Pani Henryka i morderstwo w pensjonacie - Katarzyna Gurnard - ebook + audiobook
Opis

W pewne pochmurne październikowe popołudnie nieświadoma tego, co ją czeka emerytka Henryka Orłowska, otwiera drzwi listonoszowi. Pozornie zwykły list sprawia, że bohaterka wyrusza do pensjonatu Yorkshire na południu Polski i rozpoczyna ekscytującą przygodę, będącą jednocześnie zagadką kryminalną.

Dobroduszna pani Henia – amatorka wszelkiego rodzaju atrakcji organizowanych z myślą o seniorach, z charakterystyczną dla siebie energią życiową wciela się w rolę prywatnego detektywa, który poszukuje mordercy pokojówki. Bohaterka, niestrudzona w dążeniu do zdemaskowania winnego zabójstwa, napotka na swojej drodze liczne przygody…

Ta ciepła, pełna humoru opowieść z główną bohaterką przywodzącą na myśl polską pannę Marple udowadnia, że nie ma złych ludzi, co najwyżej splot wypadków może sprawić, że popełniają oni błędy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 59 min

Lektor: Elżbieta Kijowska

Popularność


Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2018

ISBN (ePub): 978-83-65838-61-2

ISBN (Mobi): 978-83-65838-62-9

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Mojemu mężowi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

ROZDZIAŁ 1

W to pochmurne październikowe przedpołudnie pani Henryka Orłowska szykowała się na swoją cotygodniową dwugodzinną porcję nordic walkingu. Zgodnie z rozpiską zamieszczoną w internecie tego dnia miasto proponowało mieszkańcom aktywną przechadzkę po Lesie Łagiewnickim, obowiązkowo — zresztą jak prawie wszystko w ostatnich latach — dofinansowywaną z funduszy unijnych. Kobieta niespiesznie przeglądała wnętrze szafy w poszukiwaniu dodatkowego swetra. Na razie było ciepło, ale wczoraj zaraz po wiadomościach blondynka w stylowej princesce ostrzegała, że w porze obiadu nad Łódź ma nadejść niż ze Skandynawii. Zapowiadało to początek przymrozków, a przezorna Henryka nie miała ochoty przez własne zaniedbanie siąpić nosem nad grobami we Wszystkich Świętych.

Właśnie znalazła właściwą narzutkę, nie za grubą ani nie za cienką, kiedy niespodziewanie rozległ się donośny dźwięk dzwonka do drzwi. W sekundę później ktoś zaczął natarczywie walić, prawdopodobnie pięścią, choć z czynionego hałasu i drgań drewnianych wrót można było wnioskować, że równie dobrze w użyciu był taran, słusznych rozmiarów młot lub chociaż glan. Emerytka bezbłędnie rozpoznała sprawcę rzeczonego zamieszania. Szybkim krokiem przemierzyła korytarz, żeby wpuścić gościa, zanim ów poczyni nieodwracalne zniszczenia na Bogu ducha winnych drzwiach.

— Pan listonosz! Zaprosiłabym na kawkę, tyle że akurat spieszę się na kije — powiedziała przepraszająco gospodyni. — Dam za to panu na drogę kawałeczek szarlotki, jeszcze gorąca, dopiero co wyjęłam z pieca. Proszę wejść i zamknąć drzwi, bo zimno leci. Spakuję porcyjkę placka i zaraz wracam — zarządziła, nie dopuszczając mężczyzny do głosu, po czym pobiegła do kuchni.

— Pani Heniu kochana, pani jabłeczniczka nie odmówię! — zdążył krzyknąć listonosz, zanim energiczna kobieta zniknęła w pomieszczeniu na końcu korytarza. Następnie otrzepał buty, wszedł do przedpokoju i posłusznie zamknął drzwi wejściowe. W oczekiwaniu na Orłowską wertował plik wyjętych z kieszeni listów.

Chwilę później gospodyni wyłoniła się z kuchni z całkiem pokaźnym pakunkiem owiniętym w papier śniadaniowy.

— Trochę więcej mi się ukroiło, nic to, najwyżej się pan z kimś podzieli — powiedziała, wciskając mu w dłoń zawiniątko.

— Dziękuję — odpowiedział uradowanym głosem i wprawnym ruchem schował podarunek do przepastnej skórzanej torby.

— Ale zaskoczenie, wyjątkowo wcześnie przysłali w tym miesiącu emeryturę.

— Pani Heniu, a jakaż tam emerytura! Na pieniążki jeszcze przyjdzie poczekać co najmniej kilka dni. Przyniosłem list polecony.

— Polecony? — Zdziwiła się. — Do mnie?

— Ano polecony, i to nie byle jaki, bo ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru!

— Co też pan mówi?

— Niech sama pani zobaczy. — Podał gospodyni kopertę.

Kobieta wyjęła z kieszeni zrobionej na drutach kamizelki futerał na okulary, wyłuskała je i założyła na nos. Wzięła do ręki list i dokładnie mu się przyjrzała. W polu adresata jak wół widniały jej dane, które ktoś naniósł zgrabnym odręcznym pismem. Nadawcą była kancelaria adwokacka. Długa nazwa zdradzała, że stanowi ona współwłasność trzech osób o z angielska brzmiących nazwiskach. Taki stan rzeczy zdziwił Henrykę, która nie przypominała sobie, żeby otrzymała polecony od co najmniej kilku miesięcy, a tym bardziej z nieznanego jej źródła. No, ale skoro list przyszedł, należało go przyjąć.

— Gdzie podpisać?

— Tutaj i tutaj — poinstruował listonosz. Po dokonaniu wymaganych formalności pożegnał się, zarzucił na ramię ciężką torbę i raźnym krokiem pomaszerował dalej roznosić przesyłki.

Zaskoczona Henryka zamknęła drzwi, przekręciła klucz w zamku i przeniosła się do głównego pokoju, urządzonego w tak modnym kilka dekad temu stylu wczesny Gierek. Wygodnie rozsiadła się w wysłużonym fotelu z wysokim oparciem i jednym ruchem dłoni niedbale rozerwała kopertę. Ze środka wyjęła zadrukowaną kartkę papieru kredowego (!) i przeczytała, co następuje:

Jako wykonawcy testamentu zmarłej J.J. Camaicestomon upraszamy p. Henrykę Orłowską o bezzwłoczny kontakt z naszą kancelarią adwokacką celem ustalenia szczegółów wypłaty kwoty należnej jej z masy spadkowej. Numer telefonu oraz adres kancelarii zamieszczono poniżej.

Starsza pani przeczytała pismo raz, a ponieważ nie mogła uwierzyć własnym oczom, zrobiła to ponownie. Pogrążona w myślach, powoli złożyła papier i umieściła go w rozdartej kopercie. Była przekonana, że z całą pewnością adwokatom musiało chodzić o jakąś inną Henrykę Orłowską, ta bowiem, w której ręce trafił list, nie znała J.J. Camaicestomon ani żadnych innych bogatych krewnych, którzy mogliby ją uwzględnić w swojej ostatniej woli. Kto wie, czy przez zwykłą omyłkę wynikającą ze zbieżności nazwisk gdzieś tam właśnie teraz jakaś biedna kobiecinka nie czeka z utęsknieniem na należny jej spadek! Sprawę należało wyjaśnić i to najlepiej od razu.

Orłowska wykręciła właściwy numer na tarczy telefonu stacjonarnego. Już po pierwszym sygnale przywitała ją melodyjnym, przyjemnym dla ucha głosem uprzejma asystentka. Niestety, rozmowa nie przebiegła po myśli emerytki, ponieważ mimo żarliwych zapewnień, że zaszło nieporozumienie i należy szukać innej spadkobierczyni, dama po drugiej stronie kabla pozostała nieugięta. Co więcej, wymusiła na Henryce obietnicę, że w dniu jutrzejszym punktualnie o godzinie dziesiątej stawi się w biurze z dowodem osobistym i wtedy na spokojnie wyjaśnią wespół z mecenasem wszelkie wątpliwości. Ponieważ akurat na jutro Orłowska nie miała jakichś szczególnie ważnych planów, więc uznała, że nie ma sensu się kłócić i ustąpiła dziewczynie.

W chwili gdy odłożyła słuchawkę, naszły ją jednak wątpliwości. A co, jeśli to nie żadna kancelaria, tylko przebiegli organizatorzy pokazów? W ten zawiły sposób zapraszają ją na prezentację patelni, dywanów, szpadli etc. W nagrodę za cierpliwość i stawienie się w oznaczonym miejscu ładnie ubrane hostessy zupełnie za darmo wręczają uczestnikom tak użyteczne przedmioty jak: zegar na ścianę w kolorze brudnego różu, miniczajnik elektryczny na jedną filiżankę wody czy lampkę nocną z wizerunkiem Lucky Luke’a na abażurze. Nota bene Henryka otrzymała już wszystkie wymienione powyżej przedmioty. Zaraz po przyjściu do domu ułożyła je równo w ostatnim pokoju służącym za składzik tak zwanych przydasiów. Przydasiami określała rzeczy, z których nie korzystała, ale szkoda jej było je wyrzucić, bo a nuż… kiedyś… może… znajdzie dla nich zastosowanie.

Pokazy nie były preferowanym przez Orłowską rodzajem rozrywki, dlatego zdecydowanie należało uniknąć niepotrzebnego telepania się o poranku autobusem na drugi koniec miasta. Poza tym szkoda jej było zmarnować dwie godziny tylko po to, żeby poznać tajniki użytkowania na przykład naczyń najwyższej klasy za bajońskie sumy. Nie przeczyła, że może i faktycznie były one warte swojej ceny, a przygotowane w nich dania smakowały wyśmienicie, ale po prostu nie zamierzała ich kupować. Obecnie posiadane emaliowane garnki, z niestety nieistniejącej od dziewięćdziesiątego drugiego fabryki Zupinka, w pełni zaspokajały potrzeby doświadczonej gospodyni. Prawdą również było, że gotowanie nie znajdowało się w kręgu zainteresowań pani Heni, uznawała je po prostu za jeden z obowiązków domowych.

Energiczna emerytka przesiadła się od stołu do biurka z komputerem i włączyła wiekowy pecet. Po raz kolejny pomyślała z zadowoleniem o tym, jak trafną decyzją było zgłoszenie się na komputerowy kurs dla seniorów organizowany przez Miejski Ośrodek Rozwijania Umiejętności Wszelakich, w skrócie, nie wiedzieć czemu — MORUS. Nie zawsze chciało jej się chodzić na zajęcia zaplanowane na listopadowe i grudniowe popołudnia, ale dała radę. Kurs ukończyła z oceną celującą oraz stuprocentową frekwencją. Dla powodzenia przedsięwzięcia zapewne nie bez znaczenia było również to, że nauce przy komputerze każdorazowo towarzyszyły ustawione przy stanowiskach szklanki świeżo zaparzonej kawy oraz talerzyki z kokosankami. Inna sprawa, że z rozpoczynających edukację pięciu seniorów na drugie zajęcia stawiły się tylko dwie osoby, a po trzecich jedynie ona sama. W tej sytuacji mimo niesprzyjającej aury na dworze Henryka zdecydowała, że wytrwa do końca. Nie chciała zawieść sympatycznego i zawsze uśmiechniętego pana informatyka, który tłumaczył jej każdą rzecz po trzy razy z anielską cierpliwością.

W domowym komputerze zaszumiało, zaterkotało i po chwili Orłowska surfowała w internecie w poszukiwaniu informacji o nadawcy listu, który tak usilnie zapraszał ją na spotkanie. Po półgodzinie klikania, przewijania myszą i czytania kobieta wyłączyła sprzęt. Nie ulegało wątpliwości, że pod adresem, pod który jutro miała się udać, znajdowała się rzeczona kancelaria adwokacka. Jej angielscy właściciele na swojej stronie WWW z dumą informowali, że specjalizują się w prowadzeniu spraw zamożnych klientów z zagranicy. Pani Henia ustaliła, że poza pełnym profesjonalizmem oraz designerskim biurem cechowały ich również ceny na poziomie europejskim. W tej sytuacji nasuwało jej się jedyne logiczne wyjaśnienie — sprawa nieoczekiwanego spadku, tak jak kobieta sądziła od początku, była zwykłą pomyłką.

Orłowska spojrzała na zegarek. Przez powstałe zamieszanie zajęcia nordic walkingu tego dnia przepadły. Nadal jednak istniała szansa, że jeśli się pospieszy, uda jej się zdążyć na spacer szlakiem łódzkich rzek, organizowany przez niezależnego hydrologa.

Wieczorem starsza pani odświeżyła wyjściową garsonkę w kolorze zgniłej zieleni, dobrała do niej korale z niewielkich kamyków pasujących odcieniem do stroju oraz broszkę. Nie zapomniała również o wypastowaniu butów. Włosy zakręciła na różowe plastikowe wałki i owinęła siatką. Tak przygotowana udała się na zasłużony odpoczynek.

ROZDZIAŁ 2

Zgodnie z założonym sobie planem o godzinie dziewiątej pięćdziesiąt Orłowska stawiła się na spotkanie w kancelarii adwokackiej. Mieściła się ona w bardzo efektownej, zabytkowej kamienicy z dziewiętnastego wieku. Całość — zarówno usytuowanie, jak i wystrój siedziby firmy — dawała poczucie podniosłej dostojności. Zapewne w innych okolicznościach zachwyciłoby to wrażliwą na piękno Henrykę, gdyby nie… schody. No właśnie, schody. To one zepsuły dobre wrażenie, jakie w założeniu miał budzić dobór lokalizacji oraz wnętrza kancelarii. Zamiast oczekiwanego zachwytu zasapana kobieta, najdelikatniej mówiąc, raczej chłodno pomyślała o całej budowli, znajdujących się w niej firmach i osobie, która skazała ją na taką katorgę. W sumie sto pięćdziesiąt dwa stopnie tortur, nieludzkich męczarni, prawdziwej gehenny!

— Dobrze się pani czuje? — zapytała zatroskana sekretarka, która wychyliła się zza kontuaru na widok z trudem łapiącej oddech wiekowej damy.

Orłowska z nieco rozmazanym makijażem stała w rozchełstanym płaszczu, wsparta jedną ręką o framugę. Pod pachę miała wepchniętą słusznych rozmiarów torebkę, a w dłoni trzymała wełniany kapelusik i apaszkę. W końcu z trudem przemówiła:

— Przydałaby się wam winda.

— Ale dlaczego? — zdziwiła się dziewczyna, której sylwetka dawała do zrozumienia, że jest stałą bywalczynią fitness klubu.

— Jasne, młodość — zaśmiała się serdecznie Henia i zupełnie zapomniała o irytacji, którą czuła przed sekundą. — Minie jeszcze dobre trzydzieści, czterdzieści lat, zanim mnie zrozumiesz, złotko. I bardzo dobrze! Każdy wiek ma swoje prawa, swoje trudności, problemy, ale i przywileje, zalety. Krótko mówiąc, blaski i cienie.

Sekretarka przyjrzała się uważnie rozmówczyni. Usilnie próbowała zrozumieć przyczynę oraz sens zasłyszanej przed chwilą filozoficznej przemowy. Henryka przerwała przedłużającą się ciszę:

— Byłam umówiona na dziesiątą.

— Na dziesiątą? Pani godność?

— Orłowska. Henryka Orłowska.

— Oczywiście, już widzę — powiedziała uprzejma panienka, monitorując zapis w kalendarzu. — Przy drzwiach stoi wieszak na okrycia wierzchnie. Ponieważ do spotkania zostało jeszcze pięć minut, bardzo proszę sobie spocząć i poczekać. — Wskazała dłonią na wygodne fotele ustawione pod ścianą. — Może coś pani podać? Szklankę wody? Rumianek? Zieloną herbatę?

— Dziękuję, złotko. Poproszę kawkę, jeśli to nie kłopot. Czarną, sypaną, nie za mocną, z trzema łyżeczkami cukru.

— Sypaną? Chodzi pani o mieloną czy rozpuszczalną?

— O mieloną.

— Niestety nie mamy. Zresztą rozpuszczalnej też nie.

— A jaką macie?

— Z ekspresu. — Sekretarka dostrzegła niezadowolenie malujące się na twarzy starszej pani. Henryka nie była osobą marudną czy wybredną, ale jeśli chodziło o kawę, miała jasno określone preferencje. — Proszę się nie obawiać, to nie jest byle jaki ekspres, tylko porządny, ciśnieniowy, piętnaście barów, z wbudowanym młynkiem i spieniaczem mleka. A do tego samoczyszczący!

— Niech będzie. — Specyfikacja techniczna sprzętu nie zrobiła wrażenia na kobiecie, nie chciała jednak wybrzydzać. Skoro nie ma mielonej, to nie ma. Trudno. Z pustego i Salomon nie naleje.

Orłowska powiesiła płaszcz i ciężko opadła na pierwszy z brzegu fotel z charakterystycznym dla skórzanych mebli plaśnięciem. Dyskretnie wyjęła z torebki podręczne lusterko i sprawdziła, jakie szkody poczyniły w jej wyglądzie znienawidzone schody. Włosy jak zawsze bez zarzutu. Henryka ciepło pomyślała o niezawodnym spreju w zielonej tubie, którym zwykła od dziesięcioleci utrwalać swoją fryzurę. Zawsze przed wyjściem cierpliwie spryskiwała pasmo po pasmie, dzięki czemu powstała na głowie konstrukcja przyjmowała postać twardego hełmu. Chronił on przed wszelkimi przeciwnościami losu oraz pogody, a kto wie, czy nie sprawdziłby się również na wypadek wojny. Jednocześnie całość była przyjemna dla oka i tylko baczny obserwator dostrzegłby nienaturalną sztywność czupryny, która poruszała się jako jeden byt na zasadzie „wszystko albo nic”. Makijaż dało się poprawić w ciągu kilku sekund, wystarczyła nowa warstwa pomadki. Należało jeszcze tylko wyprostować przekrzywioną broszkę w kształcie ważki i gotowe.

Ledwie emerytka skończyła dokonywać poprawek i wygodnie rozsiadła się w skórzanym cudzie przemysłu meblowego, podeszła do niej sekretarka z trzymaną w dłoni filiżanką aromatycznej kawki i zaprosiła do gabinetu. Panie gęsiego pomaszerowały długim, wąskim korytarzem, na którego końcu znajdowały się zdobione dwuskrzydłowe drzwi. Dziewczyna delikatnie zapukała w nie wolną ręką i nie czekając na odpowiedź, nacisnęła klamkę.

— Pani Orłowska. — Na widok kobiet zza monstrualnego mahoniowego biurka wyłonił się pan w średnim wieku o obfitych kształtach. — Witam serdecznie. Zapraszam do środka. Śmiało, śmiało, proszę wchodzić. Pani Zuzanno, będzie pani tak uprzejma i dla mnie również przyniesie espresso?

Na widok mężczyzny Henryka pomyślała o pokonanych przez siebie chwilę temu schodach. Skoro jej — zapalonej amatorce aktywności sportowych organizowanych przez rozliczne organizacje non profit — ta przebrzydła konstrukcja architektoniczna sprawiła trudność, co ma powiedzieć ów nieprzypominający atlety adwokat? Przecież żeby dostać się do pracy, musi po nich wejść przynajmniej raz dziennie! Poczuła dla niego szczere współczucie.

— Oczywiście, panie mecenasie, zaraz przyniosę. Do tego herbatniczki maślane? — dopytała domyślna Zuzia.

— O tak — nie wahał się ani przez chwilę — i dla pani Orłowskiej też proszę przynieść. Koniecznie musi pani spróbować tych pyszności — zwrócił się bezpośrednio do gościa. — Odkryłem je podczas wycieczki do takiego jednego przytulnego pensjonatu na południu Polski, gdzie serwują je do kolacji. Cudowne miejsce na wypoczynek. Wszystko w stylu angielskim, włącznie z jedzeniem i nazwą obiektu: Yorkshire. Ale ja tu gadu-gadu, a pani przecież na pewno się spieszy. Proszę sobie spocząć — powiedział, po czym doskoczył do kobiety i podsunął jej krzesło.

— Dziękuję. — Usiadła i położyła sobie torebkę na kolanach.

— Pani Henryko, jeśli mogę się tak do pani zwracać…

— Oczywiście — zgodziła się bez wahania. Z każdą minutą czuła coraz większą sympatię dla siedzącego naprzeciwko niej jegomościa, który podobnie jak ona cenił sobie smak słodkich przekąsek.

— W takim razie, pani Henryko, zacznę od złych wiadomości, żeby potem przejść do tych przyjemnych. Niestety, w ubiegłym miesiącu zmarła, dożywając słusznego wieku stu czterech lat, pani świętej pamięci ciotka Jane Camaicestomon.

— Właśnie, jeśli o to chodzi… — przerwała mecenasowi Orłowska.

— Tak? — zapytał, zerkając znad okularów.

— Obawiam się, że zaszła pomyłka. Nie miałam ciotki o takim nazwisku ani…

W tym jednak momencie drzwi gabinetu otworzyły się, a do środka weszła recepcjonistka. Przed sobą trzymała niewielką tacę z pobrzdękującymi w rytm kroków naczyniami. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na widok zbliżających się do biurka pyszności adwokat stracił zainteresowanie Henryką oraz otaczającym go światem. Łakomie łypał okiem na talerzyk z pokaźną górką prostokątnych, niewielkich ciasteczek.

— Proszę tutaj postawić, zrobię miejsce. — Jednym ruchem ręki niedbale zgarnął na bok stertę papierzysk. — Pani Zuzanno, bardzo dziękujemy. Pani Henryko, proszę skosztować.

Emerytka delikatnie ujęła w palce jeden prostokącik i odgryzła rożek.

— Ale nie tak, proszę śmielej, bez krępacji. Toż nie jesteśmy w Wersalu — zaśmiał się serdecznie. — Żeby poczuć, jakie są zachwycające w smaku, trzeba porządnie się wgryźć, a najlepiej jeszcze pomoczyć w kawie. Zresztą, ja pani pokażę. — Co też bezzwłocznie uczynił. Wziął w garść większą porcję ciasteczek, kilka namoczył w parującym, czarnym niczym smoła napoju, a następnie całość na raz wpakował sobie do ust. W ciszy, z przymkniętymi oczyma, żuł smakołyk z wyrazem najwyższego zachwytu na twarzy. — Pozwolę sobie posłużyć się określeniem „niebo w gębie”. Właśnie tak wyobrażam sobie raj — skwitował, kiedy uporał się z przekąską. — A teraz proszę, odważnie — zachęcił, podsuwając talerzyk emerytce.

Po chwili wahania Orłowska zdecydowała się na trzy herbatniki. Żeby nie urazić mężczyzny, postąpiła zgodnie z instruktażem. Ku jej zaskoczeniu niepozornie wyglądające prostokąciki w połączeniu z kawą smakowały wybornie, wręcz rozpływały się w ustach. Delikatny, maślany smak dopełniała nuta wanilii, cynamonu i czegoś jeszcze, tylko czego? — zastanawiała się.

— Gałka muszkatołowa. To, co wyczuła pani na końcu, to szczypta gałki muszkatołowej.

Zupełnie jakby mecenas czytał jej w myślach!

— Przepyszne! — zachwyciła się. — W życiu nie jadłam tak smacznych herbatników!

— Dokładnie! — Mężczyzna ucieszył się, wyczuwając w Henryce bratnią duszę. — No tak, ale wracając do powodu naszego spotkania — powiedział z lekkim niepokojem, zerkając na zegar ustawiony tuż przed nim. — Coś pani zaczęła mówić, zanim weszła pani Zuzanna.

— O, właśnie! Chciałam powiedzieć, że z tym spadkiem zaszła pomyłka.

— Ależ tu nie może być mowy o żadnej pomyłce! Wszystko osobiście sprawdziłem. Jeśli byłaby pani tak uprzejma, proszę dla pewności pokazać mi dowód osobisty.

Orłowska szybko wyjęła go z torebki i wręczyła adwokatowi. Mężczyzna najpierw zapoznał się z obiema stronami dokumentu, następnie poprzewracał jakieś papiery, a na koniec oświadczył:

— Tak jak sądziłem, wszystko się zgadza. Ciotka była daleką kuzynką pani matki. Wyemigrowała jeszcze przed wojną i osiadła gdzieś na przedmieściach dużego miasta w Wielkiej Brytanii. Większość swojego majątku zapisała rozlicznym fundacjom charytatywnym, w których czynnie się udzielała. Jednak również i pani postanowiła przekazać całkiem pokaźną sumkę. Po przeliczeniu funta na dzisiejszy kurs złotówki wyjdzie nam… — zamilkł na chwilę, poklikał w przyciski na kalkulatorze i dokończył: — …nieco ponad pięćdziesiąt tysięcy złotych.

— Ale jak to? Dlaczego akurat mnie?

— W testamencie napisała, że była pani jej ostatnią żyjącą krewną — przeczytał mecenas.

— Zaraz. Chwileczkę. — Henryce coś zaczęło świtać. Jak przez mgłę przypomniała sobie, że wiele lat temu mama opowiadała jej o dalekiej ciotce, która wyszła za mąż za Anglika, lorda czy może barona. Zamajaczyło jej, że to była jakaś piękna historia, ale szczegółów nie pamiętała. Po wojnie słuch o ciotce zaginął. — Jestem w szoku, zupełnie się tego nie spodziewałam — przyznała. Nagle złapała się za głowę. — O matko, ile to pieniędzy! A co ja niby miałabym z nimi zrobić?

— Na pewno coś pani wymyśli — zaśmiał się mecenas. — Proszę podać numer konta, na który mamy przelać kwotę, i podpisać w dwóch miejscach. — Podsunął jej papier i długopis.

— Najpierw chciałabym przeczytać — zdecydowała.

— Ależ oczywiście! Koniecznie! — Przekazał jej dokumenty, a sam rozsiadł się wygodnie i zajadał ciastkami maczanymi w kawie.

Henryka niewiele zrozumiała z prawniczego żargonu, którym zapisane były kartki w liczbie trzech. Dla spokoju sumienia przeczytała je jednak dokładnie, podpisała, gdzie należało, podała numer konta, po czym zapytała:

— I to już?

— Już — odpowiedział adwokat, otrzepując okruszki z marynarki. — Jutro, najdalej pojutrze proszę się spodziewać przelewu. Odprowadzę panią do wyjścia.

Mężczyzna pomógł Henryce założyć płaszcz, podał kapelusz, a na do widzenia dyskretnie wcisnął w rękę paczkę herbatniczków. Silnie uścisnął jej dłoń i szeroko otworzył drzwi. Starsza pani, zaskoczona nagłym bogactwem, które na nią spadło, nie zauważyła, kiedy pokonała pięć pięter schodów. Pogrążona w myślach wyszła na ulicę i zamarła w bezruchu. Zachodziła w głowę, co zrobić z taką gotówką, skoro miała wszystko, czego potrzebowała.

Henia była z natury optymistyczna i pogodna. Lubiła swoje życie, uważała się za osobę szczęśliwą i spełnioną. Zanim zmienił się rząd, zdążyła przejść na wcześniejszą emeryturę. Praca sama w sobie oraz kontakty ze współpracownikami sprawiały jej przyjemność, ale Orłowska uznała, że szkoda nie skorzystać z możliwości odpoczynku opłacanego przez ZUS. Świadczenie, które otrzymała od państwa, po wielu latach harówki w fabryce nie było oszałamiająco wysokie, ale w zupełności wystarczało. Nie miała wielu wydatków. Po rodzicach, jako jedynaczka, odziedziczyła całe piętro w kamienicy, dlatego odpadała konieczność comiesięcznego płacenia haraczu pod postacią czynszu. Nie traciła również pieniędzy na leki ani doktorów, ponieważ poza sezonowym przeziębieniem bądź bólem łokcia (który bezbłędnie zwiastował zbliżający się deszcz) na nic nie chorowała, odkąd sięgała pamięcią. Od śmierci pierwszego i jedynego męża, którego poznała w jesieni swojego życia, kobieta dzieliła mieszkanie jedynie z krótkowłosą świnką morską — Biszkoptem — słynącą z przyjemnego w dotyku futerka oraz wilczego apetytu. Zwierzątko pochłaniało każdą ilość karmy, warzyw, sianka i owoców podsuwanych hojnie przez panią, nie wpływało to jednak znacząco na stan budżetu domowego. Orłowska dzieci nie miała. Rozrywki, które zajmowały Henrykę, były ze swej natury bezpłatne albo niskopłatne. Zaliczały się do nich długie spacery, nordic walking, wieczorki poetyckie, wolontariat w miejskim ogrodzie botanicznym w sekcji dbania o stawy i oczka wodne, zajęcia i kursy dla seniorów oraz temu podobne. Książki zwykła wypożyczać z biblioteki, a niesprzedane w miesiącu wydania krzyżówki kupowane za bezcen w kiosku starczały na długo.

W obliczu braku ewidentnych potrzeb finansowych oraz bliskich krewnych (ona i mąż byli jedynakami) Orłowskiej przyszło na myśl, że może w takim razie należy przekazać pokaźną sumę osobom biednym, chorym dzieciom bądź schronisku dla zwierząt. Tylko komu są one najpotrzebniejsze? Z zamyślenia wyrwał ją przystojny młodzieniec, a może trafniej należałoby powiedzieć: nagły i silny ból prawego ramienia, którego przysporzył jej wspomniany chłopak.

— Najmocniej przepraszam! Nic się pani nie stało? — zaniepokoił się brunet. — Nie wiedziałem, że ktoś stoi za drzwiami. Tak mi przykro.

— Nic się nie stało, mój chłopcze — powiedziała, rozcierając uderzone miejsce. — Stanęłam pod drzwiami, więc niby jakim cudem miałeś mnie zauważyć?

— Ale się wystraszyłem, że coś pani złamałem. Na pewno nic się pani nie stało? — upewnił się jeszcze, zanim odszedł.

— Na pewno. Dobrego dnia. — Uśmiechnęła się do niego na pożegnanie.

Popatrzyła na szklane drzwi, którymi przed chwilą otrzymała cios. Ktoś pracowicie poobklejał je ofertami wycieczek. Bez dłuższego wahania nacisnęła klamkę i weszła do środka.

Kiedy po półgodzinie wychodziła z biura podróży Niezapomniane Doznania, jej problem w postaci spadku pomniejszył się o jedną dziesiątą. Pracownica, nauczona doświadczeniem w wynajdywaniu atrakcyjnych wczasów dla seniorów, początkowo chciała uszczęśliwić starszą panią tygodniowym pobytem w Ciechocinku. Obiecywała czarujące spacery deptakiem wprost do fontanny Jasia i Małgosi, desery lodowe w kawiarence o zachodzie słońca, zdrowotne właściwości tężni oraz błotne kąpiele w pobliskim sanatorium. Orłowska znała Ciechocinek niczym własną kieszeń. Teraz marzyły jej się nie regionalne, ale dalekie podróże, szczególnie że zimny i wietrzny listopad zbliżał się wielkimi krokami. Nigdy jeszcze nie miała okazji przekroczyć granicy państwa, teraz nadarzała się taka sposobność. Ku zaskoczeniu emerytki na jej prośbę o zaprezentowanie ofert do egzotycznych krajów pracownica skrzywiła się. Okazało się bowiem, że biuro trudni się dostarczaniem niezapomnianych doznań jedynie na terenie Rzeczypospolitej Polskiej. Henia uznała jednak, że skoro już weszła do środka i wygodnie się rozsiadła, a ta miła panienka z tak wielkim zaangażowaniem prezentowała coraz to nowe wycieczki, przynajmniej z grzeczności wysłucha jej do końca.

Od mrowia ofert, którymi sprzedawczyni ją zasypała, kobiecie zakręciło się w głowie. Rozejrzała się wokoło, jej wzrok padł na paczkę herbatników, które dostała od sympatycznego mecenasa w kancelarii. Czemu nie — pomyślała i zapytała o pensjonat Yorkshire. Pracownica w odpowiedzi na w zasadzie nikłe zainteresowanie ze strony starszej pani z zaaferowaniem zaczęła rozprawiać o wspomnianym czterogwiazdkowym pensjonacie urządzonym w angielskim stylu z pełnym wyżywieniem i całą masą atrakcji!

Dziewczyna nie przestawała mówić. Henryka w krótkim czasie wiele dowiedziała się o właścicielce pensjonatu oraz poznała historię samego obiektu. Budynek stał w samym sercu malowniczej Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Na początku dwudziestego wieku był wiejskim dworkiem należącym do arystokratycznej rodziny, która chętnie skupowała okoliczne ziemie, dzięki czemu działka okalająca budowlę sukcesywnie się powiększała. W kolejnych latach wraz ze zmianami politycznymi posiadłość przechodziła z rąk do rąk. Dopiero po wojnie została odzyskana przez prawowitych spadkobierców, w których żyłach płynęła błękitna krew. Z czasem zamienili oni podupadły dworek w lubiany przez przyjezdnych pensjonat Skałka. W jego wystroju królowały swojskie kraciaste ceraty na stołach w stołówce, tapczany przykryte wełnianymi, gryzącymi kocami i szafki z niedomykającymi się drzwiczkami. Ośrodek prowadziło sympatyczne małżeństwo, które przekazało interes dobrze zapowiadającej się i odnoszącej pierwsze sukcesy sportsmence Zofii Bobrownik. Świeżo upieczona bizneswoman pożegnała się ze swoją kulą, którą pchała daleko niczym zawodowiec, i z dużą dozą optymizmu zabrała się za remont. Przy użyciu pokaźnej sumy pieniędzy zamieniła Skałkę w dochodowe i pełne magii Yorkshire. Obecnie była w trakcie dobudowywania basenu i tworzenia strefy spa.

Orłowska słuchała słowotoku z zainteresowaniem. Najwidoczniej działania sprzedawczyni były skuteczne, ponieważ Henryka poczuła się poważnie zachęcona. Dawno nie odwiedzała południowej Polski, no i te atrakcje zapewniane na miejscu… Pomyślała, że skoro już nastawiła się na wyjazd, dlaczego by nie skorzystać z nadarzającej się okazji odpoczynku? Poza tym wypadało poznać chociaż w takim minimalnym stopniu kraj, w którym zakończyła swój żywot ciotka, w końcu to dzięki otrzymanemu od niej spadkowi emerytka mogła pozwolić sobie na drogie wojaże. Gdzieś dalej przecież zawsze może wyjechać w późniejszym okresie. Decyzja została podjęta ostatecznie i nieodwołalnie, data wyjazdu przypadała za tydzień.

ROZDZIAŁ 3

Zgodnie z planem niedługo po Wszystkich Świętych podekscytowana Orłowska miała wyruszyć w podróż. W przedpokoju od dwóch dni stała zapakowana walizka, wypchana po brzegi ubraniami dostosowanymi do warunków pogodowych Polski.

W dzień wyjazdu tuż po śniadaniu Henryka zaniosła zapasowe klucze do mieszkania sąsiadce, a jednocześnie dalekiej kuzynce, która zajmowała drugie piętro kamienicy. Udzieliła jej również wyczerpującej instrukcji, w jaki sposób należy się opiekować świnką morską. Dopakowała do torebki mapę dróg krajowych, nad którą ślęczała poprzedniego wieczoru do późnych godzin nocnych, i okulary do czytania. Dołożyła do wałówki na podróż produkty szybko psujące się z lodówki i wetknęła na głowę wełniany kapelusik. Już w butach wróciła się z przedpokoju, żeby na odchodne czule pogłaskać po łebku Bibusia. Uroczyście przysięgła mu, że w ramach zadośćuczynienia za dwa długie tygodnie rozłąki po powrocie czeka go słuszna wyżerka, po czym zeszła na podwórko. Z niemałym trudem pokonała zardzewiałą kłódkę zawieszoną na drzwiach garażowych nieotwieranych od dawien dawna i przyjrzała się zaparkowanemu wewnątrz samochodowi. Chociaż od lat był nieużywany, z nieśmiało przebijającymi się tu i ówdzie śladami rdzy, zdawał jej się wprost idealnym środkiem transportu, który miał ją dowieźć do miejsca przeznaczenia.

Uczynny sąsiad pomógł Henryce znieść bagaże. Na widok starego opla bez wahania zaproponował, że na swój koszt przetransportuje dobroduszną cioteczkę pod sam pensjonat. Ponieważ Orłowska nie podzielała obaw siostrzeńca ani co do stanu technicznego auta, ani tym bardziej swoich umiejętności kierowania maszyną, pomimo wielokrotnych nalegań nie dała mu się namówić. Mężczyzna na przemian patrzył z niepokojem to na kobietę, to na samochód, jednak ostatecznie dał za wygraną. Delikatnie, żeby czasem nie zarwać podłogi, umieścił walizkę i torby w wiekowym bagażniku równie wiekowego pojazdu i z założonymi na piersi rękoma obserwował przebieg wypadków.

Wóz odpalił już za piątym razem i z przyjemnym pomrukiem silnika wytoczył się na drogę. Pani Henia mocno dociskała pedał gazu, rozwijając dzięki temu zawrotną prędkość osiemdziesięciu kilometrów na godzinę.

Z nastaniem zmroku auto przetoczyło się przez bramę wjazdową prowadzącą do pensjonatu Yorkshire. Kobieta powoli przejechała ostatnie kilkaset metrów dzielących ją od budynku. Z wyrazem zachwytu w oczach podziwiała zapierający dech w piersiach widok ogrodu podświetlonego latarniami ustawionymi co dwa metry dla podkreślenia magiczności miejsca. Cały teren był pokryty cienką warstwą puszystego śniegu.

Samochód zaparkowała naprzeciwko wejścia, założyła na ramię torebkę i udała się do środka. Na jej widok wyłonił się zza kontuaru przystojny recepcjonista, którego brązowe włosy były lekko przyprószone siwizną. Zapiął guzik idealnie wyprasowanej marynarki i przywitał gościa:

— Witamy w progach Yorkshire. Czym mogę pani służyć? — zapytał. Ogólne wrażenie, jakie sprawiał, sugerowało, że służyć powinna raczej ona jemu, a nie odwrotnie. Wydawało się, że mężczyzna przynależy do grona osób z wyższych sfer, a obecne stanowisko piastuje przez zupełną pomyłkę.

— Dobry wieczór. Henryka Orłowska. Dziś rozpoczyna się mój pobyt — powiedziała, uśmiechając się serdecznie.

— Ależ oczywiście, pani Henryko, czekaliśmy na panią. Poproszę o dowód osobisty. Mam nadzieję, że podróż minęła bez problemów — kontynuował uprzejmą pogawędkę, głośno klikając w klawiaturę.

— Bez najmniejszych, dziękuję za troskę — odpowiedziała, podając dokument.

— Jeszcze tylko proszę podpisać w jednym miejscu i wszystko gotowe. Pokój jest na drugim piętrze, a to karta do niego. — Wręczył jej małą, czarną, tekturową kopertę, na której w prawym górnym rogu nadrukowano numer dwadzieścia pięć. — Przypisałem pani miejsce parkingowe numer pięć, zaraz przy wejściu do budynku, żeby nie musiała pani daleko chodzić. Proszę pozwolić, że pomogę w wypakowaniu bagaży. — Po tych słowach narzucił na ramiona płaszcz, który wisiał na haczyku za jego plecami, i postąpił w kierunku drzwi.

Henryka potruchtała na zewnątrz.

— Gdzie zostawiła pani samochód? — zapytał.

— Tutaj. — Orłowska wskazała na opla.

— O, jaki… wyjątkowy — stwierdził po chwili wymownego milczenia mężczyzna.

— Prawie pełnoletni, a jak służy! Te nowe już tak nie chodzą jak mój staruszek. — Czule poklepała auto po masce.

Recepcjonista powstrzymał się od komentarza na temat stanu technicznego i wyglądu wozu, a zamiast tego zabrał się za rozładunek. Z głośnym stęknięciem wyjął z bagażnika walizę monstrualnych rozmiarów oraz dwie torby i wepchnął je na wózek hotelowy.

— Jak pan mówił? Miejsce parkingowe numer pięć? — upewniła się.

Mężczyzna w teatralnym geście rozłożył ręce.

— Gdzie ja mam głowę, szanowna pani, popełniłem omyłkę. Przecież miejsce numer pięć zostało uprzednio zajęte. Najmocniej proszę o wybaczenie.

— Nic nie szkodzi. W takim razie gdzie mam zaparkować?

— Niech pomyślę. — Zadumał się na chwilę. — Wiem, proszę zająć miejsce numer trzydzieści trzy. Doskonała lokalizacja i ten olśniewający widok na fontannę, aż sam zazdroszczę! Szczerze polecam. Będzie pani zadowolona.

Henryka rozejrzała się po prawie pustym parkingu pełnym tabliczek z numerkami, nigdzie jednak nie dostrzegła trzydziestki trójki.

— A konkretnie gdzie to jest?

— Kawalątek za budynkiem. Proszę za budową skręcić w lewo, potem jeszcze chwilę jechać prosto i to będzie właśnie tam. Ja w tym czasie zaniosę bagaże do pani pokoju.

— Dobrze, dziękuję bardzo.

— Polecam się na przyszłość. — Ukłonił się przesadnie nisko.

Orłowska wsiadła do wozu, minęła świecące pustką miejsca parkingowe, w tym również to z cyfrą pięć, i pojechała we wskazanym kierunku, uważnie wypatrując tabliczki oznaczonej trzydzieści trzy. Nie bez trudu znalazła ją obok drzwi podpisanych „wejście dla personelu”. Z zainteresowaniem rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu rzeczonej fontanny, której nijak jednak nie była w stanie wypatrzyć w egipskich ciemnościach panujących na tyłach posesji.

Zmęczona podróżą pani Henia nie zamierzała niepotrzebnie nadkładać drogi, brodząc w śniegu tylko po to, żeby dotrzeć do głównego wejścia. Jakiś czas temu zauważyła, że ludzie niejednokrotnie przymykali oko na pomyłki popełniane przez starsze panie, co postanowiła tym razem wykorzystać.

Drzwi prowadzące do pomieszczeń służbowych zamknięto jedynie na klamkę. Kobieta dokładnie otrzepała na wycieraczce buty i odważnie ruszyła przed siebie. Korytarz spowijał półmrok, zatem przez nikogo niezauważona ominęła spiżarnię, składzik alkoholi oraz kuchnię i jakieś biuro. Właśnie przeszła przez drzwi, które prowadziły obok restauracji, kiedy w oddali zauważyła stojącą parę. Do uszu Orłowskiej dotarła część wypowiedzianej przez mężczyznę groźby:

— Lepiej trzymaj język za zębami, bo pożałujesz. Zanim znowu zaczniesz klepać jęzorem, dwa razy dobrze się zastanów, bo jeśli nie, to mnie popamiętasz — wysyczał, wykręcając rozmówczyni rękę.

— Puszczaj, to boli — warknęła zaatakowana dziewczyna w stroju sprzątaczki rodem z filmów kręconych na podstawie powieści Agathy Christie.

— A co tu się wyprawia?! — ostrzegawczo krzyknęła nieustraszona pani Henia, która dostrzegła szansę wypróbowania w praktyce umiejętności pozyskanych na wojewódzkim kursie samoobrony dla przedstawicielek płci pięknej z grupy wiekowej sześćdziesiąt dwa plus. Zanim zdążyła zrobić cokolwiek więcej, para rozpierzchła się, każde w innym kierunku.

Starsza pani przystanęła, próbując zrozumieć znaczenie podpatrzonej sceny, jednak już po chwili wyruszyła dalej w poszukiwaniu swojego pokoju.

Po drodze podziwiała wystrój i umeblowanie pensjonatu, które ktoś z wielką precyzją zaprojektował w stylu angielskim z pierwszej połowy dwudziestego wieku. Tapety na ścianach, puszyste wykładziny, drewniane schody oraz wykończenia, dyskretne oświetlenie, wygodne fotele i kanapy z wysokimi oparciami, obrazy na ścianach — dosłownie wszystko zachwycało jakością wykonania i elegancją. Czuć było, że ten budynek ma duszę.

Dostanie się do pokoju sprawiło Henryce niemały problem. Plastikowy prostokąt, który otrzymała w recepcji, żadną miarą nie pasował do dziurki od klucza. Przesuwanie nim w szparach między drzwiami a framugą nie dało żadnego rezultatu. Po dłuższym czasie kombinowania zirytowana już nieco Orłowska przytknęła kartę do klamki, a wtedy niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki coś prztyknęło, kliknęło i zamek się odblokował.

Wysiłek, którego wymagało dostanie się do środka, opłacił się. Przygotowany pokój wprawił emerytkę w stan absolutnego zachwytu. Był on przestronny, z ciekawie zaaranżowaną przestrzenią, z urzekającą tapetą w małe różyczki oraz żyrandolem z kryształkami. Chwilę trwało, zanim oczarowana kobieta nasyciła oczy głównym pomieszczeniem i postanowiła zlustrować łazienkę — a w niej z chwilą włączenia światła wpadła w ekstazę. Wypolerowane na wysoki połysk kafelki w waniliowym kolorze, wielkie lustro w złoconej zdobionej ramie, fikuśny sedes ze starodawną spłuczką z gałką na sznurku i na koniec wanna… gigantyczna, ustawiona na samym środku pomieszczenia, na nóżkach w kształcie lwich łap.

W czasie rekonesansu niespodziewanie do uszu Henryki doszło ciche, choć łapiące za serce miauczenie. Orłowska przystanęła i zaczęła nasłuchiwać, skąd dochodził koci jęk. Jak przystało na osobę o wyśmienitym słuchu, szybko i bezbłędnie ustaliła, że zwierzątko musi się znajdować na zewnątrz. Otworzyła okno, zerknęła w prawo, potem w lewo i jej oczom ukazał się wynędzniały kotek, który skulony siedział na parapecie prawie na wyciągnięcie ręki.

— Chodź, burasku, musi ci być zimno — powiedziała czule.

Powoli wystawiła dłoń, chwyciła chudzinę i wciągnęła do środka, a następnie szczelnie zamknęła okno. Przestraszony dachowiec drżał na całym ciele. Henryka delikatnie ułożyła go na kołdrze i otuliła ręcznikiem.

Niespodziewanego gościa bezwzględnie należało nakarmić, dlatego pani Henia ochoczo przejrzała prowiant, który wzięła z domu na drogę. Jajka na twardo, wafelki w czekoladzie, pomidory pokrojone w plastry, śledzik w sosie śmietanowym, kostka żółtego sera, trzy bułki pszenne ani ćwierć wstępnie roztopionej kostki masła nie nadawały się dla zwierzaka. Co innego zawinięte w papier śniadaniowy, umieszczone na dnie torby pięć plasterków wędzonej szynki i kotlet schabowy w panierce. Zapach smakołyków sprawił, że malec skoczył do nóg wybawicielki i głośno mrucząc, łasił się o jej łydki. Henryka pokroiła na drobne kawałki część mięsa i położyła je na talerzyku, a ten postawiła na podłodze w łazience, tuż pod pyszczkiem już nachalnie pchającego się zwierza. Kotek łapczywie zajadał posiłek. Starsza pani dostawiła mu kubek z wodą, a sobie nalała pełną szklankę soku z buraczków. Pijąc, obserwowała pociesznego futrzaka. Mały wylizał talerzyk, umył łapki i przeniósł się na łóżko, gdzie zwinięty w kulkę zaraz smacznie zasnął. Nierozwiązana pozostała kwestia kuwety, ale tym kobieta postanowiła zająć się później.

W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku zabrała się do rozpakowywania bagaży. Z namaszczeniem przekładała rzeczy do szafy, szafek i biurka, co chwilę wzdychając w zachwycie, a to na piękno mebli, a to na niebywałą puszystość wykładziny, w której zatapiała się jej stopa odziana jedynie w podkolanówki z elastilu. Kiedy skończyła, zrobiło się na tyle późno, że należało zacząć się szykować do kolacji.

Elegancki wystrój wnętrz sugerował, że nie przystoi stawić się na posiłek w byle jakiej kreacji, dlatego po uważnym przejrzeniu garderoby Orłowska wybrała kostium w rdzawym kolorze, a do tego białą bluzkę z żabotem. Przygładziła loczki o mocnym skręcie, efekt świeżo zrobionej trwałej, i obficie spryskała je lakierem do włosów. Zostało jeszcze poprawić urodę przy użyciu kosmetyków, które specjalnie na wyjazd pomogła jej wybrać młoda sprzedawczyni w pobliskiej drogerii. Uczynna ekspedientka tak długo smarowała twarz Orłowskiej przeróżnymi mazidłami, aż w końcu znalazła te, które w jej opinii nie tylko ujmowały starszej pani dziesięć lat, ale również idealnie podkreślały atuty jej urody oraz maskowały niedostatki. Nie do końca przekonana, ale wdzięczna emerytka postanowiła zaszaleć i dała się namówić na ów niemały wydatek. Teraz, kiedy po raz pierwszy sama użyła całego zestawu, stanęła przed lustrem i popatrzyła na efekt działań. Uczciwie musiała przyznać, że była daleka od zachwytu. Makijaż nie tylko nie ujął jej lat, ale wręcz przeciwnie — maska, która powstała po nałożeniu podkładu, korektora, pudru i różu, uwidoczniła zmarszczki. Henryka bez żalu zmyła wszystkie warstwy i ponownie umalowała się, jednak tym razem użyła jedynie starej i sprawdzonej trójcy: cienia, pomadki i różu. Uśmiechnęła się do swojego odbicia i nagle coś jeszcze przyszło jej do głowy: koraliki! Pomyślała, że właśnie tego brakowało jej do kompletnego stroju. Ledwie podeszła do nocnego stolika, gdzie umieściła pudełko z biżuterią, a za jej plecami rozległo się przeciągłe miauknięcie. Bezzwłocznie odwróciła głowę. Dzięki temu stety, a może niestety zobaczyła całość apokaliptycznej sceny zniszczeń, jakich ułamek sekundy później dokonał nie biedny burasek, ale okropne kocisko, którym przez tę krótką chwilę jawił się zwierz w oczach poczciwej Henryki.

Kotek, dotychczas zupełnie zapomniany, wylegiwał się na pościeli, lecz nagle przebudził się w odpowiedzi na dotkliwe ssanie w żołądku. Najwidoczniej przypomniało mu się, że od godziny niczego nie miał w pyszczku. Zerknął łakomym wzrokiem na stolik przykryty kuchenną ścierką, skąd kusiło go jedzenie. Dłużej nie zwlekał. Niestety, do cech akurat tego futrzaka nie należało to, co określa się mianem kocich ruchów. Wykonany przez niego skok ku stolikowi należało zaliczyć do mało zgrabnych. Pootwierane pojemniki z żywnością w jednej chwili poprzewracały się, a na stolik wysypała ich zawartość, tworząc mało apetyczną mieszankę smaków, zapachów i kolorów.

— Nie! — krzyknęła Orłowska, niczym błyskawica wstała z kucek i rzuciła się w stronę przyczyny tragedii. — Niedobry kot! — dodała.

Malec, któremu z pyska zwisał plasterek wędliny, trafnie odczytał intencje gospodyni. Żeby ratować skórę, wykonał ostatni heroiczny skok: odepchnął się łapkami od stolika i jednym susem wystrzelił w okolice masywnej szafy. Przyklejony brzuchem do podłogi wczołgał się pod mebel, gdzie planował w spokoju skonsumować upolowany podwieczorek.

Desperacka ucieczka winowajcy powiększyła zakres spowodowanych strat. Ze stoliczka zsunęła się ścierka, a część rzeczy spadła na podłogę. Wtedy stało się to, czego kobieta obawiała się najbardziej: niedokręcony karton z sokiem z buraków przewrócił się, a jego zawartość wylała na stolik, skąd zaczęła skapywać na jasnoszarą wykładzinę. Trzeba było działać. Henryka chwyciła ścierkę za rogi, przytuliła ją wraz z zawartością do klatki piersiowej i pobiegła do łazienki. Całość z żalem wrzuciła do wanny, choć bardzo bolało ją takie marnotrawstwo żywności. Złapała z brzegu umywalki stos śnieżnobiałych ręczników i szybko wróciła na pole walki. Większość zniszczeń udało jej się naprawić bez szwanku dla wyposażenia pokoju, niestety nie odnosiło się to do wykładziny, na której została pokaźnych rozmiarów ciemnoczerwona plama.

— Ojejku…

Henryce zrobiło się gorąco.

Jako doświadczona pani domu wiedziała, że szansa na usunięcie plamy znacząco zmniejszała się z każdą chwilą, kiedy ciecz wysychała. Złapała więc za słuchawkę i wykręciła numer do recepcji.

— To pilne — wysapała z przejęciem — dzwonię z pokoju numer dwadzieścia pięć. Wylał mi się na podłogę sok z czerwonych buraczków, bardzo proszę, żeby ktoś szybko przyniósł detergenty.

— Oczywiście, zgodnie z pani życzeniem, natychmiast wysyłam Różę.

Zdenerwowana kobieta przysiadła na brzegu łóżka, skąd nasłuchiwała kroków z korytarza. Na dźwięk windy poderwała się i pobiegła otworzyć drzwi. W jej kierunku szła młoda blondynka w czarnym uniformie, przepasana białym fartuszkiem z małą kieszonką naszytą na środku. Jej włosy były krótko przystrzyżone. Henia skojarzyła, że wcześniej widziała tę dziewczynę na dole w korytarzu przynależącym do części budynku przeznaczonej dla obsługi.

— To pani dzwoniła? — zapytała pokojówka.

— Tak, proszę za mną, nie ma chwili do stracenia — ponagliła Henia.

Róża weszła do pokoju, zlustrowała go, w mgnieniu oka bezbłędnie rozpoznała przyczynę wezwania i od razu zabrała się do pracy. Z przyniesionego wiklinowego koszyka wyjęła spryskiwacz, szczotkę oraz gąbkę i w krótkim czasie, na ile to było możliwe, sprała sok. Mokrą powierzchnię osuszyła szmatką, spakowała rzeczy i wstała z kolan.

— Zrobiłam, co się dało — powiedziała bezbarwnym głosem znudzonej pracownicy pensjonatu, która nie ma najlepszego zdania o gościach.