Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Parabellum. Głębia osobliwości ebook

Remigiusz Mróz  

4.44444444444444 (45)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 678 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Parabellum. Głębia osobliwości - Remigiusz Mróz

Trzeci, ostatni tom świetnie przyjętej serii historycznej!

Jest rok 1940, fala nazizmu zalewa Europę. Polacy resztkami sił walczą z okupantem, a ich człowieczeństwo zostaje wystawione na próbę…

Braci Zaniewskich czeka daleka i niebezpieczna droga. Po odnalezieniu przyjaciela z armii Bronek postanawia przedostać się na Zachód, gdzie mają formować się polskie oddziały. Nie wszystko jednak idzie zgodnie z planem. Decyzja podjęta pod wpływem chwili zupełnie odmieni jego los. Tymczasem Staszek, rozdzielony z Marią, niechybnie zmierza prosto na spotkanie śmierci…

Po drugiej stronie barykady pewien oficer SS będzie musiał zdecydować, czy ważniejsza jest dla niego lojalność wobec kraju, czy wobec ludzi…


„Po prostu coś niesamowitego” – Anita Boharewicz, bookreviews.pl

„Wbija w fotel” – Olga Kowalska, WielkiBuk.com

„Gorąco polecam!” – Paweł Kukliński, lubimyczytac.pl

Opinie o ebooku Parabellum. Głębia osobliwości - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka Parabellum. Głębia osobliwości - Remigiusz Mróz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-370-2

 

 

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Anicie,

która rozpętała szaleństwo

 

 

 

STOPNIE W WEHRMACHCIE I SS W LATACH 1934-1940

Wehrmacht

SS

Polski odpowiednik

Szeregowi

Schütze

SS-Anwärter, SS-Mann

szeregowy, strzelec

Gefreiter

SS-Sturmmann

starszy szeregowy

Obergefreiter

SS-Rottenführer

kapral

Podoficerowie

Unteroffizier

SS-Unterscharführer

plutonowy

Unterfeldwebel

SS-Scharführer

sierżant

Feldwebel

SS-Oberscharführer

starszy sierżant

Oberfeldwebel

SS-Hauptscharführer

(SS-Stabsscharführer)

sierżant sztabowy

Oficerowie młodsi

Leutnant

Oberleutnant

SS-Untersturmführer

SS-Obersturmführer

podporucznik

porucznik

Hauptmann

SS-Hauptsturmführer

kapitan

Oficerowie starsi

Major

SS-Sturmbannführer

major

Oberstleutnant

SS-Obersturmbannführer

podpułkownik

Oberst

SS-Standartenführer

pułkownik

(brak odpowiednika)

SS-Oberführer

pułkownik liniowy/brygadier

Generałowie

Generalmajor

SS-Brigadeführer

generał brygady

Generalleutnant

SS-Gruppenführer

generał dywizji

General

SS-Obergruppenführer

generał broni

Generalfeldmarschall

SS-Reichsführer

(Heinrich Himmler)

marszałek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Osobliwość – materialne wnętrze czarnej dziury, o nieskończonej gęstości. Pole grawitacyjne tego punktu jest tak duże, że czyni czarną dziurę jedynym obiektem we wszechświecie, którego nie mogą opuścić fotony.

 

 

 

 

 

I

 

 

Minus nobis videmur posse, quam possumus.

– Wydaje nam się, że mniej możemy, niż możemy.

AUTOR NIEZNANY

 

 

 

 

 

 

 

GRUDZIEŃ 1939ROKU

Nieboskłon spowiły czarne, kłębiaste chmury. Promienie światła ginęły gdzieś w mroku, a mimo to na powierzchni było jasno jak podczas słonecznego dnia.

Najsłynniejsza wieża zegarowa świata płonęła. Języki ognia trawiły Big Bena, oplatając go ze wszystkich stron i tworząc nad nim złowrogą łunę. Nie minęło wiele czasu, nim nadwątlona konstrukcja uległa. Tarcza zegara runęła na ulicę, wywołując zgrozę i panikę.

Dżentelmeni we frakach i cylindrach uciekali w popłochu, a dostojne damy krzyczały. Panował wszechogarniający tumult. Pewien mężczyzna stał jednak spokojnie na rogu ulic i obserwował zdarzenia.

Założywszy rękę za plecy, drugą uniósł do ust. Zaciągnął się papierosem i wypuścił dym, który zdawał się zlewać z tumanem kurzu podniesionym przez upadający fragment elewacji.

Po chwili pył przesłonił wszystko i wszystkich, ale obserwator nie poruszył się ani o krok. Palił spokojnie, czekając na postać, która miała wyłonić się z mroku. Czuł, że ten moment nadchodzi. Zaciągnął się ostatni raz, a potem rzucił niedopałek na ziemię i zadeptał.

Jak na zawołanie, z kurzawy wynurzył się mężczyzna, którego obserwator znał nader dobrze. Jego przybycie zawsze wiązało się z cierpieniem, a ostatecznie – śmiercią. W jednej ręce przybysz dzierżył zakrwawiony topór, w drugiej zagiętą szablę. Powoli się zbliżając, wymierzył w niego oręż.

Obserwator wbił wzrok w oczy przybysza i ujrzał w nich pierwotną żądzę. Mężczyzna zjawił się, by po raz kolejny odebrać mu życie. Ledwo ta myśl nadeszła, usta zjawy wykrzywiły się w bestialskim uśmiechu. Z rozciętych dziąseł wypadły połamane, poczerniałe kawałki zębów.

Przybysz uniósł topór i szablę ponad głowę, wydał z siebie chrapliwy okrzyk, a potem przyłożył oba ostrza do gardła obserwatora. Na moment zaległa cisza. Potem zjawa podniosła wściekły ryk i zdecydowanym cięciem rozorała ofierze szyję.

Christian Leitner przebudził się tylko na ułamek sekundy. Sen był okropny, ale stanowił najmniejszy ze wszystkich jego problemów.

 

SZPITALNOTREDAME DE BON SECOURS, GRUDZIEŃ 1939 ROKU

Marvin Rodemeyer zerwał się z krzesła, dostrzegłszy, że przyjaciel się poruszył. Dopadł do łóżka, ale szybko przekonał się, że pacjent nadal jest w śpiączce. Stan ten trwał od dwóch tygodni – wtedy to SS-Obersturmführer Leitner trafił do francuskiego szpitala. Marvin spędził ten czas na czuwaniu, nieustannie obawiając się, że wkrótce nadejdzie dzień, gdy pozostanie mu już tylko zmówić modlitwę za duszę przyjaciela.

Takie obawy towarzyszyły mu już od chwili, gdy Christian został postrzelony. Holzer wprawdzie nie dokończył roboty, ruszając w pogoń za swoim bratem, ale Leitner tracił dużo krwi. Przez kilka chwil zdołał zachować przytomność, potem jednak zupełnie odpłynął.

Rodemeyer wątpił, że zdążą na czas do szpitala. Nie znał okolicy, a nazwy miejscowości i numery dróg nic mu nie mówiły. Kiedy uciskał klatkę piersiową przyjaciela, miał zupełną pustkę w głowie.

Inicjatywę przejęła Maria, żydowska uciekinierka z Warszawy. Wraz ze swoją kuzynką, jasnowłosą Elise, zdołała zatrzymać jadącego na północ czerwonego austina 10. Za kierownicą siedział starszy człowiek. Niepewnie zlustrował wzrokiem trójkę ludzi, którzy bez środka transportu znaleźli się na zupełnym pustkowiu.

Gdyby wcześniej zobaczył kałużę krwi, z pewnością by się nie zatrzymał. Kiedy tylko dostrzegł rannego, chciał uciekać, przekonany, że troje ludzi zabiło leżącego na poboczu mężczyznę. Maria musiała użyć wszystkich znanych jej środków perswazji, by przekonać Francuza, że zostali napadnięci.

Kierowca zastanawiał się tylko przez chwilę. Dostrzegłszy, że ofiara balansuje na granicy życia i śmierci, kazał wnieść ją do samochodu. Maria machinalnie podziękowała mu po niemiecku, co sprawiło, że staruszek stał się jeszcze bardziej podejrzliwy.

Marvin był przygotowany, by obezwładnić go, zostawić tam na pastwę losu i pognać do szpitala, jednak ostatecznie kierowca musiał uznać, że mimo wojny z Rzeszą niemiecki język na terenach przygranicznych nie świadczy o tym, że spotkał wroga.

Zabrał ich do Metz, cały czas powtarzając l’hôpital i inne słowa, których Rodemeyer nie rozumiał.

Maria radziła sobie z francuskim niewiele lepiej. Przez całą drogę próbowała okazać mężczyźnie swoją wdzięczność, lecz raz po raz obracała się przez ramię, zupełnie tracąc wątek. Leitner leżał na tylnym siedzeniu, a jego przyjaciel panicznie uciskał ranę.

Gdyby kilka miesięcy temu ktoś powiedział jej, że wybuchnie wojna pomiędzy Rzeszą a Polską, wskutek której ona i jej narzeczony, Staszek, zaczną morderczą ucieczkę na zachód, by dostać się do Francji, popukałaby się w czoło. Gdyby natomiast ktoś zasugerował, że pewnego dnia będzie patrzyła na niemieckiego żołnierza, który najchętniej zapewne zamknąłby ją w więzieniu, i modliła się o to, by przeżył, roześmiałaby się w głos.

– Przeżyje – powtarzał cicho porucznik Wehrmachtu, z przerażeniem obserwując krew przepływającą mu między palcami.

Leitner nie był jedynym zmartwieniem Marii. Według Rodemeyera jej narzeczony trafił w ręce zwyrodnialca, który nie znał litości. Psychopata zabrał Staszka do Berlina jako swój łup, Bóg jeden wie, co zamierzając. Starała się nie myśleć o wszystkich okrucieństwach, jakich byli w stanie dopuścić się tacy ludzie, ale nie potrafiła utrzymać na wodzy przerażonej wyobraźni.

Jedyny ratunek dla ukochanego stanowili dwaj Niemcy, z którymi jechała w kierunku stolicy regionu. Liczyła na to, że Christiana uda się uratować, a potem przekonać do tego, by ruszył w pogoń za Johannem Blankenburgiem. Przypuszczała, że nie będzie musiała wysuwać wielu argumentów, by osiągnąć cel. Człowiek, który wiózł Staszka w kierunku Rzeszy, wcześniej w niewiadomym celu porwał rodzinę Leitnera z dworca w Breslau. Christian z pewnością zrobi wszystko, by go odnaleźć, pomyślała.

 

W szpitalnej sali Marvin Rodemeyer położył rękę na ramieniu przyjaciela i przyjrzał się jego twarzy. Przez moment zastanawiał się, czy Obersturmführer rzeczywiście drgnął, czy tylko mu się wydawało. Po chwili uznał, że musiało mu się przywidzieć.

Zmienił zdanie, gdy nagle rozległ się chrapliwy, ledwie słyszalny dźwięk. Marvin natychmiast pomiarkował, że dochodzi z krtani Leitnera. Przyjaciel próbował coś powiedzieć.

Rodemeyer nachylił się nad nim.

– Zdrajco… – Usłyszał i gwałtownie się odsunął.

Przez moment zastanawiał się, co powiedzieć. W jego głowie wszystko brzmiało jak żałosne tłumaczenia, podczas gdy tak naprawdę nie miał zamiaru się tłumaczyć. Nawet przed Leitnerem.

– Nie może cię to dziwić, Christian – powiedział po chwili.

– Wy…

– Nie będziemy teraz o tym rozmawiać.

– Wynoś się… – zdołał wychrypieć Obersturmführer.

Rodemeyer miał nadzieję, że jego sekret nigdy nie wyjdzie na jaw. Przynajmniej nie przed przyjacielem. Christian jako jeden z nielicznych wiedział o jego żydowskiej krwi, ale nie miał pojęcia, że Marvin od początku wojny prowadził działalność na rzecz wywiadu brytyjskiego, MI6. I pozostałoby tak jeszcze przez długi czas, gdyby nie ostatnie wydarzenia. Niestety jedynym sposobem, by zapobiec tragedii, było ujawnienie się.

Kiedy Holzer chciał dokończyć dzieła, strzelając do ranionego Leitnera, Rodemeyer musiał działać. Wiedział, że tym samym podpisze na siebie wyrok, ale nie było innego wyjścia. Tylko tak mógł ocalić towarzysza… i osobę, którą Brytyjczycy traktowali jako cenne źródło informacji.

– Moim wrogiem są Führer i Rzesza – odezwał się, odsuwając o krok od łóżka.

Christian nie odpowiadał.

– Nie ty – dodał Marvin, ale nie wiedział, czy Obersturmführer go usłyszał.

Nie dostrzegał sprzeczności w swoich słowach. Wprawdzie Leitner nosił mundur najbardziej zaufanej formacji Hitlera i niemal bezgranicznie wielbił Wodza, ale nie wyznawał ślepo nazistowskiej ideologii. Zawsze twierdził, że kwestie takie jak czystość rasy czy istnienie podludzi są zwyczajną propagandą – nie celem samym w sobie, ale środkiem do osiągnięcia politycznej dominacji Niemiec.

Rodemeyer wyszedł na korytarz i skinął przechodzącej w pośpiechu pielęgniarce. Ruszył schodami w dół i po chwili opuścił szpital. Wyjął wygniecioną paczkę papierosów Salem Gold, którą znalazł w marynarce Leitnera, po czym odpalił jednego. Zaciągnął się kilkakrotnie i cisnął niedopałek na ziemię.

Wszystko, co mogło pójść źle, poszło jeszcze gorzej. Nie udało im się zatrzymać uciekinierów ani dowiedzieć się, gdzie jest przetrzymywana rodzina Leitnera. Wiedzieli tylko tyle, że jego żonę, Johannę, oraz pięcioletniego syna, Maximiliana, porwał bestialski oficer SD, Blankenburg.

Marvin potrząsnął głową, nie chcąc o tym myśleć. Wyciągnął kolejnego papierosa i wbił wzrok przed siebie. Po chwili dostrzegł dwie kobiety idące w kierunku gmachu. Poznał je natychmiast.

Blondynka miała francuską urodę i była znacznie młodsza. Jej upięte w kok jasne włosy idealnie współgrały z morelową cerą. Brunetka miała wyraźniejsze rysy twarzy i widać było po niej, że zaznała trudów wojny.

– Servus, Gina – powitał starszą z nich.

– Maria – poprawiła go.

Poniewczasie zorientował się, że machinalnie użył imienia, które przybrała, kiedy wraz z narzeczonym usiłowali przedostać się do Francji.

– Rzeczywiście – powiedział. – Trudno się przestawić.

Zbyła to milczeniem. Potoczyła wzrokiem po fasadzie budynku i zawiesiła spojrzenie na jednym z okien.

– Co z Christianem? – zapytała.

– Lepiej.

– To znaczy?

– Przebudził się na moment – odparł niechętnie Rodemeyer, skupiając wzrok na blondynce.

Elisa Boiss była kuzynką Marii, dziedziczką majątku w oddalonym o niecałe dwadzieścia kilometrów Louvigny. Jej dziecięca uroda kłóciła się z powagą, jaką od dwóch tygodni Rodemeyer widział w jej oczach. Po tym, co przeżyła, Marvin nie mógł się dziwić.

To od niego dowiedziała się, że jej rodzina została zamordowana przez oficera SD. Wraz z Marią próbował ją zatrzymać, ale Elisa twierdziła, że nie uwierzy w to wszystko, jeśli na własne oczy nie zobaczy ciał.

Wróciła do dworku Louvigny i zastała tam makabryczny widok. Drzwi były otwarte na oścież, kosztowności rozkradziono, a kuchnia tonęła we krwi. Blankenburg urządził żydowskiej rodzinie prawdziwe piekło. Dziewczyna z trudem relacjonowała później, że ledwo poznała matkę i ojca. Twarz brata była jakby zmiażdżona imadłem, nie dostrzegła nawet nosa czy ust. Z czerwonej masy gdzieniegdzie wystawały białe kawałki zębów. Wymiotowała dopóty, dopóki miała jeszcze czym. Potem osunęła się na podłogę i leżała tak bez ruchu aż do momentu, gdy nadszedł jeden z sąsiadów.

Jakiś czas później pojawił się urzędnik, który wspominał coś o zapomodze pogrzebowej. Elisa wciąż była oszołomiona, ale nie na tyle, by nie zorientować się, że państwo szybko się nią zainteresuje. Była nieletnia, a majątek Boissów stanowił małą fortunę. W obawie, że zostanie jej przydzielony kurator, zbiegła do swojej kuzynki, do Metz. Nie miała zamiaru zajmować się przepychankami z władzą – chciała dorwać człowieka, który urządził jej rodzinie krwawą rzeź.

Marvin wiedział, że patrzy teraz na zupełnie inną osobę.

– Lekarze coś mówili? – drążyła Maria.

Niemiec oderwał wzrok od blondynki i skinął głową.

– Lekarze tak, ale on nie.

– Słucham?

– Prędzej porozmawiałby z Neville’em Chamberlainem i podpisał pokój z Wielką Brytanią, niż pogadał ze mną.

– Dziwisz się?

Marvin popatrzył na nią z wyrzutem.

– Nigdy nie pozwoliłbym, żeby moja działalność jakkolwiek mu zaszkodziła – powiedział.

– I myślisz, że jego to interesuje?

– Powinno.

Maria pokręciła głową.

– Dla Christiana liczą się zasady – przypomniała, ruszając ku schodom. – Ty je złamałeś, współpracując z brytyjskim wywiadem. Nie spodziewaj się cudów.

Rodemeyer obejrzał się przez ramię i odprowadził kobiety wzrokiem.

– Spróbuj z nim porozmawiać – dodał.

Polka mruknęła coś na odchodnym, ale Marvin nie usłyszał co.

 

Maria ostatnie dni spędzała sam na sam z własnymi myślami. Nie znała zbyt dobrze francuskiego, a kuzynka nie mówiła biegle po niemiecku, toteż z zasady kontakt z Elisą był utrudniony. Teraz zaś dziewczyna zamknęła się w sobie i trudno było zamienić z nią choć kilka słów.

W dodatku brakowało tematów do rozmowy – wszystko, co nie wiązało się z Boissami, wydawało się Marii zbyt błahe, by o tym rozprawiać. A jednocześnie nie mogła wspomnieć o tym, co spotkało rodzinę Elisy.

Doskonale wiedziała, jak długi cień kładzie się na duszy człowieka, gdy ten ujrzy śmierć. Widywała ją nieraz podczas ucieczki na zachód… a także wcześniej. Kiedyś sama ją zadała. Dziś jej tajemnicę, prócz rodziny, znał tylko jeden człowiek.

Kiedy widziała go ostatnim razem, nachylał się nad rannym Leitnerem. Wycedził kilka przekleństw, unosząc górną wargę, a potem wsiadł do czarnego renault juvaquatre. Maria miała nadzieję, że nigdy więcej go nie zobaczy.

 

BERLIN, III RZESZA, GRUDZIEŃ 1939 ROKU

Johann Blankenburg stał przed siedzibą Nowej Kancelarii Rzeszy przy Voßstraße 6, oglądając budynek. Ponad czterema kolumnami, za którymi znajdowało się główne wejście, widniał dumny niemiecki orzeł. Rozpościerał skrzydła, dzierżąc w szponach obróconą swastykę. Widok ten sprawiał oficerowi SD przyjemność – Johann był przekonany, że ten symbol nazistowskiej dominacji niebawem pojawi się nad każdym urzędem w Polsce, Francji czy Wielkiej Brytanii.

Uśmiechnął się lekko, a potem ruszył w kierunku kolumn. Minął stojących przy nich strażników, którzy formalnie nie powinni poruszyć się przez cały czas, gdy stali na warcie. W praktyce jeden z nich drgnął, a drugi ukradkowo spojrzał na Blankenburga.

Johann nie był zdziwiony. Ludzie łatwo go rozpoznawali, ponieważ nosił nieregulaminowe ozdoby na mundurze. Przystrajał go trupimi czaszkami, a ponadto starał się eksponować zdobycznego belgijskiego browninga.

Miał opinię jednego z najbardziej bezwzględnych członków Einsatzgruppen, grup specjalnych, które w czasie wojny niemiecko-polskiej siały terror na tyłach regularnej armii. Niektórzy przypuszczali, że historie o ich dokonaniach są przesadzone, ale ktokolwiek spotkał się z Blankenburgiem, wiedział, że tak nie jest.

Oficer SD wszedł do budynku ze swoim podkomendnym, Alexandrem Klaasem, i wychudzonym młodym chłopakiem. Tuż za progiem uniósł dłoń, wydając rozkaz, by poczekali na niego w holu.

– Zostań tutaj – dodał, patrząc na Klaasa. – Ja tymczasem idę poprosić o audiencję. – Uśmiechnął się w charakterystyczny dla siebie sposób. Osoby, które go nie znały, mogłyby uznać, że to zwykły przyjazny grymas. W rzeczywistości jednak kryły się za nim barbarzyństwo i zwierzęca dzikość, która tylko czekała, by Johann dał jej upust.

– Tak jest – odparł Alexander, ściskając mocniej rękę polskiego jeńca.

 

Blankenburg wszedł kamiennymi schodami na piętro i znikł na kilka minut. Gdy wrócił, skinął na swojego podkomendnego. Ten szybko popchnął więźnia we wskazanym kierunku.

Johann poczekał, aż mężczyźni się z nim zrównają, po czym złapał Polaka za kark. Nędzny pies nie stawiał się, jego opór został złamany w drodze do Berlina. Takie zachowanie jeńca nie sprawiało Blankenburgowi żadnej satysfakcji i żałował, że nie trafił na osobę pokroju kapitana, którego torturował w Lesku.

Poprowadził chłopaka na ostatnie piętro, a następnie skręcił w długi korytarz. Przeszli nim aż do końca, gdzie drogę zastąpiło im dwóch żołnierzy. Jeden z nich bez słowa wyciągnął rękę.

Johann wręczył mu swoją kartę identyfikacyjną i dokument upoważniający go do wejścia do pokoju, w którym mogli przebywać tylko nieliczni. Wartownicy dokładnie przejrzeli papiery, oddali je i odsunęli się na bok.

Oficer SD podszedł do masywnych drzwi i trzykrotnie zapukał. Nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi, nacisnął klamkę i wprowadził jeńca do środka.

Po lewej stronie przestronnego gabinetu widniał ogromny portret Führera. Niemiecki wódz zdawał się bacznie przyglądać wszystkim w pomieszczeniu, krzyżując ręce na piersi. Jasnobrązowy mundur NSDAP zdobiły nazistowskie symbole oraz Krzyż Żelazny pierwszej klasy. Obok obrazu zwisały ogromne czerwone płótna przedstawiające białe okręgi z czarnymi swastykami.

Za biurkiem siedział łysiejący starzec z gęstą siwą brodą. Uniósł wzrok znad małych, okrągłych okularów i spojrzał przelotnie na Polaka. Potem uśmiechnął się lekko do Johanna.

– Christophskräuter – odezwał się usłużnie Blankenburg.

– Dajmy spokój formalnościom – odparł chłodno gospodarz.

Oficer SD kiwnął głową i zajął miejsce po drugiej stronie biurka. Gdyby ktokolwiek inny zrobił to bez pytania, zapewne nie pourzędowałby tutaj długo. Jedna krótka komenda sprawiłaby, że wartownicy wyciągnęliby nieszczęśnika na zewnątrz i więcej nie trafiłby przed oblicze starca. Johann wiedział jednak, że może liczyć na specjalne względy. Nieraz wykonywał rozkazy tego człowieka, gdy nikt inny nie potrafił tego zrobić.

Brodacz otaksował wzrokiem jeńca.

– To jest wspólnik Torstena? – zapytał z niedowierzaniem. – To on miał uczestniczyć w morderstwie niemieckich żołnierzy?

– Niezupełnie.

Starzec uniósł brwi, jakby lekko podenerwowany tym, że musi dopytywać.

– Więc? – spytał, przesuwając jakiś dokument po biurku.

– Jest uciekinierem z Warschau. Wraz ze swoją narzeczoną i Torstenem przypadkowo trafili do Rawitscha. Nie mieli pojęcia, kim naprawdę jest Torsten, i wedle tego, co z niego wyciągnąłem, nie uczestniczyli w morderstwach.

– Wystarczy na niego popatrzeć, by to stwierdzić.

Blankenburg obejrzał się przez ramię na Staszka, po czym wrócił do poprzedniej pozycji. Napotkał zdecydowany wzrok człowieka z brodą.

– Marnujesz mój czas.

– Nigdy bym nie śmiał – zastrzegł Johann.

Gospodarz wskazał na Polaka i skrzywił się.

– A jednak przychodzisz do mnie z jakąś płotką – rzekł.

– Tak, ale wiemy o tym tylko my – odparł Blankenburg. – Dla całej reszty to wywrotowiec, którego pojmałem we Francji i przywiozłem do Berlina.

Człowiek z brodą zmarszczył czoło. Cisza zdawała się przeciągać w nieskończoność.

– Gazety pisały o morderstwie w Rawitschu – podjął oficer SD. – Wiadomo, że znikła trójka ludzi. Nikt nie wie, że to Torsten jest odpowiedzialny.

– A ty chcesz udawać, że ująłeś groźnego polskiego przestępcę.

– Tak.

– To niegodne nawet ciebie, Johann.

– Należy mi się triumf.

– Pozorowany?

– Zasłużyłem na uznanie – odparł oficer SD. – Poza tym damy przykład polskim zawszonym psom, że nie warto z nami pogrywać.

Człowiek z siwą brodą nie odpowiedział. Zajął się przeglądaniem papierów rozłożonych na biurku i robił to przez dobry kwadrans, nim na powrót spojrzał na swego gościa. Blankenburg nigdy nie mógł przyzwyczaić się do osobliwego zachowania przełożonego. Momenty ciszy zawsze towarzyszyły ich rozmowom, nieważne, czy te odbywały się telefonicznie, czy twarzą w twarz.

Niektórzy twierdzili, że Cerber przenosi się wówczas gdzieś w mroczne zakątki swojego umysłu, by paktować z diabłem. Johann nigdy by tak nie powiedział. Jeśli ktoś rozmawiał z Lucyferem, to wyłącznie on.

W końcu doczekał się odpowiedzi.

– Jak uważasz – oznajmił brodacz. – Dla mnie to obojętne.

Oficer SD był usatysfakcjonowany. Przybył tutaj, by zyskać pozwolenie, i je otrzymał. Polak zostanie uznany za wroga Rzeszy i obarczony odpowiedzialnością za organizowanie działalności dywersyjnej na zajętych przez Niemcy terenach.

– Rozumiem, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebym zabrał go z powrotem do Warschau i urządził tam przykładny pokaz?

Cerber uniósł lekko głowę i przez moment milczał.

– Nie zrobisz tego – orzekł w końcu.

– Ale…

– Wyślesz go do Mauthausen.

Johann poruszył się niespokojnie.

– Do obozu koncentracyjnego? – zapytał.

– Oczywiście. Tam jest jego miejsce.

Człowiek z brodą spuścił wzrok na dokumenty. Odebrawszy sygnał, Blankenburg skinął głową, a potem wstał i wykonał nienaganne hitlerowskie pozdrowienie, stukając głośno butami. Wyprężył się jak struna i z prawą ręką wyciągniętą ku niebu niemal krzyknął:

– HeilHitler!

– HeilHitler – odparł pod nosem Cerber, coraz bardziej pochłonięty swoją pracą.

 

Popchnięty przez Niemca Staszek wypadł na korytarz i zachwiał się. Dwóch wartowników natychmiast przygotowało się, by sprowadzić go do parteru, ale obaj zauważyli, że tylko się potknął. Blankenburg schwycił go za kark i poprowadził schodami w dół.

Z oddali Zaniewski zobaczył w holu podopiecznego swojego oprawcy, Alexandra Klaasa. Nie było tu Żyda polskiego pochodzenia, Rufina, który od opuszczenia Francji służył Niemcom za tłumacza. Bez niego nie mogliby prowadzić przesłuchań, które sprawiały im wręcz nieludzką przyjemność.

– Schneller – mruknął Johann, popędzając go w kierunku Klaasa.

Po chwili zatrzymali się przy młodym esesmanie, nieopodal przestronnych okien wychodzących na dziedziniec kancelarii. Niemcy oddali się żywiołowej dyskusji, z której Polak nic nie rozumiał. Wyjrzał przez szybę i zobaczył wystawny dziedziniec, przywodzący na myśl królewską rezydencję. Tymczasem gospodarzem tego miejsca nie był monarcha, a ciemnowłosy i ciemnooki Austriak z wąsikiem, który zdołał przekonać swoich pobratymców, że rasa nadludzi cechuje się jasnymi włosami i oczami. I że góruje cywilizacyjnie nad całą resztą świata.

Staszek machinalnie pokręcił głową. Odezwał się ból w karku, który był rezultatem jednego z przesłuchań. Szczęśliwie, Blankenburg szybko znudził się maltretowaniem jeńca, powierzając tę rolę swojemu podkomendnemu. Początkowo, najpewniej chcąc zadowolić dowódcę, młody Klaas starał się za wszelką cenę okazać pogardę i niechęć dla podczłowieka. Z każdym mijającym dniem jego upór jednak malał, a po jakimś czasie za pośrednictwem Rufina odbyli rozmowę, której Staszek bynajmniej się nie spodziewał.

– Jude twierdzi, że znałeś tego kapitana – zaczął wtedy Klaas.

Staszek był zbyt wycieńczony, by domyślić się, o kim mowa.

– Obelta – dodał Alexander, ostrząc sztylet SS, którym przed momentem zadawał jeńcowi rany.

– Nie znałem… Był dowódcą mojego brata.

– I cholernie upartym sukinsynem – dodał z uznaniem esesman. – Jedynym, który stawił opór Blankenburgowi.

W trakcie tortur Klaas nieraz wracał do tematu polskiego oficera. Dzięki opowieściom Zaniewski mógł z tej chaotycznej mozaiki ułożyć w wyobraźni portret Obelta. Szrama na twarzy, wynik bombardowania Luftwaffe w pierwszym dniu wojny. Podróż przez dawne tereny polskie aż do Leska, gdzie zamknięto go w piwnicy. Picie własnego moczu, jedzenie surowego ryżu, obrzynanie palców i wyrywanie paznokci. Klaas mówił o tym wszystkim, jakby opowiadał o imponujących osiągnięciach. Staszek nie wiedział, czy miałyby należeć do Blankenburga, czy Obelta.

– Nie chciał nawet podać swojego imienia – powtarzał mu kilkakrotnie Alexander. – Kiedy już się odezwał, powiedział, że nazywa się Adolf i przytknął dwa palce pod nos.

Póki Staszek rejestrował jeszcze słowa oprawcy, działały na niego krzepiąco. Z czasem jednak coraz trudniej było mu się na nich skupić.

– Masz szczęście, Polaku – podkreślał Klaas.

Być może biorąc wszystko pod uwagę, rzeczywiście je miał. Choć trudno było spojrzeć na to w ten sposób, gdy esesman ocierał jego krew ze swojego sztyletu. Rany miały być niewidoczne. Dowódca wydał jasny rozkaz, że nie chce, by pocięty stawił się w Berlinie przed obliczem wysokiego rangą urzędnika. Ostrze noża cięło więc skórę Staszka w pachwinach, pod pachami i w innych newralgicznych miejscach. Ból był nie do zniesienia.

Jeszcze bardziej dotkliwa była jednak świadomość tego, co miało nastąpić. Rufin przetłumaczył mu pewnego dnia rozmowę, którą odbyli Niemcy. Blankenburg jasno dał do zrozumienia, że Klaas powinien już powoli wymyślać możliwie najciekawszy sposób, by pozbawić Polaka życia. Po wizycie w Kancelarii Rzeszy miała to być zwykła formalność.

– Gdybyś tylko widział, co Obersturmführer robił z tym kapitanem – podkreślał Alexander. – Na sam widok padłbyś trupem.

– Niewykluczone – odparł Staszek.

Niemiec ściągnął brwi. Zaniewski widział, że stanowi dla niego enigmę. Mimo dotkliwych tortur nie panikował, nie błagał o życie i nie podejmował daremnych prób ucieczki.

– Stoik z ciebie – ocenił esesman. – Prawdziwy stoik. Przypominasz mi te historyczne postacie, Cycerona i innych. Też chuchra, ale jak przyszło co do czego, umierali godnie.

Staszkowi przemknęło przez głowę, że Cyceron był raczej eklektykiem. Zachował to jednak dla siebie.

– Przynajmniej tak zanotowano w przekazach historycznych – powiedział.

– No tak – przyznał Klaas. – Ale po tobie nie zostanie ani jeden ślad.

– Nie tylko po mnie.

Wojna trwała od miesięcy i pochłonęła już tysiące istnień. Polscy żołnierze ginęli od niemieckich i rosyjskich kul, teraz przyszła kolej Finów. Cywile byli traktowani, jakby najeźdźcy za punkt honoru postawili sobie zupełną eksterminację podbitych narodów. Umieraniu nie było końca i cały świat wiedział, że najgorsze dopiero nadejdzie. W całym tym cierpieniu trudno było przejmować się tym, że zaginie ślad po jednym nic nieznaczącym człowieku. Przynajmniej tak starał się patrzeć na to Staszek – tak został wychowany.

– A mimo wszystko jesteś słaby – dodał Klaas. – Widzę to w twoich oczach.

– Słaby?

– Rozmawiasz z wrogiem – wyjaśnił Niemiec. – To już przejaw braku hartu ducha.

– Nie jestem żołnierzem – odparł Zaniewski. – Nie zakładam nawet, że przetrwam tortury.

– Pragmatyk.

Staszek spodziewał się, że oprawca będzie kontynuował znęcanie się nad nim, ale ten tylko mu się przyglądał. Uznał wówczas, że musi skorzystać z okazji i dowiedzieć się czegoś.

– Dokąd mnie zabieracie? – zapytał.

Alexander milczał. Sprawiał wrażenie, jakby zastanawiał się, czy podawanie informacji jeńcowi może okazać się błędem. W końcu westchnął i rozejrzał się.

– Do Berlina – oznajmił.

– W jakim celu?

– W żadnym. Jedziesz przy okazji. Obersturmführer ma się spotkać z przełożonymi. Zostaniesz przedstawiony jako cenna zdobycz.

Zaniewski zmusił się do tego, by zaśmiać się pod nosem.

– Sądzicie, że kim jestem?

– Nikim.

– No właśnie. Dlatego nie rozumiem, czemu to ma służyć?

Alexander Klaas wydął usta, jakby pytanie było zupełnie bezzasadne.

– Twoja rasa nie musi nic rozumieć.

– Oczywiście – mruknął Staszek i teatralnie westchnął.

Szybko pożałował swojej reakcji. Klaas obrócił w ręce nóż i zamachnął się, by uderzyć go rękojeścią. Polak zamknął oczy, ale nie poczuł uderzenia. Esesman zatrzymał rękę tuż przed jego głową, reflektując się, iż miał nie oszpecać jego twarzy.

– Okazywanie lekceważenia to najgorsze, co możesz zrobić – powiedział.

– Rozumiem.

– Nie żeby miało to wielkie znaczenie – dodał Alexander. – Po wizycie w Berlinie wrócisz do Warschau. Tam Obersturmführer przykładnie cię ukarze. Spełnisz cel swojej egzystencji i staniesz się symbolem tego, co dzieje się z ludźmi, którzy nam się przeciwstawiają.

– Więc mam stracić życie dla propagandy?

Alexander Klaas pociągnął nosem i potarł ręce. Zimne powietrze zaczynało mu doskwierać.

– Tak – odparł obojętnie.

 

Kilka godzin po tamtej rozmowie Blankenburg dokonał inspekcji. Obejrzał dokładnie więźnia i nie był zadowolony. Klaas obawiał się, że niewiele brakuje, by sam zajął miejsce Polaka.

Dowódca jednak zdawał się nie dostrzegać Alexandra. Za pośrednictwem Rufina kazał Polakowi rozebrać się i położyć na plecach.

– Nie – zaoponował stanowczo Staszek.

– Wiem, że to ubliżające – odparł Rufin. – Ale rób, co każe.

– Nie mam zamiaru.

– Widziałem na własne oczy, co się dzieje, kiedy ktoś nie wykonuje jego poleceń. On tylko na to czeka.

– Gdyby miał mnie poważnie okaleczyć, już by to zrobił – powiedział Polak, dostrzegając, że Johann patrzy z pretensją nie na niego, a na Żyda. – Chce, żebym dobrze prezentował się w Berlinie.

– Tak, ale jest wiele sposobów, by…

Rufin nie skończył, gdyż Blankenburg dopadł do niego i złapał go za włosy. Szarpnął głową chłopaka w dół, jednocześnie wyrzucając kolano. Rufin padł na ziemię, rozchlapując wokół krew, która trysnęła mu z nosa. Jęczał z bólu i zrozumiał, że to nie koniec. Zwyrodnialec stanął nad nim, rozpiął rozporek, a potem oddał mocz. Rufin wiedział, że jeśli poruszy się czy nie daj Boże spróbuje uciec, będzie jeszcze gorzej. Leżał bez ruchu, mocno zaciskając usta i powieki. Starał się nie oddychać, ale w końcu musiał zaczerpnąć tchu.

Zaniewski krzyczał, Klaas jednak szybko wymierzył w niego służbowy pistolet i Polak umilkł.

Kiedy Johann Blankenburg skończył, kiwnął na Staszka. Cedząc pod nosem przekleństwa, Polak niespiesznie się rozebrał i położył na chłodnej ziemi.

– Bielizna też – przetłumaczył z trudem Rufin.

Jeniec wykonał polecenie, obawiając się, że chłopaka zaraz spotka coś gorszego. Zwyrodnialec zapewne tylko czekał na to, by go podjudzić.

Blankenburg skupił wzrok na swoim podkomendnym i cmoknął z dezaprobatą.

– Nie podoba mi się to, Klaas.

– Co takiego, Herr Obersturmführer?

– Chcesz wyjść za niego? – spytał, wskazując na Polaka.

– Słucham?

– Traktujesz go jak panienkę.

Młody esesman popatrzył zmieszany na swojego dowódcę.

– Wszystkie informacje podaje dobrowolnie – zaczął się usprawiedliwiać. – Nie ma potrzeby…

– Potrzeba jest. Wynika z samego faktu, że to polskie ścierwo.

Blankenburg przykucnął przy jeńcu, po czym wyciągnął browninga z kabury i zanim Polak się zorientował, włożył mu lufę do ust. Polak starał się wypchnąć ją językiem, dusząc się przy tym.

Drugą ręką Johann sięgnął po zapalniczkę, podał ją Klaasowi, a następnie wyciągnął swój sztylet SS.

– Zapal i podtrzymaj pod ostrzem – polecił.

Gdy klinga się rozgrzała, Blankenburg przyłożył ją jeńcowi do pachwiny. Pamiętał, jak robił podobne rzeczy zawszonemu oficerowi w Lesku. Tamten nie wydał z siebie nawet cichego jęku, co Niemiec musiał docenić. W tym newralgicznym miejscu skóra była cienka i niewiele było trzeba, aby zadać ból.

Z gardła Staszka dobył się przeraźliwy, stłumiony krzyk. Napór pistoletu natychmiast się zwiększył i Polak z trudem stłumił odruch wymiotny, dławiąc się przy tym. Katorga zdawała się nie kończyć, ale Zaniewski cały czas miał świadomość, że poprzedni jeniec musiał tygodniami znosić zabawy tej gnidy.

– Tak to się robi, Klaas – odezwał się Johann. – Myślałem, że do tej pory się nauczyłeś.

– Tak jest, Herr Obersturmführer.

– I żebym nie musiał znów sobie brudzić rąk tym ścierwem, jasne?

– Oczywiście.

 

CĂLIMĂNEȘTI, OKRĘG VÂLCEA, RUMUNIA, GRUDZIEŃ 1939 ROKU

Bronek Zaniewski siedział pod barakiem mieszkalnym i obserwował pokaźne sople zwisające z dachu. Były długości ludzkiej nogi i od kilku dni wyglądały, jakby miały niebawem spaść. Natura jednak zdawała się trwać w dziwnym marazmie – jak zresztą wszystko w obozie jenieckim. Od kilku tygodni czas tu po prostu nie płynął.

Bronek podniósł się powoli i potarł ręce. Wypuścił parę z ust, obserwując, jak niknie w powietrzu. Potem z impetem strącił kilka sopli.

Przeszedł w kierunku ogrodzenia i omiótł wzrokiem bezmiar zimowego krajobrazu. Śnieg w Rumunii zdawał się padać bez ustanku, a jeńcy nie nadążali z odśnieżaniem.

Po drodze nie było lepiej. Kiedy wraz z Osmundem Kremmerem i Maniurą wyruszali z Palikrów na południe, wydawało się, że szlak przerzutowy dla zdemobilizowanych polskich żołnierzy jest utarty. Szybko przekonali się jednak, że czekają ich trudy, jakich się nie spodziewali.

Nocowali pokotem w oborach i stajniach, nie jedząc przy tym zbyt wiele. Stary ziemianin Kremmer znosił to całkiem nieźle – po podróży bydlęcym wagonem do ZSRR był już zaprawiony. Gorzej trudne warunki znosił Maniura, który po pierwszym września wrócił do rodzinnej wsi. Zaniewski nieraz powtarzał przyjacielowi, że to wszystko betka w porównaniu z tym, co Sowieci zafundowali im w pociągu.

Do dzisiaj Bronek nie mógł wymazać tamtych obrazów z pamięci. Wciąż widział stłoczonych jak bydło ludzi, wszechogarniającą śmierć i czuł odór rozkładu. Czasem, zanim zasnął, przed oczami stawały mu obrazy zdesperowanych, wygłodniałych jeńców, którzy żywili się umarłymi. Innym razem przypominał sobie, jak pasażerowie z trudem usuwali ekskrementy przez niewielki prześwit między deskami. Przez szparę. Otwór, którego wyżłobienie przez pewien czas stanowiło niemal cały sens ich egzystencji.

Za dnia trudno było mu uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Dopiero nocami dochodziła do niego bolesna świadomość, że w istocie tak było.

Teraz, stojąc przed płotem, skupił wzrok na polach pokrytych grubą warstwą śniegu. Stamtąd obóz internowania musiał sprawiać wrażenie spokojnej osady gdzieś na obrzeżach miasta. Dachy baraków sięgały najwyżej trzech metrów, przywodząc na myśl podmiejski spokój i sielankę, a pomiędzy budynkami wiły się wąskie ścieżki.

Życie tutaj nie miało jednak wiele wspólnego z sielanką.

– Ustawić się w szeregu! – rozległ się głos jednego z rumuńskich żołnierzy.

Bronek odwrócił się i zobaczył strażnika, którego dobrze kojarzył. Nazywał się Ion Balmoş i odpowiadał za pilnowanie baraku, w którym zakwaterowano młodego sierżanta i jego dwóch kompanów.

– Zaniewski!

Bronek zaklął w duchu. Wiedział, że mieli nie zbliżać się do ogrodzenia. Ruszył szybko w kierunku wartownika, ale ten już ku niemu pędził. W mig znalazł się tuż przed nim.

Zatrzymali się, mierząc się wzrokiem.

– Czego tam wyglądasz? – spytał Rumun.

– Niczego.

Wartownik obrócił karabin w ręce i pogroził Polakowi kolbą.

– Mówią, że strzelać do was nie można, ale przyłożyć w kaczan i owszem.

– Próbuj szczęścia.

Balmoş uśmiechnął się. Rumuńscy strażnicy nie należeli do przesadnie zasadniczych, a Ion stanowił uosobienie spokoju. Na dobrą sprawę Bronek nie wiedział, co ten człowiek w ogóle tutaj robi – bardziej pasował do pilnowania szlabanu na przejściu granicznym. Być może znaczący był fakt, że nieszczęśnik mówił po polsku. Przez to wraz z internowanymi musiał odmrażać sobie tyłek w Călimănești.

Polacy mogli się tylko cieszyć. Balmoş pomagał im, jak mógł, mimo że formalnie władze obozowe pozostały neutralne w stosunku do osadzonych.

– Czekasz na zaproszenie? – zapytał Ion.

– Już idę – odparł Bronek, tocząc wzrokiem po gęstniejącym tłumie. – Co tu się w ogóle dzieje?

– Zdjęcie będą wam robić. Nie wiem, po co chcą utrwalać wasze mordy, ale to nie moja decyzja.

– Może przydadzą im się na nagrobki.

– Zawsze optymistyczny, co?

– Klimat twojego kraju mnie tak nastraja – odparł Zaniewski, a potem ruszył w kierunku pozostałych jeńców.

Szybko wypatrzył Kremmera, który ochoczo do niego zamachał, jakby dostrzegł własną latorośl w tłumie innych dzieci.

– Szanowny panie sierżancie! – krzyknął.

Bronek uśmiechnął się do niego cierpko, a potem zajął miejsce obok Maniury, w drugim rzędzie równo ustawionych żołnierzy. Po jego prawej stał jeden z lotników, którzy czekali na przerzut na zachód.

– Serwus, Felo – odezwał się Zaniewski. Był niższy stopniem, ale jakiś czas temu przy wódce ustalili, że nie będą się tym przejmować.

– Serwus – odpowiedział Feliks. – Wiesz, co to za hucpa?

– Podobno chcą nas uwiecznić dla potomności.

Pilot obejrzał się przez ramię.

– Słyszałeś, Leoś? – spytał. – Twoja zakazana facjata pójdzie w świat.

Drugi z lotników odburknął coś pod nosem, ale Bronek już go nie słuchał. Skupił się na Kremmerze, który znacząco odchrząknął, sygnalizując, że ma coś do powiedzenia. Zazwyczaj nie wróżyło to niczego dobrego.

– Cóż tak pana strapiło dziś dzień? – zaindagował ziemianin.

Maniura wywrócił oczami i westchnął.

– Durne pytanie – ocenił. – Wiadomo, że tak jak my w śniegu, on się zakopuje w myślach o Anieli.

Kremmer wydął usta.

– Sądziłem, że owa kwestia została zamknięta – rzekł. – To znaczy… po uzyskaniu informacji w kwestii małżeństwa niewiasty z szanownym chorążym Chwieduszką.

– Nie przeszła mi nawet przez myśl od… – Bronek urwał, zastanawiając się, ile dni minęło. Szybko stwierdził, że nie jest to imponujący wynik. – Od pewnego czasu – uciął.

Maniura poklepał przyjaciela po plecach.

– Niech się nie martwi – powiedział. – Ubijemy kilkuset szkopów i wrócimy do Polski jej szukać.

– Nie będę jej szukać.

– O, na pewno nie.

– Zależy mi tylko na odnalezieniu rodziców i brata.

– Zobaczymy, co będzie gadał, jak przyjdzie list od Chwieduszki, że ją znalazł.

Zaniewski obrócił się do towarzysza i posłał mu pełne wątpliwości spojrzenie. W tym samym momencie rozległo się kilka głośnych komend po rumuńsku.

– Zamknąć mordy! – przetłumaczył Balmoş. – I uśmiechać się do fotografa!

– Nie będę się szczerzył jak głupi do sera – bąknął Bronek.

– Oj tam – skwitował Maniura.

– Potem zdjęcie pójdzie w świat i będą mówić, że polscy żołnierze…

– Cisza! – ryknął Ion. – Patrzeć w jedną stronę! Nie ruszać się!

Kilku wojskowych pokręciło głowami, ale to nie przeszkodziło fotografowi w spełnieniu obowiązku. Po chwili strażnik dał rozkaz do rozejścia się i wszyscy szybko skierowali się do baraków, nie mając zamiaru marznąć dłużej, niż było to konieczne.

Idąc obok Kremmera, Zaniewski dostrzegł, że Balmoş patrzy na niego znacząco.

– Zaraz przyjdę – powiedział sierżant, a potem zawrócił.

Przeszedł za Rumunem w miejsce, gdzie dwa baraki stały tak blisko, że między nimi mogła zmieścić się tylko jedna osoba.

– Jest szansa – odezwał się konspiracyjnie Ion. – Dziś w nocy.

Bronek nie spodziewał się, że kiedykolwiek usłyszy te słowa.

– O której?

– Punkt druga. Będziecie gotowi?

– Jesteśmy gotowi, od kiedy nas tu przywieźli.

– Dobra. Pamiętasz gdzie czy muszę powtarzać?

– Mam lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie po raz kolejny twojej monotonnej gadaniny o…

– W porządku, Polaku. Żebyś tylko potem nie skomlał, że nie wiedziałeś dokąd i którędy. – Rumun niepewnie spojrzał na lewy przegub Bronka. – Zegarek jakiś macie?

– Mamy. Kremmer przehandlował za coś po drodze.

– Niepoważny typ.

– Mówi, że wszystko, co ludzkie, uwikłane jest w okowy czasu.

Balmoş rozejrzał się nerwowo.

– Byleby tylko miał sprawny zegarek – rzucił, a potem ruszył w kierunku placu.

Zaniewski odczekał chwilę, wyjrzał zza rogu budynku, po czym skierował się ku swojemu barakowi. W środku dał znak Maniurze i Kremmerowi, znacząco skinąwszy do nich głową.

Między grającymi w karty jeńcami kręciło się dwóch strażników. Przymykali oko na to, że handlowano tutaj wszystkim co popadnie. Żaden z Rumunów nie miał interesu w tym, by trzymać w tym miejscu wojskowy dryl – choć nie trzeba było wiele, by stwierdzić, że kontrabanda pochodzi spoza obozu.

Bronek podszedł do pryczy, na której usiedli jego towarzysze.

– Olaboga – ocenił Kremmer, widząc poważny wyraz twarzy żołnierza. – A zatem to już?

– Niechże pan nie panikuje – odbąknął Zaniewski.

– Nie, oczywiście, ja…

– Ucieczki są na porządku dziennym. Zresztą sami Rumuni organizowali nam transporty na zachód.

– W rzeczy samej, panie sierżancie… tym niemniej to była inna sytuacja.

Maniura westchnął.

– Wówczas stać ich było na przychylność wobec nas – dodał Osmund. – Po zabójstwie premiera Călinescu jednak wszystko uległo zmianie.

– Cicho – syknął Bronek.

– Ależ nie ma potrzeby…

Maniura szturchnął ziemianina, a potem wskazał zbliżającego się mężczyznę. Kremmer natychmiast zrozumiał, że powinien zamilknąć. Starszy sierżant Adam Kiendry od początku sprawiał trzem Polakom problemy. Szczególnie uwziął się na Zaniewskiego, choć ten nie dał mu po temu żadnego dobrego powodu.

– Wstawaj – rzucił Kiendry.

– Dopiero usiadłem – oburknął Bronek.

Maniura podniósł się zamiast niego i uniósł otwarte dłonie.

– Dajcie spokój – zaapelował.

Adam stanął przed Zaniewskim, zmuszając go, by ten podniósł wzrok.

– Wstawaj, mówię.

– Słyszałem.

Kiendry zacisnął usta i przez moment sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar podnieść Bronka za fraki. O ile jednak strażnicy znosili handel, o tyle burda w baraku nie byłaby mile widziana. Wszyscy zdawali sobie z tego sprawę.

– Widziałem, jak kombinujesz z wartownikiem – odezwał się Kiendry.

– Aha.

– Co to za konszachty?

– Gówno ci do tego.

Adam prychnął pod nosem i pochylił się nad rozmówcą.

– Gówno to będzie z waszej ucieczki – szepnął. – Jak tylko podniosę raban, Rumuni wsadzą was do izolatek i tyle będzie.

– Idź do swoich, człowieku. I daj nam spokój.

Kiendry się wyprostował.

– Jak wolisz – odparł niby obojętnie i obrócił się. Niespiesznie zaczął oddalać się od trzech jeńców. – Żaden strażnik wam nie pomoże, jak już…

– Niechże pan poczeka – odezwał się cicho Kremmer.

Mężczyzna zatrzymał się i obejrzał przez ramię. Spojrzał na Bronka pytająco, a ten zaklął pod nosem. Wiedział, że jedno słowo powiedziane pracownikowi obozowej administracji wystarczyłoby, by marzenia o przebiciu się na zachód legły w gruzach.

– Więc? – zapytał Adam.

Zaniewski wskazał mu wzrokiem pryczę. Mężczyzna uśmiechnął się triumfalnie i usiadł obok sierżanta.

– Jaki jest plan? – spytał.

– Balmoş wypuści nas o drugiej – odparł niechętnie Bronek. – Mamy się z nim spotkać po południowej stronie baraku i opuścić obóz tylną bramą. Wartownicy mają być powiadomieni o tym, że mała grupa Polaków będzie wychodziła.

– Tak po prostu?

– A czego się spodziewałeś? Że dostaniemy zrzut broni od Francuzów, wybijemy wszystkich strażników i grupowo uciekniemy?

Kiendry zbył jego uwagę milczeniem, a Bronek po chwili kontynuował:

– Przejdziemy kilka kilometrów drogą, która biegnie wzdłuż obozu. Tam ma czekać na nas samochód.

– Czyj?

– Rumunów, Kiendry.

– Nie wiedziałem, że są tacy chętni, żeby nam pomagać. Zamknęli nas tu jak jakieś, kurwa, szczury.

Kremmer aż zacmokał, słysząc nieparlamentarny język. Potem spojrzał na Adama, jakby miał przed sobą uczniaka, którego należy wyedukować.

– Szanowny panie sierżancie – podjął. – Obywatele Rumunii pozostają z nami w przyjaznych stosunkach. Fakt, że ich rząd wystosował ultimatum dotyczące zrzeczenia się władzy przez organy Rzeczypospolitej w zamian za bezpieczny przejazd do Francji, dowodzi ich dobrych intencji. Zważając na okoliczności, oczywiście. Trzeba mieć na uwadze, iż…

– Dobra staruchu, wystarczy.

– Ależ…

– Więc o drugiej – uciął Kiendry i wstał.

Bronek kiwnął głową, mierząc go wzrokiem.

– Muszę mówić, że szczęśliwy koniec tej eskapady zależy od tego, by zbyt wielu się o niej nie dowiedziało?

– Nie musisz – odparł Adam i oddalił się.

 

Kwadrans po drugiej w nocy czterech internowanych leżało na swoich pryczach w kompletnej ciszy. Dźwięk otwieranej zasuwy dawno powinien się rozlec. W niewielkich odstępach czasu spoglądali na siebie nerwowo. Czuli, jak każda kolejna minuta oddala ich od wolności.

– Jest pewny, że to dziś? – szepnął do Bronka Maniura.

Zaniewski posłał mu błagalne spojrzenie.

– No co? Balmoş nie mówi perfekcyjnie, może coś ci się pomyliło.

– To dziś.

– Może zegarek pana Kremmera…

– Mój czasomierz funkcjonuje prawidłowo – zastrzegł stary ziemianin.

Maniura nie zdążył odpowiedzieć, gdyż rozległo się pukanie w ścianę baraku. Polacy wymienili się spojrzeniami. Bronek powoli podniósł się jako pierwszy. Cicho ruszyli w kierunku drzwi, a potem przekonali się, że są uchylone. Wraz z Kiendrym wyszli na zewnątrz, czując, jak skórę na twarzy ściąga im siarczysty mróz.

– Ociągaliście się – zauważył Ion. – Otworzyłem kilka minut temu.

– Musiałeś zrobić to ciszej, niż przypuszczaliśmy.

Balmoş otaksował wzrokiem Adama.

– A ten?

– Przyszedł na doczepkę – odparł Zaniewski. – Nie będzie problemu?

– A ja wiem? – Rumun wzruszył ramionami. – To się okaże.

Ruszyli we wskazanym przez Iona kierunku, a Bronek czujnie rozglądał się wokół. W obozie zaległa zupełna cisza, mącona jedynie skrzypieniem śniegu pod butami uciekinierów.

– Stop – szepnął Kiendry, choć jego twarz sprawiała wrażenie, jakby krzyczał.

Wszyscy natychmiast zatrzymali się jak rażeni piorunem. Rumun spojrzał pytająco na Polaka, a ten wskazał wieżę wartowniczą, gdzie stało dwóch strażników. Obaj omiatali wzrokiem teren przed tylną bramą.

Balmoş puścił pod nosem wiązankę po rumuńsku.

– Wiedzą, że dziś jest wyjście – syknął, karcąco patrząc na Adama. – Idziemy.

Zaniewski odetchnął z ulgą i ruszył za nim. Nie powinien się dziwić, nikomu tutaj nie zależało na tym, by za wszelką cenę trzymać ich w obozie. Miejsce było zresztą na tyle odludne, że w zimie trudno byłoby zbiegom przeżyć poza ogrodzeniem.

Szli powoli w kierunku bramy. Z każdym kolejnym krokiem emocje stawały się coraz mniejsze. Czuli, że wolność jest na wyciągnięcie ręki.

Nagle rozległ się dźwięk wystrzału z wieży wartowniczej, a potem nocną ciszę rozerwał przejmujący krzyk.

 

METZ, LOTARYNGIA, FRANCJA, GRUDZIEŃ 1939 ROKU

Christian Leitner z trudem otworzył oczy. Przechylił głowę na bok i wyjrzał przez szpitalne okno. Patrząc na niespiesznie przesuwające się chmury, zastanawiał się nad tym, jak długo był nieprzytomny.

W końcu uznał, że nie ma to znaczenia. Liczyło się tylko to, że nie zginął od kuli Torstena Blankenburga. I to, że gdy tylko wydobrzeje, będzie mógł ruszyć w pogoń za nim i jego bratem.

Gdyby wierzył w Boga, zapewne teraz by mu podziękował. Wiedział jednak, że przeżył tylko dzięki uporowi lekarzy i swojemu. Kurczowo trzymał się krawędzi życia, nie mając zamiaru dać się pochłonąć otchłani. Miał jeszcze zbyt wiele do zrobienia.

Powtarzał to sobie w myśli, gdy padł półprzytomny na ziemię. Nie potrafił się poruszyć, przed oczami widział jedynie czerń, ale umysł nie odmówił mu posłuszeństwa. Usłyszał wówczas, że to nie Holzer, a Johann Blankenburg porwał jego żonę i syna. Prostacki oficer SD, który był zakałą niemieckich służb. Nie był godzien noszenia jakiegokolwiek munduru zdobionego nazistowskim orłem. Leitner gardził nim – i obiecał sobie w duchu, że kiedy go dopadnie, nie pozwoli mu umrzeć zbyt prędko. Wymierzy sprawiedliwość.

Zamknął na moment oczy, a potem obrócił głowę w drugą stronę. Gdy ponownie je otworzył, zobaczył siedzącą przy łóżku kobietę.

– Gino… – powiedział zdezorientowany. Niemal nie poznał własnego głosu.

Uśmiechnęła się do niego.

– Cieszę się, że do nas wróciłeś.

Z trudem przełknął ślinę. Potrzebował chwili, by odnaleźć się w tej sytuacji.

– Jak się czujesz? – zapytała Maria.

– Zdolny do dalszej służby.

– Oczywiście – odparła pod nosem.

Christian skinął nieznacznie głową, czując, że siły szybko go opuszczają. Brakowało mu energii na rozmowę, jednak głos Polki działał na niego krzepiąco, jakby tkwił w nim zastrzyk energii. Jej wzrok i charakterystyczny błysk w oku sprawiały zaś, że serce zabiło mu szybciej.

Skarcił się w duchu za radość spowodowaną jej widokiem. Było to nie w porządku wobec Johanny. Oprócz tego ta kobieta okłamywała go przez cały czas, gdy była w Rawitschu… a ostatecznie bez wahania odwróciła się od niego i zbiegła z miasta.

Raz po raz Leitner starał się sobie o tym przypominać, by utrzymać emocje na wodzy.

– Nie chcę ci przeszkadzać… – podjęła, podnosząc się z krzesła.

– Rozumiem.

– Ale zamieniłam kilka słów z Marvinem.

Christian odwrócił głowę z powrotem w kierunku okna.

– Zdrajca – powiedział cicho.

– Zdrajca Hitlera, to na pewno. Ale nie powiedziałabym, że Rzeszy.

Leitner spojrzał na nią, nagle pełen energii. Maria uniosła brwi i pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Wystarczy wspomnieć o Adolfie, a…

– Hitler i Rzesza to jedność – powiedział, gromiąc ją chłodnym spojrzeniem. – Tylko jedna osoba może dzierżyć stery w państwie, którego dziejowym przeznaczeniem jest poprowadzenie Europy ku cywilizacyjnemu rozkwitowi.

Polka przez moment się zastanawiała. Christian przypuszczał, że nie wie, na ile może sobie pozwolić. Mimo że znali się już od jakiegoś czasu, do tej pory nie poruszali tematu Führera. Dotychczas Gina Henckel von Donnersmarck była przykładną Austriaczką.

– Nie obchodzi cię, że Twój wódz urządza moim ludziom rzeź? – zapytała po chwili.

Nie odpowiedział.

– Nie dbasz o to, że Żydów w całej Polsce wyrzuca się z domów? – dodała, wzburzona. – Że katuje się ich na ulicach, zamęcza na śmierć, a potem wrzuca ich ciała do anonimowych grobów?

– To element polityki – odpowiedział spokojnie. – Czasem trzeba przejść przez trudne czasy, by zapewnić światu lepszą przyszłość.

– Nie wierzę, że możesz tak myśleć – powiedziała cicho.

Christian zignorował tę uwagę.

– Koncepcja z nad- i podludźmi to tylko środek do osiągnięcia celu. Czymś trzeba porwać rzesze, skoro bez ich poparcia nie ma mowy o sukcesie. To, że w propagandę zaczynają wierzyć nie tylko ci, do których jest kierowana, ale także ci, którzy ją głoszą, to już zupełnie inna…

– Wystarczy, Christian. Mam dosyć twoich chorych poglądów.

Leitner popatrzył na nią ze zdziwieniem. Miał zamiar wytłumaczyć, że Hitlerowi nie zależy na eksterminacji ludności podbitych krajów, a za jednostkowe działania grupy bezmózgich fanatyków Wódz nie może odpowiadać.

– W niczym nie różnisz się od Blankenburga i jemu podobnych – dodała.

Spodziewał się, że obróci się na pięcie i wyjdzie, ale stała przed łóżkiem, wbijając w niego wyzywająco wzrok. Dążyła do konfrontacji, i trudno było jej się dziwić. Leitner uznał jednak, że najlepiej będzie, jeśli nie odezwie się słowem.

– Kolejny cholerny stoik – skwitowała pod nosem.

Nie wiedział, co ma na myśli. I wolał nie wiedzieć.

– Zresztą… – podjęła. – Czego się spodziewałam?

– Nie wiem.

– Masz taką samą papkę z mózgu jak cała reszta nazistów.

Nadal krzyżowali spojrzenia, żadne z nich nie odwracało wzroku.

– Pewnie przed wojną nosiłeś brunatną koszulę i chodziłeś od sklepu do sklepu, szukając, który przybytek prowadzi Żyd.

– Nie.

– I w trzydziestym ósmym mordowałeś Bogu ducha winnych ludzi za to, że chodzili do synagogi.

Christian spuścił wzrok.

– Jakie to ma dla ciebie znaczenie?

– Żadne – przyznała. – Nie interesują mnie twoje poglądy.

– Tymczasem sprawiasz wrażenie…

– Chcę wiedzieć, na czym stoję – przerwała mu. – Bo zamierzam wejść z tobą w ścisłą współpracę.

– Słucham?

– Zapolujemy razem na Blankenburga.

Przez chwilę milczał.

– Innej możliwości nie zakładam – powiedział w końcu.

 

Maria była zaskoczona, że od razu się zgodził. Sądziła, że będzie to wymagało sporo wysiłku i przekonywania. W końcu była uciekinierką z Polski, do tego Żydówką, na której ciążyły z pewnością zarzuty za wydarzenia w Rawiczu. Nie wspominając nawet o fałszywych dokumentach i posiadaniu broni, co samo w sobie było proszeniem się o karę śmierci.

Tymczasem Leitner sprawiał wrażenie, jakby puścił to wszystko w niepamięć.

– Jesteś zdziwiona – odezwał się.

– Trochę – przyznała. – Przypuszczałam, że najpierw będziesz chciał wsadzić mnie do więzienia, a dopiero potem rozmawiać o jakimkolwiek współdziałaniu.

– Nigdy bym tego nie zrobił.

– Nie? – zapytała z uśmiechem. – Chyba sam siebie nie znasz, Herr Obersturmführer.

– Może nikt z nas siebie nie zna – odparł, a potem zaczerpnął tchu. – Znajdę Blankenburga i wymierzę mu sprawiedliwość. Zanim jednak to zrobię, powie nam, gdzie jest moja rodzina. I twój narzeczony.

Przesunęła kosmyk włosów za ucho i oderwała wzrok od niemieckiego oficera.

– Co potem? – zapytała.

– Na to pytanie znajdziemy odpowiedź, kiedy przyjdzie czas.

– W porządku – powiedziała. – Ale zabierzemy ze sobą Marvina i Elisę.

Leitner poruszył się niespokojnie i dostrzegła, że sprawiło mu to ból.

– Co do twojej kuzynki, nie widzę problemu, ale…

– Rodemeyer się przyda – wyprzedziła argument.

– Nie chcę mieć z nim nic wspólnego.

Maria miała w zanadrzu ułożoną mowę o przyjaźni i wierności ideałom, ale brzmiała ona dobrze, dopóki Christian był nieprzytomny. Teraz, gdy patrzyła w jego oczy i widziała jego upór, była pewna, że takie przemówienia na nic się nie zdadzą.

– Kiedy tylko znajdę się w pobliżu tego człowieka, skuję go i zaprowadzę do najbliższego więzienia – oświadczył.

– Posłuchaj…

– Zdradził Führera – wpadł jej w słowo. – Donosił na mnie wrogowi. Zawiódł moje zaufanie i uchybił swemu obowiązkowi wobec Rzeszy Wielkoniemieckiej.

Widząc niemal fanatyczny błysk w oczach Leitnera, Maria wzdrygnęła się. Pierwszy raz widziała takie emocje na niemal zawsze stoickiej twarzy.

– Jest Żydem, Christian – powiedziała. – Spodziewałeś się, że będzie obojętnie przyglądał się, jak mordujecie jego braci?

– Nie. Ale wiedział, co…

– Jesteś nienormalny – ucięła, po czym obróciła się i ruszyła w kierunku drzwi. – Zastanów się nad tym – dodała w progu.

Nie słyszała, by cokolwiek odpowiedział. Wyszła na korytarz i niemal natychmiast napotkała wzrok Elisy, która czekała na nią kawałek dalej. Maria odetchnęła głęboko, starając się uspokoić. Po chwili zrównała się z kuzynką.

– Nie zgodził się? – spytała Francuzka z przejęciem. Zdawała sobie sprawę, jak wiele zależy od decyzji Leitnera. Bez niego misja była skazana na porażkę, a Johann Blankenburg mógł czuć się bezpiecznie. Oficer SS był dla nich gwarancją, że zaistnieje realna szansa ujęcia kata jej rodziny.

– Zgodził – odparła Polka.

– Ale?

Maria westchnęła, wskazując kuzynce schody. Ruszyły przed siebie.

– W dalszej perspektywie nie możemy na niego liczyć – powiedziała. – Christian zrobi wszystko, by odnaleźć tę bestię i swoją rodzinę. Ale potem będziemy zdane na siebie.

– To i tak lepiej, niż przypuszczałam.

– Nie bądź tego taka pewna.

– Co masz na myśli?

– Nie wiadomo, co może mu strzelić do głowy – odparła Polka, gdy zeszły na parter. – Musimy na niego uważać.

Ta konkluzja odbijała się echem w jej głowie. Początkowo nie chciała przyjąć jej do wiadomości, ale przecież wiedziała, że Leitner najpierw jest żołnierzem, a dopiero później człowiekiem.

 

Po krótkiej rozmowie z Marią i Elisą pod szpitalem Marvin pospiesznie skierował się na rue des Piques. Tylko chwilę zajęło mu odnalezienie restauracji, która była umówionym miejscem spotkania. Wszedł do niej, ostentacyjnie mijając zdezorientowanego kelnera. Przybytek był ekskluzywny – należało przy wejściu podać swoją godność, a potem poczekać, aż ktoś łaskawie zaprowadzi gościa do stolika. Rodemeyer nie miał jednak na to czasu, i tak był już spóźniony.

Przy jednym ze stolików czekał na niego mężczyzna z siwymi, przerzedzonymi włosami. Wypatrzywszy Marvina, skinął na niego.

Niemiec uścisnął rękę prowadzącemu go agentowi MI6, a potem zajął miejsce obok.

– Witaj, Rhodes – odezwał się z wyraźnym brytyjskim akcentem starzec.

– Dzień dobry, panie Alberts. Miło mi pana widzieć.

– W istocie. Mnie pana również.

Brytyjczyk był wylewny jak zawsze, ale nie przeszkadzało to Rodemeyerowi. Przeciwnie, uznawał to za jego atut.

– Co tak ważnego się wydarzyło, że sprowadza pana tutaj?

Raphael Alberts pociągnął łyk earl grey, po czym kiwnął na kelnera i nienagannym francuskim zamówił pasztet z dziczyzny z czerwoną cebulą i pistacjami. Chłopak spojrzał pytająco na drugiego z gości, ale ten pokręcił tylko głową.

– Posłuchaj, Marvin – zaczął Anglik.

Rodemeyer kiwnął głową, choć rozmówca był bardziej zajęty swoją herbatą aniżeli obserwowaniem, czy przykuł uwagę agenta.

– Dotarliśmy do pewnych informacji – oznajmił półszeptem Alberts.

– Jakich?

Konieczność ciągnięcia za język weterana wywiadu z początku działała Niemcowi na nerwy, ale zdążył już do tego przywyknąć. Od kiedy zaczął pracować dla MI6, odbyli wystarczająco dużo rozmów.

– ObersturmführerBlankenburg działa na polecenie człowieka o kryptonimie Cerber.

– Nie wiedziałem, że nadajecie takie kryptonimy.

– Nie pochodzi od nas. Niemiecki.

Rodemeyer wyciągnął paczkę papierosów Gitanes i położył ją na stoliku. Raphael Alberts odsunął ją z niesmakiem i na jej miejscu położył brytyjskie rothmansy. Marvin chętnie poczęstował się jednym.

– Więc o co chodzi? – spytał z papierosem w ustach.

– Na tym etapie trudno stwierdzić – odrzekł Brytyjczyk. – Aczkolwiek przypuszczamy, że Cerber dostaje rozkazy prosto od Hitlera albo Himmlera.

– Ciekawe… – mruknął Rodemeyer, wypuszczając dym.

– Samo w sobie niezbyt. Ciekawe natomiast jest to, że ów jegomość nie figuruje w żadnych oficjalnych strukturach SS ani Gestapo.

Marvin odłożył papierosa do szklanej popielniczki.

– Co to oznacza?

Brytyjczyk wzruszył ramionami.

– Dla ciebie? Tyle, że poprzez twojego przyjaciela musisz dowiedzieć się więcej.

– Świetnie.

Raphael nachylił się do niego.

– Zrozum mnie dobrze, Marvin – podjął protekcjonalnie. – To może okazać się istotną kwestią. Jeśli Hitler w samym sercu podległych i zaufanych służb coś utajnił, to z pewnością uczynił to z ważnej przyczyny.

– Rozumiem.

– Więc nie muszę chyba dodawać, że jesteś naszą jedyną nadzieją, by czegokolwiek się w tej sprawie dowiedzieć?

Rodemeyer znów podniósł papierosa. Zaciągnął się nerwowo.

– Nie musi pan – powiedział. – Co nie zmienia faktu, że nie wiem, w jaki sposób miałbym…

– Christian Leitner doprowadzi cię do Blankenburga.

– Skąd ta pewność?

– Przestudiowaliśmy jego teczkę dość wnikliwie. Odnajdzie go, a wtedy ty musisz wkroczyć do akcji.

Marvin czuł na sobie ciężar spojrzenia Albertsa. Pomyślał, że naprawdę jest jedyną szansą Anglii, by dowiedzieć się, co na boku knuje Hitler.

 

SAKSONIA, III RZESZA, GRUDZIEŃ 1939 ROKU

Staszek czuł się lepiej z każdym kolejnym kilometrem oddalającym go od Berlina. Nie chciał myśleć o wizycie w Kancelarii Rzeszy i nazistowskich flagach, które zdawały się zdobić całe miasto. Sprawiało wrażenie, jakby stanowiło jeden wielki punkt propagandy NSDAP i Hitlera.

Wiedział, że jest wieziony gdzieś w okolice Linzu, do Austrii. Droga miała być długa, wynosiła ponad sześćset kilometrów. Polak nie miał złudzeń, że nie będzie dla niego łatwa. Był przytłoczony bólem emanującym z najbardziej wrażliwych miejsc na ciele, ale zdawał sobie sprawę, że to dopiero początek.

Pierwszy postój Blankenburg zarządził w Leipzig, raptem dwieście kilometrów od Berlina. Klaas zaparkował na niewielkim poboczu, a oprawca obejrzał się przez ramię na jeńca i uśmiechnął szeroko.

Rufin pomógł mu wysiąść z samochodu, a Niemcy pogrążyli się w rozmowie, przygotowując do dalszej zabawy z polskim jeńcem.

– Pamiętaj, Alex – odezwał się Johann. – Obrzynanie pięt, uszu i warg. Nad tym musisz popracować.

– Tak jest, Herr Obersturmführer.

– Do dziś żałuję, że nie dotarliśmy do tego etapu z tamtym kundlem w Lesku.

– Wielka szkoda – przyznał Alexander. – Ale dostał, na co zasłużył.

Blankenburg roześmiał się i pogładził kaburę z pistoletem. Kiwnął na Staszka i ruchem ręki kazał mu ustawić się przed nim. Zaniewski niespiesznie ruszył we wskazanym kierunku, ale najwyraźniej nie o to chodziło. Klaas znalazł się tuż za nim i popchnął go z całej siły. Polak poślizgnął się na śniegu i wyłożył przed drugim z Niemców.

Johann kontynuował rozmowę, jak gdyby nigdy nic.

– Miej świadomość, że tortury to sztuka.

– Widziałem pana w akcji, nie trzeba mi tego mówić – odparł młody esesman.

– Mimo wszystko. Spędziłem na przygotowaniu swoich metod wiele czasu. Mówiłem ci, z czego jestem najbardziej dumny?

– Nie, Herr Obersturmführer.

– Podnosisz więźnia, wkładasz mu butelkę w dupę i…

– Sadzasz go z impetem na ziemię – dokończył Klaas. – Wspominał pan o tym, owszem.

Blankenburg pokiwał głową z dumą, po czym skupił wzrok na leżącym na ziemi Polaku. Zaśmiał się chrapliwie, dostrzegając, co tamten robi.

– Popatrz, Alex. Zwierzę.

Zaniewski skorzystał z okazji i napchał sobie trochę śniegu do ust. Chłód był przejmujący i zdawał się paraliżować każdy nerw w dziąsłach, ale nie pamiętał, kiedy ostatnim razem Niemcy dali mu choćby łyk wody.

– Dzicz – ocenił młody esesman.

– Tak. Ale wracając do tematu… Czasem nie masz na podorędziu żadnych narzędzi, ale to nie może cię zatrzymać. Do wielu metod wystarczą ci własne ręce. – Obszedł Staszka, który właśnie podniósł się do pozycji na czworaka. Blankenburg spojrzał na niego z góry, a następnie uniósł nogę i z impetem opuścił ją na plecy Polaka. Wgniótł go w ziemię, pochylił się i szarpnął jego głową mocno w tył. Jeniec wydał z siebie jęk bólu.

– Widzisz, Alex? – zapytał podniecony Blankenburg. – Jeden prosty ruch, a kwiczy.

– Imponujące, Herr Obersturmführer.

Staszek z trudem skupił wzrok na młodszym Niemcu. Ton jego głosu nie pozostawiał wątpliwości, że bynajmniej nie uważa tego zachowania za imponujące. Sprawiał wrażenie, jakby nie rozumiał, w jakim celu dowódca męczy jeńca. I Zaniewski też nie mógł tego zrozumieć – nie miał żadnych przydatnych informacji ani nie zawinił Blankenburgowi niczym, co sprawiałoby, że oficer SD pragnąłby zemsty.

– Jeśli tak dalej pójdzie, Polak padnie od razu po przybyciu do Mauthausen – zauważył Klaas.

– I tak by padł – odparł przełożony. – Jeśli tacy jak on trafiają tam dobrze wyżywieni i bez chorób, pociągną może kilka tygodni. Ale ostatecznie i tak nikt nie wychodzi stamtąd żywy.

– Oczywiście.

Blankenburg puścił Staszka i głowa jeńca uderzyła o śnieg.

– Pokażę ci jeszcze coś ciekawego – oznajmił Johann.

– Herr Obersturmführer, mając wszystko na uwadze, myślę, że już wystarczy.

Blankenburg popatrzył na niego zdziwiony i rozczarowany.

– Jeśli będziemy się nim jeszcze trochę zajmować, nie wypełnimy rozkazów – usprawiedliwił się Alexander. – Zdechnie nam tutaj.

Oficer SD przez moment się zastanawiał, patrząc na zanurzoną w śniegu głowę jeńca.

– W porządku – postanowił w końcu. – Innym razem.

Zaniewski wsparł się na trzęsących się rękach. Przysłuchiwał się rozmowie i nie musiał wiele rozumieć, by wiedzieć, że Niemcy prowadzą niezobowiązującą pogadankę. Biorąc pod uwagę to, co robił przy tym Blankenburg, należało uznać, że obaj są nienormalni.

Odczołgawszy się w kierunku samochodu, usiadł przy przednim kole. Potarł szyję, nadal czując ból. Gdy nazista odginał mu głowę, Staszek miał wrażenie, że zaraz rozerwie mu gardziel. Potem złapał go przejmujący skurcz w karku i przez moment myślał, że nie będzie w stanie podnieść się ze śniegu.

Niemcy znów wymienili się uwagami, niespecjalnie interesując się jeńcem. Zaniewski dałby wiele, by zrozumieć trochę więcej z ich konwersacji. Z rozrzewnieniem pomyślał o próbach, jakie narzeczona podejmowała, by nauczyć go kilku słów. Miał dobre chęci, ale brakowało mu zdolności lingwistycznych, którymi cechował się jego brat.

– Spójrz, jak zwisa mu głowa – zauważył Blankenburg, na powrót wykazując zainteresowanie Polakiem.

Staszek zrozumiał jedynie, że przyglądają się jego szyi. Po prawdzie nie był pewien, co stało się z jego kręgami. Głowa rzeczywiście opadała mu niemal bezwładnie, co zdawał się sugerować ruchem ręki Johann.

Zbliżyli się do niego i oficer SD zmrużył oczy.

– Alex – podjął. – Czy ten szczur nie przypomina ci kogoś?

Klaas wydął usta.

– Niespecjalnie.

– Nie przywodzi ci na myśl tego Polaka, którego spotkaliśmy pod Beniową?

– Chyba nie.

– Nie pamiętasz go?

– Pamiętam go aż za dobrze, Herr Obersturmführer. Reinhold Winterberg zapadł mi w pamięć na długo.

– No tak. W końcu ty i twój oddział Einsatzgruppen daliście się mu omamić i, jakby nie było, służyliście pod nim jakiś czas.

Młody esesman skrzywił się na samą myśl, ale Blankenburgowi to wspomnienie sprawiało satysfakcję.

– Spójrz na jego oczy – dodał Johann. – Poznaję to spojrzenie. I rysy twarzy także ma podobne.

Alexander przypatrywał się Staszkowi jeszcze przez chwilę. Polak poczuł się zaniepokojony jeszcze bardziej. Wolał, by traktowali go jako anonimowego jeńca, jednego z wielu – tymczasem zdawali się nim coraz bardziej zainteresowani.

– Być może ma pan rację – przyznał z zaskoczeniem Klaas.

Blankenburg wyprostował się, zadowolony.

– Żydzie! – krzyknął.

Rufin natychmiast znalazł się tuż obok. Nieudolnie stanął na baczność krok za Niemcem. Ten rozkazał mu tłumaczyć każde słowo, po czym przykucnął przed Polakiem.

– Reinhold Winterberg – powiedział. – Mówi ci to coś?

– Nie.

– Jesteś pewny? Nie zastanawiałeś się za długo nad odpowiedzią.

– Pierwszy raz słyszę to imię i nazwisko.

– Cóż… – odparł Blankenburg, szeroko się uśmiechając. – Chyba będziemy musieli to sprawdzić.

Staszek wiedział, że klamka zapadła. Ten człowiek będzie go męczył aż do skutku – ostatecznie każdy i tak przyznaje się do winy, choćby nie miał pojęcia, czym owa wina jest. On zapewne w pewnym momencie pęknie i zacznie pleść o Winterbergu, co mu ślina na język przyniesie. Odwlecze trochę dalsze tortury, ale Niemiec w końcu zorientuje się, że to wszystko banialuki. I na nowo zacznie się nad nim znęcać.

Nie było cienia szansy na ratunek.

Zaniewski zamknął oczy i zebrał się w sobie. To, co zamierzał zrobić, nie należało do honorowych posunięć. Ojciec i brat najpewniej nigdy by się do takiego poziomu nie zniżyli. Oni jednak w poprzednim życiu nosili mundury, Staszek zaś nie zdążył nawet założyć białego kitla.

Zebrał wszystkie siły, a potem szarpnął nogą w górę. Kucający przy nim Niemiec oberwał prosto między nogi. Wydał z siebie zduszony jęk i padł na bok, czerwieniejąc na twarzy.

Klaas natychmiast zamachnął się i kopnął jeńca w żebra. Zaniewski padł na bok, jego głowa bezwładnie uderzyła o ziemię.

– Coś ty zrobił… – jęknął Rufin.

Oficer SD poderwał się na równe nogi, choć sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz z powrotem upaść. Sapał ciężko, patrząc na Polaka.

– On cię zabije – dodał tłumacz.

– I tak by to zrobił – odparł Staszek, siląc się na spokój. Nie potrafił jednak zachować pozorów, głos mu się zatrząsł.

Rufin rozglądał się nerwowo, nie wiedząc, gdzie oczy podziać.

– Nie rozumiesz, co on ci zrobi…

Zaniewski zdawał sobie sprawę, że śmierć nie nadejdzie prędko. Ale jego decyzja nie była pochopna ani emocjonalna – wykalkulował, że w ten sposób zmusi oprawcę, by ten skończył z nim szybciej. Może nawet podda się potrzebie zemsty i zrobi to już teraz.

– Nie wyobrażasz sobie, co cię czeka – dodał Rufin, cofając się o krok.

– Mną się nie przejmuj. Zapytaj lepiej szkopa, jak wyszła jajecznica.

– Ale…

– Halt die Klappe! – ryknął Blankenburg i chłopak natychmiast zamilkł, spuszczając wzrok.

Oficer SD poprawił mundur, a potem przez moment przyglądał się leżącemu na ziemi jeńcowi. Trzymał dłoń na podbrzuszu i nadal sprawiał wrażenie, jakby nie mógł do końca dojść do siebie. Staszek był zadowolony oporem, jaki udało mu się stawić, nawet jeśli był marny.

– Co powiedział ten pies? – zapytał Niemiec.

– Herr Obersturmführer, ja… – wydukał Rufin.

– Mów!

Tłumacz nie wiedział, jak się zachować. Był przerażony tym, że to na niego spadnie gniew za słowa Polaka. Mimo to nie potrafił naprędce wymyślić niczego innego. Przełożył słowa jeńca, a potem zamknął oczy, czekając na cios.

Zamiast tego wszyscy usłyszeli chrapliwy śmiech Johanna. Spojrzał na podkomendnego i rozłożył ręce.

– Fascynuje mnie poczucie humoru podludzi – oznajmił. – A ciebie, Alex?

– Nieco mniej.

– Naprawdę są ciekawi. Choć tylko do pewnego momentu. Szybko się przejadają, nie uważasz?

Klaas pokiwał głową z uznaniem, jakby była to największa mądrość, jaką dane mu było kiedykolwiek usłyszeć.

Blankenburg znów przykucnął przy więźniu. Przypatrywał mu się przez moment, a potem obejrzał się przez ramię na podwładnego.

– Wyciągnij sznur z samochodu, Alex – polecił z zadowoleniem.

 

CĂLIMĂNEȘTI, OKRĘG VÂLCEA, RUMUNIA, GRUDZIEŃ 1939 ROKU

– Nie strzelać, idioto! – ryknął Ion Balmoş.

Uciekinierzy przypadli do ziemi, licząc na to, że tyle wystarczy, by wartownik ich nie wykończył.

– Kto tam jest, do kurwy nędzy?! – dodał Rumun.

– Trăşculescu – odpowiedział niepewnie mężczyzna z wieży. – Nie wiedziałem, że dzisiaj jest wyjście.

Balmoş od razu skojarzył głos młodego strażnika. Wedle rozpiski ktoś inny miał tej nocy zajmować miejsce na strażnicy – ktoś, z kim Ion zawczasu się dogadał. Zresztą nawet i bez tego każdy inny doświadczony wartownik wiedziałby, że Polacy wychodzą i nie należy ich zatrzymywać. Ten najwyraźniej nie zdążył jeszcze odbyć nieformalnego przeszkolenia. Sprowadzało się ono do krótkiej porady – jeśli nie można pomóc jeńcom opuścić obozu, należy przynajmniej przymknąć oko.

Balmoş podał rękę Bronkowi i pomógł mu wstać.

– Co z nim? – zapytał, patrząc w bok.

 

Zaniewski padł natychmiast, gdy tylko rozległ się strzał. Jako pierwszy znalazł się na ziemi, bo od pewnego czasu starał się wyćwiczyć mięśnie, by reagowały szybciej niż umysł. Widział to pod Beniową, gdy Johann Blankenburg uniknął trafienia. Oficer SD sprawiał wrażenie, jakby uratował go odruch bezwarunkowy – w rzeczywistości była to jednak wyćwiczona reakcja. Bronek uznał, że skoro Niemiec potrafił tak się wyszkolić, on również da radę. Pobyt w obozie okazał się pomocny. Zaniewski wiedział, o której prowadzone są ćwiczenia w pobliskim lesie i w tych godzinach chodził za ostatni z baraków. Przypadał do ziemi, ilekroć rozbrzmiewał wystrzał. Gdyby ktoś obserwował jego starania, zapewne by go wyśmiał, ale sierżant był przekonany, że mozolne ćwiczenia mogą kiedyś uratować mu życie.

Przy wystrzale z wieży mięśnie zareagowały o ułamek sekundy za późno, ale Bronek i tak był zadowolony. Wydawało mu się, że pozostali również uniknęli kuli. Kiedy jednak Rumun pomógł mu wstać, wiedział już, że tak nie było.

– Krwawi – odezwał się Kiendry.

Zaniewski spojrzał z przestrachem na Maniurę. Przyjaciel oberwał w nogę.

– A widział kiedyś, żeby ktoś nie krwawił, jak go postrzelono? – spytał Wacek Maniura, krzywiąc się z bólu.

Bronek ściągnął pasek, a potem przykląkł na jedno kolano obok towarzysza broni. Zacisnął prowizoryczną opaskę ponad raną. Pacjent zawył z bólu.

– Nie byłoby krwi, jakbyś oberwał w łepetynę, raz a dobrze – zauważył Zaniewski.

– Też prawda – przyznał Wacek. – Może trzeba traktować to jako szczęście.

– Ty zawsze masz szczęście, brzydki skurczybyku.

– Niech sobie nie drwi, tylko pomoże – odparł Maniura, podnosząc rękę.

Bronek z Kremmerem pomogli mu wstać, ale ledwo noga sierżanta dotknęła podłoża, zasyczał z bólu.

– Jestem w formie – oznajmił. – Mogę pędzić jak Jesse Owens.

– Kto zacz? – zapytał ziemianin.

– Ten czarny, co to trzy lata temu w Berlinie pod nosem Hitlera wykręcił rekord na sto metrów. Dziesięć sekund z hakiem.

Poruszali się powoli w kierunku bramy, ale każdy krok Maniury był okupiony niemałym wysiłkiem. W dodatku jeniec zostawiał za sobą krwawy ślad. Bronek spojrzał na niego i przekonał się, że przyjaciel robi się coraz bardziej blady. Tymczasem Adam Kiendry znikł z pola widzenia – nie oglądając się za siebie, opuścił obóz.

– Pospieszcie się – odezwał się Balmoş. – Przez te strzały cały obóz się zbudził.

– Robię, co mogę – burknął Wacek.

– Zrób więcej.

Przyspieszyli trochę, a Maniura zaczął lekko podskakiwać na zdrowej nodze. Coraz więcej krwi ściekało mu po łydce, ale nie przejmował się tym. Po chwili dotarli do bramy.

Bronek obejrzał się przez ramię na Rumuna.

– Dzięki, Ion – powiedział.

– Spieprzajcie, nie gadajcie! – ponaglił ich, nerwowo się obracając.

Zaniewski uniósł kącik ust i wyprowadził przyjaciela na zewnątrz.

– Przekaż wyrazy uznania kierownikowi! – krzyknął na odchodnym.

Balmoş pokręcił głową z dezaprobatą, zamykając za nimi bramę. Z pewnością myślał już tylko o reprymendzie, jaka czekała go w gabinecie komendanta z samego rana.

Polacy przeszli szybko kilkanaście metrów, po czym odetchnęli i zwolnili. Księżyc tej nocy nie świecił zbyt jasno, byli skryci w mroku i czuli się bezpiecznie. Szli jednak dalej, Kremmer ciężko sapał, a Bronkowi Maniura zaczynał ciążyć coraz bardziej. Najwyraźniej spożytkował wszystkie siły na opuszczenie obozu, bo teraz powłóczył nogami i był zlany potem.

– Twoja tusza nie licuje z modelem podoficera Wojska Polskiego – zauważył Zaniewski.

– Niech się zamknie…

– Jak długo mamy tędy podążać? – zapytał z trudem Kremmer.

– Ion mówił, że kilometr, może półtora.

Osmund pokiwał głową, ledwo łapiąc oddech.

– I będzie tam czekał na nas automobil?

– O ile Kiendry nie potraktuje go jako swojego prezentu pożegnalnego.

– Toć… mówił, że… – wydukał Maniura i urwał, zwieszając głowę. – Miał tam…

– Nie wysilaj się – uciął Bronek. – I tak, miał tam czekać kierowca, znajomy Balmoşa. Jeśli ma choć trochę oleju w głowie, zorientuje się, że coś jest nie w porządku, kiedy zamiast trzech uciekinierów zjawi się tylko jeden.

Przez moment szli w milczeniu, choć w przypadku Maniury można było mówić raczej o wleczeniu się.

– Żyjesz? – bąknął Zaniewski.

– O tyle, o ile – odparł jego przyjaciel. – Ale padnę, jak zobaczę, że nie mamy środka lokomocji… wtedy niech Kiendrego pies obsra dwa razy.

– Albo nawet trzy – dodał Bronek.

Po kwadransie Osmund zatrzymał się, a wraz z nim dwaj żołnierze. Ziemianin zaczerpnął tchu, a potem wskazał wzrokiem przed siebie.

– Rozbłysk wieńczy naszą wędrówkę – rzucił.

– Słucham? – spytał Zaniewski.

– Zechce pan sierżant spojrzeć na linię drzew. Ktoś raczył zasygnalizować swoją obecność, włączając i wyłączając na przemian światła pojazdu.

– Nie można było tak od razu?

– Następnym razem niech powie: patrz pan, kurwa, świecą światłami! – odezwał się Maniura i zachichotał z trudem.

– Z całą stanowczością nie skalam tak języka.

Bronek