Papryczka - Alain Mabanckou - ebook + książka

Papryczka ebook

Alain Mabanckou

0,0
29,00 zł

Opis

Papryczka (patrz: Jutro skończę dwadzieścia lat), właściciel najdłuższego imienia na świecie, którego tu nie przytoczymy, bo zajęłoby dwie linijki, wychował się w sierocińcu w Pointe-Noire, by w końcu trafić pod opiekuńcze skrzydła Mamy fiat 500, prowadzącej słynny skądinąd (patrz: Black Bazar) dom publiczny. Wspomnieć trzeba, że rzecz dzieje się w Kongo-Brazzaville w latach 60. i 70.  dwudziestego wieku, i że oczyma młodego bohatera śledzimy wielką i małą historię - kraj odzyskujący niepodległość, socjalistyczną rewolucję, skorumpowanych polityków, losy mieszkańców biednych dzielnic. Alain Mabanckou powraca do świata poprzednich powieści i odsłania inną jego stronę. Czyni to jak zawsze z wyczuciem detalu, pasją opowieści, czułością i humorem. Powieść otrzymała nagrodę Lista Goncourtów: Polski Wybór 2015 

Wyśmienita, delikatna powieśćLe Monde

Wspaniała legenda miejskaLe Magazine littéraire

Afrykański Oliver Twist lat siedemdziesiątychLes Inrockuptibles

Alain Mabanckou (ur. 1966 r. w Republice Konga) – powieściopisarz, poeta, eseista, wykładowca uniwersytecki.  Jest uważany za jednego z najwybitniejszych pisarzy afrykańskich. W Polsce ukazało się dotąd pięć jego powieści: KielonekAfrican PsychoBlack bazar, Jutro skończę dwadzieścia lat oraz Zwierzenia jeżozwierza (wszystkie w przekładzie Jacka Giszczaka, w wydawnictwie Karakter). Jest laureatem wielu nagród, w tym nagrody Akademii Francuskiej za całokształt twórczości w 2012 roku. W 2015 roku został finalistą The Man Booker International Prize.

Książka ukaże się dzięki dofinansowaniu Wydziału Kultury Ambasady Francji w Polsce w ramach programu Wsparcia Wydawniczego BOY-ŻELEŃSKI.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 206




W hoł­dzie dla tych włó­czę­gów z Dzi­kie­go Wy­brze­ża, któ­rzy pod­czas mo­je­go po­by­tu w Po­in­te-No­ire opo­wia­da­li mi o swym ży­ciu, a zwłasz­cza dla Pa­prycz­ki, któ­ry po­sta­no­wił zo­stać po­sta­cią fik­cyj­ną, bo miał już dość by­cia po­sta­cią w re­al­nym świe­cie…

A.M.

Lo­an­go

Wszyst­ko za­czę­ło się w cza­sach, gdy jako na­sto­la­tek za­sta­na­wia­łem się nad imie­niem, ja­kie nadał mi Tata Mu­pe­lo, ksiądz z sie­ro­ciń­ca w Lo­an­go: To­ku­mi­sa Nzam­be po Mose yamoy­in­do abo­ta­mi na­mbo­ka ya Ba­ko­ko. W ję­zy­ku lin­ga­la zna­czy to „Chwal­my Pana, czar­ny Moj­żesz uro­dził się na zie­mi przod­ków” i to imię do dziś fi­gu­ru­je w moim ak­cie uro­dze­nia…

Tata Mu­pe­lo był wy­jąt­ko­wą po­sta­cią, a w cza­sie mo­je­go po­by­tu w sie­ro­ciń­cu z pew­no­ścią jed­nym z tych, któ­rzy na­zna­czy­li mnie w szcze­gól­ny spo­sób. Ma­lut­ki, no­sił sa­la­man­dry na gru­bych po­de­szwach – mó­wi­li­śmy na nie „pię­tro­we buty” – i ob­szer­ne bia­łe tu­ni­ki, któ­re ku­po­wał u za­chod­nio­afry­kań­skich han­dla­rzy na wiel­kim tar­gu w Po­in­te-No­ire. Wy­glą­dał jak strach na wró­ble na polu ku­ku­ry­dzy, zwłasz­cza kie­dy prze­mie­rzał głów­ny dzie­dzi­niec, a po­dmu­chy wia­tru tar­ga­ły skrzy­po­list­ny­mi rzew­nia­mi ota­cza­ją­cy­mi te­ren sie­ro­ciń­ca.

W każ­dy week­end nie­cier­pli­wie cze­ka­li­śmy na jego przy­by­cie i kla­ska­li­śmy w dło­nie, wi­dząc sta­re re­nault 4, któ­re­go sil­nik, jak szep­ta­li­śmy mię­dzy sobą, cier­piał na chro­nicz­ne su­cho­ty. Ksiądz z wiel­kim tru­dem sta­rał się za­par­ko­wać auto na dzie­dziń­cu, po pięć, sześć razy po­wta­rzał ten sam ma­newr, gdy pierw­szy z brze­gu kie­row­ca zro­bił­by to z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Nie to­czył tej gro­te­sko­wej ba­ta­lii dla za­ba­wy: jak nam wy­ja­śniał, za­le­ża­ło mu na tym, by „gło­wa sa­mo­cho­du spo­glą­da­ła już w stro­nę wyj­ścia” i by nie mu­siał się kło­po­tać dwie go­dzi­ny póź­niej, kie­dy bę­dzie wra­cał do Dios­so, miej­sco­wo­ści, gdzie miesz­kał, o dzie­sięć ki­lo­me­trów od Lo­an­go…

Gdy zna­leź­li­śmy się już w sali od­da­nej do jego dys­po­zy­cji przez za­rząd sie­ro­ciń­ca, na­prze­ciw­ko bu­dyn­ków, gdzie mie­ści­ły się na­sze kla­sy, ota­cza­li­śmy go krę­giem, a on roz­da­wał nam kar­tecz­ki ze sło­wa­mi pio­sen­ki, któ­rej mie­li­śmy się na­uczyć na pa­mięć. W sali od razu po­wsta­wał har­mi­der, bo więk­szość z nas nie mo­gła się oswo­ić z prze­dziw­ny­mi sło­wa­mi z ję­zy­ka lin­ga­la za­czerp­nię­ty­mi z ksią­żek eu­ro­pej­skich mi­sjo­na­rzy, któ­rzy opi­sy­wa­li na­sze wie­rze­nia, le­gen­dy, ba­śnie i pie­śni ist­nie­ją­ce od nie­pa­mięt­nych cza­sów.

Do­kła­da­li­śmy sta­rań i już po nie­speł­na kwa­dran­sie by­li­śmy go­to­wi za­śpie­wać, mo­du­lu­jąc gło­sy, jak ży­czył so­bie Tata Mu­pe­lo, któ­ry su­ge­ro­wał dziew­czę­tom, by wy­da­wa­ły ra­do­sne okrzy­ki, a chłop­com, by im od­po­wia­da­li moż­li­wie naj­niż­szym gło­sem, pod­czas gdy on sam, z za­mknię­ty­mi ocza­mi, uśmie­chem na ustach, po­dry­gi­wał, sta­wał w roz­kro­ku, by po chwi­li skrzy­żo­wać nogi i za­raz znów je roz­sta­wić. Ro­bił to tak szyb­ko, że w na­szym mnie­ma­niu był naj­szyb­szym czło­wie­kiem na zie­mi.

Już po kil­ku mi­nu­tach za­czy­nał się po­cić, ocie­rał twarz wierz­chem dło­ni i nie mo­gąc zła­pać tchu, z otwar­ty­mi usta­mi, da­wał nam znak:

– Te­raz wa­sza ko­lej!

Wi­dząc, że się wa­ha­my, ksiądz sta­rał się nas za­chę­cić, do­da­jąc do ge­stów sło­wa:

– Śmia­ło, śmia­ło! Nie wstydź­cie się dzie­ci! Chcę, że­by­ście wszyst­kie wy­ko­ny­wa­ły te ru­chy! Ma­chaj­cie rę­ka­mi z góry na dół! Wła­śnie tak! Bar­dzo do­brze! A te­raz wy­obraź­cie so­bie, że wa­sze ręce to skrzy­dła i za chwi­lę ule­ci­cie w prze­stwo­rza! Otóż to!!! Ki­waj­cie rów­no gło­wa­mi jak pod­ocho­co­ne ge­ko­ny! Wspa­nia­le, dzie­ci! Oto praw­dzi­wy ta­niec lu­dzi z pół­no­cy kra­ju!

Po­rwa­ni eu­fo­rią, bo wy­da­wa­ło nam się, że ten słu­ga Boży wca­le nie przy­jeż­dża tu, żeby nas ewan­ge­li­zo­wać, tyl­ko po to, by­śmy mo­gli za­po­mnieć o ka­rach, ja­kie nam wy­mie­rzo­no w in­nych dniach ty­go­dnia, za­czy­na­li­śmy do­ka­zy­wać, cza­sa­mi za bar­dzo, by po chwi­li zro­zu­mieć, że nie wszyst­ko nam wol­no, że nie je­ste­śmy na słyn­nym dwo­rze kró­la Ma­ko­ko, gdzie lud Teke bez ustan­ku uczto­wał, pod­czas gdy wład­ca chra­pał w dzień i w nocy, ko­ły­sa­ny śpie­wem swo­ich za­usz­ni­ków.

Tata Mu­pe­lo przy­glą­dał nam się ką­tem oka i in­ter­we­nio­wał, gdy tyl­ko ktoś ośmie­lił się prze­kro­czyć czer­wo­ną li­nię. Na przy­kład nie było mowy o tym, by­śmy mo­gli zbli­żyć się do dziew­cząt z na­dzie­ją, że obej­mie­my je w ta­lii i przy­kle­imy się do nich jak pi­jaw­ki. Był też nie­prze­jed­na­ny wo­bec ta­kich wy­stęp­nych pen­sjo­na­riu­szy, jak Bum­ba Mu­ta­ka, Ngu­eke­na So­ni­ve i Diam­bu Di­bu­iri, któ­rzy za po­mo­cą ka­wał­ków lu­ster­ka pod­glą­da­li ko­lor bie­li­zny dziew­cząt, by póź­niej je wy­śmie­wać.

Tata Mu­pe­lo szyb­ko przy­wo­ły­wał ich do przod­ku:

– Uwa­ga dzie­ci! Nie ży­czę so­bie tu­taj tego ro­dza­ju rze­czy. Głu­pie żar­ty czę­sto pro­wa­dzą do grze­chu!

Na po­nad dwie go­dzi­ny za­po­mi­na­li­śmy, kim je­ste­śmy i gdzie się znaj­du­je­my. Nasz grom­ki śmiech niósł się za mury sie­ro­ciń­ca, gdy Tata Mu­pe­lo, wpa­da­jąc w trans, za­czy­nał na­śla­do­wać ża­bie susy, by nam za­de­mon­stro­wać słyn­ny ta­niec Pig­me­jów z Za­iru, jego ro­dzin­ne­go kra­ju! Ta­niec wy­ma­ga­ją­cy umie­jęt­no­ści tech­nicz­nych, cał­kiem inny niż tań­ce z na­szej pół­no­cy, gdyż na­le­ża­ło w nim wy­ka­zać ko­cią zwin­ność, szyb­kość wie­wiór­ki ści­ga­nej przez węża boa, a przede wszyst­kim wy­wi­jać bio­dra­mi na boki, co koń­czy­ło się przy­kuc­nię­ciem, po czym ksiądz wy­ska­ki­wał do góry jak kan­gur, by wy­lą­do­wać metr da­lej. Pod­no­sił się, nie prze­sta­jąc krę­cić lę­dź­wia­mi, uno­sił ra­mio­na wy­so­ko w górę, wy­da­wał gar­dło­wy okrzyk i w koń­cu nie­ru­cho­miał, pa­trząc na nas wy­trzesz­czo­ny­mi, czer­wo­ny­mi ocza­mi. I w tym mo­men­cie mu­sie­li­śmy zgo­to­wać mu burz­li­wą owa­cję, ksiądz przy­bie­rał nie­co mniej ko­micz­ną po­sta­wę, a my zaj­mo­wa­li­śmy po­wo­li miej­sca na bam­bu­so­wych krze­słach, któ­re trzesz­cza­ły przy byle po­ru­sze­niu. By­li­śmy w siód­mym nie­bie, urze­cze­ni tą at­mos­fe­rą, któ­rą wspo­mi­na­li­śmy na­za­jutrz w sto­łów­ce, w bi­blio­te­ce, na bo­isku, w cza­sie przerw, a zwłasz­cza w sy­pial­ni, gdzie na­śla­do­wa­li­śmy jego ta­necz­ne kro­ki, do­pó­ki sze­ściu straż­ni­ków ko­ry­ta­rza, za­zdro­snych o wpływ tego bo­że­go czło­wie­ka na pen­sjo­na­riu­szy, nie wy­cią­gnę­ło ba­tów, za­pę­dza­jąc nas z po­wro­tem do łó­żek. Na­zy­wa­li­śmy ich „straż­ni­ka­mi ko­ry­ta­rza”, bo mysz­ko­wa­li po pa­wi­lo­nie, śle­dzi­li nas i cho­dzi­li na skar­gę na pierw­sze pię­tro, do dy­rek­to­ra Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko. Do naj­su­row­szych z nich na­le­że­li Mpas­si, Mu­te­te i Mvum­bi, ku­zy­ni dy­rek­to­ra ze stro­ny mat­ki, któ­rzy z tej ra­cji za­cho­wy­wa­li się jak jego za­stęp­cy, tak iż Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko mu­siał im cza­sem mó­wić, by się miar­ko­wa­li. Trzej inni, Mfum­bu Ngul­mu­ma­ko, Bis­su­lu Ngul­mu­ma­ko i Don­go-Don­go Ngul­mu­ma­ko, ku­zy­ni ze stro­ny ojca, dum­ni ze swe­go na­zwi­ska, na wszyst­kich pa­trzy­li z góry, choć za­wdzię­cza­li po­sa­dy ła­sce dy­rek­to­ra i nie ma­jąc żad­ne­go do­świad­cze­nia w wy­cho­wy­wa­niu dzie­ci, trak­to­wa­li je jak by­dło.

