17 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Zabójcza epidemia w Kenii.
Spisek na niewyobrażalną skalę.
Wyścig z czasem, by ocalić ludzkość w jej najczarniejszej godzinie.

A.G. Riddle, autor "Genu Atlantydzkiego", międzynarodowego bestsellera, sprzedanego dotąd w nakładzie 3 milionów egzemplarzy i przetłumaczonego na 20 języków, powraca z nową książką.

Na północ od Alaski statek amerykańskiej Straży Przybrzeżnej odnajduje zatopioną łódź podwodną. Badacze, którzy schodzą na jego pokład, znajdują dowody wskazujące że prowadzono tam tajne eksperymenty naukowe.

W Atlancie dr Peyton Shaw zostaje wyrwana ze snu przez telefon, którego obawiała się od lat. Jako jedna z czołowych epidemiologów zatrudnianych przez CDC jest w grupie, której zadaniem jest błyskawiczna reakcja w obliczu potencjalnego wybuchu zarazy.

W Kenii dwóch Amerykanów zaraziło się patogenem przypominającym zabójczy wirus ebola. Zegar zagłady zaczyna tykać, a Peyton staje na czele zespołu, który dołączy do personelu WHO oraz miejscowych lekarzy. To, co odkryją w odludnej afrykańskiej wiosce, przejdzie ich wszelkie wyobrażenia.

Tymczasem w  Berlinie Desmond Hughes budzi się w anonimowym pokoju hotelowym, nie pamiętając, jak do niego trafił ani kim jest. Na podłodze leży martwy ochroniarz, pracownik międzynarodowej firmy farmaceutycznej. Nieliczne wskazówki prowadzą Desmonda do Peyton Shaw. Ku swemu zaskoczeniu i przerażeniu mężczyzna dowiaduje się, że może być powiązany z wybuchem epidemii i że prawdopodobnie posiada klucz do jej powstrzymania.

Podczas gdy patogen rozprzestrzenia się po świecie, a liczba zarażonych rośnie w przerażającym tempie, Peyton i Desmond ścigają się z czasem, żeby zdemaskować spisek, który może doprowadzić do zagłady ludzkości.

"Fantastyczna, dynamiczna lektura!"
Haunted Library
"Znakomita powieść i pełnokrwiste postaci."
Mystery Suspense Reviews

"Wciągająca od pierwszego do ostatniego zdania."
The Artisan Penguin

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 804

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 23 godz. 4 min

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Popularność

Kolekcje



Powieść ‌dedykuję grupie ‌bohaterów, o których rzadko ‌się słyszy. Jedni ‌z pierwszych docierają ‌w miejsca dotknięte huraganami ‌i innymi klęskami ‌żywiołowymi i ostatni stamtąd ‌wyjeżdżają. Pojawiają się ‌w regionach ‌objętych ‌wojną, chociaż ‌nie ‌noszą broni. Bezustannie ryzykują ‌życie, żeby nas ‌chronić ‌przed niebezpieczeństwami, które zagrażają ‌każdemu ‌na ziemi.

Mieszkają ‌wśród nas, ‌są naszymi sąsiadami, ‌przyjaciółmi, członkami naszych ‌rodzin. To mężczyźni ‌i kobiety pracujący ‌w służbie zdrowia ‌w Stanach Zjednoczonych ‌i za granicą. ‌Zbieranie ‌materiałów o ich ‌działalności było dla ‌mnie źródłem wielkiej inspiracji ‌podczas ‌pisania tej ‌powieści. To oni są ‌prawdziwymi ‌bohaterami historii ‌takich jak ‌Pandemia.

UWAGI O FAKTACH ‌I FIKCJI

Pandemiajest zarówno fikcją ‌literacką, jak i książką ‌opartą ‌na faktach. Próbowałem opisać ‌działalność CDC[1]i WHO ‌po wybuchu epidemii w Afryce. ‌W pracy pomogło mi ‌kilku ekspertów z tej ‌dziedziny. ‌Za błędy wyłącznie ‌ja ponoszę odpowiedzialność.

Większość ‌fragmentów dotyczących badań naukowych ‌w Pandemiijest prawdziwa. ‌W szczególności ‌to, co dotyczy bakteriofaga ‌M13 ‌i białka gp3, ‌jest w stu ‌procentach oparte ‌na ‌faktach. Terapie ‌oparte na M13 i gp3 ‌są obecnie w fazie ‌badań klinicznych ‌i wykazują przydatność ‌w leczeniu chorób ‌Alzheimera, Parkinsona oraz amyloidozy.

Na ‌mojej stronie ‌internetowej (agriddle.com) znajduje ‌się ‌sekcja ‌dotycząca faktów ‌i fikcji ‌oraz dodatkowych informacji ‌związanych z Pandemią.

Dziękuję ‌za wybranie mojej książki.

Gerry ‌(A.G. ‌Riddle)

[1]CDC ‌– Centra Zwalczania Chorób ‌i Zapobiegania Im (Centers for Disease Control and Prevention)

PROLOG

Amerykański statek Straży Przybrzeżnej od trzech miesięcy przeszukiwał Ocean Arktyczny, chociaż nikt z załogi nie wiedział dokładnie, czego szukają. W ostatnim porcie na lodołamacz wsiadło trzydziestu naukowców i załadowano tuzin skrzyń wypełnionych dziwnymi instrumentami. Załodze nic nie powiedziano na temat gości ani tajemniczego sprzętu. Dzień za dniem lód pękał i spiętrzał się przed dziobem lodołamacza Healy, podczas gdy płynący nim ludzie wykonywali swoje obowiązki, zachowując całkowitą ciszę radiową, tak jak im nakazano.

Tajemniczy naukowcy i monotonna codzienna rutyna spowodowały, że wśród załogi zaczęły krążyć plotki. Ludzie trajkotali podczas posiłków, w godzinach wolnych, gdy grali w szachy, karty i gry wideo. Najczęściej obstawiali, że poszukują zatopionego okrętu podwodnego lub innej jednostki wojskowej – prawdopodobnie amerykańskiej lub rosyjskiej – a może frachtowca przewożącego niebezpieczne materiały. Kilka osób z załogi twierdziło, że szukają głowic jądrowych wystrzelonych dekady wcześniej podczas zimnej wojny, które jednak nigdy nie dotarły do celu, tylko spoczywały gdzieś na dnie Oceanu Arktycznego.

O czwartej rano strefy czasowej dla Anchorage zadzwonił telefon wiszący na ścianie obok koi kapitana. Mężczyzna podniósł słuchawkę, nawet nie włączając światła.

– Miller.

– Zatrzymaj statek, kapitanie. Znaleźliśmy to. – Głównodowodzący misją naukowców, doktor Hans Emmerich, przerwał połączenie bez słowa wyjaśnienia.

Po wywołaniu mostka i wydaniu komendy „maszyny stop” kapitan Walter Miller szybko się ubrał i udał do głównego pomieszczenia badawczego na statku. Podobnie jak reszta załogi był ciekaw, coznaleziono. Przede wszystkim jednak chciał wiedzieć, czy to, co znajdowało się pod nimi, stanowiło zagrożenie dla stu siedemnastu mężczyzn i kobiet służących na jego okręcie.

Miller skinął głową strażnikom przy włazie i wszedł do środka. Kilkunastu naukowców sprzeczało się przy monitorach. Podszedł do nich, zerkając na obrazy pokazujące skaliste dno morskie skąpane w zielonej poświacie. Jedno z kilku podobnych zdjęć przedstawiało ciemny, podłużny przedmiot.

– Kapitanie. – Głos Emmericha zadziałał jak smycz i Miller zatrzymał się w pół kroku. – Obawiam się, że w tej chwili jesteśmy bardzo zajęci. – Emmerich stanął przed oficerem Straży Przybrzeżnej, próbując zasłonić monitory, jednak Miller ani myślał się wycofywać.

– Przyszedłem sprawdzić, czy potrzebujecie mojej pomocy – powiedział.

– Radzimy sobie, kapitanie. Proszę utrzymać obecną pozycję oraz ciszę radiową.

Miller wskazał monitory.

– Czyli szukaliście okrętu podwodnego.

Emmerich milczał.

– Amerykańskiego? Rosyjskiego?

– Wydaje nam się, że to okręt… sponsorowany przez kilka krajów.

Miller zamrugał, zastanawiając się, co to może oznaczać.

– A teraz, kapitanie, naprawdę musimy pana przeprosić. Mamy dużo pracy. Niedługo zwodujemy podwodny pojazd ratunkowy.

Miller skinął głową.

– Zrozumiałem. Powodzenia, doktorze.

Kiedy kapitan wyszedł, Emmerich poinstruował dwóch młodszych badaczy, by stanęli przy drzwiach.

– Nikt inny nie może tu wejść.

Ze swojego komputera Emmerich wysłał zaszyfrowaną wiadomość.

Przypuszczalnie zlokalizowano wrak RSV Beagle. Zaczynamy przeszukanie. W załączniku współrzędne i pierwsze obrazowanie.

Pół godziny później doktor Emmerich i trzej inni naukowcy wsiedli do pojazdu ratunkowego i wyruszyli na dno oceanu.

Po drugiej stronie świata frachtowiec Kentaro Maru opuścił wybrzeże Somalii i wpłynął na Ocean Indyjski.

W sali konferencyjnej przylegającej do mostka przez całe popołudnie kłócili się dwaj mężczyźni, ich krzyki sprawiały, że załoga od czasu do czasu się wzdrygała.

Oficer stojący na mostku zapukał do drzwi i czekał podenerwowany. Zignorowali go i dalej wrzeszczeli na siebie.

Zapukał ponownie.

Cisza.

Przełknął ślinę i popchnął drzwi.

Conner McClain stał za długim stołem konferencyjnym. Jego rozzłoszczona mina sprawiała, że poorana bliznami twarz wydawała się jeszcze groźniejsza. Niemal wrzeszcząc, szybko wyrzucał z siebie słowa, w których pobrzmiewał australijski akcent.

– Dla twojego dobra, poruczniku, niech to będzie coś ważnego.

– Amerykanie znaleźli Beagle.

– Jak?

– Wykorzystują nową technologię mapowania dna morza…

– Z samolotu, okrętu podwodnego czy statku?

– Ze statku. Healy. To lodołamacz amerykańskiej Straży Przybrzeżnej. Opuszczają podwodny pojazd ratunkowy.

– Czy już wiedzą, co znajduje się na Beagle?

– Nie mamy pojęcia. Raczej nie.

– Dobrze. Zatopić lodołamacz.

Po raz pierwszy odezwał się drugi mężczyzna z sali konferencyjnej.

– Nie rób tego, Conner.

– Nie mamy wyboru.

– Mamy. To dla nas pewna szansa.

– Szansa na co?

– By pokazać światu, co znajduje się na pokładzie Beagle.

– Proszę wykonać rozkaz, poruczniku. Odmaszerować – zwrócił się do młodego oficera.

Kiedy drzwi się zamknęły, Conner przemówił spokojnym tonem do drugiego mężczyzny.

– Niewiele nas dzieli od najważniejszego wydarzenia w historii ludzkości. Nie pozwolimy barbarzyńskim hordom na podejmowanie decyzji.

Hans Emmerich wstrzymał oddech, kiedy otworzył się właz pojazdu podwodnego.

Siedzący za nim Peter Finch wpatrywał się w ekran laptopa.

– Czysto. Szczelność w normie.

– Promieniowanie? – spytał Emmerich.

– W normie.

Emmerich i trzej naukowcy zeszli do statku po drabince. Powoli przechodzili przez ciasne korytarze, uważając, żeby o nic nie zahaczyć skafandrami. Rozszczelnienie groziło śmiercią. LED-owe światła w kombinezonach rzucały białe promienie na ciemny grobowiec.

Kiedy dotarli na mostek, Emmerich skierował lampy hełmu na tabliczkę z brązu wiszącą na ścianie.

– Prometeusz, tu Alfa Jeden. Czy mnie słyszycie?

Któryś z naukowców na Healy od razu odpowiedział.

– Mamy dźwięk i obraz, Alfa Jeden.

Na tabliczce napisano:

RSV Beagle

Hongkong

1 maja 1965

Ordo ab Chao

Emmerich zszedł z mostka i zaczął przeszukiwać prywatną kabinę kapitana. Jak mu się poszczęści, znajdzie tu dzienniki pokładowe, a one wyjawią, gdzie Beagle pływał i co odkryła załoga. Jeśli się nie mylił, na statku znajdowały się dowody czegoś, co na zawsze zmieni bieg historii.

W jego słuchawce rozległ się głos Fincha.

– Alfa Jeden, Alfa Jeden, słyszymy się?

– Tak, Alfa Dwa.

– Dotarliśmy na poziom laboratorium. Mamy wejść?

– Zgoda, Alfa Dwa. Kontynuujcie, ale ostrożnie.

Emmerich czekał w ciemnym korytarzu.

– Alfa Jeden, widzimy dwa pokoje badań z metalowymi stołami długości około trzech metrów. Sale są zamknięte ze względu na zagrożenie biologiczne. Reszta laboratorium jest wypełniona długimi rzędami pojemników, podobnych do dużych skrytek depozytowych w skarbcu. Mamy otworzyć jeden?

– Nie, Alfa Dwa – powiedział szybko Emmerich. – Są ponumerowane?

– Tak – odparł Finch.

– Musimy znaleźć spis.

– Nie rozłączaj się. Na każdym pojemniku jest metalowa płytka. – Po chwili dodał: – Płytka zakrywa szczelinę, jakby wizjer. W tym są kości. Ludzkie. Nie, czekaj. Nie mogą być ludzkie.

– W tym jest jakiś kotowaty – odezwał się inny badacz. – Gatunek nieznany. Chyba został zamrożony za życia. Nadal jest w lodzie.

Emmerich słyszał klikanie odsuwanych metalowych płytek, co przypominało trzask migawki aparatu.

– Alfa Jeden, powinieneś tu zejść. To jak arka Noego.

Emmerich ruszył ciasnym korytarzem, nadal uważając, żeby nic nie przedziurawiło mu kombinezonu.

– Prometeusz, tu Alfa Jeden. Czy nagrywacie obraz i dźwięk Alfy Dwa, Trzy i Cztery?

Nie nadeszła żadna odpowiedź, więc Emmerich stanął.

– Prometeusz, tu Alfa Jeden, słyszymy się?

Wezwał go ponownie i jeszcze raz. Potem usłyszał głośny wybuch i zadrżała pod nim podłoga.

– Prometeusz?

DZIEŃ 1

320 zarażonych

0 ofiar śmiertelnych

ROZDZIAŁ 1

Doktor Elim Kibet siedział w swoim pomalowanym na biało gabinecie i patrzył na słońce wschodzące ponad skalistym krajobrazem północno-wschodniej Kenii. Szpital Referral w Manderze był zaniedbanym budynkiem w jednym z najbiedniejszych zakątków świata, a on niedawno stał się za niego odpowiedzialny. Niektórzy w jego sytuacji uważaliby to za nadmierne obciążenie, ale dla niego był to zaszczyt.

Zza zamkniętych drzwi dobiegały przeraźliwe wrzaski. W korytarzu słychać było kroki i krzyk jednej z pielęgniarek.

– Doktorze, szybko!

Nie było wątpliwości, o którego doktora chodziło; Elim Kibet był jedynym lekarzem, który tu pozostał. Inni wyjechali po atakach terrorystycznych. Wiele pielęgniarek poszło w ich ślady. Rząd odrzucił prośbę o przydzielenie uzbrojonej ochrony wiejskiemu szpitalowi. Ponadto wynagrodzenie było nędzne i jeśli w ogóle przychodziło, to z opóźnieniem. Z tego powodu kolejna fala pracowników uciekła z popadającego w ruinę szpitala. Teraz została tylko garstka personelu. Pozostali albo nie mieli dokąd uciec, albo byli zbyt oddani swojej pracy, by rozważać odejście. Albo, jak u Elima Kibeta, w grę wchodziły obydwa czynniki.

Włożył biały fartuch i wybiegł na korytarz, gdzie potrzebowano jego pomocy.

Mandera była jednym z najbiedniejszych hrabstw Kenii. Roczny dochód na głowę wynosił 267 dolarów – mniej niż 75 centów dziennie. Poprzecinane nieutwardzonymi drogami miasto Mandera leżało zarówno przy granicy z Somalią, jak i Etiopią. Ludzie utrzymywali się z uprawy ziemi, często z wielką trudnością wiązali koniec z końcem i cieszyli się z drobiazgów. To było miejsce o niewysłowionym uroku i niezmierzonej brutalności.

W regionie występowały najbardziej śmiertelne choroby na świecie, lecz to nie one stanowiły największe zagrożenie w tej okolicy. Asz-Szabab, grupa terrorystyczna sprzymierzona z Al-Kaidą, często atakowała wioski i budynki rządowe. Jej działalność odznaczała się wyjątkowym okrucieństwem. Niecały rok temu bojówkarze Asz-Szabab zatrzymali autobus koło Mandery i kazali wysiąść wszystkim pasażerom będącym muzułmanami. Ci odmówili i otoczyli pasażerów chrześcijan. Ludzie z Asz-Szabab wywlekli wszystkich z autobusu, zarówno muzułmanów, jak i chrześcijan, ustawili ich w rzędzie i rozstrzelali. Tego dnia zginęło trzydzieści siedem osób.

Gdy Elim biegł zapuszczonym korytarzem, to była jego pierwsza myśl – kolejny atak Asz-Szabab.

Ku jego zaskoczeniu w pokoju przyjęć zastał dwóch spoconych młodych białych mężczyzn z ciemnymi, długimi włosami polepionymi w strąki i gęstymi brodami. Jeden z nich stał przy drzwiach i trzymał kamerę wideo. Drugi leżał na stole zabiegowym, miał zamknięte oczy i przewracał się z boku na bok. Odór biegunki i wymiotów był nie do zniesienia.

Dwie pielęgniarki pochylały się nad mężczyzną, przeprowadzając wstępne badanie. Jedna wyjęła termometr z jego ust i zwróciła się do Elima.

– Czterdzieści stopni, doktorze.

Młody człowiek z kamerą opuścił sprzęt i złapał Elima za rękę.

– Musi mu pan pomóc!

Elim wyrwał rękę, po czym wskazał mu miejsce w kącie z dala od stołu zabiegowego.

– Pomogę. Proszę się odsunąć.

Z początku lekarz myślał, że to malaria. Choroba szalała w regionach tropikalnych i subtropikalnych zwłaszcza w ubogich regionach takich jak Mandera, która znajdowała się zaledwie czterysta kilometrów od równika. W ciągu roku na świecie ponad dwieście milionów ludzi zarażało się malarią, a prawie pół miliona traciło życie. Dziewięćdziesiąt procent przypadków śmiertelnych przypadało na Afrykę, gdzie w każdej minucie na malarię umierało jedno dziecko. Ludzie z Zachodu również często na nią chorowali. Dało się ją wyleczyć, co napawało Elima pewną nadzieją, gdy naciągał winylowe rękawiczki i zaczynał badanie.

Pacjent był ledwie przytomny. Majaczył, gwałtownie kręcąc głową. Kiedy Elim podciągnął mu koszulę, natychmiast zmienił diagnozę. Na brzuchu i piersi mężczyzny dostrzegł wysypkę.

Te objawy bardziej pasowały do duru brzusznego. Ta choroba również często występowała w regionie i była wywoływana przez bakterię Salmonella typhi, która rozwijała się w zbiornikach wodnych. Dur był uleczalny. Trzeba tylko podać fluorochinolon, jeden z nielicznych antybiotyków, które miał do dyspozycji.

Nadzieja Elima wyparowała, kiedy zajrzał pod powieki pacjenta. Spojrzały na niego żółte oczy. W kąciku lewego oka zebrała się krew, po czym pociekła po twarzy mężczyzny.

– Odejść od stołu – powiedział Elim, rozłożył ręce i odsunął pielęgniarki.

– Co z nim? – zapytał drugi biały.

– Wyjść z sali – polecił Elim.

Pielęgniarki natychmiast wykonały polecenie, lecz młody człowiek nadal nie chciał się ruszyć.

– Nie zostawię go.

– Musi pan.

– Nie wyjdę.

Elim przyjrzał się młodzieńcowi. Coś tu nie pasowało. Kamera, jego wygląd, również to, że dotarli właśnie tutaj.

– Jak pan się nazywa?

– Lucas. Turner.

– Dlaczego tu jesteście, panie Turner?

– On zachorował…

– Nie, dlaczego przyjechaliście do Kenii? Co robicie w Manderze?

– Rozkręcamy biznes.

– Jaki?

– CityForge. Crowfundingowy start-up skierowany do władz lokalnych – odparł Lucas, jakby recytował wyuczoną frazę.

Elim pokręcił głową. O czym on mówi?

– Wie pan, co mu dolega? – spytał Lucas.

– Być może. Musi pan stąd wyjść.

– Nie ma mowy.

– Posłuchaj mnie, człowieku. Pana przyjaciel zapadł na bardzo niebezpieczną chorobę. Prawdopodobnie zaraźliwą. Pańskie zdrowie jest zagrożone.

– Co złapał?

– Nie…

– Nie ma pan pojęcia – odparł Lucas.

Elim rozejrzał się, upewniając, że pielęgniarki wyszły z pomieszczenia.

– Marburga – szepnął. Lucas nie zareagował. – Możliwe, że ebolę.

Spocona twarz Lucasa zbladła, przez co jego ciemne, rozczochrane włosy jeszcze bardziej kontrastowały z białą skórą. Popatrzył na przyjaciela leżącego na stole, po czym pospiesznie opuścił pokój.

Elim podszedł do stołu zabiegowego.

– Wezwę pomoc – powiedział. – Zrobię, co w mojej mocy.

Zdjął rękawiczki, wrzucił je do kosza na odpady i wyjął smartfon. Sfotografował wysypkę, poprosił mężczyznę o otwarcie oczu i pstryknął jeszcze jedno zdjęcie, po czym wysłał je do kenijskiego Ministerstwa Zdrowia.

Przy drzwiach poinstruował czekającą tam pielęgniarkę, żeby nikogo nie wpuszczała do pomieszczenia. Wrócił po chwili w maseczce ochronnej, kitlu, ochraniaczach na obuwie i goglach. Przyniósł także jedyne leki, jakie mógł zapewnić swojemu pacjentowi.

Na wąskim drewnianym stole postawił trzy plastikowe wiadra. Na każdym przykleił kawałek brązowej taśmy klejącej z jednym słowem: wymioty, kał, mocz. W stanie, w jakim znajdował się mężczyzna, Elim dość pesymistycznie podchodził do segregacji wydzielin, lecz zamierzał przestrzegać standardowych procedur obchodzenia się z pacjentami zarażonymi ebolą lub innymi gorączkami krwotocznymi. Mimo że miał niewiele zapasów i uszczuplony personel, był zdecydowany zapewnić pacjentowi najlepszą możliwą opiekę. Uważał to za swój obowiązek.

Podał mężczyźnie mały papierowy kubek wypełniony tabletkami – antybiotykami, żeby leczyć drugorzędne infekcje – oraz buteleczkę z napisem DPN: doustny płyn nawadniający.

– Proszę to zażyć.

Trzęsącą się dłonią mężczyzna włożył tabletki do ust i popił małym łykiem płynu z butelki. Skrzywił się, czując smak tej mikstury.

– Wiem. Straszna w smaku, ale musi pan ją wypić. Nie wolno się panu odwodnić.

Ebola zabija średnio połowę zarażonych osób. Nawet kiedy układ odpornościowy organizmu pokona samą chorobę, biegunka podczas swej najostrzejszej fazy często prowadzi do śmierci na skutek odwodnienia.

– Zaraz wrócę – obiecał Elim.

Na zewnątrz ostrożnie zdjął odzież ochronną. Wiedział, że nie mają jej wystarczająco dużo w szpitalu, żeby zabezpieczyć cały personel, który będzie musiał opiekować się mężczyzną. Rozpaczliwie potrzebowali wyposażenia i pomocy. Na razie musi odizolować chorego i poddać kwarantannie Lucasa, by stwierdzić, czy on też jest zarażony.

Lekarz zastanawiał się nad swoim kolejnym posunięciem, kiedy znowu usłyszał wołanie pielęgniarki.

Pospieszył do szpitalnej izby przyjęć, gdzie zastał kolejnego białego mężczyznę, opierającego się o framugę. Był starszy od tamtych dwóch, lecz też blady, spocony i śmierdziało od niego biegunką i wymiotami, jak od tego chorego.

– Czy on jest z tamtymi? – spytał Elim.

– Nie wiem – odparła pielęgniarka. – Przysłali go z lotniska.

– Proszę podnieść koszulę.

Mężczyzna zadarł koszulę, pod którą doktor dostrzegł rozległą wysypkę.

Elim sfotografował ją i wysłał mailem do Ministerstwa Zdrowia.

– Proszę zaprowadzić go do drugiego pokoju badań – zwrócił się do pielęgniarki. – Nie dotykać go. Trzymać się na dystans. Wyjść z pokoju. Nikt nie może tam wchodzić.

Wybrał numer Centrum Działań Kryzysowych przy kenijskim Ministerstwie Zdrowia.

– Dzwonię ze szpitala Referral w Manderze. Mamy problem – powiedział, uzyskawszy połączenie.

ROZDZIAŁ 2

Został pobity. To była jego pierwsza myśl po obudzeniu. Ból pulsował od żeber. Podniósł rękę i dotknął guza z lewej strony głowy, szybko jednak zabrał dłoń.

Leżał na wielkim, nieposłanym łóżku. Poranne słońce przesączało się przez przezroczyste firanki, oślepiając go i wywołując jeszcze większy ból głowy.

Zamknął oczy i odwrócił głowę.

Kilka sekund później powoli je otworzył. Na stoliku nocnym stała srebrna lampka i leżał mały bloczek papieru. W nagłówku widniał napis: Hotel Concord,Berlin.

Próbował sobie przypomnieć, kiedy się zameldował, ale nie pamiętał. Co gorsza nie wiedział, jaki jest dzień. Ani dlaczego znajdował się w Berlinie. Nie wiedział też, jak się nazywa. Co się ze mną stało?

Wstał i pokuśtykał do łazienki. Żebra bolały go przy każdym kroku. Ze spodni koloru khaki wyciągnął niebieską koszulę. Z lewej strony miał siniaka, granatowoczarnego pośrodku i zaczerwienionego na krawędziach.

Przejrzał się w lustrze. Patrzył na szczupłą, zadbaną twarz z wysokimi kośćmi policzkowymi. Blond grzywka sięgała brwi i trochę podwijała się na końcu. Miał lekką opaleniznę, lecz jego skóra i gładkie ręce nie pozostawiały wątpliwości, że wykonywał jakąś pracę biurową. Namacał guz na głowie. Był duży, ale cios nie rozerwał skóry.

Przeszukał swoje kieszenie i znalazł jedynie małą karteczkę wielkości wizytówki. Wyjął ją i obejrzał: 20-procentowa zniżka z Taniej i Dobrej Pralni Chemicznej.

Na odwrocie on sam – a może ktoś inny – napisał trzy linijki tekstu.

W pierwszej:

MÓROUCY GŹ

W drugiej:

7379623618

A trzecia linijka przedstawiała tylko trzy romby w nawiasach.

(<><><>)

Jakiś kod.

Za bardzo bolała go głowa, by mógł myśleć o kodach.

Położył kartkę na toaletce, wyszedł z łazienki i przeszedł przez sypialnię do pokoju dziennego, gdzie stanął jak wryty. Na podłodze leżał jakiś mężczyzna. Siny na twarzy. Nie oddychał.

Obok trupa przy drzwiach do apartamentu zobaczył białą kartkę. Rachunek za pobyt, który, jak wynikało z wydruku, rozpoczął się tydzień wcześniej, i wyliczał kilka dań zamówionych do pokoju oraz nienaruszony minibar.

Co najważniejsze, na górze strony wydrukowano imię i nazwisko gościa. Desmond Hughes. Od razu wiedział, że to jego nazwisko, jednak widząc je, nie poczuł żadnego przypływu wspomnień, lecz zaledwie pewność, że to on.

Mężczyzna na podłodze był wysoki i szczupły. Miał siwe, przerzedzone włosy obcięte na jeża. Ubrany był w ciemny garnitur i białą koszulę bez krawata. Jego muskularną szyję otaczał wianuszek siniaków.

Desmond ukląkł obok ciała i chciał sięgnąć do kieszeni spodni mężczyzny, lecz instynktownie zatrzymał się w pół ruchu. Spod biurka wyciągnął mały kosz na śmieci, wyjął plastikowy worek i wsadził go sobie na rękę, żeby nie pozostawić odcisków palców ani DNA.

W kieszeni mężczyzny znalazł portfel i kartę identyfikacyjną pracownika Rapture Therapeutics. Na karcie nie było zawodu, tylko imię i nazwisko: Günter Thorne. Zdjęcie pasowało do bladej twarzy leżącej na cienkim dywanie. Na jego niemieckim dowodzie i kartach kredytowych widniało to samo nazwisko.

Desmond wsunął wszystko do kieszeni mężczyzny i delikatnie odchylił połę jego marynarki, odsłaniając czarny pistolet w kaburze.

Przykucnął i poczuł ból w nogach. Wstał, próbując je rozciągnąć, i rozejrzał się po pokoju. Był nieskazitelnie czysty. Bez wątpienia niedawno posprzątany. Przeszukał go, ale nie znalazł żadnych wskazówek. Brakowało bagażu i ubrań w szafie. Mały sejf był otwarty i pusty. Nie znalazł nawet przyborów toaletowych.

Ponownie sprawdził rachunek. Żadnych telefonów.

Co to wszystko znaczyło? Wyglądało to tak, jakby przychodził tu jeść. Albo ukrywać się. Czy mieszkał w Berlinie? Gdyby nie ciało Güntera Thorne’a w pokoju dziennym, Desmond zadzwoniłby już do recepcji, żeby zamówić jakąś pomoc medyczną. Nie mógł tego zrobić, dopóki nie dowie się więcej. A miał tylko jeden trop.

Wrócił do łazienki i podniósł kupon z sekwencją liter i numerów. Kiedy na nie patrzył, uświadomił sobie coś na temat nawiasów. W zeznaniach finansowych oznaczały wartość ujemną – stratę. Sumę odjętą od rachunku bieżącego.

Skąd to wiedział? Zajmował się bankowością?

Usiadł na łóżku i wziął bloczek ze stolika. Jaki jest tu klucz? Odejmowanie? Strata. Minus.

W nawiasach były trzy romby. Więc trzy minusy, odjąć trzy. Tak – dolny wers musiał być kluczem, pierwsze dwa wiadomością. W głowie zaświtała mu nazwa szyfru: prosty szyfr podstawieniowy. Co więcej, to było przesunięcie cezariańskie, dawniej używane przez Juliusza Cezara w tajnej korespondencji.

Desmond od każdej litery odjął trzy, to samo zrobił z cyframi. Wyszło mu:

OSTRZEŻ JĄ

4046390385

Pomiędzy trzecią i szóstą cyfrę wstawił myślniki i otrzymał:

404–639–0385

Ostrzeż ją. I numer telefonu. Przed czym ją ostrzec? Przez drzwi pomiędzy sypialnią i pokojem dziennym spojrzał na martwego Thorne’a. Czyżby Rapture Therapeutics lub ten, kto przysłał Güntera do tego pokoju hotelowego, również nastawał na „jej” życie? A może to było niepowiązane ze sobą. Albo Desmond sam zastawił tu pułapkę na Güntera. Niewykluczone, że ona jest moją wspólniczką, pomyślał. W każdym razie coś powinna wiedzieć.

Desmond podniósł słuchawkę i wybrał numer.

Po trzecim sygnale odebrała jakaś kobieta i odezwała się półprzytomnym głosem.

– Shaw.

– Cześć. Tu… Desmond Hughes.

– Cześć – rzuciła, tym razem bardziej czujnie.

– Witam. – Nie wiedział, od czego zacząć. – Czy… spodziewałaś się mojego telefonu?

Westchnęła do słuchawki. Usłyszał jakiś szelest, chyba siadała w łóżku.

– O co ci chodzi, Desmondzie?

– Znamy się?

Teraz mówiła smutnym tonem.

– To nie jest śmieszne, Des.

– Słuchaj, czy możesz mi wyjaśnić, kim jesteś? Gdzie pracujesz? Proszę.

Cisza.

– Peyton Shaw. – Kiedy nic nie odpowiedział, dodała: – Pracuję teraz w CDC. Jestem epidemiolożką.

Rozległo się pukanie do drzwi apartamentu – trzy stanowcze uderzenia dochodzące z pokoju dziennego.

Desmond czekał i myślał. Zegar na stoliku nocnym wskazywał 7.34 rano. Za wcześnie na sprzątanie.

– Halo? – odezwała się Peyton.

Kolejne trzy uderzenia, tym razem głośniejsze, a zaraz potem męski głos.

– Polizei!

– Słuchaj, Peyton. Myślę, że grozi ci niebezpieczeństwo.

– Co? O czym mówisz?

Znowu pukanie, natarczywe, tak głośne, że mogłoby obudzić gości w sąsiednich pokojach.

– Polizei! Herr Hughes, bitte öffnen Sie die Tür.

– Zadzwonię później.

Odłożył słuchawkę i podbiegł do drzwi, nie zwracając uwagi na ból w nogach.

Przez wizjer zobaczył dwóch policjantów w mundurach i mężczyznę w ciemnym garniturze – prawdopodobnie ochroniarza hotelu.

Pracownik hotelu właśnie wyciągał klucz magnetyczny do pokoju.

ROZDZIAŁ 3

W Atlancie doktor Peyton Shaw usiadła na łóżku z bezprzewodowym telefonem przy uchu.

– Desmondzie?

Połączenie zostało jednak przerwane.

Odłożyła słuchawkę i czekała, spodziewając się, że Desmond zaraz zadzwoni ponownie.

Była 1.43 w nocy z soboty na niedzielę, ona była sama w domu i spała już od trzech godzin. To znaczy teraz już nie spała, bo została wytrącona z równowagi.

Poczuła naglącą potrzebę rozejrzenia się po swoim dwupokojowym mieszkaniu, by upewnić się, że nie ma w nim nikogo prócz niej. Mieszkała sama, odkąd jako dwudziestolatka przeprowadziła się do Atlanty i, poza kilkoma wyjątkami, zawsze czuła się bezpiecznie.

Wzięła telefon komórkowy, wstała z łóżka i ostrożnie wyszła z sypialni. Co kilka sekund zimna drewniana podłoga skrzypiała w zetknięciu z jej stopami. Drzwi wejściowe były zamknięte, zasuwka zasunięta. Drzwi do drugiego pokoju, w którym urządziła domowe biuro, były również zamknięte, odgrodzone od reszty mieszkania – pokoju z aneksem kuchennym. Już dawno temu odkryła, że zdjęcia epidemii z różnych stron świata są zabójcze dla miłej atmosfery, gdy przychodzą goście lub znajomi mężczyźni, więc zawsze zamykała swoje biuro.

Przez okna sięgające od podłogi do sufitu wyjrzała na ulicę Peachtree, która o tej porze zwykle była opustoszała. Poczuła chłód od szyb, było zimniej niż zwykle pod koniec listopada.

Czekała w nadziei, że telefon domowy znowu zadzwoni. Wiele razy rozważała rezygnację z linii naziemnej, ale niektórzy znajomi mieli jeszcze jej numer, poza tym z niezrozumiałych dla niej powodów rachunki za telewizję kablową i Internet były niższe, gdy miało się domowy telefon.

Przejechała dłonią po brązowych, sięgających ramion włosach. Jej mama była w połowie Chinką, w połowie Niemką i obie miały porcelanową barwę skóry. Nie wiedziała dokładnie, skąd pochodził ojciec, który był Anglikiem i umarł, gdy miała sześć lat.

Usiadła na szarej sofie i podwinęła pod siebie lodowate stopy, żeby je ogrzać. Na telefonie komórkowym zrobiła coś, czego miała już nigdy nie robić: otworzyła Google i wyszukała Desmonda Hughesa. Jego głos nią wstrząsnął. A ostatnie słowa: „Myślę, że grozi ci niebezpieczeństwo”, wciąż dźwięczały jej w uszach.

Pierwszy link prowadził do strony internetowej Icarus Capital, funduszu venture capital. Desmond był wymieniony na stronie Nasi pracownicy jako założyciel i partner zarządzający. Miał pewny siebie uśmiech, być może nawet nieco arogancki.

Kliknęła na stronę Inwestycje i przeczytała wstęp:

Mówi się, że liczy się teraźniejszość. W Icarus Capital nie zgadzamy się z tym. Uważamy, że liczy się przyszłość. Dlatego inwestujemy w przyszłość. A raczej w ludzi, którzy wymyślają przyszłość. Oto niektórzy z nich i ich firmy. Jeśli sam wymyślasz przyszłość, skontaktuj się z nami. Pomożemy ci.

Peyton rzuciła okiem na listę firm: Rapture Therapeutics, Phaethon Genetics, Rendition Games, Cedar Creek Entertainment, Rook Quantum Sciences, Extinction Parks, Labyrinth Reality, CityForge i Charter Antarctica.

Żadna z nazw nic jej nie mówiła.

Kliknęła w kolejny link z wyników wyszukiwania i trafiła na film przedstawiający Desmonda na jakiejś konferencji. Osoba przeprowadzająca z nim wywiad zadała pytanie:

– Icarus zainwestował w doprawdy eklektyczny miks start-upów, a także ekstremalne miejsca wczasowe takie jak Antarktyka. Czy jest jakaś nić wiążąca te wszystkie inwestycje? Czy mógłby pan opowiedzieć przedsiębiorcom zgromadzonym na sali, jakie cechy start-upów są dla państwa atrakcyjne?

Siedząc w fotelu klubowym na scenie, Desmond ujął mikrofon i odpowiedział spokojnie, lecz z zaraźliwym entuzjazmem. Kąciki jego ust wyginały się ku górze. Miał skupiony wzrok i nie mrugał.

– Cóż, jak pan mówi, trudno jest skategoryzować dokładnie, jakiego typu firm poszukujemy. Mogę jednak powiedzieć, że każdy biznes, w który inwestujemy, jest częścią większego, złożonego eksperymentu.

Jego rozmówca uniósł brwi.

– Interesujące. A jaki to eksperyment?

– Eksperyment naukowy, który ma dać odpowiedź na bardzo ważne pytanie.

– Które brzmi?

– Dlaczego istniejemy?

Moderator udał zaskoczenie i zwrócił się do zebranych.

– Czy to wszystko?

Publiczność zaśmiała się, Desmond również.

Następnie pochylił się do przodu na fotelu, zerknął na moderatora, po czym skupił się na kamerze.

– Okej, chyba warto podkreślić, że wielu z was zgromadzonych tutaj na sali i oglądających to nagranie doszłoby do wniosku, że odpowiedź na to pytanie jest prosta: istniejemy, ponieważ właściwości fizyczne tej planety pozwalają podtrzymać życie biologiczne, więc pod względem biologicznym to nieuniknione, że istniejemy w środowisku ziemskim. To prawda, ale prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego? Dlaczego wszechświat wspiera życie biologiczne? Do kiedy tak będzie? Jaki los czeka ludzkość? Wierzę, że istnieje jakaś odpowiedź.

– Och. To zabrzmiało prawie jak wypowiedź osoby wierzącej.

– Bo taką jestem. Jestem przepełniony wiarą. Wierzę, że wokół nas zachodzi jakiś doniosły proces, z którego dostrzegamy zaledwie niewielki wycinek.

– Sądzi pan, że technologia, którą finansuje Icarus, dostarczy nam tej ostatecznej prawdy?

– Postawiłbym na to swoje życie.

Peyton właśnie usnęła, kiedy obudził ją jakiś hałas dochodzący ze stolika nocnego. Zamarła, nasłuchując, ale dźwięk nagle się urwał.

Znowu się rozległ: coś ocierało się o blat.

Wibracja.

Pod kloszem lampki zaświecił się telefon, rzucając blask na sufit.

Odetchnęła, wzięła wibrujący telefon i sprawdziła godzinę – 3.35 nad ranem. Nie rozpoznała numeru, ale znała kierunkowy państwa, skąd do niej dzwoniono. 41. Szwajcaria.

Natychmiast odebrała.

– Peyton, przepraszam, że cię budzę – powiedział doktor Jonas Becker.

Niemiecki epidemiolog stał na czele zespołu szybkiego reagowania Światowej Organizacji Zdrowia. Peyton zajmowała podobne stanowisko w CDC. Pracowali razem wiele razy w gorących strefach na całym świecie i przez ten czas dość mocno się zżyli.

– W porządku. Co się stało?

– Właśnie wysłałem ci mail.

– Poczekaj.

Bose stopy zastukały w drewnianą podłogę, gdy pobiegła do drugiego pokoju. Usiadła przy tanim biurku z Ikei, otworzyła laptopa, uruchomiła sieć VPN i otworzyła link do swojego terminala w CDC.

Przeglądała zdjęcia dołączone do wiadomości, w myślach odnotowując każdy szczegół.

– Widzę – powiedziała.

– Kilka godzin temu dostaliśmy je od kenijskiego Ministerstwa Zdrowia. Zrobił je lekarz w szpitalu regionalnym w Manderze.

Peyton nigdy nie słyszała o Manderze. Otworzyła mapy Google i sprawdziła, że leży na północnym wschodzie Kenii, tuż przy granicy z Somalią i Etiopią. Najgorsze możliwe miejsce na wybuch epidemii.

– To chyba jakiś rodzaj gorączki krwotocznej – ocenił Jonas. – W regionie występuje gorączka Doliny Ryftowej. A także ebola i choroba marburska. Po epidemii eboli w Afryce Zachodniej wszyscy podchodzą tam poważnie do tematu. Dzwonili już do mnie z biura dyrektora generalnego.

– Czy to jedyne znane przypadki?

– W tej chwili tak.

– Co o nich wiemy? – spytała Peyton.

– Niewiele. Wszyscy trzej mężczyźni twierdzą, że są mieszkańcami Zachodu przebywającymi czasowo w Kenii.

To przyciągnęło uwagę Peyton.

– Dwaj młodsi są Amerykanami. Niedawno ukończyli studia na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapel Hill. Przyjechali do Kenii jako przedstawiciele jakiegoś start-upu. Ten trzeci jest z Londynu. Pracuje w brytyjskiej firmie montującej systemy radarowe.

– Jakiego rodzaju systemy radarowe?

– Do kontroli ruchu powietrznego. Pracował na lotnisku w Manderze, kiedy zachorował.

– Mają lotnisko?

– Można tak powiedzieć. Dawniej to był tylko jeden pas startowy, lecz kilka miesięcy temu rząd rozbudował infrastrukturę: utwardzili pas, zakupili lepszy sprzęt. Otwarcie nastąpiło w zeszłym tygodniu.

Peyton masowała skronie. Lotnisko działające w gorącej strefie było koszmarnym scenariuszem.

– Wysyłamy zapytania o lotnisko, ruch, kto był na ceremonii otwarcia, o innych obcokrajowców, którzy mogli pracować przy projekcie. Skontaktowaliśmy się również z Public Health England[2] i już nad tym pracują. U nich jest teraz za dwadzieścia dziewiąta rano, więc wkrótce skontaktują się z rodziną Brytyjczyka i jego współpracownikami. Kiedy dowiemy się, od jak dawna przebywa w Kenii, postanowimy, czy objąć ich kwarantanną.

Peyton rzuciła okiem na tekst wiadomości i zauważyła nazwiska dwóch młodszych mężczyzn.

– Zaczniemy namierzać kontakty Amerykanów, sprawdzimy, czy uda nam się prześledzić, gdzie byli i jak długo przebywają w Kenii. Co jeszcze możemy zrobić?

– To na razie wszystko. Kenijczycy nie zwrócili się jeszcze o pomoc, ale jeśli sprawy potoczą się podobnie jak w Afryce Zachodniej, to lepiej przyjąć, że będą potrzebowali naszego wsparcia.

Wsparcie oznaczało pieniądze i zaopatrzenie. Podczas wybuchu epidemii eboli w Afryce Zachodniej CDC dostarczyło setki ludzi i sprzęt, w tym odzież ochronną, tysiące worków na ciała i niezliczone zestawy do przeprowadzania badań.

– Porozmawiam z Elliottem – powiedziała Peyton. – Włączymy stanową i amerykańską Agencję Rozwoju Międzynarodowego[3].

– I jeszcze coś. Właśnie odbyliśmy naradę dotyczącą bezpieczeństwa w regionie. Hrabstwo Mandery jest bardzo niebezpiecznym miejscem. Działa tam organizacja terrorystyczna Asz-Szabab. Są równie brutalni jak ISIS, nie kochają Amerykanów i kiedy dowiedzą się, że działacie w okolicy, mogą stać się jeszcze bardziej niebezpieczni. Późnym wieczorem będziemy w Nairobi i pomyślałem, że tam poczekamy na wasz zespół. Możemy dostać eskortę wojskową od Kenijczyków i razem ruszyć na północ.

– Zanim tam dotrzemy, będzie sobota.

– Nie szkodzi, poczekamy. Jest dużo do zrobienia w Nairobi.

– Świetnie. Dziękuję, Jonasie.

– Bezpiecznej podróży.

Peyton odłożyła telefon na biurku, wstała i popatrzyła na mapę świata, która wisiała na ścianie. Kolorowe pinezki wbite były w każdy kontynent. Każda z nich, oprócz jednej, symbolizowała wybuch epidemii. We wschodniej Ugandzie, wzdłuż granicy z Kenią, pośrodku Parku Narodowego Mount Elgon, wisiała srebrna przypinka. Przedstawiała laskę z owiniętym wokół niej wężem – tradycyjny symbol lekarzy zwany laską Eskulapa, najczęściej widywany w środku sześcioramiennej Gwiazdy Życia na ambulansach. Przypinka należała do brata Peyton, Andrew. To Andrew zainspirował ją do tego, że podjęła pracę epidemiologa, i zawsze zabierała ze sobą przypinkę, gdy udawała się w teren. To jedyne, co jej po nim zostało.

Zdjęła z mapy srebrną pamiątkę, włożyła ją do kieszeni i wetknęła czerwoną pinezkę w miejsce spotykania się Kenii, Etiopii i Somalii, zaznaczając punkt, gdzie wybuchła epidemia gorączki krwotocznej.

Zawsze miała spakowane torby: bagaż w podróż do krajów rozwiniętych i Trzeciego Świata. Wzięła tę przeznaczoną na wyjazd do Trzeciego Świata i dołożyła zasilacze działające w Kenii.

Jak tylko wszystko trochę się uspokoi, będzie musiała zadzwonić do matki i siostry, żeby powiedzieć im o wyjeździe. Za cztery dni przypadało Święto Dziękczynienia i Peyton miała przeczucie, że ominie ją rodzinna uroczystość.

Nie chciała tego przyznać, ale w pewnym sensie czuła ulgę. Siostra, Madison, była jej jedynym żyjącym rodzeństwem. Śmierć brata zbliżyła je do siebie, ale ostatnio każda rozmowa z Madison kończyła się tym, że siostra pytała Peyton, dlaczego z nikim się nie umawia, i utyskiwała, że jej szanse na założenie rodziny coraz bardziej maleją. Trzydziestoośmioletnia Peyton musiała jej przyznać rację, ale właściwie nie była do końca przekonana, że chciałaby założyć rodzinę. W zasadzie nie była nawet pewna, czy chciała jakiegoś życia poza pracą. Praca stała się jej życiem i wierzyła, że to, co robi, jest ważne. Lubiła telefony w środku nocy. Tajemnicę, jaką niósł za sobą każdy wybuch epidemii, świadomość, że dzięki ciężkiej pracy ratuje ludzkie życia oraz że każda sekunda ma znaczenie.

Zegar już zaczął odliczanie.

Na ulicy pod domem mężczyzna siedzący w samochodzie obserwował, jak Peyton wyjeżdża z podziemnego parkingu.

Uruchamiając samochód, odezwał się do słuchawki.

– Obiekt się porusza. Żadnych gości. Żadnych wiadomości tekstowych. Jedynie jeden telefon od jej kontaktu w WHO.

[2] Public Health England – instytucja podlegająca Ministerstwu Zdrowia, której zadaniem jest m.in. ochrona epidemiologiczna.

[3] United States Agency for International Development (USAID)

ROZDZIAŁ 4

Desmond widział przez wizjer w drzwiach, jak ochroniarz hotelowy zbliża kartę magnetyczną do zamka. Dwóch mundurowych stało obok niego z rękami na biodrach.

Zamknął drzwi na zasuwę, żeby nie mogli otworzyć drzwi.

– Jeszcze chwilę – powiedział po angielsku, przybierając głos osoby zirytowanej. – Jestem nieubrany.

– Proszę się pospieszyć, panie Hughes – odparł ochroniarz.

Desmond patrzył na zwłoki na podłodze.

W głowie rozważał różne scenariusze.

Pierwszy: ucieczka przez okno. Podszedł do wysokiego okna. Znajdował się co najmniej na dziesiątym piętrze, nie było schodów pożarowych ani innych możliwości dostania się ziemię w jednym, nieroztrzaskanym kawałku. Poza tym wyglądało na to, że okno w ogóle się nie otwierało.

Drugi: próbować uciec korytarzem. Uznał, że ma zero procent szans na powodzenie. Nie był w formie, by wyminąć trzech czekających mężczyzn i im umknąć.

Zatem pozostaje scenariusz trzeci: ukrycie ciała i stawienie czoła tej sytuacji.

Ale gdzie?

W pokoju dziennym stało biurko, krzesło biurowe, sofa, dodatkowe krzesło i zestaw telewizyjny. Kaloryfery były pod wysokimi oknami i zasłonami sięgającymi podłogi. Szerokie przejście z podwójnymi drzwiami prowadziło do sypialni, w której znajdowało się duże łóżko i dwa stoliki nocne, okno z kaloryferem pod nim oraz szafa. Do wąskiej łazienki można było wejść tylko z sypialni.

Desmond szybko podjął decyzję.

Ból przeszył całe jego ciało, gdy podniósł trupa. Jego żebra ostro zaprotestowały, w pewnym momencie zabrakło mu tchu. Mężczyzna był wysoki, podobnego wzrostu jak Desmond, czyli miał z metr osiemdziesiąt, lecz na szczęście był szczupły. Prawdopodobnie ważył tylko jakieś siedemdziesiąt kilo, ale gdy go Desmond dźwignął, odniósł wrażenie, że raczej dwa razy tyle. Zadziałało stężenie pośmiertne. Günter Thorne nie żył od kilku godzin.

Ciągnąc ciało, Desmond zastanawiał się, ile czasu potrzeba, by nastąpiło zesztywnienie. Jednak najbardziej dręczyło go to, że w ogóle nie przyszło mu do głowy, by otworzyć drzwi, wpuścić policjantów i wyjaśnić im sytuację, w jakiej się znalazł. Tak jakby podświadomie wiedział, że jest kimś, kto powinien unikać policji, że ma coś do ukrycia. Że jeśli wszystkie fakty wyjdą na światło dzienne, nie skończy się to dla niego dobrze. Teraz potrzebował swobody działania. Musiał dowiedzieć się, co się z nim stało.

Pocił się i sapał, kiedy znowu zapukali. Osuszył twarz, podbiegł do drzwi, uchylił je i wyjrzał podejrzliwie.

– Słucham?

– Możemy wejść, panie Hughes? – zapytał ochroniarz.

Odmowa wzbudziłaby ich podejrzliwość, więc Desmond nie mógł rozmawiać z nimi przez drzwi. Bez słowa otworzył je szerzej.

Trzej mężczyźni weszli do środka i rozejrzeli się po pokoju. Jeden z funkcjonariuszy poszedł do sypialni i zbliżył się do szafy i łazienki. Drzwi do obu były zamknięte.

– O co chodzi? – zapytał Desmond.

– Zostaliśmy powiadomieni o zakłóceniu spokoju – powiedział policjant w pokoju dziennym, nie patrząc mu w oczy. Zajrzał za sofę, potem za telewizor. Chyba on tu dowodził.

Przez drzwi prowadzące do sypialni Desmond widział, jak drugi mundurowy patrzy na drzwi szafy. Podniósł rękę, otworzył je i znieruchomiał na chwilę. Jego wzrok wędrował od podłogi po sufit. Odwrócił się w stronę Desmonda.

– Żadnego bagażu?

– Odesłałem go już na dół – wyjaśnił szybko, starając się sprawiać wrażenie zniecierpliwionego. Musiał odwrócić role, przejść do ofensywy, żeby wyprosić ich z pokoju. – Jakiego rodzaju zakłócenia? Czy jesteście pewni, że trafiliście do właściwego pokoju?

Policjant w pokoju dziennym chyba już zakończył przeszukanie. Skierował swoją uwagę na Desmonda.

– Przyjechał pan w interesach czy dla przyjemności, panie Hughes?

– Jedno i drugie.

– Czym się pan zajmuje?

– Technologią – odparł wymijająco. – Słuchajcie, czy znalazłem się w niebezpieczeństwie? Czy powinienem zadzwonić do ambasady amerykańskiej? – Po każdym zdaniu podnosił głos, jak ktoś, kogo ogarnia panika. – Czy przynajmniej możecie mi powiedzieć, o co tu chodzi?

– Jak długo jest pan w Berlinie, panie Hughes?

– Od tygodnia. Jakie to ma znaczenie?

Policjant był niewzruszony. To na niego nie działało.

Kątem oka zobaczył, że ten drugi ustawia się po lewej stronie drzwi łazienki, jedną dłoń trzyma na pistolecie, drugą wyciąga do klamki.

Desmond zmienił taktykę. Skupił się na ochroniarzu hotelowym i powiedział szybko:

– Jak pan wie, to znajdzie się w mojej opinii na stronie hotelu. – Mężczyzna szerzej otworzył oczy. – Tak, oczywiście – naciskał Desmond. – Sądzę, że zatytułuję recenzję: Zatrzymaj się tutaj, jeśli chcesz zostać przesłuchany w gestapowskim stylu i zależy ci na gównianym wi-fi.

Ochroniarz popatrzył na policjanta.

– Skończył pan?

Desmond słyszał skrzypienie otwieranych drzwi łazienki. Sekundę później zapaliły się światła. Policjant popatrzył na swojego partnera i pracownika hotelu. Stojąc w tym samym miejscu, nadal z ręką na broni, szybko pokręcił głową.

– Tak. Skończyliśmy – powiedział drugi funkcjonariusz. – Bardzo przepraszamy za niedogodności, panie Hughes. Miłego pobytu w Berlinie.

Trzej mężczyźni podeszli do drzwi. Ochroniarz właśnie chwycił za klamkę, gdy w apartamencie rozległ się dziwny dźwięk: skóry ślizgającej się po szkle. Pisk ustał, trzej mężczyźni zastygli na swoich miejscach, a następnie odwrócili się przodem do Desmonda. Niestety, grawitacja przejęła stery i pociągnęła ciało martwego Güntera Thorne’a na podłogę. Desmond oparł go o szybę w rogu pokoju i przykrył zasłonami, lecz teraz trup się uwolnił. Jego twarz przesunęła się po szybie, a sekundę później poleciała reszta ciała, uderzając najpierw w kaloryfer, a potem waląc się z hukiem na podłogę.

Desmond nie wahał się ani chwili. Rzucił się do przodu, w mniej niż sekundę pokonując odległość dzielącą go od trzech mężczyzn. Zamachnął się prawą ręką, wkładając w to całą siłę, i uderzył jednego pod lewe oko. Głowa gliniarza poleciała do tyłu i grzmotnęła w metalową framugę drzwi. Nokaut.

Desmond przetoczył się i stanął przy ochroniarzu, który znajdował się pomiędzy policjantami. Przytrzymał mu ręce. Drugi funkcjonariusz podniósł broń, ale Desmond szybko wykonał obrót o sto osiemdziesiąt stopni i wbił łokieć w czoło mężczyzny. Ten zatoczył się na drewniane drzwi, po czym nieprzytomny upadł na twarz, a broń wysunęła mu się z ręki. Desmond chwycił ją i wycelował w ochroniarza.

– Ręce do góry. Odsuń się od drzwi.

Ręce mężczyzny drżały, gdy je podniósł.

– Nie chcę zrobić ci krzywdy, ale jeśli krzykniesz, strzelę. Rozumiesz?

Pracownik hotelu potaknął.

– Dlaczego tu przyszliście?

– Było, jak mówili, mieliśmy telefon.

– Kto zadzwonił?

Pokręcił głową.

– Nie wiem…

– Kto?

– Mówili, że to było anonimowe zawiadomienie.

– Czy jest ich więcej na dole?

– Nie wiem…

– Nie kłam! – powiedział Desmond, podnosząc pistolet.

Mężczyzna zamknął oczy.

– Przyjechały dwa samochody. Nie wiem, czy wszyscy wysiedli.

– Odwróć się.

Ochroniarz się nie ruszył.

– No już.

Facet powoli się odwrócił, ręce mu drżały. Desmond zabezpieczył broń i zdzielił go pistoletem w głowę. Ochroniarz upadł.

Odciągnął ciało od drzwi, następnie wyjął magazynek z pistoletu, upewnił się, że w komorze nie ma naboju i że broń jest zabezpieczona. Wyciągnął koszulę ze spodni i wetknął broń za pas, po czym zabrał policjantom zapasowe magazynki. Zabrał też legitymację policyjną młodszemu z nich oraz sprzęt łącznościowy ochroniarza. Wetknął w ucho słuchawkę i przez chwilę przysłuchiwał się dochodzącym dźwiękom. Było ich niewiele i w języku niemieckim, ale większość udało mu się zrozumieć.

Musiał podjąć jakąś decyzję: schody lub winda. Drzwi frontowe czy boczne.

Każda droga miała wady i zalety. Gdyby zbiegał po schodach, zwróciłby na siebie uwagę tego, kto obserwował nagrania z kamer, wyjście bocznymi drzwiami też byłoby podejrzane. Wobec tego: winda i drzwi frontowe.

Zabrał całą gotówkę, jaką mieli przy sobie mężczyźni – w sumie trzysta dwanaście euro. Potrzebował pieniędzy, żeby uciec, a ponieważ już teraz można mu było zarzucić stawianie oporu przy aresztowaniu, napaść na policjanta oraz morderstwo, to rabunek nie skomplikuje za bardzo jego sytuacji.

Po wyjściu na korytarz swobodnym krokiem doszedł do windy i nacisnął guzik. Otworzyła się po kilku sekundach. W środku była siwowłosa kobieta, która go nie rozpoznała.

Gdy jechał na dół, nie słyszał żadnych rozmów na kanale ochrony. Kiedy drzwi się otworzyły na hol, Desmond przepuścił kobietę przodem.

Wreszcie jakiś głos odezwał się po niemiecku.

– Gerhardt, jesteś jeszcze w pokoju tysiąc dwieście siedem?

Desmond schował się za kobietą.

– Gerhardt, odezwij się.

Przy obrotowych drzwiach stało dwóch mundurowych, uśmiechali się i rozmawiali. Znajdowali się parę metrów od niego. Kiedy zobaczyli Desmonda, ucichli.

ROZDZIAŁ 5

Peyton dotarła do siedziby CDC przed czwartą rano. Kampus, choć związany z Atlantą, znajdował się tuż za granicami miasta, na północnym wschodzie w bogatej dzielnicy Druid Hills w hrabstwie DeKalb. Organizacja poprzedzająca CDC została założona w Atlancie z jednego prostego powodu: żeby zwalczać malarię. W tamtych czasach, w lipcu 1946 roku, ta choroba stanowiła największe zagrożenie dla zdrowia publicznego w Ameryce, zwłaszcza na gorącym, dusznym południowym wschodzie kraju. Centralne położenie w regionie najczęstszego występowania malarii było ważną zaletą.

Kiedy Peyton zaczęła pracę w CDC, wejście do budynku nie stanowiło żadnego problemu – wystarczyło tylko przeciągnąć kartę. Teraz środki bezpieczeństwa znacznie zaostrzono i obejmowały przejście przez bramkę i przeszukanie. Wiedziała, że ochrona jest ważna, ale nadal była zaniepokojona i chciała już rozpocząć pracę. Liczyła się każda sekunda.

Gdy została sprawdzona przez strażników, udała się bezpośrednio do Centrum Operacji Kryzysowych, skąd kierowano działaniami podczas wybuchu epidemii. Główna sala COK wyglądała jak centrum kontroli lotów kosmicznych w NASA, znajdowały się tam rzędy połączonych ze sobą biurek z płaskimi monitorami. Na zajmującym całą ścianę ekranie wyświetlała się mapa świata oraz zestawienia bieżących operacji. COK mogło pomieścić dwieście trzydzieści osób w systemie trzyzmianowym i wkrótce zacznie wypełniać się ludźmi. Nawet o tak wczesnej godzinie kilkunastu pracowników siedziało za biurkami, rozmawiając przez telefon bądź wystukując coś na klawiaturach.

Peyton przywitała się z tymi, których znała, i zapytała o najnowsze doniesienia. Duża sala konferencyjna należąca do COK była pogrążona w ciemności, ale na drzwiach wisiała kartka zawiadamiająca, że spotkanie całego personelu w sprawie wybuchu epidemii w Manderze odbędzie się o ósmej.

Na ścianie widniał odpowiedni kolor kodu wskazujący bieżący poziom zagrożenia. Były trzy możliwe poziomy: czerwony oznaczał pierwszy – najwyższy, najbardziej krytyczny. Żółty wskazywał drugi, zielony – trzeci. Obecnie stan zagrożenia szacowano na kod żółty, co oznaczało, że Wydziały Operacji Kryzysowych działające przy COK w CDC będą wzywać personel i wysyłać wsparcie w miejsca dotknięte epidemią. Peyton ucieszyła się z takiego stanu rzeczy.

W swoim biurze zaczęła przygotowania do wyjazdu. W torbie miała podstawowy zestaw przydatny podczas badań w terenie: ubrania, przybory toaletowe, GPS, krem przeciwsłoneczny, fartuchy, rękawiczki, okulary ochronne, przenośny projektor i gotowe posiłki. Gotowe posiłki były szczególnie ważne podczas wyjazdów do krajów Trzeciego Świata; zwykle lokalne jedzenie i woda były wylęgarnią patogenu, z którym walczyli.

Peyton szybko złożyła zamówienie na inne rzeczy, których jej zespół będzie potrzebował w Manderze, w tym odpowiednie leki, moskitiery, środki odstraszające owady oraz nakładki SatSleeve, które montuje się do smartfonów, żeby mogły działać jak telefony satelitarne z dostępem do danych. Takie nakładki pozwolą członkom zespołu na zachowanie swoich numerów telefonów i kontaktów, a także na dostęp do poczty elektronicznej i innych danych. Zrobienie zdjęcia w terenie i natychmiastowe dodanie go do bazy może zmienić kierunek działań, a co się z tym wiąże, ocalić ludziom życie.

Następnie zaczęła przygotowywać pakiety dla zespołu. Wydrukowała mapy Mandery oraz pobliskich terenów, sporządziła listę kontaktów w biurze terenowym CDC w Kenii, w ambasadzie amerykańskiej, COK, WHO w Kenii oraz kenijskim Ministerstwie Zdrowia. Odnalazła kwestionariusz, którego używała w terenie podczas epidemii eboli w Afryce Zachodniej, i dokonała w nim kilku zmian, dostosowując pytania do regionu. Wydrukowała setki kopii. Niektórzy epidemiolodzy woleli chodzić w teren bez żadnych papierów, ale ona nadal preferowała stare, dobre wydruki: nigdy się nie psuły, nie padały im baterie, a czający się przy drogach bandyci nie byli tak zainteresowani dokumentami jak tabletami. Papier się sprawdzał.

Pozostawała najważniejsza decyzja: personel.

Ktoś cicho zapukał do otwartych drzwi jej biura, odwróciła się i zobaczyła, że o framugę opiera się jej przełożony, Elliott Shapiro.

– Cześć – powiedziała.

– Jak to się dzieje, że zawsze jesteś tu tak szybko?

– Śpię z jednym otwartym okiem.

Uśmiechnął się.

– Dobrze. Nad czym pracujesz?

– Nad personelem.

– Świetnie. Widziałaś zdjęcia?

– Tak.

– Źle to wygląda.

– Fatalnie. Naprawdę musimy tam jechać – rzekła Peyton. – Jeśli przedostanie się do Nairobi, zrobi się gorąco.

– Zgadzam się. Podzwonię w kilka miejsc, zobaczę, czy uda się dotrzeć tam szybciej.

– Dzięki.

– Dzwoń, jak będziesz mnie potrzebowała – dodał, wychodząc z jej biura.

– Jasne.

W firmowej książce telefonicznej Peyton sprawdziła numer telefonu do Josepha Ruto, współpracownika, którego nigdy nie poznała osobiście. Ruto stał na czele jednostki CDC działającej w Kenii. Miał tam stu siedemdziesięciu dwóch ludzi, zarówno pracowników amerykańskich, jak i Kenijczyków. Większość była zatrudniona w biurze CDC w Nairobi, gdzie koordynowali swoje działania z Ministerstwem Zdrowia.

Peyton przeczytała wewnętrzne raporty pisane przez Ruta. Miała już do niego zadzwonić, gdy wpadła na pewien pomysł, który mógł ocalić życie jednego, a może nawet obu Amerykanów. Szybko sprawdziła kilka rzeczy i upewniła się, że jest to wykonalne. Może nawet uda się zapobiec rozprzestrzenieniu się patogenu do Nairobi.

Elliott ponownie pojawił się w jej drzwiach.

– Zrobiłem sobie przerwę. Wojsko podrzuci cię do Nairobi.

– Świetnie.

– Nie będzie to lot pierwszą klasą. To samolot przewożący wojsko i sprzęt, ale możesz z nimi lecieć. Zabiorą cię z bazy lotniczej Dobbinsa o wpół do drugiej. To w Marietcie. Pojedziesz I-75/85, potem będziesz trzymała się 75 i zjedziesz zjazdem 261. Na pewno trafisz.

Elliott zawsze mówił jej, jak ma jechać, chociaż samochody wyposażano w GPS, nawet gdy udawała się w miejsca, które znała, jak na przykład lotnisko Dobbinsa. Nigdy mu nie przerywała; po prostu potakiwała i robiła szybką notatkę. Domyślała się, że to wynika z różnic pokoleniowych, z tego, że jej szef nie dorastał z telefonem komórkowym przyklejonym do ręki i mapami Google. To było jedno z wielu dziwactw Elliotta, które Peyton nauczyła się tolerować, a nawet lubić.

– Jeśli mowa o samolotach – powiedziała – to chciałabym zasięgnąć twojej rady. Jeden z Amerykanów, Lucas Turner, nie miał objawów, kiedy przybył do Mandery. Zakładając, że był w bliskim kontakcie z tym drugim, i przyjmując, że mamy do czynienia z gorączką krwotoczną, sądzę, że i u niego powinniśmy się spodziewać wystąpienia objawów.

– Słusznie.

– Chciałabym opracować plan opieki nad nim. Jeśli zacznie chorować, nie możemy leczyć go w Manderze. Możemy rozważać szpitale Dani Beach i Kenyatta National w Nairobi, ale nie faworyzowałabym żadnego z nich, bo ryzykujemy rozprzestrzenienie infekcji na personel i okolice.

– Chcesz go sprowadzić tutaj.

– Tak.

Elliott zmarszczył brwi.

– Co wymyśliłaś?

– Chcę, żeby ambulans powietrzny towarzyszył nam do Nairobi, a potem poleciał do Mandery i czekał w pogotowiu. Jeśli u Turnera pojawi się wysoka gorączka, zabierze go do Emory.

Szpital uniwersytecki Emory znajdował się w pobliżu CDC na Clifton Road – personel CDC mógł tam dotrzeć pieszo. Mieli specjalny oddział (jeden z czterech takich w Stanach Zjednoczonych), na który mogli przyjmować pacjentów zarażonych ebolą i innymi patogenami czwartego poziomu biobezpieczeństwa. Z dużym powodzeniem wykorzystywano go w leczeniu Amerykanów zarażonych ebolą podczas epidemii w 2014 roku.

– Sam nie wiem, Peyton. Sprowadzanie pacjenta z niezidentyfikowaną, śmiertelną chorobą zakaźną do Stanów? Jeśli to się rozniesie, prasa napędzi wszystkim strachu.

– Ale niewykluczone, że ocalimy mu życie. Poza tym możemy przywieźć krew, ślinę i próbki tkanek od innych zarażonych. Przebadamy je tutaj, w laboratorium BSL-4. Tym samym nie dostaną się do Nairobi, co pozwoli Kenijczykom ukryć wybuch epidemii, na czym, jak wiemy, bardzo im zależy. Za jednym zamachem możemy uratować komuś życie i dać sobie więcej czasu na ustalenie, z czym mamy do czynienia.

Elliott skinął głową i przeciągle westchnął.

– Dobrze, ale muszę uzyskać zgodę dyrektora, to on będzie musiał podjąć decyzję i radzić sobie z mediami, jeśli coś pójdzie nie po naszej myśli. Ale ode mnie masz pełne poparcie.

– Dzięki.

– A co z tym drugim Amerykaninem? – spytał Elliott.

– Trudna sprawa. Był w stanie krytycznym, kiedy zjawił się w Manderze, i wydaje mi się, że przywożenie go do Stanów to zły pomysł. Mówimy o podróży trwającej około osiemnastu godzin, pewnie nawet więcej. Umarłby podczas lotu. Zwalczenie infekcji to jego jedyna szansa. Zabiorę ze sobą ZMapp.

ZMapp był jedynym dostępnym lekiem na ebolę; przyniósł efekty podczas leczenia kilku lekarzy, którzy zarazili się chorobą w 2014 roku, ale jeszcze nie przeszedł testów klinicznych na ludziach. Skutki jego działania nie zostały dobrze poznane.

Elliott potaknął.

– Chcesz, bym załatwił zgodę bliskich na leczenie?

– Tak, proszę. Pacjenci muszą być w stabilnym stanie, żeby udzielić wiążącej prawnie zgody.

– Zaraz zajmę się sprawdzeniem jego rodziny. – Elliott zerknął na dokumenty rozrzucone na biurku. – Wybrałaś już zespół?

– Prawie – powiedziała Peyton. – Jesteś gotowy na konferencję?

– Nie przygotuje mnie na nią żadna ilość kawy.

ROZDZIAŁ 6

Idąc po marmurowej podłodze holu, Desmond uświadomił sobie, dlaczego policjanci na niego patrzyli: ponieważ on patrzył na nich. Naturalną ludzką reakcją jest zainteresowanie, gdy ktoś się na ciebie gapi, a ci, których zawód polega na egzekwowaniu prawa, są chyba na to wyczuleni. Tacy ludzie mają jakby szósty zmysł, dzięki któremu identyfikują drapieżników i zagrożenie.

Pomimo stoickiego zachowania w windzie siwowłosa kobieta była dość słabowita. Szła przez hol noga za nogą, ciężko oddychała. Desmond odwrócił wzrok od policjantów, odsunął się na bok i szybko ją wyminął. Ona oddalała się od szklanych drzwi obrotowych, kierując się w stronę drzwi wahadłowych. Boy hotelowy szukał czegoś na tablicy z kluczami nieświadomy zbliżającego się gościa.

Desmond otworzył drzwi i stanął w chłodzie listopadowego powietrza. Przytrzymał drzwi dla kobiety, patrząc w przeciwnym kierunku i nie nawiązując z nią kontaktu wzrokowego.

– Vielen dank – wyszeptała, wychodząc.

Otworzył dla niej drzwi taksówki, następnie wsiadł do następnej w kolejce.

Policjanci nadal byli w środku, lecz na kanale łączności ochroniarzy hotelowych zaczynało robić się gorąco; wkrótce wyślą kogoś, żeby poszukał Gerhardta. Kiedy tak się stanie, znajdą trzech żywych i jednego nieboszczyka.

Kierowca po niemiecku zapytał, dokąd jechać, co dało Desmondowi wskazówkę, że ten hotel nie był typowym miejscem pobytu zagranicznych turystów i podróżujących w interesach, lecz raczej zatrzymywali się tam rodowici Niemcy. To kolejna wskazówka, kolejny fragment układanki, który może mu pomóc w przypomnieniu sobie, kim jest i dlaczego znalazł się w Berlinie.

Desmond prawie odparł Bahnhof, czyli dworzec kolejowy, ale ugryzł się w język. Wiedział, że zaczną go szukać, kiedy znajdą znokautowanych policjantów i martwego mężczyznę. Na dworcach i lotniskach zwiększą ochronę, prawdopodobnie także na autostradach i rzekach.

Musiał pomyśleć, zorientować się, co tu się działo. Odpowiedzi zapewne należy szukać w Berlinie.

Po niemiecku polecił kierowcy ruszać. Samochód wciąż stał. Taksówkarz mierzył wzrokiem swojego pasażera, wpatrując się w lusterko wsteczne.

– Muszę wiedzieć, dokąd mam jechać – powiedział po angielsku.

– Niech pan po prostu jedzie. Pokłóciłem się z dziewczyną i muszę gdzieś wyjść na chwilę. Chcę zobaczyć miasto.

Desmond odetchnął, kiedy kierowca uruchomił taksometr i odjechał spod hotelu.

Teraz mógł się zastanowić, dokąd jechać. Najważniejsze to zniknąć z ulic Berlina. Wyglądało na to, że policja nie miała jego rysopisu, bo kiedy wychodził z hotelu, gliniarze w holu go nie rozpoznali. Widocznie było tak, jak mówił ochroniarz: anonimowe zgłoszenie o zakłóceniu spokoju w hotelu. Ale kto mógł zadzwonić? Czy chcieli sprawdzić, co dzieje się z Günterem Thorne’em, którego zwłoki znalazł? A może gdy Thorne ginął, towarzyszył temu taki hałas, że zaalarmował gościa w pokoju obok, który zadzwonił na policję zamiast do ochrony hotelowej?

Jadąc przez ulice Berlina, Desmond coś sobie przypomniał: wchodził do jakiegoś magazynu, jego kroki odbijały się echem od cementowej podłogi. Wysoko nad jego głową wisiały metalowe krokwie, a po obu stronach alejki stały jakieś boksy z mlecznobiałego plastiku. Słyszał ciche, rytmiczne popiskiwanie elektrokardiografów i wewnątrz boksów widział szpitalne łóżka. Przy pacjentach, którzy byli różnych ras, płci i wieku, wisiały plastikowe worki wypełnione przezroczystym płynem. Skąd się tam wzięli w tym prowizorycznym szpitalu?

Pracownicy w ubraniach ochronnych krzątali się przy boksach z pacjentami. Na końcu korytarza stał wózek wypełniony czarnymi torbami na zwłoki. Dwóch ludzi wyniosło kolejny worek z jednego z boksów i rzuciło na stos.

Desmond miał na sobie kombinezon. Było mu w nim ciepło. Nienawidził poczucia zamknięcia; nie mógł się doczekać, kiedy go zdejmie.

Nagle przypomniał sobie inną scenę: stał w jakimś biurze z rzędem okien, z których widać było szeregi plastikowych boksów. W sali roiło się od ludzi, byli zwróceni do niego plecami i wszyscy patrzyli na duży ekran wyświetlający mapę świata. Duże miasta zaznaczono na niej czerwonymi kropkami. Pomiędzy kropkami biegły zakrzywione linie oznaczające połączenia lotnicze pomiędzy miastami. Mężczyzna z blizną na twarzy i długimi, jasnymi włosami stanął przed nimi i powiedział: „Wkrótce świat się zmieni. Dokończcie dzieła. Nadchodzące dni będą najtrudniejsze w waszym życiu. Ale kiedy wszystko dobiegnie końca, świat pozna prawdę: ocaliliśmy ludzkość przed wyginięciem”.

Wspomnienie rozmyło się tak niespodziewanie, jak się pojawiło, i Desmond znowu siedział w taksówce w Berlinie, a za szybą widział rozmazane miasto.

Rozpaczliwie pragnął wymyślić kolejny ruch. Potrzebował informacji, zwłaszcza o okolicy. Wyjął z kieszeni dwadzieścia euro i wsunął je w szczelinę w plastikowej przegrodzie.

– Mógłby mi pan trochę opowiedzieć o Berlinie? Jestem tu pierwszy raz.

Kierowca z początku się wahał, ale w końcu zaczął mówić. Jadąc przez zatłoczone ulice, z dumą opisywał miasto, które odgrywało kluczową rolę w europejskiej historii przez prawie tysiąc lat.

Desmond poprosił, żeby opowiedział o położeniu miasta, charakterystyce dróg wjazdowych i wyjazdowych, najważniejszych dzielnicach i osiedlach. Mężczyzna tak się nakręcił, że mówił prawie bez przerwy, wyglądało na to, że zupełnie nie przejmuje się już celem podróży.

Berlin jest dużym miastem, zajmuje teren o powierzchni prawie dziewięciuset kilometrów kwadratowych – więcej niż Nowy Jork i dziewięć razy tyle co Paryż. Jest także jednym z szesnastu niemieckich krajów związkowych. Dzieli się na dwanaście okręgów administracyjnych. Każdy z nich zarządzany jest przez radę i burmistrza.

Desmond uznał, że to dobra wiadomość. Berlin był dużym miastem, co czyniło z niego niezłą kryjówkę.

Kierowca powiedział mu, że nowy berliński Hauptbanhoff jest największym dworcem kolejowym w Europie, a przez miasto przepływa kilka rzek, których brzegi łączy tysiąc siedemset mostów – więcej niż w Wenecji. Popularne były rejsy statkami i do wielu miejsc można było się dostać od strony rzeki.

Desmond zapytał o turystykę. Taksówkarz, który do 1989 roku, czyli do upadku muru berlińskiego, mieszkał w Berlinie Wschodnim, z dumą obwieścił, że miasto było obecnie najbardziej popularne wśród turystów w całych Niemczech i znajdowało się w pierwszej trójce w Europie. Poprzedniego roku do Berlina, który miał tylko trzy i pół miliona mieszkańców, przyjechało prawie trzydzieści milionów turystów. Ten napływ odwiedzających spowodował kryzys na rynku mieszkaniowym, berlińczycy mają spory problem ze znalezieniem porządnego mieszkania na wynajem. Wielu pośredników nieruchomości i przedsiębiorczych mieszkańców podpisuje roczne umowy na wynajem tylko po to, by podnajmować mieszkania turystom za pośrednictwem takich stron jak Airbnb. W rezultacie rada miasta ostatnio uchwaliła rozporządzenie, zgodnie z którym wynajmujący muszą zgłaszać właścicielowi mieszkania każde podnajmowane lokum. Mimo to prawie dwie trzecie z dwunastu tysięcy mieszkań jest podnajmowane nielegalnie.

Desmond trawił te informacje, układając plan.

Z kieszeni wyjął jedyną wskazówkę, jaką miał – kupon z pralni. Zastanawiał się, czy poprosić taksówkarza, by go tam zawiózł, ale wiedział, że policja wkrótce odnajdzie podstarzałego kierowcę i dowie się od niego, gdzie wysadził Desmonda. Musiał zatrzeć za sobą ślady.

– Jaka jest najczęściej odwiedzana atrakcja turystyczna Berlina?

– Brama Brandenburska – powiedział kierowca. – Albo Reichstag. Znajdują się blisko siebie, więc to obojętne.

– Proszę mnie tam wysadzić.

Piętnaście minut później Desmond zapłacił taksówkarzowi i wysiadł.

– Niech pan na siebie uważa – ostrzegł go mężczyzna, zanim przyjął nowe zlecenie i odjechał.

Od Bramy Brandenburskiej Desmond szybko przeszedł do Grosser Tiergarten, najstarszego parku w Berlinie, zajmującego dwa kilometry kwadratowe, i jednego z największych parków miejskich w Niemczech. Niegdyś był prywatnym terenem polowań dla berlińskiej elity i w dużej mierze zachował dawny charakter. Desmond poruszał się ścieżkami spacerowymi aż do wyjścia na Tiergartenstrasse, gdzie zatrzymał rikszę. Jechał przez dwadzieścia minut, aż zobaczył innego rikszarza, który właśnie wysadzał pasażera. Dał znak swojemu, który zdawał się nigdy nie męczyć, zapłacił mu i wskoczył do drugiego pojazdu. Zrobił jeszcze jedną taką zmianę, następnie wsiadł do taksówki i pokazał kierowcy kupon z Taniej i Dobrej Pralni Chemicznej.

– Wie pan, gdzie to jest?

Kierowca skinął głową.

– To w Wedding, w Mitte.

– Czyli gdzie?

– W centrum miasta.

– Doskonale. Jedźmy.

Dwadzieścia minut później Desmond stał przed drzwiami pralni, która była wąskim pomieszczeniem za szklaną witryną. Budynki na tej ulicy były zaniedbane, ale na chodnikach roiło się od młodzieży i imigrantów z całego świata. Ponad nimi unosiła się chmura dymu papierosowego, na dachach wisiały rzędy anten satelitarnych. Przez okna otwarte na drugim piętrze dobiegały audycje radiowe i telewizyjne nadawane chyba po arabsku i turecku.

Za ladą w pralni siedział niski, łysy Azjata w okrągłych okularach, który zajmował się zszywaniem koszuli. Odłożył igłę i nitkę, wstał ze stołka i skinął głową.

– Chciałbym odebrać.

– Kwit?

– Nie mam.

Mężczyzna pochylił się nad klawiaturą i monitorem stojącym na ladzie.

– Nazwisko.

– Hughes. Desmond – przeliterował.

– Dowód? – zapytał pracownik, wpisując dane.

Desmond stał w milczeniu, zastanawiając się, co robić.

Azjata mierzył go wzrokiem.

– Nie ma dowodu, nie ma odbioru.

Desmond pokazał mu policyjną blachę, którą zabrał gliniarzowi w pokoju hotelowym.

– Prowadzę śledztwo. Szukamy Desmonda Hughesa.

Pracownik lekko uniósł ręce.

– Dobrze, dobrze.

Azjata powtórzył nazwisko, specjalnie kładąc nacisk na każdą literę, i ponownie sprawdził je w systemie. Pokręcił głową.

– Nic nie ma. Żadnego Desmonda Hughesa.

Desmond zastanawiał się, czy źle zinterpretował wskazówkę. Może miał się tu z kimś spotkać, a nie chodziło o odebranie prania.

– Ile osób tu pracuje?

To chyba wystraszyło mężczyznę.

– Nikt. Tylko ja.

– Słuchaj, to nie ma nic wspólnego z interesem, który prowadzisz, ani pracownikami. Czy jest ktoś na zapleczu, z kim mógłbym porozmawiać?

– Nie, nie ma nikogo.

Desmond obejrzał się za siebie, wyjrzał przez duże okno w samą porę, by zobaczyć przejeżdżający ulicą samochód policyjny. Odwrócił się i poczekał, aż zniknie z pola widzenia.

Nie dowie się niczego więcej od właściciela pralni. Może to tylko przypadkowy kupon i nie ma nic wspólnego z tym, kim jest, ani z tym, co tu się dzieje.

– Dobrze – powiedział w końcu. – Dziękuję. Był pan bardzo pomocny.

Na ulicy ruszył wraz z tłumem ludzi, starając się być niewidoczny dla kierowców przejeżdżających samochodów. Dwie przecznice za pralnią zauważył sklep z telefonami, gdzie kupił komórkę na kartę. Były powszechne w Europie; korzystali z nich turyści i pracownicy tymczasowi, żeby uniknąć kosztów roamingu za rozmowy i pobrane dane. Telefon i karta przedpłacona mocno nadwerężyły jego fundusze. Za chwilę pieniądze staną się prawdziwym problemem. Postanowił, że będzie korzystał z Internetu w telefonie tylko w nagłych wypadkach, do czasu aż rozwiąże problem z gotówką.

Kupił kebab od ulicznego sprzedawcy, zjadł go z apetytem i wszedł do zatłoczonej kafejki z darmowym wi-fi. Zamknął się w kabinie toalety, żeby kamery monitoringu go nie nagrały. Pierwszy impuls kazał mu zajrzeć do Internetu, by znaleźć informacje o sobie, żeby zgłębić tajemnicę tego, kim jest, a także by sprawdzić tę Peyton Shaw. Ale najpierw musiał załatwić ważniejsze sprawy. Jak najszybciej musiał zniknąć z ulic miasta.

Taksówkarz miał rację. W Berlinie można było znaleźć mnóstwo pokoi na wynajem na jedną noc, ale na stronach takich jak Airbnb trzeba się było zarejestrować i zapłacić kartą kredytową. To się nie uda. Znalazł stronę, na której reklamowali się właściciele, i zaczął zaznaczać odpowiadające mu lokale. Na szczęście w Wedding znajdowało się sporo kawalerek do wynajęcia. Większość była zaniedbana, ale za to tania.

Zadzwonił pod numer oferujący znośne mieszkanie w pobliżu. Bez zastanowienia przemówił z akcentem z Nowej Anglii, znacznie różniącym się od jego neutralnego akcentu z Środkowego Zachodu.

– Dzień dobry, czy wciąż jest wolne mieszkanie na Amsterdamer Strasse?

– Tak, oczywiście – odparła kobieta bezbarwnym tonem.

– Czy będzie dostępne przez kolejne trzy dni?

– Tak.

– Cudownie, cudownie. Przyjechałem do Berlina w interesach i potrzebuję pomocy. Jechałem pociągiem i kiedy się obudziłem, okazało się, że wszystko zniknęło – bagaż, laptop, portfel, paszport, pieniądze, karty kredytowe i tak dalej. Te gnoje zdjęły mi nawet obrączkę z palca!

– Och, coś okropnego. – W głosie kobiety pojawiła się odrobina współczucia.

– Żona przesłała mi trochę pieniędzy i rozglądam się za mieszkaniem do wynajęcia. Możemy się spotkać? Przekona się pani, że dobrze mi z oczu patrzy! – Desmond roześmiał się głupkowato, co pasowało do fałszywego, irytującego akcentu, z jakim mówił.

– No dobrze. – Powiedziała, że dotrze do mieszkania za trzy godziny. Desmond zgodził się i zakończył połączenie. Zakładając, że mu się uda, niedługo nie będzie musiał ukrywać się na ulicach.

Otworzył przeglądarkę internetową i przebiegł wzrokiem najważniejsze niemieckie portale informacyjne. W Bild nie znalazł wiadomości na swój temat, ale na portalu SpiegelOnline widniał czerwony nagłówek: Berlińska policja poszukuje obywatela pochodzenia amerykańskiego w związku z morderstwem i napaścią na dwóch policjantów.

Desmond kliknął w link i szybko przeczytał artykuł. Pościg koordynował Landeskriminalamt, znany także jako LKA – oddział policji zajmujący się najpoważniejszymi przestępstwami i odpowiadający za pościgi. LKA miał do dyspozycji kilka wydziałów. Przeczytawszy tę listę, Desmond zaczął zastanawiać się nad sensem pozostania w mieście.

W pogotowiu czekałoSpezialeinsatzkommando, czyli SWAT. MobilesEinsatzkommando – specjalni agenci operacyjni LKA zostali wysłani do każdego okręgu, żeby koordynować pościg. Wasserschutzpolizei – policja rzeczna miała monitorować drogi wodne w mieście. Zentraler Verkehrsdienst – drogówka – czuwała na lokalnych drogach, a autostrady patrolowała Autobahnpolizei. Mieli nawet Diensthundführer – oddział psów policyjnych K9, który podjął jego trop w hotelu.

Zamierzali przewrócić miasto do góry nogami, żeby go odnaleźć.

Chociaż podali jego nazwisko, artykuł nie zawierał żadnych informacji o tym, kim jest i co robi. Z jednej strony poczuł ulgę, z drugiej rozczarowanie. Trudniej będzie im go znaleźć, lecz on niczego nie dowiedział się na swój temat.

Otworzył w telefonie aplikację z mapami i znalazł to, czego potrzebował. Mimo zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań Wedding sprawiało wrażenie doskonałego miejsca na kryjówkę. Jednak nadal miał poczucie, że coś mu umyka – że pralnia jednak była częścią układanki.