Papież. Franciszek, Benedykt i decyzja, która wstrząsnęła światem - Anthony McCarten - ebook
Opis

 

Na podstawie książki laureata Oscara powstał film w reżyserii Fernando Meirellesa (Miasto Boga, Wierny ogrodnik, Miasto ślepców) z Anthonym Hopkinsem i Jonathanem Price’em w rolach głównych – już wkrótce w Netfliksie.

 

11 lutego 2013 roku po raz pierwszy od sześciuset lat została złamana tradycja: papież Benedykt XVI, konserwatywny obrońca doktryn Kościoła, obwieścił światu swoją rezygnację ze stanowiska.

Wkrótce za zamkniętymi drzwiami Kaplicy Sykstyńskiej zgromadzili się kardynałowie, by wybrać nowego przywódcę dla ponad miliarda wiernych. Dwa dni później nowym papieżem został charyzmatyczny Argentyńczyk, Jorge Bergoglio, znany odtąd jako Franciszek.

 

Sześćset lat temu Celestyn V postanowił z własnej woli ustąpić ze stanowiska, chciał powrócić do pustelniczego życia. Dlaczego jednak Benedykt XVI, najbardziej konserwatywny papież we współczesnym Kościele, podjął tak szokującą decyzję? I dlaczego ów strażnik wiary i obrońca doktryny w ogóle rozważał ten krok – wiedział, że jego miejsce na tronie Piotrowym najprawdopodobniej zajmie postępowy Jorge Bergoglio, którego charakter i poglądy były mu całkowicie obce?

 

Papież to bezkompromisowa, poruszająca i zabawna opowieść o dwóch diametralnie różnych mężczyznach, których losy splatają się i mają na siebie ogromny wpływ.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału THE POPE
Przekład JAN WĄSIŃSKI (Przedmowa – Rozdział 3), MARIA JASZCZUROWSKA (Rozdział 4 – Podziękowania)
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja KAROLINA WĄSOWSKA
Korekta ANNA SIDOREK, JAN JAROSZUK
Projekt okładki © Chris Sergio
Adaptacja projektu okładki AGNIESZKA WRZOSEK
Opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © 2019 by Anthony McCarten Copyright © for the translation by Maria Jaszczurowska, Jan Wąsiński Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-53-0
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Moim rodzicom: matce, której ostatnim życzeniem było pojeździć motocyklem po niebie; mojemu ojcu, którego ostatnim zaleceniem dla mnie było „dotrzymanie wiary”; oraz Evie, która ukazała mi Rzym z perspektywy Villi Borghese.

PRZEDMOWA

11 lutego 2013 roku siedemsetletnia tradycja legła w gruzach: papież, dotąd obrońca doktryny i lojalny następca długo znoszącego cierpienia Jana Pawła Wielkiego, wystosował zgoła zdumiewające oświadczenie. Po ośmiu latach pontyfikatu Benedykt XVI postanowił z racji podeszłego wieku zrezygnować z urzędu, jednocześnie zachowując dożywotni tytuł papieża seniora (Papa Emeritus).

Kilka tygodni później potężne wrota Kaplicy Sykstyńskiej zostały szczelnie zamknięte, a przed kardynałami, ściągniętymi na drugie konklawe w ciągu niespełna dekady, postawiono zadanie wskazania nowego przywódcy duchowego dla 1,28 miliarda wiernych Kościoła katolickiego[1*]. Kiedy po paru dniach drzwi ponownie stanęły otworem, nowym wybrańcem okazał się Jorge Bergoglio, charyzmatyczny Argentyńczyk, który przyjął imię Franciszka. Po raz pierwszy od 1415 roku świat miał dwóch żyjących papieży.

Przyczyny decyzji Benedykta stały się pożywką dla plotek. Przecież tylko śmierć może zwolnić papieża z piastowanego stanowiska. Czyż jego obowiązkiem nie jest dożywotnia posługa? Mało że to tradycja, to niemalże dogmat, co „Washington Post” wyjaśniał, powołując się na słowa doświadczonego teologa: „Większość współczesnych papieży czuła, że ustąpienie nie wchodzi w grę poza przypadkiem wystąpienia nieuleczalnej bądź wyniszczającej choroby; ujmując to słowami Pawła VI: ojcostwa zrzec się nie sposób”.

Rezygnacja Benedykta XVI nie była aż tak całkiem bezprecedensowa, podobnie jak sytuacja, w której Kościół ma dwóch żyjących papieży. W długiej historii tej instytucji zrezygnowało dotąd trzech namiestników Chrystusowych, nie stało się to natomiast w przypadku dwustu sześćdziesięciu trzech innych. Papież Grzegorz XII ustąpił z tronu Piotrowego w 1415 roku w związku z politycznym sporem między Włochami a Francją co do kwestii, kto tak naprawdę sprawuje pieczę nad Kościołem katolickim. Musimy jednak cofnąć się aż do roku 1294, do czasów Celestyna V, by znaleźć papieża, który postanowił ustąpić z własnej nieprzymuszonej woli – z racji „tęsknoty za spokojnością jego dotychczasowego żywota”.

Reakcją na szokującą decyzję Celestyna była wściekłość. W trzeciej pieśni Piekła Dantego w Boskiej komedii jest fragment, w którym Wergiliusz prowadzi porte-parole Dantego przez bramy piekielne. Zanim dotrą do piekła, wchodzą do przedsionka wypełnionego kakofonią przejmujących jęków dusz nieszczęsnych, które żywot przeżyły „bez hańby i chwały”. Przebywają tam ludzie w istocie gorsi niż grzesznicy, zawiedli bowiem w działaniu, w wierze bądź w dotrzymaniu przyrzeczeń. Dante wpatruje się w potępione twarze tych nieodwołalnie zgubionych postaci, aż w którymś momencie dostrzega jedną z nich i pisze: „Poznałem wielu i ów cień, co zbłądził / Wielkim ustępstwem”[1]. Tym człowiekiem jest oczywiście papież Celestyn V, którego ustępstwo tak bardzo wstrząsnęło wielkim włoskim poetą, że ten uwiecznił go w swoim opus magnum.

Dlaczego zatem Benedykt XVI – najbardziej tradycjonalistyczny papież współczesności, w pełni świadomy, jakie wzburzenie wywoła rezygnacja głowy Kościoła – podejmuje najmniej tradycyjną i przewidywalną decyzję z możliwych? Kwestia słabego zdrowia nie uchodzi za dostateczne uzasadnienie, co więcej, ono zazwyczaj było atutem papieża, unaocznionym przed wszystkimi odbiciem cierpienia Chrystusa na krzyżu. Jakaś inna tajemnica musiała się za tym kryć: jak ten skrajnie konserwatywny obrońca wiary, prawdziwy stróż doktryny może w ogóle rozważać rezygnację, skoro – o czym doskonale wiedział – oddawałby tron Piotrowy w ręce radykała Jorgego Bergoglia, człowieka jakże odmiennego pod względem usposobienia i poglądów?

Niniejsza książka opowiada historię dwóch papieży, obydwu obdarzonych kolosalnym, niezbywalnym autorytetem. Losy tej niedobranej pary zbiegły się ze sobą, a jedna postać gruntownie wpłynęła na drugą.

Wpierw przyjrzyjmy się Benedyktowi, czyli byłemu kardynałowi Josephowi Ratzingerowi, niemieckiemu intelektualiście z wątpliwym poczuciem humoru, introwertykowi uwielbiającemu zbytek, ubierającemu się cokolwiek fircykowato (wskrzesił papieską tradycję noszenia aksamitnych czerwonych pantofli, a także zlecił perfumiarzowi, by stworzył wyjątkowy zapach na jego wyłączny użytek), który uważał, że sprzeciw Kościoła wobec ustępstw i zmian jest jego największą siłą, a przez to – tajemnicą jego nieprzemijalności. Ten człowiek, szczery w swoich religijnych powinnościach, jest przy tym całkowicie pozbawiony umiejętności nawiązywania kontaktu ze zwykłymi ludźmi. O jego zainteresowaniach jakąkolwiek dyscypliną sportową nic nie wiadomo. Prawdopodobnie nigdy nie wypowiedział romantycznego słowa do drugiej osoby.

Na drugim krańcu jest Franciszek, którego najpierw poznamy jako kardynała Bergoglia. To obdarzony charyzmą i niestroniący od rozrywki Argentyńczyk, na pierwszy rzut oka człowiek prosty, ekstrawertyk, preferujący zdecydowanie niewyszukany sposób ubierania się (w tej samej parze czarnych butów chodził przez dwadzieścia lat, wciąż też nosi swatcha). Był czasem większym, czasem mniejszym adwokatem teologii wyzwolenia – katolickiego ruchu, który dąży do pomagania biednym i uciskanym poprzez bezpośrednie zaangażowanie w sprawy polityczne i obywatelskie. Dobry kontakt ze zwykłymi ludźmi przychodzi mu bez trudu. To trybun ludowy. Niegdyś miał nawet dziewczynę. Pracował w klubie tango jako wykidajło. Jest zapalonym kibicem piłkarskim.

Motywem przewodnim w przypadku obydwu tych postaci jest grzech, a ściślej mówiąc – łaska boska i dodatkowa mądrość, które spływają, jeśli grzesznik potrafi przyznać się do swoich niedostatków, a grzechy zostawić za sobą. O ileż mądrzejszy, o ileż wartościowszy jako przyszły nauczyciel, uzdrowiciel i przewodnik będzie człowiek, który ma pełne – z własnego doświadczenia – pojęcie na temat ludzkich słabości, wad czy kłopotów i który wzniósł się ponad ową mroczną wnikliwość, by ujrzeć prawdziwe wymiary tego problemu. A co za tym idzie: o ileż mniej wartościowy, a nawet o ileż niebezpieczniejszy jest ktoś, komu nie udało się tego osiągnąć.

Jorge Bergoglio otwarcie określa siebie mianem grzesznika i nieustannie podkreśla, że nie jest to żaden eufemizm ani wyświechtany zwrot. Zgrzeszył. Ba, idzie nawet dalej i kontrowersyjnie oświadcza, że rytualne wyznanie grzechów przed księdzem podczas spowiedzi nie wystarcza. Człowiek, aby odpokutować za grzechy w życiu codziennym, musi podjąć odpowiednie kroki, dokonać prawdziwych, głębokich zmian w swoim życiu. Nikt nie może dostać czystej karty ot tak, po krótkiej wizycie w konfesjonale. Człowiek musi działać. Jak to ujął Bergoglio: „Grzech to coś więcej niż plama, którą usuniemy, udając się do pralni chemicznej. To rana, którą trzeba się zająć, wygoić ją”.

Taka logika zapowiada iście reformistyczne porządki, które – jeśli ma się zielone światło na ich wdrażanie – w naturalny sposób sięgnęłyby wielu innych obszarów wierzeń religijnych i doktrynalnego nauczania. Dlaczego, przykładowo, przestrzegający celibatu ksiądz miałby się dobrze odnajdywać w nauczaniu na tematy związane z seksem? Z podobną otwartością Kościół powinien przyznać, że z pewnością nie ma najlepszych kwalifikacji, aby narzucać poglądy w tej dziedzinie. Jak niby ludzie żyjący w czystości, nieprowadzący życia intymnego, mieliby osądzać aktywność seksualną swoich parafian, których doświadczenie życiowe jest o wiele pełniejsze i odmienne? Jak niegdyś dowcipkował Frank Sinatra: „Wasza Świątobliwość, gdy kto nie uczestniczy w grze, nie ustala jej zasad”. Albo z nieco innej perspektywy: jak żyjący w celibacie kościelny nowicjusz zapytany o to, czy jest gotów na całe życie wyrzec się seksu, może w dniu odebrania święceń kapłańskich mieć pełną świadomość, czego się tak naprawdę wyrzeka? To niemożliwe. Jeśli taki naiwny młodzian nigdy nie odczuł swojego popędu płciowego, to co pocznie, jeśli pewnego dnia popęd da silnie o sobie znać? Poczuje – podobnie jak wielu przed nim – przymus prowadzenia podwójnego życia, co niekiedy niesie za sobą tragiczne konsekwencje, a także wiele niewinnych ofiar. A dlaczego Kościół decyduje, że tylko mężczyźni przestrzegający celibatu mogą odpowiedzialnie w imię Boże poprowadzić duszpasterską posługę? Gdyby historia Adama i Ewy była, jak stwierdził Franciszek, jedynie przypowieścią i nie traktowano by jej jako faktu historycznego – dzięki czemu można by kwestionować mit o stworzeniu świata w siedem dni – to co jeszcze ze świętych ksiąg należałoby potraktować jako dzieło wyobraźni? Może nawet historia o zmartwychwstaniu Chrystusa, wstępującego cieleśnie do nieba, to obecnie już li tylko przypowieść? Gdyby ducha otwartości Franciszka konsekwentnie rozszerzyć na wszystkie obszary dogmatów i wiary, w którym miejscu zatrzymałyby się te zmiany?

Opisywana w niniejszej książce historia toczy się przede wszystkim w Watykanie pogrążonym w kryzysie i skandalach, odrzucającym proste kroki naprawcze, świadomym konieczności zmiany, a obawiającym się strat, z jakimi to się wiąże. W Watykanie, w którym jeden papież – ze względu na swoją przeszłość – postrzega siebie jako człowieka bez autorytetu moralnego, umiejętności, a także siły do stawienia czoła owym skandalom, a drugi, nowy – ze względu na swoją przeszłość – przyznaje, że sam jest grzesznikiem, a jednocześnie pretenduje do duchowego przewodzenia ponad miliardowi wiernych.

To kluczowa stacja przesiadkowa w podróży instytucji, która przetrwała dwa tysiące lat.

Gdy w jednym czasie żyje dwóch papieży, powstaje interesujący dylemat związany z pojęciem papieskiej nieomylności.

Zajmijmy się tym pokrótce.

Przez dwa tysiąclecia Kościół usiłował nie dopuścić, aby było dwóch żyjących w jednym czasie papieży, i odniósł pod tym względem niemal całkowity sukces. Niektórych namiestników Chrystusowych nawet truto, byleby nie doszło do takiej sytuacji. Dlaczego papież nie może po prostu pełnić swojej funkcji przez określony czas, a potem ustąpić na rzecz młodszego następcy? Jaki jest tego powód? Nieomylność. Łaska nieomylności. Dar słuszności, dar od Boga dla wybrańca zasiadającego na tronie Piotrowym, łaska posiadania bezsprzecznej racji we wszelkich sprawach związanych z doktryną, w teraźniejszości i – co ważniejsze – w przyszłości, po wsze czasy. Kiedy papież przemawia ex cathedra, z wysokości tronu Piotrowego, wypowiadając się jako głowa Kościoła, a nie osoba prywatna, jego słowa tworzą część Magisterium, czyli oficjalnego nauczania Kościoła katolickiego, za którym stoi siła i autorytet Chrystusa. Jak mogą współistnieć Ratzinger i Bergoglio i obaj pozostawać nieomylnymi, obydwaj mieć rację... gdy prezentują odmienne zdanie w tak wielu kwestiach? Można więc powiedzieć, że jak długo obaj będą koegzystować, tak długo muszą służyć za nieustający dowód papieskiej omylności, ponieważ za każdym razem, kiedy by się ze sobą nie zgadzali, jeden z papieży nie miałby racji. A papież, który nie ma racji i któremu dowiedziono tego przez samo istnienie jego lustrzanego odpowiednika – jego głosu równoważącego – w ogóle nie jest papieżem. Dla każdego papieskiego oświadczenia istnieje żywy dowód jego fałszywości, chodzący kontrargument, który go unieważnia. Jak obaj mogą być pełni miłości Bożej i obdarzeni błogosławionym darem mądrości najwyższej... a przy tym nie zgadzać się ze sobą?

Zważywszy więc, że – w chwili pisania niniejszej książki – dostępne są dwa papieskie punkty widzenia, katolicy (a nawet niektóre ważne postaci Kościoła) mogą sobie wybierać, który papież i które stanowisko papieskie bardziej im odpowiada, Benedykta czy Franciszka. Jest to potencjalny dylemat wynikający z istnienia dwóch najwyższych kapłanów, czyniący ten problem niezwykle realnym. Bezsprzecznie konserwatywny amerykański kardynał Raymond Burke, otwarty krytyk głowy Kościoła z Argentyny, powiedział w 2016 roku w wywiadzie dla katolickiego dziennika: „To Benedykt jest moim papieżem”[2]. Były papieski ambasador w Stanach Zjednoczonych, arcybiskup o konserwatywnych poglądach Carlo Maria Viganò, wezwał wręcz argentyńskiego papieża do ustąpienia. Viganò utrzymuje, że niegdyś doniósł papieżowi o skandalach seksualnych amerykańskiego kardynała Theodore’a McCarricka, a Franciszek jeszcze długo potem nie podjął żadnych zdecydowanych kroków. Niektórzy uważają, że jest to w wydaniu arcybiskupa forma zemsty na Argentyńczyku za pozbawienie go stanowiska nuncjusza papieskiego (co było domniemaną karą za zaaranżowanie przez Vigana tajnego zebrania z amerykańskimi konserwatystami sprzeciwiającymi się małżeństwom homoseksualnym). Abstrahując od tego, czy w tym niepodpartym dowodami oskarżeniu ze strony arcybiskupa Viganò jest ziarno prawdy, współcześnie nie było takiego przypadku, żeby papież był tak rebeliancko atakowany przez własne duchowieństwo.

Ale i sam Benedykt w niecodziennym liście upublicznionym przez Watykan w marcu 2018 roku beształ osoby pokroju kardynała Burke’a, które wciąż deklarowały mu wierność. Co więcej, okazywał solidarność z Franciszkiem i ostro krytykował tych, którzy dowodzili teologicznej nieciągłości jego pontyfikatu, nazywając wzburzenie przeciwników nowego papieża „głupimi uprzedzeniami”[3]. W ramach rewanżu Franciszek publicznie wyściskał swojego poprzednika i przyrównał sytuację, w której żyje Ratzinger, do „posiadania mądrego dziadka w swoim domu”[4]. Czy tacy Burke’owie i Viganòwie katolickiego Kościoła zostali przekonani i skłonieni do milczenia? Niekoniecznie. A może wręcz przeciwnie.