Gdy tyl­ko po­stra­szy­li nas i so­bie po­szli, ktoś rzu­cał za­baw­ne słów­ko w lin­ga­la Taty Mu­pe­lo i wy­cho­dzi­li­śmy z łó­żek, by w nie­wiel­kim krę­gu po­wtó­rzyć układ cho­re­ogra­ficz­ny, to­wa­rzy­szą­cy nam na­wet we śnie. Nikt się nie dzi­wił, sły­sząc w środ­ku nocy, jak któ­ryś z po­grą­żo­nych w nie­spo­koj­nym śnie pen­sjo­na­riu­szy nuci te prze­brzmia­łe pio­sen­ki w sta­ro­świec­kim ję­zy­ku peł­ne­go do­bro­ci czło­wie­ka, któ­ry za bez­cen sprze­da­wał nam Na­dzie­ję, był bo­wiem prze­ko­na­ny, że jego mi­sją jest ra­to­wa­nie dusz, wszyst­kich dusz w tym za­kła­dzie…

*

Tata Mu­pe­lo ni­g­dy się nie przy­znał, że to on ob­da­rzył mnie naj­bar­dziej ta­siem­co­wa­tym imie­niem w sie­ro­ciń­cu w Lo­an­go, pew­nie też w ca­łym mie­ście, a może i kra­ju. Czy zro­bił to dla­te­go, że taki był zwy­czaj w jego ro­dzin­nym Za­irze, gdzie imio­na rów­nież cią­gną się w nie­skoń­czo­ność i trud­no je wy­mó­wić, jak choć­by imię ich pre­zy­den­ta Mo­bu­tu Sese Seko Kuku Ngben­du Wa Za Ban­ga, któ­re zna­czy „wo­jow­nik idą­cy od zwy­cię­stwa do zwy­cię­stwa, któ­re­go nikt nie jest w sta­nie po­wstrzy­mać”?

Gdy się skar­ży­łem, że ktoś nie wy­po­wie­dział mo­je­go imie­nia po­praw­nie czy w ca­ło­ści, Tata Mu­pe­lo mó­wił, bym się nie uno­sił i mo­dlił przed snem, dzię­ku­jąc Wszech­mo­gą­ce­mu, bo, jak po­wta­rzał, los isto­ty ludz­kiej kry­je się w jej imie­niu. By mnie prze­ko­nać, wska­zy­wał swój wła­sny przy­kład: „Mu­pe­lo” zna­czy w ję­zy­ku ki­kon­go „ksiądz” i wca­le nie było przy­pad­kiem, że zo­stał po­słań­cem Boga, tak samo jak jego oj­ciec. Cie­szy­ło go, że ci po­twar­cy mó­wią na mnie „Moj­żesz” lub „Mo­sze”. Moj­żesz – tłu­ma­czył, by mi schle­bić – nie był zwy­kłym pro­ro­kiem i wszy­scy inni pro­ro­cy Sta­re­go Te­sta­men­tu, na­wet ci z dłuż­szy­mi i cał­kiem si­wy­mi bro­da­mi, nie do­ra­sta­li mu na­wet do pięt: Bóg wy­brał wła­śnie jego i ka­zał mu wy­pro­wa­dzić z Egip­tu dzie­ci Izra­ela, by za­pro­wa­dzić je do Zie­mi Obie­ca­nej. Gdy Moj­żesz miał czter­dzie­ści lat, po­ru­szo­ny nę­dzą swe­go ludu za­bił egip­skie­go nad­zor­cę, któ­ry się pa­stwił nad jed­nym z He­braj­czy­ków. Na­stęp­nie mu­siał ucie­kać na pu­sty­nię, gdzie zo­stał pa­ste­rzem i po­ślu­bił cór­kę ka­pła­na, któ­ry udzie­lił mu u sie­bie go­ści­ny. Kie­dy miał osiem­dzie­siąt lat i pasł owce te­ścia, Bóg za­wo­łał do nie­go z ogni­ste­go krze­wu, by po­wie­rzyć mu mi­sję uwol­nie­nia he­braj­skie­go ludu z nie­wo­li na egip­skiej zie­mi. Któ­ry z chłop­ców kpią­cych z two­je­go imie­nia nosi imię o tak głę­bo­kim zna­cze­niu, py­tał mnie ksiądz.

Jesz­cze dziś, gdy pi­szę te sło­wa, uwię­zio­ny w mu­rach nie­gdyś tak mi bli­skich, te­raz tak od­mie­nio­nych, nie­mal sły­szę Tatę Mu­pe­lo, jak pod­czas na­szej roz­mo­wy w czte­ry oczy re­cy­tu­je mi frag­ment z Bi­blii, w któ­rym Bóg ob­ja­wił się Moj­że­szo­wi:

– Wte­dy uka­zał mu się Anioł Pań­ski w pło­mie­niu ognia, ze środ­ka krze­wu. Moj­żesz wi­dział, jak krzew pło­nął ogniem, a nie spło­nął od nie­go…1

Wi­dzę, jak ob­ser­wu­je nie­bo, po­tem przez kil­ka se­kund pa­trzy na mnie i mówi na­masz­czo­nym to­nem:

– Tak, mój mały Moj­że­szu, Anioł Pań­ski i to­bie się uka­że. Nie ocze­kuj, że wy­strze­li pło­mie­niem z krze­wu, to już było, a Bóg nie lubi się po­wta­rzać. Wy­ło­ni się z twe­go cia­ła, może go nie roz­po­znasz, bo bę­dzie miał tak od­py­cha­ją­cy wy­gląd, że po­czu­jesz od­ra­zę. A jed­nak bę­dzie przy to­bie, żeby cię oca­lić…

Mó­wił mi to nie raz i nie od­stę­po­wa­łem Taty Mu­pe­lo na krok, tak że mu­sia­łem wy­słu­chi­wać cierp­kich uwag nie­któ­rych pen­sjo­na­riu­szy, któ­rzy na­zy­wa­li mnie li­zu­sem czy chłop­cem na po­sył­ki. A prze­cież go bła­ga­łem, by po­sa­dził mnie w głę­bi sali, w ostat­nim rzę­dzie, pa­mię­ta­jąc, że na jed­nym z po­przed­nich spo­tkań ocza­ro­wał nas przy­po­wie­ścią o pra­cow­ni­kach win­ni­cy, któ­rzy tru­dzi­li się tyl­ko go­dzi­nę i otrzy­ma­li za­pła­tę wcze­śniej niż ko­le­dzy pra­cu­ją­cy w win­ni­cy przez cały dzień w upa­le, od dzie­wią­tej rano albo od po­łu­dnia.

– Po­dob­nie jak w ich przy­pad­ku – pod­su­mo­wał – w kró­le­stwie nie­bie­skim ostat­ni będą pierw­szy­mi, a pierw­si ostat­ni­mi. Ale nie mu­sisz się ni­cze­go oba­wiać: Bóg nie za­po­mi­na o dzie­ciach, na­wet je­że­li nie sie­dzą w ostat­niej ław­ce.

Nie, nie oba­wia­łem się: by­łem nie­spo­koj­ny, od­kąd za­czą­łem cze­kać na po­moc Boga, zwłasz­cza kie­dy dy­rek­tor pod­no­sił na nas rękę, a Wszech­mo­gą­cy nie da­wał żad­ne­go zna­ku, by pod­nieść nas na du­chu. Dy­rek­tor był dla mnie ucie­le­śnie­niem złe­go fa­ra­ona z Bi­blii, któ­ry gnę­bi he­braj­ski lud, i za­da­wa­łem so­bie py­ta­nie, dla­cze­go Bóg tak dłu­go zwle­ka i nie do­ty­ka sie­ro­ciń­ca strasz­li­wy­mi pla­ga­mi, któ­re skło­ni­ły egip­skie­go mo­nar­chę do uzna­nia Jego wyż­szo­ści i po­tę­gi. Czyż­by Bóg się roz­my­ślił i wy­brał so­bie in­ne­go Moj­że­sza, o jesz­cze ciem­niej­szej skó­rze, ład­niej­sze­go, wyż­sze­go, in­te­li­gent­niej­sze­go, któ­ry ma wię­cej swo­bo­dy i żyje w kra­ju, gdzie lu­dzie się mo­dlą, tań­czą i śpie­wa­ją znacz­nie czę­ściej niż w na­szym?

Drę­czy­ła mnie ta kwe­stia, choć mo­gło się to wy­da­wać śmiesz­ne i nie­po­waż­ne, to­też za­czą­łem zgłę­biać Pi­smo Świę­te, z na­dzie­ją, że znaj­dę tam ja­kieś nie­ści­sło­ści, co po­zwo­li mi to­czyć dys­ku­sje z na­szym księ­dzem, mimo ca­łej mi­ło­ści, jaką go da­rzy­łem. Spra­wi­ło­by mu przy­jem­ność, gdy­by się prze­ko­nał, że się­gam do tej księ­gi, żeby zro­zu­mieć świat, na­wet je­śli te po­szu­ki­wa­nia do­ty­czy­ły w isto­cie mo­jej toż­sa­mo­ści i zna­cze­nia mo­je­go imie­nia. Prze­cież nie mo­głem zro­bić przy­kro­ści Ta­cie Mu­pe­lo, czy­ta­jąc księ­gę, któ­rą miał w ma­łym pa­lusz­ku. Poza tym da­rzy­łem go wiel­kim sza­cun­kiem: był dla nas mo­ral­nym au­to­ry­te­tem, du­cho­wym oj­cem dzie­ci, któ­re jak ja nie zna­ły swych bio­lo­gicz­nych oj­ców i dla któ­rych je­dy­nym przy­kła­dem oj­cow­skie­go au­to­ry­te­tu był, w naj­lep­szym przy­pad­ku, ten ksiądz, a w naj­gor­szym dy­rek­tor sie­ro­ciń­ca. Tata Mu­pe­lo był dla nas sym­bo­lem to­le­ran­cji, zdol­no­ści prze­ba­cza­nia i da­ro­wa­nia win, pod­czas gdy Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko był wcie­le­niem hi­po­kry­zji i wzgar­dy. Uczu­cie, ja­kim da­rzy­li­śmy na­sze­go księ­dza, pły­nę­ło z głę­bi ser­ca, a je­dy­ną na­gro­dą, na jaką li­czy­li­śmy z jego stro­ny, było cie­płe spoj­rze­nie, do­da­ją­ce od­wa­gi, gdy wiecz­nie na­bur­mu­szo­na mina dy­rek­to­ra przy­po­mnia­ła nam o na­szym lo­sie, lo­sie dzie­ci, któ­re nie mia­ły tego szczę­ścia, by kro­czyć dro­gą nor­mal­nej eg­zy­sten­cji. Ludz­kie spoj­rze­nia nie kła­ma­ły: miesz­kań­com Po­in­te-No­ire „bi­dul” ko­ja­rzył się z wię­zie­niem, a do wię­zie­nia tra­fia się za po­peł­nie­nie po­waż­nych prze­stępstw czy zbrod­ni…

Z wszyst­kich py­tań, ja­kie sta­wia­łem so­bie w tym okre­sie roz­te­rek, któ­ry za­po­cząt­ko­wał kry­zys wie­ku doj­rze­wa­nia, jed­no po­wra­ca­ło do mnie w dzień i w nocy i my­śląc o tym, nie mo­głem prze­łknąć śli­ny, jak­bym miał ość w gar­dle: czy na ca­łym świe­cie tyl­ko ja je­stem To­ku­mi­sa Nzam­be po Mose yamoy­in­do abo­ta­mi na­mbo­ka ya Ba­ko­ko? Bio­rąc pod uwa­gę dłu­gość tego imie­nia, mo­głem od­po­wie­dzieć twier­dzą­co i cie­szyć się, że je­stem wy­jąt­ko­wym dziec­kiem. Jed­nak Tata Mu­pe­lo od­wie­dzał tak­że inne sie­ro­ciń­ce w Po­in­te-No­ire, w Tchi­bam­bie czy w Ngoyo. W na­tu­ral­ny spo­sób ro­dzi­ło to we mnie nie­pew­ność co do ory­gi­nal­no­ści mo­je­go imie­nia. Czu­łem ukłu­cie za­zdro­ści na samą myśl, że może je­stem tyl­ko jed­nym z se­tek czy ty­się­cy Moj­że­szów i że Tata Mu­pe­lo ko­cha ich bar­dziej niż mnie.

Je­dy­nie on mógł roz­wiać te wąt­pli­wo­ści. A po­nie­waż był do­pie­ro śro­dek ty­go­dnia, z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łem na so­bo­tę, by za­py­tać go o to wprost. Nie po­dej­rze­wa­łem jed­nak, że pe­wien nie­ocze­ki­wa­ny fakt od­mie­ni bieg na­szej eg­zy­sten­cji w tym za­gu­bio­nym za­kąt­ku de­par­ta­men­tu Ko­uilou. Mo­głem spo­dzie­wać się wszyst­kie­go, tyl­ko nie ta­kie­go roz­wo­ju wy­pad­ków.

Dziw­ne – i wła­śnie to bu­dzi­ło we mnie trwo­gę – ale Tata Mu­pe­lo też tego nie prze­wi­dział, po­mi­mo swo­ich bli­skich kon­tak­tów z nie­bem.

Bo­na­wen­tu­ra Ko­ko­lo, któ­ry miał wów­czas trzy­na­ście lat, tak samo jak ja, był nie­zwy­kle wzbu­rzo­ny:

– To po­waż­na spra­wa! Bar­dzo po­waż­na, Moj­że­szu!

Zi­ry­to­wa­ny, że sły­szę to imię, ode­pchną­łem go łok­ciem i od­da­li­łem się o kil­ka kro­ków. Ale nie wzią­łem pod uwa­gę że jest na­tręt­ny jak pi­jaw­ka z mo­kra­deł:

– Gdzie idziesz, Moj­że­szu? Mó­wię ci, że to po­waż­na spra­wa!

– Za­wsze tak mó­wisz, znam cię nie od dziś!

– Po­patrz na miny wy­cho­waw­ców! Coś przed nami ukry­wa­ją! Już te­raz mo­że­my za­cząć pła­kać, bo mó­wię ci, że Tata Mu­pe­lo nie żyje!

W chwi­li gdy usły­sza­łem jego szloch, po­ma­cha­łem mu pię­ścią przed no­sem:

– Je­śli za­czniesz się ma­zać, dam ci w gębę i obu­dzisz się w am­bu­la­to­rium!

– Ależ on nie żyje! Nie bę­dzie już lek­cji re­li­gii!

– Dla­cze­go miał­by umrzeć, hę?

– Miał wy­pa­dek! Zo­ba­czysz, po­wie­dzą, że po­szedł do nie­ba i że zna­leź­li nam in­ne­go Tatę Mu­pe­lo!

Bo­na­wen­tu­ra był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Pod­czas gdy ja jako in­tro­wer­tyk nie wy­ja­wia­łem ra­czej od razu swych uczuć, on był tak ga­da­tli­wy, że za­słu­żył na przy­do­mek Zja­da­cza Ba­weł­ny – tak na­zy­wa­li­śmy pta­ki, któ­re zno­si­ły do sie­ro­ciń­ca ba­weł­nia­ne kul­ki i bu­do­wa­ły z nich gniaz­da w więź­bie da­cho­wej nad na­szą sy­pial­nią.

Kie­dy otwie­rał usta, pen­sjo­na­riu­sze wrzesz­cze­li chó­rem:

– Za­mknij się i zja­daj ba­weł­nę!

Sta­nął tuż obok mnie:

– Wi­dzisz, tyl­ko ty słu­chasz, gdy coś mó­wię, inni są gor­si od dy­rek­to­ra! A czy ja kie­dy­kol­wiek skła­ma­łem, hę? To, co mó­wię, za­wsze się spraw­dza!

A po­nie­waż nie re­ago­wa­łem, spoj­rzał mi pro­sto w oczy:

– Kie­dy ostat­nim ra­zem przy­śni­ło mi się, że jemy mię­so, czy dwa dni póź­niej nie było mię­sne­go da­nia w sto­łów­ce, hę?

– Tak, dwa dni póź­niej fak­tycz­nie było mię­so…

– A gdy mi się przy­śni­ło, że dy­rek­tor za­cho­ro­wał, czy dwa dni póź­niej nie miał pod­puch­nię­te­go oka, hę?

– Tak, zro­bił so­bie krzyw­dę, ude­rza­jąc gło­wą w drzwi do ga­bi­ne­tu…

– Więc dla­cze­go wszy­scy na­zy­wa­ją mnie Zja­da­czem Ba­weł­ny, sko­ro ni­ko­mu się nie śni, że bę­dzie­my je­dli mię­so albo że dy­rek­tor bę­dzie cho­dził z pod­bi­tą śli­wą, hę?

– Chcia­łeś po­wie­dzieć „ze śli­wą pod okiem”?

– Nie, po­wie­dzia­łem to, co chcia­łem po­wie­dzieć! Wi­dzia­łeś kie­dyś śli­wę pod okiem?

– Bo­na­wen­tu­ra, za dużo ga­dasz! Je­że­li nie prze­sta­niesz, ja też ci po­wiem, że­byś zja­dał ba­weł­nę!…

*

A za­tem tej so­bo­ty sta­li­śmy jak zwy­kle na głów­nym dzie­dziń­cu, cali ubra­ni na bia­ło, dziew­czę­ta z jed­nej, chłop­cy z dru­giej stro­ny, wy­pa­tru­jąc auta Taty Mu­pe­lo. Tym ra­zem mia­łem jesz­cze wię­cej po­wo­dów, żeby na nie­go cze­kać, kie­dy inni pen­sjo­na­riu­sze my­śle­li tyl­ko o za­ba­wie pod­czas ka­te­che­zy.

Za­le­ża­ło mi zwłasz­cza na tym, by ksiądz od razu nie wy­czuł mo­ich in­ten­cji. To­też sta­ra­łem się spo­koj­nie od­dy­chać i po­wta­rza­łem w my­ślach, co mu po­wiem, kie­dy weź­mie mnie na bok, by przy­po­mnieć, że­bym się mo­dlił i dzię­ko­wał Panu. Nie mo­głem spoj­rzeć mu w oczy, nim doj­dzie do tej roz­mo­wy, bo wi­dząc jego jo­wial­ną minę, peł­ną oj­cow­skiej tro­ski, odło­żył­bym na ko­lej­ny ty­dzień za­sad­ni­cze py­ta­nie, któ­re chcia­łem za­dać mu po raz pierw­szy.

Kie­dy my­śla­łem, jak mam się za­cho­wać w jego obec­no­ści, nie­któ­rzy chłop­cy dla za­bi­cia cza­su za­czę­li już na­śla­do­wać dy­cha­wicz­ny war­kot sil­ni­ka re­nów­ki, a inni uda­wa­li, że pró­bu­ją za­par­ko­wać auto, i po­wta­rza­li ten ma­newr pięć czy sześć razy, by w koń­cu stwier­dzić:

– Do­sko­na­le, gło­wa sa­mo­cho­du spo­glą­da już w stro­nę wyj­ścia!

Na­to­miast dziew­czę­ta ćwi­czy­ły kro­ki tań­ca Pig­me­jów z Za­iru, trak­tu­jąc se­rio za­ka­zy obo­wią­zu­ją­ce ich płeć, choć my, chłop­cy, wie­dzie­li­śmy, że wy­my­śli­li je w za­mierz­chłych cza­sach męż­czyź­ni, żeby ode­brać ko­bie­tom małe co­dzien­ne ra­do­ści. Na przy­kład nie wol­no im było jeść mię­sa węża boa, tak ce­nio­ne­go w kra­ju. Gdy­by je jed­nak spo­ży­ły, pier­si opa­dły­by im do ko­stek. Czy wła­śnie dla­te­go na­sze małe ko­le­żan­ki wy­obra­ża­ły so­bie, że gdy­by usia­dły za kie­row­ni­cą sa­mo­cho­du, ja­kim jeź­dzi Tata Mu­pe­lo, wy­ro­sły­by im ko­zie bród­ki, a na ło­nach siur­ki po­dob­ne do na­szych? W każ­dym ra­zie trzy­ma­ły się z dala od chłop­ców, uda­ją­cych, że pro­wa­dzą auto, i dys­kret­nie ma­ca­ły się po pier­si, jak­by sam fakt, że przez kil­ka se­kund pa­trzy­ły na chło­pa­ka, któ­ry się w bawi w kie­row­cę, mógł im przy­nieść nie­szczę­ście.

Dwaj do­zor­cy, Sta­ry Ku­ku­ba i mały Vim­ba, któ­rzy tak bar­dzo nie­po­ko­ili Bo­na­wen­tu­rę, nad czymś się na­ra­dza­li, wcze­śniej ra­czej się im to nie zda­rza­ło. Sta­ry Ku­ku­ba besz­tał młod­sze­go ko­le­gę:

– Prze­stań wska­zy­wać pal­cem ten pa­wi­lon, bo się wszyst­kie­go do­my­ślą i to mnie się obe­rwie od dy­rek­to­ra!

Na­gle za­pa­no­wa­ło wiel­kie po­ru­sze­nie. Do­zor­cy sta­nę­li na bacz­ność, jak­by byli żoł­nie­rza­mi. Bo­na­wen­tu­ra i ja jako ostat­ni spoj­rze­li­śmy w kie­run­ku głów­ne­go bu­dyn­ku, Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko wła­śnie wszedł na try­bu­nę, a za nim sze­ściu straż­ni­ków ko­ry­ta­rza, któ­rych su­ro­we ob­li­cza kon­tra­sto­wa­ły z nie­fra­so­bli­wą miną, jaką sta­rał się przy­brać dy­rek­tor.

Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko był sta­rym, ły­sym i oty­łym męż­czy­zną z ludu Bem­be, zna­ne­go z tego, że byle spór za­ła­twia za po­mo­cą noży, od naj­młod­szych lat żywi się ko­cim mię­sem i oce­nia za­moż­ność lu­dzi na pod­sta­wie licz­by świń za­rzy­na­nych z oka­zji no­we­go roku, ślu­bu czy ża­ło­by. Lecz któ­re­go ludu w tym kra­ju nie oskar­ża­no o dziw­ne ku­li­nar­ne upodo­ba­nia? La­rich z de­par­ta­men­tu Pool na­zy­wa­no zja­da­cza­mi gą­sie­nic; Vili z de­par­ta­men­tu Ko­uilou za­ja­da­li się po­noć mię­sem z re­ki­na i nie bez po­wo­du osie­dli na wy­brze­żu; Teke, obec­ni w wie­lu re­gio­nach, nie wy­obra­ża­li so­bie ży­cia bez zja­da­nia psów, a na pół­no­cy kra­ju wie­le lu­dów mia­ło się ży­wić mię­sem kro­ko­dy­la, twier­dząc za­ra­zem, że to świę­te zwie­rzę.

– To nie­nor­mal­ne, że tak się do nas uśmie­cha! – jęk­nął Bo­na­wen­tu­ra, któ­ry za mo­imi ple­ca­mi ro­bił wszyst­ko, żeby po­wstrzy­mać szloch.

Od­wró­ci­łem się:

– Je­śli nas wy­ba­to­żą, przy­się­gam, że po­tem spusz­czę ci man­to w sy­pial­ni!

– Spójrz tyl­ko na minę dy­rek­to­ra! Sta­ra się być miły, nie chce, by­śmy pła­ka­li, gdy nam ogło­si, że Tata Mu­pe­lo nie żyje! Ja wolę pła­kać już te­raz, nie po­tem! Chcę być pierw­szy, bo je­śli będę pła­kał ra­zem z resz­tą, skąd bę­dzie wia­do­mo, że ja też pła­ka­łem?

Do pew­ne­go stop­nia miał ra­cję: choć dy­rek­tor wszedł na try­bu­nę bez swej bu­dzą­cej gro­zę dys­cy­pli­ny, po­zo­sta­wia­jąc wy­cho­waw­com od­gry­wa­nie roli opraw­ców, jego na po­zór do­bry na­strój nie czy­nił go bar­dziej ludz­kim. Wy­star­czy­ło się przyj­rzeć, jak drży jego pra­wa dłoń, by zro­zu­mieć, że cze­goś mu bra­ku­je w roz­cza­pie­rzo­nych pal­cach, tną­cych po­wie­trze ni­czym szpo­ny orła. Na próż­no cho­wał ją do kie­sze­ni, uda­jąc, że dra­pie się po udzie, na­tych­miast bez­wied­nie ją wy­cią­gał i zwi­sa­ła, bez­rad­na i ża­ło­sna, tuż przy jego no­dze.

Wszyst­ko to wy­glą­da­ło na mar­ną in­sce­ni­za­cję i w chwi­li, gdy dy­rek­tor pusz­czał do do­zor­ców po­ro­zu­mie­waw­cze oczko, sta­wa­ło się to dla nas zu­peł­nie oczy­wi­ste.

Grup­ka zgry­wu­sów uda­ją­cych kie­row­ców prze­sta­ła bła­zno­wać, przy­bie­ra­jąc na­gle miny grzecz­nych dzie­ci, lecz ani na chwi­lę nie spusz­cza­jąc z oczu tej naj­groź­niej­szej oso­by w za­kła­dzie.

Wy­star­czy­ło za­le­d­wie dzie­sięć mi­nut, by dy­rek­tor znów stał się czło­wie­kiem, któ­re­go zna­li­śmy i nie­na­wi­dzi­li­śmy naj­bar­dziej na świe­cie: twarz za­trza­śnię­ta na głu­cho, za­ci­śnię­te szczę­ki i opa­da­ją­ce wąsy, po­grą­żo­ne w ża­ło­bie. Cze­go mie­li­by­śmy się bać, sko­ro wo­lał nie pa­stwić się nad nami w week­en­dy, by nie mu­sieć wy­słu­chi­wać ka­zań Taty Mu­pe­lo, któ­ry mu kie­dyś po­wie­dział, że je­śli bę­dzie mal­tre­to­wał dzie­ci, od­po­wie za to tam w gó­rze, bo krzyw­dzi ma­lucz­kich, po­dob­nych jak dwie kro­ple wody do Wszech­mo­gą­ce­go?

Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko za­mie­rzał nam coś ogło­sić i wy­glą­da­ło na to, że Bo­na­wen­tu­ra miał ra­cję. Nasz ksiądz po raz pierw­szy spóź­niał się o po­nad pół­to­rej go­dzi­ny, co sta­no­wi­ło nie­mal po­ło­wę cza­su, któ­ry nam po­świę­cał.

Po­mi­mo to nie tra­ci­łem wia­ry i nie za­ła­my­wa­łem rąk: Tata Mu­pe­lo na pew­no za­raz przy­je­dzie i bę­dzie się mę­czył, pró­bu­jąc za­par­ko­wać auto na dzie­dziń­cu wśród na­szych okla­sków. Wy­stro­jo­ny w nowe bo­ubou2, wy­ję­te z me­ta­lo­we­go ku­fra, na co nam zwra­cał uwa­gę, bo wła­śnie ta me­ta­lo­wa skrzy­nia chro­ni­ła jego ubra­nia przed ka­ra­lu­cha­mi i mo­la­mi.

– Dbam o moje ubra­nia! Trzy­mam je w skrzy­ni, na wierz­chu kła­dę kil­ka ku­lek naf­ta­li­ny, by mole ich nie zja­dły…

Bę­dzie go czuć naf­ta­li­ną, ten du­szą­cy za­pach za­wsze mie­szał się z wo­nią na­sze­go potu. Dzię­ki temu za­pa­cho­wi ni­g­dy nie uświad­czy­li­śmy mola w sali ka­te­che­tycz­nej.

Tak, Tata Mu­pe­lo przy­je­dzie lada chwi­la i, jak­by cała ta hi­sto­ria była tyl­ko złym snem Bo­na­wen­tu­ry, roz­da nam kar­tecz­ki z tek­sta­mi sta­rych pio­se­nek, a my oto­czy­my go ko­łem, bę­dzie­my kla­ska­li w dło­nie i śpie­wa­li do utra­ty tchu.

Moje złu­dze­nia roz­wia­ły się w chwi­li, gdy Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko ru­szył do­stoj­nym kro­kiem w stro­nę pa­wi­lo­nu Taty Mu­pe­lo, a w ślad za nim straż­ni­cy ko­ry­ta­rza. Sta­ry Ku­ku­ba, któ­ry zro­zu­miał, co miał na my­śli szef, pusz­cza­jąc do nie­go oczko, drep­tał u jego boku, trzy­ma­jąc mło­tek w dło­ni. Mały Vim­ba był już w środ­ku i sta­rał się wy­pchnąć na ze­wnątrz ja­kieś wiel­kie pu­dło. Bo­na­wen­tu­ra znów mnie zde­ner­wo­wał:

– Moj­że­szu, może w tym pu­dle leży trup Taty Mu­pe­lo!

– Ko­ko­lo, nie na­zy­waj mnie Moj­że­szem…

– A dla­cze­go ty mó­wisz na mnie Ko­ko­lo, prze­cież wiesz, że nie lu­bię tego imie­nia?

– Wi­dzisz tę pięść? Chcesz w nos?

Ba­li­śmy się zbli­żyć do tego wiel­kie­go pu­dła, cho­ciaż zże­ra­ła nas cie­ka­wość. Mały Vim­ba roz­ci­nał kar­ton in­tro­li­ga­tor­skim no­żem, prze­sad­nie od­su­wa­jąc w cza­sie mo­ment jego otwar­cia.

– Zbliż­cie się! Co tak sto­icie z boku? – na­ka­zał nam dy­rek­tor.

I wte­dy w otwar­tym kar­to­nie zo­ba­czy­li­śmy czer­wo­ne chu­s­ty, ale nasz wzrok przy­ku­ła zwłasz­cza ta­blicz­ka, na któ­rej wid­niał na­pis:

 

PLA­CÓW­KA NA­RO­DO­WE­GO RU­CHU

PIO­NIE­RÓW SO­CJA­LI­STYCZ­NEJ RE­WO­LU­CJI KON­GA

 

Prze­ra­żo­ny Bo­na­wen­tu­ra szep­nął:

– Umiesz­czą tę ta­blicz­kę na gro­bie Taty Mu­pe­lo!

Dy­rek­tor, ni­czym za­bie­ga­ny mistrz ce­re­mo­nii, rzu­cał roz­ka­zy wy­cho­waw­com, po czym wska­zał Ma­łe­mu Vim­bie miej­sce, gdzie na­le­ży przy­bić wy­wiesz­kę, by było ją wi­dać za­raz po wej­ściu na te­ren sie­ro­ciń­ca. Sta­ry Ku­ku­ba za­czął ude­rzać młot­kiem, bo dy­rek­to­ro­wi za­le­ża­ło na tym, by ten za­szczyt przy­padł „prze­ło­żo­ne­mu” jego per­so­ne­lu. Ten do­zor­ca – po ci­chu na­zy­wa­li­śmy go Au­stra­lo­pi­te­kiem – cho­dził zgar­bio­ny i przy­po­mi­nał sta­re­go ka­me­le­ona, któ­re­go oczy pa­trzą na pra­wo i lewo, na­wet gdy nie po­ru­sza gło­wą.

Jed­nak Sta­ry Ku­ku­ba nie był w sta­nie wbić gwoź­dzi, któ­re przy każ­dej pró­bie spa­da­ły na zie­mię obok jego stóp. Gdy za­ci­ska­jąc zęby, schy­lał się, by je pod­nieść, wi­dząc, jak cier­pi, do­my­śla­li­śmy się, że już od daw­na ma nie­do­bo­ry tkan­ki chrzęst­nej w sta­wach.

Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko krzy­czał na nie­go:

– Co ty wy­ra­biasz, hę?

Sta­rzec bła­gal­nym gło­sem pro­sił o wy­ba­cze­nie:

– Sze­fie, słoń­ce mnie razi. Za­miast jed­ne­go gwoź­dzia wi­dzę czte­ry czy pięć i sam już nie wiem, w któ­ry mam ude­rzyć, ale się nie pod­da­ję. Ach, te dzi­siej­sze gwoź­dzie, są cał­kiem do ni­cze­go, kie­dy zbi­ja­łem trum­ny, na­wet tru­py nie mia­ły po­wo­dów do na­rze­ka­nia, bo tam­te gwoź­dzie…

– Zno­wu mam wy­słu­chi­wać ba­jek z kost­ni­cy w Po­in­te-No­ire, gdzie kie­dyś pra­co­wa­łeś, co? Nie martw się, wkrót­ce tam wró­cisz, sko­ro tak do niej tę­sk­nisz!

Nie ro­zu­mie­li­śmy, co dy­rek­tor chce przez to po­wie­dzieć, ale Sta­ry Ku­ku­ba na­gle się wy­pro­sto­wał, za­czął wy­wra­cać ocza­mi, usi­łu­jąc się sku­pić, by wbić je­dy­ny gwóźdź, któ­ry zdo­łał pod­nieść. Naj­pierw na­wil­żył śli­ną miej­sce, gdzie za­mie­rzał go wbić, i za­mach­nął się, uno­sząc mło­tek wy­so­ko nad gło­wę. Nie­ste­ty, po­now­nie chy­bił celu…

Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko, do­pro­wa­dzo­ny do osta­tecz­no­ści, wy­rwał mu mło­tek z dło­ni, chwy­cił gwóźdź i wal­nął tak moc­no, że echo ude­rze­nia prze­ra­zi­ło trzy­stu trzech wy­cho­wan­ków, a na­wet ko­lo­nię zja­da­czy ba­weł­ny, sie­dzą­cych na ga­łę­ziach rzew­ni. Po dzie­się­ciu ude­rze­niach cof­nął się kil­ka kro­ków, z sa­tys­fak­cją spoj­rzał na ta­blicz­kę, przy­twier­dzo­ną do drzwi pa­wi­lo­nu Taty Mu­pe­lo. Przy­wo­łał straż­ni­ków ko­ry­ta­rza, któ­rzy oto­czy­li go krę­giem, i za­czął coś do nich szep­tać. Sze­ściu męż­czyzn po­spiesz­nie roz­da­ło nam czer­wo­ne chu­s­ty, po­ka­zu­jąc, w jaki spo­sób mamy za­wią­zać je na szy­jach. Każ­dy przy­glą­dał się swo­jej chu­ście, my­śląc, że przy­po­mi­na sztan­dar, któ­ry ci sami straż­ni­cy ko­ry­ta­rza przed mie­sią­cem wcią­gnę­li na maszt. Ło­po­tał te­raz po­środ­ku dzie­dziń­ca, a na nim em­ble­ma­ty, któ­re nas in­try­go­wa­ły: dwie zie­lo­ne pal­my po bo­kach, w środ­ku skrzy­żo­wa­na zło­ci­sta mo­ty­ka i młot, w gó­rze zło­ta pię­cio­ra­mien­na gwiaz­da.

– Moj­że­szu, czyż­by Tata Mu­pe­lo nie umarł?

– Ko­ko­lo, prze­stań!!!

Wró­ciw­szy na try­bu­nę w eskor­cie wy­cho­waw­ców, Dieu­don­né Ngul­mu­ma­ko przy­brał pozę wiel­kie­go mów­cy i wy­ja­śnił nam, że je­ste­śmy bu­dow­ni­czy­mi i obroń­ca­mi na­uko­wej re­wo­lu­cji so­cja­li­stycz­nej. Na jego ma­ry­nar­ce, „tuż nad miej­scem, gdzie biło jego ser­ce”, jak po­wia­da­li nie­któ­rzy, lśni­ła czer­wo­na od­zna­ka z trze­ma li­te­ra­mi: KPP. Trze­ba było po­dejść do nie­go bar­dzo bli­sko, żeby prze­czy­tać pod tymi li­te­ra­mi: Kon­gij­ska Par­tia Pra­cy…

W po­ło­wie swo­je­go prze­mó­wie­nia, któ­re okla­ski­wa­li­śmy, czu­jąc na so­bie groź­ne spoj­rze­nia straż­ni­ków ko­ry­ta­rza, dy­rek­tor, kła­dąc dłoń na od­zna­ce KPP, za­czął nam ob­ra­zo­wo wy­ja­śniać, co ozna­cza­ją em­ble­ma­ty na fla­dze, któ­re wid­nia­ły też na na­szych chu­s­tach. Czer­wień sym­bo­li­zo­wa­ła wal­kę o nie­pod­le­głość kra­ju w la­tach sześć­dzie­sią­tych; zie­leń buj­ną i ży­cio­daj­ną ro­ślin­ność na­szych wsi; żółć wszyst­kie na­sze na­tu­ral­ne bo­gac­twa, któ­re Eu­ro­pa eks­plo­ato­wa­ła i kra­dła do chwi­li na­sze­go wy­zwo­le­nia. Mo­ty­ka i młot mia­ły nas skła­niać do pra­cy, do za­ka­sa­nia rę­ka­wów, a zło­ta gwiaz­da przy­po­mi­na­ła o tym, by pa­trzeć w przy­szłość i nie spusz­czać z oczu wro­gów re­wo­lu­cji, tak­że tych, któ­rzy żyją w na­szym kra­ju, mają taki sam ko­lor skó­ry jak my i są „miej­sco­wy­mi pa­choł­ka­mi im­pe­ria­li­stów”. Jego zda­niem, wła­śnie oni są naj­groź­niej­szy­mi z na­szych nie­przy­ja­ciół, bo trud­no ich wy­tro­pić, kie­dy się wto­pią w tłum, roz­sa­dza­jąc kraj od środ­ka. Na­wet do na­sze­go sie­ro­ciń­ca wkra­dło się już kil­ku miej­sco­wych pa­choł­ków im­pe­ria­li­stów.

Dy­rek­tor przy­brał te­raz do­bro­dusz­ny ton i cza­sem głos ła­mał mu się ze wzru­sze­nia:

– Tak, dro­gie dzie­ci, przed nami otwie­ra się nowa epo­ka, na nie­bie za­lśni­ła tę­cza, któ­ra po­łą­czy­ła nas ze Związ­kiem So­cja­li­stycz­nych Re­pu­blik Ra­dziec­kich! Je­ste­śmy od­po­wie­dzial­ni za to, czym bę­dzie Kon­go ju­tro i po­ju­trze, sko­ro nie mo­że­my od­pła­cić tym, któ­rzy tak dłu­go dep­ta­li na­szą god­ność, dep­ta­li na­szych bo­gów, gwał­ci­li na­sze naj­pięk­niej­sze ko­bie­ty i nie­wo­li­li naj­do­rod­niej­sze, naj­żyw­sze, naj­zdrow­sze z na­szych dzie­ci. Ta nowa epo­ka na­le­ży do was, dzie­ci, nie po­zwól­cie, by im­pe­ria­li­ści i ich miej­sco­we pa­choł­ki od­wie­dli was od naj­waż­niej­sze­go celu. Wie­dzą, jak uśpić na­szą czuj­ność i wy­drzeć nam to, co po­sia­da­my. Nie za­wa­ham się przy­to­czyć słusz­nych słów Jomo Ke­ny­at­ty, wiel­kie­go bo­jow­ni­ka o wol­ność i pre­zy­den­ta Ke­nii, na­sze­go brat­nie­go kra­ju: Gdy bia­li przy­by­li do Afry­ki, mie­li­śmy zie­mię, a oni mie­li Bi­blię. Na­uczy­li nas mo­dlić się z za­mknię­ty­mi ocza­mi: kie­dy je otwo­rzy­li­śmy, to bia­li mie­li zie­mię, a my Bi­blię.