Panny i wdowy. Tom 1 - Maria Nurowska - ebook
Opis

Kolejne pokolenia kobiet z Lechic - od powstania styczniowego, aż do upadku komunizmu - za swoją bezkompromisowość i wierność sobie płacą samotnością, ale zawsze pozostaje jedno - dom rodzinny. Lechice będą świadkiem miłości i zdrady, w nierozerwalnym splocie wielkich namiętności i wielkiej historii.

W 1 tomie: rok 1864, Ewelina wyrusza za zesłańcem Janem Darskim na Syberię. Miłość do niego przesłania wszystko - obowiązki wobec rodziny, męża, dorastającej córki. Zesłany jest także Cyprian, prawowity mąż. Po jego śmierci Ewelina bierze ślub z Janem, ale ich szczęście trwa krótko.

Maria Nurowska jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in. "Hiszpańskie oczy", "Listy miłości", "Miłośnicę" - fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim - "Mój przyjaciel zdrajca", "Księżyc nad Zakopanem", a w ostatnich latach "Drzwi do piekła", "Dom na krawędzi", "Wariatkę z Komańczy", "Bohaterowie są zmęczeni" i "Dziesięć godzin". Jej książki zostały wydane w 23 krajach; w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 399

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in.Hiszpańskie oczy, Listy miłości, Miłośnicę, fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – Mój przyjaciel zdrajca, Księżyc nad Zakopanem, a w ostatnich latach Drzwi do piekła, Dom na krawędzi, Wariatkę z Komańczy,Bohaterowie są zmęczeni i Dziesięć godzin. Jej książki zostały wydane w 23 krajach, w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

 

Copyright © Maria Nurowska, 2007, 2018

Projekt okładki

Julia Lew

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-826-7

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

 

1

Przystanek po drodze – pomyślała z lekką ironią – tylko... do jakiego życia.

Czym było do tej pory jej życie? Zbędnym luksusem, ciężkim obowiązkiem czy może występkiem przeciw boskim i ludzkim prawom... Co ją czeka u końca tej drogi? Wyzwolenie z kłamstwa czy brnięcie w nie dalej. Wszystko, czego doświadczyła w ciągu ostatnich dni, było jak nierealny sen. Narodziny dziecka Mani, rozpacz Karoliny, wyjazd z domu. I oto siedzi przy stoliku w małej dworcowej restauracji gdzieś na granicy dwóch światów, Europy i Azji... Rosja objawiła się jej jako obszar brudu i nędzy. Ci wszyscy ludzie patrzący spode łba, z ukrytą groźbą w oczach. Tak to odbierała, nie dając się zwieść tej niby pokorze w twarzach. Nieokiełznany żywioł – pomyślała, kiedy ci ludzie schodzili z drogi, dając miejsce saniom. Siedzi teraz w pustej sali dworcowej restauracji. Od strony bufetu spieszy kelner, jakiś groteskowy na tle grozy czekającej za oknem i grozy w niej samej.

– Co jaśnie pani sobie życzy? – pyta po rosyjsku.

Ewelina prawie nie zna tego języka. Jak ma więc do niego mówić, po polsku? Przecież nie po francusku...

– Co imiejetie? – bąka wreszcie.

– Jest sałatka z łososia, ale przed taką daleką drogą trzeba zjeść coś gorącego.

Ewelina spogląda na niego zaskoczona. On się uśmiecha.

– Jak u nas pojawia się prawdziwa dama, to znaczy, że jedzie tam!

Wskazuje za siebie, Ewelina odwraca się i widzi, że kilkoro oberwanych dzieciaków przylepia nosy do szyby. Uśmiecha się do nich. Dzieci znikają. Często zastawała twarz Karoliny, młodszej córki, w oknie swojego pokoju. Tak samo umorusana buzia. Karolina... zawsze były z nią kłopoty. Ich ochmistrzyni, droga, nieoceniona Katarzyna, wzdychała: powinna urodzić się chłopcem. Ale w ich rodzinie rodziły się dziewczynki, a kiedy trafił się chłopak, schodził z tego świata w tragicznych okolicznościach, i to w wieku dziecięcym. Zabijał go koklusz albo szkarlatyna, albo jakaś zupełnie niegroźna choroba. Na przykład katar. Tak było z jej starszym bratem Józefem. Przeziębił się, kichnął parę razy i już nie wstał z łóżka. Mężczyźni pojawiali się w Lechicach z zewnątrz, oprócz ojca, ale on też przecież znalazł się w pałacu jako starający się o rękę matki Eweliny. Pałac... prawie zobaczyła go od strony alei wjazdowej. Łamany spadzisty dach kryty gontem, białe ramy okien i pobielony ganek układający się w czterokolumnowy klasyczny portyk. Fronton pałacu był jednocześnie frontonem jej życia, ono toczyło się przecież w cieniu tych pobielonych kolumn, a także w otoczeniu porozwieszanych na ścianach w hallu portretów przodków. To wszystko zobowiązywało. Kiedy przeszło dwadzieścia lat temu wsunęła się cicho do pokoju matki pełna obaw, a nawet buntu, tamta powiedziała zdecydowanym tonem:

– Ewelino, życie to przede wszystkim obowiązek, szczególnie dla nas, kobiet...

I Ewelina posłuchała. Wyszła za mąż za starszego o dwadzieścia lat kuzyna, do którego nie czuła nic poza rodzinnym przywiązaniem. Cyprian był bardzo przystojny, wysoki, o wyrazistej twarzy, w której centralną część stanowiły oczy, ciemne, na wpół zasłonięte powiekami. Sprawiało to wrażenie, jakby Cyprian był pogrążony w myślach i nie bardzo wiedział, co się dzieje wokół. Nie przeszkadzało jej to, było jej nawet na rękę. Lata, które wspólnie przeżyli, nie zdołały niczego w niej zmienić, jej serce nie zabiło żywiej na jego widok. Dopiero kiedy spotkała Jana, zrozumiała, czym jest miłość kobiety do mężczyzny. To było takie dziwne, zupełnie jakby los przysłał go jej w prezencie. Lechic­kie konie poszły do lasu, do powstania, i jeden z nich po bitwie, kiedy oddział został doszczętnie rozbity, po prostu wrócił do domu, przywożąc ze sobą na siodle ciężko rannego powstańca. Ewelina była wtedy w pokoju na górze, usłyszała jakieś zamieszanie i wyjrzała przez okno. Zobaczyła konia stojącego przed gankiem, z opuszczoną głową. Przewieszony przez siodło mężczyzna w burej chłopskiej sukmanie wydawał się bez życia. Ta sukmana... Ewelina od razu wiedziała, kim jest ten człowiek. Zeszła na dół, wydała dyspozycje:

– Jeżeli żyje, zanieście go na samą górę.

Oznaczało to, że należy zanieść rannego do pokoiku na poddaszu, do którego wchodziło się przez strych. Trzymano tam jakieś rupiecie, stare meble. Służący w mig to uprzątnęli, pozostawiając tylko kanapę, na której ułożono powstańca. Nie zbliżała się do niego, odczuwając dziwny lęk. Była pewna, że jest ciężko ranny i niedługo umrze. To Katarzyna zdejmowała z niego zakrwawione ubranie, Katarzyna obmywała jego rany. Potem Ewelina długo nie mogła sobie tego darować.

Kelner patrzył wyczekująco.

– Proszę tego łososia... I jeszcze kieliszek wódki...

On uśmiechnął się z aprobatą, odchodząc w stronę bufetu. Po chwili wrócił, stawiając przed Eweliną talerze.

Wódka była z lodu, szkło pokrył szron. Ewelina położyła na tacy pieniądze.

– Proszę wypić za moje zdrowie... żeby mi się poszczęściło w drodze.

Skłonił się niemal do pasa, odszedł zaraz, bo w drzwiach stanął brodaty chłop w wielkim baranim kożuchu, w ręku trzymał bat.

– Czego tutaj? – spytał ostro kelner.

– Ja do jaśnie pani, konie gotowe.

Kelner wskazał mu drzwi.

– Tam czekać. Jaśnie pani wyjdzie, jak będzie czas.

Chłop wycofał się z tym pokornym wyrazem twarzy, za którym kryło się coś mrocznego, co wywoływało w Ewelinie dziwny niepokój. Bała się tych ludzi, prawie nie znała ich języka, nie orientowała się, co naprawdę myślą. A może to ta sytuacja tak kazała jej na nich patrzeć? Sytuacja, której nie potrafiła sprostać. Bo czyż w jej wieku można zmienić życie? Nie było wcale takie złe. Dopóki nie spotkała Jana, czuła się zadowolona, otoczona zbytkiem, uwielbiana przez męża i dzieci. Była ozdobą wszystkich balów i zgromadzeń, zabiegano o jej towarzystwo, chwalono urodę i dobre maniery. Tak, to z pewnością było wygodne życie. Gdyby nie ogólna sytuacja, mogłaby uważać się za kogoś, komu się udało. Ale ta sytuacja... To dlatego jej życie przeniosło się z wygodnego gościńca na wyboistą drogę. Dokąd ta droga ją zaprowadzi... Lęk przed własną decyzją był jak dotyk lodowatej dłoni.

Co dalej? – pomyślała. To wszystko, czym żyła do tej pory, wydawało się na zawsze stracone. Stanęła jej przed oczami nocna scena z córką.

– Dlaczego nie idziesz się położyć? – spytała ją.

– Bo ty nas opuszczasz! – W głosie Karoliny było tyle tragizmu, że poczuła się wstrząśnięta. Nie mogła tego okazać, odparła więc oschle:

– Muszę!

Córka przypadła do niej, histerycznie ją obejmując.

– Nie! Wcale nie! Nigdy go nie kochałaś! Zawsze był stary!

Karolina podbiegła do nocnego stolika, na którym stała fotografia Cypriana, i wrzuciła ją do otwartego kufra.

– Skoro wolisz jego, to zabierz ze sobą i tę podobiznę!

– Karolino – rzekła ostro – jesteś zbyt gwałtowna, jak zawsze.

Po policzkach córki ciekły łzy.

– Mamo, ja cię kocham. Ciebie jedną, nie możesz mnie opuścić!

Ewelina poczuła silny ucisk w krtani, przez chwilę miała wrażenie, że się udusi.

– Karolino, nie tylko my się znalazłyśmy w takiej sytuacji. Wiele polskich rodzin teraz cierpi. Matki potraciły synów... Żony podążają za mężami na zesłanie...

– To niech jadą inne żony! Inne. Ty nie! Przecież nie muszą jechać wszystkie!

Ramiona córki znowu ją objęły, próbowała się uwolnić, ale nie mogła odczepić rąk Karoliny. Wyglądało to tak, jakby ze sobą walczyły. Chyba w tym momencie otworzyły się drzwi i wszedł doktor. Obie spojrzały w jego stronę.

– I po wszystkim – powiedział. – Mamy następną kandydatkę na pannę albo wdowę.

Myśl, że oto została babką, przejęła ją lękiem. Czy nie za późno na planowanie nowego życia? Skończyła przecież trzydzieści osiem lat, nie była już młoda. Więc po co ta miłość, ten ból, ta tęsknota...

Mania leżała spokojnie, miała zmęczoną, wymizerowaną twarz. Ewelina usiadła obok córki.

– Szczęśliwa jesteś? – spytała.

– Tak – odrzekła Mania słabym głosem – ale to dziewczynka. Wolałabym, żebyś inną wiadomość zawiozła tatusiowi.

– W tym pałacu zawsze rodziły się dziewczynki – odparła – więc się nie przejmuj.

– Ale tatuś bardziej by się cieszył z wnuka.

– I tak będzie się cieszył, że wszystko dobrze poszło. To najważniejsze. Mizernie wyglądasz, może chcesz, żebym jeszcze została parę dni? – spytała z niejasnym uczuciem, że składa teraz swój los w ręce Mani. Jeżeli córka ją zatrzyma, nie pojedzie.

– Jedź – odrzekła. – On tam czeka. Biedak, jest zupełnie sam.

Ewelina poczuła cień zniecierpliwienia. Mania zawsze bardziej kochała ojca. I z pewnością była jego córką, tak jak jej córką była Karolina. O ileż od Mani inteligentniejsza, obdarzona wyobraźnią i polotem. Wstała i przywołując uśmiech, pochyliła się nad córką.

– Uważaj na siebie... i na malutką.

Była przy drzwiach, kiedy dobiegł ją słaby głos Mani. Teraz powie, żebym została – przebiegło jej przez myśl, ale wiedziała już, że tym razem córka nie mogłaby jej zatrzymać. Tamten moment był bezpowrotnie utracony.

– Tak? – odrzekła, przystając z ręką na klamce.

– Bardzo ucałuj tatusia.

– Dobrze.

 

2

Ewelina wyszła przed dworzec. Sanie czekały, woźnica stał obok, przytupując od czasu do czasu. Padał śnieg, a ponieważ nie było wiatru, płatki obracały się w powietrzu, kręcąc młynka. Dopełniało to poczucia nierealności, w jakim Ewelina znajdowała się od czasu opuszczenia rodziny. Grupa dzieciaków trzymała się z daleka. Zanim Ewelina wsiadła do sań, rzuciła w ich stronę garść monet.

– Żebyście pamiętały o mnie, chociaż do wieczora – powiedziała po francusku.

Nie ruszyły się z miejsca. Woźnica otulił Ewelinie nogi baranicą, zaciął konie. Dopiero wtedy dzieciarnia rzuciła się wyszukiwać w śniegu monety. Ewelina obserwowała to z przykrością. Mignęła jej twarz dziewczynki, która przypominała małą Karolinę.

Pożegnały się w gniewie.

Kareta z herbem Lechickich na drzwiczkach stała załadowana kuframi, na ganku zgromadzili się wszyscy domownicy, służba, ochmistrzyni, doktor i kuzynki mieszkające w pałacu. Przedtem były niewidoczne, Ewelina zdziwiła się, że jest ich aż tyle. Niektórych nawet nie odróżniała i nie pamiętała, jak mają na imię, nie potrafiłaby powiedzieć, czy pochodzą ze strony ojca, czy matki. Wszystkie ubrane na czarno, jak i ona zresztą. Bo taka była moda po ostatnich wydarzeniach, w końcu to jeszcze świeża data. Był rok tysiąc osiemset sześćdziesiąty piąty...

– Gdzie Karolina? – spytała, nie widząc jej na ganku. – Poszukajcie.

Jedna ze służących zniknęła w pałacu, a Ewelina zwróciła się do ochmistrzyni:

– Miej na nią oko, Katarzyno, ona jest jeszcze taka nierozważna.

Ochmistrzyni kiwnęła głową na znak, że będzie to miała na uwadze. Dobry, wypróbowany przyjaciel. Ona jedna wiedziała, do kogo naprawdę jedzie Ewelina. Obaj zostali zesłani, Cyprian i Jan, za udział w powstaniu. I to niemal w to samo miejsce...

Z pałacu wyszła Karolina ubrana jak do drogi, z torbą podróżną w ręku.

– A to co znowu? – spytała ostro córkę.

– Jadę z tobą.

– Nie możesz ze mną jechać. Nie masz pojęcia, co to za podróż, ja też nie...

Oczy córki spoglądały błagalnie, jednocześnie kryła się w nich determinacja, gotowość na wszystko. Poczuła piekący żal. Karolina była jej kimś bardzo drogim, w jej buncie, w niezgodzie na życie odnajdywała siebie z czasów młodości.

Może dlatego tak często wchodziły ze sobą w konflikt, że w gruncie rzeczy były bardzo do siebie podobne. W nagłym odruchu zdjęła z szyi krzyżyk, który dostała od ojca. Była na nim wyryta data: 1831. I to miejsce – Olszynka Grochowska. Tam walczył ojciec Eweliny, został nawet ranny w kostkę. Rana odnowiła się, utykał. Kto wie, czy to muśnięcie kuli nie okazało się muśnięciem śmierci. Ojciec Eweliny umarł na gruźlicę kości. Bardzo przeżyła jego śmierć, bo bardzo go kochała. Miał tubalny głos, wszędzie go było słychać:

– Dawać mi tu gazetę!

– Siodłać mi tu konia!

Teraz niemal nie mogła znieść tych snujących się po pałacu anemicznych, ubranych na czarno kobiet.

Chciała zawiesić córce krzyżyk na szyi, ale Karolina cofnęła się.

– Po co mi to dajesz? – spytała z nagłym lękiem.

– Mam to po ojcu, a teraz chcę, żebyś miała to ty!

– Przecież jadę z tobą – odpowiedziała córka, ale w jej głosie nie było nadziei.

Patrzyły na siebie, oczy Karoliny z wolna wypełniły się łzami. Odwróciła się i wbiegła do pałacu. Ewelina poszła w stronę karety. Kiedy wyjechała na drogę, zwróciła się do stangreta:

– Odwiedzę rodziców.

Konie skręciły z głównej drogi i stanęły przed ogrodzeniem cmentarza, który został uformowany w kształcie herbu rodu Lechickich. Ewelina wysiadła. Idąc pośród grobów, nie umiała już powstrzymać łez. Tragiczna twarz młodszej córki majaczyła jej przed oczami. Gdyby rzeczywiście udawała się do Cypriana, być może byłoby jej lżej, wypełniałaby swój obowiązek. Ale ona szła przecież za głosem serca, dopuszczała do siebie występną miłość, krzywdząc tym kilkoro ludzi. I było jej bardziej przykro z powodu córki niż z powodu Cypriana, który przecież tracił najwięcej. Ewelina zatrzymała się przed rodzinnym grobem, wyróżniającym się spośród innych. Kamienna muza wspierała na dłoni twarz w głębokiej zadumie. Ewelina uklękła, opierając czoło o chłodną płytę. Cóż mam wam powiedzieć – pomyślała – wiem, co oznacza moja decyzja, nie potrafię się już cofnąć...

Ciężko podniosła się z klęczek i ruszyła w stronę karety. Las się skończył, na jego skraju zobaczyła grupę rosyjskich żołnierzy wykopujących broń powstańczą. Ewelina odprowadziła ich wzrokiem, zamajaczyła jej nawet myśl, że takim obrazem żegna ojczyznę...

 

Cytadela, 2 września 1864

Sprawa została wyjaśniona, zaliczono mnie do drugiej kategorii przestępców stanu, co oznacza wywózkę na Sybir. Sądziłem, że będzie gorzej i mój los dopełni się na stoku Cytadeli. Bóg zapłać i za to. Niepokoję się, czy zabiegi podjęte przez Ewelinę w celu uratowania Lechic zostaną uwieńczone sukcesem. Byłbym niepocieszony, gdyby miała stracić przeze mnie to, co ukochała całym sercem. I wiem, że nie usłyszałbym od niej słowa skargi. Zbyt dumna jest do tego, by okazać po sobie jakową bądź zgryzotę. Kiedym ją po raz pierwszy zobaczył, serce moje zamarło w zachwycie, i tak jest do tej pory, to znaczy z górą lat dwadzieścia. I nie opuszcza mnie zdumienie, że takie przecudne zjawisko było mi dane pojąć za małżonkę moją. W oczach mi stoi jej czarowna postać, kiedy wrześniowego dnia w kaplicy lechickiego pałacu ślub ze sobą braliśmy, dzisiaj mija dwudziesta pierwsza rocznica tej daty. Ewelina miała wszystkiego siedemnaście wiosen, a więc z górą była ode mnie lat dwadzieścia młodszą. Główka jasna, złotopszeniczna, z misternie upiętą fryzurą, białymi różyczkami przystrojoną. Twarz przepiękna, bliska doskonałości, o rysach najszlachetniejszych, oczach tak modrych, jakby farbami malowanych. Postać jej obleczona w koronki najprzedniejsze doskonałą była w każdym szczególe, szyja przeszlachetnie sklepiona, gors zgrabniutki ciasno w biel tychże koronek ujęty. I szczęście wszechogarniające duszę moją i ciało moje, że oto tego doświadczam w życiu, o czym bym w najśmielszych snach nie marzył. A teraz precz przyjdzie mi od niej jechać, od tej ponad wszystko umiłowanej. Przecieżem jej na dłużej niż dni kilka przez te lata nie pozostawił był, bomże nie mógł, sercem swoim osierocony zaraz będąc.

I po cóż to wszystko, po cóż te wyrzeczenia dla sprawy tak od początku przegranej? Jakby z odkrytej karty czytać było można. Chociaż i takie głosy były, że szansę jako naród mamy. Uzbrojenie było nawet dobre, chociaż część transportów broni władze pruskie i rosyjskie rekwirowały. Wojsko nasze powstańcze wykazywało chęć przemożną walki, a także znajomość terenu lepszą od najeźdźcy. Ale miałżeby on nam pozwolić do wolności dojść przez krew naszą i ofiarność, miałżeby cofnąć się, skoro już przeciw nam armaty swoje ustawił? Caryca Katarzyna, ta moskiewska szatanica, zawczasu wszystko tak przygotowała, żebyśmy na straconej pozycji byli. Kazała uczyć własną młodzież rzeczy o Polakach najgorszych, pokazywać same ich błędy. Taki nasz wizerunek w młodych stworzyła, że im sama ręka do szabli się garnęła na dźwięk naszego imienia. Jaką mieliśmy szansę, skoro siły najeźdźcy doszły do miliona i połowy, a więc była to armia najpotężniejsza, jaką Rosja kiedykolwiek wystawiła. Wszyscy zginęli. Wszyscy... 13 maja padł Ludwik Narbutt pod Dubiczami, 15 maja rozstrzelany w Płocku Padlewski, pod koniec czerwca powieszony w Wilnie Zygmunt Sierakowski, pod Kruszyną legł generał Taczanowski, w listopadzie zabity przewaleczny Czachowski. W Kownie powieszono księdza Mackiewicza. Dziw bierze, że mnie taka łaska z ich strony nie spotkała, że moje przestępstwo wycenili tak nisko, nie każąc wymazywać go krwią. Czasem taka myśl nachodzi jednak, że ja tam z nimi być powinienem.

 

3

Więc jedź sobie – pomyślała Karolina mściwie, idąc po schodach na górę.

Po raz drugi napotkała oczy matki, tym razem na portrecie. Miały inny wyraz, były spokojne, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nie było sceny przed gankiem. Przez chwilę wydało się nawet Karolinie, że oczy na portrecie są kpiące. Przyspieszyła kroku. Za drzwiami pokoju poczuła nagle przypływ rozdzierającej tęsknoty za matką. To było jak atak duszności, Karolina łapała ustami powietrze w poczuciu, że jakiś przedmiot utknął w przełyku. Pot wystąpił jej na czoło, niemal po omac­ku dotarła do łóżka i położyła się. Spróbowała nabrać powietrza, tym razem mięśnie szyi puściły. Leżała tak, oddychając głęboko w obawie, że za chwilę coś takiego znowu się powtórzy. Po raz pierwszy w życiu Karolina pomyślała o śmierci. Nawiedziło ją niejasne przeczucie, że śmierć przeszła gdzieś blisko. Niemal w tym samym momencie usłyszała czyjś przeraźliwy krzyk. Zerwała się, ale nie miała odwagi zejść na dół. Może coś się stało mamie – pomyślała – może konie poniosły... Czekała w uczuciu odrętwienia, niemal rezygnacji. Była pewna, że za chwilę dowie się czegoś, co zmieni całe jej życie. Bo skoro miałoby w nim zabraknąć matki...

Na dole słychać było krzątaninę, ktoś wbiegł po schodach, ale minął drzwi pokoju Karoliny. Potem wszystko ucichło.

Karolina siedziała na skraju łóżka, nie mając odwagi nawet zmienić pozycji.

Dlaczego mama musiała wyjechać... Dlaczego wszystko musiało się tak źle potoczyć. Powstanie przeciw Rosji upadło... Karolina pamięta jeszcze to podniecenie pierwszych dni. Łzy radości w oczach matki. Potem też płakała, ale opłakiwała klęskę. Ta klęska była wypisana na twarzach wszystkich. Rozmowy toczyły się teraz szeptem, rozglądano się przy tym trwożnie na boki, jakby wróg czaił się w każdym kącie. Ten wyraz napięcia w oczach domowników wzrósł znacznie, kiedy w pałacu pojawił się lokator. Robiono z tego wielką tajemnicę, ale Karolina dokładnie wiedziała, kto zajmuje pokoik na poddaszu. Któregoś dnia się tam zakradła i zobaczyła młodego mężczyznę leżącego na kanapie. Spał, kołdra zsunęła się i dotykała podłogi, chciała ją poprawić. Wtedy otworzył oczy. Długą chwilę patrzyli na siebie, a potem on podniósł palec do ust na znak, że nie wolno jej nikomu mówić o swoim odkryciu.

W milczeniu skinęła głową. Ten mężczyzna miał na sobie koszulę rozchyloną na piersi i Karolina mogła dojrzeć czerwone zgrubienie, które kiedyś musiało być raną.

To chyba bardzo bolało, to było coś o wiele gorszego niż obtarcie kolana czy zwichnięcie kostki. Jak to jest, kiedy się otrzymuje taki cios? Co się wtedy myśli? Czy myśli się o tym, że można umrzeć... Karolina pamiętała tę nerwową krzątaninę, wnoszenie gorącej wody na górę i znoszenie pokrwawionych szmat. Katarzyna poleciła je spalić. A potem jeszcze raz działo się coś niedobrego na górze, sprowadzono doktora... W końcu młody powstaniec wyzdrowiał. Przed pałac zajechała sprowadzona z Wrzosowa dorożka. Był już zmrok. Karolina stała przy oknie i widziała ten sekretny odjazd. W dorożce siedziała jakaś kobieta, na twarzy miała woalkę. Karolina zauważyła to, kiedy tamta wychyliła się, aby pomóc wsiąść mężczyźnie w pelerynie z kapturem. Wyglądał jak mnich, ale Karolina dobrze wiedziała, kim jest naprawdę. Trochę ją nawet to wszystko śmieszyło, te tajemnice, które właściwie nie mogły być tajemnicami, bo wiedziało o nich za dużo osób. To, co się działo na zewnątrz, wybuch powstania, walki, a potem klęska, docierało do niej tylko z opowieści innych. I było jakieś mało realne, jak bajka.

Któregoś dnia jednak zrozumiała, że z bajką nie ma to nic wspólnego. Towarzyszyła Katarzynie na targ do Wrzosowa. Pojechały dwukółką, Katarzyna sama powoziła. Wjeżdżały do miasta, kiedy nagle zrobiło się jakieś zamieszanie, nie pozwolono im kierować się w stronę rynku, droga była zamknięta. Mężczyzna w czapce z czerwonym otokiem dyrygował ruchem.

– Kto to? – spytała Katarzynę.

– Kozak – odrzekła przez zaciśnięte zęby.

Zostawiły konia i poszły dalej piechotą, przeciskając się wśród tłumu zmierzającego na targ, nie przepuszczono żadnej furmanki. Wkrótce wyjaśniło się dlaczego.

W głębi ulicy, od strony kościoła, pojawił się pochód, który eskortowali Kozacy na koniach. Kiedy pochód się przybliżył, Karolina zobaczyła mężczyzn w różnym wieku, ubranych w jakieś łachmany, niektórzy byli boso, mimo panującego chłodu. A najgorsze, że byli skuci ze sobą łańcuchami. Na przegubach rąk i na kostkach mieli żelazne obręcze, łańcuchy pobrzękiwały ponuro na bruku. Karolina wyraźnie widziała twarze skazańców, były jakby puste, bez żadnych uczuć.

– Dlaczego tak ich traktują? – spytała szeptem.

– Pędzą ich na Sybir – odrzekła ochmistrzyni.

Karolina przeraziła się teraz na dobre, bo przecież tam właśnie miano wysłać jej ojca. Wysyłano tam wszystkich, którzy brali udział w powstaniu. Bogatym odbierano majątki, Lechice też były zagrożone. Karolina nie potrafiła sobie wyobrazić, co by było, gdyby musiała nagle opuścić pałac. Przecież on był od zawsze, urodziła się w nim, znała wszystkie jego zakamarki, od strychu do piwnic.

– Czy tatuś też tak będzie szedł? – głos jej się załamał.

– Nie... – uspokoiła ją Katarzyna. – On jest wysokiego stanu, pojedzie saniami...

A teraz matka jechała tam za nim. Opuszczała swoją córkę, która tak bardzo jej potrzebowała. Karolina poczuła nagły żal do całego świata. Do tego zimnego i bezdusznego świata, który w milczeniu przystawał na tak wielką niesprawiedliwość.

Słońce oświetlało teraz tę ścianę pałacu, na której znajdowało się jej okno, znaczyło to, że jest już dawno po południu.

Promień wsunął się do jej pokoju, ukośnie oświetlając parapet i fragment podłogi, wyglądało to jak jaśniejsza plama. Było coś pocieszającego w tej drgającej na deskach plamie słonecznej. Karolina zapatrzyła się w nią. Minęło jeszcze trochę czasu, promień przesunął się teraz na ścianę, potem zniknął. Pokój powoli pogrążył się w mroku. Karolina nie poruszyła się, kiedy drzwi się otworzyły. Nie odwróciła głowy. Ochmistrzyni usiadła obok i objęła ją ramieniem.

– Tutaj się ukryło nasze biedactwo – powiedziała ciepło.

– Coś się stało na dole? – spytała Karolina.

Ochmistrzyni nie odpowiedziała, więc poczuła lęk.

– Czy mama...

– Jaśnie pani w drodze, droga przecież daleka...

– Ktoś krzyczał na dole.

– To dziewucha z kuchni, głupie stworzenie.

– Ale dlaczego krzyczała?

Ochmistrzyni namyślała się chwilę, a potem powiedziała wolno:

– Siostra jaśnie panienki zeszła z tego świata.

– Mania?

Kobieta skinęła głową, ale nawet takie potwierdzenie nie zmieniło w Karolinie poczucia niedorzeczności tego, co przed chwilą usłyszała. Przecież Mania urodziła córeczkę. Leżała w łóżku, była taka szczęśliwa. Można z nią było porozmawiać. Dlaczego nagle miałaby umierać. I to teraz, kiedy mama wyjechała tak daleko.

– Nie miała zdrowia – powiedziała ochmistrzyni. – Niby urodziła dziecko, ale puściła się z niej krew...

Po tych słowach Karolina rzuciła się na łóżko i wybuchnęła płaczem. Poczuła się nagle zupełnie sama, jakby nikt oprócz niej nie pozostał już na tej ziemi. Ochmistrzyni gładziła ją po plecach, a w Karolinie wywoływało to jeszcze większe uczucie żalu.

– Ja mam trzynaście lat – poskarżyła się, łkając.

Ochmistrzyni podniosła ją i przytuliła do siebie. Karolina przywarła do tego ciepłego rozległego ciała z uczuciem, że być może znajdzie w nim ratunek. Ukołysało ją, jak zawsze, ilekroć działo się coś nieprzyjemnego, kiedy piekło stłuczone kolano albo została zraniona duma. Tym razem jednak było to coś dużo gorszego i Karolina niejasno zdawała sobie sprawę, że ulga jest chwilowa, przyjmowała ją jednak skwapliwie, niemal z pokorą. To było jak przerwa w samotności, której tak naprawdę Karolina doświadczała po raz pierwszy tego ranka.

 

Cytadela, 6 grudnia 1864

Ta cisza za murem dotkliwsza mi się zdaje, jakby cały naród na marach leżał. Znikła wszelka nadzieja wskrzeszenia państwa. Polska wymazana z mapy Europy. Trzydzieści pokoleń jednym pociągnięciem z bytu swego wyzutych zostało. I do czyjej sprawiedliwości się odwoływać? Boskiej czy ludzkiej, jednako żadnej nadziei stamtąd oczekiwać nie można. Francja, co taką przyjazną zdawać by się mogła, odwróciła jednak od nas swoje oczy, przestraszyła się cara. Thiers ma dla nas jedną radę: „Enrichissez vous”. Kiedy się jeszcze ukrywałem w wiosce, dziecię nieletnie, siedząc na progu, taką oto piosneczkę zaśpiewało:

 

O Polska kraino, gdyby ci rodacy,

Co za ciebie giną, wzięli się do pracy

I po garstce ziemi z ojczyzny zabrali,

Już by dłońmi swemi Polskę zbudowali.

 

Dziwne to było, lekcji takiej od dziecięcia wysłuchiwać, będąc samemu jak wieprzek przywalonym snopkiem jakowegoś żyta. Wiara w nasze siły załamała się wraz z upadkiem mitu kościuszkowskiego, że w ludzie polskim trzeba widzieć wskrzesiciela. Żołnierz to był waleczny, daniny krwi nieżałujący. Mówiono mi, że teraz Rosja urzędników swoich nasyła, żeby klin pomiędzy nas wbić. Podobno „jedną ścianę chaty budynku parobczańskiego przyznają chwilowemu mieszkańcowi izby, a drugą pozostawiają przy dworze”. W maju tegoż roku deputacja polskiego chłopstwa przybyła do Petersburga do cara, a Płatonow mowę do nich wygłosił po polsku, dziękując im za wierność, oni zaś krzyczeli, że będą wierni carowi i „królowi polskiemu”. I brali udział w bankiecie, jaki car na ich cześć wydał. Dziwnym mi się to wydało, przeciem ja te chłopskie sukmany po zakamarkach leśnych widział. I miłość do wolności też żem widział... A teraz miałżeby ten sam ludek tańcować z carem i zapomnieć tak szybko, że w innych objęciach tańcował z jego przyczyny, tyle że w zimnych... Mówi się, że pod koniec miesiąca ruszą kibitki spod bramy Cytadeli. Kierunek: Syberia... Była u mnie Ewelina, mieliśmy krótkie pięciominutowe widzenie, tyle tylko pozwolono mi moje oczy obliczem małżonki nacieszyć. Smutna mi się wydała, jak tak szła w sukni czarnej, z takąż krynoliną, odbijającej od jej jasnych włosów.

 

4

Pod wieczór niebo poróżowiało, a potem pojawiły się na nim bladoniebieskie smugi, kolory intensywniały z nastaniem mroku, przechodząc w ostry amarant, fiolet i odcień granatu. Było to czymś tak zadziwiającym, że Ewelina na chwilę zapomniała, gdzie się znajduje. Nigdy nie widziała takiego zestawu barw, zupełnie jakby malarzowi pomieszały się wszystkie farby. Śnieg leżący dookoła z porażającej bieli stawał się coraz bardziej niebieski. Sanie wjechały na górkę i w dole Ewelina zobaczyła nagle jakby odbicie wszystkich kolorów nieba, przez chwilę nie wiedziała, co to takiego, potem dotarło do niej, że tak wygląda olbrzymia tafla wody. Po jej bokach widać było igiełki świateł, tam gdzie przycupnęły ludzkie osiedla. Wiedziała, że po drugiej stronie tej wody znajdowała się ostatnia większa miejscowość na jej syberyjskim szlaku. Będzie musiała tutaj zanocować, by przeprawić się na drugą stronę statkiem. Czy są jakieś regularne kursy? Trzeba będzie się dopytać u miejscowej ludności. Nocleg znalazła dość łatwo, rozliczywszy się przedtem z woźnicą, który też tutaj gdzieś na noc stanął. Zaprowadzono ją do schludnej, chociaż zimnej izby, ale na łóżku leżała wysoka pierzyna. Wsunęła się pod nią z uczuciem ulgi, czuła, jak z jej członków powoli uchodzi zmęczenie. Zaraz zmorzył ją mocny sen. Spała twardo do rana. Patrząc na uciekającą za statkiem wodę, usiłowała przypomnieć sobie nocne widziadło, które ją dziwnie prześladowało. Jakieś białe wnętrze, biały korytarz, na końcu którego widać drzwi. Ewelina była pewna, że te drzwi zaraz się otworzą i stanie w nich ktoś dobrze znany. Wpatrywała się z napięciem, ale drzwi ciągle były zamknięte. Czekała dość długo, wreszcie ruszyła korytarzem, już chciała ująć za klamkę, kiedy gdzieś z tyłu usłyszała głos Mani: – Nie wchodź tam, mamo! – zawołała ostrzegawczo córka. Ewelina obejrzała się i zobaczyła taki sam korytarz i identyczne drzwi, które tym razem były otwarte. W progu stała Mania w długiej białej sukience, miała rozpuszczone włosy, a na nich wianek z margerytek, trzymała za rączkę swoje nowo narodzone dziecko. Było jeszcze niemowlęciem, ale dziwnie umiało już chodzić. Trzymało się w pionie, przebierając tłustymi nóżkami. Sprawiało to wrażenie, jakby oboje płynęli w powietrzu. Mania uśmiechnęła się do Eweliny, a potem położyła dłoń na klamce. Zanim zamknęła drzwi, powiedziała dobitnie: – Tylko tam nie wchodź... Drzwi się za nią zamknęły. Ewelina pozostała sama pośrodku długiego korytarza...

Patrzyła na wodę, która kłębiła się i bulgotała za burtą, tysiąc drobnych pęcherzyków uchodziło gdzieś w głąb. Sprawiało jej to przyjemność, to spoglądanie za siebie, bo widać było, jak szybko porusza się na wodzie parowiec. Można było powiedzieć, że świat uciekał w tył. Kiedy spojrzała wreszcie do przodu, ze zdumieniem stwierdziła, że prawie przybijają do brzegu. Odczytała litery na przystani: Tobolsk.

Ewelina z łatwością znalazła tragarzy, którzy wynieśli na brzeg jej kufry, byli zwinni i dość grzeczni. Pozostawiła rzeczy na przystani i ruszyła do miasta, niezdecydowana jeszcze, czy zostanie tu na noc, czy też tego samego dnia uda się dalej. Było około dwudziestu wiorst do miejsca przeznaczenia, to znaczy do wioski, w której przebywał Cyprian. Chciała potem jechać w dalszą drogę... Ale jak mu o tym wszystkim powiedzieć, od czego zacząć tę bez wątpienia najtrudniejszą w jej życiu rozmowę. Przecież to, przez co już przebrnęła, było nie mniej trudne, musiała samą siebie przekonać, że ma prawo do miłości. Przecież na dobrą sprawę mogłaby być jego matką, był tylko o dwa lata starszy od jej córki Mani. Jak do tego doszło, że uczucie do Jana przesłoniło jej świat?

Starała się nie myśleć, że on tam leży na górze, chociażby z tego powodu, żeby mieć „naturalny wyraz twarzy” w razie nieproszonej wizyty żandarmów z pobliskiego posterunku. Ciągle szwendali się po okolicy, widywała ich myszkujących w pobliżu pałacu, na folwarku. Teraz, kiedy ranny leżał w pokoiku za strychem, te wizyty nabierały innego znaczenia i inaczej należało je traktować. Poleciła nawet, aby zapraszać ich do kuchni na poczęstunek, a rządcy, aby był dla nich nader uprzejmy i częstował tytoniem, ale korzyść z tego była taka, że ciągle miało się ich teraz na oczach. Tyle że nie pchali się dalej, na pokoje. Tak więc Ewelina na strych nie zachodziła, dopytywała się tylko o zdrowie porucznika Darskiego. Wysłana też została tajemna wiadomość do jego matki, że żyje, jest w bezpiecznym miejscu. Natomiast wizytę rodzicielki odradzano ze względów konspiracyjnych. Po raz pierwszy Ewelina poszła na górę, kiedy Jan dostał nagle gorączki. Nie było ku temu wyraźnej przyczyny, bo rana się już prawie zagoiła. Katarzyna przyszła do niej zaniepokojona, podobno chory nawet majaczył. Popatrzyły po sobie zmartwione. Ewelina poleciła posłać po doktora, a sama udała się za Katarzyną na górę. Kiedy tam weszła, uderzył ją nieprzyjemny zapach, jakby gnijącego mięsa. Był to odór choroby i gorączki, który bił od rozpalonego ciała młodego mężczyzny. Katarzyna rozchyliła mu koszulę na piersi i pokazała Ewelinie dość pokaźne cięcie od szabli, które wyglądało jak zgrubiała, ciemnoczerwona kreska. Zaczynała się ona w połowie piersi i schodziła pod pachę. I tam znalazły coś niepokojącego, sporej wielkości guz podeszły ropą.

– Jak to się mogło stać? – spytała przestraszona Ewelina. – Nie zauważyliście tego?

– Wczoraj jeszcze było w porządku – odrzekła ochmistrzyni. – Musiało nabrać przez noc.

Jan był nieprzytomny, usta miał spieczone, nie pomagało zwilżanie ich szmatką. Rzucał się niespokojnie. Ewelina usiadła i wzięła na kolana jego głowę. Gładziła go po włosach. To wszystko powodowało w niej dziwny zamęt, nie wiedziała, czy przeraża ją choroba tego człowieka, czy to, że trzyma jego głowę na kolanach. Przyszedł doktor i zaczęto przygotowania do operacji. Tym razem Ewelina już nie odchodziła. I było tak, jakby nagle przeszła na drugą stronę swojego życia i nie potrafiła już odnaleźć drogi powrotnej. Wszystko przestało się liczyć; to, że była żoną, matką, że miała obowiązki. Istniał tylko ten człowiek, jego twarz trawiona gorączką, zamglone oczy, czepiające się jej ręce. Trzymała je w swoich dłoniach, okrywała pocałunkami. Nie wstydziła się tego, nie taiła swych uczuć ani przed doktorem, ani przed Katarzyną. A oni taktownie milczeli. Któregoś dnia, kiedy przyszła na górę, powitały ją przytomne oczy Jana. Zatrzymała się w drzwiach, nie wiedząc, co pamiętał z przeszło dwutygodniowej maligny, czy docierało do niego to, kto przy nim jest, co mówi, jak się zachowuje. Ewelina z pewnością zachowywała się jak szalona...

– Jak pan się czuje? – spytała zmieszana.

Milcząc, patrzył jej w oczy. Wolno, bardzo wolno podeszła do łóżka, a on wyciągnął w jej stronę rękę. Byli nagle blisko siebie, obejmowała jego głowę. Dotyk jego warg był elektryzujący, wszystko w niej drżało z niepokoju i szczęścia. Rozbierał ją jedną ręką, poddawała się temu, uważając, by nie sprawić mu bólu. Wsunęła się pod kołdrę. To ciało obok niej było jak coś najdroższego na świecie, jak relikwia, gotowa była się do niego modlić. Dotyk jego rąk był jak szczęście, jak coś niewyobrażalnego, co się właśnie stawało. Jan uniósł się na boku, a potem wziął ją pod siebie. Ich ciała splotły się w nierozerwalnym uścisku, pomieszały się ich gorączkowe oddechy, słowa, którymi siebie przywoływali. Ewelina uczyła się fizycznej miłości do mężczyzny...

 

5

Miasto było rozległe, położone nierówno, niektóre ulice pięły się w górę, inne opadały zakolami. Stały przy nich drewniane domy, właściwie wille z pięknie rzeźbionymi gankami i okiennicami. Wszystko to sprawiało wrażenie miejscowości letniskowej w niezbyt sprzyjającej porze. Po ulicach hulał ostry wiatr, było bardzo ślisko. Ewelina musiała uważać, żeby nie upaść i nie złamać nogi. To byłaby w jej sytuacji katastrofa. Na jednym z domów zauważyła tabliczkę z nazwiskiem właściciela sklepiku. Nazywał się H. Kaufmann. Jakiś Niemiec albo Żyd – przemknęło jej przez myśl, a ponieważ o wiele lepiej znała niemiecki niż rosyjski, postanowiła tam wstąpić. Powitał ją potężny mężczyzna o rozległej klatce piersiowej i nieproporcjonalnie małej głowie. Miał sporą łysinę, jasny zarost na twarzy i bardzo niebieskie oczy. Więc jednak Niemiec.

– Witam waszą wielmożność. – Skłonił się za ladą. – Od razu wyczuć damę, na kilometr. Perfumy z Francji rodem, nie mylę się?

– Nie myli się pan – uśmiechnęła się Ewelina.

– U mnie tak wytwornych rzeczy nie ma, ale można znaleźć coś ciekawego. Jak się umie szukać...

– Właściwie nie wiem, co mogłoby mi się przydać. Może jakiś upominek dla... starszego pana.

– Starszy pan... Mogłaby wielmożna pani wyrażać się jaśniej?

– Lat sześćdziesiąt.

– W dobrej kondycji zdrowotnej? – wypytywał sprzedawca.

– Myślę, że tak. Może kupiłabym fajkę.

– Świetnie – ucieszył się. – Mam duży wybór fajek.

Sięgnął za siebie, kładąc potem na ladzie fajki różnego kroju i zabarwienia. Widać było, że nie wszystkie są z tego samego drewna. Ewelina spoglądała na nie bezradnie.

– A którą by mi pan polecał?

Sklepikarz zrobił zafrasowaną minę.

– No cóż, wybrać fajkę, to jak wybrać narzeczoną, z którą chciałoby się spędzić całe życie... a to należałoby czynić osobiście, ale skoro narzeczona już jest, spróbujemy dobrać do niej fajkę – uśmiechnął się chytrze. – Myślę, że najlepsza byłaby ta – wskazał na leżącą pośrodku, ciemnowiśniową, o fantazyjnie wygiętej szyjce.

Ewelina wzięła ją do ręki, obejrzała ze wszystkich stron.

– Podoba mi się – rzekła.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Przy fajce to rzecz najmniejsza. Ważne jest, jak smakuje, a ta, zapewniam panią, ma smak boski.

Ewelina nabyła jeszcze kilka drobiazgów, między innymi czajniczek do herbaty. O mały włos nie kupiła także samowara do tego czajniczka, który miał przepiękny futerał – kurę zrobioną z różnokolorowych koralików. Miała niebieski grzbiet, żółte boki i ciemnoczerwony grzebień. Więc o mały włos nie kupiła tego samowara, sprzedawca bowiem posiadał szczególny dar przekonywania. Powstrzymywał ją tylko zupełny brak miejsca w bagażach.

 

Wydawać by się mogło, że życie dojdzie do jakiegoś punktu i musi się zatrzymać, a ono toczy się dalej, chociaż przeczy to wszystkim prawom ludzkiego rozsądku. Ot, chociażby i ja, człowiek już niemłody, znalazłem się nagle tysiące wiorst od domu, od tego wszystkiego, co nadawało moim poczynaniom sens. Pozbawiony widoku żony, dzieci. A jednak i tutaj udało mi się dzień z nocą pozlepiać, znaleźć jakieś nici, które by chociaż w części potrafiły to sito we mnie powiązać. Już i umarli tak często nie zaglądają do mojej izby. Przyjemność jakowąś odnajduję w zajęciach fizycznych. Noszenie wody, rąbanie drew. Powrót do izby, gdzie sam na sam z myślami zostać muszę, zawsze jest niewygodą duszy mojej udręczonej. Dowódca przegranej bitwy nie może mieć dobrego snu... Cóż im się zresztą dziwić, że tak nas przycisnęli. Byliśmy i jesteśmy przedmurzem Zachodu, a zwłaszcza Prus. Gdybyśmy umieli znaleźć z Prusakami wspólny język, być może znaleźlibyśmy w nich naturalnego sprzymierzeńca, a tak ma go przeciw nam wróg najzajadlejszy. To z ust Ottona von Bismarcka padło zdanie, że dopuszczenie politycznego żywota Polski byłoby niewybaczalnym błędem. „Ein schrecklicher politischer Fehler” – oto jego słowa.

A z drugiej strony wielka święta Ruś, prawosławie, podczas gdy my to żywioł katolicki. Będą nas tępić najzajadlej, nie ustaną, dopóki bije chociaż jedno wolne polskie serce... Nie można wojować z całym światem, trzeba sobie wyszukać wroga, ale takiej mądrości za dużo wymagać od ludzi jak my zapalczywych, idących niby żubr z głową pochyloną do przodu. No i ubili żubra...

 

6

Tyle razy powtarzała w myślach, co powie Cyprianowi, ale kiedy go w końcu zobaczyła, słowa utknęły jej w gardle. Przywitała się z nim, ciągle jak żona. I jak żona zauważyła, że bardzo zmizerniał, posiwiał. Plecy mu się pochyliły. Ujął jej twarz w dłonie i patrzył na nią z bliska.

– Czy to ty, ukochana – szeptał – naprawdę ty...

Puścił ją w końcu.

– Nie sądziłem, że do mnie przyjedziesz. Odradzałem ci nawet taki pomysł, choć wiem, że mógł ci powstać w głowie...

To był moment, kiedy powinna mu wyznać, że nie do niego przyjechała. Konie czekają, za chwilę rusza dalej. Ale zamiast tego sięgnęła do kieszeni i wyjęła stamtąd fajkę i paczkę tytoniu.

– To dla ciebie – rzekła zmienionym głosem, zdecydowana teraz wyjawić prawdę.

– Co w domu? – spytał.

– Dobrze – odrzekła, przełykając ślinę. – Mania urodziła córeczkę. Obie są zdrowe, ale Henryk ciągle w areszcie, nie wypuścili go nawet na połóg żony...

– On? – zdziwił się Cyprian. – Przecież do niczego się nie mieszał.

– Im wystarczy, że ktoś jest Polakiem – odpowiedziała, bezradna wobec sytuacji, której w żaden sposób nie potrafiła sprostać. Przejechała tyle kilometrów po to, by zmienić swoje życie, a ono w żaden sposób zmienić się nie dawało. Na końcu tej drogi spotkała Cypriana.

Jak z tego wybrnąć? To był błąd, ten przystanek po drodze. Powinna jechać prosto w objęcia tamtego. Czekał na nią. Tęsknił. Tak samo szaleńczo jak ona za nim. Mówiły jej o tym jego listy, które wysyłał na adres swojej matki. Ale potem byłoby jeszcze trudniej. I mniej uczciwie...

Odezwało się pukanie i zajrzała gospodyni.

– Woźnica pyta, co ma robić, zdejmować kufry czy czekać?

Ewelina uczuła nagłe gorąco w piersi, nie mogła wydobyć z siebie głosu.

– Niech zdejmuje kufry – odrzekł Cyprian poirytowanym tonem, a potem zwrócił się do Eweliny: – Zapłaciłaś mu?

Miała teraz ostatnią szansę, aby wyznać, że chce jechać dalej. Zamiast tego szepnęła:

– Nie.

Mąż wyszedł za kobietą, a ona niemal bez sił osunęła się na ławę pod ścianą. Poczuła za plecami twarde belki.

Cyprian wrócił po jakimś czasie, za nim dwóch ros­łych chłopaków wniosło jej rzeczy.

– Postawcie tam w kącie – zakomenderował.

Kiedy zostali sami, podszedł do niej i kucnął u jej kolan.

– Kochana moja, musisz być zmęczona – powiedział miękko, a potem schylił się i począł zdejmować jej buty. Ujął jej stopę w obie ręce i podniósł do ust. – Jesteś jak ratunek – wyszeptał.

Powiem mu jutro – pomyślała i zrobiło się jej jakoś lżej. Przeżyli ze sobą tyle lat, cóż znaczy ten jeden dzień więcej. To tylko jeden dzień... Powiem mu jutro z samego rana – pomyślała, kiedy zasnął. Ona, pomimo zmęczenia, nie mogła zmrużyć oka. Na samą myśl o scenie, jaka się miała rozegrać nazajutrz, odczuwała ból. Nie tylko swojego męża miała zranić, ale także siebie, bo w jakiś sposób czuła się jego częścią.

A jednak zasnęła, obudziło ją czyjeś dotknięcie na policzku. To był Cyprian. Inny niż wczorajszego dnia, odmłodniały. W jego oczach pojawił się blask.

– Wychodzę, mam swoje sprawy – powiedział – wrócę przed obiadem. Zostawiłem ci na stole śniadanie. Wrzątek masz w samowarze, podrzuciłem węgli...

Chciała się unieść, ale delikatnie ją powstrzymał.

– Kochana, jest wcześnie, jeszcze możesz pospać.

Nie miała zamiaru ani chwili dłużej pozostać w łóżku. Cypriana nie będzie jakiś czas, to dla niej szansa, aby na powrót spakować swoje rzeczy, nająć konie i odjechać. Już wiedziała, że nie zdobędzie się na to, aby wyjawić mu prawdę prosto w oczy. Zostawi list. Tak będzie najlepiej dla nich obojga, a przynajmniej łatwiej... Nie tknęła nawet przygotowanego dla niej śniadania. Usiadła przy stole i nakreśliła szybko kilka słów.

Cyprianie, odchodzę. Uwierz, nie mogę inaczej. Ewelina.

Nie, w taki sposób nie mogła go powiadamiać o swojej decyzji. On nic by z tego nie zrozumiał. Bo dokąd niby chciała odejść? Dookoła były tylko śniegi i tajga. Mógłby pomyśleć, że odebrało jej rozum. Zmięła kartkę i zaczęła od początku:

Mój mężu, tragiczny los sprawił, że musimy się rozstać, należę do innego i to do niego tu przyjechałam. Wybacz. Ewelina.

Zostawiła list na stole, obok tak starannie przygotowanego dla niej śniadania. Pokrojony chleb przykryty był serwetką, na jednym talerzyku leżał duży plaster białego sera, na drugim jajka, obok w dzbanuszku stała śmietana. I jeszcze miód. Ubrała się i zeszła na dół. W kuchni dużej i schludnej nie było nikogo. Gospodynię znalazła na podwórzu. Próbowała wytłumaczyć jej, o co chodzi, swoim łamanym rosyjskim. Kobieta patrzyła na nią bez słowa, jej twarz miała surowy wyraz.

– Mnie nada łoszadi – plątała się Ewelina – ja dołżna ujechat’... ja imieju diengi... zołoto... – Zdjęła z przegubu ręki grubą bransoletę i wyciągnęła w stronę Rosjanki, ale tamta ani drgnęła.

– Nie lepiej zaczekać na męża? – spytała.

W jej oczach Ewelina dostrzegła coś jakby naganę.

– Ja się spieszę – odrzekła z rozpaczą.

Gospodyni Cypriana powiedziała wolno:

– Idźcie poszukać koni na wieś.

– Ale gdzie, u kogo?

Tamta wzruszyła ramionami i wróciła do swojej roboty.

Głupia baba – pomyślała z zapiekłą złością Ewelina. Wyszła przed furtkę i rozejrzała się bezradnie. Drewniane chałupy przywalone były czapami śniegu, przycupnęły przy śnieżnych tunelach przekopanych od zagrody do zagrody. Chcąc do którejkolwiek dotrzeć, trzeba było się nimi poruszać, inaczej można było ugrzęznąć w zaspie po pachy. Postała tak chwilę i ruszyła przed siebie, w połowie drogi do jednej z chałup napotkała młodą dziewczynę w krótkim kożuszku, która szła od studziennego żurawia, na nosidłach kołysały się dwa wiadra pełne wody. Aby móc się wyminąć, jedna z nich musiała zejść w zaspę. Na razie stały naprzeciw siebie.

– Z dobrym utrom – uśmiechnęła się Ewelina, ale dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła tylko na nią.

Może dziwne jej się wydało, że w tej zapadłej dziurze widzi kobietę w długim futrze i toczku na głowie.

– Mnie nada łoszadi – zaczęła Ewelina – ja imieju diengi...

Dziewczyna nagle zrobiła krok w zaspę i zapadając się w śnieg, wyminęła Ewelinę, nosidła chwiały się na ramionach, woda bryzgała na boki. Zostało jej nie więcej niż do połowy wiader.

Ewelina dotarła do chałupy, ale kiedy tylko uchyliła furtkę, doskoczyły do niej psy, dwa kundle, którym niedobrze patrzyło z oczu. Jak wszystkim tutaj – pomyślała. Z domu nikt nie wyszedł, widać nikogo nie było. Ruszyła w dalszą wędrówkę, ale mimo że chodziła od zagrody do zagrody, niczego nie była w stanie załatwić. W jednej były same dzieci, w innej na wpół głuchy starzec, w innej jeszcze kobieta, która niczego jej nie mogła obiecać, dopóki nie wróci mąż. Zrozpaczona powróciła na kwaterę Cypriana. Nie było go jeszcze. Zmięła list pozostawiony na stole. Nagle siły odmówiły jej posłuszeństwa, usiadła na podłodze pośrodku izby i zaniosła się szlochem. Tak ją zastał mąż. Opuchniętą od łez, zupełnie pokonaną. Podniósł ją i posadził na ławie. Z troską zajrzał jej w twarz.

– Co się dzieje, kochana? – spytał. – Podobno szukałaś koni po wsi. Nie podoba ci się tutaj, chcesz wracać?

W milczeniu pokręciła przecząco głową.

– Ani nie mogę wrócić, ani nie mogę z tobą zostać – powiedziała cicho.

– Co to znaczy?

– Ja nie do ciebie tutaj przyjechałam... ja... kocham innego mężczyznę, który też został zesłany... nie chciałam tego... ale to jest silniejsze ode mnie... to jest jak śmierć...

Cyprian milczał. Przez chwilę wydawało jej się, że nie zrozumiał, ale powoli jego twarz zaczęła zmieniać wyraz. Zapadała się, stawała się płaska.

– Ja już nie umiałabym z tobą być – powiedziała roztrzęsionym głosem.

– Byłaś ze mną przez dwadzieścia lat.

– Ale wtedy byłam kimś innym.

Cyprian podszedł do okna. Widziała jego plecy. A jeżeli zażąda nazwiska jej kochanka i wyzwie go na pojedynek... Miał przecież do tego prawo, miał prawo zatrzymać ją siłą albo odesłać do kraju. Co wtedy będzie z jej życiem... Milczenie się przedłużało, a w niej narastał strach. Przestała się litować nad cierpieniem Cypriana, bo on teraz przeistoczył się w sędziego, w człowieka, w którego rękach spoczywał jej los.

– Co pani powiedziała w domu? – usłyszała jego opanowany głos, czasami używał takiej formy w rozmowach z nią, zwykle kiedy wynikła między nimi różnica zdań.

– Że... że jadę do pana...

I znowu cisza. Ta straszna cisza, prześwidrowująca mózg niemal na wylot. Wolałaby, żeby Cyprian zrobił jej scenę, żeby krzyczał, a nawet ją uderzył, byłoby jej lżej. Odwrócił się wreszcie do niej. Kiedy zobaczyła jego twarz, doznała wstrząsu, to była twarz starca, na jej oczach Cyprian postarzał się o kilkanaście lat. To było takie okrutne. Zbyt okrutne. Jak odejść? Jak pozostawić mężczyznę, który przez tyle lat był jej mężem? Ale już raz zrobiła mu z siebie prezent, nie może uczynić tego po raz drugi. Można udawać miłość, nie można udawać, że się jej nie czuje. Wszystkie myśli Eweliny, wszystkie jej tęsknoty były skierowane w stronę Jana.

– No cóż – powiedział – jestem już stary. A pani jest młoda i piękna i ma naturalne prawo do miłości. Tylko czy ten człowiek jest tego wart?

– On walczył tak jak ty... jak pan. Był ciężko ranny. Jest patriotą i człowiekiem honoru. A... także pochodzi z naszej sfery... On jest... jest... dobry...

Cyprian uśmiechnął się gorzko.

– I dlatego odebrał mi żonę.

– Nie chciał tego, tak samo jak ja... ukrywaliśmy go w lechickim pałacu...

Cyprian uniósł rękę w niecierpliwym geście.

– Proszę oszczędzić mi szczegółów.

Przygładził włosy, znała ten gest, czynił to zwykle wtedy, kiedy miał do podjęcia jakąś szczególnie trudną decyzję.

– Czy... czy miejsce przeznaczenia jest odległe stąd? – spytał.

– Siedem wiorst.

– Powiem, żeby podstawili konie – rzekł, opuszczając izbę.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI