Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 443 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pani Kennedy i ja - Clint Hill, Lisa McCubbin

Clint Hill, funkcjonariusz Secret Service, ochraniał słynną Jacqueline Bouvier Kennedy od 1960 do 1964 roku. To nie była zwykła służba. Clint towarzyszył pani Kennedy przy narodzinach synów i śmierci jednego z nich, podczas rodzinnych wakacji w Hyannis Port i Palm Beach, oficjalnych podróży do Europy, Azji i Ameryki Południowej oraz intrygujących spotkań z mężczyznami pokroju Aristotelisa Onasisa, Gianniego Agnelliego i André Malraux. Był przy niej także w czasie nagłej śmierci męża oraz w mrocznym okresie po jego zabójstwie. Aż do przyjęcia, jakie wydała na cześć swego ochroniarza, gdy po czterech latach odchodził ze służby u jej boku.
Dziś, po upływie 50 lat, Hill po raz pierwszy opisuje tamte lata. To ciepła, emocjonująca, czasem tragiczna opowieść o tym, jak agent Secret Service – wychowanek sierocińca w Dakocie Północnej – stał się najbardziej zaufanym człowiekiem w życiu uwielbianej przez cały świat pierwszej damy.

Opinie o ebooku Pani Kennedy i ja - Clint Hill, Lisa McCubbin

Fragment ebooka Pani Kennedy i ja - Clint Hill, Lisa McCubbin

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Mrs. Ken­ne­dy and Me

Gal­le­ry Bo­oks

A Di­vi­sion of Si­mon & Schu­s­ter, Inc.,

1230 Ave­nue of the Ame­ri­cas,

New York, NY 10020, USA

Co­py­ri­ght © 2012 by Clint Hill and Lisa McCub­bin

All ri­ghts re­se­rved.

First Gal­le­ry Bo­oks hard­co­ver edi­tion April 2012

Wy­da­nie pol­skie:

G+J Gru­ner+Jahr Pol­ska

Sp. z o.o. & Co. Spół­ka Ko­man­dy­to­wa

ul. Ma­ry­nar­ska 15, 02-674 War­sza­wa

Dział han­dlo­wy: tel. 22 360 38 42

Sprze­daż wy­sył­ko­wa: tel. 22 360 37 77

Tłu­ma­cze­nie: Ja­cek Si­ko­ra

Re­dak­cja: Ka­ta­rzy­na Szczyp­ka

Ko­rek­ta: Do­ro­ta Si­de­ro­pu­lu

Okład­ka: Ma­ciej Szy­ma­no­wicz / www.ma­szy­no­wicz.com

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Mał­go­rza­ta Ze­msta

Re­dak­tor tech­nicz­ny: Ma­riusz Te­ler

Skład i ła­ma­nie: Ka­ta­rzy­na Szczyp­ka, Ja­cek Si­ko­ra

Zdję­cie na okład­ce: The Gran­ger Col­lec­tion, New York/The Gran­ger Col­lec­tion/FO­RUM

Co­py­ri­ght for Po­lish edi­tion © 2013 G+J Gru­ner+Jahr Pol­ska Sp. z o.o. & Co.

Spół­ka Ko­man­dy­to­wa. All ri­ghts re­se­rved.

ISBN 978-83-7778-326-9

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach

prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie

w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­we – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem

wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

www.gjk­siaz­ki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Funk­cjo­na­riu­szom i funk­cjo­na­riusz­kom US Se­cret Se­rvi­ce, w sta­nie spo­czyn­ku i w czyn­nej służ­bie, za­wsze pil­nie strze­gą­cym przy­wód­ców tego wiel­kie­go kra­ju i jego fi­nan­so­wych in­te­re­sów. Wa­sza nie­za­chwia­na po­sta­wa i peł­ne po­świę­ce­nia od­da­nie obo­wiąz­kom jest wzo­rem do na­śla­do­wa­nia. Je­stem dum­ny, że mo­głem być jed­nym z was.

Dla Ca­ro­li­ne Ken­ne­dy – „Ly­ric” dla agen­tów, „But­tons” dla Ojca. Ży­wię szcze­rą na­dzie­ję, że wie­le z tego, co przy­wo­łu­ję na kar­tach tej książ­ki, wy­do­bę­dzie z za­ka­mar­ków pa­mię­ci miłe wspo­mnie­nia z Bia­łe­go Domu. Oj­ciec uwiel­biał Pa­nią i Joh­na, Pani Mat­ka zaś była oso­bą nad­zwy­czaj­ną – Damą w każ­dym calu.

O autorach

CLINT HILLjest eme­ry­to­wa­nym funk­cjo­na­riu­szem Uni­ted Sta­tes Se­cret Se­rvi­ce. Znaj­do­wał się w or­sza­ku pre­zy­den­ta Joh­na F. Ken­ne­dy’ego pod­czas śmier­tel­ne­go za­ma­chu w Dal­las. Od li­sto­pa­da 1960 r. do wy­bo­rów w 1964 r. był agen­tem ochro­ny pani Ken­ne­dy, a po­śred­nio tak­że jej dzie­ci. Za pre­zy­den­tu­ry Lyn­do­na B. John­so­na aż do 1967 r. był funk­cjo­na­riu­szem jego ochro­ny, póź­niej zo­stał awan­so­wa­ny na jej do­wód­cę. Ri­chard Ni­xon po ob­ję­ciu urzę­du pre­zy­den­ta USA mia­no­wał go do­wód­cą ochro­ny wi­ce­pre­zy­den­ta Spi­ra Agnew. W 1972 r. Clint Hill awan­so­wał na sta­no­wi­sko wi­ce­dy­rek­to­ra Se­cret Se­rvi­ce od­po­wie­dzial­ne­go za ochro­nę oso­bi­stą. Zo­stał prze­nie­sio­ny w stan spo­czyn­ku w 1975 roku.

LISA McCUB­BINjest na­gra­dza­ną dzien­ni­kar­ką, pre­zen­ter­ką te­le­wi­zyj­nych ser­wi­sów in­for­ma­cyj­nych, re­por­ter­ką. Pro­wa­dzi­ła wła­sny pro­gram ra­dio­wy. Po­nad pięć lat spę­dzi­ła na Bli­skim Wscho­dzie, pra­cu­jąc jako nie­za­leż­na dzien­ni­kar­ka. Jest współ­au­tor­ką książ­ki The Ken­ne­dy De­ta­il, be­st­sel­le­ru z li­sty „New York Ti­me­sa”. Ma też wła­sną wi­try­nę in­ter­ne­to­wą: www.li­samc­cub­bin.com.

Część pierwsza:Rok 1960

1Spotkanie z panią Kennedy

Je­de­na­ste­go li­sto­pa­da 1960 r. pe­łen obaw zdą­ża­łem do Geo­r­ge­town, do domu 3307 przy N Stre­et. Za chwi­lę mia­łem po­znać żonę nowo wy­bra­ne­go pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, któ­rej ochro­nę mi po­wie­rzo­no, a cze­go so­bie zu­peł­nie nie wy­obra­ża­łem. Nie wi­dzia­łem dla sie­bie gor­sze­go miej­sca niż służ­ba u boku pierw­szej damy. Kie­dy pa­trzę na tam­ten dzień z per­spek­ty­wy wie­lu lat, je­stem pra­wie pe­wien, że Ja­cqu­eli­ne Bo­uvier Ken­ne­dy ży­wi­ła przed na­szym spo­tka­niem jesz­cze wię­cej obaw. Żad­ne z nas nie mia­ło wiel­kie­go wy­bo­ru. Mo­gła za­ak­cep­to­wać albo nie – tak jak to zro­bi­ła z pierw­szym przy­dzie­lo­nym agen­tem. Dla mnie od­mo­wa rów­no­znacz­na była z koń­cem ka­rie­ry.

Jesz­cze dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny wcze­śniej to­wa­rzy­szy­łem ustę­pu­ją­ce­mu pre­zy­den­to­wi Dwi­gh­to­wi D. Eisen­ho­we­ro­wi pod­czas po­wy­bor­czej par­tii gol­fa, roz­gry­wa­nej na polu gol­fo­wym w Au­gu­ście. Prze­gra­na re­pu­bli­ka­nów wciąż za­przą­ta­ła uwa­gę, cała ad­mi­ni­stra­cja go­to­wa­ła się do wy­mia­ny. Z jed­nym wy­jąt­kiem: Se­cret Se­rvi­ce. Mia­łem za­szczyt słu­żyć w gru­pie agen­tów chro­nią­cych pre­zy­den­ta Eisen­ho­we­ra. Z jed­nej stro­ny z go­ry­czą przyj­mo­wa­łem roz­sta­nie, z dru­giej zaś eks­cy­to­wa­ły wy­zwa­nia zwią­za­ne z ochra­nia­niem no­we­go pre­zy­den­ta. Nie do­pusz­cza­łem my­śli, że moja po­zy­cja wca­le nie jest tak pew­na, jak mi się wy­da­wa­ło.

Od­dział słu­żą­cy w Bia­łym Domu li­czył czter­dzie­stu funk­cjo­na­riu­szy – naj­lep­si z naj­lep­szych – ich je­dy­nym za­da­niem było nie­prze­rwa­ne sta­nie na stra­ży bez­pie­czeń­stwa pre­zy­den­ta. Nie by­li­śmy zwią­za­ni z żad­ną par­tią ani po­li­tycz­nym stron­nic­twem. By­li­śmy zwar­tą gru­pą męż­czyzn. Zmia­na gło­wy pań­stwa wy­ma­ga­ła od Se­cret Se­rvi­ce przy­sto­so­wa­nia się do no­we­go sty­lu spra­wo­wa­nia urzę­du. I choć nie ze­tkną­łem się wcze­śniej z Joh­nem F. Ken­ne­dym, pre­zy­den­tem elek­tem, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że ochra­nia­nie go bę­dzie cał­ko­wi­cie in­nym za­da­niem niż służ­ba przy Ikeu. Za­miast sie­dem­dzie­się­cio­lat­ka, by­łe­go ge­ne­ra­ła, któ­ry rzą­dził Bia­łym Do­mem z woj­sko­wą pre­cy­zją, bę­dzie­my mie­li ener­gicz­ne­go czter­dzie­sto­trzy­lat­ka, ka­to­li­ka po­cho­dze­nie ir­landz­kie­go, de­mo­kra­tę z Mas­sa­chu­setts, peł­ne­go po­my­słów na wpro­wa­dze­nie Ame­ry­ki w lata 60. XX wie­ku.

Było nas trzech na polu gol­fo­wym i jak tyl­ko za­koń­czy­ła się pre­zy­denc­ka par­tia, od Jima Row­leya, do­wo­dzą­ce­go agen­ta­mi przy­dzie­lo­ny­mi do Bia­łe­go Domu, na­de­szło we­zwa­nie na roz­mo­wę. Po­czu­łem, że po raz ostat­ni gra­łem w gol­fa z pre­zy­den­tem Eisen­ho­we­rem. Spo­dzie­wa­łem się, że cała na­sza trój­ka zo­sta­nie prze­su­nię­ta do ob­sta­wy pre­zy­den­ta elek­ta.

Po za­mel­do­wa­niu usły­sze­li­śmy od Row­leya, że musi do­ko­nać ro­szad tak, by jed­no­cze­śnie chro­nić Eisen­ho­we­ra i nowo wy­bra­ne­go Ken­ne­dy’ego. Aż do dnia stycz­nio­wej in­au­gu­ra­cji.

Naj­pierw wy­dał po­le­ce­nie ko­le­gom: Jer­ry’emu Bla­ine’owi i Bil­lo­wi Ski­le­so­wi.

– Jer­ry i Bill, zo­sta­je­cie przy­dzie­le­ni do ochro­ny pre­zy­den­ta elek­ta. Pan Ken­ne­dy pla­nu­je spę­dzić naj­bliż­szy mie­siąc oraz świę­ta w na­le­żą­cej do jego ojca po­sia­dło­ści w Palm Be­ach na Flo­ry­dzie. Tak więc pa­no­wie, od­la­tu­je­cie tam jesz­cze dziś wie­czo­rem.

Ostrzegł, że przy­pusz­czal­nie po­zo­sta­ną na Flo­ry­dzie do ce­re­mo­nii za­przy­się­że­nia, a to ozna­cza, że Boże Na­ro­dze­nie i Nowy Rok spę­dzą z dala od ro­dzin. Do­ra­dził, by żony za­ję­ły się skom­ple­to­wa­niem im let­nich ubrań. Im dłu­żej słu­cha­łem po­le­ceń wy­da­wa­nych Bla­ine’owi i Ski­le­so­wi, tym więk­sza ogar­nia­ła mnie nie­pew­ność.

W koń­cu przy­szła moja ko­lej.

– Clint, se­kre­tarz obro­ny Tom Ga­tes na­ra­dza się z pre­zy­den­tem. Za­raz po­tem wra­ca do Wa­szyng­to­nu. Masz się z nim za­brać i za­mel­do­wać w do­wódz­twie Se­cret Se­rvi­ce, u sa­me­go sze­fa, Bau­gh­ma­na. Cze­ka na cie­bie.

Krót­kie­mu „Tak jest” to­wa­rzy­szy­ło ski­nię­cie gło­wą. Dla­cze­go chce ze mną roz­ma­wiać Bau­gh­man? Dla­cze­go nie jadę ze Ski­le­sem i Bla­ine’em do Palm Be­ach? Nur­to­wa­ło mnie wie­le py­tań, ale ani mi w gło­wie było pod­wa­ża­nie au­to­ry­te­tu czy de­cy­zji Row­leya – był na­szym do­wód­cą. Przez skó­rę czu­łem, że co­kol­wiek mnie spo­tka, nie bę­dzie na­le­ża­ło do przy­jem­no­ści.

• • •

Do­wódz­two Se­cret Se­rvi­ce mie­ści­ło się w gma­chu De­par­ta­men­tu Skar­bu USA, tuż obok Bia­łe­go Domu, przy Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue. Nig­dy wcze­śniej nie by­łem w biu­rze Sze­fa ani też nig­dy się z nim nie spo­tka­łem oso­bi­ście. U. E. Bau­gh­man sze­fo­wał Se­cret Se­rvi­ce od 1948 roku. By­łem wię­cej niż nie­pew­ny swe­go losu, ale mel­du­jąc się w se­kre­ta­ria­cie, ze wszyst­kich sił sta­ra­łem się tego nie oka­zać.

– Agent Clint Hill. We­zwa­ny do sze­fa Bau­gh­ma­na.

– Tak, pa­nie Hill, szef ocze­ku­je. Może pan wejść – od­po­wie­dzia­ła se­kre­tar­ka.

Pierw­szą rze­czą, któ­ra rzu­ci­ła mi się w oczy po prze­kro­cze­niu pro­gu prze­stron­ne­go ga­bi­ne­tu, była ta­bli­ca z na­pi­sem: „Nie do­wiesz się ni­cze­go, je­śli bę­dziesz ga­da­tli­wy”. Prze­mknę­ło mi przez gło­wę, że to mą­dra rada.

Ro­zej­rza­łem się. Oka­za­ło się, że Bau­gh­ma­no­wi to­wa­rzy­szy­li jego za­stęp­ca, asy­stent i dwóch in­spek­to­rów. Wi­dok mnie zmro­ził. Mia­łem przed sobą całe naj­wyż­sze gre­mium. Cze­ka­ło na mnie.

– Pro­szę, Clint, wejdź – Bau­gh­man zmie­rzał w moim kie­run­ku. Wy­mie­ni­li­śmy uścisk dło­ni. – Usiądź, czuj się jak u sie­bie.

Kor­dial­ność była za­pew­ne pró­bą roz­ła­do­wa­nia stre­su, ale nie zmniej­szy­ła mo­jej nie­pew­no­ści co do po­wo­du sta­wien­nic­twa. Po przed­sta­wie­niu po­zo­sta­łych obec­nych Bau­gh­man, niby od nie­chce­nia, za­py­tał:

– Clint, jak dłu­go słu­żysz w Se­cret Se­rvi­ce?

– Za­czą­łem w eks­po­zy­tu­rze w De­nver 22 wrze­śnia 1958 roku, pro­szę pana.

– A kie­dy zo­sta­łeś prze­nie­sio­ny do Bia­łe­go Domu?

– Nie­co po­nad rok temu, 1 li­sto­pa­da 1959 roku.

Dziw­ne. Prze­cież to wszyst­ko z pew­no­ścią za­pi­sa­no w mo­jej służ­bo­wej kar­to­te­ce.

Bau­gh­man za­dał jesz­cze kil­ka nie­groź­nych py­tań. Po nim za­czę­li mnie prze­py­ty­wać ko­lej­no wszy­scy po­zo­sta­li. Py­ta­li o wszyst­ko: o prze­szłość za­wo­do­wą i ży­cie oso­bi­ste, ale tak­że o opi­nię na te­mat za­dań zwią­za­nych z ochra­nia­niem.

Czym się zaj­mo­wa­łem przed wstą­pie­niem do służ­by? Gdzie się wy­cho­wy­wa­łem? W ja­kim col­le­ge’u się uczy­łem? Czy je­stem ka­wa­le­rem? Czy mam dzie­ci? Czy pły­wam? Czy po­tra­fię grać w te­ni­sa? Czy jeź­dzi­łem kie­dy­kol­wiek kon­no? Od­po­wia­da­łem na ten grad py­tań bez uprze­dzeń i naj­szcze­rzej, jak umia­łem. Każ­de ko­lej­ne py­ta­nie tyl­ko wzma­ga­ło nie­pew­ność, bo ani na jotę nie wy­ja­śnia­ło po co to wszyst­ko. Jak tyl­ko spró­bo­wa­łem od­two­rzyć wy­da­rze­nia z ostat­nich kil­ku ty­go­dni, w gło­wie za­pa­no­wał mę­tlik. Usi­ło­wa­łem przy­po­mnieć so­bie, co zro­bi­łem nie tak. Mimo uści­sku w żo­łąd­ku ro­bi­łem co w mo­jej mocy, by za­cho­wać spo­kój i pew­ną swo­bo­dę.

Co ja­kiś czas pa­no­wie od­cho­dzi­li w róg ga­bi­ne­tu i o czymś roz­ma­wia­li. Na tyle da­le­ko, że nie sły­sza­łem o czym. By­łem w za­sa­dzie pew­ny, że mnie wy­le­ją. Bo niby z ja­kie­go in­ne­go po­wo­du nie po­sła­li mnie do Palm Be­ach?

Prze­słu­cha­nie trwa­ło pół­to­rej go­dzi­ny. Tyle cza­su mó­wi­łem i – zgod­nie z de­wi­zą na ta­bli­cy Bau­gh­ma­na – ni­cze­go się nie do­wie­dzia­łem.

W koń­cu po­now­nie za­brał głos Bau­gh­man:

– Clint, pod­ję­li­śmy de­cy­zję. Zo­sta­jesz przy­dzie­lo­ny do pani pre­zy­den­to­wej Ken­ne­dy. Ochro­ną pierw­szej damy do­wo­dzi Jim Jef­fries, zo­sta­łeś jego asy­sten­tem.

Za­sko­czo­ny, nie po­tra­fi­łem wy­du­sić z sie­bie sło­wa. Ob­sta­wa pierw­szej damy? Ja? Ale dla­cze­go ja?

– Tak jest – od­po­wie­dzia­łem re­gu­la­mi­no­wo.

Bo też nie było nic wię­cej do po­wie­dze­nia. Ulży­ło mi, że nie zo­sta­łem zwol­nio­ny, z dru­giej zaś stro­ny by­łem bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny, że nie po­sta­wio­no mnie u boku no­we­go pre­zy­den­ta.

Bau­gh­man po­le­cił mi za­mel­do­wać się w domu pań­stwa Ken­ne­dych w Geo­r­ge­town przy 3307 N Stre­et Nor­th­west. Pani Ken­ne­dy nie­dłu­go przy­je­dzie z Hy­an­nis Port (Mas­sa­chu­setts).

Wy­sze­dłem z biu­ra, w gło­wie wciąż mia­łem za­męt. Cze­mu mi po­wie­rzo­no tę funk­cję? Ja­kie moje dzia­ła­nia albo do­świad­cze­nia skło­ni­ły ich do ta­kiej de­cy­zji? Czu­łem się, jak­by prze­nie­sio­no mnie z pierw­szej li­nii na ław­kę re­zer­wo­wych. W szko­le, każ­dej, za­wsze by­łem gwiaz­dą dru­ży­ny: fut­bo­lo­wej, ko­szy­kar­skiej czy ba­se­bal­lo­wej. A te­raz, pod­czas roz­gry­wa­nia naj­waż­niej­sze­go me­czu w ży­ciu, zdję­to mnie z bo­iska. By­łem roz­bi­ty.

Im wię­cej my­śla­łem, tym więk­sza ogar­nia­ła mnie złość. Od po­nad roku słu­ży­łem w Bia­łym Domu, to­wa­rzy­szy­łem pre­zy­den­to­wi Eisen­ho­we­ro­wi w wy­jąt­ko­wych po­dró­żach po Eu­ro­pie, Azji i Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej. Mia­łem dwa­dzie­ścia sie­dem lat i nig­dy wcze­śniej nie la­ta­łem od­rzu­tow­cem. Ko­muś wy­cho­wy­wa­ne­mu na wy­ży­nach Da­ko­ty Pół­noc­nej trud­no było na­wet ma­rzyć, że kie­dyś bę­dzie po­dró­żo­wał z pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych do hi­sto­rycz­nych miejsc, zna­nych tyl­ko z pod­ręcz­ni­ków hi­sto­rii: do Rzy­mu, An­ka­ry, Ka­ra­czi, Ka­bu­lu, Del­hi, Te­he­ra­nu, Tu­ni­su, Aten, Tu­lo­nu, Pa­ry­ża, Li­zbo­ny i Ca­sa­blan­ki. I jesz­cze z pasz­por­tem dy­plo­ma­tycz­nym w kie­sze­ni, któ­ry gwa­ran­to­wał spe­cjal­ne trak­to­wa­nie na­leż­ne oso­bi­sto­ściom. Czu­łem się uprzy­wi­le­jo­wa­ny, słu­ży­ła mi nie­ustan­na ak­tyw­ność.

Bar­dzo mi się po­do­ba­ła za­ży­łość agen­tów two­rzą­cych jed­no­li­tą eki­pę, pra­cu­ją­cych ze­spo­ło­wo. Te­raz wszyst­ko się skoń­czy­ło, po­tra­fi­łem so­bie wy­obra­zić, co mnie cze­ka. Kum­ple z ob­sta­wy pre­zy­den­ta będą w cen­trum wy­da­rzeń, mnie zaś przy­pad­ną w udzia­le po­ka­zy mody, po­po­łu­dnio­we her­bat­ki i przed­sta­wie­nia ba­le­to­we. Mia­łem wra­że­nie, że try­by mo­jej ka­rie­ry sta­nę­ły ze zgrzy­tem.

Wy­ją­łem le­gi­ty­ma­cję z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. Na ciem­no­gra­na­to­wej, kar­bo­wa­nej, skó­rza­nej okład­ce wid­nia­ła wy­tło­czo­na zło­ci­sta pię­cio­ra­mien­na gwiaz­da. I na­pis: Uni­ted Sta­tes Se­cret Se­rvi­ce.

Na­gle za­świ­ta­ło mi w gło­wie, że po­wo­dem ta­kie­go przy­dzia­łu był wiek. Pani Ken­ne­dy i ja mie­li­śmy nie­mal tyle samo lat. Ja – dwa­dzie­ścia osiem, ona – trzy­dzie­ści je­den. I mia­łem dziec­ko nie­mal w wie­ku jej trzy­let­niej cór­ki Ca­ro­li­ne. Żad­nych in­nych przy­czyn się nie do­pa­trzy­łem.

Osta­tecz­nie uzna­łem, że nie ma od­wro­tu. Je­stem człon­kiem gru­py słu­żą­cej w Bia­łym Domu i pierw­sza dama po­trze­bu­je ob­sta­wy. Ktoś to musi ro­bić. Ze­bra­łem się w so­bie, wzią­łem klu­czy­ki do jed­ne­go z se­da­nów Se­cret Se­rvi­ce i ru­szy­łem w stro­nę hi­sto­rycz­nych ulic Geo­r­ge­town.

• • •

Trzy­kon­dy­gna­cyj­ny dom z czer­wo­nej ce­gły przy 3307 N Stre­et stał bli­sko uli­cy. Tyl­ko dwa stop­nie dzie­li­ły chod­nik od drzwi wej­ścio­wych. Bu­dy­nek nie był oka­za­ły, na gór­nych pię­trach miał po trzy okna, na par­te­rze – dwa i drzwi.

Agent wa­ru­ją­cy przy wej­ściu wie­dział o moim przy­by­ciu i prze­pu­ścił mnie bez zbęd­nych ce­re­gie­li. Jim Jef­fries cze­kał w środ­ku i przy­wi­tał się już przy drzwiach. Miał oko­ło stu sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu cen­ty­me­trów wzro­stu, mniej wię­cej tyle, co ja. Był śred­niej bu­do­wy, wiek na oko trzy­dzie­ści dwa, trzy­dzie­ści trzy lata. Rzad­kie ru­da­we wło­sy i ró­żo­wa­wą cerę, któ­rą słoń­ce pa­rzy już po kil­ku mi­nu­tach. Po­nu­ra twarz ema­no­wa­ła po­wa­gą i ni­czym nie ła­go­dzi­ła obaw, któ­re mnie drę­czy­ły.

– Pro­szę, wejdź, Clint – po­wi­tał krót­ko i do­bit­nie. – Na­zy­wam się Jim Jef­fries. Miło cię mieć na po­kła­dzie. Po­zwo­lisz, że od­szu­kam pa­nią Ken­ne­dy i cię przed­sta­wię.

– Wy­śmie­ni­cie, za­tem cze­kam na spo­tka­nie – od­par­łem z naj­więk­szą uprzej­mo­ścią, na jaką mnie było stać.

Jef­fries wy­szedł. Ro­zej­rza­łem się po sa­lo­nie, pró­bu­jąc od­gad­nąć gust pani Ken­ne­dy i to, co lubi. Po­kój był urzą­dzo­ny ele­ganc­ko, ale nie brak mu było cie­pła. Ciem­ne drew­no sta­rych sprzę­tów prze­pla­ta­ło się z ja­sny­mi obi­cia­mi; me­ble zda­wa­ły się tak do­bra­ne i usta­wio­ne, by za­chę­ca­ły do po­zo­sta­nia, wie­czor­ne­go re­lak­su przy ko­min­ku. Na wbu­do­wa­nych pół­kach ro­iło się od roz­ma­itych ksią­żek i ozdob­nych bi­be­lo­tów, o zde­cy­do­wa­nie eu­ro­pej­skim cha­rak­te­rze. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się być do­kład­nie na swo­im miej­scu. Od­nio­słem wra­że­nie, że na­wet nie­znacz­na zmia­na na­tych­miast rzu­ci się w oczy. To było miesz­ka­nie w sam raz na dam­skie her­bat­ki i lun­che. Na myśl o tym na­gle po­now­nie ogar­nę­ła mnie fala nie­sma­ku i roz­cza­ro­wa­nia.

Po kil­ku mi­nu­tach do sa­lo­nu we­szła Ja­cqu­eli­ne Bo­uvier Ken­ne­dy. Jef­fries trzy­mał się kil­ka kro­ków za nią.

Oczy­wi­ście zna­łem ją z fo­to­gra­fii pra­so­wych, ale wi­dzia­na na wy­cią­gnię­cie ręki wy­glą­da­ła efek­tow­niej, niż so­bie wy­obra­ża­łem. Nie wzrost jed­nak – była wy­so­ka, na oko sto sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów – ale spo­sób po­ru­sza­nia się wy­twa­rzał wo­kół niej aurę ła­god­nej sta­now­czo­ści. Zda­wa­ła się fru­nąć z ta­necz­nym wdzię­kiem. Ciem­no­brą­zo­we wło­sy przy­cię­te na wy­so­ko­ści bro­dy były per­fek­cyj­nie uło­żo­ne, na twa­rzy de­li­kat­ny ma­ki­jaż, le­d­wie pod­kre­śla­ją­cy ciem­no­brą­zo­we oczy i peł­ne war­gi. Wy­glą­da­ła na­tu­ral­nie. Bar­dzo atrak­cyj­nie, bar­dzo wdzięcz­nie i bar­dzo w cią­ży.

– Pani Ken­ne­dy – bez­na­mięt­nie ode­zwał się Jef­fries – to Clint Hill. Dru­gi z funk­cjo­na­riu­szy pani bez­po­śred­niej ochro­ny.

Pani Ken­ne­dy po­de­szła i z cie­płym uśmie­chem po­da­ła mi dłoń.

– Z przy­jem­no­ścią pana po­znam, pa­nie Hill – po­wie­dzia­ła mięk­ko.

– Miło pa­nią spo­tkać, pani Ken­ne­dy – od­par­łem z uśmie­chem, ści­ska­jąc jej dłoń. Pa­trzy­łem jej pro­sto w oczy. Nie­zmie­sza­na od­wza­jem­ni­ła spoj­rze­nie, ale po chwi­li pa­trzy­ła już gdzie in­dziej. Od­nio­słem wra­że­nie, że ze­wnętrz­ną pew­no­ścią ma­sko­wa­ła we­wnętrz­ną nie­śmia­łość.

Usie­dli­śmy, Jef­fries za­czął tłu­ma­czyć, na czym będą po­le­ga­ły na­sze obo­wiąz­ki i cze­go ocze­ku­je­my od pani Ken­ne­dy i jej per­so­ne­lu.

– Cały czas funk­cjo­na­riu­sze będą pa­tro­lo­wa­li oko­li­ce miej­sca pani po­by­tu, wszyst­ko jed­no gdzie: tu, w Bia­łym Domu, Palm Be­ach czy Hy­an­nis Port. Albo pan Hill, albo ja bę­dzie­my pani to­wa­rzy­szyć, ile­kroć opu­ści pani re­zy­den­cję, pod­czas wy­jaz­dów poza Wa­szyng­ton bę­dzie­my przy pani obaj.

Sły­sząc, że już nig­dy nie bę­dzie sama, pani Ken­ne­dy bla­do się uśmiech­nę­ła.

Spo­koj­nie, ale do­bit­nie, jak­by na wpół szep­tem, od­po­wie­dzia­ła:

– W cią­gu naj­bliż­szych kil­ku ty­go­dni nie mu­si­cie kło­po­tać się moim po­dró­żo­wa­niem. Do po­ro­du po­zo­stał mie­siąc, nie pla­nu­ję ru­szać się z Wa­szyng­to­nu. Moją naj­więk­szą tro­ską jest za­cho­wa­nie jak naj­więk­szej pry­wat­no­ści. Tak­że Ca­ro­li­ne i jej no­we­go ro­dzeń­stwa. Nie chcę, by­śmy się czu­li jak zwie­rzę­ta w zoo. Nie ży­czę so­bie, by ktoś cho­dził przy mnie jak pie­se­czek.

Mó­wiąc, pa­trzy­ła to na Jef­frie­sa, to na mnie, upew­nia­ła się, że obaj ro­zu­mie­my wy­ra­żo­ne ży­cze­nia.

– Wiem, że kie­dy tyl­ko dziec­ko przyj­dzie na świat, me­dia sta­ną się na­chal­ne. A po­tra­fią być bar­dzo wścib­skie – kon­ty­nu­owa­ła. Za­ci­snę­ła war­gi, si­ląc się na uśmiech. Po­pa­trzy­ła już tyl­ko na mnie i do­da­ła:

– By­łam dzien­ni­kar­ką i do­sko­na­le wiem, jak dzia­ła pra­sa.

W lot się zo­rien­to­wa­łem, że pani Ken­ne­dy ma wię­cej in­tu­icji i bar­dziej pa­nu­je nad sobą, niż­by moż­na wnio­sko­wać z jej ów­cze­sne­go pu­blicz­ne­go wi­ze­run­ku.

– Do­brze, pro­szę pani – od­rze­kłem – chro­nie­nie przed dzien­ni­ka­rza­mi też na­le­ży do na­szych obo­wiąz­ków, w rów­nym stop­niu jak za­pew­nie­nie pani i dzie­ciom jak naj­nor­mal­niej­sze­go ży­cia. Pro­szę uwie­rzyć, że rów­nież nie ży­czy­my so­bie pra­sy.

Na mo­ment uśmiech­nę­ła się sze­rzej, po czym wsta­ła:

– Bar­dzo miło było pa­nów spo­tkać. Te­raz mu­szę pójść do in­nych obo­wiąz­ków.

Obaj z Jef­frie­sem wsta­li­śmy, gdy opusz­cza­ła sa­lon. Zde­cy­do­wa­ła, że spo­tka­nie do­bie­gło koń­ca.

Jed­no było pew­ne: nie cie­szy­ła jej asy­sta dwóch agen­tów Se­cret Se­rvi­ce. Uświa­do­mi­łem so­bie, że je­śli mam pra­co­wać sku­tecz­nie, mu­szę zdo­być jej za­ufa­nie.

– Wyjdź­my i po­roz­ma­wiaj­my o har­mo­no­gra­mie – za­pro­po­no­wał Jef­fries. – Tyl­ko dwóch agen­tów w ob­sta­wie ozna­cza, że bę­dzie­my pra­co­wać w nad­go­dzi­nach.

O bez­pie­czeń­stwo w są­siedz­twie miej­sca jej po­by­tu, wszyst­ko jed­no gdzie, za­dba­ją agen­ci cza­so­wo de­le­go­wa­ni z eks­po­zy­tur te­re­no­wych. Już w mo­men­cie prze­bu­dze­nia się na­szej pod­opiecz­nej, któ­ryś z nas dwóch musi być na po­ste­run­ku, w go­to­wo­ści za­bez­pie­cze­nia śro­do­wi­ska, w któ­rym przyj­dzie pani Ken­ne­dy spra­wo­wać obo­wiąz­ki żony pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wszyst­ko jed­no czy re­pre­zen­ta­cja, czy za­ba­wa, na­szym za­da­niem jest za­pew­nie­nie jej bez­pie­czeń­stwa, gdy musi lub ma ocho­tę coś ro­bić. Za­wsze i wszę­dzie. Je­śli je­den z nas weź­mie wol­ne, dru­gi po­zo­sta­nie na po­ste­run­ku przez cały dzień, bez od­po­czyn­ku. Pod­czas wy­jaz­dów poza Wa­szyng­ton obaj jed­no­cze­śnie bę­dzie­my na służ­bie. Cały dzień ozna­cza, że pra­cu­je­my od chwi­li, gdy pani Ken­ne­dy się zbu­dzi i wsta­nie. Kie­dy za­sy­pia, za­sy­pia­my i my.

Tak za­czą­łem pra­cę na no­wym sta­no­wi­sku.

Nie zo­sta­łem za­po­zna­ny z wi­ze­run­kiem pani Ken­ne­dy. Wca­le. Dys­po­no­wa­łem więc ogra­ni­czo­ną wie­dzą o śro­do­wi­sku, z ja­kie­go się wy­wo­dzi, o tym, co lubi, a cze­go nie, ja­kie for­my czyn­ne­go wy­po­czyn­ku ją in­te­re­su­ją. Nie zno­si­łem być nie­przy­go­to­wa­ny, za­po­wia­da­ło się więc, że wie­le cza­su przyj­dzie mi po­świę­cić na gro­ma­dze­nie wie­dzy o no­wej pod­opiecz­nej. Pierw­sze dni upły­nę­ły mi m.in. na zbie­ra­niu ar­ty­ku­łów z ga­zet i cza­so­pism, z któ­rych chcia­łem się do­wie­dzieć jak naj­wię­cej. Im wię­cej czy­ta­łem, tym bar­dziej utwier­dza­łem się w prze­ko­na­niu, że trud­no o od­mien­niej­sze ro­do­wo­dy niż jej i mój.

Ja­cqu­eli­ne Lee Bo­uvier wy­cho­wa­ła się na Wschod­nim Wy­brze­żu, w bar­dzo wy­ra­fi­no­wa­nym śro­do­wi­sku. Od naj­młod­szych lat wpa­ja­no jej za­sa­dy do­bre­go wy­cho­wa­nia, uwiel­bie­nie dla sztuk pięk­nych oraz li­te­ra­tu­ry. Uro­dzi­ła się 28 lip­ca 1929 r. w So­uthamp­ton, na Long Is­land w ro­dzi­nie Jac­ka i Ja­net Bo­uvie­rów. Ojcu za­wdzię­cza­ła umi­ło­wa­nie koni i kon­nej jaz­dy, mat­ce – za­in­te­re­so­wa­nie ma­lar­stwem, li­te­ra­tu­rą i ję­zy­ka­mi. Mia­ła o czte­ry lata młod­szą sio­strę imie­niem Lee. Kie­dy dziew­czyn­ki były w wie­ku je­de­na­stu i sied­miu lat, ro­dzi­ce się roz­wie­dli. Dwa lata póź­niej Ja­net Bo­uvier po­now­nie wy­szła za mąż; wy­bran­kiem był bar­dzo za­moż­ny Hugh Au­chinc­loss.

Mło­da Ja­cqu­eli­ne Bo­uvier uczy­ła się w Miss Por­ters’s Scho­ol – eks­klu­zyw­nej pla­ców­ce z in­ter­na­tem w Far­ming­ton (Con­nec­ti­cut). Była pry­mu­ską. Po ukoń­cze­niu szko­ły przy­ję­ta zo­sta­ła do Vas­sar Col­le­ge w Po­ugh­ke­ep­sie (stan Nowy Jork). W 1948 r. zo­sta­ła wy­bra­na de­biu­tant­ką roku. Wa­ka­cje spę­dza­ła w Ham­mer­smith Farm – nad-oce­anicz­nej po­sia­dło­ści oj­czy­ma, w dwu­dzie­sto­ośmio­po­ko­jo­wym domu w New­port (Rho­de Is­land).

Bie­gło­ści w po­słu­gi­wa­niu się ję­zy­kiem fran­cu­skim na­by­ła w pierw­szym roku na­uki w col­le­geu, cały bo­wiem spę­dzi­ła na stu­diach na Sor­bo­nie i na uni­wer­sy­te­cie w Gre­no­ble. Po po­wro­cie z Eu­ro­py na­ukę kon­ty­nu­owa­ła w Wa­szyng­to­nie, na Uni­wer­sy­te­cie im. G. Wa­szyng­to­na, gdzie w 1951 r. uzy­ska­ła dy­plom z li­te­ra­tu­ry fran­cu­skiej.

Dwa lata póź­niej wy­szła za Joh­na Fit­zge­ral­da Ken­ne­dy’ego, mło­de­go se­na­to­ra z Mas­sa­chu­setts. Wy­da­rze­nie od­bi­ło się gło­śnym echem, ślub uzna­no za wy­da­rze­nie roku. Na przy­ję­ciu w Ham­mer­smith Farm zja­wi­ło się ty­siąc dwie­ście osób.

Z ko­lei ja wy­cho­wa­łem się w Da­ko­cie Pół­noc­nej, w mia­stecz­ku Wa­sh­burn, wśród spo­łecz­no­ści rol­ni­czej ze znacz­nym od­set­kiem emi­gran­tów nor­we­skich. Mój oj­ciec, Chris Hill, był w hrab­stwie bie­głym re­wi­den­tem. Mat­ka, Jen­nie, pro­wa­dzi­ła dom, po­świę­ca­jąc się wy­cho­wa­niu mnie i mo­jej star­szej sio­stry Ja­ni­ce. Mat­ka nie­do­sły­sza­ła i wszy­scy w ro­dzi­nie mu­sie­li się do tego do­sto­so­wać. Mó­wi­li­śmy gło­śno i za­wsze twa­rzą w jej kie­run­ku, by wi­dzia­ła ruch ust. Do­brze so­bie ra­dzi­ła z ka­lec­twem, a ja – już od naj­młod­szych lat – na­uczy­łem się z wy­prze­dze­niem za­spo­ka­jać jej po­trze­by. Trosz­czy­łem się o nią.

Mia­ła dłu­gie, pro­ste, brą­zo­we wło­sy. Zu­peł­nie inne niż moje – kru­czo­czar­ne i krę­co­ne. Nig­dy się nad tym nie za­sta­na­wia­łem. Gdy mia­łem sześć lat, od dziew­czyn­ki z są­siedz­twa do­wie­dzia­łem się, że je­stem ad­op­to­wa­ny.

Clint, Jen­nie, Ja­ni­ce i Chris Hil­lo­ivie (ok. 1943 r.).

Nie ro­zu­mia­łem, co to zna­czy „ad­op­to­wa­ny”. Po­bie­głem do domu, by za­py­tać mat­kę. Spró­bo­wa­ła mi wy­ja­śnić, do­sto­so­wu­jąc się do po­zio­mu sze­ścio­lat­ka. Opo­wie­dzia­ła o pra­wie czte­ry­stu­ki­lo­me­tro­wej wy­pra­wie sa­mo­cho­dem do Far­go, gdzie w tam­tej­szym ośrod­ku dla dzie­ci od­da­nych do ad­op­cji wy­bra­li mnie spo­śród in­nych nie­mow­ląt. Urze­kły ich moje nie­bie­skie oczy. Z pew­no­ścią nie tak so­bie wy­obra­ża­ła wy­ja­wie­nie ca­łej praw­dy. Co wię­cej, sio­stra rów­nież po­cho­dzi­ła z ad­op­cji. Mat­ka bała się, że nie bę­dzie­my się czuć tak ko­cha­ni, jak na­tu­ral­ne po­tom­stwo. W isto­cie było prze­ciw­nie – by­łem szczę­śli­wy, że do­ra­sta­łem w sta­tecz­nej, ko­cha­ją­cej ro­dzi­nie.

Wie­le lat póź­niej – gdy świat wo­kół mnie się wa­lił i szu­ka­łem dla sie­bie ja­kie­goś miej­sca – wró­ci­łem do Da­ko­ty Pół­noc­nej, by po­znać swą bio­lo­gicz­ną mat­kę. Umie­ra­ła. Wte­dy się do­wie­dzia­łem, jak tra­fi­łem do ad­op­cji.

By­łem szó­stym dziec­kiem Almy Pe­ter­son. Uro­dzi­łem się 4 stycz­nia 1932 r. w La­ri­mo­re (Da­ko­ta Pół­noc­na). Sie­dem­na­ście dni póź­niej, w mroź­nym i śnież­nym dniu jej trzy­dzie­stych dzie­wią­tych uro­dzin, ochrzci­ła mnie w lu­te­rań­skim zbo­rze w Far­go i od­da­ła do przy­tuł­ku.

Kie­dy ją po­zna­łem, była po wy­le­wie, o wszyst­kim opo­wie­dzia­ła mi jed­na z mo­ich przy­rod­nich sióstr. Nie wie­dzia­ła, kto był moim oj­cem, ale za­pa­mię­ta­ła, że Alma po­sła­ła ją do nie­ja­kie­go Vas­sau – fran­cu­skie­go Ka­na­dyj­czy­ka, wła­ści­cie­la ho­te­lu, w któ­rym pra­co­wa­ła jako po­ko­jów­ka – by wy­pła­cił ja­kieś pie­nią­dze z oka­zji mego uro­dze­nia.

Do­ra­sta­jąc w Wa­sh­burn, nie wie­dzia­łem tego wszyst­kie­go, bo też nie mia­ło to zna­cze­nia. Mia­łem wspa­nia­łe dzie­ciń­stwo. Mimo że nie mia­łem wła­sne­go po­ko­ju – miesz­ka­łem wraz z dziad­kiem w przy­bu­dów­ce, a cały mój do­by­tek mie­ścił się w jed­nej szu­fla­dzie ko­mo­dy wci­śnię­tej w kąt koło pia­ni­na. Nig­dy nie cho­dzi­łem głod­ny, ro­dzi­na za­wsze mi po­ma­ga­ła. Moi przy­bra­ni ro­dzi­ce byli bar­dzo kon­ser­wa­tyw­ni – nie pili al­ko­ho­lu, nie pa­li­li ty­to­niu. Byli bar­dzo re­li­gij­ni. Cała ro­dzi­na udzie­la­ła się w zbo­rze lu­te­rań­skim. Sio­stra gra­ła tam na pia­ni­nie, ja by­łem mi­ni­stran­tem.

Uczęsz­cza­łem do miej­sco­wej szko­ły pu­blicz­nej i bra­łem udział w roz­ma­itych za­ję­ciach do­dat­ko­wych: gra­łem na trąb­ce, śpie­wa­łem w chó­rze, dzia­ła­łem w kół­ku te­atral­nym, upra­wia­łem fut­bol i ko­szy­ków­kę, bie­ga­łem w dru­ży­nie lek­ko­atle­tycz­nej. By­łem tak­że za­wod­ni­kiem dru­ży­ny ba­se­bal­lo­wej Wa­sh­burn Ame­ri­can Le­gion. W pierw­szym roku na­uki w szko­le śred­niej spo­tkał mnie za­szczyt – re­pre­zen­to­wa­łem Wa­sh­burn w pro­gra­mie Boys Sta­te (swe­go ro­dza­ju kurs sa­mo­rząd­no­ści i ad­mi­ni­stro­wa­nia, pro­wa­dzo­ny przez Le­gion Ame­ry­kań­ski – przyp. tłum.). W 1950 r. ukoń­czy­łem szko­łę śred­nią, je­sie­nią wy­je­cha­łem z Wa­sh­burn na stu­dia w Con­cor­dia Col­le­ge (Mo­or­he­ad, Min­ne­so­ta). Gdy opusz­cza­łem mia­stecz­ko, na opłot­kach na ta­bli­cy wid­nia­ło: Wa­sh­burn, 912 miesz­kań­ców.

Te­raz, dzie­sięć lat póź­niej, od­po­wie­dzial­ny by­łem za ochro­nę żony pre­zy­den­ta elek­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Nie mia­łem na co się skar­żyć, mo­głem się tyl­ko jak naj­le­piej do tego przy­sto­so­wać. Nic nie zwia­sto­wa­ło, że ży­cie u boku pani Ken­ne­dy wca­le nie bę­dzie nud­ne.

Dom, w któ­rym wy­cho­wał się Clint Hill – Wa­sh­burn, Da­ko­ta Pół­noc­na.

2Rodzina

Każ­da zmia­na pre­zy­den­ta wią­że się nie tyl­ko z prze­pro­wadz­ką no­wej pierw­szej ro­dzi­ny, ale tak­że ca­łe­go szta­bu po­li­tycz­ne­go i per­so­nal­ne­go. Przez pe­wien czas trwa do­cie­ra­nie się Se­cret Se­rvi­ce i no­wej ad­mi­ni­stra­cji, któ­ra bę­dzie nada­wa­ła ton co naj­mniej przez naj­bliż­sze czte­ry lata. Wia­do­mo było od sa­me­go po­cząt­ku, że ad­mi­ni­stra­cja Ken­ne­dy’ego bę­dzie znacz­nie mniej sztyw­na i dużo mniej prze­wi­dy­wal­na od Eisen­ho­we­row­skiej. Choć po raz pierw­szy uczest­ni­czy­łem w prze­ka­zy­wa­niu wła­dzy, szyb­ko się zo­rien­to­wa­łem, że w krę­gu naj bliż­szym ro­dzi­nie Ken­ne­dych są za­rów­no oso­by, któ­re znacz­nie uła­twią mi pra­cę, jak i ta­kie, któ­re będą nie­ustan­nie przy­pra­wia­ły o ból gło­wy. Na­le­ża­ło już na sa­mym po­cząt­ku tak usta­lić za­leż­no­ści, by nie ro­dzi­ły pro­ble­mów.

Clint Hill z pa­nią Ken­ne­dy i Joh­nem ju­nio­rem opusz­cza­ją szpi­tal tu Geo­r­ge­town.

Pierw­szą oso­bą, z któ­rą się spo­tka­łem, była Pro­vi­den­cia Pa­re­des, któ­rą pani Ken­ne­dy przed­sta­wi­ła mi jako „oso­bi­stą po­moc­ni­cę”. Wszy­scy mó­wi­li o niej „Pro­vi”, a do jej obo­wiąz­ków mię­dzy in­ny­mi na­le­ża­ły: pra­nie, pra­so­wa­nie, pa­ko­wa­nie na wy­jazd i roz­pa­ko­wa­nie po po­wro­cie, a tak­że co­dzien­ne spra­wun­ki. Była pod ręką na każ­de ski­nie­nie pani Ken­ne­dy. Po­cho­dzi­ła z Do­mi­ni­ka­ny, była mniej wię­cej w tym sa­mym wie­ku co ja, mó­wi­ła ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną z sil­nym ak­cen­tem hisz­pań­skim. Mia­ła prze­mi­łe, po­god­ne uspo­so­bie­nie i szyb­ko zo­sta­li­śmy przy­ja­ciół­mi.

W Bia­łym Domu mia­ły za­miesz­kać dzie­ci i to było wiel­kie wy­zwa­nie dla Se­cret Se­rvi­ce. Ca­ro­li­ne nie mia­ła jesz­cze trzech lat, ale i jej przy­dzie­lo­no oso­bi­stą ochro­nę. Po­cząt­ko­wo „sek­cja dzie­cię­ca” skła­da­ła się z dwóch funk­cjo­na­riu­szy, a po­nie­waż Ca­ro­li­ne czę­sto prze­by­wa­ła z mat­ką, obaj z Jef­frie­sem bli­sko współ­pra­co­wa­li­śmy z parą ko­le­gów.

Ca­ro­li­ne, po­dob­nie jak jej mat­ka, oka­za­ła się bez­cen­nym ele­men­tem kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej Jac­ka Ken­ne­dy’ego. Te­raz była zu­peł­nie nie­świa­do­ma fak­tu, że jest sław­na na ca­łym świe­cie. Mój syn Chris był o szes­na­ście mie­się­cy star­szy od pre­zy­denc­kiej cór­ki i choć służ­bo­wo nie do mnie na­le­ża­ło ba­cze­nie na nią, in­stynk­tow­nie oto­czy­łem ją opie­ką. Była ślicz­ną małą dziew­czyn­ką z pia­sko­wy­mi wło­sa­mi, któ­re tuż po­ni­żej uszu opa­da­ły na­tu­ral­ny­mi lo­ka­mi. Duże nie­bie­skie oczy ko­lo­rem przy­po­mi­na­ły oj­cow­skie. Była ru­chli­wym i cie­kaw­skim dziec­kiem, ale bo­daj naj­więk­sze wra­że­nie zro­bi­ły na mnie jej do­sko­na­łe ma­nie­ry, mimo tak mło­de­go wie­ku. Na jej tak­tow­nym za­cho­wa­niu bar­dzo za­le­ża­ło mat­ce.

– Ca­ro­li­ne bę­dzie się do pana zwra­ca­ła per pa­nie Hill – oznaj­mi­ła pani Ken­ne­dy już na sa­mym po­cząt­ku. – Ma oka­zy­wać sza­cu­nek cały czas. W ra­zie ja­kichś kło­po­tów, chcę o nich wie­dzieć na­tych­miast.

Mimo by­cia oso­bą pu­blicz­ną i co­raz więk­szej od­po­wie­dzial­no­ści pani Ken­ne­dy ka­te­go­rycz­nie za­mie­rza­ła co­dzien­nie po­świę­cać czas cór­ce. Była bar­dzo tro­skli­wą mat­ką, a obec­ność Ca­ro­li­ne przy­da­wa­ła jej oczom szcze­gól­ne­go bla­sku – jak­by z za­chwy­tu i lęku za­ra­zem, po­wo­do­wa­nych spo­so­bem, w jaki cór­ka po­strze­ga świat. Przy­glą­da­jąc się im obu, po­zna­łem wi­docz­ną tyl­ko w obec­no­ści cór­ki ra­do­sną i spon­ta­nicz­ną część oso­bo­wo­ści pierw­szej damy. Więk­szość cza­su po­świę­ca­ły na za­ba­wy. Co­dzien­ną opie­ką – ubie­ra­niem, ką­pie­lą, kar­mie­niem i wyj­ścia­mi na pla­ce za­baw – w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze zaj­mo­wa­ła się Maud Shaw, nia­nia pań­stwa Ken­ne­dy.

Pan­na Shaw po­cho­dzi­ła z Wiel­kiej Bry­ta­nii. Mimo że była cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem Pro­vi, sta­ła się moim wspa­nia­łym so­jusz­ni­kiem. Była do­brze po pięć­dzie­siąt­ce, mó­wi­ła śpiew­nym gło­sem z nie­na­gan­nym bry­tyj­skim ak­cen­tem. Lek­ko ru­da­we wło­sy, na­zna­czo­ne już pa­sem­ka­mi si­wi­zny, za­wsze wy­da­wa­ły się w nie­ła­dzie, jak­by po nie­do­koń­czo­nym szczot­ko­wa­niu. Su­ge­ro­wa­ły, że ich wła­ści­ciel­ka już wię­cej nie za­przą­ta­ła so­bie gło­wy sta­wa­niem przed lu­strem.

Żad­ną mia­rą nie dało się o niej po­wie­dzieć, że była oka­za­łej po­stu­ry – w pan­to­fel­kach mia­ła naj­wy­żej sto pięć­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów – ale sta­tecz­ne, doj­rza­łe za­cho­wa­nie roz­ta­cza­ło wo­kół niej aurę ła­god­nej sta­now­czo­ści. Pod wie­lo­ma wzglę­da­mi bar­dziej przy­po­mi­na­ła bab­cię niż nia­nię. Stan­dar­do­wym stro­jem była nie­na­gan­nie wy­pra­so­wa­na su­kien­ka za ko­la­na oraz para bu­tów uła­twia­ją­cych na­dą­ża­nie za Ca­ro­li­ne. Pan­na Shaw za­czę­ła pra­co­wać u Ken­ne­dych krót­ko po przyj­ściu Ca­ro­li­ne na świat. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że zna­ła swo­je miej­sce – była pra­cow­ni­kiem, nie mam­ką. Od­no­si­ły się z pa­nią Ken­ne­dy do sie­bie ser­decz­nie, ale nie było wąt­pli­wo­ści, któ­ra jest sze­fem.

Na pa­nią Ken­ne­dy w roli żony pre­zy­den­ta elek­ta spa­dło mnó­stwo po­win­no­ści. Pierw­sza i naj­waż­niej­sza to przy­go­to­wa­nie się do in­au­gu­ra­cji. W ósmym mie­sią­cu cią­ży była czę­sto fi­zycz­nie bar­dzo zmę­czo­na, ale jej po­kła­dy ener­gii men­tal­nej były nie­wy­czer­pa­ne. Za­mie­rza­ła od­ci­snąć wła­sne pięt­no na wszyst­kim: od przed­inau­gu­ra­cyj­nej gali po ofi­cjal­ne bale, li­stę go­ści i za­pro­szo­nych. Mia­ła świa­do­mość, że oczy świa­ta zwró­co­ne będą na nią.

W pew­nym stop­niu za­sko­czył ją po­ziom za­in­te­re­so­wa­nia me­diów nową pierw­szą ro­dzi­ną, a przede wszyst­kim nią samą. Pra­sa rzad­ko in­te­re­so­wa­ła się tym, co robi Ma­mie Eisen­ho­wer, a tu na­gle ame­ry­kań­ska pu­blicz­ność za­czę­ła oka­zy­wać nie­na­sy­co­ny ape­tyt na wszyst­ko, co zwią­za­ne z Ja­cqu­eli­ne Ken­ne­dy. Trzy­dzie­sto­jed­no­lat­ka była od sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu lat naj­młod­szą pierw­szą damą w Bia­łym Domu. Fa­scy­no­wa­ła szcze­gól­nie Ame­ry­kan­ki, któ­re chcia­ły wie­dzieć, co nosi, gdzie ku­pu­je i ja­kie ma za­in­te­re­so­wa­nia.

Ta cie­ka­wość była dla mnie i Jef­frie­sa jed­nym z naj­więk­szych wy­zwań. Gdzie­kol­wiek się po­ja­wia­ła, była na­tych­miast roz­po­zna­wa­na i nim się zo­rien­to­wa­li­śmy, już śle­dzi­ło ją mnó­stwo oczu. Ga­pie czę­sto pod­cho­dzi­li, by uści­snąć jej dłoń. Uśmie­cha­ła się uprzej­mie, grzecz­nie po­zdra­wia­ła, ale jak tyl­ko zo­sta­wa­li­śmy sami, mó­wi­ła z sar­ka­zmem:

– Na mi­łość bo­ską, my­ślał­by kto, że je­stem kimś waż­nym.

W ta­kich oko­licz­no­ściach nie lu­bi­ła być w cen­trum uwa­gi. Szyb­ko się zo­rien­to­wa­łam, że naj­lep­szym spo­so­bem chro­nie­nia, a za­ra­zem zy­ska­nia jej za­ufa­nia, będą dzia­ła­nia, któ­re przy za­cho­wa­niu jak naj­więk­szej pry­wat­no­ści po­zwo­lą jej ro­bić to, na co ma ocho­tę.

Pani Ken­ne­dy przy­wią­zy­wa­ła wiel­ką wagę do ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej – naj­le­piej na po­wie­trzu. Bar­dzo to lu­bi­ła, a na­wet wię­cej – po­trze­bo­wa­ła tego. Co­dzien­nie. Nie mia­ła usta­lo­nych pór, ale ro­bi­ła so­bie prze­chadz­ki po roz­ma­itych par­kach i po Geo­r­ge­town. Wie­dzia­łem, że raz już po­ro­ni­ła oraz że do­świad­czy­ła mar­twych na­ro­dzin, w oczy­wi­sty więc spo­sób dba­ła, by się nie prze­mę­czyć. Pod­czas tych pierw­szych dni sta­ra­łem się trzy­mać bli­sko, ale bez na­rzu­ca­nia swej obec­no­ści. Rzad­ko za­ga­dy­wa­łem, po­zo­sta­wia­łem jej ini­cja­ty­wę. Nie wy­stę­po­wa­łem w roli zna­jo­me­go – mia­łem ją ochra­niać.

Spa­ce­ro­wa­li­śmy 34. Uli­cą w kie­run­ku Po­to­ma­cu, parę prze­cznic od domu Ken­ne­dych, do daw­nej ścież­ki wzdłuż ka­na­łu Che­sa­pe­ake – Ohio. Żwi­ro­wy trakt za­czy­nał się u dołu stro­mych scho­dów, opa­da­ją­cych ku ka­na­ło­wi po­pro­wa­dzo­ne­mu rów­no­le­gle do rze­ki. Dróż­ka wśród drzew, ustron­na, za­cisz­na i spo­koj­na – przy­rod­ni­czy azyl z dala od ru­chu i zgieł­ku mia­sta – szyb­ko sta­ła się wy­bra­ną tra­są spa­ce­ro­wą. Cha­dza­li­śmy we dwo­je, cza­sem do­łą­cza­ły Ca­ro­li­ne i Maud Shaw. To pod­czas tam­tych spa­ce­rów każ­de z nas za­czę­ło zrzu­cać pan­cerz.

Ona dyk­to­wa­ła tem­po. Mimo cią­ży trzy­ma­ła się wy­śmie­ni­cie. Szła wy­pro­sto­wa­na, stą­pa­ła ener­gicz­nie, acz uważ­nie.

– Pa­nie Hill – wy­ja­śnia­ła – mu­szę tro­chę się oszczę­dzać z po­wo­du cią­ży, zgod­nie z za­le­ce­niem le­ka­rza. Ale trze­ba ru­szać się tyle, ile się da, by za­cho­wać siłę. Je­stem prze­ko­na­na, że świe­że po­wie­trze sprzy­ja do­bre­mu sa­mo­po­czu­ciu.

Prze­waż­nie sze­ro­kość ścież­ki po­zwa­la­ła iść nam obok sie­bie. Tam, gdzie się zwę­ża­ła, pusz­cza­łem moją pod­opiecz­ną przo­dem. Nie prze­sta­wa­łem lu­stro­wać oto­cze­nia, wi­dzia­łem, co się dzie­je z przo­du, jed­no­cze­śnie za­sła­nia­łem od tyłu.

Nig­dy sam nie za­ga­dy­wa­łem. Cze­ka­łem, aż ona za­cznie. Cza­sem szli­śmy w mil­cze­niu, prze­ry­wa­nym kwe­stia­mi w ro­dza­ju:

– O! Rze­ka dziś wart­ko pły­nie. Uro­czo szem­rze, praw­da?

Bar­dzo zwra­ca­ła uwa­gę na oto­cze­nie, ce­ni­ła przy­ro­dę: pta­sie tre­le, żółk­nię­cie li­ści, szum rze­ki. Tak­że lu­bi­łem prze­by­wać na po­wie­trzu, ale to jej za­wdzię­czam do­strze­że­nie pięk­na śro­do­wi­ska. Jak­by sama sta­wa­ła się ele­men­tem na­ma­lo­wa­ne­go pej­za­żu, któ­ry ożył, świa­do­ma, jak współ­gra­ją bar­wy i fak­tu­ry.

Bar­dzo ją cie­ka­wi­ło, jak pra­cu­je Se­cret Se­rvi­ce i jak to wpły­nie na jej ży­cie. Koń­ca nie było py­ta­niom o pro­to­kół i wa­run­ki, ja­kie trze­ba speł­nić, by przejść przez sito ochro­ny. Wszyst­ko to było dla niej nowe. Nie go­dzi­ła się z fak­tem, że już nig­dzie nie bę­dzie mo­gła cho­dzić sama. Mia­łem wra­że­nie, że sko­ro musi mieć asy­stę, moje to­wa­rzy­stwo jest dla niej do przy­ję­cia.

Do­bór ob­sa­dy per­so­ne­lu Bia­łe­go Domu spra­wił, że przez dom Ken­ne­dych prze­wi­jał się bez­lik osób. My, agen­ci, mu­sie­li­śmy wie­dzieć, kim są i do ja­kich sta­no­wisk aspi­ru­ją. Po raz pierw­szy uczest­ni­czy­łem w pre­zy­denc­kiej zmia­nie war­ty i z cie­ka­wo­ścią ob­ser­wo­wa­łem pod­cho­dy ma­ją­ce za­gwa­ran­to­wać otrzy­ma­nie jak naj­lep­szej po­sa­dy.

Pierw­sze dwa ty­go­dnie oswa­ja­nia się z mo­imi no­wy­mi obo­wiąz­ka­mi mi­nę­ły dość szyb­ko. Im wię­cej cza­su spę­dza­li­śmy z pa­nią Ken­ne­dy, tym le­piej się ukła­da­ły sto­sun­ki. Z jed­nej stro­ny czu­łem, że co­raz bar­dziej mi ufa, z dru­giej zaś na­bie­ra­łem prze­świad­cze­nia, że nie ma za­mia­ru być pierw­szą damą sto­ją­cą wy­łącz­nie w cie­niu męża.

Dzień po wy­bo­rach pre­zy­dent elekt od­le­ciał na Flo­ry­dę do nad­mor­skiej re­zy­den­cji ojca w Palm Be­ach. Tam przy­go­to­wy­wał prze­ję­cie wła­dzy, kom­ple­to­wał ga­bi­net i do­bie­rał współ­pra­cow­ni­ków. Mimo bli­skie­go roz­wią­za­nia pani Ken­ne­dy po­dej­mo­wa­ła nie­zli­czo­ne de­cy­zje i obo­wiąz­ki. Świat na nią pa­trzył, a ona nie oka­zy­wa­ła stra­chu. Po­dzi­wia­łem ją nie tyl­ko za moż­li­wo­ści, ale tak­że za to, że so­bie z tym wszyst­kim ra­dzi zu­peł­nie sama.

W śro­dę 23 li­sto­pa­da pre­zy­dent elekt wró­cił do Wa­szyng­to­nu, by spę­dzić Świę­to Dzięk­czy­nie­nia z żoną i cór­ką. Wów­czas spo­tka­łem go po raz pierw­szy.

– Jack – pani Ken­ne­dy zwró­ci­ła się do męża – to jest pan Hill.

Był nie­co wyż­szy ode mnie, odro­bi­nę pa­ty­ko­wa­ty. Naj­wy­raź­niej wie­le prze­by­wał na słoń­cu, o czym świad­czy­ła opa­le­ni­zna. Naj­bar­dziej zwra­ca­ły uwa­gę uśmiech i oczy. Po­cią­ga­ją­co nie­bie­skie, nie­bie­skie jak oce­an. Jego spoj­rze­nie znie­wa­la­ło, prze­no­si­ło w jego wła­sny wy­miar. Pa­trząc na ko­goś, nie zwra­cał uwa­gi na nic in­ne­go. Na­tych­miast wy­cią­gnął rękę i moc­no uści­snął mi dłoń.

– Wie­le o to­bie sły­sza­łem – po­wie­dział z za­raź­li­wym uśmie­chem. – Jac­kie mówi, że je­steś za­go­rza­łym pie­chu­rem i że w ostat­nich ty­go­dniach nie­zwy­kle się o nią trosz­czysz. Bar­dzo to do­ce­niam.

Mó­wił z en­tu­zja­zmem i szcze­rze. Z nie­bu­dzą­cym wąt­pli­wo­ści bo­stoń­skim ak­cen­tem i tak szyb­ko, że nie moż­na było so­bie po­zwo­lić na chwi­lę nie­uwa­gi.

– Miło pana po­znać, pa­nie pre­zy­den­cie elek­cie – od­par­łem.

Dwu­dzie­ste­go siód­me­go li­sto­pa­da przy­pa­da­ły uro­dzi­ny Ca­ro­li­ne, przy­wiózł więc pa­kun­ki z pre­zen­ta­mi, a tak­że dość oso­bli­wy po­da­ru­nek. Dzie­wię­cio­let­nia cór­ka któ­re­goś z rad­nych Palm Be­ach ofia­ro­wa­ła mu klat­kę z dwie­ma bia­ły­mi kacz­ka­mi z proś­bą, by wrę­czył cór­ce na uro­dzi­ny. Za­brał pta­ki do Wa­szyng­to­nu, był cie­kaw, jak mała za­re­agu­je. Kacz­ki za­po­cząt­ko­wa­ły nie­koń­czą­cy się ko­ro­wód zwie­rząt w domu Ken­ne­dych.

Już pod­czas tak krót­kie­go spo­tka­nia zo­rien­to­wa­łem się, jaki jest John F. Ken­ne­dy. Nie­trud­no było zro­zu­mieć, w jaki spo­sób uwo­dził wy­bor­ców. Był ener­gicz­ny, przy­ja­ciel­ski, po­tra­fił z każ­dym roz­ma­wiać. Dia­bel­nie uro­czy. Przy oka­zji uj­rza­łem czło­wie­ka trosz­czą­ce­go się o ro­dzi­nę, a tak­że o wszyst­kich wo­kół niej. Po­lu­bi­łem go, od pierw­szej chwi­li wie­dzia­łem, że przyj­dzie mi in­a­czej pra­co­wać i ob­ser­wo­wać w dzia­ła­niu bar­dzo cie­ka­wą ad­mi­ni­stra­cję.

Na­za­jutrz we wcze­snych go­dzi­nach po­po­łu­dnio­wych ro­dzi­na za­sia­dła do tra­dy­cyj­ne­go, uro­czy­ste­go po­sił­ku. Oprócz kla­sycz­ne­go dla Świę­ta Dzięk­czy­nie­nia menu: in­dy­ka, na­dzie­nia z grza­nek i sie­ka­nej ce­bu­li, fa­so­li szpa­ra­go­wej, a na de­ser ja­błecz­ni­ka i cia­sta dy­nio­we­go, Pe­arl Nel­son – ku­charz Ken­ne­dych – przy­go­to­wał ich ulu­bio­ny do­mo­wy chow­der z mał­ża­mi. Od za­pa­chów roz­cho­dzą­cych się z kuch­ni za­czę­ło mi bur­czeć w brzu­chu. Agent musi się do ta­kich sy­tu­acji przy­zwy­cza­ić. Oczy­wi­ście bywa, że w smo­kin­gu uczest­ni­czy w pre­zy­denc­kim przy­ję­ciu, ale jest tam w pra­cy, a nie po to, by de­lek­to­wać się wi­nem czy po­tra­wa­mi albo pro­wa­dzić roz­mo­wy to­wa­rzy­skie.

Zo­sta­łem więc poza do­mem wraz z ko­le­ga­mi z ob­sta­wy pre­zy­den­ta elek­ta. Wspól­nie za­dba­li­śmy, by Świę­to Dzięk­czy­nie­nia upły­nę­ło ro­dzi­nie Ken­ne­dych w spo­koj­nej at­mos­fe­rze.

My­śla­łem, że pre­zy­dent elekt zo­sta­nie w Wa­szyng­to­nie, nie tyl­ko by roz­ma­wiać o prze­ję­ciu urzę­du, ale tak­że, by to­wa­rzy­szyć żo­nie w ostat­nich ty­go­dniach przed roz­wią­za­niem. Z za­sko­cze­niem przy­ją­łem, że za­raz wra­ca do Palm Be­ach, na ty­dzień albo dłu­żej. Miał wró­cić w po­ło­wie grud­nia, przed po­ro­dem – za­pla­no­wa­no ce­sar­skie cię­cie. Dziw­ne, zwłasz­cza że więk­szość osób, z któ­rych miał utwo­rzyć ga­bi­net i sztab współ­pra­cow­ni­ków, urzę­do­wa­ła w Wa­szyng­to­nie. Nie mój in­te­res, ale przy­kro mi było z po­wo­du pani Ken­ne­dy.

O 20.25 w Świę­to Dzięk­czy­nie­nia elekt opu­ścił dom, by na po­kła­dzie „Ca­ro­li­ne” – sa­mo­lo­tu Ken­ne­dych – od­le­cieć na Flo­ry­dę. „Caro line” to dwu­sil­ni­ko­wy Co­nva­ir 240, prze­zna­czo­ny do prze­wo­zu czter­dzie­stu czte­rech pa­sa­że­rów. Am­ba­sa­dor Jo­seph Ken­ne­dy ku­pił ma­szy­nę w 1959 roku. Wnę­trze prze­bu­do­wa­no, ale mimo urzą­dze­nia sa­lo­nu z miej­scem do spa­nia nadal na po­kła­dzie mo­gło po­dró­żo­wać pięt­na­ście–dwa­dzie­ścia osób. „Ca­ro­li­ne” była pierw­szym pry­wat­nym sa­mo­lo­tem uży­tym pod­czas kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej. Dzię­ki temu Jack Ken­ne­dy mógł swo­bod­nie po­dró­żo­wać po kra­ju. Wpraw­dzie sa­mo­lot był da­le­ce wol­niej­szy od od­rzu­tow­ca, ale spraw­dzał się na tra­sie mię­dzy Wa­szyng­to­ne­ma Palm Be­ach.

Jak tyl­ko pre­zy­dent elekt od­je­chał, pani Ken­ne­dy po­in­for­mo­wa­ła mnie, że nig­dzie już nie bę­dzie wy­cho­dzić. Po­wie­rzy­łem dom pie­czy agen­tów dy­żu­ru­ją­cych na ze­wnątrz i po­je­cha­łem do sie­bie, do Ar­ling­ton, z na­dzie­ją, że może żona zo­sta­wi­ła w lo­dów­ce tro­chę in­dy­ka, na­dzie­nia i sosu.

Kil­ka go­dzin póź­niej, gdy tyl­ko się po­ło­ży­łem, za­dzwo­nił te­le­fon. Na li­nii był Jef­fries:

– Clint, pani Ken­ne­dy do­sta­ła boli po­ro­do­wych i zo­sta­ła po­śpiesz­nie od­wie­zio­na ka­ret­ką do szpi­ta­la Geo­r­ge­town. Pędź tam, naj­szyb­ciej jak po­tra­fisz.

O Boże!

Ter­min roz­wią­za­nia wy­zna­czo­no na 15 grud­nia. Pre­zy­dent był w dro­dze na Flo­ry­dę. Pani Ken­ne­dy już dwu­krot­nie nie do­no­si­ła cią­ży. Wsko­czy­łem do auta i po­gna­łem do szpi­ta­la.

Po przy­jeź­dzie do­wie­dzia­łem się od Jef­frie­sa, że za­bra­no ją do sali ope­ra­cyj­nej na trze­cim pię­trze, gdzie jej oso­bi­sty po­łoż­nik, dok­tor John Walsh, wy­ko­na za­bieg.

Nie­mal trzy ty­go­dnie przed ter­mi­nem.

– Pre­zy­dent elekt wra­ca – kon­ty­nu­ował Jef­fries – roz­ma­wia­li­śmy z nim za­raz po wy­lą­do­wa­niu. Zde­cy­do­wa­no, że wró­ci sa­mo­lo­tem dzien­ni­ka­rzy, bo tak bę­dzie szyb­ciej.

Pra­sa na lot śla­dem elek­ta do Palm Be­ach wy­na­ję­ła czte­ro­sil­ni­ko­wą ma­szy­nę DC-6. Po­ko­na tra­sę do Wa­szyng­to­nu co naj­mniej trzy­dzie­ści mi­nut szyb­ciej niż „Ca­ro­li­ne”.

Jef­fries wi­siał na te­le­fo­nie, po­ma­ga­jąc urzą­dzić przy­jazd Ken­ne­dy’ego, ja wa­ro­wa­łem przed salą ope­ra­cyj­ną, krą­żąc, jak­bym to ja był za­nie­po­ko­jo­nym oj­cem.

Nie uda­ło mi się być przy na­ro­dzi­nach mego pier­wo­rod­ne­go, Chri­sa. Kie­dy moja żona Gwen do­sta­ła boli, za­wio­złem ją do szpi­ta­la, a tam mi po­wie­dzia­no, że po­trwa to jesz­cze kil­ka go­dzin. Oka­za­ło się jed­nak, że uro­dzi­ła w środ­ku nocy, o czym za­wia­do­mio­no mnie te­le­fo­nicz­nie. Były kom­pli­ka­cje, syn­ko­wi mu­sia­no prze­to­czyć krew. Zna­łem więc strach, jaki mu­siał od­czu­wać pre­zy­dent elekt pod­czas dłu­gie­go lotu po­wrot­ne­go do Wa­szyng­to­nu. Wie­dzia­łem o kło­po­tach pod­czas dwóch po­przed­nich ciąż, po­kła­da­łem na­dzie­ję w Bogu, że tym ra­zem wszyst­ko bę­dzie do­brze i z mat­ką, i z dziec­kiem.

Chy­ba nie mi­nę­ło wie­le cza­su, jak zza za­mknię­tych drzwi wy­szła pie­lę­gniar­ka.

– Je­stem sio­strą prze­ło­żo­ną, na­zy­wam się Ro­bin­son. Z przy­jem­no­ścią in­for­mu­ję, że po­ród się udał. Dwa­dzie­ścia dwie mi­nu­ty po pół­no­cy pani Ken­ne­dy uro­dzi­ła chłop­ca o wa­dze dwóch ki­lo­gra­mów i ośmiu­set gra­mów. Mat­ka i dziec­ko mają się do­brze. Po­nie­waż dziec­ko jest wcze­śnia­kiem, pro­fi­lak­tycz­nie zo­sta­nie umiesz­czo­ne w in­ku­ba­to­rze.

Ode­tchną­łem z ulgą w mo­men­cie, gdy po­ja­wił się Jef­fries.

– Chło­pak – po­wie­dzia­łem z uśmie­chem. – Sio­stra Ro­bin­son po­in­for­mo­wa­ła, że pani Ken­ne­dy i dziec­ko mają się do­brze.

Chwi­lę po­tem z sali ope­ra­cyj­nej wy­szła ko­lej­na pie­lę­gniar­ka z no­wo­rod­kiem opa­tu­lo­nym ko­cem.

– Za­bie­ram go do in­ku­ba­to­ra – rzu­ci­ła w prze­lo­cie.

Nim Jef­fries się z nią od­da­lił, zdo­ła­łem zer­k­nąć na no­we­go człon­ka kla­nu Ken­ne­dych. Per­fek­cyj­na buź­ka, za­mknię­te oczka i cał­ko­wi­ta obo­jęt­ność wo­bec fak­tu, że jest sy­nem przy­szłe­go pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Na­gle re­flek­sja: przy­by­ła nam do ochro­ny oso­ba, o któ­rą trze­ba się mar­twić. Więk­sza od­po­wie­dzial­ność wy­ma­ga wię­cej lu­dzi. Po raz pierw­szy oj­cem zo­stał pre­zy­dent elekt. Ko­lej­ne wy­zwa­nie dla Se­cret Se­rvi­ce i mnie – no­wo­ro­dek w Bia­łym Domu.

Pre­zy­dent elekt przy­był oko­ło wpół do pią­tej. Naj­pierw po­szedł zo­ba­czyć żonę. Za­snę­ła po po­da­niu środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych. Po­tem za­pro­wa­dzo­no go do syna. Był w eu­fo­rii – zo­stał znów oj­cem, tym ra­zem syna. Dwa dni przed trze­ci­mi uro­dzi­na­mi Ca­ro­li­ne.

Wieść o przed­wcze­snych na­ro­dzi­nach ro­ze­szła się lo­tem bły­ska­wi­cy – ga­ze­ty w ca­łym kra­ju chcia­ły ją mieć na czo­łów­kach wy­dań po­ran­nych.

KEN­NE­DY MAJĄ CHŁOP­CA!

BO­CIAN ZA­STU­KAŁ DO SA­MO­LO­TU KEN­NE­DY’EGO:

MASZ SYNA!

Przez na­stęp­ne kil­ka dni na zmia­nę z Jef­frie­sem trzy­ma­li­śmy war­tę przed po­ko­jem pani Ken­ne­dy, sta­ran­nie kon­tro­lu­jąc go­ści i nie­zli­czo­ne bu­kie­ty, któ­re jej przy­sy­ła­no. Wszyst­kie wią­zan­ki były dość skrom­ne, mniej wię­cej tej sa­mej wiel­ko­ści. Więc kie­dy po­ja­wi­ła nad­zwy­czaj wiel­ka, z miej­sca wzbu­dzi­ła szcze­gól­ną cie­ka­wość. Nie tyl­ko uło­że­niem bu­kie­tu. Rów­nie ory­gi­nal­ny był fla­kon. Kwia­ty umiesz­czo­no w „ju­kach” przy­mo­co­wa­nych do grzbie­tu ce­ra­micz­ne­go osła. Fi­gur­ka mia­ła wiel­kość coc­ker spa­nie­la, zwie­rzę wy­glą­da­ło bar­dzo re­ali­stycz­nie. Mia­ło zna­cze­nie szcze­gól­ne – osioł to sym­bol Par­tii De­mo­kra­tycz­nej. Gdy prze­czy­ta­łem bi­le­cik, zdu­mia­łem się jesz­cze bar­dziej – ofia­ro­daw­cą był Frank Si­na­tra.

Chłop­cu nada­no imio­na John Fit­zge­rald. John Fit­zge­rald Ken­ne­dy ju­nior – mimo że wcze­śniak – rósł. Pre­zy­dent elekt od­wie­dzał żonę i syna co­dzien­nie, w prze­rwach mię­dzy nie­koń­czą­cy­mi się spo­tka­nia­mi z per­so­ne­lem i do­rad­ca­mi, po­prze­dza­ją­cy­mi po­czą­tek rzą­dów no­wej eki­py. Ile­kroć po­ja­wiał się w szpi­ta­lu, był ser­decz­ny i za­wsze zwra­cał się do mnie po imie­niu.

– Jak leci, Clint?

– W po­rząd­ku, pa­nie pre­zy­den­cie elek­cie. Dzię­ku­ję.

– A jak mi­nę­ła noc pani Ken­ne­dy?

Od­po­wia­da­łem, że albo spa­ła do­brze, albo od cza­su do cza­su przy­wo­ły­wa­ła pie­lę­gniar­kę. Chciał się do­wie­dzieć jak naj­wię­cej, za­nim prze­kro­czył próg jej po­ko­ju. Wy­glą­dał na szcze­rze prze­ję­te­go. Mimo na­wa­łu za­jęć zwią­za­nych z obej­mo­wa­niem urzę­du, sa­mo­po­czu­cie żony i syna zaj­mo­wa­ło naj­waż­niej­sze miej­sce. Im bar­dziej go po­zna­wa­łem, tym bar­dziej lu­bi­łem. Nie na­le­ża­łem do jego bez­po­śred­niej ochro­ny, by­łem więc co­raz bar­dziej za­wie­dzio­ny z tego po­wo­du.

Dru­gie­go grud­nia, ty­dzień po na­ro­dzi­nach syna, pre­zy­dent elekt od­le­ciał do Palm Be­ach. Za­brał Ca­ro­li­ne z nia­nią Maud Shaw. John ju­nior z mat­ką nadal po­zo­sta­wa­li w szpi­ta­lu. Obo­je od­zy­ski­wa­li siły, ale poza tym nic się nie dzia­ło, je­śli nie li­czyć wi­zyt go­ści. Pani Ken­ne­dy czas spę­dza­ła głów­nie w łóż­ku, prze­waż­nie na uważ­nej lek­tu­rze ma­te­ria­łów do­ty­czą­cych Bia­łe­go Domu. Czę­sto za­pra­sza­ła mnie do sie­bie, bym od­po­wia­dał na nur­tu­ją­ce ją py­ta­nia. Jef­fries wcze­śniej nie na­le­żał do gru­py agen­tów pra­cu­ją­cych w re­zy­den­cji pre­zy­den­tów, nie­wie­le wie­dział o spra­wach, któ­re ją in­te­re­so­wa­ły. Za­pra­sza­ła więc mnie.

Za­sta­wa­łem ją sie­dzą­cą w łóż­ku, wspar­tą na po­dusz­kach. Mia­ła na so­bie pi­ża­mę, ani śla­du ma­ki­ja­żu. Wy­glą­da­ła na młod­szą i bar­dziej kru­chą niż przed po­ro­dem. We­dług mej oce­ny była fi­zycz­nie wy­czer­pa­na. Gę­ste brwi i rzę­sy, opra­wia­ją­ce wiel­kie brą­zo­we oczy, kon­tra­stu­ją­ce z nie­na­tu­ral­nie bla­dą skó­rą, na­wet w wa­run­kach szpi­tal­nych po­wo­do­wa­ły, że ema­no­wa­ło z niej na­tu­ral­ne, po­nad­cza­so­we pięk­no. Przy mnie nie mu­sia­ła uda­wać. Zdą­ży­ła się przy­zwy­cza­ić do mej sta­łej obec­no­ści, po­go­dzi­ła się z tym, że będę świad­kiem wzlo­tów i upad­ków.

Za­prząt­nię­ta była zdo­by­wa­niem jak naj­więk­szej wie­dzy o Bia­łym Domu – dzie­jach re­zy­den­cji, wy­stro­ju, co­dzien­nym jej funk­cjo­no­wa­niu. Kto co dzień robi za­ku­py? Kto zaj­mu­je się go­spo­dar­stwem do­mo­wym? Czy jest miej­sce na pry­wat­ność? Jak wy­glą­da­ją ce­re­mo­nie i przy­ję­cia? Ja­kie jest prze­zna­cze­nie po­ko­jów: Czer­wo­ne­go, Zie­lo­ne­go, Nie­bie­skie­go?

Py­ta­nia spi­sy­wa­ła w po­kaź­nym, stan­dar­do­wym no­tat­ni­ku z żół­ty­mi kart­ka­mi w li­nie. Udzie­la­nych od­po­wie­dzi wy­słu­chi­wa­ła z uwa­gą, ro­bi­ła no­tat­ki, za­da­wa­ła do­dat­ko­we py­ta­nia. Wy­ka­zy­wa­ła się wie­dzą, była bły­sko­tli­wa. Wi­dać było, że ma za­miar zro­bić jak naj­więk­sze wra­że­nie, wcie­lić się w nową rolę, dys­po­nu­jąc mak­si­mum wie­dzy, by unik­nąć naj­mniej­szej na­wet gafy. Do­ce­nia­łem to i sta­ra­łem się in­for­mo­wać o wszel­kich szcze­gó­łach i dro­bia­zgach. Roz­ma­wia­ło nam się bar­dzo do­brze, ale spę­dza­jąc sym­pa­tycz­nie czas w to­wa­rzy­stwie pani Ken­ne­dy, ża­ło­wa­łem izo­la­cji od resz­ty ko­le­gów. Prze­by­wa­łem ca­ły­mi dnia­mi w szpi­ta­lu i za­zdro­ści­łem tym, któ­rzy wciąż byli w ru­chu wy­mu­szo­nym ak­tyw­no­ścią pre­zy­den­ta elek­ta.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia pani Ken­ne­dy we­zwa­ła mnie i z miej­sca za­py­ta­ła:

– Pa­nie Hill, czy jeź­dzi pan kon­no?

– Jeź­dzi­łem jako na­sto­la­tek. Je­den z na­szych są­sia­dów w Wa­sh­burn, w Da­ko­cie Pół­noc­nej, miał kuca sze­tlandz­kie­go.

De­li­kat­nie się uśmiech­nę­ła, jak­by pró­bu­jąc od­gad­nąć, czy mó­wię se­rio, czy żar­tu­ję. Więc szyb­ko do­da­łem:

– Moi ko­le­dzy na po­bli­skim ran­czu mie­li ko­nie, któ­rych od cza­su do cza­su do­sia­da­łem. Lek­cji udzie­la­li kow­bo­je, uczest­ni­czą­cy w miej­sco­wym ro­deo.

Po chwi­li ci­szy pani Ken­ne­dy wy­ja­śni­ła:

– Py­tam, gdyż mamy za­miar week­en­dy spę­dzać poza Wa­szyng­to­nem, w Mid­dle­bur­gu. Mam tam ko­nie. Ko­cham jaz­dę wierz­chem.

Za­sta­no­wi­ło mnie, po co im sie­dzi­ba w Mid­dle­bur­gu (w Wir­gi­nii). Ro­dzi­na Ken­ne­dych po­win­na ko­rzy­stać z Camp Da­vid – wspa­nia­łej po­sia­dło­ści spe­cjal­nie utrzy­my­wa­nej na week­en­do­wy wy­po­czy­nek urzę­du­ją­ce­go pre­zy­den­ta i jego ro­dzi­ny. Czę­sto tam by­wa­łem wraz z pre­zy­den­tem Eisen­ho­we­rem.

Z pew­no­ścią nie do mnie na­le­ża­ło do­ra­dza­nie przy­szłej pierw­szej da­mie. In­for­ma­cja, że Ken­ne­dy dys­po­nu­ją week­en­do­wą po­sia­dło­ścią, mnie za­sko­czy­ła. Przy­pusz­cza­łem, że nikt inny w Se­cret Se­rvi­ce o tym nie wie­dział. Po­my­śla­łem, że wy­wiem się co i jak, by móc po­in­for­mo­wać zwierzch­ni­ków.

– Mid­dle­burg to ślicz­na oko­li­ca – pod­ją­łem te­mat. – Jak pań­stwo tam tra­fi­li?

– To za­słu­ga na­sze­go ser­decz­ne­go przy­ja­cie­la Bil­la Wal­to­na. Ma­ją­tek na­zy­wa się Glen Ora. Oso­bi­ście tam nie by­łam. Wi­dzia­łam fo­to­gra­fie. Ufam opi­nii Bil­la, któ­ry twier­dzi, że jest w sam raz dla nas. Sto sześć­dzie­siąt je­den hek­ta­rów te­re­nów my­śliw­skich ota­cza ko­lo­nial­ny dom z ba­se­nem i staj­nia­mi. Po­nad pół­to­ra ki­lo­me­tra kwa­dra­to­we­go pry­wat­no­ści, miej­sce gdzie wraz z dzieć­mi bę­dzie­my mo­gli nor­mal­nie żyć, a pre­zy­dent ła­two do­je­dzie.

– To brzmi za­chę­ca­ją­co – od­par­łem.

– No tak, oko­li­ca jest uro­cza. Ale wnę­trze domu trze­ba urzą­dzić po no­we­mu. Na całe szczę­ście wła­ści­ciel, pan Ray­mond Tar­tie­re, uprzej­mie się zgo­dził na do­sto­so­wa­nie do na­szych po­trzeb.

In­for­ma­cja o wy­na­ję­ciu domu w Mid­dle­bur­gu przy­spo­rzy­ła roz­ma­itych trosk. Po pierw­sze, jak mamy ją chro­nić pod­czas kon­nych eska­pad, a jed­no­cze­śnie za­pew­niać pry­wat­ność, któ­rej się do­ma­ga? Wie­dzia­łem, że jest wy­bor­ną ama­zon­ką i że nie­mal na pew­no moje umie­jęt­no­ści na­by­te w dzie­ciń­stwie nie wy­star­czą. Mu­si­my też mieć pew­ność, że znaj­dzie się tam lą­do­wi­sko dla he­li­kop­te­ra. Do sta­łej ochro­ny nie­zbęd­ni będą do­dat­ko­wi agen­ci.

• • •

Ósme­go grud­nia pre­zy­dent elekt Ken­ne­dy przy­je­chał do Wa­szyng­to­nu na chrzci­ny. Pani Ken­ne­dy i nie­mow­lę nadal byli pa­cjen­ta­mi, za­tem ce­re­mo­nia od­by­ła się w ka­pli­cy szpi­ta­la uni­wer­sy­tec­kie­go w Geo­r­ge­town. Wia­do­mo było, że przy­szła pierw­sza dama nie ma dość sił, ale się upar­ła, by kil­ka mi­nut wy­trzy­mać na sto­ją­co. Pra­sa bar­dzo pra­gnę­ła zdjęć Ken­ne­dych trzy­ma­ją­cych nie­mow­lę okry­te tra­dy­cyj­ną bia­łą sza­tą. Ale zwłasz­cza pani Ken­ne­dy dba­ła o pry­wat­ność swych dzie­ci. Nie­licz­nym do­pusz­czo­nym fo­to­re­por­te­rom na­rzu­co­no su­ro­we ogra­ni­cze­nia. Mimo że mie­li tyl­ko chwi­lę na zro­bie­nie zdjęć i roz­mo­wę z ro­dzi­ca­mi, za­uwa­ży­łem, że i ta odro­bi­na wy­sił­ku dała się pani Ken­ne­dy we zna­ki.

Ma­mie Eisen­ho­wer, ustę­pu­ją­ca pierw­sza dama, za­pro­si­ła na­stęp­czy­nię do Bia­łe­go Domu. Wy­zna­czy­ła po­łu­dnie 9 grud­nia, dzień po chrzci­nach. Mia­ła za­miar ją opro­wa­dzić po re­zy­den­cji, w tym jej czę­ści pry­wat­nej na pierw­szym i dru­gim pię­trze. Dok­tor Walsh zgo­dził się wy­pu­ścić ze szpi­ta­la pa­nią Ken­ne­dy i Joh­na. Wszy­scy za­cho­dzi­li w gło­wę, jak znie­sie wę­drów­ki po Bia­łym Domu, sko­ro dzień wcze­śniej mia­ła trud­no­ści ze sta­niem pod­czas krót­kie­go chrztu. Sama też ży­wi­ła oba­wy, ale była zde­ter­mi­no­wa­na, bar­dzo chcia­ła obej­rzeć przy­szłe miesz­ka­nie i zo­rien­to­wać się, ja­kich wy­ma­ga prze­ró­bek, za­nim tam za­miesz­ka 20 stycz­nia.

– Co by pani po­wie­dzia­ła, gdy­bym po­roz­ma­wiał z J. B. We­stern, sze­fem służ­by Bia­łe­go Domu, o wóz­ku? Znam go do­brze i wiem, że ży­czył­by so­bie jak naj­więk­szej wy­go­dy i swo­bo­dy dla pani.

W oczach, do­tąd spo­glą­da­ją­cych bez­rad­nie, za­ja­śnia­ła otu­cha.

– Cu­dow­ny po­mysł, pa­nie Hill – rze­kła z uśmie­chem. – Nie mu­szę się więc mar­twić, że ze­mdle­ję i tra­fię na czo­łów­ki ga­zet.

– Do­sko­na­le. Za­te­le­fo­nu­ję do pana We­sta i wszyst­ko usta­li­my.

Sta­no­wi­sko sze­fa służ­by Bia­łe­go Domu na­le­ża­ło do naj­bar­dziej pro­mi­nent­nych. Od We­sta za­le­ża­ło spraw­ne funk­cjo­no­wa­nie re­zy­den­cji. Mu­siał ko­or­dy­no­wać dzia­ła­nia z Se­cret Se­rvi­ce i pre­zy­denc­kim per­so­ne­lem, by umie­jęt­nie i sku­tecz­nie ob­słu­gi­wać miesz­kal­ną część Bia­łe­go Domu, któ­ry był jed­no­cze­śnie urzę­dem, miej­scem pu­blicz­nym i po czę­ści za­byt­ko­wym. Pan West spra­wo­wał funk­cję od 1957 r., ale nie był pe­wien swej przy­szło­ści, gdyż ob­sa­da jego sta­no­wi­ska po­zo­sta­je w ge­stii pre­zy­den­ta.

Dzie­wią­te­go grud­nia pani Ken­ne­dy i John opu­ści­li szpi­tal. Za­bra­li­śmy ich do domu w Geo­r­ge­town. Żona pre­zy­den­ta elek­ta mia­ła mało cza­su, by się od­świe­żyć i prze­brać.

Za­je­cha­łem trzy­let­nim nie­bie­skim kom­bi Ken­ne­dych przed dom i wy­sia­dłem, by po­móc pani Ken­ne­dy za­jąć miej­sce. Gdy otwar­łem tyl­ne drzwi, za­py­ta­ła:

– Czy ktoś jesz­cze z nami je­dzie?

– Są­dzę, że tyl­ko my obo­je. Pani i ja.

– Usią­dę za­tem z przo­du – za­pro­po­no­wa­ła.

– Oczy­wi­ście, pro­szę pani.

Za­trza­sną­łem tyl­ne drzwi, otwar­łem przed­nie. Pod­trzy­ma­łem ją za ło­kieć, gdy nie­pew­nie zaj­mo­wa­ła miej­sce. Wy­gła­dzi­ła su­kien­kę i spoj­rza­ła na mnie z uśmie­chem.

– Dzię­ku­ję, pa­nie Hill.

W Bia­łym Domu przy­wi­tał nas J. B. West. Od­pro­wa­dził do sali, w któ­rej po­dej­mo­wa­no przed­sta­wi­cie­li kor­pu­su dy­plo­ma­tycz­ne­go. Zwró­ci­łem uwa­gę, że moja pod­opiecz­na lu­stru­je wy­strój: ścia­ny, ko­bier­ce, kwia­ty, me­ble… Bez sło­wa.

Za­trzy­ma­li­śmy się przy win­dzie kur­su­ją­cej na pię­tro do pry­wat­nych apar­ta­men­tów. Tam pan West za­ko­mu­ni­ko­wał:

– Pani Eisen­ho­wer cze­ka na gó­rze.

Po­tem spoj­rzał na mnie i do­dał:

– Pierw­sza dama ży­czy so­bie opro­wa­dzić pa­nią Ken­ne­dy bez ni­czy­jej obec­no­ści.

Ski­ną­łem gło­wą i obo­je we­szli do win­dy.

Od­da­li­łem się do biu­ra pana We­sta, by tam wa­ro­wać. Wie­dzia­łem, że stam­tąd naj­le­piej będę mógł śle­dzić po­czy­na­nia pani Ken­ne­dy, bez wcho­dze­nia w dro­gę obu pierw­szym da­mom. Po kil­ku mi­nu­tach wró­cił pan West i za­ję­li­śmy się roz­mo­wą o tym, co się dzia­ło po moim odej­ściu z ob­sta­wy pre­zy­den­ta Eisen­ho­we­ra.

Dzie­więć­dzie­siąt mi­nut póź­niej, do­kład­nie o trzy­na­stej trzy­dzie­ści, w biu­rze dwu­krot­nie ode­zwał się brzę­czyk. Pan West ze­rwał się z krze­sła i szyb­ko pod­szedł do win­dy. Ten sys­tem sy­gna­li­za­cji za­in­sta­lo­wa­no po to, by szef służ­by, umun­du­ro­wa­na straż Bia­łe­go Domu i funk­cjo­na­riu­sze Se­cret Se­rvi­ce wie­dzie­li o po­czy­na­niach pierw­szej ro­dzi­ny. Po­dwój­ny sy­gnał ozna­czał, że nad­cho­dzi pierw­sza dama.

Po­dą­ży­łem za sze­fem służ­by. Otwar­ły się drzwi win­dy. Pani Eisen­ho­wer oso­bi­ście od­pro­wa­dza­ła pa­nią Ken­ne­dy. Przy­szła pierw­sza dama była bla­da jak ścia­na, jak­by za­raz mia­ła ze­mdleć. Spoj­rza­łem jej pro­sto w oczy, zna­czą­co uno­sząc brwi, w nie­mym py­ta­niu. Wszyst­ko w po­rząd­ku? De­li­kat­nie ski­nę­ła gło­wą.

Obie pa­nie skie­ro­wa­ły się do po­łu­dnio­we­go wej­ścia. Z pa­nem We­stern trzy­ma­li­śmy się krok z tyłu. Fo­to­graf Bia­łe­go Domu uwiecz­nił je obie uśmiech­nię­te, wy­mie­nia­ją­ce po­że­gnal­ne uprzej­mo­ści. Od­nio­słem wra­że­nie, że pani Ken­ne­dy tyl­ko sili się na uprzej­mość. Coś mu­sia­ło się zda­rzyć na gó­rze.

Po­mo­głem jej za­jąć miej­sce, sam usia­dłem obok za kie­row­ni­cą i ru­szy­łem w stro­nę bra­my po­łu­dnio­wej. Gdy tyl­ko kom­bi prze­by­ło Sta­te Pla­ce i wje­cha­ło na E Stre­et Nor­th­west, pa­sa­żer­ka zwró­ci­ła się w moją stro­nę i za­py­ta­ła:

– Pa­nie Hill, czy te­le­fo­no­wał pan do pana We­sta i pro­sił o przy­go­to­wa­nie wóz­ka?

– Tak, roz­ma­wia­łem z nim dziś rano. Po­wie­dział, że to ża­den kło­pot. Że wó­zek bę­dzie cze­kał na pa­nią. My­śla­łem, że był już na gó­rze – za­pew­ni­łem, ob­ra­ca­jąc się w jej kie­run­ku.

– Aha. Kie­dy wy­sia­dłam z win­dy, była tam tyl­ko pani Eisen­ho­wer. Żad­ne­go fo­te­la na kół­kach nie do­strze­głam. Nie wspo­mnia­ła o nim, przy­ję­łam więc, że go nie do­star­czo­no.

Nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć. Nie chcia­łem ni­ko­go uspra­wie­dli­wiać, zwłasz­cza że istot­nie roz­ma­wia­łem rano z J. B. We­stern.

– Okrop­nie mi przy­kro, pani Ken­ne­dy. Nie ro­zu­miem, co się sta­ło.

Czu­łem się strasz­nie. Wy­obra­zi­łem so­bie, że nie­chcą­cy zro­bi­łem coś, co spra­wi­ło jej kło­pot.

Póź­niej do­wie­dzia­łem się od J. B. We­sta, któ­re­go pre­zy­dent Ken­ne­dy za­trzy­mał na sta­no­wi­sku, że wó­zek był. Rzecz w tym, że pani Eisen­ho­wer nie ży­czy­ła so­bie ni­czy­jej obec­no­ści, a sama z pew­no­ścią nie mia­ła za­mia­ru pchać przed sobą przy­szłej pierw­szej damy w fo­te­lu na kół­kach. Osta­tecz­nie była jej po­li­tycz­ną ry­wal­ką. Po­wie­dzia­ła We­sto­wi, że wó­zek za­cho­wa na po­do­rę­dziu, w ukry­ciu. Do cza­su, aż pani Ken­ne­dy go za­żą­da.

Przy­szła pierw­sza dama nie obar­czy­ła mnie od­po­wie­dzial­no­ścią za nie­for­tun­ne zda­rze­nie. Mia­ła in­tu­icję, a ta jej pod­po­wia­da­ła, że pani Eisen­ho­wer zi­gno­ro­wa­ła jej proś­bę. Dużo bar­dziej prze­ję­ła się sta­nem Bia­łe­go Domu.

– Jak się pani po­do­ba nowe miesz­ka­nie, pani Ken­ne­dy?

– Wy­ma­ga dużo więk­sze­go wkła­du pra­cy, niż so­bie wy­obra­ża­łam – od­par­ła mięk­kim, ści­szo­nym gło­sem. – Bę­dzie­my mie­li co ro­bić, pa­nie Hill.

Po na­szych wcze­śniej­szych roz­mo­wach o hi­sto­rii i zna­cze­niu re­zy­den­cji pre­zy­den­tów wi­dzia­łem, że już jest za­prząt­nię­ta spo­so­bem, jak wpro­wa­dzić wła­sny styl do Bia­łe­go Domu.

Pół­to­ra­go­dzin­ne opro­wa­dza­nie ją wy­czer­pa­ło, na­le­żał się jej od­po­czy­nek. Nie­ste­ty, już wcze­śniej po­sta­no­wio­no, że za­raz po wi­zy­cie w Bia­łym Domu pre­zy­denc­ka para wraz z syn­kiem od­le­cą do Palm Be­ach. Nie było cza­su na od­po­czy­nek.

Har­mo­no­gram nie prze­wi­dy­wał żad­nych opóź­nień. Wró­ci­li­śmy na 3307 N Stre­et, by za­brać pre­zy­den­ta elek­ta, nie­mow­lę, Pro­vi, El­sie Phil­lips (nowo za­trud­nio­ną nia­nię dla Joh­na, przy­ja­ciół­kę Maud Shawn) i Lo­uel­lę Hen­nes­sey, dłu­go­let­nią pie­lę­gniar­kę Ken­ne­dych, któ­ra mia­ła za­dbać o re­kon­wa­le­scen­cję pani pre­zy­den­to­wej. A tak­że stos ba­ga­ży, w tym wa­liz­ki moją i Jef­frie­sa. Na lot­ni­sku w ba­zie An­drews cze­ka­ją­ca na nas „Ca­ro­li­ne” grza­ła sil­ni­ki.

Wiał wiatr, było przej­mu­ją­co zim­no. Wcho­dzi­łem po schod­kach na po­kład sa­mo­lo­tu tuż za pa­nią Ken­ne­dy. Mąż po­mógł jej zdjąć płaszcz:

– Po­go­da w Palm Be­ach jest pięk­na. W cie­ple i na słoń­cu w cu­dow­ny spo­sób wró­cisz do sie­bie, Jac­kie.

– Cze­kam na to – od­par­ła, ostroż­nie sia­da­jąc na ka­na­pie.

Była bla­da i wy­czer­pa­na do­tych­cza­so­wym prze­bie­giem dnia.

Nig­dy nie by­łem na po­kła­dzie pry­wat­ne­go sa­mo­lo­tu. Do­pie­ro gdy za­ją­łem miej­sce przy oknie, skon­sta­to­wa­łem, że styl ży­cia ty­po­wy dla Ken­ne­dych wy­kra­czał nie tyl­ko poza moje do­świad­cze­nia, ale na­wet wy­obra­że­nia. Był to mój pierw­szy z nie­zli­czo­nych lo­tów, ja­kie od­by­łem na po­kła­dzie ro­dzin­ne­go sa­mo­lo­tu, to­wa­rzy­sząc pani Ken­ne­dy. Taki spo­sób po­dró­żo­wa­nia stał się ty­po­wy tak­że dla mnie.

3Boże Narodzenie w Palm Beach

Pod­czas lotu z Wa­szyng­to­nu do Palm Be­ach bar­dzo we zna­ki da­wa­ła się tur­bu­len­cja. Wy­śmie­ni­te­mu pi­lo­to­wi Ho­war­do­wi Ba­ir­do­wi, ka­pi­ta­no­wi za­ło­gi „Ca­ro­li­ne”, mak­sy­mal­ny pu­łap lotu Co­nva­ira 240 nie po­zwo­lił wzbić się po­nad nie­któ­re fron­ty bu­rzo­we. Sa­mo­lo­tem rzu­ca­ło, pani Ken­ne­dy nie mo­gła ode­tchnąć. Nig­dy się nie skar­ży­ła, ale wi­dzia­łem, że wy­ciecz­ka po Bia­łym Domu zu­peł­nie ją wy­koń­czy­ła.

Agent Jef­fries, Pam Tur­nu­re, pani Ken­ne­dy i „Ca­ro­li­ne” w tle.

Lą­do­wa­nie od­by­ło się do­pie­ro wie­czo­rem. Tem­pe­ra­tu­ra na ze­wnątrz wy­no­si­ła po­nad 20°C, mniej wię­cej o dwa­dzie­ścia wię­cej niż w sto­li­cy. Na lot­ni­sku cze­kał tłum, było też kil­ku fo­to­re­por­te­rów. Jak tyl­ko pani Ken­ne­dy ich do­strze­gła, zwró­ci­ła się do męża:

– Nie roz­ma­wiam z pra­są. Nie ży­czę so­bie fo­to­gra­fo­wa­nia dziec­ka. Mia­łam na­dzie­ję, że na po­łu­dniu będę mia­ła wię­cej pry­wat­no­ści.

Pre­zy­dent elekt kiw­nął gło­wą ze zro­zu­mie­niem. Człon­ko­wie jego ochro­ny za­bez­pie­czy­li te­ren, sa­mo­cho­dy cze­ka­ły w go­to­wo­ści. John F. Ken­ne­dy opu­ścił sa­mo­lot i za­czął scho­dzić po stop­niach. Uśmie­chał się i ge­sta­mi po­zdra­wiał nie­wiel­ki, ale roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny tłu­mek. Pod­szedł i w asy­ście agen­tów ochro­ny uści­snął kil­ka rąk.

Jak tyl­ko na po­de­ście scho­dów sta­nę­ła pani Ken­ne­dy, roz­brzmia­ły okrzy­ki: „Jac­kie! Jac­kie! Spójrz tu!”. Ogar­nę­ła zgro­ma­dzo­nych spoj­rze­niem, uśmiech­nę­ła się. Kur­czo­wo trzy­ma­jąc po­ręcz, ze­szła po stop­niach i ru­szy­ła wprost do auta. Nie­ste­ty, pry­wat­ność pani Ken­ne­dy sta­nie się ilu­zją na resz­tę jej ży­cia. Lu­dzie byli nią za­fa­scy­no­wa­ni, nie było zbyt wie­le miejsc, gdzie mo­gła się ukryć. Palm Be­ach z pew­no­ścią do nich nie na­le­ża­ło.

Palm Be­ach to miej­sco­wość na dłu­giej, wą­skiej wy­spie u po­łu­dnio­wo-wschod­nie­go wy­brze­ża Flo­ry­dy. Nie przy­po­mi­na­ło ni­cze­go, co do­tąd wi­dzia­łem. Od lądu sta­łe­go i po­ło­żo­nych tam West Palm Be­ach i Lake Worth od­dzie­la­ło je In­tra­co­astal Wa­ter­way. Prze­kro­cze­nie któ­re­goś z nie­licz­nych mo­stów ozna­cza­ło prze­nie­sie­nie się do świa­ta peł­ne­go lu­dzi moż­nych i uprzy­wi­le­jo­wa­nych. Wschod­ni brzeg wy­spy był dwu­dzie­sto­sze­ścio­ki­lo­me­tro­wą wstę­gą nie­ska­zi­tel­nie bia­łych, nada­tlan­tyc­kich plaż i przy­le­głych do nich po­sia­dło­ści, od­izo­lo­wa­nych od wnę­trza wy­spy wy­so­ki­mi ży­wo­pło­ta­mi, ka­ska­da­mi bu­gen­wil­li czy rzę­da­mi palm. Wspa­nia­łość tych po­sia­dło­ści – zi­mo­wych azy­lów wiel­kich bo­ga­czy – wi­dać tyl­ko z sa­mo­lo­tu albo po­kła­du jed­nost­ki że­glu­ją­cej wzdłuż wy­brze­ża. Miej­sco­wość mia­ła wszel­kie zna­mio­na ku­ror­tu; męż­czy­znom ofe­ro­wa­ła za­ci­sze eks­klu­zyw­ne­go Palm Be­ach Co­un­try Club, ko­bie­ty uwiel­bia­ły ro­bić za­ku­py w świet­nych skle­pach na Worth Ave­nue.

Po­sia­dłość am­ba­sa­do­ra Ken­ne­dy’ego w Palm Be­ach.

Am­ba­sa­dor Jo­seph Ken­ne­dy ku­pił po­se­sję przy 1095 North Oce­an Bo­ule­vard w 1933 r. z prze­zna­cze­niem na zi­mo­wy wy­po­czy­nek licz­nej ro­dzi­ny, gdy w Cape Cod robi się zbyt chłod­no. Po­ło­żo­ny na nie­speł­na hek­ta­ro­wej dział­ce dom, wzo­ro­wa­ny na ar­chi­tek­tu­rze Śród­ziem­no­mo­rza, miał nie­mal osiem­set me­trów kwa­dra­to­wych (w tym sześć sy­pial­ni). Z wy­pie­lę­gno­wa­nych traw­ni­ków i ogro­du roz­cią­gał się za­chwy­ca­ją­cy wi­dok na Oce­an Atlan­tyc­ki. Pre­zy­dent elekt Ken­ne­dy po­in­for­mo­wał Se­cret Se­rvi­ce, że w po­sia­dło­ści bę­dzie się mie­ścił „zi­mo­wy Bia­ły Dom”, że tam spę­dzi więk­szość cza­su po­prze­dza­ją­ce­go in­au­gu­ra­cję pre­zy­den­tu­ry. Sko­ro tak, Se­cret Se­rvi­ce mu­sia­ło ob­jąć re­zy­den­cję wła­ści­wie sta­łym nad­zo­rem. Ozna­cza­ło to grun­tow­ną in­spek­cję, od kon­struk­cji bu­dyn­ku po do­stęp do nie­go z każ­dej stro­ny. Agen­ci po­win­ni znaj­do­wać się we wszyst­kich stra­te­gicz­nych miej­scach po­sia­dło­ści. Nie­do­sta­tek per­so­ne­lu spo­wo­do­wał, że ochro­nę pro­wa­dzo­no wspól­nie z miej­sco­wy­mi si­ła­mi po­li­cyj­ny­mi. Szczę­śli­wie ko­men­da po­li­cji w Palm Be­ach i wła­dze sta­nu oraz hrab­stwa chęt­nie przy­sta­wa­ły na współ­pra­cę, do­star­cza­jąc in­for­ma­cji i tak­że funk­cjo­na­riu­szy.

Gdy tyl­ko ka­wal­ka­da aut do­tar­ła do re­zy­den­cji, pani Ken­ne­dy na­tych­miast uda­ła się do swej sy­pial­ni na wy­po­czy­nek. Przez na­stęp­ny ty­dzień rzad­ko się po­ka­zy­wa­ła.

Jesz­cze przed przy­by­ciem, je­den z funk­cjo­na­riu­szy do­wo­dzą­cych ochro­ną pre­zy­den­ta elek­ta zna­lazł w po­bli­żu kwa­te­ry dla agen­tów: w West Palm Be­ach, w tzw. mo­te­lu Wo­ody’s. Par­te­ro­wy obiekt na pla­nie li­te­ry „U” miał nie­wiel­ki pro­sto­kąt­ny ba­sen. Ca­łość była dość sfa­ty­go­wa­na, ale mia­ła dwie naj­waż­niej­sze ce­chy: kli­ma­ty­zo­wa­ne po­ko­je i od­po­wied­nią cenę. Z po­wo­du dłu­gich po­by­tów uda­ło się ją zbić tak, że nie prze­kra­cza­ła dwu­na­stu do­la­rów – taką mie­li­śmy dzien­ną die­tę. Pod­czas wy­jaz­dów po­win­na po­kry­wać kosz­ty za­kwa­te­ro­wa­nia, wy­ży­wie­nia, pra­nia i wszel­kie inne. Moja rocz­na pen­sja wy­no­si­ła sześć ty­się­cy dzie­więć­set dzie­więć­dzie­siąt pięć do­la­rów i nie po­zwa­la­ła sza­leć. Po­dob­nie jak po­zo­sta­li agen­ci oszczę­dza­łem i ostroż­nie wy­da­wa­łem.

Co rano mel­do­wa­łem się na po­se­sji 1095 North Oce­an Bo­ule­vard, zwy­kle o go­dzi­nie ósmej, jesz­cze przed prze­bu­dze­niem się pani Ken­ne­dy. Do fron­to­wej ścia­ny po­sia­dło­ści przy­le­gał ga­raż, usy­tu­owa­ny tuż przy bra­mie wjaz­do­wej. W nim urzą­dzo­no cen­trum do­wo­dze­nia ochro­ną (Se­cret Se­rvi­ce Palm Be­ach Com­mand Post). Za­in­sta­lo­wa­no tam te­le­fon łą­czą­cy bez­po­śred­nio z re­zy­den­cją; dzię­ki temu pre­zy­dent elekt i pani Ken­ne­dy mo­gli szyb­ko się z nami kon­tak­to­wać, je­śli tyl­ko wi­dzie­li taką po­trze­bę. Mie­li­śmy eks­pres do kawy, sto­lik i kil­ka krze­seł, wszyst­ko za­sad­ni­czo w jed­nym z na­roż­ni­ków ga­ra­żu.

Re­kon­wa­le­scen­cja prze­bie­ga­ła do­brze, stop­nio­wo pani Ken­ne­dy od­zy­ski­wa­ła siły, ale nie mia­ła ocho­ty na re­zy­gna­cję z pry­wat­no­ści, jaką za­pew­nia­ła po­sia­dłość. Zwłasz­cza po tym, jak wi­dzia­ła tłum wi­ta­ją­cy ją na lot­ni­sku.

Po kil­ku dniach zde­cy­do­wa­ła się sko­rzy­stać z li­nii do punk­tu do­wo­dze­nia.

– Pan Hill? – w słu­chaw­ce roz­legł się mięk­ki głos na po­gra­ni­czu szep­tu.

– Tak, pani Ken­ne­dy. Czym mogę pani słu­żyć?

– Po­trze­bu­ję kil­ku rze­czy od Eli­za­beth Ar­den, ale wiem, że jak się po­ja­wię na Worth Ave­nue, nie da­dzą mi spo­ko­ju. Czy nie ze­chciał­by pan tam za­te­le­fo­no­wać i spra­wić, by do­star­czo­no mi tro­chę odzie­ży i ko­sme­ty­ków. Mam go­to­wą li­stę.

Nig­dy nie sły­sza­łem o Eli­za­beth Ar­den, a słu­żąc u boku pre­zy­den­ta Eisen­ho­we­ra, nig­dy nie otrzy­ma­łem po­le­ce­nia ro­bie­nia ja­kich­kol­wiek za­ku­pów. Zro­bi­łem, jak so­bie ży­czy­ła pani Ken­ne­dy, i po­pro­si­łem sa­lon, by ktoś z per­so­ne­lu ze­chciał przy­być do re­zy­den­cji.

W tam­tym cza­sie, oprócz ubrań i ko­sme­ty­ków, jej gło­wę za­przą­ta­ła prze­pro­wadz­ka do Bia­łe­go Domu i zro­bie­nie z nie­go bar­dziej miesz­ka­nia niż mu­zeum. Chcia­ła, by stał się miej­scem, gdzie jej dzie­ci mo­gły­by się nor­mal­nie roz­wi­jać mimo wszech­obec­nej rze­szy po­ko­jó­wek i lo­ka­jów, odźwier­nych, ma­jor­do­mów, straż­ni­ków umun­du­ro­wa­nych i po cy­wil­ne­mu.

Za ja­kiś czas była ko­lej­na spra­wa.

– Pan Hill? – za­py­ta­ła nie­pew­nie. – Pro­szę, by ze­chciał pan przyjść do mnie, nad ba­sen. Mu­si­my po­roz­ma­wiać.