Wydawca: Videograf Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 272 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Panna Huragan. Dzienniki amerykańskie - Katarzyna Klimasińska

Pasja reporterska porywa Kaśkę, 28-letnią dziennikarkę z Krakowa, w samo serce huraganów, do światowej stolicy energetyki i królestwa ciężarówek – Houston w Teksasie. Kaśka jest świadkiem jednej z najgorszych katastrof ekologicznych w USA – wybuchu platformy wiertniczej w Zatoce Meksykańskiej. Spotyka miłość, która rodzi w niej obawy o własne życie, uczy się zumby i tańców afrykańskich, a także mechanizmów rządzących polityką w Waszyngtonie. Podróże do Nowego Orleanu, na Florydę, do Doliny Śmierci, za koło podbiegunowe na Alasce godzi z karierą, której pozazdrości jej niejedna Amerykanka. W zabawny, pełen autoironii sposób opowiada o swoich przygodach i o tym, że każdy może odnieść sukces i sprawdzić, jak smakuje "American dream".

Opinie o ebooku Panna Huragan. Dzienniki amerykańskie - Katarzyna Klimasińska

Fragment ebooka Panna Huragan. Dzienniki amerykańskie - Katarzyna Klimasińska

Redakcja

Joanna Szewczyk

Projekt okładki

©Marta Noszka-Bubak

Redakcja techniczna, skład iłamanie

Damian Walasek

Korekta

Urszula Bańcerek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Wydanie I, Chorzów 2013

Historia jest luźno oparta na faktach, historiach, których doświadczyła autorka lub które zostały jej opowiedziane. Większość imion i nazwisk została zmieniona.

Wydawca

WydawnictwaVideograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej

DICTUM Sp. zo.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

©Copyright byWydawnictwaVideograf SA, Chorzów 2013

ISBN 978-83-7835-289-1

Moim ukochanym rodzicom,

Luci i Krzysztofowi

29.02.2009. Co pani tu ma najcenniejszego?

– Pani się nie przejmuje, pakowaliśmy Karola Wojtyłę, jak się do Rzymu przeprowadzał, i polskich żołnierzy, kiedy ich do Iraku i Afganistanu wysyłali, to spakujemy też i panią. Co pani ma tu najcenniejszego?

– Te magnesy na lodówce. – Wskazałam na tuziny plastikowych figurek i plakietek przyklejonych do białych drzwi domowej chłodziarki.

Wynajęty i opłacony przez mojego pracodawcę pakowacz rozejrzał się po pustym mieszkaniu, przeleciał wzrokiem po opróżnionych szafach i wypolerowanej na błysk łazience, w której nie było już nawet mydła. Upewnił się:

– Pani nie żartuje? – I zadzwonił do żony, że dzisiaj ma łatwą klientkę, więc wróci do domu na obiad.

Nigdy nie przywiązywałam się ani do rzeczy, ani do miejsc, a kiedy dowiedziałam się, że podjęta została ostateczna decyzja o przeniesieniu mnie z Warszawy do Houston, i zobaczyłam na biurku bilet w jedną stronę, sprzedałam praktycznie wszystko, co miałam. Opuszczałam Polskę być może na zawsze, w redakcji oczekiwali, że Houston stanie się moim nowym domem i przepracuję tam co najmniej dwa lata, dlatego uparli się, że przyślą ekipę, która pomoże mi w przenosinach dobytku.

Do bagażu podręcznego włożyłam dwanaście książek, w tym dziesięć Ryszarda Kapuścińskiego, parę letnich sukienek, garnek do gotowania na parze, filiżankę. W trochę kultowej, a nieco tańszej knajpie na Polach Mokotowskich w stolicy wyprawiłam imprezę na pięćdziesiąt osób. Zrobiłam ostatni wywiad – z ministrem skarbu na temat prywatyzacji, wysłałam jeszcze jedną korektę, bo pomyliłam się w depeszy o bezrobociu i płacy minimalnej. Wymieniłam złotówki na dolary, sprawdziłam wizę w paszporcie. Jest? Jest.

Nazywam się Katarzyna Katarasińska. Mam 28 lat, z czego ostatnie siedem spędziłam w zawalonych papierzyskami, gazetami, dyktafonami i podgniłymi kubkami po kawie newsroomach. Zaczęłam w radiu, potem przeniosłam się do Francuskiej Agencji Informacyjnej. Aż w końcu pięć lat temu, po niespodziewanym telefonie z Nowego Jorku na dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia, zostałam korespondentką amerykańskiej gazety finansowej na Europę Środkową i Wschodnią. Amerykanów fascynują reformy, które zamieniły dzieci komunizmu w sprytnych przedsiębiorców, zachłannych konsumentów i zapalonych inwestorów. Dlatego gazeta sypnęła groszem i na jej potrzeby w Warszawie stworzony został zespół reporterów, co to żywią się tylko świeżymi informacjami i tak kochają swoją pracę, że nawet śpią w redakcji.

Dostawałam podwyżki, jeździłam na międzynarodowe konferencje (Davos, Bruksela, Londyn) i szkolenia, przeprowadziłam wywiady z Dalajlamą i największym z arabskich szejków, byłam znana i zapraszana na najbardziej prestiżowe imprezy sportowe i kulturalne. Mimo to zaczynało mi się w tej Warszawce nudzić. Rok temu poprosiłam firmę o przeniesienie na inną placówkę, za granicę. Rozważałam Londyn i Moskwę, w końcu aplikowałam do San Francisco.

Okazało się, że kandydat do słonecznej Kalifornii został już znaleziony, ale moja gazeta stara się też zwiększyć liczbę reporterów w Houston, więc gdybym tam chciała…

Houston kojarzyło mi się wyłącznie z grającym kosmonautę Tomem Hanksem i filmem o Apollo 13. Otworzyłam Wikipedię, przeczytałam, że to energetyczna stolica świata i czwarte co do wielkości miasto w Stanach Zjednoczonych. To mi wystarczyło do podjęcia decyzji. Jadę!

Rozesłałam mejle do przyjaciół z informacją, jakie mam plany, licząc po cichu, że ktoś (konkretniej: ktoś płci przeciwnej!) odpisze, że zawsze kochał mnie skrycie, że nie mogę wyjechać, powinnam tu zostać i być z nim szczęśliwa. No cóż, taka odpowiedź nie nadeszła, więc to jeszcze bardziej przekonało mnie do wyjazdu…

Rodzice, brat i znajomi odprowadzili mnie na lotnisko. Wydawało mi się, że podróż Warszawa–Nowy Jork–Houston przebiegnie bez zakłóceń, a nawet z pewnymi atrakcjami. Na lotnisku w Nowym Jorku byłam odprawiana przez Polkę, panią Wilkuską (fryzura à la Uma Thurman z Pulp Fiction w wersji blond, jasnoróżowe usta). Gdy tylko zobaczyła moje ponadwymiarowe walichy, za których transport powinnam zapłacić 100 dolarów, powiedziała:

– Spróbuję coś wykombinować.

Załatwiła, żebym nic nie płaciła. Nie ma to jak polska solidarność! Ale samolot wylądował w Houston o wpół do dwunastej w nocy. W centrum miasta, gdzie czekało na mnie służbowe mieszkanie, byłam o północy (lotnisko daleko, taksówka – 60 zielonych papierków). Dzwoniłam wcześniej do firmy pośredniczącej w wynajmie i zapewniono mnie, że w mojej kamienicy będzie dozorca, który da mi klucze do mojego apartamentu. Ale nie było tam żywej duszy. Dochodziła pierwsza w nocy, mogłam albo jechać do hotelu, albo zadzwonić do któregoś z kolegów z nowego biura. Telefon komórkowy, który przywiozłam z Polski, nie działał, nie miałam pojęcia, gdzie jest jakaś budka. Czułam się tak zmęczona, że po prostu kimnęłam się na kanapie w lobby. Okazała się nawet wygodna, taka aksamitna, czerwona. W nocy przyszły meksykańskie sprzątaczki, ale zachowywały się całkiem cicho, starając się mnie nie obudzić.

Rano pojawił się dozorca:

– A, jesteś wreszcie, czekałem wczoraj na ciebie! – powiedział.

Wzięłam klucze, umyłam się szybciutko i pobiegłam do pracy.

Droga do biura okazała się dość monotonna. Minęłam parking, bar kanapkowy Subway, parking, McDonald’s, parking, plac budowy, jeszcze jeden parking, plac budowy, Starbucks, restaurację Barbecue i parking mojego biurowca. Nikt oprócz mnie nie chodził do pracy pieszo, Houston nie ma też metra i wybudowano tu na razie tylko jedną linię tramwajową, więc każdy musi gdzieś zostawić cztery kółka, którymi przyjechał do biura.

W centrum miasta nie ma ani jednej budki z hot-dogami, ani pół warzywniaka, nawet gazety nie ma gdzie kupić, bo kiosku nie uświadczysz.

Średnia waga moich nowych kolegów w budynku, w którym mieści się nasza redakcja, parę innych newsroomów i kilka kancelarii prawniczych, to mniej więcej… 120 kilo. Przypomniałam sobie, że w encyklopedii przeczytałam, iż poza ropą naftową głównym źródłem bogactwa Houston są szpitale specjalizujące się między innymi w operacjach plastycznych i wyszczuplających.

Ściskam was, pełny sił po obfitym posiłku

najedzony, niewyspany Kasiaczek

16.03.2009. Drażliwy temat służby zdrowia

– Dzień dobry, chciałam zamówić taksówkę.

– Gdzie będzie kurs?

– Do szpitala.

W niedzielę byłam jakaś taka słaba i cherlawa. Wmawiałam sobie, że to tylko konsekwencje przeciągów na lotniskach, wycieńczenia podróżą i stresu związanego z przeprowadzką. Ale w nocy dostałam takiej gorączki, że myślałam, że dziurę w materacu wypalę, i tego już nie mogłam wytłumaczyć zmęczeniem.

Rano z trudem zwlokłam się przed komputer, żeby napisać szefowej, że chyba będzie musiała pójść za mnie na wywiad, który miałam tego dnia przeprowadzić, bo ja się cały czas trzęsę i to będzie wyglądać dość nieprofesjonalnie. Rozważałam nawet wezwanie lekarza do domu, ale na moim nowiutkim, otrzymanym w zeszłym tygodniu ubezpieczeniu wołami było napisane, że taki luksus kosztuje 250 dolarów. O, nie, nie, nawet w gorączce znałam 250 lepszych sposobów na wydanie takiej kwoty. Przełożona odpisała, że najbliższą lecznicę mogę znaleźć w internecie.

W rejestracji trzy razy zapytałam (wedle instrukcji mojej szefowej), czy moje ubezpieczenie kwalifikuje mnie do korzystania z tego szpitala. Chińska pielęgniarka zapewniła, że tak, zapłacę tylko 20 dolarów.

Pani doktor kazała mi wejść na wagę, po czym spytała, ile zazwyczaj ważę w domu, czy mam gorączkę, i jak myślę, co mi jest. Następnie pobrała wymaz z gardła i przepisała syropik.

Po pierwszym łyku zamarzyłam o tym, żeby cofnąć czas o pięć minut, bo nagle stan przed wypiciem wydał mi się cudowny w porównaniu do zatrucia, do którego doprowadziło lekarstwo. Całą noc przechorowałam w łazience, od następnego dnia pracowałam z domu, a syrop został schowany do szafy. Może kiedyś przyda się jako trutka na szczury albo środek do czyszczenia podłogi.

I nawet bym wam o tym nie opowiadała, ale ostatnio wracałam sobie z pracy do domu. Żeby nabrać oddechu, zatrzymałam się przed schodami na trzecie piętro i sprawdziłam zawartość skrzynki pocztowej. Z lawiny ulotek reklamujących hamburgery wyłowiłam cztery listy z banków, które chciałyby mi udzielić pożyczki na siedemnaście procent, dwie kartki urodzinowe (dziękuję!), rachunek za wodę i… korespondencję z mojej kliniki.

Ten szpital chyba postawił sobie za cel wpędzić mnie do grobu. Napisali, że koszty mojej kuracji nie zostały pokryte przez ubezpieczyciela, więc jestem im winna jeszcze 305 dolarów: 280 za wizytę, 20 za wymaz i 5 za receptę.

Najpierw się trochę zdenerwowałam, bo 305 zielonych papierków wolałabym przeznaczyć na coś innego. Potem przypomniałam sobie, że stertę podobnych pism widziałam niedawno u mojej szefowej na biurku… Następnego dnia nie było jej w pracy, ale za to był Lincoln, który ma troje dzieci, a maluchy przecież cały czas chorują. Pokazałam mu list.

– Nieee, nie przejmuj się. Oni robią to bez przerwy. Zadzwoń do twojego ubezpieczyciela, on ci pewnie powie, że już to zapłacił. Jak będziesz miała problemy, pogadaj z moją żoną, ona prawie co dzień walczy z lekarzami i ich księgowymi. W żadnym wypadku tego nie płać.

– Ja podobne listy od razu wyrzucam do kosza, nawet nie czytam – wtrącił się Randy i połknął na raz całą zawartość paczki z M&M’sami.

Zadzwoniłam i było tak jak powiedział Lincoln, dlatego mogę dziś spokojnie wcinać babeczki z masłem orzechowym i popcorn kandyzowany. Czuję się tak, jakbym zaoszczędziła 300 dolarów, więc mogłabym ruszyć na zakupy. Szkoda tylko, że w promieniu „spacerowym” nie ma żadnego supermarketu. Trzeba by wsiąść w samochód i dojechać…

Ściskam i (żeby nie zarazić!) nie całuję

Kasia-Biedaczka-Cherlaczka

02.04.2009. Katarzyna Taurus-Katarasińska

Postanowiłam zrobić prawo jazdy. Marzyłam o teksańskim dokumencie z piękną białą gwiazdą. Byłam już dalej niż w połowie drogi do osiągnięcia celu, ale formalności okazały się prawdziwym wyzwaniem. Nie zdziwiłabym się, gdyby za niedługo wsadzili mnie do amerykańskiej ciupy za okłamywanie władzy. Choćby taki formularz aplikacyjny. Wystałam się w dusznym, parnym, pełnym Meksykanów urzędzie dwie godziny, żeby go dostać, i ledwo upchałam do tabelki moje nazwisko i dwa piękne imiona (Katarzyna Lesława), a tam pytanie o wagę w funtach. Ajajaj, nie mam pojęcia. Ogólnie jestem bardzo szczupła, niektórzy mówią: same cycki i kości. Przypomniałam sobie stronę z kodeksu drogowego, gdzie było pokazane, ile drinków można wypić, żeby jeszcze móc prowadzić, w zależności od masy ciała (Lincoln, ten z redakcji, kazał mi to zapamiętać, bo o to zawsze pytają). Więc wpisałam najmniejszą wagę, jaka była w tej tabelce, i zadowolona zaczęłam wypełniać dalej, a tu pytanie o wzrost w stopach. Kurka wodna, w kodeksie nic nie było o wzroście. Rozejrzałam się po urzędzie, czy gdzieś przypadkiem nie wisi jakaś miarka… Nie było nic takiego. Trudno, szturchnęłam Meksykankę obok.

– Przepraszam, czy możesz ocenić, ile mam wzrostu?

Potem jeszcze było pytanie o kolor oczu, a ja przecież mam raz zielone, raz niebieskie. I o stały adres zamieszkania. Czy ja wiem? Mój chyba jest w Polsce… Miałam ochotę podrzeć ten formularz i zrezygnować z jazdy po Teksasie. Pewnie powinnam z tego urzędu udać się prosto do więzienia, bo na koniec podpisałam, że wypełniam ten kwit w pełni świadoma karnych konsekwencji podawania nieprawdziwych informacji. Według tego, co napisałam, na stałe zamieszkuję w biurze mojej gazety w Houston, ważę 50 kilo przy wzroście metr osiemdziesiąt.

Na egzamin praktyczny trzeba było przyjechać własnym samochodem… Na szczęście mój pracodawca stanął na wysokości zadania i żeby ułatwić mi zdanie egzaminu, a także umożliwić nabycie mebli do nowego mieszkania i kupno własnych czterech kółek, zgodził się sfinansować tygodniowy wynajem auta. Obdzwoniłam wszystkie wypożyczalnie, by wybrać najmniejszy pojazd i móc płynnie zaparkować w egzaminacyjnej kopercie, ale dzięki promocji i tak dostałam całkiem sporego pontiaca zamiast wybranego chevy aveo.

Kolor samochodu pasował do koloru moich oczu, więc spakowałam jeszcze płytę Michaela Bublé i panią od GPS, i pojechałam na egzamin. Zdałam, ale to był dopiero początek mojej przygody. Test odbywał się na polnej drodze, ale jak przyszło do wizyty w salonie samochodowym, pani od GPS uparła się, że musimy pojechać autostradą. W Houston w ogóle wszystkie drogi prowadzą do autostrady i wszędzie można dojechać wyłącznie autostradą. Wtoczyłam się na szybką drogę i… nagle zapragnęłam mieć największą i najgłośniejszą ciężarówkę na świecie. Osiem pasów, masa samochodów różnej wielkości, ale raczej, delikatnie mówiąc… dużych, z każdej strony zjazdy, i wjazdy, i estakady, a wszyscy mkną 70 mil (112 kilometrów) na godzinę. Pomyślałam: „Dobra, dobra, nie jest źle, spokojnie, Katarasińska, będziesz się trzymać prawej strony, powolutku, może gdzieś dojedziesz”. A tu pani od GPS przemawia tym swoim grobowym głosem:

– Za pół mili zjazdem w lewo przenieś się na drogę numer 610.

– Koleżanko! – krzyknęłam do głupiej baby. – Po pierwsze, nie wiem, ile to jest pół mili. A po drugie, siedzisz tyłem do przedniej szyby, to nie widzisz, jaki tu jest ruch! Nawet za tysiąc kilometrów co najwyżej zjadę na sąsiedni pas, a nie – osiem pasów dalej!

Miałam ochotę pojechać prosto na lotnisko, porzucić samochód i wrócić do Warszawy, ale potem zmieniłam plany i pokochałam autostrady. A pani od GPS chyba dogadała się z Bublé i już mi nie dokucza.

Aha, a po co mi w ogóle to prawko? W Stanach pełni ono funkcję dowodu osobistego i bez niego nic nie załatwisz. A najbardziej mi się podoba, że ten dokument ma termin ważności… czyli za dwa lata będę musiała przejść od nowa cały ten cyrk.

W każdym razie po uzyskaniu plastykowej legitki mogłam pójść do banku, by założyć sobie konto. Zdawało mi mi się, że w centrum Houston ostała się tylko jedna finansowa placówka, ale za to jaka! Budynek wielki jak paryska Notre-Dame, z wysokimi oknami i strzelistym stropem. W środku – cisza i pustka, i jedyny pracownik – Whitney – przy biurku na środku. Wokół niej mieniące się niczym szkiełka średniowiecznych witraży kolorowe folderki z reklamami kredytów.

Whitney była zachwycona, że ją odwiedziłam, i mogła mnie obsłużyć. Otworzyła mi od razu dwa konta… A jaka była rozczarowana, że nie chcę swojego zdjęcia na karcie debetowej!

Pozostałe banki znajdują się na przedmieściach, są zautomatyzowane, więc nie potrzebują pracowników, a podjeżdża się do nich samochodami niczym do restauracji typu fast food drive-thru.

Też tak będę w przyszłości podjeżdżać, ale – wynajęty pontiac po skończonej misji został zwrócony do wypożyczalni. Czas sprawić sobie własny samochód. Spędziłam ze trzy weekendy na wizytach u dilerów, wybrałam wymarzoną furę i zaniosłam papiery do Whitney, żeby pożyczyła kasę na zakup. Ale ona najpierw upierała się, że nie udziela kredytów obcokrajowcom. Musiałam podać numer telefonu do oddziału jej banku, który zajmuje się imigrantami, żeby ją przekonali, że jednak udziela. Potem oświadczyła, że moje auto musi mieć skórzane fotele i szyberdach, żeby było warte tyle, ile chce za niego diler. Ten argument spowodował, że sprzedawca obniżył cenę – nie mogłam w to uwierzyć, przecierałam oczy – o 1000 dolarów. Wtedy Whitney powiedziała, że ten pojazd jest za tani i że tak małych transakcji jej bank nie finansuje. W tej sytuacji musiałam odwołać się do pomocy rodziców, ale w końcu mam tę brykę! Jest olbrzymia, niebieska i nazywa się ford taurus. Chwilami wydaje mi się, że jest nawet większa od mojego mieszkania (tak, tak, wynajmuję też nowe mieszkanie!), ale to tylko wrażenie.

Zatrudniłam również własną panią od GPS. Niestety, ta głupia koza nie chce się nauczyć wyszukiwania wolnych miejsc parkingowych. Toteż codziennie rano najpierw krążę pół godziny, wypatrując niezastawionych metrów kwadratowych na moją maszynę. Potem szukam w tym wielkim aucie mojej torebki, następnie w torebce karty parkingowej i kluczy do biura. Sami rozumiecie, że każdego dnia cieszę się z sukcesu, jakim jest punktualne dotarcie do pracy.

Ale wróćmy jeszcze do samochodu, bo jest on podstawą mojego nowego teksańskiego życia. Ma wyprofilowaną półeczkę na kolta, wieszaczek na żakiecik, przegródeczki na szpileczki i schowek na kowbojskie kozaki – ze względu na pogodę i modę kupiłam takie z perforacjami, dzięki czemu mam już łydki opalone w gwiazdeczki.

No, dobrze, w powyższym zdaniu odrobinę nazmyślałam. Nikt nie wozi rewolweru w samochodzie, wiadomo, że każdy ma go cały czas za pasem. Bo musiałam też kupić sobie porządny pasek ze złotą klamrą!

W samochodzie jest radio, a nawet lusterko, ale nie używam go, bo koleżanka od GPS przekonała mnie, że muszę słuchać wyłącznie jej i oglądać tylko jej instrukcje. Raz to zlekceważyłam, jadąc na wieczorną potańcówkę, pewna, że znam tę trasę już na pamięć. To rzut beretem od mojego domu, o, prawie widać z okna! Trzeba jechać najpierw w prawo, potem w lewo… Kurczę blade, nie wiem, jak to się stało, ale nagle znalazłam się na środkowym pasie, obwarowanym z obu stron murem betonowych kloców. I w dodatku nikt oprócz mnie nim nie jechał.

– Przeliczam – zawyrokowała GPS-ówka. – Jedź dwadzieścia pięć mil prosto, potem skręć, żeby z tej szybkiej drogi na lotnisko zawrócić na autostradę z powrotem w kierunku miasta. Myślałam, że ze złości wyskoczę przez przednią szybę! Przez dwadzieścia pięć mil (nie pogrążajcie mnie, nawet nie chcę wiedzieć, ile to jest w kilometrach) musiałam pruć tą odgrodzoną drogą w kierunku przeciwnym do celu, żeby pod terminalem zawrócić i utknąć w korku do centrum. Gdy już dotarłam na spotkanie mocno spóźniona, omal nie wyważyłam drzwi. Udobruchali mnie dopiero koledzy, którzy zgodnie krzyknęli:

– Oczeń harosza maszina!

Biedacy, mówią do mnie po rosyjsku, bo myślą, że to złagodzi szok kulturowy, który ich zdaniem przechodzę.

Co do własnej mety w Houston – ten firmowy luksusowy loft w centrum miasta był tylko na pierwszy miesiąc, potem musiałam sama sobie coś znaleźć. Na początku trochę się załamałam, gdy agent nieruchomości pokazał mi nieumeblowaną dziurę wielkości toalety w samolocie, z widokiem na parking, za jedyne 1000 dolarów miesięcznie. Ale ostatecznie wynajęłam apartament z basenem i palmami za oknem, dziesięć minut piechotą od mojego miejsca pracy.

Oczywiście nie chciałam marnować urlopu na byle przeprowadzkę, więc przewiezieniem pudeł i rozpakowywaniem zajęłam się jednego dnia po pracy. Zeszło mi chyba do drugiej w nocy. Ledwo zmrużyłam oczy, a zaraz zbudził mnie straszliwy hałas. Myślałam, że to jakiś niewypakowany budzik albo radio, ale szybko uświadomiłam sobie, że nigdy nie posiadałam sprzętu, który piszczałby tak okropnie, a w dodatku włączał i wyłączał światło w całym budynku. To był alarm.

Paliło się. Wyjrzałam przez okno – na podwórku stała już gromadka moich sąsiadów w piżamkach. Przeleciało mi przez głowę, że szkoda było wnosić na czwarte piętro tyle rzeczy, skoro teraz strawią je płomienie. Pomyślałam nawet, żeby szybko zdjąć z lodówki moją kolekcję magnesów i ją wynieść, ale ostatecznie chwyciłam tylko komórkę i torebkę i dołączyłam do lunatyków na zewnątrz.

Przyjechał wóz strażacki. Cholerka, gaszenie takiego ogniska trochę trwa. Rozmowy się nie kleiły. Nikt nie zabrał nic do czytania. O czwartej rano nawet w Houston jest zimno. Zaspana przyjrzałam się jednak innym mieszkańcom mojej kamienicy – sami single. No chyba że rodziny z dziećmi uznały, że tej nocy zginą w płomieniach, ale to niemożliwe – te syreny zniechęciłyby nawet najbardziej upartych samobójców. Błąkaliśmy się tak bezdomni przez 90 minut. O mało nie spóźniłam się do pracy, bo akurat tego dnia miałam na szóstą. Gdy tylko wyłączono te wyjce, wpadłam do mieszkania, umyłam zęby, włożyłam pierwszą z brzegu szmatę i pobiegłam do redakcji. Ciuch okazał się mocno wydekoltowaną letnią sukienką, więc prezes, z którym tego dnia przeprowadzaliśmy wywiad, przyglądał mi się z zainteresowaniem… albo z litością. No, ja też bym zwróciła uwagę na takie półnagie dziecko z podkrążonymi oczami. Boję się zapytać kolegów, czy nie zasnęłam w trakcie tego spotkania.

Słuchajcie, ja naprawdę chciałabym tu dawać jako Polka dobre świadectwo, no wiecie, ale ciągle mi tu… kłody pod nogi!

Ściskam

niedospany Kasiutek

12.04.2009. Przecież zająć się dzieckiem to każdy potrafi

Wspaniały stół na osiem osób, w stylu Ludwika XVI, z porysowanym dębowym blatem i czterema chybotliwymi krzesłami pomogła mi wybrać moja pierwsza polska koleżanka w Teksasie, Jadwiga. Z wdzięczności zaofiarowałam się, że zrobię dla niej wszystko, na przykład zajmę się jej dwuletnim synkiem, gdyby potrzebowała gdzieś wyjść. A że Jadwiga jest aktorką i pracuje wieczorami, okazja do zaopiekowania się maluchem nadarzyła się dość szybko.

Na szczęście ktoś podpowiedział mi, żeby wcześniej przeprowadzić próbę, to znaczy zobaczyć, jak wygląda przeciętny wieczór malca z rodzicami. Wszystko wydawało się bardzo proste: najpierw zabawa, potem kolacja, czytanie książeczek, mycie zębów, do łóżka i spać.

Ale gdy zostaliśmy z młodym kolegą sam na sam, musiałam dodać do repertuaru wyścig kopar, rysowanie pociągu, helikoptera i lotniska, występ pacynek i układankę, a nawet śpiew, żeby odwrócić uwagę malucha od faktu nieobecności rodziców. Ostatecznie chłopiątko zajęło się jedzeniem (dwa talerze zupy z makaronem, schabik z ziemniakami i trzy pudełka lodów – impreza na dwie godziny, zastanawiałam się tylko, gdzie mu się to mieści?). To było fajne, ale po wieczerzy… stolec, wielgaśne kupsko, maksi, superkupa. Ho, ho, zostałam mistrzem w zmienianiu pieluszek! Niestety, z każdą godziną nieobecność rodziców stawała się coraz bardziej płaczopędna… W sumie się nie dziwię, ja też bym się zdenerwowała, gdyby mi obca baba trzeci raz czytała o tym, jak abecadło z pieca spadło i kotek był chory.

Koniec końców, musiałam się odwołać do pomocy zabawki, która świeci w ciemności. Maleństwo patrzyło w nią zachwycone, przestało skakać i jeść banany i zaczęło liczyć gwiazdy, które lampka wyświetlała na ścianie. Uważam, że konstruktora tej pomocy dydaktycznej powinien nagrodzić komitet noblowski, w kategorii pokojowej. Padliśmy o 23:30.

Tak że wywiad następnego ranka z szefem Gazpromu na Stany Zjednoczone stał się nagle po prostu pestką. I jakoś poszedł, bo tego samego wieczora przy piwie konkurencja narzekała, że przepytywali tego samego kolesia, zadawali te same pytania i nie dostali tych odpowiedzi, co my. Och, no tak, bo gdy facet rozmawiał ze mną, to był przekonany, że ma do czynienia z Rosjanką, co najwyraźniej mobilizowało go do bycia bardziej konkretnym.

Buziaki

ciocia Kasia

26.04.2009. Ekspert od kobiecych dolegliwości

Czerwony autobus nigdy nie jeździł regularnie, ale odkąd przeprowadziłam się za Wielką Wodę, w ogóle przestał przyjeżdżać. Co prawda, miałam pewne, nie do końca dobre doświadczenia z tutejszą branżą medyczną, ale rosnący niepokój kazał mi zapisać się na wizytę do eksperta od kobiecych dolegliwości, doktora Crawera.

Pan specjalista przyjmował w pięknej willi pod Houston, otoczonej palmami i drewnianym płotem, ozdobionej marmurowymi rzeźbami amorów i fontannami. Na podjeździe zaparkowane były dwa jaguary, w poczekalni leżał stos magazynów dla kobiet i wisiało trochę malarstwa. Zajęły się mną dwie pielęgniarki (Latynoska i Azjatka), które zaprowadziły mnie do wielkiego, eleganckiego gabinetu ze skórzaną sofą naprzeciwko biurka doktora. Za biurkiem zobaczyłam dyplomy – doktor Crawer był specjalistą od ginekologii i endokrynologii, a także prawnikiem. Na bocznych ścianach wisiały zdjęcia rodziny: młodej żony, dwóch synów, okrągłych jak on, i wnuków – bliźniaków, które na jednej z fotografii siedziały pod choinką, przebrane za świąteczne renifery.

W antycznych komódkach stały porcelanowe modele kobiecych ciał i zabytkowe narzędzia ginekologiczne: mosiężne i srebrne wzierniki imponujących rozmiarów, jakieś nożyce, skalpele, szkła powiększające.

Doktor Crawer był niesłychanie miły i delikatny, ale nie mógł ukryć zdziwienia. Kiedy mnie obejrzał, zapytał:

– Czy ty kiedykolwiek przeżyłaś orgazm? Jesteś bardzo mała tam, w środku… Jak cię pokocha mężczyzna teksańskich rozmiarów, może się tam nie zmieścić…

A kiedy zobaczył moje wyniki badań, oświadczył:

– Gdybym nie wiedział, powiedziałbym, że należą do mężczyzny, i to ciężko chorego. Wygląda na to, że wyrósł ci mięśniak. Wiesz, co to jest mięśniak? Albo masz cukrzycę… Albo może nawet jedno i drugie.

Dodał, żebym nie płakała w drodze do domu, i że on nie może mnie dalej leczyć, ponieważ nie wie jak, a nie zajmuje się medycyną eksperymentalną. Muszę znaleźć lepszego specjalistę, który się na tym wszystkim zna. Ktokolwiek się mną zajmie, na pewno będzie wniebowzięty możliwością analizowania takiego rzadkiego przypadku.

Popatrzyłam na karteczki z wynikami badań – nic nie było w normie. Tam, gdzie powinno być między 5 a 50, ja miałam 350… W samochodzie zaczęłam się trząść i zalałam się łzami. Chciałam zadzwonić do mamy, żeby powiedzieć jej o wszystkim, ale uświadomiłam sobie, że nic mi nie pomoże, jeśli jeszcze ona będzie się martwiła. Było ciepło i słonecznie, wieczór dopiero się zaczynał, słyszałam, jak pulchne Amerykanki pluskają się w miejskim basenie… Wróciłam do domu, rzuciłam się na łóżko (no, dobra, nie mam łóżka, na materac) i ryczałam przez trzy godziny. Niewiele brakowało, a zalałabym sąsiadów z dołu tym łzotokiem.

Wyobraziłam sobie resztę życia w szpitalnej poczekalni, na kozetce i w kolejce do apteki, ponure twarze moich rodziców, załamaną babcię podpytującą lekarza, czy umrę i kiedy… O, nie, nie, nie… Jak umierać, to szybko, a póki co, miałam zamiar cieszyć się życiem, tańcem, pogodą, przyjaciółmi, własną urodą i pięknem tego świata!

Umyłam twarz zimną wodą, założyłam krótką purpurową sukienkę, zielony naszyjnik i różowe pantofle i pomyślałam, że tego wieczora chcę się dobrze bawić. Przypomniałam sobie, że w gazecie widziałam reklamę kursu tanga; pierwsza lekcja miała się odbyć właśnie dziś.

Po krótkiej rozgrzewce nauczycielka, Litwinka Indre, poprosiła, żebym była jej partnerką przy demonstracji kroków. Chętnie się zgodziłam, no bo to przecież rzadka okazja móc zatańczyć z mistrzynią, i zawsze się więcej nauczę. Kiedy znalazłyśmy się na środku sali, szybko pożałowałam swojej decyzji, bo uświadomiłam sobie, że trzydziestu adeptów tańca gapi się na moje nogi. Kurczę, a jak mam dziurę w rajstopach? Albo spódnica krzywo leży? Buty niedoczyszczone? Ale wstyd…

Chyba jednak dobrze wypadłam, gdyż po pokazie ustawiła się do mnie kolejeczka panów. Wszyscy komplementowali mój występ i prosili o następną milongę. Tańczyłam więc z niskim łysym Carlosem, tłuściutkim rozwiedzionym Thomasem i w końcu z Harrisonem.

– Cześć, jestem Harry.

– Cześć, Kasia.

– Kasza, przez K? Przepraszam, czy ja się już przedstawiłem? Jestem Harry.

No, nie muszę wam chyba tłumaczyć – od razu polubiłam tego gościa. W dodatku baardzo dobrze prowadził, więc mu to powiedziałam.

– Naprawdę? To świetnie! Każdy mężczyzna potrzebuje czasem usłyszeć jakiś komplement!

I od tej pory Harrison jakby nie zauważał, że mijały kolejne piosenki i wszyscy zmieniali partnerki. Zaczął na mnie próbować podpatrzone na filmach kroki, kazał mi zamykać oczy, prowadzić, opierać się o niego, unosić nogi, ocierać kolana o jego uda, obracać się na wszystkie możliwe sposoby. Pewnie widzieliście kiedyś w tangu taką figurę, gdy para przechyla się w jedną stronę i tancerka stoi tylko na jednej nodze, a drugą oplata kolano partnera? Dzięki kreatywności i zawziętości Harry’ego też już tak umiemy! Harry jest wyższy ode mnie na obcasach i bardzo, baardzo przystojny. Ma delikatne piegi i cały czas się śmieje.

Wygląda, jakby był o dziesięć lat młodszy ode mnie (co czyni go jeszcze atrakcyjniejszym!), ale to chyba niemożliwe, bo już od czterech lat robi doktorat z nanotechnologii. To taka nauka o bardzo małych rzeczach, cząsteczkach i atomach, które można wykorzystać na przykład w telefonach komórkowych, żelazkach albo kobiecych kosmetykach, do przedłużania terminu ważności produktów spożywczych czy zmiany ich smaków. Harry pracuje nad zastosowaniem nanotechnologii w bateriach słonecznych, żeby były niewielkie, tanie i możliwe do zamontowania na dachu każdego domu. Dlatego przeniósł się z Florydy do tego królestwa autostrad – houstoński uniwersytet wykształcił dwóch noblistów z nanotechnologii.

Po tangu wziął mój numer, nazajutrz zadzwonił i zaproponował kolację w hiszpańskiej knajpie.

I odtąd spotykamy się tak mniej więcej co trzeci dzień.

Wczoraj siedzieliśmy sobie na szczycie wieżowca przy winie i herbacie i oglądaliśmy zachód słońca.

Harrison jeździ czerwoną hondą. Ostatnio, parkując, przewrócił śmietnik i wjechał w szyld knajpy, w której się umówiliśmy. Uwielbiam go. Kiepsko teraz u mnie z koncentracją i mogę przez jakiś czas nie mieć czasu za dużo pisać… Do momentu, kiedy Harry znajdzie sobie lepszą partnerkę albo zakocha się w którejś ze swoich studentek, bo prowadzi też zajęcia na uniwerku.

Ściskam marzycielsko

Kasza

10.05.2009. Gorące niedzielne psy

Głodna strawy duchowej, a także spragniona spaceru, wybrałam się na poszukiwanie kościoła ojców Dominikanów. W Krakowie, gdzie dorastałam, a potem w Warszawie, podczas pracy i studiów, często do nich zaglądałam, bo mieli aktualne, adresowane do młodych ludzi kazania.

A w Stanach… mam wrażenie, że każdy może stworzyć własną religię i świątyń w tym kraju jest co najmniej tyle, ile mieszkańców.

W końcu znalazłam skromną kaplicę. Nad wejściem widniał wielgaśny napis:

„HOT DOG SUNDAY”

Hm… w Polsce mamy na przykład Niedzielę Miłosierdzia Bożego albo niedzielę zwykłą, a w Houston świętuje się niedzielę gorących psów.

Z gazetki parafialnej dowiedziałam się, że za tydzień będzie Pasta Sunday. Za trzy dolary będzie można zjeść spaghetti w nieograniczonych ilościach, ale zabronione jest przynoszenie pojemników i zabieranie resztek do domu. Poniżej napisano, że na ślub w tym kościele czeka się teraz osiem miesięcy. A z ostatniej strony tejże publikacji uśmiechali się do mnie: pani w moim wieku i nieco starszy dżentelmen, którzy reklamowali www.ca-tho-lic-match-in-texas (jeśli dobrze zapamiętałam adres) – serwis randkowy dla samotnych katolików!

Spokojnie, spokojnie, nie martwcie się, wykraczam z lekturą poza katolickie publikacje, sięgam też do lokalnych dzienników. A co w nich piszą! Niektórzy uważają, że media w Polsce za bardzo skupiają się na kryzysie gospodarczym… Wkrótce po moim przyjeździe do Stanów, w któryś piątek rano podano, że bezrobocie w USA jest najwyższe od 25 lat i przez caaaały dzień, a potem przez okrągły weekend stacje telewizyjne nie nawijały o niczym innym. W sobotę ten temat był na czołówkach wszystkich gazet (no, większości; tam, gdzie na okładce były zdjęcia wściekłej Angeliny, zdezorientowanego Brada i roześmianej Jennifer, liczbę bezrobotnych podano w rogu…), mają tu też specjalne programy o tym, jak się przekwalifikować, bo zatrudniają tylko: administracja rządowa, farmacja i działy badań i rozwoju.

Z ciekawości weszłam więc do urzędu pracy w centrum Houston, a tam dziesiątki komputerów, faksy, kopiarki, telefony, kawka, herbatka – lepsze wyposażenie niż w przeciętnej polskiej prywatnej firmie – i taki dość skromny tłumek.

Zagadnęłam pierwszą z brzegu panią, czterdziestolatkę w niebieskim dresiku, dlaczego szuka pracy.

– Bo ta, którą mam, jest poniżej moich kwalifikacji! Jestem kucharką, a zamierzam zostać catering-menedżerem – odparła.

Spytałam, czy nie zniechęca jej gospodarczy marazm.

– Kryzys gospodarczy jest w ludzkich głowach. Ja w niego nie wierzę. Ja wiem, że za rogiem czeka na mnie moja nowa praca, muszę tylko wyjść jej poszukać. Trzeba być optymistą.

Ale faktycznie nie jest różowo. Koleżanka Lara, która podjechała po mnie w sobotę, żeby zabrać mnie na imprezę, miała tył samochodu załadowany papierem toaletowym i płatkami owsianymi. Już myślałam, że to zapasy, bo może zbliża się jakiś huragan, ale wytłumaczyła: