Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 217 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Panny roztropne - Magdalena Witkiewicz

Milaczek nieustająco szuka miłości... i są na nią widoki! Jej wybranek ma długie włosy, zna się na komputerach i lubi Milenkę.
Zofia Kruk realizuje swoje fantazje, a hartu ducha, energii, a także figury pozazdrościłaby jej niejedna dwudziestka! Do mieszkania pod lasem wprowadza się pewna gimnastyczka czy to możliwe, że prowadzi tam dom publiczny? Co na to Parys Antonio?
Wścibscy sąsiedzi, niewierny narzeczony, miłość, panny i konwenans - Magdalena Witkiewicz kolejny raz tworzy koktajl prawdziwych emocji doprawiony sporą dawką pikantnego humoru i mnóstwem celnych obserwacji. Drugie spotkanie z ukochanymi bohaterami dostarczy wam tyle samo uśmiechów co refleksji! Niebawem trzecia

część, a w niej coś niecoś o młodych matkach, smoczkach, bachorach, rykach i romansach!

Opinie o ebooku Panny roztropne - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Panny roztropne - Magdalena Witkiewicz

Mateuszkowi,

temu, który w brzuchu siedział, gdy jego mama pod kapliczką za dwuletnią Lilianką ganiała.

Lecz o północy rozległo się wołanie: Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie! Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną. (Mt 25,6-8)

PANNY ROZTROPNE I NIEROZSĄDNE

Parys Antonio nie lubił baterii R20 firmy Duracell. Choć w to, że bateria innej firmy by mu smakowała, również szczerze powątpiewał. Minę miał wielce zdegustowaną i z wyrzutem w swoich arystokratycznych psich oczach patrzył na Zuzannę Wolicką, z której tornistra baterię tę wyciągnął.

Zuzanna Wolicka, Bachor spod jedynki, przecudnej urody panna, lat prawie osiem, żywiołowo opowiadała coś swojej „najdroższej Zosieńce”, przyjaciółce od serca, starszej od niej, bagatela, ponad osiem razy.

– Zosieńko, bo wiesz, trzeba czuwać, bo nie znasz ani dnia, ani godziny! – opowiadała, z przejęciem potrząsając jasnymi lokami. – Wszystko może się zdarzyć! Wszystko! Naprawdę!

Pani Zofia Kruk z niepokojem pomyślała o Staszku, nowym, niezupełnie młodym mężu, i o swoim sercu, liczącym już sześćdziesiąt pięć lat. Niekoniecznie zupełnie zdrowym. O właśnie, trzeba zobaczyć w kalendarzu, kiedy ma wizytę u kardiologa...

– Nie znasz dnia ani godziny... – szepnęła przerażona.

– Nie znasz, Zosieńko, nie znasz – powtórzył przejęty Bachor. – I dlatego musisz mieć oliwę. – Spojrzał z wyrzutem na psa. – Parys, nie żryj baterii! Normalnie wszystko żre – stwierdził zmartwiony. – Wiesz, Zosieńko, czego się dowiedziałam?

Zosieńka nie wiedziała, czy dopytywać dalej o dzień i godzinę, której nie zna, czy o oliwę, którą musi mieć, czy wysłuchać najnowszych wieści na temat Parysa Antonia. Znała Bachora już jakiś czas i myślała, że nic nie jest w stanie jej zaskoczyć, a jednak...

– Oliwę?

– Zosieńko, czy ty mnie słuchasz? – Zuza spojrzała zatroskana na Zofię. – Parys, wypluj to świństwo i nie grzeb mi w tornistrze! – krzyknęła, wyjęła kanapkę i rozwijając papier, mówiła dalej: – Otóż, Zosiu, dowiedziałam się, że właściciele Parysa chcieli go oduczyć tego jedzenia. Wiesz, bo on zżera normalnie wszystko. Albo chociaż próbuje! No i oni kupili książkę o wychowaniu psów. I wiesz, co się stało?

– Nie wiem, Zuzanko – odparła Zofia, wzdychając ciężko.

– No jak to nie wiesz? On tę książkę zeżarł! – Bachor wybuchnął perlistym śmiechem. – Wyszli z domu, a jak wrócili, przeżuwał okładkę, a z pyska smętnie mu zwisał tytuł! No i zwątpili. Ale ja nie o tym chciałam. O czym ja mówiłam?

– O oliwie, Zuzanko. – Zofia Kruk była coraz bardziej zdezorientowana, aczkolwiek oczyma wyobraźni ujrzała Parysa przeżuwającego okładkę książki o wychowaniu psów i zrobiło jej się całkiem wesoło. Pogłaskała psa, który teraz siedział z nosem w jej torebce. Nie znalazł tam jednak niczego prócz gumy do żucia.

– No o oliwie mówiłam! Bo wiesz, Zosieńko, postanowiłam być panną roztropną!

Gdyby Zofia nie siedziała na ławce pod blokiem numer dwadzieścia dziewięć, na pewno by usiadła. Siłą powstrzymywała śmiech. Bardziej roztropnej panny niż Zuza chyba nie znała. Chociaż...

– Ależ Zuziu, ty zawsze byłaś panną roztropną! – wykrzyknęła szczerze.

– Nie, ja nią jestem dopiero od dzisiaj! Bo tu chodzi o tę oliwę! I wiesz, tata mówił, że w dzisiejszych czasach zwykłe baterie wystarczą. Ja mam akumulatorki.

– Po co ci baterie? – zapytała pani Zofia z ciekawością.

– By być gotową na przyjście oblubieńca! – wykrzyknęła Zuza. – Jak nie będę miała baterii czy latarki, to te inne wredne baby mi nie pożyczą, tylko same pójdą czekać na oblubieńca! Bo baby potrafią być bardzo wredne, wiesz?

Zofia Kruk nie była w stanie pohamować śmiechu. Zaczęła rechotać całkiem głośno. Bachor poczuł się urażony.

– No wiesz, Zosiu! – Popatrzył na nią z wyrzutem. – Ty nic nie rozumiesz. Byliśmy z tatą w Malborku. Na zamku. Pięknie! Zosieńko, byłaś tam kiedyś?

– Oczywiście, że byłam – przytaknęła Zofia, choć w gruncie rzeczy chyba ponad dwadzieścia lat temu.

– A! To pewnie pamiętasz, że one tam są! Panny roztropne i nieroztropne! – ożywił się Bachor. – Tata mówił, że te roztropne są zawsze przygotowane na wszystko i mają oliwę do lamp. Wiesz, Zosiu – westchnęła – myślałam, że to taka oliwa z oliwek jak do sałaty, ale tata powiedział, że mogą być baterie. No to mam latarkę i zapasowe baterie, ale teraz Parys mi je obślinił. – Spojrzała na psa kończącego kanapkę z ziołowym serkiem topionym. – Zosieńko, a czy ty jesteś panną roztropną?

Zofia Kruk nie wiedziała. Panną nie była – to pewne, z roztropnością nie było najgorzej, przynajmniej do tej pory... Z egzystencjalnych rozterek wybawiła ją Milena, która zajechała właśnie na rowerze przed dom. Przed wyjazdem w podróż poślubną do Afryki Zofia chciała jakiejś pannie roztropnej przekazać instrukcje dotyczące podlewania kwiatów. Milena była pod ręką. Czy była panną roztropną – miało się dopiero okazać.

***

Przynależność Aleksandry Pieczki do określonej grupy panien też jeszcze była zagadką.

Na razie Aleksandra Pieczka wykazywała się dużą cierpliwością i wyrozumiałością. Ale do czasu.

Nadszedł oto dzień, kiedy jej cierpliwość się skończyła i Aleksandra przestała być wyrozumiała dla różnorakich wybryków otaczających ją ludzi, a w szczególności wybryków indywiduum przypominającego Hugh Granta, określanego jako miłość jej życia. Tego dnia odwiedziła toto indywiduum w jego biurze na dziesiątym piętrze i nakryła je na słodkim tête-à-tête z równie słodką długonogą blondynką.

Aleksandra Pieczka nawet nie zdążyła się zdenerwować.

Upuściła styropianowe pojemniki z obiadem na beżową wykładzinę (bo jako panna do tej pory zdecydowanie roztropna dbała o wikt i opierunek owego indywiduum), odwróciła się mechanicznie w stronę drzwi i pojechała do domu. Drogi nie pamiętała. Nie pamiętała również, w jaki sposób spakowała wszystkie walizki należące do mężczyzny jej życia i wystawiła je za drzwi. Potem jak w amoku posprzątała całe mieszkanie tak dokładnie, jakby chciała zatrzeć ślady jakiejś straszliwej zbrodni. Nie zdejmując żółtych gumowych rękawiczek, położyła się na kanapie i zasnęła. Ocknęła się dopiero nad ranem, gdy czarny pies rodziców, który był tymczasowo u niej na przechowaniu, zaczął lizać ją po twarzy, domagając się spaceru.

Włożyła dres, adidasy i wybiegła z domu. Za nią podążył merdający ogon przyczepiony do czarnego psa. Walizek na korytarzu już nie było. To, czy ktoś je ukradł, czy zabrało je indywiduum, do którego należały, Aleksandry zupełnie nie interesowało.

***

Aleksandra Pieczka wiedziała już, co robić. Dwa tygodnie intensywnie przepłakała wtulona na przemian to w psa swoich rodziców – Ziutka, to w przyjaciela geja – Macieja Filipiaka.

Decyzję podjęła, gdy leżeli pod jedną kołdrą, zajadając się piekielnie ostrym kurczakiem przyniesionym przez Maćka, i oglądali Sopot Festival.

Zacznie życie od nowa.

A przynajmniej weźmie sobie urlop.

Pojedzie gdzieś, gdzie będzie zwykłą Olą, a nie Pieczką. Aleksandrą Pieczką. Nad morze, nad polskie morze. W Jastarni jej się podobało, ale była tam z mężczyzną, o którym chciała zapomnieć... Zdecydowanie woli większe miasto. Gdańsk będzie znakomity.

PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA

Pewnego pięknego dnia Milaczek obudził się, głośno westchnął i stwierdził, że piosenka grupy „The Stranglers” „Always the Sun” nie kojarzy jej się już z Dentystą, byłym narzeczonym. Był to niesamowity przełom w jej życiu uczuciowym. A także, prawdę mówiąc, muzycznym.

Mogła wysłuchać tej piosenki w całości, nie płacząc rzewnymi łzami. To niewątpliwy postęp. Była z siebie bardzo dumna.

Świat zaczynał nabierać różowych kolorów. Do tego wczoraj – nie wiadomo dlaczego – dostała prezent od Jacka, sąsiada spod jedynki, tatusia uroczego Bachora.

Siedziała, czytając po raz tysięczny najlepsze i sprawdzone lekarstwo na chandrę – „Błękitny zamek”, i doszła do wniosku, że nie tak wiele lat dzieli ją do Joanny Stirling, dwudziestodziewięcioletniej starej panny. No, tamta była chuda. Bo nie ma książek o grubych. Są tylko książki o takich, co im się wydaje, że są grube. I gdyby Milena była chuda, nie byłoby ryzyka staropanieństwa. Z pewnością. Bridget Jones, phi, sześćdziesiąt kilo. Gdyby ona ważyła sześćdziesiąt kilo, to skakałaby pod niebo z radości.

I właśnie te rozmyślania na temat staropanieństwa i tuszy przerwał jej Jacek, którego – o tym wprawdzie Milena nie wiedziała – przed dwoma minutami wypchnął z domu Bachor, rozkazując, by wreszcie dał Milaczkowi prezent, który zrobił. A raczej nagrał. Dokładniej mówiąc – „spiracił”.

– Jacek! – krzyknęła zaskoczona. – Myślałam, że to znowu ktoś po prośbie.

– Cześć. Ja nie po prośbie, wręcz przeciwnie, coś ci przyniosłem. – Uśmiechnął się niepewnie i wyciągnął płytę przed siebie. – Ballady takie moje ci nagrałem. Kiedyś słuchaliśmy i ci się podobały. Urodziny miałaś jakieś?

Milena jeszcze szerzej otworzyła oczy. Nie pamiętała, aby słuchała jakichkolwiek ballad w towarzystwie Jacka. Zważywszy jednak na to, że większość ich spotkań odbywała się pod wpływem wina kadarka tudzież innych wysokoprocentowych trunków, miała prawo nie pamiętać.

– Dziękuję! – Obejrzała okładkę, na której wygląd wyraźnie miała wpływ Zuza. Wokół tytułu były narysowane drobne, różowe kwiatki i uśmiechnięte buźki. Od rysowania serduszek na okładce Bachor z trudem się powstrzymał. – Wejdź, proszę. Może kawy się napijesz? – W myślach Milena dziękowała Bogu, że po pracy nie zdążyła się przebrać w różowy dresik i wygląda całkiem jak człowiek. – Nawet ciasto upiekłam!

To przeważyło.

Jacek wszedł do mieszkania, gdzie faktycznie pachniało cukrem waniliowym.

– Serniczek – westchnął rozanielony. – Domowy serniczek!

Wraz z pierwszym kęsem Jacek przepadł. Stare powiedzenie „Przez żołądek do serca” sprawdziło się w stu procentach.

Milena nie jadła. Patrzyła tylko w rozanielone oczy Jacka i dokładała serniczka.

To był chyba pierwszy ich wspólny wieczór, kiedy do obopólnego upojenia nie potrzebowali wina. Wystarczył serniczek... Ale jaki!

Po dwóch godzinach „Serniczek Alejaki”, a raczej to, co z niego zostało, Jacek zapakował w pudełko po lodach i zabrał do domu, gdzie z żalem odstąpił swojej córce.

Córka bez żalu spałaszowała wszystko, po czym oświadczyła, że z tego przeżarcia umrze. Położyła się na podłodze i zaczęła jęczeć.

Kilka pięter wyżej Parys Antonio właśnie kończył wcinać miesięcznik „Twój Styl”. Długa noga Aleksandry Pieczki zdobiąca okładkę lipcowego numeru właśnie znikała w czeluściach jego pyska.

Pies, podobnie jak jego przyjaciółka z parteru, położył się i zaczął jęczeć. Czy z przeżarcia, czy z zafascynowania właśnie co pożartą lewą nogą Aleksandry, wiedział tylko on sam. Nikt inny.

***

Lewa noga Aleksandry Pieczki spoczywała w rozdeptanym, wełnianym kapciu w jej poznańskim mieszkaniu i miewała się całkiem dobrze. Podobnie jak druga noga oraz reszta niezbyt dużego ciała, które to siedziało wygodnie w fotelu i jadło posypany obficie solą popcorn, przełączając programy między TVN24, gdzie leciało Szkło Kontaktowe, a TVN Style, gdzie w Mieście Kobiet miał być z nią wywiad.

Zadzwonił telefon. Numer zastrzeżony.

– O tej porze? – mruknęła. – Słucham?

– Dziewczyno, zwariowałaś? – Indywiduum. Aleksandra westchnęła. Jego głos był wielce zdumiony. – Coś ty tam naopowiadała? Do jakiego cyrku?

– Telefony? O tej porze? – Aleksandra nie miała zamiaru długo rozmawiać z indywiduum, po którym już od jakiegoś czasu w szafie wisiały puste wieszaki, a które rościło sobie, nie wiadomo dlaczego, prawo do ingerowania w jej życie.

– Aj, Oleńko – kontynuowało indywiduum. – O co chodzi z tym cyrkiem? Teraz wszyscy to podchwycą. I w różnych Pudelkach jako cyrkówka będziesz! Kochanie, co się z tobą dzieje?!

Po zajściu ze słodką blondyneczką indywiduum nie było dla niej „kochaniem”. A ona dla niego tym bardziej nie była „Oleńką”. Wyłączyła zatem telefon i uśmiechnęła się do siebie.

Już widziała te nagłówki w szmatławcach: „Cyrk na koniec kariery”, „Pieczka niczym małpa w cyrku”. Co ci redaktorzy potrafią zrobić! Jeden niewinny żart, a już huczy. I dobrze, niech huczy. Aleksandra Pieczka miała to, prawdę mówiąc, gdzieś.

Właśnie odebrała maila, że Maciek znalazł jej mieszkanie w Gdańsku, i nic poza tym jej nie interesowało. No, może popcorn. Teraz mogła go jeść do woli. Co też czyniła. Żadna paskudna kariera na nią nie czekała. Tym bardziej cyrkowa.

Mniam.

PIECZKA, NIE PIECZKA – WYNAJĄĆ TRZEBA

Staszek odetchnął z ulgą, gdy wylądowali w Rębiechowie. W tym samym momencie, zaraz po sygnale, że można odpiąć pasy, uznał, że były to wakacje jego życia. Zofia wiedziała to od początku.

Jego Zosieńka.

Jego Zosieńka, piękna i opalona, również twierdziła, że były to bardzo udane wakacje. Podczas całego pobytu tylko raz pomyślała, by pójść w tango – z uroczym Masajem, który tak na nią patrzył tymi czarnymi ślepiami, ale zaraz uchwyciła wzrokiem zielone ślepia męża i w efekcie nie wkroczyła na drogę grzechu i zdrady małżeńskiej.

Nieco ją to uwierało, ale tylko do wieczora, kiedy Staszek pokazał jej, na co go stać w sypialni. Zaskoczona, już przez cały pobyt na kenijskiej plaży wpatrywała się tylko w niego, odliczając godziny do kolacji.

Jeszcze przed podróżą Staszek przeniósł przy pomocy firmy przeprowadzkowej cały swój majątek do domu Zofii i mogli wynająć mieszkanie pod lasem.

Byli nad wyraz zafascynowani sobą nawzajem i w miesiąc miodowy nie chcieli tracić czasu. Remont i wynajem zostawili więc na głowie Milaczkowi, bo Milaczek na pewno sobie poradzi.

Milaczek, siostrzenica pani Zofii, oczywiście poradził sobie z remontem. Z wynajmem też sobie zapewne poradzi, skuszony obietnicą otrzymania trzech czynszów miesięcznych „za fatygę” od ciotki.

***

– Dzień dobry. – Męski głos zastał Milenę przy porannej kawie w pracy.

– Dzień dobry – odparła Milena, biorąc duży łyk.

– Ja w sprawie ogłoszenia... Chciałbym wynająć mieszkanie. Aktualne?

Milena się ożywiła. Perspektywa wpływu większej gotówki na jej ogołocone ostatnio konto była bardzo miła.

– Tak, proszę pana, jak najbardziej! Aktualne!

– A może mi pani powiedzieć coś więcej? Bo wie pani, to dla pani Aleksandry Pieczki! – powiedział to takim tonem, jakby Milena winna była znać panią Pieczkę.

Milaczek to zbagatelizował.

– Mieszkanie jest urządzone, pralka, lodówka, kuchenka, mikrofalówka... – recytowała jednym tchem jak automat.

– Super! – przerwał jej mężczyzna. – Kiedy można je obejrzeć?

– Może być jutro o dwunastej? Najbardziej by mi pasowało... – zaproponowała Milena.

– Dobrze, będziemy jutro – potaknął rozmówca. – Będę z Aleksandrą Pieczką!

Pieczka, nie Pieczka, najważniejsze, żeby wynajęła – pomyślała Milena i wzruszyła ramionami. Czy tam będzie mieszkać jakaś Aleksandra czy inna Lukrecja, było jej wszystko jedno.

***

Milena zadzwoniła do ciotki Zofii.

– Ciociu, lokatorów jutro oprowadzam.

– O! Milaczek! – Uradowany głos ciotki Zofii wskazywał, że robiła to, co naprawdę lubiła. – Bardzo dobrze, kochanie, wynajmij to mieszkanie i z głowy!

Pani Zofia Kruk zdecydowanie nie chciała mieć na głowie niczego innego oprócz papilotów. Siedziała ze Staszkiem w łóżku i piła drinka z palemką.

Staszek nie był zdziwiony, gdy o dziewiątej rano Zofia obudziła go, podając mu rogaliki z dżemem oraz zielonego drinka. Szczęśliwy, że ma u boku żonę, i to TAKĄ, wypiłby i zjadł dokładnie wszystko, co by mu podstawiła pod nos. Drinki z palemką o dziewiątej rano, i to zielone, nie były niczym nadzwyczajnym.

***

Nadzwyczajna miała okazać się sobota, po tym jak Milena – krótko przed spotkaniem z panią Aleksandrą Pieczką i najwyraźniej jej osobistym sekretarzem, wielbicielem czy innym gachem załatwiającym wszystkie sprawy – odebrała telefon.

– Milena, słucham? – Myślała, że znowu dzwoni ten facet, aby poinformować ją, że przyjdzie z Pieczką. Aleksandrą Pieczką.

– Cześć – powiedział ktoś po drugiej stronie słuchawki.

– Cześć – odpowiedziała Milena, usiłując przypomnieć sobie, skąd zna ten głos i czy w ogóle zna. Na pewno nie należał do Pieczki, bo był to głos męski. – A z kim mam przyjemność? – zapytała, jak zwykle grzecznie.

Och, gdyby wiedziała, jaka padnie odpowiedź, zapytałaby, z kim ma nieprzyjemność, bo głos odparł:

– Mariusz mówi. – Milena zdębiała. – Słuchaj, czy mogłabyś mi wysłać te zdjęcia, które robiłaś, jak byliśmy na weselu?

– Nie – odparła spokojnie, opierając się wygodnie na krześle.

– Jak to nie? – zapytał zupełnie zaskoczony.

– Po prostu nie. – Milena uśmiechnęła się do siebie. – Poza tym – przeciągnęła się leniwie – nie mam ochoty z tobą rozmawiać. – Odłożyła słuchawkę.

Mariusz dla niej nie istniał. To po prostu były narzeczony. Niech mu będzie, dla niej – świętej pamięci.

Zabrzęczała komórka.

Mila, widząc nadawcę SMS-a, skasowała go bez czytania.

Telefon, a w szczególności zaskoczenie Mariusza, wprawiły ją w bardzo dobry nastrój. Bardzo. Na jej twarzy jeszcze długo jaśniał uśmiech.

***

W dobrym nastroju był również Parys Antonio, który zjadał kolejną stronę „Twojego Stylu”, w którym Aleksandra Pieczka wyjawiała, że marzy o tym, by tym razem zaistnieć na arenach całego świata jako akrobatka cyrkowa. Trampoliny i te sprawy.

Zanim pies zmrużył oczy, pożarł jeszcze stronę z reklamą wędlin i margaryny, co niestety tylko rozbudziło jego apetyt. Leżąc przy drzwiach wejściowych, cierpliwie czekał na powrót właścicieli, którzy to mieli szczególny dar przemiany gazetowych smakołyków w bardziej realne.

***

– Dzień dobry państwu. – Otwierając drzwi, Milena szeroko się uśmiechnęła. – Zapraszam!

– Dzień dobry – odpowiedział mężczyzna. – Maciej Filipiak, a to – popatrzył z uwielbieniem na drobną, szczupłą brunetkę – Aleksandra Pieczka.

Milena znów wygięła usta w uśmiechu. Pieczka, nie Pieczka, wynająć trzeba.

Uścisnęła gościom dłonie. Dłoń Aleksandry Pieczki była ciepła i zdecydowana, a sama Aleksandra wydawała się bardzo sympatyczna.

– O, tutaj jest łazienka, pralka, nowa zupełnie... Szafka... Wanna z prysznicem... Przejdźmy do kuchni.

– Zmywarka! – Pani Pieczka wyraźnie się ucieszyła. Wyjrzała przez okno. – Och! Las za oknem! Na spacery blisko!

Milena pokazała pozostałe pokoje, odpowiadając na wszystkie pytania potencjalnych lokatorów.

– Na dole jest miejsce parkingowe. Brama otwiera się automatycznie. Chcą państwo zejść na dół? – zapytała. – Ach! I w telewizorze można zobaczyć wejście do klatki i garaż. – Włączyła odpowiedni kanał. – To chyba wszystko. – Popatrzyła wyczekująco.

Aleksandra Pieczka, nawet nie patrząc w stronę Macieja, stwierdziła:

– Biorę.

– Ale, Oleńko, mamy jeszcze trzy do obejrzenia! – Mężczyzna był zdziwiony. – Może... Może jeszcze poczekasz?

– Maciek, na co mam czekać? Tu jest wszystko, czego potrzebuję. Bierzemy! – Uśmiechnęła się promiennie do Mileny.

Tym samym Pieczka, Aleksandra Pieczka, stała się nowym lokatorem mieszkania pod lasem.

***

Wieczorem na Gadu-Gadu Milena radośnie oznajmiła ciotce, że umowa została już podpisana, a na dodatek Zofia dostanie kasę za całe osiem miesięcy. Z góry.

Zofia Kruk bardzo się ucieszyła. Tego dnia na głowie nie miała już nawet papilotów, aczkolwiek głowa, po zielonych drinkach od samego rana, wydawała jej się ciężkawa.

„No i ta Pieczka chce się od jutra wprowadzić” – napisała Milena.

„Jaka Pieczka? Aleksandra Pieczka??????????!!!!!!!!!!!” – liczba wykrzykników i znaków zapytania po raz kolejny uświadomiła Milenie, że co jak co, ale Aleksandrę Pieczkę znają wszyscy i nieznajomość tej ważnej osoby świadczy o kompletnej ignorancji, a nawet o czymś gorszym.

Wpisała więc w Google: „Aleksandra Pieczka”.

Wikipedia o Aleksandrze Pieczce pisała w następujący sposób:

„Aleksandra Pieczka (ur. 19 stycznia 1979 w Poznaniu) – była gimnastyczka, jedna z najbardziej utytułowanych gimnastyczek sportowych. Wielokrotna złota medalistka mistrzostw świata i Europy oraz igrzysk olimpijskich, pierwsze złoto zdobyła w wieku 15 lat.

Zdobyła cztery medale olimpijskie. Mistrzyni olimpijska w ćwiczeniach na poręczach z Atlanty (1996) i Sydney (2000). Wicemistrzyni w wieloboju indywidualnym z Aten (2004). Brązowa medalistka z Sydney w wieloboju drużynowym”.

Dalej Milena już nie czytała.

Faktycznie, Aleksandrę Pieczkę winna była znać. Jak każdy.

JESSICA MARCHEWKA W ROLI KRÓLOWEJ BUŁAW, DIABEŁ, A POZA TYM RYDWAN

Jadąc do Poznania swoją srebrną strzałą, jak nazywało jej samochód indywiduum, Aleksandra Pieczka uśmiechała się, podśpiewując.

Z głośników płynęło dawno zapomniane „Wind of Change” Scorpionsów. W sumie niepotrzebnie się dziwiła, bo przecież niedawny seans tarota z Maćkiem powinien otworzyć jej oczy, ale niestety jakoś o tym zapomniała. Miłość Maćka, wieloletniego przyjaciela Aleksandry, do magii, w szczególności czarnej, była znana wszystkim. Karty tarota odziedziczył po ukochanej babci, od której się wszystkiego nauczył, i – co tu ukrywać – traktował je z wielkim szacunkiem. Często przyglądał się rozlicznym rozkładom, a z czasem pomagał w interpretacjach. Nawet babcia była zdziwiona, jak one okazywały się trafne...

Przepiękną, naznaczoną zębem czasu talię kart przechowywał z należnym szacunkiem w koronkowym woreczku zrobionym niegdyś na szydełku przez Aleksandrę, a następnie w pudełku z cedrowego drzewa. Gdyby nie alergia, która powodowała, że Maćkowi Filipiakowi na jakiś czas odechciewało się żyć, zapewne miałby już ze dwa czarne koty, które budziłyby go co rano, wpatrywałyby się w niego zielonymi oczyma z niekłamaną miłością i na pewno nie przechodziłyby przez jego drogę. Chociaż może jak własny kot przejdzie ci przez drogę, to nie jest źle?

– Ożeż! – zdenerwował się Maciek, gdy Aleksandra przemierzała jedną z gdańskich uliczek. – Ola, zawracaj. Spojrzę na mapę, może da się to jakoś objechać.

– Co znowu? Dlaczego? – Aleksandra zatrzymała się na poboczu. – O czymś zapomniałeś?

– Kot – stwierdził lakonicznie Maciek. – Czarny – dodał. – Cofnij w tę uliczkę i zawróć!

– Chyba żartujesz? – Aleksandra zmrużyła oczy i z powątpiewaniem popatrzyła na Maćka. Niestety zdawała sobie sprawę, że Maciek nigdy nie żartował w sprawach tak istotnych jak kot, i to na dodatek czarny oraz przechodzący mu przez drogę. Nie mogli trafić na nic gorszego. No, może na babę z pustymi wiadrami, ale o to w dzisiejszym, cywilizowanym świecie trudno. – Mogłeś splunąć przez lewe ramię. Na to samo by wyszło – zamruczała, bez sprzeciwu szukając innej drogi.

– Przecież nie będę pluć w twoim samochodzie – odparł. – Tu mam jakiś objazd...

– Dobra, jedziemy. – Aleksandra z powątpiewaniem przypatrywała się polnej drodze, którą wskazywał Maciej. – Ale nie wiem, czy wyjdziemy z tego cało – dodała, podskakując na piaszczystych wertepach.

– Cało byśmy nie wyszli, gdybyśmy pojechali po kocie – odparł z wyższością Maciek. – A tak mamy przynajmniej szansę.

– Jak coś się urwie, ty płacisz za serwis – mruknęła z lekka poirytowana Aleksandra.

– Płacę, płacę. Wolę zapłacić, niż przejechać po kocie. – Maciej, uspokojony już, że nie będzie musiał jechać drogą skażoną czarnym kotem, odetchnął z ulgą. – Zobacz, polna droga już się kończy, jesteśmy na głównej!

Faktycznie. Byli na głównej.

Aleksandra Pieczka niemalże zaczęła się modlić, by nie spotkali znowu czarnego kota, baby czy drabiny. Mimo wieloletniej przyjaźni z Maćkiem nie bardzo rozumiała te jego gusła. Niemniej jednak bardzo ceniła talenty Maćka w dziedzinie wróżbiarstwa, choć nie zawsze kierowała się jego wskazówkami. Wszak to on pierwszy ujrzał w kartach Diabła i Królową Buław, tę lafiryndę ciziowatą, z którą indywiduum się spoufalało.

Ech.

Trzeba było mu wierzyć.

A nie naocznie się przekonać.

Królowa Buław, phi.

Lafirynda, a nie królowa.

Phi.

***

Aleksandra odstawiła pod dom Maćka, który nie tylko wrócił z Gdańska do Poznania cały i zdrowy, lecz także obiecał, że jak panna Pieczka będzie się przemieszczała w przeciwną stronę z dobytkiem swojego życia, by odreagować stres w nadmorskim klimacie, również z nią pojedzie. No bo kto jej pomoże w przeprowadzce, jak nie on?

Maciej niewątpliwie był w tym przypadku nie do zastąpienia.

Niezastąpiona, jak by się wydawało, była również Aleksandra. Niezastąpiona dla oczekującego na nią indywiduum, które siedząc na schodach przykrytych gazetą „Harvard Business Review”, zastanawiało się, jak przekonać swoją – byłą już – dziewczynę, by puściła w niepamięć nic w sumie nieznaczący epizod z cizią lafiryndowatą i powróciła w jego stęsknione ramiona. Siedział tam już od godziny i strasznie się nudził. Nie zdecydował się jednak wyciągnąć gazety spod tyłka odzianego w niesamowicie drogie jeansy, by sobie umilić czas oczekiwania, bo bał się, że te niesamowicie drogie jeansy od razu mu się zafajdają. Stać już nie miał siły. W końcu czekał na nią od trzech godzin.

Najpierw poczuł perfumy.

Zrobiło mu się gorąco.

Sięgnął po wielki kosz kwiatów, który tego samego dnia jego sekretarka zamówiła w kwiaciarni nieopodal, otrzepał niewidzialne pyłki ze swoich lewisów i stanął na baczność w oczekiwaniu.

Wchodząc, Aleksandra Pieczka najpierw dostrzegła błysk butów, a następnie ich właściciela z trudem utrzymującego wielki jak stodoła kosz kwiatów.

– O nie – stwierdziła lakonicznie i odwróciła się w celu szybkiej ucieczki od gnębiącego ją, jak jej się wydawało, indywiduum.

– Oleńko, poczekaj! Porozmawiajmy! – wykrzyknęło indywiduum, rzucając kosz na podłogę i łapiąc Aleksandrę za ramię. – Nie odchodź. Ja proszę tylko o rozmowę!

– Popatrz, jaki grzeczny... – mruknęła Aleksandra. – O coś prosi. Koniec świata. – Głośno zaś powiedziała, złowrogo mrużąc oczy: – Słucham. Masz pięć minut.

– Oleńko... Kwiatki ci przyniosłem... Proszę... Daj się zaprosić w bardziej neutralne miejsce... Tu... Tu wszystko mi się kojarzy...

Oleńka starała się pozostać niewzruszona, ale gdy indywiduum uklękło przed nią i przytuliło do niej głowę, zmiękła.