.

– I co? Udało ci się?

Jego pytanie zawisło w powietrzu. Przez dłuższą chwilę milczała. Zaczął się już zastanawiać, czy się nie rozłączyła.

– Nie udało mi się – odparła cicho.

– A co z psychiatrią? Co ze szpitalem? Nie wracasz do pracy? – zapytał, chociaż miał ochotę spytać o coś zupełnie innego.

– Nie wiem. Może tak, może nie. Na razie wzięłam zaległe dwa miesiące urlopu i zawiesiłam specjalizację na kolejne dwa miesiące. Trzy mam już za sobą, został mi jeszcze jeden, ostatni miesiąc na przemyślenia. Potem albo wrócę do pracy, albo się zwolnię – odparła zrezygnowana. Nie cieszyła jej żadna z tych możliwości. Ciągle miała pustkę w głowie. Powrót do domu i wysłuchiwanie dobrych rad rodziców w ogóle nie pomogły, przeciwnie – zasiały w niej kolejne wątpliwości.

– A gdzie teraz jesteś? Nadal w Siedlcach?

– Nie, teraz jestem już w Warszawie, w swoim mieszkaniu.

Tego się nie spodziewał. Skoro nie chciała go widzieć, bo przypominał jej, że o mało nie straciła życia, wydało mu się dziwne, że wróciła do mieszkania, w którym niemalże doszło do tej tragedii. On sam nie był pewien, czy dałby radę spać na kanapie, która kilka miesięcy wcześniej mogła się stać miejscem jego ostatniego spoczynku.

– Och, chcesz tam nocować? – zdziwił się.

– Mówisz jak moja matka…

– Jej też na tobie zależy – odparował.

Westchnęła. Niemalże widział, jak przewraca oczami.

– Wymieniłam zamki w drzwiach. Moje mieszkanie jest zapieczętowane niczym sejf w szwajcarskim banku. O ile ktoś nie ma klucza, nie zdoła nawet wyważyć drzwi taranem – pochwaliła się. Przemilczała natomiast informację, że stare mury przedwojennej kamienicy były na tyle skruszałe, że podczas wyważania drzwi framugi i wbite w ściany metalowe sztaby najprawdopodobniej odpadłyby razem z rzeczonymi ścianami. Pocieszała się tylko, że ewentualni mordercy narobiliby przy tym tyle hałasu, że znajomi prascy pijacy ruszyliby jej na ratunek.

– Czyli rozumiem, że mogę się nie łudzić, że dasz mi kiedyś klucz do swojego mieszkania? – zapytał.

– Na razie zamierzam skupić się na celebrowaniu mojego związku z Kołtunem. Dobrze nam we dwójkę. Niedługo będzie piąta rocznica, odkąd jesteśmy razem.

Przypomniał sobie grubego persa o spojrzeniu rasowego zabójcy, którego futro chyba nigdy nie widziało grzebienia. Kot w żadnym razie nie był sympatyczny, ale Marek polubił go od pierwszego spotkania.

– A teraz wróćmy do tego, dlaczego w ogóle dzwonię! Chcę ci pogratulować artykułu w gazecie – powiedziała. – No i oczywiście gratuluję rozwiązania sprawy.

Marek zaczął się zastanawiać, czy powinien pochwalić się Joannie wywiadem telewizyjnym. Sama nic o tym nie wspomniała, więc pewnie nie oglądała programu. Szybko zrezygnował z tego pomysłu. Miał wrażenie, że i tak uważa go za narcyza.

– Zrobiliśmy to wspólnie z Sebastianem – odparł, chcąc pochwalić kolegę. – Obaj tak samo się napracowaliśmy.

– Wiem, wiem, już do niego dzwoniłam w zeszłym tygodniu.

Poczerwieniał, gdy dotarło do niego, że najwyraźniej nie był numerem jeden na liście.

– No popatrz… Widziałem się z nim wczoraj na siłowni. Słowem się nie zająknął, że z tobą rozmawiał – wycedził Marek przez zaciśnięte zęby.

A jednak Andżelika zdołała ich skłócić. Przypomniał sobie, że przyjaciel faktycznie chciał mu coś powiedzieć, ale wtedy podeszła do nich dziewczyna i podała Markowi karteczkę ze swoim numerem telefonu. Potem Sebastian już nic nie mówił.

– A to dziwne! – W głosie Joasi nie było jednak słychać zdumienia. – Pewnie cieszysz się z tego artykułu, co?

– Oczywiście, że tak. Myślałem, że moje nazwisko pojawi się w prasie dopiero, gdy ktoś umieści tam mój nekrolog.

– Pesymistyczne podejście do życia. Ale chyba nie powiesiłeś tego artykułu na ścianie? – zakpiła.

– Ja? Niee… Bywam próżny, choć trudno mnie za to winić. W końcu jestem przystojny i bogaty, takie cechy zobowiązują.

– Powiesiłeś go – skwitowała.

Postukał palcem w szkło i uśmiechnął się do swojego odbicia.

– No powiesiłem – przyznał.

– Ale chyba nie w złotej ramce?

Cienka rama udająca postarzane drewno została pociągnięta warstewką złotej farby. Wybrał taką, bo pasowała mu do ścian.

– Niee… złotą? Za kogo ty mnie masz? – udał oburzenie, postanawiając sobie sumiennie, że kupi inną ramkę.

– Tylko się z tobą droczę, Marku. Podobno byłeś też w telewizji?

Zadrożny ucieszył się, że jednak o tym wiedziała.

– Tak, zaprosili mnie i Sebastiana do jednej ze śniadaniówek. Mieliśmy się wypowiedzieć na temat szukania śladów. Chociaż nie wiem, kto miałby to oglądać podczas sobotniego śniadania. Mało apetyczny temat.

– Szkoda, że nie widziałam tego programu.

– Sebastian żałował, że wziął w tym udział, i chyba nadal żałuje – zaśmiał się Marek. – Nawet gruba warstwa pudru nie zasłoniła rumieńców zażenowania na jego twarzy.

– Och, biedny! – zachichotała.

– Spotkajmy się – zaproponował niespodziewanie.

Czuł, że musi teraz spróbować, jeszcze podczas tej rozmowy. Nie miał wątpliwości, że Joasia nie zadzwoni do niego ponownie zbyt szybko. Po drugiej stronie słuchawki zapanowała cisza. Czekał cierpliwie. Nie zamierzał odpuścić tego spotkania. Musiał się z nią umówić, chociażby po to, żeby wreszcie się przekonać, że wcale nie było na co czekać.

– Obiecałam ci kiedyś kawę – odparła w końcu. – Chyba możemy się na nią wybrać.

4.

– Kobieta lat osiemdziesiąt siedem. Zidentyfikowana jako Janina Nowak. Przyczyna zgonu nieznana. Znaleziona w swoim mieszkaniu w pozycji siedzącej, co zgadza się z widocznymi plamami opadowymi, zlokalizowanymi głównie na pośladkach i w dole pleców. Ciało w stanie częściowego rozkładu. Na podstawie zeznań świadków można podejrzewać, że spoczywało w mieszkaniu około tygodnia, co koresponduje ze stanem zwłok. Na miejscu zdarzenia odkryto plastikowy pen do wstrzykiwania insuliny. Zmarła trzymała go w dłoni leżącej na kolanach. Na skórze brzucha liczne przebarwienia i ślady po starych wkłuciach… – Marek Zadrożny mówił bardziej do siebie niż do zebranych w sali sekcyjnej osób.

Zanotował szybko kilka informacji na kartce przypiętej do plastikowej podkładki i odsunął się, żeby zrobić miejsce technikom.

Sebastian Pol pilnował się, żeby zaciskać palcami skrzydełka nosa i oddychać przez usta tak płytko, jak tylko potrafił. Żałował, że nie ma olejku miętowego czy chociażby zwykłej wody toaletowej, żeby rozsmarować sobie kilka kropel pod nosem. W przeciwieństwie do Marka Zadrożnego i prokuratorów nie był przyzwyczajony do tego zapachu. Smród zgnilizny panujący w prosektorium był dla niego niemalże nie do wytrzymania. Poczuł, że zbiera mu się na wymioty.

Spróbował oddalić się od chromowanego stołu sekcyjnego, ale wpadł na wózek, na którym w foliowym worku czekały już kolejne zwłoki do oględzin. Wraz z rozpoczęciem sezonu urlopowego zwiększała się liczba podejrzanych zgonów i wypadków, którym należało się przyjrzeć.

Serce stanęło mu w gardle, ledwie pohamował panikę. Upomniał się w myślach, że ciało skryte za czarną folią nie podniesie ręki i go nie złapie. Zombi, czyli żywe trupy, istniały tylko i wyłącznie w filmach.

Mimo to odsunął się od stołu na bezpieczną odległość.

Nie lubił tu przychodzić. W gruncie rzeczy nawet nie musiał tego robić. Mógł poczekać na raport, tak jak zwykle robili jego koledzy. W sali sekcyjnej musiał być obowiązkowo obecny prokurator, a nie policjant. Sebastian zerknął na pracownika sądu. Tym razem to nie była Natalia Świetlik, z którą szczerze się nie cierpieli. Prokurator Jerzy Wieczorek przyglądał się znudzony technikom, którzy fotografowali zwłoki starszej kobiety rozciągnięte na stole sekcyjnym. Schludnie złożone ubrania staruszki leżały już w foliowych workach na dowody. Kiedy technicy zebrali wyskrobiny spod paznokci denatki i zaczęli pakować swoje torby, Wieczorek zerknął znacząco na zegarek, a potem na Sebastiana. Jego wąskie usta ozdobione mysim wąsikiem rozciągnęły się w przymilnym uśmiechu.

– Panie komisarzu, skoro przyszedł pan na sekcję, to ja wyskoczę na papieroska, co? A pan popatrzy? – zapytał, przeciągając ostatnie sylaby słów. – Nie ma pan chyba nic przeciwko?

Pol zdał sobie sprawę z tego, że w zasadzie nie lubił wszystkich prokuratorów. Nie tylko Natalii Świetlik, która jak niesie plotka, potrafiłaby doprowadzić do łez nawet szczeniaczki. Wydawało mu się, że wszyscy prokuratorzy mieli w sobie jakieś zadęcie, którego jako były żołnierz zupełnie nie rozumiał.

– Jasne, niech pan idzie! – Pokiwał głową z uprzejmym uśmiechem. – Na zdrowie.

Wieczorek zerknął na niego podejrzliwie, nie wiedząc, czy Pol sobie z niego kpi.

Sebastian nie cierpiał papierosów i uważał palenie za obrzydliwy nałóg. Poza tym w żadnym razie nie życzył prokuratorowi dobrze. Na szczęście Wieczorek nie mógł tego wiedzieć.

Gdy za ostatnim technikiem zamknęły się drzwi i zostali sami, komisarz spojrzał na Marka, który ostentacyjnie go ignorował, odkąd ten pojawił się w sali sekcyjnej.

Pol ucieszył się, że dzisiaj nie było zajęć ze studentami. Każda taka sekcja trwała bardzo długo, ponieważ dokładnie omawiano przypadek śmierci i pozwalano adeptom sztuki medycznej dotknąć zwłok. Zbyt liczne grupy dziekańskie studentów tłoczyły się w prosektorium. Aby zaimponować kolegom lub zamaskować strach, młodzi lekarze często zachowywali się zbyt wesoło. Okutani w białe fartuchy zasłaniali sobie widok, tłocząc się przy niedużych stołach sekcyjnych, a swoją niezdarnością i brakiem obycia ze zmarłymi niemożliwie wydłużali każdą czynność.

Poza tym nie mógłby porozmawiać z przyjacielem swobodnie, gdyby dookoła pałętało się kilkadziesiąt osób na zmianę chichoczących ze zdenerwowania i wybiegających do łazienki, żeby zwymiotować. Kiedyś zdarzyło mu się nawet, że musiał złapać jedną wyjątkowo wiotką studentkę, która zemdlała na widok zwłok dziecka potrąconego przez samochód. Pol szczerze jej wtedy zazdrościł, bo także najchętniej odpłynąłby w niebyt, ujrzawszy drobne nieruchome ciałko.

Marek zaczął sekcję. Na strój chirurgiczny nałożył foliowy fartuch upodabniający go do rzeźnika i grube rękawiczki. Za pomocą skalpela rozciął skórę na brzuchu i piersi starszej pani. Pol odwrócił wzrok. Nie przyszedł dzisiaj do Zakładu Medycyny Sądowej, by przyspieszyć rozwiązanie sprawy tajemniczego zgonu. Chciał tylko porozmawiać z Zadrożnym, który ostatnio zaczął go unikać.

– Po raz kolejny zastanawiam się, jak ty tu możesz pracować – westchnął komisarz, mając nadzieję, że wciągnie przyjaciela do rozmowy.

– Proszę o zachowanie ciszy – burknął Marek, nawet na niego nie patrząc. – U denatki brak widocznych cech celowego uszkodzenia powłok przez osoby trzecie. Liczne zniekształcenia stawów charakterystyczne dla zaawansowanej choroby reumatycznej. Prawa stopa amputowana w przeszłości. Kikut jest dobrze wygojony. Na podbrzuszu siniaki po wkłuciach. Opuszki palców także z licznymi śladami po igłach. Widocznie kobieta często sprawdzała poziom cukru we krwi za pomocą domowego glukometru.

– Serio? Jesteś na mnie obrażony, bo nie powiedziałem ci, że doktor Skoczek do mnie zadzwoniła? – Sebastian aż się zachłysnął. Od razu tego pożałował, bo na języku osiadł mu słodkawy smak gnijącego ludzkiego mięsa. – O kuźwa, zaraz się zrzygam!

Jego żywiołowy komentarz i atak duszącego kaszlu w końcu zmobilizowały Marka do podniesienia wzroku.

– Mogłeś mi powiedzieć. To nie wymagało od ciebie dużego wysiłku – warknął lekarz.

Sebastian odwrócił wzrok, gdy Zadrożny zaczął dalej rozcinać ciało. Nie mógł się do tego przyzwyczaić. Raziło go zwłaszcza to, że skóra niewiele krwawiła po rozcięciu jej skalpelem. Pozbawione kolorów zwłoki zawsze wydawały mu się podejrzanie gumowate, sztuczne, zupełnie jakby były tylko elementami scenografii taniego dreszczowca, w którym ograniczenia kosztów spowodowały oszczędności w gospodarowaniu sztuczną krwią.

Po chwili cęgi do cięcia żeber zachrupały o kości, by medyk mógł dostać się do jamy klatki piersiowej.

– Ten dźwięk nadaje się do horrorów – westchnął komisarz, wpatrując się w sufit, jakby nagle dostrzegł tam coś ciekawego. Jedna ze świetlówek w plastikowej osłonie na chwilę przygasła, puszczając do niego oko.

– Piłą byłoby szybciej, ale nie chciało mi się sięgać.

– Dźwięk piły elektrycznej jest jeszcze gorszy – skwitował Pol.

Marek parsknął zirytowany i rzucił cęgi na metalowy stolik. Głośny brzęk narzędzi obudziłby umarłego.

Pol z zadowoleniem stwierdził, że tak się jednak nie stało.

– Wiesz, że nie masz obowiązku tu sterczeć? – zirytował się lekarz. – To nie amerykański film, nie wyjmę jej nagle z brzucha jaja obcego ani nie znajdę listu pożegnalnego w gardle. Możesz spokojnie poczekać na raport. Prześlę ci go mailem. Wystarcza mi, że przy każdej sekcji nad głową sterczy mi prokurator rejonowy. Ty nie musisz.

– Zwykle nie przeszkadza ci, gdy przychodzę.

– Ale dzisiaj mnie wkurwiasz.

Marek wyjął wycięty mostek wraz z fragmentami żeber i odłożył go na bok. Klatka piersiowa kobiety stała przed nim otworem. Powoli zaczął preparować opłucną, czyli półprzezroczysty worek pokrywający tkankę płuc. Sebastian widział to już wielokrotnie, nadal jednak nie mógł pozbyć się skojarzenia ze sklepem mięsnym.

Lekarz wciągnął powietrze.

– Trochę jakby pachniała acetonem… – mruknął do siebie Marek.

– Acetonem?

– Zmywaczem do paznokci.

– Aha, no tak. – Pokiwał głową, chociaż nie miał zielonego pojęcia, jak pachnie zmywacz do paznokci.

– A ile ona sobie wstrzyknęła tej insuliny? – zapytał Zadrożny. – Sprawdziliście pena? Ile mililitrów sobie podała, a ile powinna była sobie podać? Musiała prowadzić dzienniczek cukrzyka. Tam powinna mieć zapisane wartości poziomu cukru i zalecenia diabetologa.

– Nie znalazłem żadnego dzienniczka – powiedział Pol.

– Rozmawialiście z sąsiadami? Sama sobie podawała tę insulinę? – drążył dalej Marek. – Ktoś jej robił te zastrzyki? Czy mogła pomylić dawkę i wstrzyknąć sobie za dużo? Miała demencję starczą?

– Sprawdzimy to. Na razie nie potrafię ci odpowiedzieć na te pytania. A zastrzyki miałyby jakiś związek z tym zapachem zmywacza…?

– Tak.

– Aha. – Jeszcze raz pokiwał głową. – Sprawdzimy to.

Marek kontynuował sekcję. Komisarz miał ochotę westchnąć, ale wiedział już, że szybko by tego pożałował.

– W zasadzie to ja powinienem być na ciebie obrażony – zauważył Sebastian. – Andżelika od dawna mi się podobała, a wystarczyło, że się pojawiłeś w zasięgu jej wzroku, i od razu wskoczyła ci do łóżka.

– Dla twojej wiadomości do niczego między nami nie doszło – odparł chłodnym tonem Zadrożny.

Sebastian nie krył zaskoczenia.

– Nie?

– Nie…

– Dlaczego? Przecież zwykle się nie powstrzymujesz i zaciągasz do łóżka każdą chętną, byle była w miarę ładna.

Marek skończył preparować worek opłucnowy i wyciągnął poszarzałe płuca na metalową tackę. Nie wyglądały jak poczerniałe, niemalże wypełnione smołą płuca wieloletniego palacza, ale do najbielszych także nie należały. Zadrożny już się przyzwyczaił do tego widoku. Tak wyglądały płuca wszystkich warszawiaków. Dziesiątki lat oddychania smogiem oraz zanieczyszczeniami z pieców, w których niektórzy palili śmieciami, robiło swoje. Bywało, że nawet dzieci miały już poszarzałe, brudne płuca.

– Nie masz o mnie zbyt dobrego zdania – stwierdził Marek, zaskoczony, jak bardzo ubodła go uwaga przyjaciela.

– Dziwisz się?

Już miał zażartować, że kobiety same pchają mu się do łóżka dlatego, że jest taki przystojny i bogaty, ale się powstrzymał. Dowcip wydał mu się płytki i oklepany. Do diabła! Starzeję się! – przemknęło mu przez myśl. Samokrytyka nigdy nie była jego mocną stroną. Ostatnio coraz częściej zastanawiał się jednak, dokąd zmierza jego życie.

Na szczęście miał Martę. Mógł się skupić na niej.

– Niemniej mogłeś mi powiedzieć, że Joasia do ciebie zadzwoniła – mruknął, wbijając w serce zmarłej strzykawkę.

Z dużym trudem odciągnął tłok. Strzykawka powoli wypełniała się niemalże czarną, gęstą krwią pełną skrzepów.

– Ale nie powiedziałem. Byłem na ciebie zły.

– Z Andżeliką naprawdę do niczego nie doszło – wyjaśnił zmęczonym głosem Marek. – Poszliśmy na obiad do knajpy na Francuskiej, potem wypiliśmy drinka. A następnie… No cóż, trochę się jej przestraszyłem.

– Słucham? – parsknął Sebastian.

– Seba, ja jestem mistrzem gry wstępnej, delikatnego uwodzenia. Uwielbiam patrzeć, jak kobiety się rumienią, trzepoczą rzęsami, zaczynają szybciej oddychać. Nie ma nic lepszego od rozpinania suwaka kobiecej sukienki. A tu nawet nie musiałem się starać. – Wzruszył ramionami. – Poszliśmy do mnie, nalewam wino, pełna kultura uwodzenia, a ona – bach! Już bez kiecki. Nawet nie miała niczego pod spodem. Co z jednej strony było ekscytujące, ale z drugiej… sam nie wiem. Wystraszyła mnie tym tempem. Nie byłem pewien, czy nadążę.

Pol zarechotał, nieopatrznie zaciągając się zapachem zgnilizny. Jego śmiech przeszedł w kaszel, połączony ze spazmami żołądka. Poczuł, jak żółć podchodzi mu do gardła, w oczach zalśniły mu łzy. Zatkał usta dłonią, starając się powstrzymać torsje.

Marek ściągnął rękawiczki i wrzucił je do kosza wyłożonego czerwonym workiem na odpady zakaźne. Sięgnął do kieszeni spodni i podał koledze buteleczkę z ciemnego szkła, którą nosił specjalnie dla studentów. Sam już od dawna nie czuł obrzydzenia w zetknięciu z zapachami z prosektorium.

Sebastian z wdzięcznością rozsmarował sobie nad górną wargą kilka kropli olejku miętowego.

– Mogłeś wcześniej powiedzieć, że coś masz. O mało tu pawia nie puściłem…

– Patrzenie, jak się dzisiaj rzucasz, było wyjątkowo przyjemne. A olejek jest dla co ładniejszych studentek, a nie dla podstarzałych policjantów.

Marek nałożył nowe rękawiczki i wrócił do grzebania w klatce piersiowej staruszki. Westchnął ciężko, nie zwracając w ogóle uwagi na zapach.

– Tak więc możesz przestać być zazdrosny o Andżelikę. Chyba się na mnie obraziła.

– Czekaj, czekaj. Kobieta rozebrała się w twoim mieszkaniu, a ty powiedziałeś: „nie, dziękuję”? – Sebastian nie mógł w to uwierzyć.

– Jakoś tak wyszło. Poza tym wtedy zadzwoniła do mnie Asia.

– Aha, to wiele wyjaśnia.

– Może po prostu już nie szukam takich dziewczyn? Może czas spróbować żyć inaczej? – skwitował lekarz, wyjmując serce.

W jego dłoniach było bardzo małe. Starsza kobieta była drobnej budowy ciała, jednak jej serce wydało się Sebastianowi wyjątkowo niewielkie. Marek zważył je na wadze szalkowej, obejrzał dokładnie, naciął w kilku miejscach i zajrzał do środka, a następnie odłożył na bok.

– I z tego powodu będziesz znowu zawracał głowę doktor Skoczek? – drążył komisarz. – Szukasz żony?

Zdziwiło go oświadczenie kolegi, wiecznie drwiącego ze wszystkich wspólnych znajomych, którzy pożenili się jeszcze na studiach, a potem zamienili się w stereotypowych Januszów, spędzających każde wakacje w Łebie z gromadką wrzeszczących dzieci. Marek nigdy nie chciał być taki jak wszyscy. Nawet gdy kilka lat temu nieoczekiwanie stanął przed największym wyzwaniem swojego życia – adopcją bratanicy, której rodzice zginęli w wypadku – zrobił to na swoich warunkach. Wzorowo wywiązywał się ze swoich obowiązków, w co Sebastian wciąż nie mógł uwierzyć, ale równocześnie udało mu się zachować dawny tryb życia. Do Łeby zaś nigdy nie pojechał i był z tego wyjątkowo dumny.

– Chciałbym zauważyć, że to ona do mnie zadzwoniła. – Marek machnął w powietrzu skalpelem. Krople krwi poleciały w stronę komisarza, ale nie dosięgnęły przykrytej fizelinowym fartuchem czystej marynarki.

– Uważaj! – oburzył się policjant i na wszelki wypadek się odsunął.

– Och, sorry, niechcący. Nie martw się, jakby co, to się spierze. Trzeba tylko szybko polać zimną wodą. Spierałem krew ze wszystkich materiałów. Jedynie z jedwabiem są problemy.

– Miałeś kiedyś na sobie coś jedwabnego w prosektorium?

– To nie ja miałem na sobie coś jedwabnego – sprostował. – Swoją drogą to bardzo ciekawa historia, ale chyba raczej do opowiedzenia przy piwie.

Pol pokręcił głową i odsunął się jeszcze dalej.

– Z tego, co pamiętam, to ty wcześniej dzwoniłeś do niej niemalże codziennie – podjął wątek Pol. – Usiłowałeś mnie też namówić na policyjne poszukiwania, kiedy nie odpowiedziała na żaden z twoich esemesów. Może zadzwoniła, żebyś się od niej odczepił?

– Dla twojej wiadomości zadzwoniła, żeby mi pogratulować rozwiązanej sprawy – pochwalił się Marek. – Poza tym umówiliśmy się na kawę.

– Och…

Sebastian był szczerze zdziwiony. Nie spodziewał się, że jeszcze coś z tego będzie. Wydawało się, że Skoczek przeżyła taką traumę, że nie zdziwiłby się, gdyby sama się zamknęła w wariatkowie. Oczywiście po wcześniejszym autozdiagnozowaniu.

– Seba…?

– Tak?

– Dlaczego jesteś na tej sekcji? Czy na miejscu zbrodni było coś podejrzanego? – zapytał Marek, skubiąc wargę i przyglądając się uważnie ciału na stalowym stole. – Bo ja tu niczego złego nie widzę. Normalna kobita. Chora adekwatnie do PESEL-u. Nawet raka nigdzie na pierwszy rzut oka nie znalazłem, chociaż na wątrobie jest coś, co mi się nie podoba. Pobrałem próbkę do badania histopatologicznego.

Marka nie było na oględzinach na miejscu zdarzenia. Sekcją także zajmował się przypadkowo, bo odpowiedzialny za ten przypadek lekarz medycyny sądowej nieoczekiwanie zachorował. Nie podobało mu się to. Wolał widzieć zwłoki na miejscu teoretycznej zbrodni. Sporo rzeczy dało się wyczytać z położenia ciała. Rozciągnięte na stole sekcyjnym, gdy już ustąpiło stężenie pośmiertne, nie dawało żadnych wskazówek poza tym, co sam znalazł.

A teraz nie znalazł praktycznie nic.

– Nie, niczego nie podejrzewamy – odparł Sebastian. – Mieszkanie nie było co prawda zamknięte, ale Nowakowa podobno nigdy go nie zamykała. Bała się, że gdyby coś jej się stało, nie będzie można jej pomóc. Żadnych śladów włamania, niczego nie brakuje. Za szklaną szybką w meblościance leżały pieniądze. Ślepy złodziej by zauważył. Na pierwszy rzut oka umarła ze starości albo niechcący przedawkowała leki. Sąsiedzi twierdzą, że ostatnio zrobiła się trochę otępiała. Może pomyliła dawki?

Zadrożny pokiwał głową w zamyśleniu. Nie istniała śmierć ze starości. Człowiek zawsze umierał z jakiejś przyczyny, któryś organ po prostu stwierdzał, że na niego już pora i nie ma po co więcej pracować. Po prostu się wyłączał. Tylko że Marek nie mógł teraz znaleźć tej części ciała starszej pani, która postanowiła jako pierwsza odmówić dalszej pracy. Poza tym czuł z tyłu głowy specyficzne łaskotanie. Coś mu się nie podobało, ale nie potrafił stwierdzić co.

– To dlaczego się tym zajmujesz? Nie mogłeś wepchnąć tej sprawy komuś niższemu stopniem? – zdziwił się lekarz.

– Zajmuję się tym bardziej z obowiązku. To była sąsiadka mojej babci – wyjaśnił Sebastian. – Kojarzę ją z widzenia.

– Zrobimy jeszcze toksykologię – mruknął Marek. – Chociaż nie wiem, czy coś znajdziemy. Nawet jeśli przedawkowała insulinę, to ona się szybko rozkłada. Nie da się jej już oznaczyć. Pobrałem krew z serca i mocz z pęcherza, ale pewnie to na nic. Za późno znaleźliście ciało. Tylko na amerykańskich filmach wszystko da się oznaczyć w laboratorium.

Przed oczami stanął mu fragment z podręcznika medycyny sądowej, z którego uczyli się jego studenci. Znajdował się tam cały rozdział o rozpoznawaniu zgonów z powodu przedawkowania insuliny. Wszystko wyglądało pięknie na papierze, jednak w rzeczywistości, gdy zmarłego znajdowano po dłuższym czasie i dodatkowo jeszcze musiał odczekać swoje w kolejce w chłodni Zakładu Medycy Sądowej, oznaczanie insuliny i peptydu C zamieniało się w science fiction. Teoretycznie podwyższony poziom insuliny przy normalnym lub obniżonym poziomie peptydu C sugerował, iż insulina została podana z zewnątrz. Bez możliwości zrobienia tych badań można było jednak tylko gdybać o przedawkowaniu insuliny.

– Moja babcia ma cukrzycę – powiedział Pol. – Nie można Nowakowej zmierzyć poziomu cukru? Jeśli podała sobie za dużo insuliny, to pewnie będzie za niski. Moja babcia raz podała sobie za dużą dawkę. Pamiętasz moją babcię? Chodziliśmy do niej na pączki. Jest teraz trochę ślepa i głucha. Aż zemdlała wtedy, gdy jej ten cukier spadł.

– Tak, pamiętam babcię Różę. Sprawdzenie poziomu cukru nic nam nie da. Po śmierci glukoza uwalnia się z tkanek organizmu. Jeśli nawet początkowo poziom glukozy był niski z powodu insuliny, to po śmierci wynik i tak będzie wysoki w kosmos – wyjaśnił Zadrożny.