Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 113

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Pan Wyręba - Stanisław Graybner

Powieść autorstwa Stanisława Graybnera (1846–1918), która ukazała się w 1894 roku. Opowiada historię Marka Wyręby, pana na włościach w położonej w górach wsi Klonowice. Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Pan Wyręba - Stanisław Graybner

Fragment ebooka Pan Wyręba - Stanisław Graybner

Stanisław Graybner

Pan Wyręba

Warszawa 2012

[Pan Wyręba]

Od kolei do Klonowic liczą opętanych mil pięć, co znaczy, że trzeba jechać cztery, a piątą dojeżdżać. Na dzisiejszą komunikację, to już świat zabity deskami, zwłaszcza, że chcąc się tam dostać, trzeba góry, parowy i wertepy przebyć, przez kilka rzek i strumieni w bród się przeprawić, a to wszystko stanowi karkołomne zadanie, Sanoczanom nie obce.

A jakaż żmudna ta droga! Oto na zahamowanych kołach spuszczasz się ze stromej góry, noga za nogą, dlatego, aby zaraz potem piąć się jeszcze wyżej. I tak ciągle, zdaje się bez końca. Nareszcie po kilku godzinach, zmęczone konie nowego szczytu dotarły. Chwała Bogu! Rozglądasz się. Gdzieś na dole drzewa i białe kominy być muszą. Wierutna bajka! Przed tobą nowych gór szczyty, nowych zarośli i wąwozów panorama, tyle piękna w swej dzikości, ile zniechęcająca do podróży. Klonowic jak nie ma, tak nie ma.

Nie zazdroszcząc mieszkańcom takiego kraju o owsianej kulturze, kręcisz i obracasz się niecierpliwie na wygniecionym siedzeniu, wreszcie dla skrócenia czasu drzemać usiłujesz – nadaremnie. Ale na koniec wózek zwraca się szparko z bitego, cesarskiego gościńca i wtacza na wąską, niby głębokie koryto, w gliniastych ścianach wyżłobioną drożynę. Konie parskają. Widocznie stajnię czują. Gdzież Klonowice? W istocie bliziutko, jeszcze tylko jedna góra, dostań się na nią, a wnet zobaczysz w dolinie, po nad brzegami bystrej, jak wąż wijącej się rzeczki, grupę wyniosłych topól, gospodarskie budowle, na podmurowaniu szalowany dwór, wśród śliwin, grusz i jabłoni. Na drugim planie widoku, tuż za sadem, ciągnie się sznurek niziutkich, w ziemię wrosłych chat szarych, na których straży, na lekkim wzgórku, z cmentarzem drewniana cerkiewka.

Niech cię nie dziwi, ze dwór i wieś jakby jedna, całość stanowią. To po dawnemu, z tych czasów jeszcze, kiedy w Galicji bliżej bywało od pana do kmiecia, aniżeli później od kmiecia do pana.

A więc nareszcie jesteśmy w Klonowicach. Przed dworem, na schodach ganku, stoi jak dąb wysoki, o szerokich ramionach mężczyzna, siwych oczu, szpakowaty, krótko ostrzyżony, bez brody, ale za to z wąsem potężnym. Na sobie ma tylko kamizelkę ‘z rękawami i guzem u szyi, pas czarny z klamerką na biodrach, spodnie w buty, słomiany kapelusz, w ręku laska z oprawionym szpadelkiem. Tak ubiera się pan Wyręba, po domu, przy pracy.

W tej chwili przykłada do oczu szeroką, opaloną dłoń i spod niej patrzy w przestrzeń, w kierunku Zachodu.

– Czysto, na pogodę – rzekł do siebie.

Prognostyk to nieomylny, bo oto promienie tonącego za górami słońca, oblewają szyby ganku purpurą, niby tłem bogatym do obrazu pięknej, typowej postaci szlachcica, wyrosłego na ziemi Sanockiej.

Czy aby w tym nie ma ironii? Wszakże zamiast ram złoconych dokoła portretu, czerwienieją tylko żywiczne jodłowe słupy ciosane, ganku podpory, a zamiast bogatego stroju, widzisz prosty kaftan, rzemień i kij sękaty. Ale nie. Tu słońce życzliwie pozdrawia strzechę rolnika, co z wiarą w Boga i przyszłość w pocie czoła orze szmat ojcowskich zagonów, zaledwie strzęp z szerokich dóbr, na jakich Wyrębowie z dziada pradziada w Sanockim siedzieli.

Pan Marek Wyręba jest człowiekiem dziś wprawdzie nie bogatym, ale rządnym, powszechnie szanowanym i uznanym za rozumnego, słowem, okolicznym luminarzem.

Bo też posiada wszystkie zalety, ba, cnoty obywatelskie. Oszczędny, dobry gospodarz, troskliwy ojciec rodziny, do usług prywatnych i publicznych zawsze gotowy, to dosyć. Ma on tam pono swoje dziwactwa i przesądy, ale nie jego przecie w tym wina.

Klonowice leżą na przedpieklu. Sam pan Marek twierdzi, że trudniej mu spotkać w swych progach miłego gościa, aniżeli kudłatego niedźwiedzia. Ale jak żaden z jego protoplastów, tak i on nie zatęsknił do szerszego świata. Nie mówić o Paryżu lub Wiedniu, jeżeli we Lwowie i Krakowie bywało się bardzo rzadko, raz na lat kilka zaledwie. Stosunki sąsiedzkie w górach nie łatwe. Zimą nie przebrniesz zasp śnieżnych, na wiosnę, gdy rzeki wyleją, ani mowy ruszyć się z domu, a w lecie roboty Irak, nawet nie godzi się koni odrywać. Tak więc trzeba było samemu sobie wystarczać.

I tu szukać owej dziwaczności, rzec można, oryginalności pana Marka Wyręby.

Oberwane odłamki skał spadają w bystre potoki, a stąd wraz z innymi, pędzi je woda do rzek, coraz dalej a dalej. W takim ruchu, bezkształtne bryły, szlifując się wzajem o siebie, przeistaczają się w okrągłe, gładkie kamyki. Towarzyskość jest wodą bieżącą, która pcha ludzi wszystkich razem naprzód, i nie tylko zmusza do przybierania form okrągłych, ale nadto, wyrównywa ich zwyczaje, zasady i przekonania. Jednostka oderwana, sama w sobie, pod wszystkimi tymi względami oderwana zostanie.

Pan Marek, obok cnót swoich, był odłamkiem Sanockiej skały, o kantach ostrych, któremu też wielce przydałaby się taka podróż podwodna z Sanu chociażby do morza.

Słońce zaszło. Na śladach jego jaskrawych, rysują się jeszcze wyraźnie wierzchołki gór, lasami gdzieniegdzie zarosłych.

Na wsi, to pora wieczornego obrządku.

– Pańskie oko konia tuczy – powtórzył sobie jak zawsze w takiej chwili pan Marek i za schodzącymi z pola stadami dobytku, na folwark pospieszył.

Przy nim wiązano krowy u pali, a każda miała swoje nazwisko, że zaś zwykł był nosić przy sobie bryłkę soli, i dawał ja lizać ulubieńcom, więc też teraz nie jedna łeb odwróciła i rykiem dopominała się przysmaku.

– Nie mam Siwucho, jutro, jutro Wałkowa – tłumaczył się gospodarz i krówki po szyjach klepał. Wnet dziewki pod okiem pana doić zaczęły.

– Nastąp! – woła jedna. – Bodajeś! Żeby cię wciórności! – narzeka druga i stołeczek w gnoju ustawiwszy, skopek pod pełne wymię ustawia. Strzykanie mleka słychać po całej oborze.

– A dobrze mi wydając dziewuchy! – gromko zawołał pan Marek, po czym widząc, że wszystko w porządku, do owczarni pospieszył.

Tu znów własnymi rękami pomagał owsiankę w kozły zakładać, bo noce już dłuższe, rankiem rosy, niechże więc owce mają czym zęby przecierać. Z kolei tu i tam zajrzał, zburczał chłopaka, ze źrebcom pozwalał pchać się jeden przez drugiego do szopy, wreszcie z karbownikiem o rannej robocie radził, aż po tym wszystkim ku domowi podążył.

W tej chwili, przed dwór zatoczył się wózek. To pan Szymon, daleki krewny, rezydent i totumfacki, wraca z miasteczka, dokąd jeździł za sprawunkami, po gazety i listy. Rześki, ruchliwy starowina. Jeszcze kości nie wyprostował po uciążliwej drodze, a już dobrodziejowi zdaje sprawę z poleceń, przy czym z parobkiem wybiera paczki i butelki ze słomy. Ale to nie delikatesy, koniaki, ani likiery.

– Siny kamień do pszenicy – wymienia pan Szymon – bretnale dla cieśli, olej, terpentyna, a tu waksztof dla jegomości.

Nadeszła dziewka i sprawunki do pokoju zabrała.

– A cóż tam z poczty? – zapytał wreszcie pan Marek – gazety są?

– Bodajże Cię Deus sekundował, zapomniałem co najważniejsze – i Szymon z zanadrza skórzaną torebkę wydobył, a podając panu Markowi – toć list jest od jejmości – dodał.

– Tak że mi gadaj – rzekł tenże, słomiany wdowiec od dwóch lat – pójdziemy czytać. Hej, baby, światła! – huknął i z Szymonem do pokoju poszedł.

Pani Wyrębina, to zacna, rozsądna, kobieta, najlepsza żona i matka. Cicha, uległa despotycznemu nieco mężowi, zdaje się nie mieć własnej woli. Ale w tym częstokroć leży subtelna umiejętność płci słabszej. Nie przeczy, ale prosi, wreszcie ustępuje, a jutro czeka sposobnej chwili, w której by mogła żądanie słodziutko, powtórzyć; nigdy nie gniewa się i nigdy nie grozi, ale cierpliwie, stopniowo – jak kropla wody kamień wydrąża, tak ona – zdobywa ustępstwa na stanowczym, nawet upartym małżonku. A tej właśnie stanowczości i uporu posiadał pan Marek dozę nie małą.

Wyrębowie mieli troje dzieci: Józefa, Janinę i Stanisławę. Wychowanie ich dostarczało nieskończonego tematu do nieporozumień między rodzicami. A syn był pierwszym, na którego losy długo nie mogli się zgodzić ojciec z matką i odwrotnie. Kiedy chłopiec skończył szkoły w Krakowie, pan Marek postanowił zabrać go do Klonowic i pod swoim okiem gospodarstwa przyuczać.

– Niech wcześnie bierze się do tej roboty – mówił – do jakiej w jego wieku brali się ojciec i dziadowie. Na teraz będzie mi pomagał, a kiedy z pola zejdę, on głowę rodziny matce i siostrom zastąpi Rzecz to nie łatwa, której też ja tylko dobrze nauczyć go mogę. Nie na razie, ale w chwili właściwej, delikatnie pani Kazimiera zwracała męża uwagę.

– Mnie się zdaje Mareczku, że to nie będzie dobrze. Klonowice fortuna skromna, marny trochę interesów. Skoro przyjdzie rozdzielić ja na trzy części, nie wiele dostanie się każdemu z naszych dzieci. Józio musiałby spłacać schedy siostrom, a czymże spłaci?

– Hm, czym? – mruknął pan Marek – ożeni się.

– Na to z góry liczyć nie można i – dodała cichutko – nie godzi się liczyć. Jeżeli się chłopcu nic odpowiedniego nie trafi, musiałby się sprzedawać.

– Tak zawsze szlachta robiła i tym stała – głosem stanowczym zadecydował mąż.

– A przecież za mną nie wziąłeś prawie żadnego posagu.

– Bo Klonowic było dosyć na dwoje.

– Ale Józiowi nie wystarczy na troje. Dzieliło i zmniejszało się fortunę w waszym rodzie przez setki lat, aż dziś przyszło do tego, że niema już czym dzielić.

Przystanął pan Marek i oczy wytrzeszczył. Uderzyła go ta uwaga, jak gdyby zupełnie nowa dla niego. Uśmiechnął się.

– A więc podług tego, jak mówisz Kaziuniu, to szlachta obecnie musiałaby dzieci topić jak kocięta, co? Żeby się nie mnożyły za nadto.

– Topić nie, żartujesz Mareczku, ale należy uczyć dzieci i ułatwiać im stanowisko, pozwalające obstawać własnymi siłami, zamiast, oglądania się na skromne resztki ojcowskich majątków.

Kroczył po pokoju pan Marek i wąsa szarpał. Wiedział on dobrze, że to wszystko, co żona mówi, jest zapowiedzią wytrwałej i długiej obrony jej poglądu. Za wygrane jednak nie dawał.

– Już to ja widzę – ciągnął – że chciałabyś ze szlachcica zrobić jakiegoś kauzyperdę, gryzipiórka, albo służalca. Padam do nóg.

Długo trwały podobne utarczki, aż wreszcie pan Marek mięknąć począł. Szukając jednak koniecznie sposobu ocalenia swych ultrakonserwatywnych zasad, postanowił bronić się samym Józefem.

– Niech on rozstrzygnie tę sprawę – mówił do Kaziunii. Pewnym był, że młodemu chłopcu uśmiechnie się gospodarstwo, że przełoży swobodę i stanowisko następcy ojca w Klonowicach nad służbę i zależność. Być może, tak by się stało, ale pani Wyrębina nie omieszkała wpłynąć na syna, kiedy na wakacje do rodziców zjechał. Wkrótce potem Józef Wyręba, za protekcją wysoko położonego krewnego pani Kazimiery, otrzymał wcale przyzwoitą jak na początek posadę w jednej z najpoważniejszych instytucji finansowych w Krakowie, z zapewnieniem, że jeśli młody człowiek zdolności i dobre chęci okaże, wówczas będzie miał do kariery i stanowiska drogę ułatwioną życzliwie. Jeżeli będzie żałował – mówił – jam temu nie winien. Zrobiłem swoje.

Wyrębianki, to hoże i ładne dzieweczki. W stosunku do nich pan Marek również na swój sposób pojmował pedagogię. Od pieluszek, aż do dłuższych sukienek, matka nieustannie coś dla nich wypraszać, wywalczać musiała.

– Kołyska jest głupim wymysłem, wygodnym dla ospałych nianiek – mawiał – ona to sprawia, że się dziecku w głowie przewraca. I Wyrębianki nie znały kołysek.

Ospy szczepić nie trzeba – powiedział kiedyś Dietl – więc ją pani Markowa, w tajemnicy przed mężem kazała dzieciom zaszczepić. – Do dziesięciu lat moje córki muszą chodzić boso po domu, po piasku i rosie, tym sposobem zahartują się.

– Ależ Mareczku – tłumaczyła żona – panny duże nogi mieć będą.

– O toż mi chodzi. Kobieta stworzona na matkę, więc niechaj ma stopy szerokie, bo takich właśnie potrzebuje – nie raz i nie dwa po dziewięć miesięcy z rzędu. Śmiechu warte te wasze kalectwa na jakichś tam sążniowych obcasach. To też kiedyś u sprowadzonych ze Lwowa bucików, własnoręcznie poodnibywał obcasy toporkiem, a Janka i Stasia, zanim moda nadeszła, już angielskie trzewiki nosić musiały.

Panienki rosły. Starszej należał się gorsecik.

– Wybij to sobie z głowy Kaziuniu – oponował pan Marek – garbatej nie pomogą sznurówki, a gładka po licha ma chować okrągłe kształty pod jakieś tam żelaza czy fiszbiny?

W swoim czasie małżonka wystąpiła z francuszczyzną i śpiewem.

– Głupstwo – krótko i węzłowato zawyrokował maź – pokażcie mi Francuzkę, która by się uczyła polskiego języka. Tryle wyciągać po włosku? Dziś rano Janka śpiewała „Kiedy ranne” i dalibóg dobrze było, aż echo niosło po sadzie

– Tańczyć panny nie umieją – skarżyła się matka.

– Bo też nie piruetem, ale ciepłem sercem dziewczyna chłopcu podobać się powinna – apodyktycznie odpowiadał ojciec.

Lata całe Kaziunia ustępowała mężowi, z początku, młodsza, mniej doświadczona, ślepo wierzyła w rozum i radę jego, wreszcie nie miała odwagi sprzeciwiać się woli człowieka, którego nad wszystko kochała. Ale opatrzyła się z czasem, że ta wola jest często wynikiem przesądów i zacofania, że panny tak puścić w świat znaczyłoby tyle, co narazić je na pośmiewisko i upośledzenie. I tu już poczęła się walka uległości dla męża z miłością córek, z obawą o przyszłość ich. Panienki były przystojne, świeże i zdrowiuteńkie poduczone od proboszcza i guwernantki, ale zresztą tak mało wypolerowane, że matka słusznie truchlała, jak je ludziom pokazać, I przyszedł czas, w którym zapytała się sama siebie co począć? Jedyna rada wybrać się na parę lat do Krakowa, a tam, po za okiem ojca, wykształcenie ukończyć. Przewidywała, że pan Marek nie będzie chciał słuchać o tym, że wystąpi z cala falangą zarzutów. To jednak nie zraziło jej znów, równie jak z synem, pokazała owo mistrzostwo, z jakiem powoli, łagodnie, zdobywając coraz to szersze ustępstwa, uzyskała wreszcie zezwolenie małżonka na swój projekt i wywiozła panny na edukację, nie zdradzając się w Klonowicach, jaki jej zakres nadać zamierza.

Dziś właśnie z rana pan Marek obliczył, że już dwa lata dobiega od chwili kiedy go odjechała żona z córkami. Tęsknił ojciec za rodzina, a tęskni! Tm bardziej, że przez ten przeciąg czasu nie uda Wybrać się do Krakowa. Gospodarskie Kłopoty, droga nie do przebycia, zresztą obowiązki publiczne, zawsze coś na zawadzie stawało. Co prawda, była to tylko ociężałość i przesadna drobiazgowość gospodarska. Jakże ruszyć się z domu, kiedy podorują ugory? Toż to podstawa roboty. Orka na zagon – rzecz kunsztowna, siew – wszystko, a młocka? bagatela, kiedyż czujniej pilnować trzeba? I tak bez końca. Gdy już rok minął, pan Marek tłumaczył sobie, że tylko drugie tyle poczeka i tym serdeczniej rodzinę w Klonowicach przywita.

– Podróż do Krakowa, do nich – tłumaczył się przed Szymonem – to przyjemność, a pilnowanie gospodarstwa, obowiązek. Ten przede wszystkim, zwłaszcza, że z oszczędnością złączony.

Teraz jedna dziewka przyniosła lampę, a za nią zaraz druga ustawiła dzieżkę zsiadłego mleka i dymiące ziemniaki. Jak rok długi, codzienna to w Klonowicach wieczerza.

– Niech jegomość jedzą bo wystygnie – mówiła Rynka.

A trzy służyły Marysie we dworze. Pan, zwolennik lakonizmu w stosunku do służby, wołał na nie Ryś, Maryś i Rynka – przez skrócenie.

Ale mimo wezwania, nie kwapił sio do mleka pan Marek. On teraz okulary, nałożył, bo zaczynał już szkieł przy lampie używać, i list od żony czytał uważnie.

– Jedz, jedz Szymonie, głodny pewnie po drodze jesteś – przerwał.

– Poczekam – odparł tenże – bom i ja ciekawy – i starowina śledził uważnie twarz czytającego. Dziesiątki lat przebywając w domu krewniaka, przywiązał się do jego żony i córek.

– No jakże tam, zdrowi aby?

– Mater dei! – zawołał Marek.

– Jezus Maria, czy co złego? – Szymon zerwał się z krzesła.

– Nie, nie – uspokajał pierwszy – co to dziś mamy, wtorek? A więc przyjeżdżają, w czwartek, słyszysz stary, przyjeżdżają, moja Kaziunia i Kruszyny moje! Toż to będzie witania.

– Chwała ci Boże – mówił Szymon – dwa lata prawie jak wyjechały.

– Oj tak, tak, a po co to było?

– Już tam jejmość wiedziała co robiła, roztropna kobieta

– A no to się pokaże – wtrącił Marek – niech tylko będą. Co prawda boję się, czy się teraz z pannami dogadam, strasznie mądre być muszą.

– Ot, gadanie, gadanie.