Joseph Ratzinger to niebywały człowiek z zasadami. W niniejszej książce wejrzę w jego przeszłość, aby zrozumieć źródło jego głębokiego przeświadczenia, że zmiana jest w większym stopniu oznaką słabości aniżeli siły.

Nominacja tego człowieka na papieża w 2005 roku z pewnością oznaczała w ówczesnych okolicznościach wariant przewidywalny, pewny. On po prostu był pewny. Po pokazowym pontyfikacie Jana Pawła II – wychodzącego do ludzi, nieustannie w podróżach (czy ostał się pas startowy jakiegoś lotniska na świecie, którego Polak nie okrasiłby pocałunkiem swoich warg?) – Kościół musiał odpocząć i zająć się porządkami na własnym podwórku. Benedykt, wybitny teolog, zabezpieczył odwieczną doktrynę i umocnił na nowo. Krótko mówiąc, zagwarantował dalsze opóźnienie spóźnionych reform. To była jego siła i wartość. Nawet w dzieciństwie utrzymywał swój pokój w nienagannej czystości. Wszystko wskazuje na to, że ten syn policjanta wierzył, że tylko w autorytecie – w zasadach, w posłuszeństwie prawu, w trwałości i niezachwianiu – wierni odnajdą prawdziwy spokój. Wątpliwości, niepewność, wahania, a także ulepszenia prowokują niezadowolenie, zwątpienie, cynizm, a ostatecznie – pogardę. Zapewne przekonywałby nas do przyznania mu racji, że ludzkie dusze usilnie pragną poczucia pewności. Nieraz powtarzał, na czym w jego przekonaniu polega największe zagrożenie dla owej pewności: widmo relatywizmu. Bardzo ubolewał nad występowaniem w minionych kilkudziesięciu latach tylu zapowiedzi zmian doktrynalnych, tylu ideologicznych nurtów, tylu nowych sposobów myślenia. Jakże mamy w takim świecie wiedzieć, kto mówi prawdę? Co jest prawdą? Światem wstrząsają konkurujące głosy – marksiści, liberałowie, konserwatyści, ateiści, agnostycy, mistycy – a w każdym pobrzmiewa uniwersalny okrzyk: „To ja głoszę prawdę! Ja i tylko ja!”.

Nie, mówi na to Ratzinger, prawda jest tylko jedna. Pan rzekł: „Ja jestem prawdą”[5]. Istotą nauczania Ratzingera jest to, że jeśli mamy uniknąć chaosu, kataklizmu i konfliktu, musimy mieć jakiś powszechny punkt odniesienia, jakąś axis mundi. Jedna prawda, od której wszyscy możemy wyjść i odnajdywać drogę – oto doktrynalne stanowisko, porównywalne do kompasu, który wskazuje wszystkie strony, ale potrzebuje punktu wyjścia w postaci północy geograficznej. Tylko wówczas może pomóc wędrowcom w ich podróży i kierować ich na odpowiednią ścieżkę. To samo – zdaje się mówić nam Ratzinger – tyczy się ludzkiej moralności. Co dla niej stanowić będzie geograficzną północ? Bóg. Bez niego ludzkość nie ma uzgodnionego punktu odniesienia, nie ma axis mundi. Każdy pogląd jest równie uzasadniony jak każdy inny. Prawda staje się względna. Zabicie Boga to tak naprawdę pozbawienie ludzkości jakiejkolwiek nadziei co do prawdy absolutnej. Twoja prawda jest twoją, moja jest moją, a to zamyka każdego w więzieniu jego lub jej własnego rozumienia tego, czym jest dobro i zło.

Ratzinger tak właśnie postrzega wielki kryzys zachodniej cywilizacji: to klątwa relatywizmu. Jakie poczynił on spustoszenia? Niemiec wyraźnie widział, jak – przynajmniej w anglojęzycznym świecie – coraz mniej serc zapala się od płomienia liczącej dwa tysiące lat wiary chrześcijańskiej. Spójrzmy na taką Amerykę. Gdyby byłych katolików uznawać za osobną grupę religijną, stanowiliby obecnie czwartą co do liczebności grupę wyznaniową w Stanach Zjednoczonych. W Wielkiej Brytanii ponad połowa ludzi przed czterdziestym rokiem życia utrzymuje obecnie, że nie wyznaje żadnej religii. Dlaczego tak wielu po cichu i stopniowo przestało odwiedzać kościoły?

Gdy Benedykt został papieżem, czekały na niego inne, o wiele bardziej naglące kryzysy – i to ile. Mężczyźni w sutannach, jego towarzysze, jego personel i współpracownicy w winnicy Pana popełniali przestępstwa. Były to przestępstwa związane z guzikami, często dziecięcymi guzikami, suwakami, rękami, genitaliami, ustami; gwałty, zdrady, tajemnice, zastraszenia, kłamstwa, groźby, trauma, rozpacz, zdruzgotane życie – a całe to zło w atmosferze świętoszkowatości, wśród woni starego kadzidła. Każdy skandal na swój sposób uderzał w Benedykta i kruszył jego przekonanie, że to on jest tym człowiekiem, który może temu zaradzić. Ostatecznie zaszokował cały świat. Zrobił to, co nikomu nie przeszło przez myśl. Ustąpił. I paradoksalnie ten wielki tradycjonalista swoją decyzją okradł Kościół z, wydawałoby się, niezbywalnego dogmatu, o którym byli przekonani wierni: że papież jest papieżem po kres swoich dni.

Jorge Bergoglio, reformator, pod jakże wieloma względami jest przeciwieństwem Benedykta. Ledwie został dwieście sześćdziesiątym szóstym papieżem i przyjął imię Franciszka, a już jego pierwsze, improwizowane wypowiedzi w roli ojca świętego wywoływały zdumienie. Prędko trafił na usta wszystkich, tak jak powszechnie powtarzany komentarz: „Że niby co takiego właśnie powiedział papież?”. Były w tym powiew świeżego powietrza i charyzma prawdziwej gwiazdy rocka. Bergoglio miał w sobie coś również z Johna Lennona (obaj zresztą znaleźli się na okładce czasopisma „Rolling Stone”), ze skłonnością do oświadczeń wywołujących szok i szybszy oddech nawet u najbardziej zagorzałych zwolenników. Spostrzeżeniu Lennona, że Beatlesi są „teraz popularniejsi od Jezusa” (co wprowadziło fundamentalistów z serca Ameryki w amok palenia płyt tego zespołu), mogłoby dorównać zdumiewające stwierdzenie Bergoglia, że nawet poganie mogą trafić do nieba. Naprawdę?! Poganie? Czciciele bożków z drewna, niedzielni drzemkowicze – to teraz oni również mieli wylądować w niebie? Wielu katolików z całego świata słusznie zachodziło więc w głowę, jaki miałby w takim razie być cel tych wielu, wielu modlitw, liczonych w tysiące godzin na zdrętwiałych kolanach, tych wszystkich kazań i połajanek z ambony, wizyt w konfesjonale i pokut będących ich następstwem, i szeptem odmawianych różańców, i odliczania na sznurku kciukiem i palcem wskazującym każdego paciorka, i postów, i sublimowania chuci, i tej całej wymaganej przez Boga miłości, i wreszcie – całej winy, wszędzie tyle tej winy... No i po co to wszystko? Po co... jak nie po to, by mieć nieco forów w zapewnieniu sobie finalnej nagrody w niebiesiech? Ale nowy papież potwierdził swoje słowa: nie może być winą poganina, że przyszedł na świat w pogańskiej kulturze. Jest to zatem dość niesprawiedliwe, że tylko wychowani w Bogu – w związku z miejscem urodzenia, które nie zależy od nich – mogą dostać najlepsze, a nawet jedyne pokoje w hotelu niebieskim. Wydawało się, że takimi uwagami nowy papież jest gotów odnowić ducha lat sześćdziesiątych XX wieku, i to w pojedynkę.

Ale on nie przestawał zaskakiwać. Gejom i lesbijkom ofiarował kościelne przeprosiny ex cathedra. Stwierdził, że nie jest rolą Kościoła oceniać homoseksualistów. Ponoć nawet powiedział pewnemu gejowi, Juanowi Carlosowi Cruzowi (ofierze molestowania seksualnego), że „Bóg takim cię stworzył i takim cię kocha, a dla mnie to nie ma znaczenia. Papież takim cię kocha”. (Wystarczy zestawić to ze słowami Benedykta, który nazwał homoseksualizm „immanentnym moralnym złem”). Nowy papież nie wykluczył również małżeństw księży, gdy powiedział: „Człowiek chce jednego i drugiego: dobra płynącego z poświęcenia się Bogu i dobra, jakie ofiaruje życie świeckie”[6]. Franciszek skwapliwie przyznaje, że obecne stanowisko Kościoła pachnie hipokryzją, zważywszy, że na rubieżach katolickiego imperium – w odnodze greckiej i rosyjskiej – księża mogą mieć żony. I równie chętnie lubi powtarzać, że nawet sam święty Piotr miał dzieci. Klemens IV i Adrian II byli żonaci, nim przyjęli święcenia kapłańskie. Pius II miał przynajmniej dwoje dzieci z nieprawego łoża. Jan XII ponoć nawet dokonał żywota w trakcie stosunku. Powiedzmy sobie również szczerze, że ci wszyscy papieże, którzy przyjęli imię Innocenty, nie do końca wiedli życie zgodne z jego znaczeniem.

Biblia jako prawda dosłowna? Adam i Ewa to przypowieść. Co w takim razie z niepokalanym poczęciem, ogólnoświatowym potopem, ludźmi, którzy mieli dożywać ośmiuset lat, albo rozstąpieniem wód i cudownym przejściem przez morze suchą stopą – jak traktować to wszystko? Zdaje się, że Franciszek doszedł do wniosku, że ludziom – zwłaszcza na Zachodzie – już nie potrzeba księży, by mówić rzeczy, o których wszyscy i tak wiedzą: że nie są prawdziwe, prawdziwe w ogóle być nie mogą. Co więcej, papież pozwolił sobie na aluzję, że Kościół być może jest osłabiony właśnie takimi twierdzeniami, że historie biblijne należy odczytywać dosłownie, jako prawdę historyczną.

Kultura Kościoła katolickiego? Nazwał ją „narcystyczną”, zbyt zwróconą do wewnątrz, zajętą w większym stopniu własnym przetrwaniem i wzbogaceniem niż potrzebami biednych – a za wypowiadającym te słowa stoi autorytet Magisterium. Posłużył się określeniem „duchowy alzheimer”, by opisać Kościół, który zapomniał o Chrystusowym przykładzie miłosierdzia, i piętnował „księży pnących się po szczeblach kariery, żądnych władzy”. Oświadczył również: „Jak każde ciało, jak każde ludzkie ciało, Kościół jest narażony na choroby, niewydolności, słabości. Trzeba go wyleczyć. Silnymi lekami”.

Molestowanie seksualne? Stojąc na czele Kościoła – o którym Bishop Accountability [dosł. „odpowiedzialność biskupów”], organizacja non profit występująca w obronie osób molestowanych seksualnie przez duchownych, mówi, że zapłacił trzy miliardy dolarów w ramach porozumień z ofiarami na całym świecie – Franciszek obecnie głosi politykę „zera tolerancji” zarówno dla molestowania, jak i, co istotne, dla kościelnych prób tuszowania faktów, nakazując swoim biskupom donosić policji o takich przypadkach pod karą uznania ich za współwinnych. Owe nowe zasady transparentności, nagłośnień i konsekwencji karnych zaczęły już przynosić skutek w postaci wyjątkowego spadku liczby zgłaszanych przypadków molestowania, co sugeruje, że akty przestępstw seksualnych dokonywane przez księży mogły zostać zredukowane, i to właściwie do zera, poprzez odpowiedzialne wprowadzenie natychmiastowych kar (takich jak wyroki więzienia) i usunięcie kościelnego parasola ochronnego rozpostartego nad seksualnymi potworami w sutannach. Jakże szokująco proste mogłoby to być rozwiązanie, o ile policja otrzymałaby nieograniczony dostęp do dokumentacji kościelnej, a Kościół pomagałby ofiarom w walce o sprawiedliwość. Bądź co bądź, władze kościelne mają bardzo silną motywację: gra toczy się o przetrwanie Kościoła.

Kapitalizm? Papież Franciszek uznaje go za grzech, za ustrój tworzący jednym dobrobyt, u innych powodujący cierpienia. Sam został oskarżony o kąsanie ręki, która go karmi.

Środowisko naturalne? Wymierzył oskarżycielsko palec w światowych włodarzy z racji ich grzesznej protekcji dla tych, którzy ranią matkę ziemię i niszczą nasz wspólny dom. W długiej i starannie przygotowanej pod względem naukowym encyklice oddalił punkt widzenia osób negujących zmiany klimatyczne i wyrachowanych szefów branży przemysłu napędzanego perspektywą zysku.

Krótko mówiąc, papież Franciszek zgłosił gotowość do stworzenia sobie potężnych wrogów. Już teraz słychać pomruki niezadowolenia w środowisku kościelnym ze strony tych, którzy życzą sobie prostszych prawd, takich jakie proponował papież Benedykt. Czasami wygląda to tak, jakby Franciszek uosabiał nade wszystko zmianę, a zawsze trudniej było wypracować zbiór argumentów za zmianą niż za status quo. W jego rozumowaniu chodzi jednak o to – przynajmniej w moim odczuciu, po uproszczeniu i wydobyciu z niego istoty rzeczy – aby Kościół w mniejszym stopniu narzucał, a w większym włączał, obejmował. Kościół musi pozytywnie, radośnie pogodzić piękne lekcje nauczane w kościołach z pięknymi lekcjami nauczanymi w szkołach.

Powody wyboru imienia Franciszek – za świętym Franciszkiem z Asyżu – teraz mogą wydawać się czytelniejsze: to zapowiedź rewolucyjnych zmian. Jak daleko w tym zajdzie? Jak daleko zostanie dopuszczony?

Jego wzorem do naśladowania jest Francesco Bernardone. Ten młody mężczyzna szedł pewnego razu przez las. Trafił na zrujnowaną kaplicę – jedna ze ścian się zawaliła. Wszedł do środka. Krucyfiks wciąż wisiał tam, gdzie dawniej stał ołtarz. Francesco zawsze później powtarzał, że to „urzekło jego zmysły”. Krucyfiks przemówił doń: „Franciszku, pójdź i odbuduj mój kościół”. Francesco był człowiekiem czynu i zrozumiał to dosłownie. Zgodził się, udał się do kamieniołomu na szczycie Monte Subasio, wyrąbał kamienie, zniósł je z góry i jął naprawiać fragment zburzonej ściany. Źle zrozumiał znaczenie słów Boga, który chciał dla niego czegoś o wiele większego. Morał? Nawet najbardziej chwalebna wędrówka może się rozpocząć... od błędu.

Chciałbym zakończyć tę przedmowę uwagą osobistą.

Jestem katolikiem. A przynajmniej tak zostałem wychowany i powiedziano mi – a mogę tym słowom zaświadczyć – że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

Zostałem wychowany na opowieści o Jezusie Chrystusie, tym młodym Nazarejczyku, żydowskim radykale sprzed dwóch tysięcy lat, mieniącym się „Synem Człowieczym” lub jeszcze zuchwalej – „Mesjaszem” i „żydowskim królem”, przysłanym przez Boga Ojca z misją uwolnienia ludzkości od grzechu pierworodnego, niszczącego ją od czasów Edenu, schwytanym i ukrzyżowanym, ale powstałym z martwych po dwóch dniach, który następnie wstąpił do nieba, gdzie ma pozostać do bliżej nieokreślonego czasu, aż powróci na ziemię i obwieści kres całego eksperymentu z ludzkością. To była moja religia. Historia wprawdzie nieprawdopodobna, niemniej mająca swoją bezczelną logikę prawdy. Tacyt nazwał chrześcijaństwo „szkodliwym zabobonem”, a pisarz Jorge Luis Borges – „kawałkiem kapitalnej literatury”. Niemniej jednak to właśnie była wiara, w której wyrosłem.

Dorastałem jako drugi najmłodszy członek wielodzietnej rodziny, tak katolickiej, że dwie moje siostry wyszły za mąż – bardzo szczęśliwie zresztą – za byłych księży. Przy naszym stole gościliśmy kapłanów, specyficznego biskupa, a raz nawet kardynała. Poza wypełnianiem kościelnych praktyk religijnych pozwalaliśmy, aby w naszym domu raz w miesiącu składał wizytę wielki posąg Maryi Dziewicy w ramach podniosłej procesji przez całą parafię, przez co ja i moje rodzeństwo byliśmy zmuszeni do przyglądania się – pod kontrolą naszej matki – recytowaniu różańca (monotonnemu w moim odczuciu), peanów maryjnych, błagań o pomoc boską. W naszej robotniczej miejscowości życie z pewnością było wystarczająco trudne. Brakowało zarówno dobrych miejsc pracy, jak i pieniędzy, więc uznaliśmy, że pozostawanie w dobrych stosunkach z Matką Boską nie jest najgorszym pomysłem. Nie mędrkuj, po prostu padnij na kolana, a wszystko będzie dobrze, gdy Bóg jest po twojej stronie. Tak to ogólnie wyglądało. Byliśmy posłuszni, bogobojnie padając i wciskając twarze w materac, mamrotaliśmy w kółko wielowiekowe zaklęcia: „Módl się za nami teraz i w godzinę śmierci naszej...”.

Amen.

Gdybyście chcieli poznać podejście moich rodziców do antykoncepcji, mógłbym wam zdradzić, że ich życie więcej miało wspólnego z coitus niż z interruptus. Jestem jednym z ośmiorga rodzeństwa. Początkowo wychowywały mnie zakonnice, potem przeszedłem pod opiekę wyświęconych braci; chodziłem – z dobrym wynikiem – do dwóch katolickich szkół. Przez całe dzieciństwo służyłem do mszy jako ministrant, po raz ostatni przywdziałem publicznie czerwony kaptur i białą komżę w zawstydzająco dojrzałym wieku szesnastu lat, gdy miałem już młodzieńczy meszek na brodzie i szaty o dwa rozmiary na mnie za małe. Nosiłem ampułki z wodą i winem, a potem białą hostię, niewinną, którą ten związany z niebiosami człowiek, czarodziej z sąsiedztwa, przemieniał w rzeczywiste ciało Chrystusa. Codzienny cud, który dział się na naszych oczach. To ciało Chrystusa, abrakadabra. Proszę wierzyć lub nie.

Byliśmy katolikami albo ściślej: „irlandzkimi katolikami” (aczkolwiek przesiedlonymi na ziemie Nowej Zelandii cztery pokolenia wcześniej). Płomień naszej irlandzkości palił się w odległym zakątku świata, podtrzymywany przez wielopokoleniową rodzinę, która załatwiała interesy i wszystkie inne sprawy wyłącznie w zamkniętym kręgu własnej kultury i religii. To nas ukształtowało. A moje dzisiejsze życie, życie pisarza, swoje korzenie ma właśnie w ożywionym pięknie liturgii, pierwszy raz zasłyszanej przez jeszcze chłopięce uszy; w sztuce zawartej w kwiecistym, uroczystym języku, nakłaniającym każdego do wielowymiarowego myślenia w czasie i przestrzeni; w odrzuceniu kontemplowania życia bez uprzednich rozważań na temat śmierci. To, co oparte na faktach, zostało nieodwracalnie sczepione z tym, co fikcyjne, i aktywnie odwodzono nas od prób odróżniania jednego od drugiego. Co zatem, jeśli – tak nas uczono – nie możesz dowieść, że coś jest prawdą? Jak się tego doświadcza? Prowadzą cię twoje emocje. W naszym skromnym kościółku ludzie jawnie szlochali. Ręce w modlitewnym geście były ściśnięte tak mocno, że ich kostki u dłoni aż bielały. Wiara była tym ludziom równie potrzebna jak wypłata. Po prostu musiałeś wierzyć, choćby po to, aby przetrwać to wszystko. Kościół w naszej miejscowości, sześciokątny, pozbawiony wieży, był w geograficznym i psychologicznym środku naszego życia. Gdybym kiedykolwiek w to wątpił, moja matka postawiłaby mnie do pionu. Jeślibym podważył jakiś aspekt wyznania, zbyt daleko idące twierdzenie z ambony czy księgi, otrzymałbym z jej strony oklepaną reprymendę: „Anthony, skromna wiedza bywa niebezpieczna”. Fakt, że ta kobieta, która naukę w szkole zakończyła w czternastym roku życia, mogła tak łatwo cytować poetę Alexandra Pope’a (czy też przeinaczać cytat, w którym najważniejszym słowem powinno być „uczenie się”, a nie „wiedza” ), przytaczam jako dowód na to, że wobec braku edukacji to kościół odgrywał w naszym przypadku rolę uniwersytetu, a ksiądz zastępował nauczyciela akademickiego.

Na powstanie niniejszej książki, a także towarzyszącego jej pełnometrażowego filmu o tym samym tytule (Netflix, 2019, w reżyserii Fernanda Meirellesa, w rolach głównych sir Anthony Hopkins i Jonathan Pryce), wpłynęła nagła śmierć mojej kuzynki Pauline. Jej odejście skłoniło moją starszą siostrę, żarliwą katoliczkę, do wysłania do mnie esemesa z sugestią, abym zapalił świeczkę, jeśli jestem w pobliżu jakiegoś kościoła. Tak było. Byłem w Rzymie. Udaliśmy się zatem wraz z Evą, moją partnerką, do bazyliki Świętego Piotra w Watykanie i zastaliśmy słynny plac zapełniony tysiącami ludzi, którzy przybyli specjalnie po to, aby zobaczyć i usłyszeć nowego papieża podczas mszy pod gołym niebem. Ogromna twarz Franciszka, wyświetlona na monumentalnym ekranie, oddawała jego aparycję prawdziwej gwiazdy. Kiedy tak staliśmy, przysłuchując się jego łagodnym słowom wypowiadanym po włosku, zapytałem Evę, czy wie, gdzie przebywa ten inny papież, papież Benedykt, ten, który ustąpił i zniknął ze światowych radarów. Wiedziała. Jej ojciec niegdyś podlegał ojcu świętemu (podówczas jeszcze: Josephowi Ratzingerowi, arcybiskupowi Monachium) jako pracownik monachijskiego Uniwersytetu Katolickiego. Eva przekazała mi, że Benedykt XVI, który zachował tytuł papieża i zapewne wiele ze swoich uprawnień, wiódł spokojne życie w klasztorze raptem kilkaset metrów za sceną, na której obecnie stał papież Franciszek, w odosobnieniu za murami Watykanu, milczący, posłuszny, stary. Słowem: dwóch papieży oddalonych od siebie o rzut beretem! Zapytałem Evę, czy wie, kiedy ostatnio świat widział dwóch żyjących papieży. Sprawdziliśmy w Google’u. Wyniki wyszukiwania, które po chwili ukazały nam się na ekranie jej smartfona, zainspirowały powstanie zarówno tej książki, jak i filmu.

1

KONKLAWE

„Pozwólcie mi odejść do domu Ojca”.

Wyszeptał te słowa po polsku 2 kwietnia 2005 roku o wpół do czwartej po południu. Nieco ponad sześć godzin później Kościół katolicki znalazł się na zupełnie nowej i nieznanej drodze.

Umarł Jan Paweł II. Watykan trzymał jego chorobę w tajemnicy od 1991 roku, ujawnił ją dopiero w oświadczeniu z 2003 roku, w przededniu jego osiemdziesiątych trzecich urodzin – wtedy, kiedy było to już jasne dla liczącej podówczas 1,1 miliarda osób światowej społeczności katolickiej. Powolne, ale dotkliwe pogarszanie się stanu zdrowia papieża Polaka wskutek choroby Parkinsona od dłuższego czasu było widokiem bardzo trudnym do zniesienia.

Cały Rzym dosłownie huczał od plotek i spekulacji już od 1 lutego, kiedy papież został pospiesznie zabrany do przysługującego mu skrzydła w uniwersyteckim szpitalu Gemelli, by wyleczyć objawy „ostrego zapalenia krtani i kurczu krtani”[1], wywołane niedawnym napadem grypy. Media, co było łatwe do przewidzenia, rozpoczęły gromadne czuwanie nad umierającym.

Jednak przez kolejne dwa miesiące Jan Paweł II wykazywał się tą samą wytrzymałością, którą przejawiał podczas wieloletniej walki z chorobą. W końcu mówimy o papieżu, który w trakcie swojego dwudziestosześcioletniego pontyfikatu przetrwał nie jeden nawet, a dwa zamachy na swoje życie. Wyzdrowiał po odniesieniu czterech ran postrzałowych w 1981 roku, a także obrażeń zadanych bagnetem rok później. Pod koniec życia zaś – pomimo coraz częstszych pobytów w szpitalu i przejścia zabiegu tracheotomii – wciąż pojawiał się przy watykańskich oknach lub balkonach, aby pobłogosławić tłumy na placu Świętego Piotra. Jego głos był już ledwo słyszalny. W Niedzielę Palmową owego roku pierwszy raz od chwili rozpoczęcia pontyfikatu nie pojawił się na uroczystym nabożeństwie, ale dał wyraz swojemu zaangażowaniu do samego końca – 27 marca, w Niedzielę Wielkanocną, znów ukazał się ludziom na wózku inwalidzkim. Usiłował przemówić tak jak zawsze. Pisano, że „[wygląda na człowieka] ogromnie cierpiącego; otwierał i zamykał usta, krzywiąc się z powodu frustracji lub z bólu, kilkukrotnie podnosił jedną lub obie ręce i przykładał je do głowy”[2]. Tego już było zbyt wiele dla mniej więcej osiemdziesięciu tysięcy żarliwych katolików przyglądających mu się z dołu; łzy wiernych popłynęły tego dnia szerokim strumieniem. Papież zdołał nakreślić zdawkowy znak krzyża, po czym jego wózek został wycofany za kotary jego rezydencji.

Przez kolejne sześć dni Watykan przekazywał światu najświeższe nowiny na temat pogarszającego się stanu zdrowia papieża, a ci, którzy dotąd liczyli na to, że może on całkiem wydobrzeć, zaczęli godzić się z myślą, że jego śmierć jest tylko kwestią czasu. 1 kwietnia nad ranem w oficjalnym oświadczeniu zawiadamiano: „Stan zdrowia Ojca Świętego jest bardzo ciężki”. Poprzedniego wieczoru o 7.17 „otrzymał ostatnie namaszczenie”[3]. Sakramentu tego udzielił mu arcybiskup Stanisław Dziwisz, osobisty sekretarz, najbliższy przyjaciel i najbardziej zaufana osoba w otoczeniu papieża, aby przygotować go do jego ostatniej podróży. Dziwisz udzielił Janowi Pawłowi II rozgrzeszenia za popełnione grzechy i namaścił mu świętymi olejkami czoło i grzbiet dłoni, jak to się czyni tylko w przypadku duchownych (osobom bez święceń kapłańskich namaszcza się wewnętrzną stronę dłoni). John L. Allen Jr., watykanista i biograf papieża Benedykta XVI, uczestniczył w tej konferencji prasowej i relacjonował: „Być może najbardziej ważka wskazówka co do powagi sytuacji pojawiła się pod koniec konferencji prasowej, gdy Navarro-Valls, schodząc z mównicy, z której rozmawiał z dziennikarzami, z trudem powstrzymywał łzy”[4].

W ostatniej dobie życia Jan Paweł II, przebywający w otoczeniu osób, które kochały go i troszczyły się o niego przez te długie lata, kilkukrotnie odzyskiwał przytomność, a jego osobisty lekarz, doktor Renato Buzzonetti, napisał, że był „przytomny i spokojny”[5]. Zgodnie z polską tradycją „mała świeca rozjaśniała półcień pokoju, w którym gasło życie Papieża”[6]. Kiedy ojciec święty zdał sobie sprawę, że czuwające pod oknem tłumy skandują jego imię, wypowiedział słowa, które watykańscy urzędnicy odczytali następująco: „Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie i za to wam dziękuję”[7].

Doktor Buzzonetti wpatrywał się w monitor rejestrujący pracę serca przez dwadzieścia minut, żeby upewnić się co do śmierci Jana Pawła II. Kiedy i ten czas minął, rozpoczęły się watykańskie rytuały o kilkusetletniej tradycji. Niektóre z nich sięgały nawet roku 1059, kiedy to papież Mikołaj II dogłębnie zreformował proces wyboru głowy Kościoła – licząc na zapobieżenie pojawianiu się kolejnych marionetkowych papieży, którzy podlegaliby nadzorowi wrogich sił cesarskich i możnowładców – za pomocą dekretu określającego, że za wybór następców na tronie Piotrowym odpowiadają wyłącznie kardynałowie.

Kardynał Eduardo Martínez Somalo, wybrany przez zmarłego papieża na urząd kamerlinga do zarządzania Kościołem w trakcie tak zwanego interregnum („pomiędzy panowaniami” – okres ten trwa od chwili śmierci papieża do momentu, gdy zostaje wybrany nowy ojciec święty), wystąpił naprzód i trzykrotnie wymówił polskie imię papieża, nadane mu na chrzcie: Karol. Wobec braku odpowiedzi uderzył lekko w jego czoło małym srebrnym młotkiem – brak reakcji miał być niechybną oznaką śmierci. Następnie musiał młotkiem zniszczyć Pierścień Rybaka – Anulus Piscatoris, od XIII wieku pierścień kuty dla każdego następcy świętego Piotra – by symbolicznie wyznaczyć kres epoki rządów Jana Pawła II.

Tak oto obwieszczono światu śmierć głowy Kościoła. Publicznemu okazywaniu rozpaczy nie było końca, wielu też wkrótce zaczęło dodawać do imion zmarłego papieża chwalebny – aczkolwiek nieoficjalny – przydomek „Wielki”, poprzednio przyznany tylko papieżom wyniesionym na ołtarze: Leonowi I (głowa Kościoła w latach 440–461), Grzegorzowi I (590–604) i Mikołajowi I (858–867). Ciało Wojtyły zostało odziane w krwistoczerwony ornat i przeniesione do Pałacu Apostolskiego, gdzie członkowie wydziałów administracyjnych i agencji kościelnych – tak zwana kuria rzymska – mogli oddać mu hołd przed przeniesieniem następnego dnia do bazyliki Świętego Piotra. Tam miał się rozpocząć dziewięciodniowy okres żałoby, novemdiales, obyczaj nawiązujący do rzymskiego rytuału novemdiale sacrum – oczyszczenia przeprowadzanego dziewiątego, ostatniego dnia uroczystości[8]. Szacuje się, że aby pomodlić się za tego powszechnie wielbionego człowieka i podziękować mu, obok jego ciała przeszło około czterech milionów pielgrzymów i trzech milionów mieszkańców Rzymu. Zdumiewające to liczby, gdy zestawić je z poprzednim rekordem: w sierpniu 1978 roku siedemset pięćdziesiąt tysięcy ludzi oglądało zwłoki papieża Pawła VI. Jan Paweł II pozostawił zalecenie, aby jego mowa końcowa – o ile do tego czasu już umrze i nie będzie w stanie samodzielnie jej wygłosić – została odczytana przez substytuta do spraw ogólnych Sekretariatu Stanu, arcybiskupa Leonarda Sandriego. Trzeciego kwietnia, w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, w trakcie nabożeństwa na placu Świętego Piotra Sandri odczytał ostatnie słowa Jana Pawła II, poświęcone pokojowi, przebaczeniu i miłości. Wierni usłyszeli: „Ludzkości, która czasem jawi się jako zagubiona i przytłoczona siłami zła, samolubstwa i strachu, Zmartwychwstały Pan przynosi dar. To miłość, która przebacza, jedna i otwiera serca na nadzieję. Ta miłość przemienia serca i niesie pokój”[9].

Nie najłatwiejsza to postawa do naśladowania.

Nie było czasu do stracenia. Tradycja interregnum wymagała, aby pogrzeb odbył się między czwartym a szóstym dniem po śmierci papieża. Z tego względu termin wyznaczono na piątek 8 kwietnia. Z podobnych przyczyn konklawe, podczas którego miano wybrać następcę Jana Pawła II, musiało nastąpić nie wcześniej niż piętnaście i nie później niż dwadzieścia dni po śmierci ojca świętego, dlatego rozpoczęcie obrad kardynałów wyznaczono na 18 kwietnia.

Watykan podjął przygotowania do pogrzebu z iście aptekarską dokładnością. Zadanie przewodniczenia uroczystościom przypadło Josephowi Ratzingerowi jako dziekanowi Kolegium Kardynalskiego, który choć nie ma władzy nad innymi kardynałami, to „uchodzi za pierwszego pośród równych”[10]. W tym przypadku tak się na dodatek złożyło, że człowiek na tym stanowisku przez dwadzieścia cztery lata był również prawą ręką polskiego ojca świętego. Jana Pawła II z racji jego podróży po całym świecie i odwiedzin stu dwudziestu dziewięciu krajów nazywano Papieżem Pielgrzymem; przemierzył więcej kilometrów niż wszyscy łącznie poprzedni papieże w dziejach Kościoła liczących dwa tysiące lat, co właściwie gwarantowało, że przywódcy państw, koronowane głowy oraz dygnitarze z całego świata będą obecni podczas uroczystości pogrzebowych, w otoczeniu tłumów katolickich wiernych. Niewiele razy wcześniej w dziejach zebrało się bardziej różnorodne zbiorowisko, a wiele zwaśnionych narodów pojednało się ze względu na wzajemny szacunek do zmarłego papieża. Książę Karol przełożył swój ślub z Camillą Parker Bowles, żeby uczestniczyć w pogrzebie obok brytyjskiego premiera Tony’ego Blaira oraz Rowana Williamsa, arcybiskupa Canterbury. Widziano, jak amerykański prezydent George W. Bush wymienia uścisk ręki z Jacques’em Chirakiem, prezydentem Francji, zapamiętałym przeciwnikiem wojny w Zatoce Perskiej, a sekretarz generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych Kofi Annan czuwa ramię w ramię obok byłych prezydentów Billa Clintona i George’a H.W. Busha. Izraelski prezydent Mosze Kacaw gawędził z syryjskim przywódcą Baszarem al-Asadem i wymienił z nim uścisk dłoni, podobnie jak z prezydentem Iranu Mohammadem Chatamim, aczkolwiek Chatami później gorliwie wypierał się takiej interakcji. To miał być największy pogrzeb papieski w dziejach Kościoła katolickiego; ponad dwa miliardy ludzi na całym świecie włączyły odbiorniki telewizyjne, by obejrzeć transmisję na żywo, a milion z nich widziało to na dużych ekranach porozstawianych specjalnie w tym celu po całym Rzymie.

Uroczystości rozpoczęły się od zamkniętego dla szerszej publiczności nabożeństwa dla zmarłych wewnątrz bazyliki Świętego Piotra, w którym uczestniczyli członkowie Kolegium Kardynalskiego oraz dziewięciu patriarchów katolickich Kościołów Wschodnich, którzy choć odprawiają inną liturgię i mają własne struktury administracyjne, to tworzą z papiestwem jedną wspólnotę wyznaniową. Ciało zmarłego ojca świętego spoczywało w trumnie z drewna cyprysowego, co stanowi wielusetletnią tradycję i symbolizuje nieśmiertelność i ludzki wymiar papiestwa. Później została złożona do trumny cynkowej, którą po szczelnym zamknięciu wkłada się do trumny z drewna orzechowego, co podkreśla odpowiednio doniosłość śmierci papieża i jego wysoką pozycję. Wewnątrz cyprysowej trumny umieszczono zapieczętowany dokument, protokolarnie wymieniający cały dorobek pontyfikatu Jana Pawła II, a obok – „trzy torebki, każda zawierająca pamiątkowe medale, które co roku były wybijane z okazji kolejnych rocznic pontyfikatu, oraz monety watykańskie z wizerunkiem Jana Pawła II”[11], po czym jego twarz i dłonie zasłonięto białym jedwabnym welonem. Po zakończeniu uroczystości zamknięta już trumna została zabrana przez dwunastu mężczyzn ze szlachty Jego Świątobliwości – są to osoby świeckie, dawniej zwane papieskimi podkomorzymi, ze szlachetnych rzymskich rodzin, które od stuleci służyły głowie Kościoła jako dworzanie. Towarzyszył im niespieszny orszak śpiewający hymny; wszyscy zdążali na plac Świętego Piotra, gdzie miały się rozpocząć oficjalne uroczystości pogrzebowe.

Wielu doszło do przekonania, że to właśnie zachowanie kardynała Ratzingera podczas tego trzygodzinnego wydarzenia zapewniło mu później miejsce na tronie Piotrowym. W swojej homilii, co rusz przerywanej rzęsistymi oklaskami tłumów, przez długi czas mówił – „językiem ludzkim, nie metafizycznym”[12] – o życiu Jana Pawła II od dzieciństwa w Polsce aż po jego ostatnie chwile w Rzymie. Gdy Ratzinger wspominał jedno z ostatnich publicznych wystąpień papieża, usiłował stłumić łzy, a jego zazwyczaj beznamiętny i skrajnie ceremonialny głos załamał się. Dla wszystkich obecnych było to wspaniałe, zaskakująco emocjonalne wystąpienie.

Gdy pogrzeb papieża dobiegł końca, a kolumny samochodów i śmigłowce z dygnitarzami zaczęły opuszczać Rzym, tłum zaczął skandować: santo subito! („natychmiast święty!”). Wkrótce wyczerpanie wzięło górę nad wszystkim innym; ludzie zbyt strudzeni, by podjąć drogę powrotną do domów, kładli się spać na ulicach Wiecznego Miasta. Rozmowy wewnątrz Watykanu i w mediach na całym świecie skupiły się teraz na tym, kto może zastąpić Jana Pawła II, złożonego już zgodnie z jego wolą w „gołej ziemi” w krypcie w podziemiach bazyliki Świętego Piotra[13].

ZAGADNIENIA STOJĄCE PRZED ELEKTORAMI

W tamtym momencie zostało już tylko dziesięć dni do chwili, kiedy stu piętnastu kardynałów, zgromadzonych w Rzymie na okoliczność pogrzebu Jana Pawła II, miało zostać odseparowanych od świata na czas konklawe, by dokonać wyboru nowego papieża. Wreszcie mogły na poważnie rozpocząć się pierwsze kuluarowe rozmowy o kandydatach uważanych za faworytów – niejawne, jako że otwarte agitowanie jest surowo wzbronione. Z dyplomatycznego punktu widzenia wymagało to ekwilibrystycznych zabiegów, a wszystko należało prowadzić ostrożnie, tak aby uniknąć budzącego postrach prawa Pignedolego. Zasada ta, powszechnie uznawana w Watykanie, została sformułowana przez George’a Weigla z waszyngtońskiego Ośrodka Zasad Etycznych i Porządku Publicznego (Ethics and Public Policy Center), a nazwę swą zawdzięcza kardynałowi Sergiowi Pignedolemu, mocno typowanemu przez prasę na zwycięzcę konklawe z 1978 roku, na którym ostatecznie wybrano Jana Pawła II. Zgodnie z powyższą zasadą „szanse kandydata na zostanie papieżem maleją wprost proporcjonalnie do liczby wzmianek o nim w prasie jako o papabile [nieformalne określenie kardynałów postrzeganych jako potencjalni przyszli papieże]”[14]. Teoretycznie wszyscy kardynałowie uczestniczący w konklawe są kandydatami, których można wziąć pod rozwagę. Jednak za ową pozorną prostotą mechanizmu kryje się bezlik odmiennych poglądów teologicznych i politycznych, a to z kolei oznacza, że wybór następcy, który zasiądzie na tronie Piotrowym, bynajmniej nie należy do łatwych. Tak to wyglądało przez minione siedemset dwadzieścia dziewięć lat, od czasów pierwszego konklawe zwołanego w 1276 roku.

W 1271 roku po całkowitym pacie i niemal trzyletnim okresie interregnum na papieża wybrano Grzegorza X, który rozpoczął wypracowywanie formatu mającego uprościć proces elekcyjny. W ramach reformy od kardynałów wymagano pozostania na konklawe aż do ostatecznego rozstrzygnięcia, a po pięciu dniach impasu ich racje żywnościowe redukowano wyłącznie do chleba, wody i wina. Niestety pomimo wysiłków, by wprowadzić te zmiany po śmierci Grzegorza X – co nastąpiło 10 stycznia 1276 roku – górę wzięły rozgrywki polityczne i w wyniku konfliktu wewnętrznego w kolejnych latach pojawiło się czterech papieży, a także trzy ponaddwuletnie okresy interregnum (1292–1294, 1314–1316 i 1415–1417). Musiały minąć całe stulecia – do wyboru Piusa VIII na głowę Kościoła w 1831 roku – by konklawe przestały trwać dłużej niż tydzień. Wszystkie spotkania poza jednym odbywały się w Rzymie, co być może w największym stopniu wpłynęło na całkowitą hegemonię Włochów w papieskich wyborach od roku 1523 aż po wybór Polaka Jana Pawła II w roku 1978, dominację Europejczyków zaś – aż do 2013 roku, kiedy papieżem został Argentyńczyk.

Okazane przez milion żałobników serdeczność i sympatia do Jana Pawła II na jego pogrzebie niejednego mogłyby doprowadzić do błędnego przekonania, że Kościół katolicki jest w lepszej kondycji niż kiedykolwiek. Brutalna prawda jednak wyglądała inaczej; Kościół w coraz większym stopniu był na bakier ze współczesnością i społeczeństwem i najwyraźniej nie potrafił znaleźć sposobu nawet nie tyle na wskazywanie drogi wyznawcom na całym świecie, ile zwyczajnie na dotrzymywanie kroku w ich codzienności. Jan Paweł II wspaniale trafiał do serc wiernych i pod tym względem jego pontyfikat był wyjątkowy, niemniej jednak malejąca w wielu krajach liczba osób, które uczęszczają do kościoła, dowiodła, że to nie wystarczało, aby Kościół zachował swoją pozycję. Michael J. Lacey, współautor książki The Crisis of Authority in Catholic Modernity [Kryzys autorytetu we współczesnym świecie katolickim], napisał, że Kościół katolicki cierpi na „ukryty kryzys autorytetu [...]. Laikat najwyraźniej uczy się na błędach i radzi sobie, nie oczekując zbyt wiele od Rzymu czy od lokalnych ordynariuszy”[15]. Co Kościół miałby zrobić, aby rozwiązać te problemy?

A te tylko przybrały na sile w wyniku afery związanej z molestowaniem seksualnym przez księży, która uderzyła w Kościół w 2002 roku i wstrząsa nim po dziś dzień. Watykan żarliwie bronił sposobu, w jaki Jan Paweł II radził sobie ze zgłaszanymi Kościołowi przypadkami molestowania; w 2014 roku utrzymywano na przykład, że polski papież nie rozumiał stopnia zaawansowania tego „raka”, ponieważ „czystość” jego umysłu i myśli powodowała, że cała sytuacja wydawała mu się „niewiarygodna”[16]. Skandal jednak spędzał sen z powiek zgromadzonym kardynałom i – jak opisuje to David Gibson, uznany katolicki pisarz i dziennikarz – „gniew w związku z tą aferą sięga głębiej niż same nadużycia seksualne [...] i skupia się przede wszystkim na nadużyciach władzy, która pozwoliła na niekontrolowany wysyp takich występków przez tyle lat, a nawet dekad. W tym sensie skandale na tle seksualnym były oznaką potężniejszego kryzysu w Kościele, związanego z tym, jak władza – i siła, którą ta władza zapewniała – była wykorzystywana w Kościele za czasów Jana Pawła II”[17].

Obok tych kluczowych zagadnień kardynałowie obecni w Watykanie przedstawili kłopoty charakterystyczne dla ich regionów, między innymi „zeświecczenie Europy Zachodniej, globalizacja islamu, pogłębiająca się przepaść pomiędzy bogatymi z Północy i biednymi z Południa oraz zachowanie równowagi w kierowaniu Kościołem pomiędzy centrum a peryferiami”[18].

Na podstawie pozytywnego zainteresowania mediów, które towarzyszyło pogrzebowi polskiego papieża, ktoś mógłby pochopnie uznać, że fala powszechnego współczucia stwarzała Kościołowi wymarzoną okazję, by przeprowadzić reorganizację i stawić czoła wadom instytucjonalnym. W wewnętrznych kręgach opinie kształtowały się jednak zupełnie inaczej. Sądzono, że wyzwania stojące w przyszłości przed Kościołem są tak ogromne, że radykalne zmiany na tym etapie nie mogą rozstrzygnąć kwestii spornych, z którymi muszą się mierzyć kardynałowie z Zachodu i z państw rozwijających się, zwłaszcza że należało kontynuować dzieło Jana Pawła II, ujmującego i inspirującego trybuna ludowego. Zadanie to było zbyt trudne, a większość kardynałów uznała, że potrzeba człowieka pewnego, wiernego zasadom, któremu można by powierzyć losy Kościoła. Należało również doprowadzić do płynnej, spokojnej przemiany, aby zaradzić problemom, które mogły bezpowrotnie zniszczyć Kościół. Pozostawało już tylko jedno pytanie: czyje to będą ręce?

KANDYDACI

Kiedy napięcie związane z konklawe zaczęło rosnąć, Watykan wykonał bezprecedensowy krok, wprowadzając ciszę medialną od 8 kwietnia aż do rozpoczęcia obrad. Abstrahując od niedorzeczności takiego kroku – wszak sam proces wyboru papieża był tajny – wielu uznało to za irytującą ingerencję słynnego watykańskiego obrońcy rytuałów i doktryny, prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kardynała Ratzingera. Tak naprawdę jednak była to próba wyrównania szans kardynałów spoza Włoch, a nawet szerzej, spoza krajów anglojęzycznych, zwłaszcza tych z Afryki, Ameryki Południowej i Azji. Ci ostatni mieli poczucie, że są w gorszej sytuacji niż kardynałowie z Europy i Ameryki Północnej, którzy otrzymują nieproporcjonalnie więcej czasu antenowego i mogą wtedy przedstawiać swoje poglądy na kwestie nurtujące Kościół.

Pochodzenie 115 kardynalskich elektorów podczas konklawe w 2005 roku

Europa Zachodnia

26 (23%)

Europa Wschodnia

12 (10%)

Włochy

20 (17%)

Afryka

11 (10%)

Ameryka Łacińska

20 (17%)

Bliski Wschód i Azja

10 (9%)

Ameryka Północna

14 (12%)

Australia i Nowa Zelandia

2 (2%)

Jak można się było spodziewać, blokada informacyjna nie zapobiegła temu, że do gazet trafiały plotki; wielu kardynałów podkreślało jednak dyplomatycznie, że w okresie poprzedzającym konklawe nie ma oczywistego faworyta. Mimo to pojawiało się sporo spekulacji na temat różnych kandydatów reprezentujących zarówno frakcję konserwatywną, jak i postępową. Większość komentatorów żywiła przekonanie przede wszystkim co do tego, że po dwudziestosześcioletnim pontyfikacie Jana Pawła II nowym papieżem zapewne nie zostanie człowiek młody, a to zapewni znacząco krótsze panowanie niż w przypadku Polaka (aczkolwiek niewielu chyba spodziewało się, jak krótki będzie to okres). Pisarz Paul Collins zauważył: „osłabiony lub wręcz niedołężny ojciec święty, niepotrafiący zdobyć się na rezygnację z urzędu, mógłby doprowadzić Kościół do ogromnego kryzysu ustrojowego. Przy obecnie obowiązujących zasadach nikt nie może odsunąć papieża od władzy”[19]. Rządy Jana Pawła II w Kościele charakteryzowały autokratyzm i centralizm, poszczególnym biskupom czy przełożonym zakonów religijnych nie pozwolono za zbyt dużą samodzielność. Gdy stan zdrowia papieża się pogarszał, Kościół miał ograniczoną możliwość działania w palących kwestiach. Pozostawał w stanie zawieszenia, niezdolny do podejmowania jakichkolwiek ważkich decyzji, „wobec pomijania ważnych problemów zmuszony maszerować w miejscu, [oczekując tylko] zgonu papieża”[20].

Jan Paweł II mianował więcej kardynałów (dwustu trzydziestu jeden) niż którykolwiek ojciec święty przed nim, ustanowił też rekord w jednorazowej liczbie nominacji kardynalskich – w lutym 2001 roku mianował czterdziestu czterech nowych purpuratów naraz, co wielu obserwatorów uznało za próbę zabezpieczenia spuścizny poprzez wybór duchownych podzielających jego teologiczne poglądy oraz przekonanie co do tego, w którą stronę powinien pójść Kościół po jego śmierci. Niedługo później, bo już w 2003 roku, doszło do powołania kolejnych trzydziestu kardynałów. Grupa purpuratów wybranych osobiście przez Jana Pawła II i wciąż na tyle młodych, aby mieć prawo głosu podczas konklawe – po osiemdziesiątym roku życia kardynałowie tracili ten przywilej – liczyła sto trzynaście osób. Choć nie wszyscy zostali wykształceni w duchu Jana Pawła II jako tradycyjni konserwatyści z wrażliwością na ludzi ubogich, pozbawionych podstawowych praw i warunków życia, to stanowili tak przytłaczający odsetek, że w chwili przystąpienia do głosowania wielu uczestników czuło na plecach długi cień papieża Polaka.

Owe dziewięć spotkań zwanych konsystorzami, podczas których Jan Paweł II powołał dwustu trzydziestu jeden nowych kardynałów, odbyło się w ciągu dwudziestu czterech lat i pozwoliło rozwinąć się wielu odmiennym poglądom. A w wielkim uproszczeniu – umożliwiło powstanie dwóch przeciwstawnych obozów we współczesnym Kościele.

KONSERWATYŚCI

To grono kardynałów w całości wykrystalizowało się przede wszystkim z powodu silnej wiary w nauki Jana Pawła II i w Kościół papocentryczny, a także w nadziei na to, że to oni będą kontynuować dzieło Polaka, gdy jego już zabraknie. Uważali, że „katolicyzm musi coraz częściej stawać przeciwko powszechnej kulturze postmodernistycznej” i że „istnieje realne niebezpieczeństwo, iż wielu katolików, w tym również księży i teologów, będzie poważnie zagrożonych sekularyzmem i relatywizmem”[21]. Zasadniczo rzecz biorąc, wszyscy kandydaci konserwatywni silnie wierzyli w to, że doktryny nie należy modyfikować tylko po to, by dostosować Kościół do zmieniającego się społeczeństwa.

JOSEPH RATZINGER, KARDYNAŁ NIEMIECKI (78 LAT)

Długie lata prawa ręka Jana Pawła II, przez wielu uważany za naturalnego następcę polskiego papieża. Kardynał Joseph Ratzinger od początku uchodził za faworyta.

Spośród stu piętnastu kardynałów, którzy mogli głosować w trakcie konklawe, Ratzinger był raptem jednym z dwóch, których Jan Paweł II nie mianował osobiście. Jednak jeszcze kiedy obaj byli kardynałami, wytworzyła się między nimi silna więź. Ratzinger sam opisywał to w następujący sposób: „Zaraz jak [Wojtyła] został papieżem, postanowił wezwać mnie do Rzymu i powołać na funkcję prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Miał w stosunku do mnie wielkie, bardzo serdeczne i głębokie zaufanie. Jako do gwaranta, iż w sprawach wiary podążamy właściwym kursem”[22]. Na czele kongregacji stał od 1981 roku, stając się dla Jana Pawła II strażnikiem doktryny – prasa nazywała go „rottweilerem Boga”, a koledzy w koloratkach „pancernym kardynałem” (Panzerkardinal) – a także jedną z najbardziej wpływowych postaci w Watykanie. Obaj duchowni podzielali dogmatycznie konserwatywne poglądy, łagodzone wrażliwością społeczną na ludzi ubogich i defaworyzowanych społecznie.

Oficjalnym zadaniem KNW, instytucji założonej w 1542 roku – i zapewne lepiej znanej pod swoją pierwotną nazwą, która brzmi: Święta Kongregacja Rzymskiej i Powszechnej Inkwizycji – było „upowszechnianie i obrona doktryny wiary i związanych z nią tradycji w całym katolickim świecie”[23]. Świat cokolwiek jednak uległ zmianom od XVI wieku oraz czasów herezji i inkwizycji. Ostatni sobór powszechny, który odbył się w latach 1962–1965 (znany jako sobór watykański II), zdołał „[przeciągnąć] Kościół katolicki, mimo krzyków i wierzgania w wykonaniu części jego przedstawicieli, z początków XIX wieku do połowy dwudziestego [...] [i otworzył go] na współczesny świat [...], by mógł z nim wejść w poważny, choć krytyczny dialog”[24]