Pani Ferrinu - Katarzyna Michalak - ebook
Opis

Ferrin. Liczy się tylko Ferrin. A Ferrin to Miłość

Dookoła trwało piekło, jakby wszystkie działa, muszkiety i pistolety Lanorów skierowane były przeciwko tej jednej drobnej kobiecie. I tak rzeczywiście było. Gdyby widziała wściekłość Lanorów, pewnie cofnęłaby się sekundę szybciej, ale ona zważała tylko na to, by zamknąć jak największą część Ferrinu, póki nie dotrze do kresu swych możliwości.

Przerwała jej jedna kula. Anaela krzyknęła i padła”.

Pani Ferrinu to piąta, ostatnia część cyklu o bogatej i żywej fabule, zaskakujących zwrotach akcji, której bohaterowie są intrygującymi i niepokojącymi postaciami. Targają nimi wielkie namiętności: żądza władzy, miłość i nienawiść. Fantazja i magia opowieści nie pozwalają ani na chwilę oderwać się od lektury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 258

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Katarzyna Michalak © Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2015 PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Katarzyna Michalak ILUSTRACJE: © Fotolia LLC REDAKTOR PROWADZĄCY: Barbara Górska KOREKTA: Krzysztof Lisowski, Anna Rudnicka, Małgorzata WójcikWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05732-2 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Na początku była Jedność, Która rozpadła się na dwa Dopełnienia, Pierwszym z nich byłam ja, Drugim byłeś Ty

Tobie, z wdzięcznością i miłością

PROLOG

Pamiętam, że pierwsze dni po powrocie do Feri’any zlały się w jeden niekończący się ból. Strata Reikana i Amrego była nie do zniesienia. Tylko cisza i ciemność przynosiły ulgę. Pamiętam czarne chorągwie znaczące białe ściany zamku niczym strugi zakrzepłej krwi. Poddanych garnących się do swej władczyni, która sama pragnęła, by to ją ktoś pocieszył i przygarnął.

Trzej pozostali byli przy mnie, ale oni tak samo jak ja pragnęli pocieszenia. W ich oczach widziałam to samo pytanie: dlaczego Reikan? I dlaczego Amre?! Co się stało z Amrem?!

Myślę, że oszalałabym, przeczesując umysłem raz po raz ziemie Ferrinu w poszukiwaniu przyjaciela, gdyby nie Pani Lasu. To ona przyniosła wiadomość, że Amre odszedł do innego Wymiaru, gdzie odnajdując swoją własną Anaelę, będzie szczęśliwy.

Od tamtej pory my wszyscy zaczęliśmy dochodzić do siebie. Godzić się nawet ze śmiercią Reikana: poległ w walce z lanorskimi demonami. Był bohaterem.

Chorągwie zmieniono na ciemnozielone. Na blankach znów rozbłysła złota gwiazda.

Oboje z Sellinarisem jeszcze długo nosiliśmy w sercach żałobę, a on długo nie mógł darować mi śmierci brata, w którą Reikana ponownie pociągnęłam, choć wiedział, że i tym razem raczej on sam jest jej winny niż ja. Może dlatego tak trudno było wybaczyć?

Dwa lata później poprosił mnie o rękę. Pamiętam, jakie słowa mu przypomniałam, nim przyjęłam oświadczyny: „Zniosę niemal wszystko, Sellinarisie, tylko nie zdradę. Gdy choć raz mnie zdradzisz, to będzie koniec”.

Raz jeden, jedyny, Sellinaris omal nie złamał przysięgi. Nie złamał jej dzięki mnie zresztą. Oczywiście na Ziemi, bo w Ferrinie żadna kobieta nie śmiałaby nań spojrzeć — nie, nie ze względu na to, że był Wielkim Księciem — swego czasu, będąc nim, poczynał sobie całkiem, całkiem z byle niewolnicą — ale ze względu na mnie. Nikt nie śmiałby narazić się na gniew i ból pani Anaeli.

Na Ziemi zaś byłam nikim. Ot, niepozorna, choć ładniutka żoneczka tego fascynującego mężczyzny. Mężczyzny, który — idąc dumnie wyprostowany, zawsze w czerni, z włosami rozpuszczonymi na ramiona lub niedbale związanymi w koński ogon — przyciągał zachwycone, nieśmiało zachęcające lub otwarcie prowokacyjne spojrzenie każdej kobiety, która go ujrzała. Roztaczał wokół siebie aurę takiej męskości i pewności siebie, że wszystkie istoty płci żeńskiej atawistycznie doń lgnęły. Wiedziałam, że Sellinarisa prowokują te spojrzenia i zachęty. Że fizycznie go pobudzają i… czekałam. Czekałam, jak skończy się to, co jeszcze właściwie się nie zaczęło.

Cóż… Kończyło się gdziekolwiek, gdzie tylko zostawaliśmy sam na sam i bez siania zgorszenia mój książę mógł udowodnić sobie i mnie, kto jest miłością i dopełnieniem jego życia. Na wspomnienie miejsc, w których to robiliśmy, do dziś się czerwienię.

Potrafił w zamojskiej Pizza Hut uwieść spojrzeniem po kolei wszystkie kobiety na sali, od gości po kelnerki, po czym przyciągał mnie i zaczynał całować na oczach ich wszystkich tak namiętnie, że osuwaliśmy się niemal pod stół.

— Idiota — syczałam, na wpół rozbawiona, na wpół wściekła, nie mówiąc o zażenowaniu. Gdy ja poprawiałam suknię, on spokojnie wracał do swojej pizzy.

— Kocham cię, moja jedyna — mruczał, uśmiechając się w odpowiedzi. — Przepięknie lśni korona bogów, gdy biorę cię publicznie.

— Zabiję cię! — mimowolnie zaczynałam się śmiać z tej niepoprawności małego chłopca, który po latach w Sellinarisie się obudził.

Prowokował więc ziemskie kobiety, rekompensując mi chwile, w których byłam o niego zazdrosna niemal do łez, mocą takiej namiętności, że mdleliśmy w swoich ramionach oboje.

Ja oczywiście też próbowałam tych sztuczek. Teraz, gdy miałam obie dłonie, władałam Najwyższą Magią i moje czoło opromieniała widmowa korona, nabrałam sporej pewności siebie, choć zdawałam sobie sprawę, że nie jestem pięknością, a do urody elfii dużo mi brakuje.

Sellinaris był o mnie wściekle zazdrosny tam, gdzie ja nie byłam o niego: w Ferrinie. W świecie, gdzie na jedno skinienie miałabym każdego mężczyznę, którego bym zapragnęła. Nawet Karin i Sirden nie odmówiliby. I to nie ze względu na skrupuły czy lojalność wobec Sellinarisa. Nie. Władza, jaką posiadałam, była silnym afrodyzjakiem. W Ferrinie darzono mnie bezwarunkowym uwielbieniem i zrobiono by wszystko, by mnie uszczęśliwić. Sellinaris, mimo że cofnęłam się w jego cień, pozwalając mu rządzić krajem, w zderzeniu z moją prośbą czy potrzebą stawał się nikim.

Sprawdziłam to zaraz po powrocie z Ziemi, gdzie mój książę po raz pierwszy dał popis uwodzenia żeńskiej części restauracji, zacałował mnie potem na śmierć, zostawił niezaspokojoną, kończąc jak gdyby nigdy nic zamówione danie, a w nocy, korzystającz mojego ciała, wziął wszystkie tamte kobiety naraz. Tak mi się wtedy wydawało. Nie potrafiłam mu odmówić, ale potrafiłamsię zemścić. Następnego dnia ku jego zdziwieniu wróciliśmy do Ferrinu, witani jak na władców przystało.

Karin osobiście wyjechał nam naprzeciw, mimo iż jego miejsce było przy dziecku i tylko przy dziecku.

Jechał u mego boku, rozradowany, że mnie widzi, i zdawał relację z wydarzeń ostatniego tygodnia — tak długo nas nie było. Sellinaris jechał po mojej lewej stronie, niczym szczególnie niezainteresowany — wiem, bo subtelnie wybadałam wtedy jego myśli.

— Tęskniliśmy za tobą, moja pani — zakończył czerwonooki mężczyzna.

Zaśmiałam się, kładąc dłoń na jego dłoni i ściskając ją lekko. Zmieszał się i zaczerwienił.

— „Tęskniliście”? Czy ktoś szczególnie? — Pochyliłam się ku niemu.

Po lewej stronie poczułam nagły ruch. To Sellinaris wstrzymał odrobinę konia, by mieć nas przed sobą.

Dłoń Karina zacisnęła się na mojej.

— Ja szczególnie — odparł cicho, przyciskając moją rękę do ust i przytrzymując ją odrobinę dłużej, niż wypadało. Nie musiałam patrzeć w dół, by wiedzieć, że mnie pragnie. Nadal wyglądało to jednak na niewinną rozmowę dwojga najlepszych przyjaciół.

— Igrasz z ogniem, moja pani — usłyszałam mentalne ostrzeżenie Sirdena, jadącego za Sellinarisem.

Zlekceważywszy głos kata, musnęłam wierzchem dłoni gładko ogolony policzek Karina.

— Jak bardzo?

— Tak bardzo, jak zechcesz — wyszeptał. Czerń źrenic wypełniła niemal czerwień tęczówek.

W tym momencie jego koń smagnięty pejczem skoczył z kwikiem w przód, niemal zrzucając jeźdźca. Karin natychmiast ściągnął wodze, zawracając zwierzęciem w miejscu, z mieczem gotowym do walki. Ostrza zderzyły się z taką siłą, że dziw, iż żadne nie pękło.

Byłam przygotowana na gwałtowną reakcję Sellinarisa, ale nie aż tak gwałtowną! Zaatakował Karina z taką wściekłością, jakby przyłapał go na wsadzaniu łap pod moją suknię.

— Mówiłem, że igrasz z ogniem. — Sirden minął mnie i wpadł między walczących, rozpychając ich na boki.

Sellinaris chciał dopaść Karina z drugiej strony, ale ocknęłam się z osłupienia i chwyciłam go za rękę, mało przy tym nie spadając z grzbietu Sarisa, z taką siłą Sellinaris próbował się wyrwać.

— Dosyć! — krzyknęłam. — Przestań albo zrobię to! Rozumiesz?! Zrobię to!

Aż wstrząsnął się cały, powoli zwracając oczy ciskające czarne błyskawice na mnie.

— Zrobisz to. Ze mną.

Zagarnął mnie na grzbiet swojego wierzchowca, nakazując orszakowi jechać przodem, a potem ukarał za ten niewinny flirt tak, że… Mam nadzieję, iż nikt nie słyszał moich krzyków i jęków…

Gdy w końcu i on opadł na mnie, półżywy ze zmęczenia i rozkoszy, odezwał się szeptem:

— Wiem, że masz prawo wziąć każdego mężczyznę, jakiego zapragniesz, a ja mogę jedynie się temu przyglądać, ale nie rób tego, moja jedyna, bo nie będę się przyglądał, a zabiję każdego, kto cię tknie.

— Rozumiem — ja też szeptałam. — Ty masz prawo zabić, ja zaś mogę jedynie patrzeć, jak na moich oczach bierzesz inne?

— To niewinna zabawa, aby upewnić się, że nadal mnie kochasz, nadal pragniesz i nadal jesteś zazdrosna. — Zaczął mnie całować, nim zdążyłam odpowiedzieć, że to wcale nie zabawne i nie takie znów niewinne. Potem zapomniałam o odpowiedzi, bo wszedł we mnie, znów gotów wyrwać z głębi mej duszy krzyk namiętności i wyznanie.

Dopiero gdy pomógł mi wstać, a ja wygładzałam suknię, zdołałam odzyskać głos:

— Twoje niewinne zabawy bolą, ale dopóki są zabawami, będę je tolerowała. Uważaj jednak, Sellinarisie — w moim głosie musiał wyczuć to, co ja czułam w tej chwili: śmiertelny chłód — gdy choć raz posuniesz się za daleko…

— Straszysz mnie, moja pani? — Objął mnie wpół z tym swoim irytująco namiętnym półuśmieszkiem.

— Ostrzegam. Gdy choć raz mnie zdradzisz, to będzie koniec.

Zdarzyło się to oczywiście na Ziemi. Podczas przyjęcia z okazji premiery nowej książki, na którym nie mogłam się nie pojawić.

Mój mąż, który w przeciwieństwie do mnie lubił ziemskie imprezy, bawił się doskonale, otoczony wianuszkiem kobiet. Jak zwykle w czerni, jak zwykle nieziemsko przystojny, stał niedbale oparty o brzeg stołu, obracał w palcach nóżkę kieliszka i pozwalał się adorować, od czasu do czasu sprawdzając, jak ja się bawię. Posłałam mu uśmiech, bo również spędzałam mile czas z moimi czytelniczkami. Do czasu…

Nagle na sali pojawiła się kobieta w czerwieni, przyciągając urodą i wyzywającą suknią spojrzenia wszystkich mężczyzn.

Nie patrzyłam na nią, jak sunie środkiem parkietu. Patrzyłam na Sellinarisa, na jego czarne oczy chłonące każdy ruch nieznajomej, i już wiedziałam, że po raz pierwszy mam prawdziwą rywalkę.

Skupiłam się na czytelniczkach. Odczekałam kilkanaście minut i przeczesałam salę mentalnie, w poszukiwaniu mego dopełnienia. Sellinaris był… cóż… zajęty.

W jego myślach kierowanych do tamtej kobiety nie było miłości czy namiętności i to go uratowało. Gdybym znalazła choć cień zdrady, Sellinaris tej samej nocy wróciłby do Ferrinu. Sam. Ale on tej kobiety nienawidził. Za to, że wzbudziła w nim taką żądzę.

Jej myśli nie interesowały mnie.

Przeprosiłam czytelniczki i skierowałam się do toalety, w której zamknęło się tamtych dwoje. Przytknęłam dłoń do drzwi — zasuwka po drugiej stronie odskoczyła z cichym szczękiem. Weszłam, zamknęłam drzwi za sobą, kładąc na nich moją pieczęć, i czekałam, aż mnie zauważą.

Kobieta, wygięta w tył, siedziała na szafce z ręcznikami, obejmując udami mego męża. Poruszała biodrami jak nienasycona kotka w rui, sycząc przekleństwa. Jedną ręką usiłowała rozpiąć mu spodnie, w drugiej trzymała jego włosy. Sellinaris stał nieruchomo, wsparty obiema rękami o szafkę.

— Jesteś impotentem czy wolisz facetów, mój piękny? Niee… Jednak nie… — Poradziła sobie wreszcie z guzikami spodni, a z gardła Sellinarisa, z głębi trzewi wydobył się jęk, gdy wzięła pełną dłonią jego męskość, wbijając w skórę szkarłatne szpony. — Bierz mnie, ogierze — szepnęła ta czerwona suka.

Słysząc te słowa, kierowane do mojego męża, poczułam lodowaty chłód i nadciągającą furię.

— Bierz ją — odezwałam się.

Sellinaris podrzucił głowę. Tamta spojrzała tylko zdziwiona.

— Bierz. Nie przeszkadzaj sobie. — Patrzyłam w czarne oczy, w których po raz drugi w życiu widziałam przerażenie. Takie samo jak wtedy w Ferrinie, gdy raz mnie stracił.

— A ty to kto? — warknęła tamta. — Wypierdalaj!

Lustro za jej plecami pękło i sypnęło odłamkami suce na głowę. Zaskowyczała.

— Bierz, Sellinarisie. — W głosie miałam zero absolutne. — Razem z nią bierzesz rozwód. I wolność.

Wężyk pod umywalką pękł, zalewając natychmiast całe pomieszczenie. Ze zraszacza przeciwpożarowego lunęły strumienie wody.

Suka wyła, ale nie mogła uciekać, bo zaciśnięte na biodrach mego męża uda słuchały nie jej, lecz… mnie. Nagle ucichła, bo znudziło mi się słuchanie jej wrzasków. Zakneblowałam ją jednym machnięciem dłoni.

Woda lała się po ścianach i suficie. Po czerwonej suce, czyniąc z niej żałosną kupę kłaków i rozmytego makijażu, po Sellinarisie, który zaczynał wyglądać jak zbity pies, i tylko ja stałam tak jak tu weszłam: w czarnej sukni, z rozpuszczonymi włosami i w koronie władców na czole. Na drzwiach za moimi plecami płonęła pieczęć: Jej Wysokość Anaela dell’Soll Wielka Władczyni Ferrinu.

Nagle woda ucichła. Kobieta, która jeszcze kwadrans wcześniej mogła mieć każdego, a wybrała mego męża, wczołgała się pod umywalkę i zwinęła w kłębek, łkając. Nie zwracałam na nią uwagi.

— Wybaczysz mi? — wyszeptał.

— Ty byś mi wybaczył? — odpowiedziałam pytaniem.

— Tobie — tak, temu z którym byś to zrobiła — nie.

— Ja odwrotnie — odparłam. — Pamiętasz moje ostrzeżenie: gdy choć raz mnie zdradzisz, to będzie koniec.

Przytaknął, spuszczając głowę, by ukryć rozpacz i wściekłość. Z końców mokrych włosów skapywały krople wody.

— Sellinarisie… — zaczęłam miękko. Spojrzał na mnie, a w jego czarnych oczach pojawiła się nadzieja. — Wracam do Ferrinu. Ty zostaniesz tutaj do czasu, gdy będziesz pewien: ja czy kobiety w czerwieni…

Przypadł do moich kolan.

— Jestem pewien. Błagam, nie odsyłaj mnie.

— Sellinarisie, spójrz na mnie — w moim głosie nadal była ta zwodnicza miękkość, która ukrywała stal tytanianowego ostrza — kimże ja jestem w tym świecie pełnym pięknych kobiet. Możesz mieć każdą…

— Moim dopełnieniem — przerwał mi zduszonym głosem. — Jesteś moim dopełnieniem. Wybacz mi to — machnął ręką w stronę skulonej pod zlewem kobiety — a nie zawiodę cię już nigdy. Przysięgam na wszystkich bogów. I na twoje życie.

Patrzyłam na niego długo. Bardzo długo. Wreszcie odwróciłam się, zdjęłam pieczęć z drzwi i wyszłam.

Tej nocy Sellinaris po raz pierwszy nie „wynagradzał” mi niewinnej zabawy pieszczotami. Oboje wiedzieliśmy, że tylko dzięki mojej wspaniałomyślności leżymy obok siebie, a nie w oddzielnych łożach oddzielnych światów.

— Brzydziłem się siebie i tej kobiety — zaczął, patrząc w przestrzeń. — Nienawidziłem i siebie, i jej za to, że nie potrafię się oprzeć. Gdybym cię zdradził, z obrzydzenia i nienawiści do samego siebie i tak musiałbym odejść.

— Wiem — rzuciłam. — I tylko dlatego cię powstrzymałam.

— Wybaczysz mi kiedyś? — Odwrócił moją twarz ku sobie.

Patrzyłam w czarne oczy tego dumnego mężczyzny i zastanawiałam się, czym zasłużyłam na to błaganie i na tę miłość?

Gdzieś w górze rozbrzmiał cichutki śmiech i brzęk dzwoneczków.

— Kiedyś tak… — westchnęłam. — Ale najpierw sama muszę sprawdzić, jak to jest z innym. Może z Karinem? Albo nie, z Sirdenem, on jest bardziej doświadczony.

Poczułam, jak mój ukochany sztywnieje, a jego dłonie same zaciskają się w pięści. Nie rzekł jednak nic.

Nic, dopóki nie zaczęłam dusić się ze śmiechu i wreszcie roześmiałam się w głos. Chwycił mnie wpół i jednym szarpnięciem pociągnął na siebie.

— Nie musisz sprawdzać, ty mała wiedźmo — syczał, bardziej z ulgi niż ze złości. — Zaraz ci pokażę, jak by to było z Karinem, potem jak z Sirdenem, a na końcu, dla porównania, jak jest ze mną.

I pokazał.

Nigdy już nie zwątpiłam w Sellinarisa.

*

Nasza córka — nie spotkałam tak fascynująco pięknej młodej kobiety, w której elfia uroda Amarilli połączyła się z mrocznym pięknem Sellinarisa — dorastała pod czujnym wzrokiem feri’ańskiego dworu, a przede wszystkim Karina.

Nie zapomnę dnia, kiedy Gabriela poznała swoje dopełnienie.

Półsiedziałam, wsparta na piersi Sellinarisa, czytając arcyfascynującą rozprawę na temat hiszpańskich galeonów — mój mąż nakazał mi się z nią zapoznać, a skoro on cokolwiek mi nakazuje, znaczy, że ma to głębszy sens. Czytałam więc, usiłując nie przysnąć, gdy poczułam, że ciało Sellinarisa tężeje. Oderwałam wzrok od książki.

Na łące przed nami Karin dawał Gabrieli lekcje szermierki. Właśnie stał za nią, układając rękę dziewczyny do cięcia.

Sellinaris powoli wyjął z ust źdźbło trawy i rzekł z nienaturalnym spokojem:

— Zabiję go.

— Kogo? — zdziwiłam się.

W zasięgu wzroku były tylko nasze Cienie i Karin.

— Popatrz, jak on się klei do naszej córki. Zabiję go!

Popatrzyłam. Karin obejmował od tyłu Gabrielę, trzymając jedną ręką prawy nadgarstek dziewczyny, w którym miała miecz, drugą lewy, w którym trzymała sztylet, i pokazywał jej prosty blok.

— Przecież ją uczy! — Spojrzałam z przyganą na Sellinarisa. — Dziesiątki razy stawałeś tak za mną i pokazywałeś ten sam blok.

— I byłem tak samo podniecony? — zapytał z tym samym zwodniczym spokojem.

— Owszem. Zawsze kończyliśmy… Co ty powiedziałeś?! — poderwałam się, a książka wypadła mi z ręki. Przyjrzałam się tamtym dwojgu uważniej. To uczenie bloku trwało już ciut za długo, nauczyciel zbyt ciasno obejmował uczennicę, a ona była zbyt spłoniona, jak na zwykłą lekcję szermierki.

— Karin!!! — krzyknął Sellinaris.

Odskoczyli od siebie jak oparzeni. Czerwonooki mężczyzna spojrzał w naszą stronę. Był tak zszokowany swoją reakcją jak my.

— Skurwiel, gwałci mi córkę w biały dzień! — syczał do siebie Sellinaris, sięgając po pas z bronią, gdy tamten ruszał w naszą stronę. Nagle rzuciła się za nim Gabriela, chwyciła za ramię i odwróciła ku sobie.

— Pokaż mi jeszcze raz ten blok, Karin, proooszę…

— Wybacz, Gabrielo, nie teraz. — Strącił jej dłoń z ramienia.

Jego kary Cień, Dell, stanął nagle między nim a Sellinarisem. Czerwonooki mężczyzna wskoczył na grzbiet jednorożca i zapytał zduszonym głosem:

— Dokąd mam się udać, Wasza Wysokość?

Karin patrzył na mnie, a ja na niego, potem przeniosłam wzrok na moją osiemnastoletnią córkę, która właśnie ujrzała w swym opiekunie mężczyznę, i znów na Karina.

— Dokąd mnie odeślesz, moja pani?

No cóż… Jeżeli Gabriela ma stracić niedługo dziewictwo, bo widać nadszedł ten czas, to raczej ze swoim dopełnieniem niż z „braćmi” z sierocińca.

Moja dziewczynka spoglądała na nas: bladego z furii ojca, zrozpaczonego Karina i na mnie, nic nie rozumiejąc.

— Co to ma znaczyć?! Dlaczego odjeżdżasz?! Zrobiłam coś złego?! Jakiś błąd?! — wybuchła.

— Ty — nie, ten bękart — owszem — odpowiedział Sellinaris, wskazując Karina sztychem. — Myślę, że namiestnictwo Kyrenii…

— Kyrenii?! — Gabriela stanęła przed ojcem, który zmierzył ją lodowatym wzrokiem. — Sam sobie władaj Kyrenią! Karin był przy mnie od urodzenia i jest mi bardziej ojcem niż ty!

— Właśnie — uciął zimno — ojcem. I nie będzie…

— Będzie, będzie — przerwałam Sellinarisowi.

— Nie, moja pani — Karin spojrzał na mnie błagalnie — przyrzekam, że więcej nie będę…

— Karin — wpadłam mu w słowo — czy mógłbyś tak teraz, skoro przypadkiem zebraliśmy się we czwórkę, a licząc Cienie nawet w ośmioro, poprosić nas o rękę Gabrieli?

— Słucham? — Sellinaris odwrócił się do mnie powoli.

Karin zacisnął usta, myśląc, że z niego drwię.

— Pytam Karina, czy zechciałby naszą córkę za żonę. W imieniu Gabrieli oświadczam mu się — sprecyzowałam, słysząc w umyśle szczery śmiech Sarisa i Shine’a.

— Ja mu zaraz, kur… — zaczął Sellinaris, ale przytknęłam mu dłoń do ust i szepnęłam:

— Nie psuj tego.

Bo Karin właśnie zsuwał się na ziemię i podchodził do Gabrieli, a ona, z oczami rozszerzonymi niedowierzaniem i wreszcie zrozumieniem, patrzyła to na niego, to na nas.

A gdy Karin klęknął przed nią, wziął ją pod kolana i pochylił nisko głowę, powoli osunęła się, klękając naprzeciw niego i nagle jakimś rozpaczliwym ruchem, tłumiąc szloch, wtuliła się w mężczyznę.

— No — szepnęłam do Sellinarisa — a teraz, mój drogi, wycofamy się cichutko i pozwolimy im na wszystko.

— Na wszystko to dopiero po ślu…

— Na wszystko. — Zamknęłam mu usta pocałunkiem i pociągnęłam za sobą.

Cienie zniknęły w ślad za nami.

W dniu zaślubin oficjalnie przekazałam Gabrieli dell’Soll władzę nad Ferrinem, oddając królewską koronę i sygnet. Złotą gwiazdkę nosiła od urodzenia, tym razem więc nie była potrzebna niczyja śmierć i składanie ofiar.

Sellinaris, który Karina jako Wielkiego Księcia akceptował do tej pory bez zastrzeżeń — oprócz jednego przypadku, gdy obaj się przez moją prowokację mało nie pozabijali — jako księcia małżonka zaakceptował dopiero po ceremonii, gdy spojrzał w oczy córki i ujrzał w nich to samo bezgraniczne szczęście i uwielbienie co w oczach Karina. Błogosławiąc im, napotkał moje spojrzenie, a w nim łagodną, czułą miłość do siebie, mojego dopełnienia. Dopiero wtedy zrozumiał, że połączyły się dwie połówki jednej duszy i kamień spadł mu z serca. Nawet przemilczał to, co zrobi Karinowi, gdy ten skrzywdzi jego córkę. On, strzegący Gabrieli od osiemnastu lat, nie byłby w stanie jej skrzywdzić.

Tego dnia na stałe przenieśliśmy się do leśniczówki. Ferrin stał się za mały dla dwóch władczyń i dwóch władców.

Sellinaris postanowił tu na Ziemi mieć nadal swoje małe królestwo, co mnie nieodmiennie śmieszyło. Przez portal, którym były niskie drzwi w piwnicy, przeniósł materie, obrazy i dzieła sztuki, meble, dywany, tapety i urządzał na wzór feri’ańskich komnat nasze trzy małe pokoiki. Zatrudnił również „służbę” — sprzątaczkę i zarządcę — choć doprawdy poradziłabym sobie sama.

Chłonął wiedzę o świecie, w którym przyszło mu żyć, szczególnie wojenną, co mnie nie dziwiło: skoro za siedem lat Ferrin stanie w ogniu, ja również chciałam być gotowa. Raz — przysięgam, że nie zauważyłam! — przemycił do tamtego świata sztucer. Gdy się o tym dowiedziałam, notabene od inżyniera dziękującego mi w imieniu poddanych, którzy zostaną wyposażeni w tak niewiarygodną broń, naprawdę się na mego małżonka wkurzyłam i po raz pierwszy zafundowałam mu dziką awanturę.

— Czy nie rozumiesz, że nie wolno mieszać tych dwóch światów?! — wrzeszczałam na Wielkiego Księcia. — Nie wolno przemycać technologii stąd do świata elfów, bo zaburzasz równowagę! Sarisowi odmówiłam stada klaczy, a ty przenosisz sztucery?! Następnym razem może moździerz spróbujesz, co?!

— Przydałby się — odrzekł niewzruszony. — Skąd wiesz, co z tego świata przez te osiemnaście lat przemycili Lanorowie?

Tu umilkłam, bo w najczarniejszych snach nie przyszłoby mi do głowy, że bogowie-banici mogą być w zmowie z demonami.

— No to co, moja pani — zapytał konkretnym tonem Sellinaris — przenosimy moździerz?

— Nie!!! — krzyknęłam jeszcze bardziej wściekła, że mnie przestraszył. — Poza tym skąd ty weźmiesz moździerz, człowieku?! Tego się na bazarku w Zamościu nie kupi!

Wzruszył ramionami:

— Wszystko jest kwestią ceny.

No tak. Nie muszę dodawać, że byliśmy nieprzyzwoicie bogaci jak na ziemskie standardy. Wielkiej Władczyni Ferrinu wystarczyła jedna wizyta w skarbcu Feri’any, by wracała ze sztabką złota.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki