Pan Zdzich w Kanadzie - Jarosław Abramow-Newerly - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Pan Zdzich w Kanadzie ebook i audiobook

Jarosław Abramow - Newerly

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

16 osób interesuje się tą książką

Opis

NIE PASUJE MI TU, PROĘ PANA. W GDAŃSKU CO DOM, TO MUZEUM, A TU STO LAT W TYŁ I INDIANIE, KURZA STOPA!
Ze schyłkowego PRL-u na ulice Toronto trafia pan Zdzich – osiłek po trzydziestce, absolwent technikum, życiowy filozof i niepoprawny gawędziarz. Prosto z hotelu dla emigrantów wjeżdża w kanadyjską codzienność z żoną Krychą, synkiem Sewciem i nieskończonym zapasem narzekań na zachodni ustrój.
Pisany w latach 1986–1988 cykl humorystycznych monologów stał się kultowym portretem emigracji solidarnościowej. Pan Zdzich – zaradny rodak – trafia do polskich i kanadyjskich domów. Uważa, że za zasiłek kupi tylko „żarcie z plastiku”, ale nie zamierza machać łopatą, marząc o pracy „na telefonach”. Z dumnym hasłem „szlachectwo zobowiązuje” komentuje absurdy zderzenia kultur i prozę życia za oceanem.
Jarosław Abramow-Newerly z mistrzowskim wyczuciem żywej mowy stworzył pełną humoru i soczystego języka opowieść o tym, jak zachować pogodę ducha na drugim końcu świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 455

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 3 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jacek Kiss

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ewaznatalia

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka. Dowcip wspaniały tak w dawnych czasach można było usłyszeć
00



© by Jarosław Abramow-Newerly, 1991

for this edition © 2026 by Axis Mundi

redaktor prowadzący: Antonina Liedtke

redakcja: Dominika Kamyszek – OpiekunkaSlowa.pl

korekta: Dominika Surma

korekta techniczna: Antonina Liedtke

projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek

zdjęcia na okładce: AI / stock.adobe.com

wydanie i axis mundi

isbn print: 978-83-8412-998-2

isbn ebook: 978-83-8412-999-9

isbn abonament: 978-83-8468-000-1

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Mojej żonie Wandzi

Pan Zdzich

opowiada

Pana Zdzicha poznałem dwa lata temu przed hotelem „Waldorf-Astoria” w Toronto, gdzie większość sponsorowanych przez rząd kanadyjski Polaków stawia swoje pierwsze kroki. Potężnej budowy, osiłek po trzydziestce, w rozpiętej ortalionowej kurtce, stał obok swej żony z małym dzieckiem na ręku. Dziecko urodziło się już poza Polską. W Niemczech. Pan Zdzich zdążył poznać trochę świata, miał swój wyrobiony sąd na sprawy i własną skalę porównawczą. Postanowił podzielić się ze mną swymi uwagami.

– Jestem tu w Toronto trzeci tydzień, proę pana – zaczął z rozmachem, połykając z miejsca zgłoskę – i powiem panu, nie pasuje mi tu. Wiele rzeczy nie pasuje mi tu. W tej Kanadzie.

Ruszyliśmy w kierunku Yong Street. Pan Zdzich wiosłował energicznie rękami, za nim szła jego żona. Widać było, że opinie męża przyjmuje za swoje i całkowicie się z nim zgadza. Pan Zdzich zatrzymał się nagle i szeroko zatoczył ręką:

– Kanada, kurza stopa… – Pokręcił z politowaniem głową. – Spójrz pan! To ma być ta ich główna ulica. Yong Street czy jak jej tam. Pan rzuci okiem. Te domki. Niziutkie. Tandetne. Parę wieżowców na okrasę, a reszta… No sam pan powiedz, jaka ta reszta? Prowincja. Wioska, proę pana. Nie oszukujmy się.

Próbowałem bronić architektury Toronto, ale pan Zdzich nie dawał za wygraną.

– Widział pan tu coś starszego? Historycznego? To u nas w Gdańsku, kurza stopa, co dom, to muzeum. Pięćset lat, tysiąc lat! A tu odkryją coś, co liczy sobie, dajmy na to, pięć dych, proę pana, i już och! Płotek stawiają, tabliczka. To dla nich zabytek. Historia! Jaką oni mają historię, barany?! Sto lat w tył i Indianie. No tak, proę pana. Preria. Indianie z łukiem cwałowali po tej ich Yong Street. Stąd te domki, takie bardziej z westernu… – Pan Zdzich znów ruszył do przodu.

Spytałem o jego plany.

– Plany? – Spojrzał na mnie. – To ich pan się spytaj, jakie oni mają plany względem mnie, skoro mnie tu sprowadzili. Ktoś, kto kogoś zaprasza, powinien chyba… Sama logika nakazuje. Tymczasem my przyjeżdżamy z rodziną, z dzieckiem, proę pana, a oni tylko nas do hotelu ciach, tu jest wasz pokój, i baj baj. Radźcie sobie sami, mówią. Very nice to meet you1. Dobrze, że ja w angielskim nie jestem głąb, wywiozłem pewien zasób słówek jeszcze z Polski i Niemiec, to mnie tak łatwo nie sprzedadzą. Ale innych? Kochany! Nie powie mi pan, że to w porządku. Niepoważni ludzie. Tak się nie robi…

Przypomniałem mu, że Kanadyjczycy przez rok opłacają mu mieszkanie i dają pieniądze na życie.

– Jakie życie?! – wybuchnął pan Zdzich. – I co za pieniążki?! Umówmy się. Gdybym ja te dolarki miał w Polsce, to tak. Zgoda. Ale tu? Gdzie byle seler kosztuje dolca? A nie będę na dziecku robił oszczędności. Żałował mu. W końcu w Kanadzie jest. W Kanadzie jesteś, Sewciu, kurza stopa! – zagadał do syna w przypływie czułości. – Tak, tak, tak!

– Ga-ga-ga! – odparł Sewcio, podskakując raźnie na rękach matki.

– Sprytny gnój! – rzekł z uznaniem pan Zdzich. – Nie ma roku i gęga jak stary. Ale trudno się dziwić. Zadbany, piersią karmiony, nie na sztucznym. Jak tu: żarcie z plastiku, proę pana. Nawet ten biedny pies kości nie ujrzy. Piguły mu w michę pchają. Tu nikt się niczem nie przejmuje. Byle łatwiej. Na łatwiznę ludzie idą.

Usiedliśmy na ławce.

– Z mieszkaniem też, proę pana, hopsztosy. Nie będę przecież przez rok z rodziną w hotelu kiblował, prawda? A na przyzwoite two bedrooms2 w dobrej dzielnicy mnie nie stać. Ich limit tego nie przewiduje. I jak to jest z tą Kanadą? Powiedz pan? W końcu człowiek przyjechał tu po to, żeby sobie polepszyć, a nie pogorszyć, nie? A za te pieniążki, co oni mi ofiarują, to ja mogę wynająć co najwyżej basement, suterenę, proę pana. A nie będę z dzieciakiem mieszkał w podziemiu. Podziemie to my mamy lepsze w Polsce, nie? – Mrugnął do mnie porozumiewawczo.

– Niemniej jednak coś pan będzie musiał zrobić, skoro pan tu już jest – rzekłem po chwili.

– Zgadzam się, tylko w tym względzie oni też mają haka, bo słuchaj pan: jeśli pójdę do pracy, to oni automatycznie przestają mi płacić welfare3. I teraz niech mnie z pracy wyrzucą, to co? Jestem na bruku. No tak.

– Dlaczego od razu mają pana wyrzucić?

– Kto ich wie – ciągnął pan Zdzich. – Człowiek nowy, nie zna układów, w moim fachu może być ciężko. Ale ja wiem, co oni chcą. – Pan Zdzich wskazał grupę mężczyzn w pomarańczowych kurtkach i ochronnych kaskach, którzy właśnie schodzili z ciężarówki. – Im się marzy, żebym ja tak, jak oni… łopatą machał… Takiego! – Pan Zdzich zgiął rękę w wymownym geście. – Nie po to w Polsce kończyłem technikum, żebym teraz chodniki układał. Na telefonach chcę robić. Jak im mój dyplom nie pasuje, niech mnie dadzą na kurs. I przysposobią, proę bardzo. Ale co to, to oni już nie. Wycofują się. Kursu pokrywać nie chcą. Samemu trzeba…

– Musi się pan przyzwyczaić, panie Zdzichu, że tu taki kraj, że dużo trzeba samemu…

– W porządku. Gdybym był w pojedynkę, proę pana, to hak im w smak! Zaryzykowałbym. Ale jestem z rodziną. A oni tu o rodzinę w ogóle nie dbają. Absolutnie.

– Chyba niezupełnie ma pan rację. Rodzina jest tu rzeczą bardzo ważną.

– Jaką tam ważną! – zaperzył się pan Zdzich. – Widział pan tu na ulicy, żeby oni normalnie spacerowali z dzieciakami, tak jak my? Każdy goni oddzielnie. Starzy sobie, dzieci sobie. Najwyżej baby-sitter4 wezmą i wsio. Byle tego dolara utłuc. Nikt tu dziećmi się nie przejmuje. Nie dawaj mu smoka, Krycha. Później zęby będzie miał krzywe, rekin – upomniał żonę. – Z tymi pieniążkami też łaskę robią. Czekać trzeba, nim ci ten czek łaskawie wypiszą, a potem do banku. Kolega raz się zdenerwował, huknął na urzędniczkę po naszemu, to na drugi tydzień jak przyszedł, to sześć godzin go przetrzymała. Dasz pan wiarę?! Czekał przepisowo sześć godzin. Co podszedł do okienka, to ona: „No, mister”, pieniążków niet. Grzecznie, bo oni tu krzyku nie lubią. I masz pan tu Kanadę, kochany. Ja się już przekonałem, że jak się tu nie ma odpowiednich wejść, układów, to pana załatwią, proę pana, na cacy! Lepiej niż u nas. Wysoko pan nie podskoczy. Ale ma pan rację. Coś trzeba zrobić. Tak dalej nie idzie żyć…

Pan Zdzich wziął syna na ręce.

– Gdyby człowiek był sam, bez rodziny – westchnął – to by sobie mógł leżeć na ławce, jak ten nygus, nie? Szmatę pod głowę wetknął… i szczęśliwy. Opala się. Ale jak ma się takiego rekina, o! – Pan Zdzich podrzucił syna do góry.

– To trzeba mniej liczyć na Kanadę, a więcej na siebie, panie Zdzichu – dokończyłem. – Kanada sama do pana nie przyjdzie. Niestety.

– Nie przyjdzie? – powtórzył pan Zdzich.

– Oczywiście – potwierdziłem.

– To co to za Kanada, powiedz mi pan, za którą ja muszę ganiać z dzieckiem na ręku? Niepoważny kraj, kurza stopa. Od razu panu mówiłem, że mi tu nie pasuje. Nie pasuje mi tu, proę pana… – Pan Zdzich wstał z ławki i ruszył w stronę hotelu. Za nim posłusznie podążyła jego żona.

1 Miło mi pana poznać.

2 Dosłownie: dwie sypialnie, ale pan Zdzich mówi o przyzwoitym mieszkaniu, w którym są dwie sypialnie, salon, oczywiście dwie łazienki i ładna kuchnia.

3 Zasiłek dla bezrobotnych.

4 Opiekunka dla dzieci.

Pan Zdzich

o bieganiu w kółko

Siedzieliśmy z panem Zdzichem na ławce w Queens Park pod pomnikiem króla Edwarda VII i podziwialiśmy drzewa w jesiennej szacie.

– Biedny monarcha – westchnął pan Zdzich, wskazując dumną postać jeźdźca. – Nie dość, że mu ptactwo opaskudziło głowę, to jeszcze komuniści zrobili jaja…

– Dlaczego twierdzi pan, że komuniści? – zapytałem.

– A któż by mógł wrzucić taki kolorek? Tylko czerwoni, proę pana.

Rzeczywiście żart był okrutny. Czerwień pod ogonem konia mocno szpeciła monarchę. Dróżką obok przeleciał młody chłopak ze słuchawkami na uszach. Pot lał mu się z czoła.

– Wcześnie dba o serducho – stwierdził pan Zdzich. – U nas w tym wieku piją. Nikt nie myśli o zdrowiu.

– Podobno jogging u nas jest niewskazany ze względu na zatrucie środowiska. Tak gdzieś czytałem. Więcej spalin niż… – Urwałem.

Czarna wiewiórka podskoczyła do moich nóg i lekko wystraszona spojrzała na pana Zdzicha.

– Niestety nic nie mam, stara. Musisz zmienić adres…

Wiewiórka, jakby to rozumiejąc, pobiegła w kierunku emeryta, który hojnie sypał orzeszki.

– Czuje, gdzie Kanada, skubana – rzucił za nią pan Zdzich.

Przez chwilę obserwowaliśmy, jak zgrabnie rozłupuje orzeszki, obracając je w łapkach. Wyjątkowej tuszy panienka spłoszyła ją swym ciężkim krokiem.

– I skąd tyle tych słonic, powiedz pan? – zainteresował się pan Zdzich. – Niby biegają w kółko, a grube cholery. To u nas naród na kluchach pędzony, ale taki nie jest. I jak to się eksponuje pięknota? Nuda po same uda, ale pokazuje, co ma. Widoczku nam nie żałuje. Tfu! – Pan Zdzich splunął z niesmakiem. Widać, że źle tolerował brzydkie kobiety. – Nie wstyd, proę pana – ciągnął – im większa paskuda, tym bardziej skora do striptizu. Ja to się nadziwić czasem nie mogę. W ogóle dzikie obyczaje, proę pana. Kaleki biegają na jednej nodze dookoła Kanady, protezę fotografują zwycięsko. Nikt się kikuta nie wstydzi. Macha nim jak sztandarem. U nas taki numer nie do pomyślenia. Garbus na plaży swej skarbony publicznie nie opala. A tu wręcz przeciwnie. Nie przejmują się tym. Ty zdychaj na mój widok, bylebym ja był zdrów. No tak…

Jakby na potwierdzenie tych słów pana Zdzicha młody kaleka na wózku przemknął koło nas w zadziwiającym tempie. Mocnymi pchnięciami ramion popychał koła swego fotela.

– No proszę. Ten też goni. Nie ma szans wśród nas, to między paralitykami chce być pierwszy. To też godna podziwu ambicja, swoją drogą – przyznał pan Zdzich. – W tym kapitalizmie nikt się łatwo nie poddaje. Każdy walczy do końca. I to mi się w sumie podoba – pochwalił właściciela inwalidzkiego wózka.

Mocno starszy pan zbliżył się do naszej ławki. Trudno było powiedzieć, czy już biegnie, czy jeszcze idzie. Z uporem pokonywał opór jednej kulejącej nogi.

– Też imponujący dziadek. Kartofle po drodze gubi, ale idzie. Już trzecie kółko zalicza. Ja go dobrze przyuważyłem. Co prawda trzeba sprawiedliwie oddać Kanadolom, że sami po zdrowie biegają, proę pana. Nikt im biegu nie wymyśla z okazji. Bo u nas to wie pan… zbiorówa. Bez celu ani rusz. Niby bieg po zdrowie, ale, wiadomo, fundator na mecie stoi. Jakaś „Trybuna Ludu” czy inny komitet. I już ciemnotę wciskają. U nas nie można biegać ot tak, proę pana. Trzeba ku czci, po śladach zasuwać. Śladem pierwszej Armii, pierwszych Piastów czy tam… – Pan Zdzich urwał nagle.

Mewy znów podeszły do naszej ławki i kiwały głowami, jakby się zgadzały z wywodem pana Zdzicha. Zachęcony tym znów podjął zdrowotny temat.

– A tu przynajmniej każdy gimnastykuje się na własną rękę. Jeden po szwedzku, drugi po chińsku… – Pan Zdzich wskazał starego Chińczyka pod dębem, który w niesamowicie wolnym tempie ćwiczył przysiady. – Nim ten tu zdąży kucnąć, kurza melodia, to ten malarz od konia dawno by mu już wymalował… – zaśmiał się pan Zdzich. – Ale każda metoda dobra, byle dalej od śmierci uciec. Niby jogging najpopularniejszy, proę pana, chociaż, jak pan wie, twórca joggingu walnął w kalendarz. Tych to jednak nie przeraża. Dalej biegają. Może warto by było się włączyć, bo człowiek zupełnie się otłuści i przejdzie rdzą. I tak tu w Kanadzie spuściłem. W Polsce podchodziłem pod stówę. Poważnie. Mordę miałem jak pumpkin. Dosłownie. Tylko świeczkę wstawić i na Halloween. Nie trzeba było kupować dyni. Gęba pana Zdzicha starczyła.

– I jak do tego doszło? – zapytałem.

– Za dużo się przechylałem – odparł krótko pan Zdzich, lekko bijąc się dłonią w szyję. – To zresztą spowodowało mój wyjazd. Szczerze panu mówię. Głównie przez wódę wyjechałem. Bo ludzie lubią sobie dorabiać, proę pana. Spytaj pan tu pierwszego lepszego Polaczka: „Dlaczego wyjechałeś, stary?”, to będzie ci wstawiał bajery, że wolność, że „Solidarność”, że z więzienia nie wychodził, że go do pociągu wsadzili i wypchnęli z kochanej ojczyzny. A nie powie panu: „Stary, wyjechałem, bo mi się to bardziej kalkuluje, bo lubię kiełbaskę, bo na mieszkanko nie muszę tak długo czekać”, nie? Takich, co naprawdę zostali wypchnięci, na palcach można policzyć. Tylko jednego faceta spotkałem, proę pana, który mi szczerze powiedział: „Ja jestem na emigracji erotycznej. Wyrwałem od żony. Inaczej bym się od tej cholery nigdy nie uwolnił”. I to mi się podoba. Nie owijał w bawełnę. Nie dodawał, kurza melodia. Dlatego ja panu też mówię. On był na emigracji erotycznej, a ja antyalkoholowej. Na odwyku tu jestem. Kanada okazała się najlepszą kuracją. Od naszej szklanej matki uciekłem. Taka jest prawda. Kiedy zobaczyłem, że jestem dwieście dwudziesty szósty raz pijany w 1984 roku, to powiedziałem sobie: „Koniec, Zdzisiu. Trzeba wiać. Zmienić kompletnie środowisko. Tu nie da rady. Wątroba nie wytrzyma…”.

– Trochę pan przesadza – zaśmiałem się.

– Absolutnie! Jak Sewka kocham, mówię prawdę! – zapewnił. – Niech pan spróbuje w Polsce nie pić. No nie da rady. Nie pije, znaczy donosi. Podejrzany typ. Gorzej niż ubol. A ja jeszcze mam taki charakter, że po wódzie diabeł we mnie wstępuje i od razu muszę się bić. Jak to Polak, kurza melodia. Na bagnety! Z tych rozrób byłem sławny…

– Przecież z pana spokojny człowiek – przerwałem mu znowu.

– Do czwartej setki, kochany. A potem idę na całość. Sąsiadki dzieci mną straszyły. „Cicho, bo przyjdzie Zdzicho”, wołały. Poważnie. Potwór byłem. Za Babę Jagę mogłem dorabiać. Part time job5, cholera. Do tego tajniaka rąbnąłem w ryj. I musiałem już wyrywać. Nie było wyjścia, proę pana…

– No, no, teraz pan dorabia ideologię – zauważyłem.

– No może. Może nie tajniaka, ale kierownika. Mówili jednak, że donosi. Kto to sprawdzi, kurza melodia…

– A tu pana do wódki nie ciągnie? – zapytałem.

– Dziwna sprawa, ale jak ręką odjął. Czy to powietrze inne, czy perspektywa… Piwko owszem. Ale w normie… No bo kogo stać na tyle puszek, żeby aż lać w mordę? Bez przesady.

Jeszcze jeden wyznawca joggingu truchtem przebiegł koło naszej ławki. Dla utrudnienia sobie, rzucał piłeczką o ziemię. Pan Zdzich spojrzał na niego i dokończył:

– Tu nie ma wyjścia, proę pana. Albo się biega, albo się leży. Albo jak ten, albo jak tamten kolega.

Pan Zdzich wskazał tobołek śpiącego na trawie mężczyzny. Miał kołdrą przykrytą głowę i widać było, że tu nocował. Żółte, jesienne liście zatrzymywały się na jego plecach.

– Indian summer 6, kurza melodia – westchnął pan Zdzich. – To może już lepiej biegać w kółko? Z dwojga złego.

Pan Zdzich spojrzał na posąg króla, jakby u niego szukając odpowiedzi. Ale król Edward VII siedział nieporuszony na swym wspaniałym koniu. Tylko smutna mewa kiwała się na jego głowie.

5 Praca dorywcza, na pół etatu.

6 Indiańskie lato, czyli nasze babie lato.

Pan Zdzich

mujfuje się na springu

– Hi, guy7 – usłyszałem znienacka i w tej samej chwili olbrzymi czarny Chrysler podjechał pod sam brzeg chodnika. Za kierownicą siedział pan Zdzich w ciemnych okularach i irchowych rękawiczkach. Uśmiechał się do mnie przyjaźnie: – No, jak boy?! Dawnośmy się nie widzieli, kurza stopa…

– No właśnie – odparłem. – Kanada, widzę, panu służy. Od ostatniego razu postęp. Zmotoryzował się pan, panie Zdzichu.

– No trzeba jakoś na tym bezrobociu, proę pana. Rodzina. Nie będę ganiał z dzieciakiem na ręce. A tak ma tu, rekin, siedzonko, przypnę go pasem i wio! W Kanadzie bez bryczki ani rusz. Nie kalkuluje się. Przestrzenie, proę pana. Chcieć skoczyć do Noba na farmę, zrobić korzystny szoping bez wozu, klops. Więcej na „bas”8 i zelówy pan wydasz. A tak za kółkiem elegancko, kręcisz pan, benzynka tania, nikt jej nie reglamentuje, możesz lać pełen bak, byle kieszeń wytrzymała… Tu wszystko kwestia kieszeni… Czekaj pan, zaparkuję go tylko i pogadamy…

– Z parkingiem nie będzie łatwo – wtrąciłem.

– No problem. Nie bój pan nic. Dla pana Zdzicha miejsce zawsze jest…

– Ale wszędzie zakaz. Widzi pan?

– Co tam zakaz! Ich zakaz to ja mam…

Pan Zdzich nie dokończył i ostro ruszył pod prąd na drugi koniec ulicy. Stał tam już rząd nieprawidłowo zaparkowanych samochodów z mandatami wetkniętymi za pióra wycieraczek. Akurat jeden z kierowców wyjeżdżał i pan Zdzich szybko wsunął się na jego miejsce. Następnie wysiadł energicznie ze swego Chryslera, zamknął go i spokojnie podszedł do sąsiedniego auta.

Wyjął żółty mandat i zatknął go za pióro swojej wycieraczki.

– Okay – zawyrokował – mandat mamy z głowy. Sąsiad płaci. A ja szanownego zapraszam na kawkę…

– Nie znam tu, niestety, żadnej kawiarni… – zacząłem, ale pan Zdzich mi przerwał:

– Jakiej kawiarni?! Coś pan?! Ja kawiarnię mam tu. – Wskazał dużą skórzaną torbę, którą właśnie wyjął z bagażnika. – W termosie! Nie będziemy baranom nadpłacać! Tu jest skwerek, proę pana, znajdziemy sobie ławkę, wypijemy kawkę i cześć. Zapiknikujemy, kurza stopa…

Mały park rzeczywiście był niedaleko, parę kroków.

– Ja też łapię się na tym, proę pana – ciągnął pan Zdzich – że coraz więcej zaśmiecam tę naszą mowę, kurza melodia. Wrzucam angielskie wyrazy. Zauważył pan? Chociaż „piknik” po polsku też „piknik”, nie?

– Tyle, że pisze się „picnic” – wyjaśniłem.

– To nawet lepiej – ucieszył się pan Zdzich. – Bardziej pasuje. Pic-nic. Duże nic i pic! Zapicnicujemy więc. – Pan Zdzich ustawił jednorazowe kubki na brzegu ławki i zaczął nalewać kawę. – Słodzona, uprzedzam z góry, bo ja tylko z cukrem uznaję…

– No problem – uspokoiłem go. – Ja też.

– All right9! – stwierdził pan Zdzich i uprzejmie wręczył mi kubek. – Niestety nic innego do picia nie mam. Wozem jestem – usprawiedliwił się.

Przez chwilę piliśmy w milczeniu. Pan Zdzich przyglądał się swojemu Chryslerowi ustawionemu pod dużym kasztanem.

– Niebezpiecznie stoi – zaniepokoił się. – Ptaki mi go całkiem obesrają. Tu miejscowe ptactwo wyjątkowo paskudzi, nie wiem, czy pan zauważył? Odkuwa się widać za psy i koty. Bo psy i koty to już tu nie użyją, wielkiej Kanady nie mają, nie powiesz mi pan… Stale na smyczy, ledwie taki psiak kucnie, już mu folię pod tyłek kładą, właściciel za nim ze zmiotką gania, no rozpacz! Jedna wielka paranoja! Nie wiadomo, kto komu służy. To u nas, kurza stopa, taki pies przynajmniej wie, że żyje! Gania, gdzie chce, rżnie, gdzie chce, ma pełną wolność, proę pana – stwierdził pan Zdzich i zaraz dodał: – Za to człowiek, cholera, niet. Rusek nas za pysk trzyma, prowadzi, gdzie chce. Nawet folii nie podłoży, skubaniec, bo sam nie ma. Nie produkuje. I tak to, widzisz pan, z tym światem… A, nie będę go przestawiał – rzekł pan Zdzich, patrząc na swój samochód pod drzewem. – Najwyżej go załatwią. Tu nikt o wygląd nie dba. To nie to, co u nas, cholera. Faceci pół dnia pod wozem kiblują, żeby wyjechać na moment, nie? Tu rdza, nie rdza, pół drzwi wgniecionych, gaz do dechy i wio! Kto by się tam przejmował. Byle do przodu, nie?

Ale ten wóz wyjątkowo tanio trafiłem. Od Kolumbusa ze starej emigracji. Prawie nim nie jeździł, dziadek. Tyle co do kościoła. Chrysler, proę pana, rocznik 1980 z radiem i wszystkimi bajerami za tysiąc dolarów?! Jak barszcz, uważam. Do tego New Yorker Fifth Avenue model10? Sama nazwa cieszy, nie? Człowiek od razu czuje się w środku Manhatanu, kurza stopa. Jeszcze się tam wybiorę. Spokojnie. Mam i tę radość, proę pana, że Lee Iacocca11, gławnyj naczalnik od Chryslera, to mój faworyt. Wyjątkowo mi pasuje.

Wie pan, o kim mówię? O tym gościu, co odpicował na nowo Statuę Wolności. Bomba decydent! Ma szansę zostać prezydentem. Ja na niego stawiam.

Ten Kolumbus zaś, o którym panu mówiłem, to też numerant, niech go! – Pan Zdzich na samo o nim wspomnienie wybuchnął szczerym śmiechem. – Mowę to miał taką, cholernik, że za Chiny nie szło go zrozumieć. Przychodzę, uważasz pan, i mówię: „Pokaż pan tego samca”, a on: „Good, good, kara stoi na kornerze”12, melduje mi. Hak mu w smak, idziemy na ten korner, a on mnie pyta, co z insiurą13. I dalej w ten sam sposób nawija.

„Ja ciebie rozumiem, guy – mówi. – Kara ci potrzebna, bo na springu ludzie się mufuja”.

Co za cholera, myślę. Dopiero potem kapnąłem, że on, skubany, angielskie słowo move, ruszać się, tak zamufował, a chodziło mu po prostu o to, że na wiosnę ludzie się ruszają i wóz jest mi potrzebny. Potem opowiadał, że pracował w buczerni ileś tam lat. No to się domyśliłem, że mu o naszą rzeźnię chodzi. Syna ma znów bowbara14 i takie tam… Ale wóz jest po byku. I ważne, że bagażnik ma wielki. Cielaka i krowę można w nim zmieścić.

– Myśli pan zakładać buczernię? – zażartowałem.

– A co to, wiadomo? – rzekł pan Zdzich. – Jak się ma rodzinę? I takiego rekina jak Sewek? To trzeba się mufować, kochany. Nie tylko na springu, ale przez cały okrągły rok. Dobrze, że mi pan przypomniał. Muszę się zwijać, niestety, Krycha mi łeb urwie. Siedzi z Sewkiem od rana. Muszę ją zmienić, kurza stopa… Kobicie trochę tej Kanady też się należy, nie?

7 Popularne pozdrowienie: Cześć, chłopcze!

8 Bus, autobus.

9 W porządku.

10 Jeden z najdroższych wówczas modeli samochodów.

11 Lee Iacocca jest prezesem koncernu Chryslera, po opublikowaniu swoich wspomnień stał się symbolem kariery w stylu amerykańskim; w latach osiemdziesiątych kierował komitetem odnowy Statui Wolności.

12 Dobrze, dobrze, samochód stoi na rogu (car – samochód, corner – róg).

13 Od ang. insurance – ubezpieczenie.

14 Kelner – w żargonie Polaków w Kanadzie.

Pan Zdzich

pyta: Zdzichu jest?

– Welfare się kończy, proę pana, roczek jak z bicza trzasnął i czas się rozejrzeć za poważnym zajęciem – stwierdził pan Zdzich. – Dotychczas łapałem się za drobne fuchy, lewiznę, jak to się u nas mówi, ale praca na dziko to wie pan? Nie jest to praca dla dżentelmena ze średniowyższym wykształceniem. Jak już panu mówiłem, jestem po technikum. Byłem w Polsce łącznościowcem. Robiłem na telefonach. Inna rzecz – ciągnął pan Zdzich – że wykształcenie często nie ma z tym nic wspólnego. Jest to raczej sprawa zasad, proę pana. Pryncypiów. Ja co prawda nie zniżyłem się jeszcze do tego, żeby glizdy z ziemi wyrywać jak nasi rodacy, ale sam pan wie, że często nawet „nizinierowie”, jak ja ich nazywam, gotowi są tych pomarańczowych z szosy wypchnąć, byle się do tego tłucznia dostać. Niestety, w Kanadzie sam dyplom do mieszania smoły nie wystarczy, trzeba być do tego Włochem, bo jak wiadomo, drogi w Kanadzie są całkowicie przez mafię opanowane i naszych nie wpuszczają… To też ciekawe. Jak ich Mussolini wyuczył budować te autostrady słońca, tak do dziś budują. Duce przegrał, oni wygrali. Podbili świat, kurza stopa. Niemniej jest to robota licha. Nie dla pana Zdzicha… – rzucił swym ulubionym rymem pan Zdzich i zaśmiał się wesoło.

– A można wiedzieć, jakie lewe roboty pan podłapywał? – zapytałem ostrożnie.

– No różne, proę pana. Jak pan wie, nabyłem bryczkę, Chryslerka, no to też chciałem, żeby na pusto nie ganiał. Zawsze mu coś wrzuciłem: to pizzę, to maszynkę do trawy. Kolega otworzył taką jednoosobową firmę i ja jemu trochę pomagałem. Wydawało się nawet, że to będzie niezły business. Przynajmniej w lecie. Kanadole, jak wiadomo, mają świra na punkcie trawy i o trawnik przed domem dbają bardziej niż o własną fryzurkę na głowie, strzygą w każdym razie częściej, to pewne. Ale znów, wie pan… – zastanowił się – cały boży dzień rżnąć trawę, to też trzeba mieć siano we łbie, nie uważa pan? Forsy wiele też nie nakosisz. Nie mówiąc o zdrowiu, proę pana. Ta kosiarka furczy, smrodzi, w nosie więcej spalin niż zapachu trawy, proę pana. Poza tym jednak ta maszynka trzęsie. Może nie tak jak młot pneumatyczny czy motorowa piła, ale jednak. Wibracja jest. Potem jakaś trzęsionka mięśni może wyskoczyć. Taka rabunkowa gospodarka ciałem się nie kalkuluje. Absolutnie. Potrzebne mi to? Potem człowiek będzie miał, jak ci nasi drwale, nie? Czterdzieści lat chłop i kaleka. Szklanki w ręce nie utrzyma. I jeszcze renty panu nie dadzą. Ani odszkodowania, bo wszystko na dziko, żadnej insiury nie ma, nie? Z lewą robotą bardzo trzeba uważać. I szanować się. Niektórzy się zupełnie nie szanują… Kolega mi pokazał taki jeden warsztacik, gość zatrudnia na dziko kilkanaście osób, no to zgroza, proę pana! Najbardziej drapieżne stadium kapitalizmu. On tam produkuje wszystko, wie pan, taki chłam wygniata. Z jednej maszyny wyskakuje Budda, z drugiej królowa angielska, z trzeciej Niagara Falls, w zależności, co idzie na rynku! Ale warunki? Nawet nasze behape miałoby zastrzeżenia. Gość ustawił mnie przy takiej wgniatarce i pokazuje mi, którą wajchą mam ruszyć. A ja mu na to, że ja się do tej cholery za Boga nie dotknę.

„Waj?” – ten krzyczy. Dlaczego?

„Bo chcę mieć jeszcze wszystkie palce”.

„Na co ci palce?”

„Muszę mieć czym liczyć forsę” – odpaliłem mu.

To go przekonało. Nie, nie, takie numery się zupełnie nie opłacają – rzekł pan Zdzich.

– To co się opłaca? – zapytałem.

– Rządowa posadka – odparł pan Zdzich.

– A złożył pan ofertę?

– Jaką ofertę?! – Mój rozmówca z politowaniem puknął się w czoło. – Dojścia trzeba mieć. I ja ich właśnie szukam – oznajmił tajemniczo. – W sumie nie ma się co spieszyć. Jak spaść, to z dobrego konia. Na razie z Krychą nie umieramy z głodu. Żonie trafił się dzieciak na wychowanie, Japoniec Nori, proę pana, kosooki zbój, ale bardzo miły, ma więc Sewek drugą Japonię w domu, kurza żyła. W końcu jeden rekin czy dwa, wsio ryba, uważam, a w gromadzie nawet lepiej się chowają. Spokojniejsze są. Ja jeden byłem i widzisz pan, jaki Zdziś drań jest dziś?! – Pan Zdzich klepnął mnie porozumiewawczo w plecy. – Z tym Zdzichem to też była niezła kołomyja, proę pana.

Mój stary, uważasz pan, był bardzo czuły na punkcie swej rodziny. Majątku dawno nie miał, ale lubił podkreślić, kim on to nie był po mieczu i po kądzieli. Gardził chamami, proę pana, co i mnie w pewnym sensie zostało. Otóż uważał on, że imię Zdzisław jest nieco prostackie. Gminne, jak to się dawniej mówiło. Pech jednak chciał, że to gminne imię nosił ojciec matki, dziecko ludu, że tak powiem, no i tu już matka stanęła na głowie i przeforsowała to imię po dziadku. Ojciec zdziałał tyle, że dorzucił mi na drugie Konstanty, po swoim ukochanym poecie Gałczyńskim. Zbitka jednak Zdzisław Konstanty brzmi jeszcze zabawniej niż Konstanty Ildefons, a ja poczucie humoru po mistrzu mam, wierszy nie piszę, więc sobie tego Konstantego darowałem. W dowodzie tylko, w rubryce imię, mam więcej do wypełniania. Ojciec jednak, uparta jucha, proę pana, chcąc uniknąć tego Zdzisława, zwracał się do mnie albo per synuś, albo per Kocik, a jak już w żaden sposób nie mógł ominąć, to bez żadnych zdrobnień walił: Zdzisławie. Brzmiało to pociesznie, przyzna pan, do takiego małego gnoja mówić: „Zdzisławie, zejdź z hulajnogi”. Ale stary już taki był. Wyczuli tę jego słabość kumple ze szkoły, złośliwa zgraja, i dawaj robić z niego wała. Specjalnie do mnie dzwonili, a kiedy stary podnosił słuchawkę, niewinnie zapytywali: „Zdzichu jest? Poproszę Zdzicha!”. I tu mój stary dostawał normalnego kota. Za każdym razem im odpowiadał, że Zdzichu to może być synem stróża, a jego syn nazywa się Zdzisław! Nic oczywiście nie pomagało i tym Zdzichem zostałem do dziś. Ale to tak na marginesie.

Jeżeli by mi nie wypaliła ta posada rządowa – ciągnął pan Zdzich – to przymierzam się do pracy superintendenta15. To jest prawdziwa Kanada, proę pana. Posadka złoto. Mieszkanko darmowe, ciuszki służbowe, chodzisz pan sobie w stalowej koszulce i tylko kluczami dzwonisz. Prawie jak nasz funkcjonariusz, kurza stopa. Tyle że pały nie dają. Praca w końcu prosta. Głowy Einsteina nie wymaga. Zlew przetkać, korki podmienić. Co to jest? A jak coś trudniejszego, to wzywasz speców i oni to za ciebie robią. Twoim zadaniem jest dyżurować i przyjmować zgłoszonka od lokatorów. Czyli praca na telefonie, proę pana. Łączność. Zawsze bliżej własnego „jobu”…

– No to nad czym się zastanawiać, panie Zdzichu?! Brać! – zawołałem z przekonaniem.

– Right! – odparł pan Zdzich. – Jest jednak jedno „ale”, kochany…

– Mianowicie? – zapytałem naiwnie.

Pan Zdzich przetrzymał mnie chwilę, po czym odpowiedział krótko:

– Jak kumple Sewka zadzwonią i spytają: „Sewciu jest?!”, to ja nie będę mógł im z czystym sercem odpowiedzieć, że mój syn nazywa się Seweryn, a Sewciu to może być najwyżej… Kapujesz pan?

W tym miejscu pan Zdzich stracił powagę i razem wybuchnęliśmy śmiechem.

– Dobrze przynajmniej, że mój stary nie wie, co to superintendent, kurza żyła. I raczej gotów mnie wziąć za kwatermistrza niż gospodarza domu.

15 Gospodarz domu, dozorca opiekujący się również lokatorami, wzór dla naszych cieciów.

Pan Zdzich

wybiera się na party

– How are you?16 – zapytał wesoło pan Zdzich.

– I’m fine17 – odpowiedziałem z nawyku. – A pan?

– Dno – odparł pan Zdzich i zaśmiał się podstępnie. – To był tylko test, kochany. Podpucha – wyjaśnił zaraz. – Chciałem pana sprawdzić, na ile pan się skanadolił, kurza melodia…

– Nie rozumiem…

– To proste – ciągnął pan Zdzich. – Odpowiedział pan na pytanie jak Kanadyjczyk, a nie jak Polak. Tu każdy tak odpowiada. I’m fine. Wszystkim jest fine, kurza stopa. U nas spytasz pan: „Jak leci?”, zaraz usłyszysz: „Dno, kochany. Lepiej nie pytaj”. I już ci gość nawija pasmo nieszczęść. Zaczyna jojczyć. Labidzić. U nas, jak ktoś jest optymistą, to podejrzana rzecz. Wariat albo tajniak. No tak. Chociaż tajniacy często jeszcze więcej labidzą, żeby człowieka podpuścić, jak ja pana. A tu odwrotnie, proę pana. Kurs na optymizm. Wsio jest all right. Będzie taki kwękał, to go od razu z pracy wyrzucą. Potrzebują mendę, żeby im humor psuł. Za bramę won, i już. Taki mają styl, widzisz pan. Zęby do pana szczerzą i wszystko byczo jest. Mnie się to nawet podoba, chociaż często diabeł mnie kusi, żeby czasem jak mnie kto zapyta: „How are you?”, odpowiedzieć: „Lously”, proę pana, czyli wszawo. „Jak się czujesz? Wszawo”. Ale z nimi tak nie można. Raz tak zrobiłem, to się tak zdziwili, że omal na emergency18 nie chcieli dzwonić. Chociaż powiem panu, że u nich nawet na pogotowiu jak się faceta pytają: „How are you? ”, to taki na noszach odpowie: „I’m fine” i skona. No tak. Taki z nich każdy optymistienko. Pan mnie zna, że ja lubię wyławiać te różnice. Smaczki, proę pana. To ciekawe czasami tak porównać… – Pan Zdzich przerwał na chwilę i zmienił temat: – Zgadnij pan, ile ja dałem za tę marynarę – zapytał nagle.

Naprawdę trudno było powiedzieć. Pan Zdzich ubierał się zawsze starannie, z przesadną elegancją nawet. Często można go było spotkać w garniturze i krawacie. Ten staroświecki styl mógł dziwić u młodego człowieka.

– W życiu pan nie zgadnie – odpowiedział za mnie i uchylił połę marynarki. – Spójrz pan na metkę. Aquasentum. Regent Street London. Made in England19. Stara Anglia się kłania. Brytyjska marynarka, proę pana. Nie żaden Tajwan. Mieli najlepszą marynarkę na morzu, proę pana, i na karku też. Nie da się ukryć. Dotknij pan ten materiał. Rozkosz pomacać. Mięciuchny. Sto procent wool20. To nie nasz bistor, dzianina doskonała, nie? Stary, angielski sztruks. Przyznam się panu – mówił dalej – że ja tworzywa formalnie nie znoszę. Moje ciało to normalnie odrzuca. Włożę koszulkę z polysterolu i od razu dostaję świerzba. Wysypki. Naprawdę. Drapię się jak pawian. Ze sztucznym niczego nie mogę nosić. Krycha się wścieka, woli non iron, rzecz jasna, żeby koszulkę ciach na wieszaczek i niech się sama prostuje. O nie, mówię. Chciałaś, babo, Szczawińskiego, to teraz cierp. Żaden Szczawiński w wymiętej koszuli nie chodził, a mama nawet wszystko krochmaliła. Krochmal ci odpuszczę, bo trudno o niego w Kanadzie, nie będzie go biedaczka wyciskać z kartofli, ale prasować musi. No ale ja tak gadam, a towar ucieknie. Jeśli pan chce, to pokażę panu, gdzie trafiłem tę marynareczkę.

I pan Zdzich poprowadził mnie do swego Chryslera. Przesunął zrolowaną wykładzinę na tylne siedzenie, włożył swoje irchowe rękawiczki i ruszyliśmy. Po drodze pan Zdzich, wskazując na mijanych przechodniów, dalej snuł swoje porównawcze uwagi.

– No patrz pan, jak te niektóre łajzy chodzą ubrane? Jakby tu była odzieżowa pustynia. Naprawdę. To u nas w Gdańsku, kurza melodia, babki chodzą tak odpalone, jakby się ubierały w Eaton’s Center21. Czasem aż dziw bierze. To też paradoks, nie?

Wjechaliśmy na Parliament Street. Pan Zdzich zaparkował swój samochód w bocznej ulicy i po paru minutach byliśmy już na miejscu. Zatrzymał się i wskazał duży napis:

– „Goodwill”22, proę pana, czyli dobra wola po naszemu. To jest mój „Pewex”. Tu właśnie nabyłem tę marynarkę. Teraz pan wiesz. Ja z free store23 i sklepów Salvation Army24 z reguły nie korzystam, bo dziadować nie lubię, czasem zachodzę do likwidatora, gdzie po pożarze łachy sprzedają, ale tu są najlepsze okazje. Teraz szczególna taniocha, proę pana, bo widzisz pan wywieszkę. – I pan Zdzich odczytał ze słowiańskim akcentem: – Clothes by the pound!25 Na kila łachy sprzedają. Dasz pan wiarę? Mózg dęba staje. 99 centów funt.

Weszliśmy do środka. Widać było, że pan Zdzich jest tu częstym bywalcem, czuł się bowiem, jak u siebie w domu.

– How are you, Suzan, today? – Machnął raźnie kasjerce. – Zaraz mi odpowie: „I’m fine” – szepnął mi na ucho i rzeczywiście:

– I’m OK – odpowiedziała dziewczyna.

– Co na jedno wychodzi – mrugnął pan Zdzich. – Na swoje wyszła – zaśmiał się.

Podeszliśmy do dużej sterty torebek damskich.

– Niezłe wysypisko – zażartował pan Zdzich. – Nowa zwałka. Wczoraj tych torebek nie było. Jest w czym przebierać, nie? Jak węgiel to zwalają. Trzeba pracować metodą odkrywkową. – Zanurzył wprawnie ręce w kupie damskiego towaru. – Szukam czegoś dla Krychy – wyjaśnił – bo niedługo ma urodziny. No, patrz pan. Czysta skóra! – Wskazał czerwoną torebkę. – W nas w komisie lekko za piątala by poszła. Biorę – zdecydował. – Powinna się jej podobać. Mamy wspólny gust. Wezmę jeszcze tę z węża – dodał i przesunęliśmy się dalej. – Podejdźmy do tego stogu – rzekł pan Zdzich, wskazując na stoisko z odzieżą dziecięcą. – W tej kopie też da się coś wybrać. No, proszę! – Z triumfem wyciągnął kombinezon na sześć lat. – Dla Sewka jak znalazł! – ucieszył się.

– Za duży, panie Zdzichu.

– No to co? Najwyżej poczeka. Odłoży się do szafy i cześć. Taki kombinezon jeść nie woła, może spokojnie poleżeć, aż Sewek urośnie, nie? Bierzemy.

Po chwili góra towaru obok pana Zdzicha zaczęła wyraźnie wzrastać. Pan Zdzich niczego nie przepuścił i na towar rzucał się jak sęp. To polowanie wyraźnie go pasjonowało.

– Nawet futra na wagę sprzedają. Karakuł-brajtszwanc, widzisz pan. – Dotknął futra ze znawstwem. – W całkiem niezłym stanie. Włos nie wyłazi. Wierzyć się nie chce, kurza melodia. Wszystko tanie jak barszcz. U nas, rzecz jasna. Bo tu burak drożej kosztuje niż to futro. No taki kraj przedziwny. Nam trudno uwierzyć. Chodź pan, podejdziemy jeszcze do tego Galluxu. Poluję na wizytowy garnitur, a ten Hindus tu się namiętnie kręci i może nam podebrać. Chociaż trzeci świat raczej na dżinsy łasy… Specjalnie nic tu nadzwyczajnego nie widzę – orzekł pan Zdzich, wprawnie przebierając w wieszakach. – Ale, czekaj pan… Jak ten komplecik się panu widzi? Całkiem przyjemny smoking, uważam. I jakby mój rozmiar. To też niezły haczyk językowy, nie? Po naszemu mówi się smoking, a po angielsku tuxedo. Wymyśliłbyś pan taki numer? No, całkiem nieźle leży. – Pan Zdzich obejrzał się w lustrze. – Zupełnie jakby na miarę szyty u mojego krawca Marculi. W karczku dobrze, rękawy w sam raz. Jak ulał, uważam. I bardzo wytwornie. Pełna kultura, proę pana. Klapki błyszczące, kolorek ściszony, nieagresywny. W najlepszym angielskim stylu. Taki jak prawdziwy dżentelmen powinien nosić. Sir, proę pana. Zgarniamy. Nie ma się co zastanawiać. Tym bardziej… – pan Zdzich taksował teraz w ręku swoją zdobycz – że nie ma nawet kilogramka, proę pana. Zaraz rzucimy to na wagę. – Pan Zdzich podszedł ze swoją górą towaru do znajomej kasjerki. – No tak. Miałem rację – rzekł z satysfakcją, patrząc na wagę. – Nawet dwóch dolców nie wybiła…

Pan Zdzich za wszystko razem zapłacił nie więcej niż piętnaście dolarów i wyszedł ze sklepu naprawdę uszczęśliwiony.

– To są te drobne przyjemności, kurza melodia. Bo pomyśl pan tylko… – Pan Zdzich uniósł trzy wielkie torby. – W Gdańsku pół komisów mógłbym tym zarzucić, nie? Ale najwięcej cieszę się ze smokingu – dodał, otwierając bagażnik swojego Chryslera.

– A co? Wybiera się pan na party do premiera? – zapytałem.

– Niby dlaczego nie? W takim tuxedo, proę pana, każdy cieć mnie przepuści bez zaproszenia. Mogę śmiało wparować na salę…

– I co wtedy? – zażartowałem.

– Wiadomo. Co może być? Powiem mu: „Hi, Brian. How are you?”. A on mi na to odpowie… Wiesz pan sam… I nawet do głowy mu nie przyjdzie, że ta moja wspaniała kreacja pochodzi z Goodwill, a nie z Renfrew26. I że kupuje się tu najlepszą modę na kila. Ale w końcu premier Brian Maulroney27 nie musi o tym wiedzieć. Grunt, że my z panem o tym wiemy.

16 Jak się masz?

17 Wspaniale, fajno.

18 Pogotowie ratunkowe.

19 Ekskluzywna firma angielska (z siedzibą w Londynie) szyjąca przede wszystkim garnitury i palta męskie.

20 Wełna.

21 Największe centrum handlowe w Toronto.

22 Nazwa sieci sklepów, w których sprzedaje się rzeczy używane po bardzo niskich cenach.

23 Punkt rozdawania używanych rzeczy.

24 Sklepy Armii Zbawienia – bardzo prężnie działającej organizacji charytatywnej.

25 Ubrania na funty!

26 Luksusowy, niezwykle drogi magazyn handlowy w Toronto.

27 Ówczesny premier Kanady, urzędował w latach 1984–1993.

Pan Zdzich

u dentysty

– No jak? Cheese okay?28 – I pan Zdzich nieco przesadnie ukazał w uśmiechu rząd swych zębów.

– Okay – odparłem, nie bardzo rozumiejąc, co ma znaczyć ta nagła demonstracja.

– Chciałem sprawdzić, czy nygus dobrze wstawił. Ale skoro pan nie zauważył, znaczy w porządku – wyjaśnił pan Zdzich i poczęstował mnie cukierkiem. – Spotkało mnie bowiem wielkie nieszczęście – ciągnął. – Ząb na granoli mi się złamał. Śrut podłożyli czy co, grunt, że zgryzłem, proę pana, i klawisz na połowę mi się rozłupał. Jakby go piorun strzelił. No tragedia. Na samym przodzie. Ani się pośmiać, ani pogadać, a ja gadać lubię, jak pan wie, smutas nie jestem. No dno. Do tego mam taki nieszczęsny układ, że wszystko na wierzchu, widzisz pan. Nie będę dziobem ruszał jak tenor. – Pan Zdzich wymownie naciągnął górną wargę na zęby. – Nie było innej rady, jak udać się do dentysty. Jest to czyste szaleństwo. Tu taka przyjemność kosztuje majątek i co cwańsi rodacy mostki i nowe klawiatury załatwiają sobie w Polsce, nawet bowiem wliczając w to podróż, i tak jeszcze na swoje wyjdą. W moim wypadku podróż nie wchodziła w grę, zdany więc byłem na miejscowego szczęko-majstra. – Pan Zdzich cmoknął cukierkiem głośniej. – Wyobraża pan sobie mój stan?! Ale szlachectwo zobowiązuje, kurza melodia. Nie można pieńkiem straszyć ludzi. Ja ze spotkań z dentystami mam jak najgorsze wspomnienia. Szczególnie z ostatnią dentystką krajową, Szczęsną Danutą. Ta Szczęsna na nieszczęście była przyjaciółką mojej matki i na rwaniu zębów znała się tyle, co ja z panem. Miała jednak miękkie serce, co w tym wypadku jeszcze gorzej. Wiele było mojej winy, bo sprawę zabradziażyłem. Zwlekałem do ostatniej chwili, próbowałem ratować się szałwią i rumiankiem, ale te płukanka pomogły tyle, co umarłemu kadzidło. I gdy do tej Szczęsnej trafiłem, to gębę już miałem jak morska świnka. Ta ręce nade mną załamała i mówi:

„Zdzisiu?! Będę musiała dokonać ekstrakcji! Ząbek nie nadaje się do leczenia. Na szczęście jest to ząb mądrości i jego braku tak bardzo nie odczujesz” – pocieszyła mnie.

Ona należała do tych dentystek, co to lubią sobie z pacjentem pogwarzyć i wszystko mu wyjaśnić. A ponieważ znała mnie od małego gnoja z grzywką, tym bardziej traktowała jak dziubaska. Rwij, babo – myślę sobie – tylko tak nie truj, bo ja bez tego oszaleję. A ona dawaj mnie uspokajać:

„Nic nie będzie bolało, Zdzisiu, bo i tak go znieczulę”.

I łaps za szprycę, proę pana. Igła na palec gruba, tępa, ta gmera, nie może wbić, no obłęd. Zęba nie tknęła, a ja już ledwie zipię. Wreszcie wbiła mi tę kamforę i czekamy. Ten zastrzyk czy zwietrzały, proę pana, czy słabosilny, dość, że ledwie na mnie podziałał i cały zabieg, szczerze mówiąc, odbywał się na żywca. Szczęsna wzięła cążki i dawaj ciągnąć. Ja głowę w prawo, ona w lewo, mocujemy się, kurza melodia, a ząb siedzi jak rzepka. Ani drgnie.

„Twardy masz ząbek” – pochwaliła mnie Szczęsna i szykuje się do drugiego podejścia.

Ja cały mokry, ona też. Ciągnie i ciągnie, wyciągnąć nie może. Cążki znów się jej omskły, ja się ratuję jak mogę, ona do mnie wciąż słodko, jakby karmiła z butelki:

„Bądź grzeczny, kotuś, nie utrudniaj mi pracy, bo korzonek w środku zostanie i będę musiała dłutkować!”.

Ożeż ty w dziąsło szarpana, myślę sobie, i tylko jęczę: „Aaa!”, no bo co mam powiedzieć?! Z dentystą żadna rozmowa. Lignina w ustach, gęba zakneblowana. A ona dalej szczebiocze, ta Szczęsna nieszczęsna. Ja już mam w oczach srebrne gwiazdy i wszystkie kolory tęczy. Czuję, że za chwilę kipnę. A ta mi jeszcze bajery wstawia:

„Bądź dzielny, synuś, jesteś mężczyzną. Mężczyzna musi być dzielny”.

Musi to na Rusi, a w Polsce jak kto chce. No nic. W końcu się uporała nieboga, pokazała mi kieł z triumfem i ząb mądrości mieliśmy z głowy. Żeby było śmieszniej, proę pana, to na drugi dzień po tej operacji poszedłem do kumpla na imieniny, żeby oblać stratę, i kiedy wracałem, jakiś nygus ni z gruszki, ni z pietruszki palnął mnie w szczękę w to samo miejsce. Widać moja gęba mu się nie spodobała. Dognaliśmy go i władowali fest, był to pijany małolat, który na kimś chciał wyładować swój nadmiar energii i wybrał moją zbolałą szczękę. Nie dziwi się pan, że po tym wszystkim na myśl o dentyście dostaję drgawek.

Kolega Krzywdziak, w świecie lekarskim obyty, bo ze szczotką po szpitalu gania, naraił mi stosunkowo niezłego dentystę. Zgłosiłem się więc do niego i już na progu zawiało innym światem. Office jak biuro podróży, proę pana, sekretarka przy komputerku, uśmiechnięta, wprowadza mnie do gabinetu i mówi, że doktór Burry zaraz przyjdzie. Tam przejmuje mnie inna blondyna i wskazuje fotel. Kładę się na niego w oczekiwaniu tortur, a ta za lewarek, proę pana, i spuszcza mnie do poziomu. Zamiast borka przysuwa mi do gęby kolorowy telewizor, nastawia program i mówi: „Relax”. Relaks to relaks.

Następnie wchodzi sam gławnyj i robi mi przegląd klawiatury. Ząbek każe prześwietlić. Wjeżdża rentgen, proę pana, mnie przykrywają całego płaszczem antyradioaktywnym, i mimo że mam mieć prześwietlony tylko ząb, okryty jestem po buty. Widać, że nie byli w Czarnobylu. Po zdjęciu znów otwieram paszczę i czekam na ligninę – tu nic. Doktór Burry oświadcza, że ząb jest do uratowania, żadnej ekstrakcji na szczęście nie ma i proponuje koronkę.

„How much?”29 – pytam grzecznie.

Ten wyjmuje cennik i mówi, że złota koronka kosztuje trzysta doli, a porcelanowa czterysta. Nie będę jednak sobie wprawiał złotego zęba, kurza melodia, bo mnie tu wezmą za Ruska. Trzeba odżałować. Trudno. Na własnych kłach nie ma co robić oszczędności. W końcu inwestycja na całe życie. Porcelana, mówię.

Na trzecim posiedzeniu doktór Burry wcisnął mi koronkę jak klawisz, widzisz pan. Żadnych mostków, piłowania sąsiadów. Kanada! – Pan Zdzich uśmiechnął się szeroko. – Koszta straszne, ale przynajmniej kły można bez wstydu szczerzyć. A cheese tu ważny. Na special30 go nie dają. Tak że w sumie w tym nieszczęściu miałem i trochę szczęścia. Nie tak jak z tą Szczęsną Danutą. Bo najgorsze rwać zęby po znajomości, proę pana. Nie kalkuluje się. Czasem już lepiej dopłacić te parę doli, kurza melodia…

Dalsza część w wersji pełnej

28 Dobry uśmiech?

29 Ile?

30 Zniżka.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Pan Zdzich opowiada

Pan Zdzich o bieganiu w kółko

Pan Zdzich mujfuje się na springu

Pan Zdzich pyta: Zdzichu jest?

Pan Zdzich wybiera się na party

Pan Zdzich u dentysty

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Pan Zdzich opowiada