Panny i wdowy. Tom 3 - Maria Nurowska - ebook
Opis

Kolejne pokolenia kobiet z Lechic za bezkompromisowość i wierność uczuciom płacą samotnością. Od powstania styczniowego aż do upadku komunizmu w Polsce Lechice będą świadkiem oddania i zdrady, w fascynującym splocie połączą się ze sobą wielkie namiętności i wielka historia.

W 3 tomie: koniec lat 30. XX wieku, nagła śmierć matki oraz tajemnicze zniknięcie ojca przerywają dzieciństwo Eweliny i Jana. Po wybuchu II wojny światowej rodzeństwo traci ze sobą kontakt. Jan opuszcza kraj, Ewelina pozostaje w okupowanej Warszawie. Studiuje na tajnych kompletach, przeżywa miłość. Gdy nadchodzi wyzwolenie, okazuje się, że nie dla wszystkich znaczy ono to samo…

Maria Nurowska jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in. "Hiszpańskie oczy", "Listy miłości", "Miłośnicę" – fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – "Mój przyjaciel zdrajca", "Księżyc nad Zakopanem", a w ostatnich latach "Drzwi do piekła", "Dom na krawędzi", "Wariatkę z Komańczy", "Bohaterowie są zmęczeni", "Dziesięć godzin" i "Pamiętnik znaleziony w Katyniu". Jej książki zostały wydane w 23 krajach; w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 339

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in.Hiszpańskie oczy, Listy miłości, Miłośnicę, fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – Mój przyjaciel zdrajca, Księżyc nad Zakopanem, a w ostatnich latach Drzwi do piekła, Dom na krawędzi, Wariatkę z Komańczy,Bohaterowie są zmęczeni i Dziesięć godzin. Jej książki zostały wydane w 23 krajach, w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

 

Copyright © Maria Nurowska, 2007, 2018

Projekt okładki

Julia Lew

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Korekta

Jolanta Tyczyńska

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8169-537-4

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

 

1

Susanne aż przystanęła na widok obsypanych malinami krzewów, które rosły w końcu ogrodu wzdłuż parkanu. Rzadko tutaj zachodziła, administratorka powiedziała jej jednak, że w tym roku jest malinowy urodzaj. Od wybuchu wojny nikt tych krzewów nie pielęgnował, rozrosły się więc, a wiotkie, długie gałązki splątały się ze sobą, tworząc nieprzebyty gąszcz. W zeszłym roku zebrały jedynie tyle owoców, że wyszły z tego dwa nieduże słoiki konfitur. Susanne myślała nawet, by ten zdziczały chruśniak wyciąć, a teraz, proszę, trzeba będzie wynająć ludzi do zbioru. Odgięła jedną z gałązek i zaczęła obrywać maliny. Były drobne, ale bardzo słodkie i soczyste. Nie zważając na czepiające się ubrania kolce, weszła głębiej pomiędzy krzewy. Obierała gałązki z owoców, pakując całe ich garście do ust. Sok kapał jej na brodę, wycierała ją fartuchem. Rano było pochmurno i nawet popadał deszcz, ale teraz pokazało się słońce, oświetlając parkan i zapuszczając złociste oka w plątaninę krzewów. Susanne poczuła się jak na scenie, na której nagle zapalono światła. Rozejrzała się dookoła, czy nikt jej nie obserwuje. Nigdy nie była łakoma, a mogło na to wyglądać. Wytarła ręce w fartuch, zdecydowanym ruchem rozgarnęła napierające na nią ze wszystkich stron gałęzie, te jednak otoczyły ją znowu, zupełnie jakby chciały Susanne zatrzymać siłą. Cóż to – pomyślała zniecierpliwiona, ze złością łamiąc i wdeptując w ziemię gałąź, której kolce boleśnie podrapały jej ramię. Wreszcie przykucnęła i wyczołgała się z gąszczu. Szła w stronę pałacu, poprawiając potargane włosy. Jej niezadowolenie z siebie wzrosło, gdy daleko na ścieżce zauważyła jakąś postać. Ktoś wyraźnie zmierzał w jej kierunku, a ona właśnie teraz nikogo nie chciała spotkać. Po chwili rozpoznała w nieznajomym właściciela pobliskiego majątku. Zawsze na jego widok doznawała skurczu serca, przed oczyma stawała jej scena na stacji we Wrzosowie. On i Karolina... Jej już nie ma. A on nie był już tym młodym, przystojnym kawalerzystą. Szpeciła go łysina i wyraźnie zaznaczający się brzuch. Bóg czy natura, wszystko jedno, stwarzają piękno, by je niszczyć z okrutną konsekwencją.

Sąsiad przybliżył się, a potem nagle cofnął o krok, na jego twarzy pojawiło się przerażenie.

– Jest pani ranna? – spytał.

Susanne spojrzała na czerwone plamy na fartuchu i uśmiechnęła się krzywo.

– Wracam z ogrodu, zbierałam maliny. Czas robić konfitury – dodała tonem usprawiedliwienia.

– Tak, tak – rzekł z roztargnieniem.

Stali naprzeciw siebie w milczeniu.

– Ma pan do mnie jakąś sprawę? – spytała.

Przełknął ślinę i powiedział:

– Nie powinienem tego pani mówić, ale dziś o piątej rozpocznie się w Warszawie powstanie...

Susanne odruchowo spojrzała na zegarek, była piąta piętnaście.

A więc stało się – pomyślała z rezygnacją. – To dlatego ostatnio Jaś i Ewelina mieli takie niewyraźne miny. Domyślała się, że coś przed nią ukrywają, sądziła jednak, że chodzi o jakieś konszachty Jasia z konspiracją. Ewelina musiała mieć w tym udział, mimo obietnicy, że będzie trzymała brata z dala od swoich spraw. Ale czy mogła mieć o to do niej żal? To tak, jakby się chciało zatrzymać bieg rzeki... Kiedy Jasio jechał do Warszawy, Susanne zawiesiła mu na szyi rodzinną relikwię, drewniany krzyżyk inkrustowany złotem. Na ramionach krzyżyka wyryty był napis: „Olszynka Grochowska” i data: „1831”.

– To pamiątka po twoim prapradziadku – powiedziała.

Nie wiedziała, że tymi słowami wyprawia do powstania jego praprawnuka.

Weszła do łazienki. Myjąc ręce, spojrzała w lustro i zamarła. Miała ubrudzoną twarz; wokół ust, na policzkach, nawet na czole potworzyły się jakby krwawe zacieki. Teraz zrozumiała, dlaczego sąsiad tak dziwnie na nią patrzył. Ona też nie mogła oderwać wzroku od lustra. Ta twarz starej kobiety o siwych, potarganych włosach, twarz cała we krwi była jak zła wróżba.

Umyła się i doprowadziła do porządku fryzurę. Zajrzała do kuchni, nikogo jednak nie było. Pelasia nie wróciła jeszcze ze wsi, ostatnio często tam chodziła i dla Susanne było całkowicie jasne, jaki jest tego powód. Kucharka przesiadywała u wdowy Wałkowej. Można się było z nią porozumieć jedynie przed obiadem, potem miało się już z tym duże trudności. Kucharka trzaskała garnkami, wszyscy w pałacu wiedzieli, że zbliża się czas kolacji. Nie trzeba było uderzać w gong. Zwyczaj ten został zresztą zaniechany już wcześniej, kiedy Susanne przywiozła do Lechic Jana. Bał się tego dźwięku, musiał mu się kojarzyć z czymś mało przyjemnym. Chował głowę w ramionach, a w jego oczach pojawiała się panika. Susanne wydała zakaz używania gongu, początkowo nie był on jednak przestrzegany, szczególnie po południu, kiedy kucharka zdążyła już zażyć odpowiednią dawkę samogonu, Su­sanne musiała wynieść więc to urządzenie na strych. ­Weszła na stołek i odczepiła zaśniedziałą, mosiężną tarczę, która wisiała tutaj od niepamiętnych czasów. Wszystkiego ubywa – pomyślała przy tej okazji z melancholią.

Przechodząc przez hall, zawahała się, czyby nie wstąpić do kaplicy. Przecież wybuchło powstanie, należało pomodlić się za jego pomyślność. Ale... nie zachodziła do kaplicy od czasu pogrzebu Jana. Uważała, że skoro pogwałciła prawa boskie, nie może się do Boga z niczym zwracać, jej prośby nie mogą być wysłuchane. Kiedy poszła do księdza w sprawie pogrzebu, spytał, jaką śmiercią umarł Jan.

– Taką, jaką się umiera w czasie wojny – odrzekła.

Proboszcz przyjrzał się jej uważnie.

– Po okolicy krążą plotki, że zmarły sam podniósł na siebie rękę.

Susanne wytrzymała spojrzenie księdza.

– To zły los podniósł rękę na tego biedaka. Bóg musi mu wybaczyć.

– Bóg nie wybacza tym, co wchodzą w Jego kompetencje – powiedział duchowny twardo.

– To był chory umysłowo człowiek. A taki chory stoi ponad każdym prawem, nawet boskim.

– Może pani przysiąc, że zmarły nie wiedział, co czyni?

– Mogę – odparła wolno.

Weszła do kaplicy i uklękła na klęczniku naprzeciw ołtarza, na którym stała biała figura Matki Boskiej. Przez wąskie witraże wpadały ostatnie promienie zachodzącego słońca, oświetlając bose gipsowe stopy, i po raz pierwszy Susanne zauważyła, że pod tymi stopami wije się wąż z wysuniętym rozdwojonym językiem. A więc Matka Zbawiciela zadeptywała zło, ale ono ciągle nie dawało za wygraną, ciągle rządziło światem. Kilkadziesiąt kilometrów stąd walczyło o życie miasto.

– Ocal je, Matko – wyszeptała. – Nie daj mu zginąć...

 

2

Ewelina umyła głowę, co w tych warunkach nie było wcale łatwe, musiała zejść z wiadrem na podwórze do hydrantu. Nie mogła umyć się pod bieżącą wodą, woda była na wagę złota. Usiadła w oknie i suszyła włosy, przesypując je między palcami. Przez ten miesiąc podrosły, związywała je więc z tyłu. Po porannej strzelaninie zrobiło się nagle cicho. Zupełnie jakby dookoła nie było ludzi. Może powstanie upadło – przyszła jej do głowy potworna myśl – a ja tu siedzę i nic o tym nie wiem... Zeskoczyła z parapetu. W tej samej chwili usłyszała czyjeś pospieszne kroki na korytarzu. Drzwi się uchyliły i wsunęła się ruda czupryna Staszka, najmłodszego żołnierza z ich plutonu; pierwszego sierpnia skończył czternaście lat.

– „Ewa”, dowódca cię szuka – rzucił. – Leć na jednej nodze!

Kapitan siedział pod oknem przy stole i pisał, opierając łokieć na kolanie, ta pozycja wydała się Ewelinie jakaś nienaturalna.

– Musi pani jeszcze raz iść do Śródmieścia. To bardzo pilne – stwierdził krótko, nie patrząc na nią.

– Ale... ale ja umyłam głowę – odrzekła.

Dowódca odwrócił się, w jego wzroku było tyle tragizmu i jednocześnie rezygnacji, że poczuła się jak ktoś, komu się odbiera ostatnią nadzieję.

Schowała meldunek do torby i odwróciła się na pięcie.

– „Ewa”...

Przystanęła.

– Uważaj na siebie. – Oczy kapitana złagodniały.

W milczeniu przytaknęła tylko głową. Kiedy wychodziła z kwatery, zauważyła dwóch młodych chłopców w panterkach, z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Stali oparci o balustradę schodów i palili na spółkę jednego papierosa. Nie mieli więcej niż po siedemnaście lat. Dobiegł ją strzęp rozmowy:

– Chyba się będziemy ewakuować do Śródmieścia. To już początek końca.

– Ale przynajmniej pokażemy światu, że Armia Krajowa potrafi ginąć z honorem...

Honor – pomyślała – to najmniej stosowne słowo w tej sytuacji. Warszawa leżała w gruzach, a Ewelina, odkąd Komenda Główna została przeniesiona ze Starówki do Śródmieścia, nauczyła się odnajdywać pośród nich swoje własne drogi. Najczęściej poruszała się kanałami, ale nie zawsze było to możliwe. Tak jak dzisiaj, kiedy się okazało, że przejście jest zasypane. Ale to było rano. Może do tej pory już usunięto „awarię”. Niestety, w tym samym miejscu co rano musiała wydostać się na górę i tak samo jak rano czekał ją skok przez Aleje Jerozolimskie, najbardziej niebezpieczny odcinek naziemnej trasy. Zbliżyła się do bramy, przez którą można się było przedostać na drugą stronę. Spotkała ją tutaj niemiła niespodzianka. Brama okazała się zamknięta. Ewelina zaczęła stukać. Po chwili uchyliło się okienko.

– Dokąd? – usłyszała męski głos.

– Na drugą stronę.

– Nie ma mowy. Do zmroku nikogo nie przepuszczę. Za dużo było ofiar. Gołębiarze siedzą na dachach.

– Ale ja muszę... jestem ze Starówki... z ważnym meldunkiem.

– Guzik mnie to obchodzi!

Okienko zatrzasnęło się z hukiem. Ewelina rozejrzała się bezradnie. Zza występu muru wysunęła głowę jakaś dziewczyna, a potem, przygięta do ziemi, puściła się pędem w stronę bramy. Była tak samo zaskoczona:

– Rano tędy przechodziłam...

– Ja też – odrzekła Ewelina. – Ale teraz nie puszczają.

– Kanałami nie dało rady, zasypali przejście.

– Jestem w tej samej sytuacji. Spróbuj zastukać, może będziesz miała więcej szczęścia.

Dziewczyna kilka razy uderzyła pięścią w bramę.

– Kto tam? – odezwał się opryskliwy głos.

– Łączniczka.

– Czego te baby tak się kręcą w tę i z powrotem. Życie im niemiłe?

– Na pewno nie dla przyjemności – obruszyła się dziewczyna.

– To przejście do zmroku nieczynne.

– Ale innego nie ma.

– Nic na to nie poradzę.

Okienko zatrzasnęło się.

– Uparty osioł! Ręce opadają – wybuchnęła łącz­niczka.

Z tej samej strony, z której przyszła dziewczyna, nadchodził teraz oddział składający się z kilkunastu osób. Mało przypominał jednak wojsko. Żołnierze wyglądali jak włóczędzy, tylko niektórzy mieli na sobie pokryte pyłem panterki, większość ubrana była w jakieś obszarpane kurtki. Dowódca zastukał w bramę. Stojąc nieco z boku, Ewelina i łączniczka obserwowały całą scenę. Okienko uchyliło się i znajomy głos spytał:

– Tam kto znowu?

– Otworzyć bramę, chcemy przejść.

– Przejścia nie ma.

– Co za głupie żarty? Nam się spieszy!

– Chyba do świętego Piotra.

Dowódca plutonu, niemłody już mężczyzna z zabandażowaną głową, poczerwieniał na twarzy:

– Otwierać, bo będę strzelał!

Brama wolno się otworzyła, Ewelina zobaczyła w tle Aleje, na których ustało wszelkie życie. W poprzek ulicy leżał przewrócony tramwaj, przy krawężniku stała podziurawiona kulami dorożka. Strażnikiem okazał się chłopiec najwyżej piętnastoletni, drobny, w za dużym, opadającym na uszy hełmie. Wycelował do swojego rozmówcy z karabinu.

– Mam rozkaz nikogo nie przepuszczać do zmroku. Jazda stąd, nie robić zamieszania! – wycedził.

Dowódca plutonu był wyraźnie skonsternowany. Inaczej musiał sobie wyobrażać tego służbistę, którego głos był o wiele bardziej poważny od wyglądu.

– My musimy... tam na nas cze... czekają – rzekł, jąkając się.

– Idźcie kanałami.

– Przejście nieczynne.

– Więc musicie czekać. Ale nie tutaj. Nie wolno dekonspirować przelotu. No, jazda stąd!

Ewelina usłyszała komendę:

– Wycofywać się!

Poczuła na sobie czyjeś spojrzenie, wolno odwróciła głowę i zobaczyła Zielonookiego. Był wychudzony, ubrany w wysmarowaną panterkę i świecące dziurami spodnie. Nie zamienili ani jednego słowa, patrzyli tylko na siebie. Jego pluton wycofywał się, a on przez długą chwilę szedł z głową zwróconą w jej stronę i jako ostatni zniknął za rogiem. Od wybuchu powstania nic o nim nie wiedziała.

– Przez tego osła spóźnię się na swój ślub – powiedziała łączniczka. – Wszyscy już na mnie czekają.

– Bierzesz dziś ślub? – Uśmiechnęła się blado Ewelina. – Gratuluję.

– Jak widać, na gratulacje za wcześnie. Musi być jakiś sposób, żeby się stąd wydostać przed nocą. Pogadam jeszcze raz z tym szczeniakiem.

Dziewczyna zapukała do bramy.

– Kto? – padło nieuprzejme pytanie.

– Panie poruczniku, niech pan otworzy – zaszczebiotała.

– Nie jestem porucznikiem.

– Ale niedługo pan na pewno nim będzie. Pełni pan takie odpowiedzialne zadanie. I taki pan odważny.

Okienko z wolna się otworzyło.

– Czego chcecie? – spytał strażnik już zupełnie innym tonem.

– Skoczyłybyśmy na tamtą stronę, tak nam się spieszy – przymilała się dziewczyna. – Koleżanka ma ważny meldunek, a ja... boję się, że nie znajdę swojego oddziału. W dodatku biorę dzisiaj ślub...

Strażnik wyraźnie się wahał.

– My już tyle razy skakałyśmy przez Aleje... Minutka i po wszystkim...

– Przepuszczę jedną.

– Może jednak byśmy razem przeskoczyły – próbowała się targować dziewczyna.

– Jedna. Albo żadna – uciął chłopak.

Łączniczka popatrzyła na Ewelinę.

– Sprawy sercowe nie mogą czekać...

– Ale ja mam ważny meldunek. Od tego zależy los mojego oddziału.

Dziewczyna zastanowiła się chwilę, wyjęła z włosów spinkę, a potem schowała dłonie za plecami.

– Więc zdajmy się na los – rzekła. – Jak odgadniesz, w której ręce mam fant, idziesz.

– W lewej.

– Wygrałaś. Powodzenia – powiedziała smutno łączniczka.

Ewelina objęła ją. Przytuliły się mocno do siebie.

– Jak kocha, to poczeka – szepnęła dziewczynie do ucha. Strażnik popatrzył w głąb ulicy, a potem przynaglił Ewelinę ręką. Z głową w ramionach ruszyła pędem przed siebie, mijała właśnie pustą dorożkę, kiedy nagle coś ją zatrzymało w biegu, a potem kolana jej zmiękły i jak na zwolnionych obrotach osunęła się na ziemię. Skuliła się, przytrzymując brzuch obiema rękami, rozlewało się w nim gorąco. Wyraźnie usłyszała słowa wypowiedziane przez chłopaka z bramy:

– Siedzi tam, na dachu! Myślałem, że mu się znudziło. Sukinsyn!

– Idę po nią! – usłyszała teraz zdecydowany głos dziewczyny.

– Jak się zorientuje, że ona żyje, puści serię. Zginiecie obie.

– Koleżanko! Słyszysz mnie? – zawołała łączniczka.

– Słyszę – odrzekła słabo Ewelina. – Chyba dostałam w brzuch, nie mogę się poruszyć.

– I nie ruszaj się! Zorganizujemy pomoc.

– Do zmroku nic się nie zrobi – wtrącił rzeczowo chłopak.

– Koleżanko, wytrzymasz jeszcze z godzinę? – spytała dziewczyna.

– Postaram się – odpowiedziała z wysiłkiem. – Trochę mi się chce spać...

– Nie, nie, nie śpij! Błagam cię, nie śpij! Rozmawiaj z nami... Ja mam na imię Barbara, a ty?

– Ewelina...

– Ewelina. Ewelinka, bardzo ładne imię. A twojemu chłopakowi się podoba?

Ja nie mam chłopaka – pomyślała gorzko – nigdy go nie miałam...

– Ewelinko! Słyszysz mnie? Powiedz coś do nas...

To znowu ta dziewczyna. Jej słowa wwiercają się w mózg, nie pozwalają zebrać myśli.

– Ewelinko!

– Ja wszystko słyszę... – odezwała się wreszcie.

– Ewelinko, czy pamiętasz jakiś wiersz?

Wiersz... zdumiała się. Teraz miałaby mówić wiersz, dlaczego właśnie wiersz... Czy pamiętała jakiś wiersz?

 

Król elfów, światem zatruty,

Wichrem z daleka przywiany,

Klęczy i płacze. Gdzie spojrzy,

Kolczaste druty...

 

„Nie żądajcie, bym wojnę doceniał!

Zbyt ciężka jest i surowa!...

Podobnie i kwiaty nie dźwigną kamienia

Na swych gwiaździstych głowach...”

 

– Ewelinko, powiedz nam jakiś wiersz, może być krótki...

Przecież wam powiedziałam, czego wy jeszcze chcecie... Powiedziałam wam wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, nie wiem, czy to był już koniec, czy jeszcze coś było dalej... Ale co mogło być jeszcze dalej... Tylko złe zakończenie... Oni też chcieli dźwignąć kamień na swoich gwiaździstych głowach i to się nie udało... posypały się gruzy, morze gruzów i morze krwi, jak wtedy na Podwalu...

– Ewelina! To ja, Barbara...

Barbara... więc i Ewelina umarła, skoro woła ją Basia Rankowska. Zobaczyła jej śliczną, uśmiechniętą buzię. A była taka blada, kiedy umierała. I tak bardzo nie chciała umierać... Została ciężko ranna w katedrze... Pożar katedry... to była taka wstrząsająca scena... Ewelina widziała pożar Zamku Królewskiego we wrześniu, ludzie wtedy płakali, jakby przeczuwając swój los... Kiedy płonęła katedra, ci sami ludzie nie byli już tylko widzami dramatu, przemienili się w statystów historii. Ksiądz zdecydował się wynieść Chrystusa z kaplicy, w której przebywał od wieków. Nie można było jednak zdjąć olbrzymiego krzyża ze ściany, nie było na to czasu, zdjęto więc samą figurę. Księża rozmontowali ją na kawałki, osobno ręce, osobno tułów. Pośród szalejącego ognia nieśli tułów na ramionach, szli przez podwórza i przejścia wybite w ścianach. Prowadził ich przygarbiony ksiądz Karłowicz, miał tragiczną, natchnioną twarz, na wpół przymknięte oczy. Przyłączało się coraz więcej ludzi, kroczyli jak pochód żebraków, w łachmanach, które odkrywały dawne i świeże rany. Przez prowizoryczne opatrunki kapała krew. Ewelina niemal bezwiednie przyłączyła się do pochodu. Wraz z innymi śpiewała: „Kto się w opiekę odda Panu swemu...”. Dookoła pełno było odłamków murów, pełno szkła, trzeba było omijać leżące na ziemi trupy. Szła tuż obok niesionej przez dwóch młodych księży ręki Chrystusa. Chwilami wydawało jej się, że to ludzka ręka...

Uniosła powieki i zobaczyła drewnianą obręcz ze szprychami. Ach, to ta porzucona dorożka...

– Ewelina! Odezwij się!

– Pić – wyszeptała.

– Nie słyszymy cię. Nie zrozumieliśmy, co powiedziałaś...

– Chce mi się pić – odrzekła wyraźnie.

– Wytrzymaj jeszcze trochę, niedługo cię stamtąd zabierzemy. Jeszcze tylko trochę... – to był ciągle głos tej dziewczyny.

Ale nagle dotarł do niej inny głos, głos, który dobrze znała.

– Osłaniajcie mnie, uwaga, teraz!

Odezwały się dziwne dźwięki, jakby kaszlnięcia. Strzelają – domyśliła się Ewelina. I nagle tuż nad sobą zobaczyła Zielonookiego. Ukląkł przy niej, a potem niemal się na niej położył, wsuwając ramię pod jej plecy.

– Weź mnie za szyję – powiedział.

Próbowała unieść rękę, ale sparaliżował ją ból.

– Błagam, zostaw mnie – wyszeptała.

Czoło pokrył jej zimny pot.

– Musisz wytrzymać, jeszcze tylko trochę.

Tamta już to mówiła – pomyślała ze zniecierpliwieniem. Chłopak wlókł ją po ziemi, zmartwiałą z bólu, bliską utraty przytomności.

– Błagam – powtórzyła.

– Jeszcze sekunda – odrzekł. – Wytrzymaj sekundę... Znajdowali się już na wprost bramy, kiedy nagle drgnął, a potem zwalił się na nią całym ciężarem. Ewelina zapadła się w ciemność...

 

3

Dowódca kompanii Jasia wrócił z narady i zakomunikował im, że zapadła decyzja o ewakuacji i poszukuje się ochotników do patroli, które osłaniałyby schodzących do kanału.

– Chłopaki – stwierdził bez ogródek – trzeba powstrzymać Niemców od dziesiątej wieczór do piątej rano. Trzeba ich nabrać, że jest nas co niemiara. Rozumiemy się? Ochotnicy dostaną najlepszą broń, zostawiamy cekaem. Trzeba narobić szumu, żeby szkopy nie zauważyły naszego odwrotu. No! Komu życie niemiłe, niech się zgłasza...

Zapanowała cisza.

– Chyba moja kompania nie skrewi – powiedział porucznik. – Byliśmy w niejednych opałach i nie narobiliśmy w portki, to i teraz chyba do tego nie dojdzie. Nie znajdzie się w mojej kompanii pięciu takich, którzy chcieliby osłonić kolegów?

Jasio poczuł, jak ze zdenerwowania pocą mu się dłonie. Wydawało mu się, że cała ta przemowa jest skierowana do niego. Porucznik wiedział, jak bardzo Jasio go podziwiał, jego opanowanie i zimną krew. Stał się dla Jasia wzorem człowieka i żołnierza. I ten ideał czegoś teraz od niego oczekiwał. Wolno podniósł się ze swojego miejsca i stanął przed dowódcą na baczność.

– Podchorąży „Wierzba” melduje się do wykonania zadania.

Po nim zgłosiło się jeszcze czterech innych powstańców. Ci, którzy odchodzili do kanału, żegnali się z nimi jak ze skazańcami. Chyba nikt nie wierzył, że się jeszcze na tym świecie zobaczą. Jasio, jako dowódca patrolu, dostał waltera, broń osobistą, każdemu z nich przydzielono też pistolet maszynowy z pełnymi magazynkami, a także zrzutowe angielskie granaty, znacznie lepsze od powstańczych. Uzbrojeni zostali więc po zęby na to zadanie nie do wykonania. A może fakt, że Jasio zgłosił się na ochotnika, wcale nie był spowodowany chęcią zwrócenia na siebie uwagi uwielbianego dowódcy. Może chodziło o to, że Jasio za wszelką cenę chciał zostać bohaterem. I nadarzyła się po temu sposobność. Pokazać innym, na co go stać. Nawet gdyby miało się to odbyć za cenę życia. A więc wyglądało, że do tego kroku pchnęła go pycha...

Patrol Jasia wszedł w skład plutonu kapitana „Włodka”, ich najważniejszym zadaniem miała być ochrona Podwala i Ślepej, którymi Niemcy mogli wtargnąć w głąb Starówki. Sytuacja była nader skomplikowana, ponieważ między patrolami nie było żadnej łączności, działali więc na ślepo. Cały czas zmieniali pozycje, przenosząc swój ciężki karabin maszynowy z ulicy na ulicę. Ale Niemcy musieli się zorientować, że nastąpiły jakieś ruchy oddziałów powstańczych, a załogi barykad na Starym Mieście zostały znacznie osłabione. Po dziesiątej na stanowiskach niemieckich zaczęło się coś dziać. W świetle księżyca Jasio obserwował cienie wyolbrzymionych sylwetek żołnierzy przesuwające się wzdłuż murów. Robiło to niesamowite wrażenie. Walka Dawida z Goliatem – pomyślał. Jeden z powstańców zameldował mu, że w piwnicach domu zajętego przez hitlerowców słychać odgłosy przypominające kucie, mogło to oznaczać, że chcą wysadzić kamienicę. Jasio podjął decyzję wycofania się o kilka domów dalej. Około północy ogień niemiecki nasilił się, co chwila powietrze przeszywały pociski, ten wysoki, wibrujący dźwięk budził jego nienawiść i przerażenie. Zginąć? Tak, już lepiej zginąć. Przecież ranny nie wydostanie się z tego piekła. Nagle poraził mu oczy silny blask, usłyszał kilka niezbyt głośnych wybuchów. Okazało się, że dowódca sąsiedniego patrolu polecił podpalić bańki z eterem znalezione w składzie aptecznym na Podwalu. Dom zamienił się w płonącą pochodnię. Niemcy byli teraz widoczni jak na dłoni i świadomi tego wycofywali się w pośpiechu. Przed oczyma Jasia rozgrywała się jakby tragifarsa, jedni aktorzy schodzili ze sceny, inni się na niej pojawiali. Wśród ogarniętej paniką ludności cywilnej rozniosła się pogłoska, że powstańcy wycofali się, pozostawiając mieszkańców Starego Miasta na pastwę wroga.

– Co oni z nami zrobili – wołała z płaczem stara kobieta.

Siwe włosy rozwiane na wietrze upodabniały ją do czarownicy. Obok niej dreptało dwoje wystraszonych dzieci.

– Gdzie ja się podzieję z tymi sierotami, matkę im zabili, ojca im zabili, a teraz i nas wymordują! – zawodziła na cały głos.

Jasio nie mógł znieść tego krzyku. Na widok jego munduru kobieta zamilkła.

– Wojsko odeszło do kanałów – wyjąkała wreszcie.

– Wojsko jest tutaj, jak pani widzi, proszę wrócić do piwnicy – odrzekł ze świadomością, że ją oszukuje.

Przerażona kobieta potrzebowała jednak takiej odpowiedzi. Przytaknęła skwapliwie głową.

– Dobrze, panie oficerze.

Ale około pierwszej w nocy, a więc już drugiego września, piekło rozpętało się na nowo. Niemcy atakowali zawzięcie, wybuchy pocisków i granatów, jęki rannych układały się w głowie Jasia w jakąś upiorną symfonię. Chwilami tracił poczucie rzeczywistości, wydawało mu się, że jest dyrygentem w orkiestrze, a ruchy jego pałeczki przywołują kaskady najprzeróżniejszych dźwięków.

– Ci z lewej wycofują się – zameldował jeden z jego podwładnych – i my się musimy wycofać, Niemcy przebili się do sąsiedniej kamienicy.

– Do piątej rano nie pozwolimy im przejść – odrzekł Jasio. – Chyba że po naszych trupach.

– Jeszcze mi życie miłe – odrzekł powstaniec, na ułamek sekundy Jasio zobaczył jego oczy, było w nich coś bardzo niedobrego.

– Panie podchorąży! – powiedział ostro. – Proszę wrócić na swoją pozycję.

Tamten zawahał się chwilę, a potem nagle pchnął Jasia kolbą peemu w pierś, uderzenie było tak silne, że powaliło go na plecy.

– Nie będę tu zdychał – warknął powstaniec i skierował się do wyjścia.

Jasio sięgnął po swój pistolet.

– Stój, bo strzelam – rzekł groźnie.

Ale to tamten strzelił pierwszy.

Leżał zasłuchany w siebie, jakby badając sytuację, w której się nagle znalazł. Był zupełnie sam w tym na wpół zburzonym domu. Z zewnątrz dobiegały odgłosy strzelaniny, dramatyczne nawoływania cywilów, płacz wyrwanych ze snu dzieci, jęki ciężko rannych. Ludność w popłochu opuszczała Starówkę, a on nie mógł nikomu przyjść z pomocą, nie mógł nawet wyciągnąć ręki po pistolet. Z wolna opanowywał go paraliżujący ból, leżał w niewygodnej pozycji przekręcony na bok. Krew ciągle płynęła z rany, to mogło oznaczać rychły koniec. Niemiecka kula nadałaby jego śmierci sens, w tej sytuacji byłby to koniec żałosny. Nie dość, że nie wykonał zadania, nie powstrzymał Niemców, to jeszcze postrzelił go człowiek, za którego on, jego dowódca, był odpowiedzialny. Nie czuł nienawiści do tego chłopca, starał się go zrozumieć. Byli razem w kilku akcjach, podchorąży świetnie się w nich spisywał. Musiał się czuć ogromnie zrozpaczony, skoro dopuścił się takiego czynu. Rozpacz jest zwykle złym doradcą. A oni wszyscy nosili ją w sercu. Na ich oczach ginęło miasto, kamienica po kamienicy obracała się w gruzy i każdy kolejny dzień zamiast ku zwycięstwu przybliżał Starówkę ku katastrofie. I zarówno powstańcy, jak i ludność cywilna byli tego świadomi. Taka świadomość może zabić duszę...

Usłyszał czyjeś kroki, chciał się podźwignąć, ale potworny ból sparaliżował mu ramię. Przed oczyma poczęły mu latać czerwone płaty. Przecież nie mogę dać się wziąć żywcem – pomyślał z rozpaczą. Kroki przybliżyły się. Błysnęła zapałka i w jej blasku zobaczył twarz jakiejś kobiety. Ta twarz była poorana zmarszczkami i bardzo smutna.

– Co oni ci zrobili, żołnierzyku, ranili cię? – spytała kobieta.

Zapałka zgasła, ale ona wyjęła świeczkę, zapaliła ją i postawiła na zrębie muru. Wnętrze wypełniło migotliwe światło.

– Trzeba opatrzyć ci ranę, bo się wykrwawisz – mówiła cichym, smutnym głosem.

Zdjęła bluzkę i zaczęła drzeć ją na pasy.

– Pani musi stąd uciekać, zaraz tu będą Niemcy – powiedział z wysiłkiem.

– A dokąd ja mam uciekać? – odrzekła, przyklękając przy nim. – Mój dom spalony...

– Kanałami do Śródmieścia... – Przygryzł wargę, aby nie krzyknąć z bólu, kobieta opatrywała mu ranę.

– Stara już jestem, za późno na podróże... Wiem, że boli, ale trzeba zatamować krew...

Podniosła się, miała na sobie tylko spódnicę i koronkową halkę, zauważył starczą szyję i obwisłe ramiona.

– Jak znajdę kogoś z twoich, to powiem, że tu jesteś – rzekła. – Czy chcesz, żebym coś jeszcze dla ciebie zrobiła?

– Gdyby pani mogła mi podać pistolet.

Bez słowa sięgnęła po waltera i wsunęła Jasiowi w dłoń. Położył palec na cynglu i od razu poczuł się bezpieczniej.

– Dziękuję – powiedział.

Wzięła do ręki świeczkę, po czym oddaliła się bez słowa. Pozostał znowu sam w ciemnościach. Opatrunek uciskał mu klatkę piersiową i było mu trudno oddychać, chwilami miał nawet uczucie, że się dusi. Ostrożnie spróbował odkaszlnąć, lepka ciecz polała mu się po brodzie. Przyniosło to chwilową ulgę. Mimo to zdawał sobie sprawę, że znajduje się na granicy życia i śmierci i że właściwie tej śmierci jest w nim coraz więcej. Nie odczuwał przed nią lęku, był nawet zadowolony, że zachował przytomność. W ten sposób mógł się rozliczyć ze swoim życiem. Zrobiło mu się smutno na myśl, że już nigdy nie zobaczy Paryża, który jesienią był taki piękny. Przed wojną godzinami włóczył się po ulicach, wdychając atmosferę tego miasta... Paryż to był dom, a Warszawa to był obowiązek. A Jasio stawiał obowiązek ponad wszystko, ponad własne życie, karierę, miłość... Starał się to wytłumaczyć Lidce, która odnalazła go w pierwszych dniach powstania na Woli.

– Dla mnie liczy się teraz tylko walka. Jeżeli jej nie wygramy, nie wyjdę z tego miasta żywy. W takiej sytuacji nie mogę się z nikim wiązać.

– Już się związałeś, czy tego chcesz czy nie – odpowiedziała cicho. – Spodziewam się dziecka. I to dziecko musi mieć ojca...

Ta wiadomość zbiła Jasia z nóg. Nie wiedział, jak ma zareagować, co w tej sytuacji powiedzieć, poczuł się całkowicie bezradny.

– Czego ode mnie oczekujesz? – wyjąkał wreszcie.

– Chcę, żebyśmy wzięli ślub.

– Ślub? – spytał, nie mogąc ukryć przerażenia. – Ale... ale teraz to niemożliwe... przecież trwa powstanie... Poczekajmy, aż się to wszystko skończy...

Lidka spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała:

– Wiem, że mnie nie kochasz. Ale teraz to już nie ma znaczenia. Dla mnie najważniejsze jest dziecko. W każdej chwili jedno z nas może zginąć; jeżeli ty zginiesz, nie chcę, żeby urodziło się jako bękart...

– Co to za słowo – obruszył się.

– Pochodzę z prostej rodziny i zawsze nazywam rzeczy po imieniu – stwierdziła twardo.

Stali naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem, w końcu Jasio spuścił oczy.

– Więc jak to sobie wyobrażasz? – spytał cicho.

– Musimy pójść do księdza.

Wszystko to było dla Jasia niezmiernie krępujące, musiał przystąpić do spowiedzi i komunii świętej, właśnie teraz, kiedy tak daleko znalazł się od Boga. Postanowił niczego nie zatajać, nawet pod groźbą nieotrzymania rozgrzeszenia.

– Gniewasz się na Boga, ale w ten sposób Go uznajesz – wyszeptał ksiądz po wysłuchaniu Jasia.

Najwidoczniej mało z jego wątpliwości zrozumiał. Bo Jasio przede wszystkim gniewał się na siebie, na swoją niedoskonałość. Chciał się wykazać w walce, chciał zadziwić swoich towarzyszy, a występował ciągle w roli statysty. Na jego oczach rozgrywały się sceny bezprzykładnego męstwa, a on był tylko obserwatorem. Niebezpieczne akcje, do których zgłaszał się na ochotnika, okazywały się wcale nie takie niebezpieczne, zwyczajne nawet, mimo że ten i ów odnosił przy okazji rany. Miał taką szansę, oto powierzono mu dowództwo ważnego odcinka. Liczył się z tym, że może zginąć. Ale nie tak, na Boga, nie tak. Co innego polec w walce z wrogiem na przegranej placówce, a co innego stracić życie z ręki kolegi-dezertera... Takie już było to Jasia zakichane szczęście... Często miał poczucie, że występuje w nie swojej roli. Jak tamtego dnia, kiedy brał z Lidką ślub. Chciał, żeby się to odbyło możliwie dyskretnie, ale Lidka, niby się z nim zgadzając, za jego plecami narobiła szumu. W kościele zjawili się wszyscy, cała jego kompania, a także ludzie z oddziału Lidki. Świadkami byli dowódca Lidki i siostra Jasia, Ewelina. Stała taka wzruszona, ze łzami w oczach, nie mając pojęcia, jakie on przeżywa katusze. Modlił się w duchu, żeby się to jak najprędzej skończyło. Ale libacja trwała do białego rana, chłopcy ze zgrupowania Lidki przytargali dwie skrzynki wódki, niestety na zakąskę musiało wystarczyć parę puszek sardynek, na tylu ludzi. Nic dziwnego, że szybko zaszumiało wszystkim w głowach, panu młodemu również. Dla Jasia to był sposób ucieczki od dopiero co poślubionej żony. Upijał się na ponuro, a na wrzaski kolegów: „Gorzko, gorzko!”, odpowiadał, że poczeka na weselsze okoliczności, kiedy szkopy wyniosą się z Warszawy. Kobiety zawsze były przyczyną komplikacji. Jasio ich nie rozumiał i właściwie niezbyt je lubił. A teraz podczas walk stały się jego rywalkami do sławy. Podejrzewał poza tym, że nie traktują go poważnie. Raz po raz któraś z łączniczek stwierdzała, że Jasio ma rozczulający wygląd, a to było ostatnie, co chciałby na swój temat usłyszeć. Był tylko jeden wyjątek, koleżanka z oddziału Eweliny, Basia... Kiedy ją po raz pierwszy zobaczył, poczuł chwytające za gardło wzruszenie. Było coś niezwykle czystego i szlachetnego w jej wyglądzie. I wcale nie dlatego, że miała piękną twarz o oczach tak niebieskich, że każdego wprawiało to w zdumienie. Basia nie zatraciła swojej dziewczęcości, nie chodziła w portkach jak jej koleżanki, nie piła samogonu i nie paliła śmierdzących skrętów. Jej obecność wyzwalała w Jasiu instynkty opiekuńcze. Jak kiedyś obecność Klari... Obie były jednak nieosiągalne. Klari pozostała daleko, za paroma granicami, Basia miała narzeczonego. Ale nawet gdyby była wolna, nie śmiałby się do niej zbliżyć. Czar tej dziewczyny odurzał go na odległość. Wystarczała mu świadomość, że ona jest, że może ją zobaczyć, usłyszeć jej głos. A może ta fascynacja brała się stąd, że uwielbiając ją z daleka, mógł się czuć bezpieczny. Wystarczało mu, że słyszy jej śmiech. Nosił go potem w sobie całymi godzinami. I był bardzo bliski szczęścia. Kim jest dla niego Basia, zrozumiał, dopiero kiedy Ewelina powiedziała:

– Wiesz, że Basia jest ciężko ranna? Umiera...

Bez słowa odwrócił się i pobiegł do szpitala. To było najważniejsze: zobaczyć ją, za wszelką cenę zobaczyć ją żywą. Dotknąć jej ręki i poczuć, że jest ciepła.

Kiedy Jasio wpadł do szpitala i odszukał mieszczącą się w piwnicy salę Basi, zobaczył, że przy łóżku stoi jej narzeczony, który położył na piersi rannej kwiaty. Potem całował jej ręce. Na sali panowała cisza, jakby wszyscy chorzy wstrzymali oddech, zapominając o swoich ranach. Liczyło się tylko to, czy Basia przeżyje. Jasio obserwował tę scenę z daleka, oparty plecami o ścianę, bo nagle nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Usłyszał rozmowę lekarza z pielęgniarką, z której wynikało, że Basi potrzebna jest natychmiastowa transfuzja. Jako dawca krwi zaofiarował się jej narzeczony, ale miał inną grupę. Do Jasia uśmiechnęło się szczęście. Z łóżka obok przeniesiono rannego i położono na nim Jasia. Lekarz i dwie asystujące pielęgniarki założyli mu urządzenie do przetaczania krwi. Został połączony z Basią gumowymi rurkami. Chwilami traciła przytomność, potem zaczęła cicho jęczeć. Lekarz pochylił się nad nią.

– Organizm nie przyjmuje krwi – powiedział.

Jasio odebrał te słowa jak wyrok na Basię, na siebie.

– Ratujcie mnie! – zawołała w panice. – Ja nie chcę umierać!

Odłączono urządzenie. Jasio usiadł na łóżku, był oszołomiony, lekko kręciło mu się w głowie. Na czoło Basi wystąpiły kropelki potu, niebieskie oczy zasnuła mgła. Z przerażeniem zauważył, że sinieją jej skronie, a twarz z wolna powleka trupia bladość.

– Zimno mi – szeptała coraz ciszej. – Tak mi zimno... – Jej usta drgały konwulsyjnie, aż nagle zastygły w bezruchu.

Jasio wybiegł z sali, zaszył się w kąt i szlochał.

A teraz był ranny, tak samo jak ona, w pierś... I być może jak ona umierał. To przejście w ciemność i bezruch nie przerażało go, jeżeli czegoś się naprawdę lękał, to tego, co ludzie będą o nim mówić i myśleć. Jeżeli znajdą jego ciało i je zidentyfikują, orzekną, że jest poległym bohaterem, obrońcą Starówki. A przecież prawda jest inna. Po raz pierwszy pomyślał o sobie w roli ojca. Ta rola do tej pory go przerażała, starał się więc odsuwać od siebie myśli o dziecku. Teraz cieszył się, że ono być może się urodzi, że będzie nosiło jego nazwisko. Dziecko to była ciągłość, zrozumiał to dopiero teraz, na granicy śmierci...

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI