Wydawca: Bernardinum Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 220 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Papież Jan Święty - Marco Roncalli

Książka "Papież Jan. Święty" Marco Roncallego wprowadza Czytelnika w rzeczywistość Kościoła smaganego wydarzeniami, które wstrząsnęły całym ówczesnym światem. To zarazem historia „dobrego papieża Jana”, którego Bóg postawił w wielu miejscach i sytuacjach, gdzie należało bronić człowieka, wiary i Kościoła. Jego wyniesienie na ołtarze jest uznaniem tej drogi do świętości, którą podjął już jako kleryk i przez całe życie pieczołowicie realizował, a przy tym stawiał sobie coraz to wyższe wymagania. W swoim "Dzienniku duszy" zapisał takie wyznanie, skierowane do Matki Bożej: "Ty mnie rozumiesz. Uczyń mnie pokornym a będę święty. (…) Ode mnie, kleryka Angela Roncallego, Jezus oczekuje nie cnoty przeciętnej, ale najwyższej. Nie będzie zadowolony ze mnie, dopóki nie stanę się lub przynajmniej nie będę się starał być święty".

Opinie o ebooku Papież Jan Święty - Marco Roncalli

Fragment ebooka Papież Jan Święty - Marco Roncalli

Mar­co Ron­cal­li

Pa­pież Jan Święty

Tytuł ory­gi­nału: Papa Gio­van­ni. Il San­to

© EDI­ZIO­NI SAN PA­OLO s. r. l., 2014

Piaz­za Son­ci­no, 5 – 20092 Ci­ni­sel­lo Bal­sa­mo (Mi­la­no)

© Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o., Pel­plin 2014

Przekład: Wiesława Dzieża

Re­dak­cja: Do­ro­ta Franków

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Su­szyńska

Ni­hil ob­stat

ks. Ja­nusz Chyła

cen­zor ksiąg re­li­gij­nych

Pel­plin, dnia 31 mar­ca 2014 r.

Im­pri­ma­tur

† Ry­szard Ka­sy­na

Bi­skup Pel­pliński

Pel­plin, dnia 1 kwiet­nia 2014 r.

L.dz. 356/2014/K.Ord.

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. 58 536 17 57; fax 58 536 17 26

ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.pl

Skład, druk i opra­wa:

Dru­kar­nia Wy­daw­nic­twa „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o., Pel­plin

ISBN 978-83-7823-367-1

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Przed­mo­wa

Sot­to il Mon­te – Ca’Ma­iti­no, 1 stycz­nia 2014

Rok ogłosze­nia Jana XXIII świętym

Z nie­wy­po­wie­dzianą wdzięcznością po­zdra­wiam pa­pieży, których Jan XXIII spo­tkał w swo­im życiu: pa­pieża Piu­sa X, który 11 sierp­nia 1904 roku przyjął księdza An­ge­la Ron­cal­le­go w Wa­ty­ka­nie i po ce­le­bra­cji Mszy pry­mi­cyj­nej w Gro­tach Wa­ty­kańskich życzył mu, aby jego posługa „była przy­czyną po­cie­chy dla Kościoła po­wszech­ne­go”; pa­pieża Be­ne­dyk­ta XV, którego życze­niem w 1920 roku było, aby ksiądz Ron­cal­li pra­co­wał w Rzy­mie w Kon­gre­ga­cji Roz­krze­wia­nia Wia­ry; pa­pieża Piu­sa XI, który wysłał go jako swe­go przed­sta­wi­cie­la do Bułga­rii, Tur­cji i Gre­cji; pa­pieża Piu­sa XII, który go wy­zna­czył na nun­cju­sza we Fran­cji, a po­tem mia­no­wał kar­dy­nałem i uczy­nił pa­triarchą We­ne­cji. Po­zdra­wiam również pa­pieża Pawła VI, który do­pro­wa­dził do końca Dru­gi Sobór Wa­ty­kański, roz­poczęty przez Jana XXIII; pa­pieża Jana Pawła I, który w swo­im je­dy­nym orędziu pa­pieskim, ja­kie wygłosił, podjął jego myśl i mówił o wier­ności i od­no­wie; pa­pieża Jana Pawła II, który od­wie­dził jego ro­dzinną miej­sco­wość i do­ce­nił cno­ty i zasługi miej­sco­wych ro­dzin i ich tra­dy­cje, a w stu­le­cie jego uro­dzin wspa­niałą ho­mi­lią wy­prze­dził jego be­aty­fi­kację; pa­pieża Be­ne­dyk­ta XVI, który opie­wał jego ewan­ge­liczną pro­stotę i roz­trop­ność; pa­pieża Fran­cisz­ka, którego wier­ni na­zy­wają następcą pa­pieża do­bro­ci.

Po raz pierw­szy Jana XXIII na­zwa­no „pa­pieżem do­bro­ci” w rzym­skiej pa­ra­fii San Tar­ci­sio w Nie­dzielę Pal­mową 7 mar­ca 1963 roku. Kie­dy wi­zy­to­wał tam­tejszą wspólnotę pa­ra­fialną, trwała kam­pa­nia wy­bor­cza, jed­nak se­kre­ta­rze ry­wa­li­zujących ze sobą par­tii jed­no­myślnie po­sta­no­wi­li usunąć pro­pa­gan­do­we trans­pa­ren­ty i zastąpić je in­ny­mi: „Niech żyje do­bry pa­pież!”. Wy­da­rze­nie to było przykładem, że można się zjed­no­czyć przy wspólnym ojcu.

Ta­kie zawołanie nie za­my­kało pa­pieża w cia­snych ra­mach ja­kiej­kol­wiek do­bro­ci. Na swój sposób wyjaśniają to słowa am­ba­sa­do­ra Ka­na­dy w Paryżu Geo­r­ges’a Va­nie­ra, który w imie­niu kor­pu­su dy­plo­ma­tycz­ne­go dzie­sięć lat wcześniej żegnał no­we­go pa­triarchę We­ne­cji, opusz­czającego Paryż: „Czy­tałem, że Ber­ga­mo słynęło nie­gdyś z trzech rze­czy: wy­twa­rza­nia wina, pro­duk­cji je­dwa­biu i wy­do­by­cia żela­za. Wino z Ber­ga­mo, Emi­nen­cjo, to jak­by bo­gac­two wa­sze­go ser­ca i żywot­ność wa­sze­go du­cha. Je­dwab przy­po­mi­na waszą de­li­kat­ność i wy­czu­cie niu­ansów w służbie dy­plo­ma­tycz­nej. Po­chodząc z kra­ju je­dwa­biu, w żaden sposób nie je­steście, Emi­nen­cjo, po­dob­ni do tych su­ro­wych kar­dy­nałów z ob­razów Goi. Z za­har­to­waną siłą słody­czy przy­po­mi­nacie ra­czej po­sta­ci z ob­razów Raf­fa­el­la. Co do żela­za z Ber­ga­mo, przy­wo­dzi ono na myśl so­lid­ność za­sad, które in­spi­rują wa­sze życie, i stałość cha­rak­te­ru, który trzy­ma się praw­dy. (…) Je­steście, Emi­nen­cjo, w pełni sił i z pew­nością ma­cie przed sobą wie­le lat, w których będzie­cie mo­gli nadal szczęśli­wie pełnić posługę pa­ste­rza” (A.G. Ron­cal­li, „So­uve­nirs d’un Non­ce”, Roma 1963).

Przeróżne i zna­mien­ne epi­zo­dy oraz za­dzi­wiające wy­po­wie­dzi wy­bit­nych przed­sta­wi­cie­li kul­tu­ry i re­li­gii prze­ko­nują, że przejście Jana XXIII przez scenę świa­ta po­twier­dziło atrak­cyj­ność ewan­ge­licz­nej do­bro­ci, która od za­wsze ma „ho­no­ro­we miej­sce w Ka­za­niu na Górze: błogosławie­ni ubo­dzy w du­chu, cisi, wpro­wa­dzający pokój, miłosier­ni, spra­gnie­ni spra­wie­dli­wości, czy­ste­go ser­ca, cier­piący, prześla­do­wa­ni” („Dzien­nik du­szy”, 1950).

Ze względu na tę do­broć apo­stol­skie przed­sięwzięcia An­ge­la Giu­sep­pe Ron­cal­le­go, zarówno do­niosłe, jak i te bar­dziej skrom­ne i ukry­te, wy­warły wrażenie na opi­nii pu­blicz­nej i nadal wywołują po­dziw u lu­dzi.

Kto za­trzy­ma się przy jego do­cze­snych szczątkach w ba­zy­li­ce wa­ty­kańskiej lub przy pamiątkach po­zo­stałych po nim w jego ro­dzin­nej wsi Sot­to il Mon­te, ten za­pra­gnie Go po­znać – ta­jem­nicę jego przej­rzy­ste­go powołania i sze­ro­ko za­kro­joną posługę pa­sterską – i poj­mie głęboki sens życz­li­wości, jaką mają do tego syna ber­ga­meńskiej zie­mi lu­dzie z całego świa­ta, i wy­mowę sza­cun­ku, ja­kim go ota­czają.

Uważni ob­ser­wa­to­rzy dziejów i ba­da­cze myśli widzą w nim chrześci­ja­ni­na, który dał się pro­wa­dzić i prze­mie­niać Du­cho­wi Świętemu, by już więcej nie należeć do sie­bie, lecz by iden­ty­fi­ko­wać się z ubo­gi­mi i poniżany­mi, których Chry­stus wy­brał jako pierw­szych i posłał na cały świat z orędziem zba­wie­nia.

Ta­jem­nicą suk­ce­su Ron­cal­le­go jest tra­dy­cyj­na, a mimo to dy­na­micz­na, for­ma­cja i kul­tu­ra du­cho­wa, które po­zwo­liły mu od­na­leźć się w po­zor­nie pa­ra­dok­sal­nej sy­tu­acji: między su­ro­wym kon­ser­wa­ty­zmem a ludz­kim i ewan­ge­licz­nym otwar­ciem.

Młody uczeń se­mi­na­rium w Ber­ga­mo wy­cho­wy­wał swoją wrażliwość na dziełach sta­rożyt­nych ojców Kościoła. Gdy był za­le­d­wie czter­na­sto­let­nim kle­ry­kiem, roz­począł pi­sa­nie „Dzien­ni­ka du­szy”, które kon­ty­nu­ował do końca swo­ich ziem­skich dni i nig­dy nie zmie­nił tego zwy­cza­ju. Przez całe życie po­zo­stał młodym księdzem z cha­rak­te­ry­styczną i nig­dy nie­zakłóconą har­mo­nią myśli i działania, którą się od­bie­rało w każdym miej­scu i w każdym cza­sie jego posługi­wa­nia i rządze­nia.

Ron­cal­li był więc kapłanem według szla­chet­ne­go, sta­rożyt­ne­go wzor­ca, za­ko­rze­nio­nym w so­lid­nej gle­bie chrześcijańskie­go Ob­ja­wie­nia, które nada­wało ton i zapał jego służbie. Chciał być na­zna­czo­ny ogniem ze­spo­le­nia z Chry­stu­sem i nic go tak nie zaj­mo­wało, jak jed­no Imię, króle­stwo Boże i wola Boża.

Gdy mo­dlił się bre­wia­rzem, jego twarz jaśniała zażyłością i radością, wywołany­mi czy­ta­niem hymnów, psalmów, frag­mentów bi­blij­nych i pa­try­stycz­nych, tworzących po­emat Li­tur­gii go­dzin. Mszę świętą od­pra­wiał z nie­wy­mow­nym unie­sie­niem, jak ten, kto żyje nią całą swoją istotą. Był tym sa­mym człowie­kiem przy ołta­rzu i kie­dy od nie­go od­cho­dził. W pamiętnym przemówie­niu do kle­ru rzym­skie­go po­wie­dział: „Oso­ba kapłana jest święta (…). Do­bry cha­rak­ter, grun­tow­ne stu­dia, pa­no­wa­nie nad słowem i za­cho­wa­niem są jak płaszcz, który spo­wi­ja jego człowie­czeństwo. Jed­nak Boże soki po­trzeb­ne do życia świętymi ta­jem­ni­ca­mi i do działania apo­stol­skie­go będzie nie­ustan­nie czer­pał z ołta­rza. Jest to bo­wiem jego miej­sce, nade wszyst­ko jemu właściwe. Od ołta­rza prze­ma­wia do wier­nych i zwra­ca się do nich języ­kiem wy­pra­co­wy­wa­nym na roz­myśla­niu słowa Bożego, które wcześniej uczy­nił swo­im. Kapłan ma być w świątyni Pańskiej jak w domu, a święte słowa mszału, bre­wia­rza i obrzędów po­win­ny brzmieć ta­jem­niczą zażyłością jego du­szy z du­chem Chry­stu­sa” (25 stycz­nia 1960).

Tym, co przej­mu­je w tych pod­niosłych, a prze­cież jakże oczy­wi­stych stwier­dze­niach, znaj­dujących się też w in­nych po­dob­nych tek­stach, jest ab­so­lut­ne prze­ko­na­nie au­to­ra, że au­ten­tycz­ność i płodność jego kapłaństwa za­sad­ni­czo zależały od jego oso­bi­ste­go uświęce­nia, od jego życia w wewnętrznej ko­mu­nii z Bo­giem.

Co­dzien­nie rze­tel­nie robił ra­chu­nek su­mie­nia i co ty­dzień się spo­wia­dał, po­nie­waż miał jasną świa­do­mość swo­ich win oraz oso­bi­stych i wspólno­to­wych braków. Kon­se­kwent­nie głosił ko­niecz­ność nie­ustan­nej po­ku­ty dla nawróce­nia powołane­go grzesz­ni­ka. Pil­nie przy­go­to­wy­wał się do co­mie­sięczne­go sku­pie­nia i do­rocz­nych re­ko­lek­cji, aby za­po­biec wewnętrznej pu­st­ce i utra­cie sił. Był posłuszny Chry­stu­so­wi, który napełniał go radością na górze Ta­bor i posyłał, by głosił Ewan­ge­lię lu­dziom po­trze­bującym po­cie­sze­nia i miłości.

Przez dar po­ko­ju prze­ka­zy­wał po­cie­sze­nie, prze­ko­na­ny, że człowiek choć na chwilę prze­nie­sio­ny w szla­chet­ny i pełen na­dziei kli­mat wie­ku młodzieńcze­go, otwo­rzy się na „dar Boży” (J 4,10) i od­rzu­ci daw­ne grze­chy, nie­zgodę i lęk.

Był miłośni­kiem ar­chiwów i księgo­zbiorów. Ze stu­diów hi­sto­rycz­nych uczy­nił „najszczęśliwszą i naj­droższą roz­rywkę” całego swe­go życia. Jako znaw­ca kla­sycz­nej gre­ki i łaci­ny, ar­che­olo­gii, sztuk pięknych i mu­zy­ki, mógł kon­ku­ro­wać z uczo­ny­mi i eru­dy­ta­mi swe­go cza­su. Był roz­trop­nym i mądrym wy­cho­wawcą kle­ryków w ber­ga­meńskim se­mi­na­rium. Prze­ka­zy­wał im skar­by świętej na­uki, podręczni­kową wiedzę przy­bliżał z wy­czu­ciem dusz­pa­ster­skim i zwra­cał ich uwagę na najgłębsze ocze­ki­wa­nia ludu chrześcijańskie­go.

Był kapłanem obec­nym w kon­fe­sjo­na­le, mówcą do­cie­rającym do pro­stych umysłów, uczest­ni­kiem lu­do­wych uro­czy­stości i świąt sto­wa­rzy­szeń ka­to­lic­kich. Był księdzem młodzieży, stu­dentów i żołnie­rzy. Czy­tał co­dzienną prasę, bo in­te­re­so­wał się bieżącymi pro­ble­ma­mi. Bli­skie mu były tu­ry­sty­ka szkol­na i działalność mi­syj­na. Jego posługi­wa­nie bez rozgłosu po­zo­stało w umysłach wie­lu, jak złożone w zie­mię ziar­na, które w przyszłości wy­rosną z pożyt­kiem dla ro­dzin i całych społeczeństw.

Swo­je na­tchnie­nia czer­pał z dzie­siątego roz­działu Ewan­ge­lii świętego Jana: „Kapłan może po­czuć atrak­cyj­ność jed­no­dnio­wej sławy i chwi­lo­we­go świa­to­we­go suk­ce­su. Ale wszyst­ko tra­ci blask wo­bec celu święceń kapłańskich, który wska­zu­je Ewan­ge­lia, a Je­zus po­wta­rza z prze­ko­na­niem: for­muj­cie się na po­do­bieństwo do­bre­go pa­ste­rza, w każdej oko­licz­ności życia, w go­dzi­nach pełnych doświad­czeń i trud­ności, nie­zro­zu­mie­nia i opusz­cze­nia. Bądźcie jak Do­bry Pa­sterz. W tym jest isto­ta kapłaństwa. Kapłan wyraża swoją praw­dziwą wiel­kość w świętej i naj­bar­dziej wzniosłej funk­cji pa­ster­skiej” (10 sierp­nia 1962).

Był wier­ny kościel­nym zarządze­niom, in­ter­pre­to­wał je w świe­tle miłosier­dzia Chry­stu­sa, które sta­no­wi dzie­dzic­two jego Kościoła.

Prze­ma­wia­nie do ma­lucz­kich, na­wie­dza­nie cho­rych i starców, ser­decz­ne przyj­mo­wa­nie gości, łama­nie chle­ba z każdym – wszyst­ko to od­zwier­cie­dlało jego wro­dzoną i ufor­mo­waną skłonność prze­ka­zy­wa­nia in­nym i roz­le­wa­nia na nich jego kapłańskiej wrażliwości.

Lubił mo­dlić się w urze­kającej na­tu­ral­nej sce­no­gra­fii, którą two­rzyły góry wokół Ber­ga­mo, kwitnące ogro­dy w So­fii, pachnące wy­brzeża Bos­fo­ru, al­ta­na domu pa­triar­chal­ne­go w We­ne­cji, Wzgórza Wa­ty­kańskie. Jego ob­li­cze tak samo jaśniało w obec­ności cho­re­go, jak w rzym­skich ka­ta­kum­bach, w mu­rach więzie­nia Królo­wej Nie­bios czy też w gwar­nej wa­ty­kańskiej Sali Kle­men­tyńskiej – jaśniało do tego stop­nia, że ten, kto ob­ser­wo­wał go z bli­ska, poj­mo­wał, iż zna­lazł się bli­sko tego, kto „wie­rzył w to, co czy­tał, na­uczał tego, w co wie­rzył, prak­ty­ko­wał to, cze­go na­uczał”.

Pa­pież Jan, do­bry pa­pież, nie wzbu­dza no­stal­gii, gdyż byłoby to ogląda­niem się wstecz. Ra­czej pociąga do podjęcia przy­go­dy da­wa­nia świa­dec­twa i za­pra­sza do otwar­cia Bożej księgi, aby od­kryć na­tchnie­nie do wier­ności i od­no­wy – prze­wod­niej myśli Dru­gie­go So­bo­ru Wa­ty­kańskie­go. An­ge­lo Giu­sep­pe, ten anioł Boży, zno­wu nas na­po­mi­na, aby czu­wać, po­nie­waż za­grażają nam ciem­ności, aby po­dwoić czuj­ność i nie ule­gać mo­dom ob­cym Ewan­ge­lii. Czy­ni to z au­to­ry­te­tem otrzy­ma­nych cha­ry­zmatów, wy­mową przykładu, siłą do­bro­ci i świętości.

Błogosławio­ny pa­pież Jan dał nam przykład, jak roz­ma­wiać z du­sza­mi za­nim otwo­rzy się usta. Tak zresztą mówił do swo­je­go Boga słowa­mi z cu­dow­nej książecz­ki „O naśla­do­wa­niu Chry­stu­sa”: „ Jezu, ja­sności wie­ku­istej chwały, po­cie­cho dusz wędrujących! Przed Tobą głos mój za­mie­ra na ustach, tyl­ko me mil­cze­nie woła do Cie­bie…!”1 (Księga III, 21,4).

† Lo­ris F. Ca­po­vil­la

ar­cy­bi­skup Me­sem­brii

„Jan XXIII był przywódcą, był prze­wod­ni­kiem.

Ale prze­wod­ni­kiem pro­wa­dzo­nym przez Du­cha Świętego,

przez posłuszeństwo.

A jesz­cze głębiej,

przez to swo­je co­dzien­ne zda­nie się na wolę Bożą.

Przyszły pa­pież Jan przeżył oczysz­cze­nie,

które dało mu moc zupełnie ode­rwać się od sie­bie sa­me­go

i przy­lgnąć do Chry­stu­sa,

a to po­zwo­liło ujaw­nić się jego świętości,

którą Kościół po­tem ofi­cjal­nie uznał. (…)

Tu jest praw­dzi­we źródło do­bro­ci pa­pieża Jana

i źródło po­ko­ju, który roz­sie­wał w świe­cie,

tu są ko­rze­nie jego świętości,

w tym jego ewan­ge­licz­nym posłuszeństwie”.

pa­pież Fran­ci­szek

3 czerw­ca 2013

Święty bez cudu?

Dwu­dzie­sty siódmy kwiet­nia 2014 roku, dru­ga nie­dzie­la wiel­ka­noc­na, czy­li Bożego Miłosier­dzia, to dzień ka­no­ni­za­cji ex cer­ta scien­tia Jana XXIII, pa­pieża błogosławio­ne­go, a te­raz ogłoszo­ne­go świętym bez wy­ma­ga­nia dru­gie­go cudu przy­pi­sa­ne­go jego wsta­wien­nic­twu. Wy­da­rze­nie to kończy spo­ry trwające dzie­sięcio­le­cia, jed­nak nie jest ab­so­lutną nowością.

W 2000 roku pa­pież Woj­tyła zro­bił coś po­dob­ne­go wo­bec słyn­nych męczen­ników chińskich. W pro­ce­sie ka­no­ni­za­cyj­nym zniósł wymóg stwier­dze­nia cudu, przyjąwszy nie­za­prze­czalną opi­nię lu­dzi o ich świętości za życia, w mo­men­cie śmier­ci i po śmier­ci oraz uznaw­szy zna­ki (cuda i łaski) po śmier­ci (fama sanc­ti­ta­tis et si­gno­rum), a także wpływ tych męczen­ników na wy­trwałość w wie­rze in­nych chrześci­jan.

W 1960 roku pa­pież An­ge­lo Ron­cal­li po­dob­nie ka­no­ni­zo­wał kar­dy­nała Gre­go­ria Bar­ba­ri­ga, bi­sku­pa Ber­ga­mo, a później Pa­dwy. Za­sto­so­wał się do dok­try­ny usta­lo­nej przez Be­ne­dyk­ta XIV w „De Se­rvo­rum Dei Be­ati­fi­ca­tio­ne et Be­ato­rum Ca­no­ni­za­tio­ne” [o be­aty­fi­ka­cji sług Bożych i ka­no­ni­za­cji błogosławio­nych], gdzie jest mowa o ka­no­ni­za­cji równo­ważnej2, czy­li roz­wiąza­niu przyjętym przez kil­ku pa­pieży od czasów Be­ne­dyk­ta XIV aż do czasów współcze­snych. Ze względu na prawdę należy jed­nak – według kar­dy­nała An­ge­la Ama­ta, pre­fek­ta Kon­gre­ga­cji Spraw Ka­no­ni­za­cyj­nych – wspo­mnieć, że w ka­no­ni­za­cji Jana XXIII „nie wpro­wa­dzo­no żad­nej ulgi, ani też pa­pież Fran­ci­szek nie uchy­lił ko­niecz­ności wy­ka­za­nia cudu”. Oj­ciec Święty „tyl­ko skrócił czas pro­ce­dur z po­wo­du wiel­kiej oka­zji, jaka się nada­rzyła dla całego Kościoła – połącze­nia ka­no­ni­za­cji Jana XXIII, ini­cja­to­ra Dru­gie­go So­bo­ru Wa­ty­kańskie­go, i Jana Pawła II, re­ali­za­to­ra wiel­kich planów dusz­pa­ster­skich, du­cho­wych i dok­try­nal­nych, wy­ni­kających z do­ku­mentów so­bo­ro­wych”. Zresztą, według słów kar­dy­nała Ama­ta, „Po­si­tio” Ron­cal­le­go także po be­aty­fi­ka­cji stop­nio­wo wzbo­ga­cało się wiel­ki­mi cu­da­mi opa­trzo­ny­mi do­ku­mentacją me­dyczną. Fakt ten, będący istotną częścią pro­ce­su, nie po­zwa­la for­mal­nie za­kla­sy­fi­ko­wać go do ka­no­ni­za­cji równo­ważnych3.

W każdym ra­zie, za tą de­cyzją stoi pa­pież Fran­ci­szek po­ru­szo­ny troską, jaką Jan XXIII „za­wsze przykładał do czu­wa­nia nad własną duszą pośród najróżniej­szych zajęć na polu kościel­nym i po­li­tycz­nym”, i tym, że jako pa­pież oka­zał się naj­bar­dziej twórczy w re­cep­cji so­bo­ru. I dla­te­go pro gra­tia spra­wił, że zby­tecz­ne oka­zały się dal­sze ba­da­nia i ocze­ki­wa­nie no­we­go cudu.

W przy­pad­ku pa­pieża Ron­cal­le­go cho­dziło o szczęśliwy ko­niec długie­go pro­ce­su ka­no­nicz­ne­go, przy­spie­szo­ne­go fak­tycz­nie dwu­krot­nie: naj­pierw przez przełomową in­ter­wencję Woj­tyły, który w 2000 roku połączył be­aty­fi­ka­cje Ron­cal­le­go i Piu­sa IX, a następnie przez jesz­cze bar­dziej przełomową in­ter­wencję pa­pieża Fran­cisz­ka, który użył swo­jej władzy i połączył ka­no­ni­za­cje Jana XXIII i Jana Pawła II. Dla mi­lionów osób to piękna wia­do­mość. A dla kogoś, kto żył bli­sko Ron­cal­le­go, to po­twier­dze­nie tego, co było wi­docz­ne w całym jego życiu: zwykłej świętości w co­dzien­ności. To świętość – według określe­nia jego se­kre­ta­rza prałata Lo­ri­sa Ca­po­vil­li – „człowie­ka, który nig­dy ni­ko­mu nic nie na­rzu­cił; ojca, który mówił: «cały świat jest moją ro­dziną», i który gdzie­kol­wiek się zna­lazł, całe swo­je ser­ce angażował w spo­tka­nie z Bo­giem i z ludźmi: od Sot­to il Mon­te w pro­win­cji Ber­ga­mo po Rzym, od Bułga­rii po Turcję i Grecję, od Fran­cji po We­necję i Wa­ty­kan; człowie­ka w po­deszłym wie­ku, sta­le za­cho­wującego tę samą czy­stość, którą miał w dniu swe­go chrztu, i który po­ka­zał nam, jak cno­ty chrześcijańskie, niebędące prze­cież pry­watną sprawą, wpływają na hi­sto­rię”.

A za­tem czy nadal tyl­ko na­ukowców będą in­te­re­so­wać po­le­mi­ki po­prze­dzające de­cyzję Pawła VI? Zde­cy­do­wał on bo­wiem o podjęciu nor­mal­ne­go pro­ce­su, a nie przyjął usil­nych próśb płynących z so­bo­ro­wej auli, wyrażanych w imie­niu wie­lu lu­dzi z każdego kon­ty­nen­tu, do­ma­gających się na­tych­mia­sto­wej chwały ołta­rzy dla Ron­cal­le­go. Czy będą jesz­cze przy­dat­ne ana­li­zy pe­ty­cji różnych grup bi­skupów, do­po­mi­nających się szyb­kie­go ogłosze­nia świętości Jana XXIII, pe­ty­cji, które do­cie­rały już pod­czas ago­nii pa­pieża i bez­pośred­nio po jego śmier­ci? Te ocze­ki­wa­nia przed oj­ca­mi so­bo­ro­wy­mi wy­ra­ził młody pol­ski bi­skup Boh­dan Bej­ze (co na­tych­miast zna­lazło wyraźne po­par­cie Ste­fa­na Wy­szyńskie­go i Ka­ro­la Woj­tyły). A jak w świe­tle tego, co się wy­da­rzyło, należy od­czy­tać tek­sty, w których prze­wi­dy­wa­no ka­no­ni­zację przez akla­mację so­bo­rową, do­ko­naną zarówno przez pa­pieża i bi­skupów ze­bra­nych na so­bo­rze, jak też wyrażoną w dniu pod­su­mo­wującym jego ob­ra­dy? Uważamy, że po de­cyzji pa­pieża Fran­cisz­ka, różnej od ka­no­ni­za­cyj­nej po­li­ty­ki pa­pieży XX wie­ku, właśnie pogłębie­nie uza­sad­nień wie­lu bi­skupów, którzy Ron­cal­le­go chcie­li obwołać san­to sub­i­to, może pomóc w praw­dzi­wej re­flek­sji na te­mat celu osiągniętego pół wie­ku po jego wy­zna­cze­niu. Należy tu wziąć pod uwagę – bar­dziej niż uza­sad­nio­ne – akty pobożności, czci i kul­tu li­tur­gicz­ne­go już do­zwo­lo­ne­go przez Sto­licę Apo­stolską w różnych die­ce­zjach świa­ta oraz nie­zli­czoną liczbę opu­bli­ko­wa­nych listów pry­wat­nych. Re­fleksję tę należałoby połączyć z wie­lo­ma ko­men­ta­rza­mi roz­sia­ny­mi w długiej hi­sto­rii tak zwa­nej spra­wy Ron­cal­le­go, od­two­rzo­nej przez En­ri­ca Ga­la­vot­tie­go w jego książce „Pro­ces­so a Papa Gio­van­ni” [pro­ces pa­pieża Jana].

W krótkim cza­sie po pożegna­niu pa­pieża Ron­cal­le­go oj­ciec Na­za­re­no Fab­bret­ti na­pi­sał: „Jeśli pew­ne­go nie­da­le­kie­go dnia – jak Bóg ze­chce – za­miast mówić o Ja­nie XXIII «Jego Świąto­bli­wość», będzie się mówiło o jego świętości, także na płasz­czyźnie ka­no­nicz­nej i urzędo­wej, to mamy na­dzieję, że ni­ko­mu na myśl nie przyj­dzie, by wy­ma­gać od nie­go cudów niezbędnych do ka­no­ni­za­cji. Ten, który obył się bez nich przy ka­no­ni­za­cji świętego Gre­go­ria Bar­ba­ri­ga, sam do­ko­nał szczególne­go cudu odpowiednie­go do hi­sto­rycz­ne­go i pa­ster­skie­go powołania swo­je­go pon­ty­fi­ka­tu: jako ten ewan­ge­licz­ny łagod­ny mąż po­siadł zie­mię jak nikt inny przed nim, jak na­wet żaden święty”. Na­to­miast całkiem nie­daw­no, jesz­cze przed ustąpie­niem Be­ne­dyk­ta XVI, w dzien­ni­ku „The Wa­shing­ton Post” można było prze­czy­tać następujące zda­nie: „Ist­nie­je bar­dzo pro­ste le­kar­stwo, które mogłoby po­go­dzić ka­to­lików wyrażających różne poglądy i prze­ka­zać naj­bar­dziej po­praw­ne orędzie na te­mat po­sta­wy Kościoła wo­bec współcze­sne­go świa­ta: ogłosze­nie świętym pa­pieża Jana XXIII”. A ko­men­ta­tor E.J. Dion­ne Jr. w ten oto sposób zakończył swój ar­ty­kuł z 27 kwiet­nia 2011 roku: „Kościół, który na nowo po­trze­bu­je otwar­cia na oścież okien, zro­biłby do­brze, gdy­by uho­no­ro­wał pa­pieża, który go otwo­rzył na po­krze­piający po­wiew no­wo­cze­sności”. Otóż to, ame­ry­kański kon­kret!

Na początku trze­cie­go tysiącle­cia trud­no prze­wi­dzieć, co na­prawdę może prze­trwać spośród wszyst­kich daw­nych reguł „fa­bry­ki świętych”. Eta­py, otwar­cie pro­ce­su, he­ro­izm cnót, pierw­szy cud, dru­gi cud, teo­lo­go­wie, le­ka­rze…? Trud­no też, zwłasz­cza dziś, mie­rzyć świętość na przykład współcze­snych pa­pieży (przed­miot licz­nych stu­diów, zwłasz­cza hi­sto­ry­ka Ro­ber­ta Ru­sco­nie­go). A jed­nak za­da­je­my so­bie py­ta­nie: Czy świętość Ron­cal­le­go była nie­zwykła? Od­po­wiedź daje ksiądz Divo Bar­sot­ti w liście z 27 mar­ca 1964 roku: „Za­zdroszczę ta­kiej wiel­kości, która należy tyl­ko do świętości. Po nim po­zo­sta­nie tyl­ko świętość, czy­li on sam. Nig­dy Kościół ka­to­lic­ki nie dał tak wzniosłego i tak czy­ste­go świa­dec­twa. Być może miał in­nych wiel­kich świętych jak on, ale ni­ko­go, kto by z tak wielką świętością uosa­biał Kościół”.

Re­wo­lu­cja drob­no­stek

Od­czy­ta­nie życia Jana XXIII, na­wet w syn­te­zie, pro­wa­dzi do od­kry­cia nie tyl­ko jego świętości, ale także uni­wer­sal­nej war­tości, z którą tę świętość re­ali­zo­wał. Po­zwa­la po­nad­to na od­kry­cie powiązań między du­cho­wością i kul­turą, asce­tyką i pla­na­mi, ory­gi­nal­nością i po­wsze­dniością, wy­mia­rem wewnętrznym i posłuszeństwem pra­wom czasów. Dro­ga Ron­cal­le­go roz­po­czy­na się gdzieś da­le­ko i bie­gnie wzdłuż sche­matów mających na celu tak zwaną od­bu­dowę społeczeństwa na fun­da­men­tach chrześcijańskich.

Dro­ga ta miała swój pierw­szy wyraźny przy­sta­nek w kon­fe­ren­cji młode­go An­ge­la, poświęco­nej kar­dy­nałowi Ce­sa­re Ba­ro­nio­wi. (Jej tekst – jak na­pi­sał Car­lo Dio­ni­sot­ti do eru­dy­ty księdza Giu­sep­pe de Luki – „świet­nie prze­trwał długie lata nie­za­leżnie od pa­pieża, ale także dzięki pa­pieżowi”). Pisał w niej właśnie o tym ojcu w hi­sto­rii Kościoła, dziś czci­god­nym, którego mot­to życio­we brzmiało: pax et obo­edien­tia [pokój i posłuszeństwo]. To właśnie zawołanie obrał przyszły pa­pież, choć w odwróco­nym porządku: obo­edien­tia et pax. W tej kon­fe­ren­cji z 1907 roku czy­ta­my między in­ny­mi: „Nie­daw­ny­mi fałszer­stwa­mi usiłowa­no oszpe­cić świętego. Omo­ta­no go, ubar­wio­no ja­skra­wy­mi ko­lo­ra­mi, które może mogą być to­le­ro­wa­ne w ja­kimś ro­man­sie, ale nie w praw­dzi­wym życiu. W rze­czy­wi­stym świe­cie to są zafałszo­wa­nia. Umieć nie­ustan­nie sie­bie uni­ce­stwiać, niszcząc w so­bie i wokół sie­bie to, w czym inni szu­ka­li­by ar­gu­men­tu dla wyróżnie­nia wo­bec świa­ta; utrzy­mać w so­bie żywy płomień naj­czyst­szej miłości do Boga, po­nad zwod­niczą miłością ziemską; oddać wszyst­ko, poświęcić się dla do­bra bra­ta i w upo­ko­rze­niu, w miłości Boga i bliźnie­go wier­nie podążać dro­ga­mi wy­zna­czo­ny­mi przez Opatrz­ność – oto isto­ta świętości”.

To słowa, które pro­wadzą do sa­me­go źródła for­ma­cji Ron­cal­le­go. Za­sta­na­wiając się nad nimi, czyż nie znaj­du­je­my tu klu­cza do za­uważenia cnót przyszłego pa­pieża, które pod­czas jego pon­ty­fi­ka­tu wy­warły wrażenie na wierzących i nie­wierzących? Młody chłopiec z Ber­ga­mo, szu­kający w cno­tach świętych isto­ty a nie przy­padłości, za­uważał, że „Bóg chce, abyśmy idąc za przykładem świętych, wchłania­li żywot­ny sok ich cnót (…) i naśla­do­wa­li ich w na­szych oso­bi­stych, nie­po­wta­rzal­nych po­sta­wach”. W se­mi­na­rium pisał: „Je­zus i Ma­ry­ja mnie błogosławią, dają mi tyle, ile mi po­trze­ba (…) i będę święty”. Gdy był księdzem, w dniu swo­ich dwu­dzie­stych pierw­szych uro­dzin na­pi­sał: „muszę być święty za wszelką cenę”. Już wte­dy związał swo­je życie z Krzyżem i krzyżami, które na­zna­czają ludz­kie życie – bez wzbu­rze­nia, bez zakłopo­ta­nia, z pro­stotą. Za­czy­nał od rze­czy po­zor­nie małych: „Myśl, wo­bec której się zo­bo­wiązałem i z której bie­rze się moje za­sad­ni­cze i je­dy­ne za­da­nie, żeby stać się świętym za wszelką cenę, musi być moją nie­ustanną troską. Ma to być jed­nak tro­ska po­god­na i spo­koj­na, a nie nużąca i pełna ty­ra­nii”. Rok później pisał da­lej: „Świętość świętych nie po­le­ga na ro­bie­niu rze­czy spek­ta­ku­lar­nych, lecz małych, które w oczach świa­ta wy­dają się drob­nostką”.

Pew­ne­go dnia, roz­myślając nad mową po­chwalną na cześć świętego Eu­ge­niu­sza pa­pieża, umiesz­czoną w Bre­wia­rzu Rzym­skim, pisał o nim, że „był życz­li­wy, łagod­ny i ci­chy i co naj­bar­dziej się li­czy, wyróżniał się świętością życia”. W no­tat­ni­ku za­pi­sał: „Czyż nie byłoby pięknie dojść przy­najm­niej dotąd?”, a przy in­nej oka­zji: „Jako że wszędzie na­zy­wają mnie Oj­cem Świętym, jak­by to był mój główny tytuł, muszę i chcę być nim na­prawdę”. Do­wo­dem, że zdołał tego do­ko­nać – przed wy­bo­rem i po wy­bo­rze na pa­pieża – są jego cno­ty, związane z życiem wewnętrznym i obo­wiązka­mi podjętymi w Koście­le, oraz licz­ny udział wier­nych w jego po­grze­bie i sze­ro­kie uzna­nie dla jego spuści­zny, którą dziś na nowo pro­pa­gu­je pa­pież Fran­ci­szek.

Pa­pież, który uczłowie­czył śmierć

Słusznie na­pi­sa­no, że Jan XXIII uczył, jak żyć, ale po­tem także – jak umie­rać. Opi­nię taką znaj­du­je­my w liście da­to­wa­nym na 1 czerw­ca 1963 roku i za­adre­so­wa­nym przez Ra­nie­ra la Val­le­go do se­kre­ta­rza Lo­ri­sa Fran­ce­sca Ca­po­vil­li, który był przy Ron­cal­lim bli­sko dzie­sięć lat: „Nasz pa­pież naj­pierw uczył nas żyć, a te­raz uczy, jak umie­rać. A świat jest świa­do­my skar­bu, który tra­ci”. Nie bez po­wo­du po­wta­rza­no, że Jan XXIII hu­ma­ni­zo­wał samą śmierć. Mógł to robić, po­nie­waż nie był świętym dla sie­bie, jego świętość nie była wy­izo­lo­wa­na, nie pielęgno­wał jej w skry­tej re­la­cji z Bo­giem albo ra­czej po­wiedz­my – nie je­dy­nie w pry­wat­nej, in­tym­nej więzi z Nim.

Jego świętość jest nade wszyst­ko pu­blicz­na, czy­li po­ma­gająca in­nym lu­dziom zro­zu­mieć, co w życiu ma war­tość i co im po­ma­ga do zba­wie­nia. Uzna­nie, ja­kie oka­zu­je mu pa­pież Fran­ci­szek, też nie służy jemu sa­me­mu, ale nam, za­pro­szo­nym do pójścia za „światłem jego la­tar­ni, oświe­cającym drogę, którą mamy do przejścia”, we­zwa­nym do życia z za­mia­rem zdo­by­cia celu, którym jest świętość możliwa do osiągnięcia. Je­steśmy świa­do­mi tego, że jeśli cno­ty są ak­ta­mi ludz­ki­mi, to świętość mu­si­my zo­sta­wić Bogu, by On ją w nas kształtował. Tak właśnie zro­bił Ron­cal­li.

Pieczęcią jego świętego życia niewątpli­wie jest śmierć, którą oglądał cały świat, oraz łoże boleści jak­by prze­kształcone w ołtarz.

Jego ostat­nie pożegna­nie można było przeżyć z wiarą, myśląc o nim jak o podróży lub prze­pro­wadz­ce do in­ne­go świa­ta, cze­kającej prze­cież wszyst­kich. Oto dla­cze­go tacy wa­ty­ka­niści, jak: de San­tis, Fur­no, Zi­zo­la, la Val­le, Ma­si­na, słusznie na­pi­sa­li, że pierw­sze cuda działy się już w tym cza­sie. Cu­dem było to, że każdy, kto iden­ty­fi­ko­wał się z pa­pieżem pogrążonym w śpiączce, ro­zu­miał, że aby żyć w świe­cie w po­ko­ju z in­ny­mi, trze­ba na­uczyć się umie­rać w po­ko­ju z sa­mym sobą i z Bo­giem, i nie roz­pa­czać. Cu­dem były te tysiące spoj­rzeń, zwróco­nych w stronę jego okna, które stały się mo­dlitwą – także mo­dlitwą wie­lu nie­wierzących. Albo słowa młode­go muzułma­ni­na, skie­ro­wa­ne 1 czerw­ca 1963 roku do Ca­po­vil­li: „Pościłem trzy dni i od­pra­wiłem różne modły za Jego Świąto­bli­wość. Tego Człowie­ka two­rzy bo­skie ciało, duch i du­sza, które Bóg wiel­ki i potężny od­wiecz­nie za­mie­rzył do nas posłać (…). Je­stem tego pew­ny, po­nie­waż moja wia­ra mi to mówi, że lu­dzie w końcu się prze­ko­nają do orędzia tego wiel­kiego świętego i do­pro­wadzą je do spełnie­nia, które nie jest ni­czym in­nym, jak dobrą drogą i słowem wy­po­wie­dzia­nym przez Boga”. Czymś nie­zwykłym było prze­kształce­nie ocze­ki­wa­nia na śmierć w coś pew­ne­go i świętego, a nie w ma­rze­nie o uzdro­wie­niu.

To cud wytłuma­czal­ny, zro­zu­miały, cho­ciaż słabo do­strze­ga­ny z po­wo­du pa­ra­dyg­matów utwier­dzo­nych wśród ka­to­lików. „Za­sad­ni­czo – uważał wte­dy prałat Ray­mond Et­tel­dorf – na pod­sta­wie doświad­cze­nia Kościoła możliwe byłoby określe­nie, kim jest święty. To ktoś przede wszyst­kim po­kor­ny, ko­chający i he­ro­icz­nie cier­piący. Ta­kie ce­chy są wi­docz­ne u pa­pieża Jana. Ale jest coś jesz­cze. Wia­do­mo, że dołożył on wszel­kich sta­rań, aby roz­począć sobór i nie rościł so­bie pre­ten­sji, że musi na nim być i wi­dzieć jego suk­ces. Al­bo­wiem żył tak, by za­wsze spełniać wolę Bożą (…). Jego wewnętrzny pokój po­cho­dził z głębi du­szy, która była w zgo­dzie z wolą Bożą”.

Po­sta­ram się to przed­sta­wić na kar­tach tej książki bez for­so­wa­nia cze­go­kol­wiek, pokażę je­dy­nie zwykłe życie, za­nu­rzo­ne w spra­wach Bożych i w dzie­jach świa­ta. Należy je uważnie od­czy­tać we wszyst­kich jego eta­pach, robiąc także wie­le kroków wstecz, po­nie­waż pon­ty­fi­kat pa­pieża Jana trwał czte­ry i pół roku, a całe jego życie – po­nad osiem­dzie­siąt lat. Me­dy­tując je, można do­ko­nać od­kry­cia stałych punktów w tej hi­sto­rii na­zna­czo­nej za­an­gażowa­niem w uświęce­nie.

Kle­ryk, który chciał zo­stać świętym (1881-1904)

„Miałem łaskę uro­dzić się w chrześcijańskiej, skrom­nej i ubo­giej ro­dzi­nie, pełnej jed­nak bojaźni Bożej, oraz łaskę powołania do kapłaństwa. Od dziec­ka nie myślałem o ni­czym in­nym…”. To na­pi­sał Jan XXIII w swo­ich no­tat­kach do bio­gra­fii, roz­poczętych i prze­rwa­nych w okre­sie pon­ty­fi­ka­tu.

An­ge­lo Giu­sep­pe Ron­cal­li uro­dził się w Sot­to il Mon­te (piętnaście ki­lo­metrów od Ber­ga­mo) 25 li­sto­pa­da 1881 roku jako czwar­ty z trzy­naścior­ga dzie­ci Bat­ti­sty i Ma­rian­ny Maz­zo­li. Ro­dzi­ce byli ubo­gi­mi rol­ni­ka­mi, lecz nie anal­fa­be­ta­mi jak wie­lu ich współziomków. Co więcej, jego oj­ciec uczest­ni­czył w życiu pu­blicz­nym. Był pre­ze­sem lo­kal­nej rady kościel­nej i rad­nym gmin­nym. Z okre­su dzie­ciństwa An­ge­la po­zo­stały kwie­ci­ste aneg­do­ty oraz kil­ka faktów. Zo­stał ochrzczo­ny w koście­le w Bru­sic­co w tym dniu, w którym przy­szedł na świat. Trzy lata uczęszczał do obo­wiązko­wej szkoły pod­sta­wo­wej, naj­pierw w Ca’Ma­iti­no, a po­tem w Ber­cio; uczył się w licz­nej kla­sie chłopięcej. Między lu­tym a mar­cem 1889 roku przyjął sa­kra­ment bierz­mo­wa­nia, a następnie przystąpił do pierw­szej ko­mu­nii świętej. Są to wy­da­rze­nia związane z wy­cho­wa­niem, zwłasz­cza re­li­gij­nym, pod okiem ro­dziców i stry­jecz­ne­go wuj­ka Za­ve­ria, którego jako pa­pież na­zwał swo­im pierw­szym mi­strzem w prak­ty­kach re­li­gij­nych, z których bar­dzo wcześnie i spon­ta­nicz­nie roz­winęło się jego kapłańskie powołanie. Wpływ na jego życie re­li­gij­ne miał również pro­boszcz Fran­ce­sco Re­buz­zi­ni. Zo­stawił mu on w spad­ku swój wysłużony eg­zem­plarz „O naśla­do­wa­niu Chry­stu­sa”, z którego Ron­cal­li prze­pi­sy­wał wie­le frag­mentów, na przykład ten z XXIII roz­działu III Księgi, cy­to­wa­ny przez całe życie: „Sta­raj się, synu, spełniać ra­czej cudzą wolę niż swoją. Chciej za­wsze mieć ra­czej mniej niż więcej. Szu­kaj za­wsze miej­sca niższe­go i pra­gnij ustępować dru­gim, w czym można. Chciej za­wsze i módl się o to, aby całko­wi­cie wypełniła się w to­bie wola Boża. Taki tyl­ko człowiek wcho­dzi w kra­inę niezmąco­ne­go po­ko­ju”. Przy­swa­ja­nie tych słów szyb­ko do­pro­wa­dziło go do naj­bar­dziej znaczących źródeł chrześcijańskich – do Bi­blii i dzieł ojców Kościoła. Dzięki nim – pisał Giu­sep­pe Or­me­ne­se – wcześnie sku­pił się na chry­sto­lo­gicz­nych aspek­tach prak­tyk pobożnościo­wych obec­nych w jego for­ma­cji.

Powołanie zro­dzo­ne w ro­dzi­nie na­tu­ral­nej umoc­niło się w in­nej ro­dzi­nie małego kle­ry­ka, który chciał stać się świętym – w se­mi­na­rium du­chow­nym. Wstąpił tam dzięki fi­nan­so­wej po­mo­cy swo­je­go pro­bosz­cza i hra­bie­go Gio­van­nie­go Mor­la­nie­go, właści­cie­la gruntów, które dzierżawiła ro­dzi­na Ron­cal­lich. Po­ko­naw­szy rozłąkę z naj­bliższy­mi, po roku przy­go­to­wań w ko­le­gium w Ce­la­na (1891/1892), w je­de­na­stym roku życia roz­począł du­chową for­mację i stu­dia w se­mi­na­rium w Ber­ga­mo, które trwały do osiem­na­ste­go roku życia.