Opis

Na pierwszy rzut oka Guillermo Rosensweig jest wcieleniem sukcesu. Należy do elity gwatemalskiego społeczeństwa, prowadzi dobrze prosperującą kancelarię prawniczą, ma żonę, dzieci oraz cały szereg czarujących kochanek. Ale pewnego dnia w jego życiu pojawia się Maryam, libańska piękność, w której Guillermo zakochuje się bez pamięci do tego stopnia, że kiedy ją traci, nie widzi innego wyjścia jak tylko zaaranżować własną śmierć. Fabuła Pana własnego losu została oparta na niewiarygodnej, ale prawdziwej historii Rodrigo Rosenberga, gwatemalskiego prawnika, który w 2009 roku zaplanował własne morderstwo, uprzednio przygotowując nagranie wideo, w którym winą za swoją śmierć obarczył prezydenta Gwatemali Álvaro Coloma. W kwietniu 2011 roku na łamach New Yorkera ukazał się artykuł Davida Granna opowiadający o Rosenbergu, a na jego podstawie powstał scenariusz, który obecnie czeka na realizację. Jest to fascynująca podróż po współczesnej Gwatemali, ukazująca zatrważającą skalę korupcji i przestępczości przenikającej tamtejsze społeczeństwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

THE MASTERMIND

Copyright © 2016 by David Unger

Under license from Akashic Books, New York (www.akashicbooks.com). All rights reserved.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bogusława Wójcikowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Grzegorz Krzymianowski

TA PUBLIKACJA OTRZYMAŁA WSPARCIE SHARJAH INTERNATIONAL BOOK FAIR TRANSLATION GRANT FUND.

ISBN: 978-83-8110-550-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

PROLOGŻYCIE WE MGLE

Rok 2009

Kiedy Guillermo Rosensweig budzi się ze snu, ma prawy policzek przyciśnięty do podłogi w kuchni. Z kącika ust wypływa mu strużka śliny, tworząc małą, lepką kałużę. Jest całkiem goły, a w ramionach ściska swoje buty, jakby to było koło ratunkowe.

Mrugając oczami, próbuje sobie przypomnieć, dlaczego leży na podłodze, ale nie ma jasnego umysłu. Z wielkim wysiłkiem unosi głowę – która waży z sześć kilogramów – i rozgląda się w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek.

Nie widząc nic, co mogłoby mu pomóc odzyskać pamięć, kładzie głowę z powrotem na podłogę. Przez dziurę w oknie wpadają promienie słoneczne, które rażą go w oczy. Sądząc po bólu przeszywającym całe ciało, musiał ponownie stracić przytomność. Przynajmniej tym razem zdążył zdjąć buty.

Dzwoni telefon.

– Jefe – odzywa się pewny siebie głos.

– Co jest?

– Potrzebujesz interwencji?

Ach, pora na mówienie szyfrem. To jego kierowca i ochroniarz w jednym, Braulio Perdomo. Jego cień, człowiek od wszystkiego, ostatnimi czasy właściwie niemalże jego konkubent. „Interwencja” w ich tajnym języku oznacza, że został porwany, ktoś skonfiskował jego samochód albo właśnie przykłada mu do głowy pistolet. Lub też z opon samochodu zeszło powietrze, a on potrzebuje tabletek na żołądek.

– Nie, nie, wszystko w porządku. Jestem tylko trochę zmęczony.

– Wypij dwa surowe jaja z cytryną i chili. To najlepsze na kaca.

Następuje długa cisza, tak długa, że mógłby przejść się do budki przy bramie, zamienić słowo ze strażnikiem pilnującym wjazdu na zamknięte osiedle i wrócić spacerkiem do domu. Zanim Guillermowi udaje się sformułować odpowiedź, kierowca dorzuca ze śmiechem:

– Kac w niedzielę rano to nic złego. A po surowych jajach nawet może ci stanąć.

Guillermo odruchowo rzuca okiem na swojego ledwo widocznego ptaszka, smacznie śpiącego w posłaniu z włosów łonowych, i w duchu przeklina arogancję ochroniarza. Dlaczego w ogóle się zgodził, kiedy Miguel Paredes zaproponował mu jego usługi? Brauliowi wystarczyły raptem trzy tygodnie, żeby całkowicie przejąć kontrolę nad życiem swojego rzekomego pracodawcy.

Ale w tej chwili powinien raczej skupić się na pierwszej wskazówce: jest niedziela rano.

– Prosiłem cię, żebyś do mnie dzisiaj zadzwonił?

– Chodzi o jutro. Chciałeś, żebym był o dziewiątej, ale nie dam rady przyjechać wcześniej niż o dziesiątej. Moja żona ma wizytę u lekarza, a dzieci, no wiesz, ktoś musi je zawieźć do szkoły, zwłaszcza teraz, biorąc pod uwagę te wszystkie ataki…

– Nie ma szkolnego autobusu?

– Chyba zapomniałeś, że w zeszłym tygodniu dwa autobusy porwano dla okupu. Nie chcę ryzykować, jefe.

– Błagam, nie mów do mnie jefe.

– Jak sobie życzysz, Guillermo, ale to niczego nie zmienia.

Do kurwy nędzy.

– Może być dziesiąta. Ale bądź punktualnie. I umyj wcześniej samochód.

– Umyłem go jeszcze w piątek, nie pamiętasz, jefe?

Guillermo praktycznie widzi złośliwy uśmiech Braulia.

– No to jesteśmy umówieni.

– Tak jest. Miłej niedzieli – rzuca na pożegnanie Braulio.

Tak, na pewno będzie miła, kiedy boisz się nawet podjechać własnym samochodem do supermarketu, mimo że twoje BMW ma kuloodporne szyby i czujniki pod podwoziem, i kiedy patrzysz podejrzliwie na ogrodnika, strażników, pokojówkę, a nawet na osobistego kierowcę, który dotąd wydawał się godny zaufania. „Miłej niedzieli”, jasne. Niesamowite, jak szybko wszystko się spieprzyło.

W Gwatemali zdrada czyha na ciebie na każdym kroku.

Guillermo dźwiga się z podłogi i podchodzi do zlewu. Odkręca kran i zaczyna chłeptać wodę, rozdziawiając usta jak ryba. Wie, że jest niefiltrowana i może się od tego rozchorować, ale prędzej czy później i tak coś go zabije. Dopiero po trzecim łyku uświadamia sobie, że woda śmierdzi psimi rzygami i wypluwa ją z obrzydzeniem. Nie ma co przyśpieszać egzekucji.

Udaje mu się chwiejnym krokiem przejść przez salon i doczłapać do sypialni, gdzie natychmiast rzuca się twarzą na łóżko. Gdyby zdołał uaktywnić chociaż część szarych komórek w mózgu, mógłby rozproszyć mgłę spowijającą jego umysł i na moment odzyskać trzeźwość myślenia. Taką przynajmniej ma nadzieję.

Mógłby zadzwonić do Maryam. Ona wiedziałaby, co robić. Ale zaraz dociera do niego, że Maryam nie żyje i że to właśnie jest powód, dla którego stracił chęć do życia.

W głowie mu huczy. Potrzebuje kilku dzbanków oczyszczonej wody i garści ibuprofenu, ale jest jak przykuty do łóżka. Gdzie ubranie?

Mógłby zawlec się pod prysznic, pogwizdując melodię Oh What a Beautiful Mornin’. A co potem? Zwalić konia, jak często radzi Braulio? Iść na rower? Może potruchtać do pracy?

Do jakiej pracy? Dzisiaj?

Mgła powoli opada, a jego zamroczony umysł zaczyna analizować sytuację.

Powinien skończyć z tymi libacjami. Ale dla kogo? Dla siebie? Na pewno nie dla żony, która zostawiła go i wyjechała z dziećmi do Meksyku. Właściwie byłej żony, bo Rosa Esther rozwiodła się z nim osiemnaście miesięcy temu, kiedy nie chciał zerwać znajomości z tą „małą arabską dziwką”, jak określała Maryam. To już prehistoria, równie odległa jak epoka, w której po ziemi chodziły dinozaury – czasy, kiedy był bez pamięci zakochany w Maryam, jedynej prawdziwej miłości swojego życia.

Czy powinien tak myśleć o tym, co się stało? O swojej stracie? Ktoś musi za to zapłacić. Ktoś za to zapłaci. Może jest już gotowy zrobić to, o co prosił go Miguel Paredes, i zrównać wszystko z ziemią? Czy życie ma jakikolwiek sens?

Guillermo zamyka oczy i rozluźnia całe ciało. Trzy głębokie wdechy, wydech przez usta, bo masz zatkany nos. Jak w pranajamie. Przegnaj wszystkie myśli i skoncentruj się na łagodnym świetle wydobywającym się z błękitnej chmury nicości. Jeśli będziesz tak robił każdego dnia przez dziesięć minut, otworzysz drzwi do wewnętrznego sanktuarium, gdzie będziesz mógł zacząć na nowo organizować swoje życie.

Wdech, wydech, wdech, wydech. Droga do nirwany. To naprawdę proste.

Po zaledwie piętnastu sekundach Guillermo otwiera oczy. Nie jest w stanie wyrównać oddechu, pozbierać rozbieganych myśli. Odwraca się na plecy. Nad sobą widzi wiatrak, linie na suficie przemieniają się w konstelacje, które rozpoznaje, ale nie potrafi ich nazwać.

Przesuwa się na materacu, opuszcza nogi na podłogę i siada na brzegu łóżka. Owczarek niemiecki mieszkający w sąsiednim domu zaczyna jodłować na tarasie. Może po ścianach wdrapują się bandyci albo nad głową aryjskiego psa lata wielka skrzydlata mrówka zompopo. A-uuuu! A-uuuu! Gdyby Guillermo miał broń, posłałby kundlowi kilka pocisków smugowych prosto między oczy. Na razie, Rin Tin Tin. Hasta la vista, baby.

Nie mając siły, by utrzymać się w pionie, opada z powrotem na łóżko. Ćwiczenia oddechowe jednak pomogły mu odzyskać jasność umysłu. Splata dłonie pod głową i pozwala sobie na niepewny uśmiech. Zamyka oczy i powraca myślami do tamtych cudownych dni, kiedy zakochał się w Rosie Esther i jej miękkiej skórze. Przypomina sobie, jak bardzo była oddana swojej babce, która ją wychowała. Pamięta niedzielne lunche w Casa Santo Domingo w mieście Antigua, weekendowe wyjazdy nad jezioro Atitlán. To były złote lata ich małżeństwa, kiedy Rosa Esther wciąż wierzyła, że poślubiła dobrego człowieka – który nie myśli o romansach, jest oddany jej, Kościołowi i oczywiście ich dzieciom, Ilánowi i Andrei.

Oczy zachodzą mu łzami, gdy myśli o swoich wszystkich kłamstwach. W dziedzinie zdrady stał się prawdziwym ekspertem. Musiał jedynie zadzwonić do domu i powiedzieć, że będzie pracował do późna z jakimś ważnym klientem nad sprawą tak poufną, że nie może o niej powiedzieć ani słowa przez telefon. Rosa Esther, wcielenie ufności, zawsze mu wierzyła, dzięki czemu mógł do woli spotykać się z Rebeccą, Sofią, potem Araceli i w końcu z Maryam, z którymi umawiał się w hotelu Best Western Stofella na kilka godzin ostrego picia i ubijania materaca.

Johnnie Walker czynił go niezwyciężonym. Dwa, czasem trzy numerki w ciągu godziny, kierownik hotelu często walił w drzwi, ponieważ ludzie w sąsiednich pokojach skarżyli się na hałas. Pieprzyli się na stojąco przy ścianie, na podłodze, na umywalce w łazience albo w wannie w czasie, kiedy większość gości szykowała się do wyjścia na kolację gdzieś w Zona Viva.

Z Maryam zaczęło się tak samo. Była córką jego klienta Ibrahima Khalila. W przeciwieństwie do Rosy Esther odznaczała się niezwykłą inteligencją praktyczną. I ta uroda: ciemne włosy błyszczące jak heban, zielone oczy i usta, które charakterystycznie wykrzywiała, zawsze gdy wątpiła w to, co mówił jej Guillermo – a zdarzało się to dość często. Maryam okazała się miłością jego życia i dobrowolnie wyrzekł się innych kobiet, żeby być już tylko z nią. Ale jak można być z „miłością swojego życia”, kiedy jest się żonatym, kiedy ona jest mężatką, a ponadto córką twojego najważniejszego klienta, i kiedy twoja pozycja społeczna zależy wyłącznie od tego, czy jesteś dobrym mężem, ojcem i szanowanym członkiem społeczności.

I tutaj przydaje się jego prawniczy sposób myślenia. Sam w niezliczonych procesach cywilnych przekonywał, że choć prawa nie wolno obchodzić, kwestie karalności czynu czy naruszenia zaufania często determinują w większym stopniu okoliczności niż sztywne zapisy zawarte w aktach prawnych. Podobnie jest z umową małżeńską – przecież wolno mu mieć kochanki, pod warunkiem że co do joty wypełnia swoje obowiązki wobec żony, dzieci i społeczności, do której należy. Bo właściwie dlaczego nie? Jego romanse nigdy nie wyrządziły nikomu krzywdy. Co więcej, Rosa Esther w którymś momencie zaczęła mu odmawiać jego praw małżeńskich.

A on przysiągł wierność Maryam.

Guillermo otwiera oczy i uśmiecha się na myśl o własnym sprycie. Gwatemala to kraj, gdzie na równi liczy się posłuszeństwo wobec prawa, rodziny i religii, więc władze świeckie i kościelne często się ze sobą zgadzają. Każdy przywódca polityczny mówi o podtrzymywaniu „struktury społecznej”. Czterdzieści cztery lata zbrojnego konfliktu może zakończyć dokument powołujący się na zasady konstytucyjne, których nigdy, przenigdy nie przestrzegano. Porozumienie pokojowe oznaczało powrót do społecznej stabilności. Tylko dla kogo? Dla żołnierzy oddających władzę i wracających do koszar? Dla rozbitych indiańskich rodzin z tysiącami zabitych krewnych, odzyskujących tereny uprawne wokół nieistniejących już wiosek? Dla partyzantów składających broń, żeby pójść do szkół zawodowych, gdzie nauczą się naprawiać samochody albo łączyć przewody elektryczne? Dla odurzonych narkotykami sierot porzucających noże i pistolety, by jako wolontariusze pomagać w opiekowaniu się sparaliżowanymi pacjentami w ośrodkach medycznych w całym kraju?

Odwraca głowę w stronę nocnego stolika. Zegar pokazuje jedenastą z hakiem. Trzeba by wreszcie rozpocząć ten dzień. Guillermo myśli sobie: Moje życie jest żałosne. Nie mam po co żyć. Nawet Braulio ze mnie drwi. Zanim Maryam została zamordowana razem ze swoim ojcem, zamierzała zostawić dla mnie swojego męża, Samira. Mieliśmy tysiące planów – chcieliśmy chodzić po plażach, wspinać się na wulkany, siedzieć całymi dniami w łóżku, pijąc i się kochając. Wszystko to dosłownie poszło z dymem. Od tamtej pory klienci odchodzą ode mnie jak perły zsuwające się z zerwanego naszyjnika. Moi rodzice, zwłaszcza ojciec, wstydziliby się za mnie. Rosa Esther mieszka w Meksyku, daleko ode mnie, i jest szczęśliwa, a moim dzieciom jest obojętne, czy żyję, czy nie. Zresztą trudno im się dziwić.

Na jego twarzy pojawia się pot jak wilgoć zbierająca się na ścianach jaskini. Guillermo próbuje wstać, ale tak bardzo kręci mu się w głowie, że postanawia przyczołgać się do łazienki na kolanach. Serce dziko wali mu w piersi. Kiedy dociera do toalety, jego usta się otwierają i do białej ceramicznej misy wylewa się strumień alkoholu razem z niestrawionymi kawałkami jego okrutnego, beznadziejnego życia.

Jest niedziela, taka sama jak każda inna, zbliża się południe. Czy kiedyś wreszcie przestanie doprowadzać się do takiego stanu? Czy zawsze musi pić aż do utraty przytomności?

Z zewnątrz dobiegają go głosy dzieci śpiewających po angielsku Humpty Dumpty. Gdy to słyszy, chce mu się płakać.

Wymiotuje jeszcze raz, cały dygocząc. Ciekawe, czy wszyscy konni i wszyscy dworzanie z piosenki zdołaliby złożyć do kupy jego życie?

Być może jest już za późno. Jego ciałem wstrząsają drgawki, w żołądku czuje bezlitosny ucisk, jakby ktoś ściskał go imadłem. W końcu wymiotuje po raz trzeci i wydaje z siebie zbolały skowyt.

Nie będzie z tym już więcej walczył. Zrobi to, czego oczekuje od niego Miguel Paredes, nawet jeśli to oznacza, że nie będzie go przy tym, jak świat ostatecznie eksploduje.

Zabawę czas zacząć.

ROZDZIAŁ PIERWSZYLAMPY NA SPRZEDAŻ

Rok 1977

Każdego dnia po zakończeniu zajęć w Colegio Americano w Vista Hermosa Guillermo zabiera się do centrum razem z przyjaciółmi, którzy mają samochody z własnymi szoferami. Wysiadają przy pasażu Portal del Comercio, obok śmierdzących spalinami autobusów, i przeciskając się pomiędzy straganami z tanią odzieżą i zabawkami, przebiegają pod arkadami w stronę apteki Klee i domu towarowego El Cairo, gdzie zaczyna się promenada. Potem idą spacerkiem po Szóstej Alei w kierunku kościoła św. Franciszka, mijają sklepy i zaglądają przez okna do wszystkich kafejek, próbując wypatrzyć którąś ze swoich szkolnych koleżanek pijącą colę albo jedzącą lody przy jednym z licznych stolików. Jeśli po minięciu jednej czy dwóch przecznic nie udaje się im nikogo dostrzec, sami wpadają do jakiegoś baru, sadowią się pod samym oknem, zamawiają piwo i gadają. Chcą wszystko widzieć i żeby ich wszyscy widzieli.

Naprawdę bogate dziewczyny chadzają do Café Paris, restauracji Peñalba albo L’Bonbonniere niedaleko hotelu Pan American, kupują duże cole i sączą je przez słomki. Są zgrabniejszymi i modniej ubranymi wersjami swoich matek, wiele z nich, wybierając się do centrum, zakłada reeboki i spodnie dresowe. Chłopcy – ubrani w spodnie marki Farah, koszule Ganta i buty z perforowanym czubkiem – to młodsze wersje swoich ojców biznesmenów, tyle że bez wąsów.

Koledzy Guillerma lubią chodzić do Fu Lu Sho, ponieważ panuje tam półmrok, a jedzenie jest niedrogie. Kanciaste wnętrze restauracji wypełniają małe, okrągłe stoliki i ławy obite czerwoną tkaniną. Wszyscy zgrywają zawadiaków przez około godzinę, ale dziewczyny nigdy do nich nie dołączają – nie są zainteresowane chłopcami, którzy udają, że ich rodzice nie mają pieniędzy. Około piątej towarzystwo zbiera się i każdy w pośpiechu podąża w umówione miejsce spotkania z matką, ojcem, ciotką czy wujem, którzy zawożą ich do domu w Los Arcos, Vista Hermosa czy Simeón Cañas. Tak mija im każdy dzień w oczekiwaniu na koniec szkoły.

Guillermo zostaje nieco dłużej, ponieważ czeka na ojca, który wychodzi ze sklepu La Candelaria punktualnie o szóstej. Przez tę jedną godzinę, od piątej do szóstej, siedzi sam, obserwując sekretarki i stenografki zatrudnione w firmach w biurowcu Edificio Engel. Kiedy wychodzą z pracy albo tylko żeby napić się fanty, wyobraża sobie, że umawia się z jedną z nich na randkę i idą razem na piwo i sajgonki. Chłonie wzrokiem zarys ich piersi pod wzorzystymi sukienkami z dakronu. Dla ochrony przed wieczornym chłodem mają zarzucone na ramiona akrylowe sweterki. Guillermo wprost uwielbia patrzeć na ich ciemne, kształtne nogi, tanie buty na obcasach, czerwone, przesadnie umalowane usta. Gdyby tylko zechciały na niego spojrzeć! Ale te starsze dziewczyny nie wiedzą nawet, że na świecie istnieją chłopcy z liceum.

Piątki wyglądają inaczej. Guillermo z przyjaciółmi pędzi, żeby zdążyć na seans o czwartej w kinie Lux, gdzie wyświetlają najnowszy film z Paulem Newmanem czy Robertem Redfordem, albo idzie do centrum handlowego Capitol, żeby pograć w gry wideo w kłębach dymu papierosowego.

W marcu w sklepie z zabawkami La Juguetería poznaje Perlę Cortés. On kupuje tam nową futbolówkę, ona plastikową ciężarówkę dla młodszego brata. Jest „dziewczyną z sąsiedztwa” (tak określa się kogoś, kto nie ma bogatych rodziców), uczy się w dziesiątej klasie w drugorzędnym liceum Inglés Americano. Rozmawiają, idą na mixtę i colę do Frankfurts i Perla niemal natychmiast zostaje jego pierwszą dziewczyną. Zaczynają się umawiać w piątki – chodzą do kina, ponieważ jej matka pracuje do szóstej jako pielęgniarka w szpitalu Cedar of Lebanon przy rogu Ósmej Alei i Drugiej Ulicy. Guillermo zabiera ją do Cine Capitol i zawsze kupuje miejsca z tyłu, gdzie może ją obejmować podczas seansu.

Na ich pierwszej randce, gdy na ekranie lecą już napisy końcowe, Guillermo, wstając, niechcący ociera się o jej jędrne piersi. Perla, o dziwo, mruczy z zadowoleniem, pociąga go z powrotem na siedzenie i przytula się do niego. On czuje narastający wzwód i kładzie rękę na jej lewej nodze. Ona z uśmiechem bierze jego rękę i przykłada ją do swoich majtek, żeby poczuł, jaka jest mokra. Rozchyla nogi, wsuwa jego dłoń pod gumkę i przyciąga ją do swojej kości łonowej. Naprowadza jego palec wskazujący do środka, zaczyna się wić i rytmicznie poruszać, cicho pojękując. W pewnym momencie wygrzebuje mu ze spodni członka, zaczyna go głaskać i masować, aż Guillermo spuszcza się na podłogę w kinie.

W ten sam sposób kończą się dwie kolejne randki.

Ale w dzień, kiedy sperma ląduje na jego spodniach, dochodzi do wniosku, że nie może się dłużej widywać z Perlą. W ich zbliżeniach jest coś mechanicznego, poza tym trudno mu zaakceptować, że to ona zawsze inicjuje grę wstępną. Guillermo uważa, że mężczyzna powinien odgrywać dominującą rolę.

Do sklepu ojca przybiega spóźniony, z koszulą wyciągniętą ze spodni.

Nigdy więcej już się nie widzieli.

– Chcę, żebyś zaczął dla mnie pracować, Guillermito. – Nic nie uszczęśliwiłoby Güntera Rosensweiga bardziej, niż gdyby jego syn przejął kontrolę nad finansami sklepu La Candelaria. Jego córka zakochała się w jakiejś kobiecie i zamieszkała w San Francisco. – Mój jedyny syn pracujący ramię w ramię z ojcem!

– Tato, nie chcę teraz o tym rozmawiać. – Siedzą w domu. Jest niedziela, tydzień po Wielkanocy. Jeżeli siedem dni wcześniej, tysiące lat temu, zdarzyło się jakieś zmartwychwstanie, to Guillermo nic o tym nie wie. Lunch właśnie dobiegł końca. Jego matka jest w kuchni i wydaje polecenia nowej pokojówce. Trzeba natychmiast stąd uciekać, pobiec na górę, zająć się czymkolwiek, byle tylko nie rozmawiać z ojcem o przyszłej pracy.

– Muszę się uczyć do egzaminów końcowych.

Günter uśmiecha się z dumą. Wyobraża już sobie, jak jego matematycznie uzdolniony syn sprawuje nadzór nad wynikami sprzedaży i prowadzi księgi rachunkowe, podczas gdy on może zajmować się jedynie klientami.

– Bardzo byś mnie wspomógł. Wiesz, że lubię Carlosa, ale nie chcę, żeby odziedziczył po mnie interes.

– Tato! – wykrzykuje rozpaczliwie chłopiec. Jego ojciec ma okrągłą, piegowatą twarz i rude strąkowate włosy, zaczesane do tyłu. Zawsze marszczy czoło i spogląda na świat z tęskną nadzieją – na to, że spotka się z powszechną aprobatą i że uda mu się dokonać kolejnej sprzedaży. W jego oczach kryje się wieczne pragnienie, aby świat stale dostosowywał się do jego oczekiwań.

– Nie będę żył wiecznie – stwierdza. Guillermo wie, że jego ojciec, który dwa lata temu cudem przeżył atak serca, umarłby z rozpaczy, gdyby musiał zostawić sklep Carlosowi, swojemu najwierniejszemu pracownikowi. Wie, że ponownie zarzucono na niego przynętę, i z reguły w takich sytuacjach daje w końcu za wygraną, niechętnie zapewniając, że kiedyś przejmie po ojcu rodzinny interes. Tym razem jednak nie mówi nic.

– Ty nigdy nie chcesz o tym rozmawiać – naciska Günter.

– Nie teraz – prosi Guillermo, wstając od stołu. Jest wdzięczny losowi za to, że odziedziczył ciemną karnację i rumuńskie rysy twarzy po matce. Gdyby wyglądał jak ojciec, skończyłby, grając codziennie w szachy z grupą kumpli w okularach i jedząc słone korniszony. Nie ma z nim absolutnie nic wspólnego.

– Skoro nie chcesz rozmawiać teraz, to kiedy? Wyznacz datę. Może za tydzień, po zakończeniu szkoły…

– To o wiele za wcześnie – przerywa chłopak, nie odwracając się. – Możemy o tym pogadać jesienią. Ja i moi przyjaciele mamy już plany na lato.

– Co? Zamierzasz łazić na imprezy i spać do późna? – Ojciec podnosi się z krzesła. – Masz pracować ze mną w sklepie! – ryczy jak kogut.

To marzenie jego ojca: mieć u boku syna, nawet jeśli miałoby to trwać tylko kilka miesięcy. Ten scenariusz stał się bardziej realny, kiedy Guillermowi nie udało się dostać do college’u. Prawdę mówiąc, Günter nie miał złudzeń, że jego syn przejmie rodzinny biznes na stałe. Chociaż przez lata oszczędzał każdy grosz, wie, że po przejściu na emeryturę po prostu sprzeda sklep. Nie zostawi go Carlosowi. Zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie do niczego zmusić Guillerma, który pragnie jedynie włóczyć się z kumplami.

– Idź się uczyć – mówi ze złością. On i jego żona źle wychowali syna, rozpuścili go. Guillermo jest już jednak na schodach prowadzących do swojego gniazda, gdzie może do woli objadać się chipsami i śnić na jawie, odcięty od całego świata.

Kiedy Guillermo uzyskuje dyplom ukończenia liceum (z całkiem przeciętnymi wynikami), jego ojciec znowu zaczyna wiercić mu dziurę w brzuchu. Oczekuje, że teraz wreszcie skończą się wszystkie pozalekcyjne i weekendowe zajęcia i rozpocznie się praca w sklepie.

– Tato! Zapomniałeś o moich wakacyjnych wyjazdach?

– O czym?

– O wycieczkach, o imprezach! W przyszłym tygodniu jadę na narty wodne do Likín. Potem Rosario zaprosiła nas na weekend na grilla do domu jej rodziców w San Lucas. A Guillermo…

– Ty jesteś Guillermo!

– Mój przyjaciel, Guillermo Contreras – mówi z naciskiem chłopak, rozdrażniony tym, że ojciec nigdy go nie słucha i nie zna imienia ani jednego z jego znajomych – zaprosił całą klasę na rejs swoim jachtem po Río Dulce. A Mario i Nora zaplanowali ekspedycję speleologiczną…

– Spele… co? Mów po ludzku!

– Chodzenie po jaskiniach. Będziemy badać pieczary pod Quetzaltenango.

Guillermo jest przekonany, że jego ojciec nie ma pojęcia o niczym, co nie wiąże się bezpośrednio z wieszaniem albo naprawianiem lamp. Nigdy nie był w takich miejscach jak Tikál czy Quiriguá. Nie odróżnia Cobán od Copán. Kiedy Guillermo wspomina, że we wrześniu zamierza pomagać jako wolontariusz przy prowadzonych przez Uniwersytet Pensylwanii wykopaliskach w ruinach cywilizacji Majów w Uaxactún, Tikál albo Piedras Negras, ojciec patrzy na niego pustym wzrokiem.

– Tym właśnie chcę się zająć. Moi wszyscy przyjaciele idą w sierpniu do college’u, a ja planuję zamieszkać pod namiotem w Petén i pracować z zespołem archeologów.

– W dżungli? I cały dzień machać łopatą?

– Tak. Może odkryjemy nową piramidę.

– A co z La Candelaria?

– Jesienią, tato. Jesienią.

Ojciec kręci głową. Wie, że gdy nadejdzie wrzesień, jego syn wymyśli kolejną wymówkę. Nie może zrozumieć, dlaczego Guillermo jest gotowy robić wszystko, byle tylko nie pracować w jego sklepie z lampami.

W połowie sierpnia, po wszystkich letnich wyprawach, szkolni przyjaciele Guillerma szykują się do wyjazdu na studia. Nie będzie tęsknił za wszystkimi, jedynie za swoim najlepszym przyjacielem Juancho.

Jednak wbrew przewidywaniom Güntera w końcu brakuje mu wymówek i nie jest w stanie dłużej się wykręcać od pracy w La Candelaria. Ponieważ w liceum uczył się księgowości i matematyki biznesowej, wydaje się naturalne, że powinien wspomóc Carlosa, księgowego przesiadującego w przeszklonym biurze nad główną salą.

Carlos ma wielkie obwisłe uszy i oczy jak kret, a w jego oddechu czuć tysiące wypalonych chesterfieldów. Chcąc uciec przed kłębami papierosowego dymu, Guillermo raz po raz zbiega po spiralnych schodach, żeby wypić kawę w El Cafetal.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że tu ze mną jesteś. Nie mógłbym tego samego oczekiwać po twojej siostrze.

Guillermo nie znosi sklepu ojca, który przypomina długi tunel z setkami lamp zwisających z sufitu. Niektóre są zapalone, inne nie, rozwieszono je bez ładu i składu, a już na pewno bez żadnego wyczucia stylu. Na samym końcu, za kalejdoskopem wiszących świateł, jest jeszcze wciśnięty mały bambusowy las stojących lamp. Wzdłuż jednej ściany biegnie lada z małymi lampkami na biurka. Strażnik imieniem Anibal przechadza się po sklepie jak bóg Neptun ze swoim trójzębem – tak naprawdę jest to pręt z hakiem do zdejmowania z sufitu lamp, które klienci chcą obejrzeć z bliska.

– Sprzedawanie lamp to sztuka – tłumaczy ojciec. – Sztuka definiowana względami praktycznymi, ponieważ każdy wyrób łączy w sobie funkcję estetyczną i użytkową. Z czasem nauczysz się, w jaki sposób abażur filtruje ilość światła przenikającego do pomieszczenia. Klienci muszą wiedzieć, jak działają włączniki i czy do lampy można wkręcać żarówki różnej mocy i barwy, czy tylko jeden rodzaj.

– Wiem, tato. Powtarzasz mi to wszystko od czasu, gdy skończyłem pięć lat.

Ojciec nie zwraca na niego uwagi, musi dokończyć przemowę.

– Czy wolą tanie przewody gumowe, czy oplecione jedwabiem? Lampy mogą zwisać, stać, wyłaniać się zza rogu, mogą być przywiercone do ścian jak lichtarze albo pochodnie. Zalewają światłem całą przestrzeń albo koncentrują je w jednym punkcie. Mogą świecić od góry, od dołu albo na boki.

Guillermo bez słowa kiwa głową, co jego ojciec odbiera jako zachętę.

– Klosze mogą być stożkowe, okrągłe jak dynie czy sprężyste jak latarnie. Mogą być półprzezroczyste albo zupełnie przezroczyste. Wybiera klient.

Ojciec Guillerma uważał, że wybór żyrandola do salonu albo lampy do sypialni czy jadalni był poważną decyzją, porównywalną z zakupem kanapy, stolika, biurka, lodówki czy nawet samochodu. Należy spełnić wszystkie wymagania klienta, aby nie dopuścić do sytuacji, kiedy ktoś odda lampę w ciągu siedmiu dni i otrzyma zwrot pełnej kwoty – trudno o większą katastrofę, ponieważ taka lampa nie może być już ponownie sprzedana jako nowa.

Günter nie chce jednak wprowadzać polityki nieprzyjmowania reklamacji. Stanowi uosobienie drobnego przedsiębiorcy z zasadami. Jego celem jest służyć klientom w sposób fachowy i uczciwy, dzięki czemu będą czuli się w pełni usatysfakcjonowani.

Choć podejście ojca jest na pewno godne pochwały, Guillermo nie zamierza spędzić życia na sprzedawaniu lamp. Dla niego to zbyt poniżające zajęcie.

Günter Rosensweig przyjechał do Gwatemali z Niemiec na początku lat pięćdziesiątych bez grosza przy duszy. W żyłach miał parę kropel żydowskiej krwi – tak mało, że jego własny ojciec pomimo nazwiska zdołał zachować swoje biuro rachunkowe we Frankfurcie przez całą wojnę, podczas gdy wielu jego żydowskich wspólników wywieziono do obozów koncentracyjnych. Na pewno nie zaszkodziło to, że w Ardsbergu w ogromnym zamku mieszkał znany hrabia Rosensweig, który wypowiedział słynne słowa „dobry Żyd to martwy Żyd”, szeroko nagłaśniane przez prasę i cytowane przez innych Niemców.

To ocaliło jego ojca i matkę.

Günter uniknął służby wojskowej, ponieważ miał astmę i szmery w sercu. Powojenne lata w Niemczech były bardzo trudne i chaotyczne, a on nie czuł się w żaden sposób zobligowany do tego, by zostać i pomagać rodakom w odbudowie kraju. Jego rodzice już nie żyli, nie miał rodzeństwa i ciągnęło go, żeby wyjechać na inny kontynent, jak najdalej od zamętu panującego w Europie.

Zdjęcia pokazują, że Günter był kiedyś trochę wyższy i nawet względnie przystojny. Takim właśnie poznała go matka Guillerma, Lillian, ciemnowłosa piękność z Cobán. Jej ojciec uprawiał kardamon, był z pochodzenia Rumunem, a matka Majanką z miasteczka Rabinal. Lillian, która była wyższa od męża o dobrych kilka centymetrów, miała atrakcyjną twarz, a jej brązowe oczy nie były może zbyt bystre, ale na pewno uwodzicielskie. Guillermo nie mógł nigdy pojąć, jakim cudem zostali parą. Miał wrażenie, że ktoś przez pomyłkę zmieszał elementy dwóch różnych układanek, z których jedna przedstawiała, powiedzmy, łasicę, a druga jaguarundi. On wdał się w matkę. Ludzie mawiali, że narodził się samoistnie z Lillian, bez żadnego genetycznego wkładu ze strony ojca. Z kolei jego siostra, Michelle, odziedziczyła po ojcu okrągłą twarz i rudawe strąkowate włosy. Wszyscy się zgadzali, że nigdy nie będzie pięknością, podczas gdy Guillermo, chłopak o ciemnych, tajemniczych oczach, wyrośnie na pożeracza serc.

Günter miał dwadzieścia trzy lata, kiedy rozpoczął pracę w sklepie z lampami Abrahama Sachsa przy Siódmej Alei i wkrótce został jego wspólnikiem. Dwa lata później, już po ślubie Güntera z Lillian, Abraham zmarł na wylew krwi do mózgu, kiedy na głowę spadła mu dwudziestokilogramowa lampa. Ponieważ nie miał spadkobierców, sklep odziedziczył Günter. To było jak dar niebios.

Ale dary niebios niekoniecznie przechodzą na kolejne pokolenie. Kiedy podanie o dopuszczenie do pracy przy wykopaliskach zostaje odrzucone, Guillermo, nie mając innych pomysłów, decyduje się zostać z ojcem, nawet jeśli uważa sklep z lampami za więzienie.

Zaraz po rozpoczęciu pracy zaczyna wynajdywać przeróżne wymówki, żeby nie jeździć z ojcem do sklepu o ósmej trzydzieści rano. „Wczoraj w nocy nie mogłem zasnąć, głowa mnie boli”. Wsiada sam do autobusu do centrum i przyjeżdża na miejsce około dziesiątej – doskonała pora, żeby od razu wyskoczyć do El Cafetal po kawę i pączki.

Günter nie beszta syna. Co więcej, jest kompletnie nieświadomy jego męki. Po sześciu tygodniach pracy, czy raczej migania się od pracy, Guillermo przyznaje się, jak bardzo cierpi.

– Ten sklep mnie wykończy, tato. Od pracowania z Carlosem dostanę raka płuc.

Günter Rosensweig nie jest całkiem pozbawiony poczucia humoru.

– Przynajmniej nie musisz kupować papierosów, żeby się nawdychać dymu.

– Bardzo śmieszne.

– Co chciałbyś robić zamiast tego, synu? Może w takim razie zejdziesz na dół i pomożesz mi obsługiwać klientów?

Guillermo patrzy na niego krzywo. Jeśli przebywanie w jednym biurze z Carlosem to dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego, to praca u boku ojca i jego korpulentnych, źle ubranych czterdziestopięcioletnich pracowników w zdartych czarnych butach oznacza wyrok śmierci. Wszyscy noszą wzorzyste fartuchy i muszą korzystać z pomocy Anibala, który na prośbę klientów ściąga swoim trójzębem lampy z jaskrawego nocnego nieba. Musiałby też wysłuchiwać, jak ojciec zachwala im swoje towary, co zawsze wprawiało go w ogromne zażenowanie. I codziennie zakładać niebieski fartuch. A co, jeśli zobaczą go w takim stroju rodzice znajomych albo, co gorsza, któryś z jego byłych kolegów szkolnych?

La Candelaria to jedyny sklep z oświetleniem, jaki pozostał w centrum Gwatemali. Strefa 1 z każdym miesiącem staje się coraz bardziej zaniedbana i niebezpieczna, coraz mniej się tu handluje. A wszystko zaczęło się chyba od trzęsienia ziemi w 1976 roku, kiedy zawaliły się setki starych budynków z czasów kolonialnych. Trzy lata później, gdy Guillermo miał osiemnaście lat, La Candelaria odczuwała już negatywne skutki konkurencji ze strony sklepów znajdujących się w centrach handlowych poza śródmieściem, gdzie można nie tylko kupić lampy i drobną elektronikę, ale także skorzystać z oferty ulokowanych po sąsiedzku kawiarni, restauracji i butików, a wszystko to w znacznie bardziej atrakcyjnym otoczeniu i z mnóstwem dostępnych miejsc parkingowych. Guillermo tłumaczy ojcu, że powinien otworzyć drugi sklep w strefie 9 albo 14, ale pomysł zostaje odrzucony. „Ludzie zawsze będą przyjeżdżać na zakupy do centrum”.

Upał, hałas i dym są już tu niemal nie do wytrzymania. Niegdyś eleganckie ulice śródmieścia zostały zastawione dziesiątkami improwizowanych straganów, które zasłaniają sklepy i wypierają ludzi z chodników.

– Myślę, że będziesz szczęśliwszy, pracując na dole ze mną – stwierdza Günter.

Oczy Guillerma zachodzą łzami. Co on jeszcze robi w Gwatemali? Wszyscy jego przyjaciele wyjechali, a jemu pozostał wybór pomiędzy wdychaniem dymu papierosowego w schowanej przed światem klitce na górze a pracą na parterze, gdzie w każdej chwili mogą go zobaczyć rodzice jego znajomych.

– Nie mogę. To mnie zabije.

Jego ojciec nie wie, jak na to zareagować. Z jednej strony jest mu przykro, że Guillermo nie chce z nim pracować, ale z drugiej katusze, jakie przeżywa jego syn, łamią mu serce.

– A co byś powiedział na dostawy?

Chłopak ociera łzę i uśmiecha się blado.

I tak przez całą wczesną jesień Guillermo jeździ zdezelowaną furgonetką marki Volkswagen, rozwożąc lampy i żyrandole do prywatnych domów. Czasami zatrzymuje się w Zona Viva, żeby wpaść do kafejki na kawę albo piwo Gallo. Okropnie tęskni za Juanchem. Ale przynajmniej jeżdżąc po mieście, wreszcie ma szansę popatrzeć na słońce i sosny, na ludzi i chmury.

Oprócz tego widzi też, że w stolicy mieszka coraz więcej biednych Indian, którzy blokują ulice i utrudniają życie kierowcom. Jego zdaniem to wina rządu – władze powinny wyłapać wszystkich tych ludzi i umieścić w obozach pracy. A tak w ogóle nie powinny były nigdy pozwolić na to, aby partyzanci rozpanoszyli się w górach.

Powoli popada w samolubną depresję, która nie pozwala mu odczuwać współczucia wobec nikogo z wyjątkiem samego siebie. Najgorsze w całym tym jeżdżeniu furgonetką są kursy do domów jego znajomych, którzy wyjechali na studia. Guillermo zawsze modli się o to, by móc po prostu wręczyć pudła komuś ze służby, ale raz na jakiś czas wpada na któregoś z rodziców swoich kolegów i wtedy w pełni czuje smak upokorzenia.

Kiedy przychodzi grudzień, jego matka i ojciec są już tą sytuacją bardzo zmartwieni. Guillermo nie może przecież być przez resztę swoich dni kierowcą samochodu dostawczego. Prawda?

Postanawiają ofiarować mu hojny prezent: dostatecznie dużą kwotę, aby mógł odbyć czteromiesięczną wyprawę po najważniejszych stolicach Europy. Nie ma co liczyć na wielkie luksusy, ale przynajmniej znajdzie się w całkiem nowym środowisku. No i wreszcie będzie sam.

ROZDZIAŁ DRUGIOD LUWRU DO KARCZOCHÓW

Guillermo ma nadzieję, że spacerowanie po szerokich alejach Paryża i Madrytu, zwiedzanie wspaniałych muzeów Rzymu i Londynu czy wdrapywanie się na groble w Holandii w jakiś sposób wskażą mu kierunek, jaki powinno obrać jego życie. Wierzy, że gdy zobaczy na własne oczy Panny dworskie Velázqueza albo Mojżesza Michała Anioła – czy nawet odwiedzi browar Heinekena w Amsterdamie – pewnego ranka obudzi się i przed oczami mignie mu jego przyszłość.

Ale Europa nie okazuje się zbyt pomocna. Guillermo codziennie budzi się w paskudnym nastroju i z erekcją, którą czasami postanawia się zająć, a czasami nie, gdyż sypia w hostelach i wokół niego zawsze leży zbyt wielu innych chłopaków. Tęskni za prywatnością swojego pokoju na poddaszu w domu rodziców.

Czuje się strasznie samotny. Patrzy na innych wędrowców, którym udaje się ze sobą zaprzyjaźnić i przez pewien czas podróżować razem, ale z jakiegoś powodu nie potrafi stać się częścią żadnej grupy. Jest samotnym wilkiem. Cała jego mowa ciała, z czego powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, komunikuje innym, że jest osobą nieprzystępną i mało towarzyską. Przypomina sobie miesiąc spędzony z Perlą Cortés i marzy o tym, żeby tu, w Europie, znaleźć kogoś takiego jak ona. Kogoś, kogo mógłby objąć, nawet jeśli musiałby zgodzić się na to, by to ona dyktowała warunki w kwestii seksu.

Zawsze, kiedy czuje taką potrzebę, czyli mniej więcej co trzy, cztery dni, wybiera się do dzielnicy czerwonych latarni w mieście, w którym akurat przebywa. Podoba mu się to, jaką moc mają pieniądze. W Europie seks jest tani i bezpieczny, chociaż w Barcelonie odkrywa pod bielizną dziesiątki poruszających się czarnych kropek i zaczyna odczuwać okropne swędzenie. Wyobraża sobie, że zaraził się syfilisem, i udaje się do kliniki w Barrio Gótico, poleconej przez kierownika hostelu. Pielęgniarka, która bada go w rękawiczkach, oznajmia, że ma wszy łonowe. Przez sześć kolejnych nocy musi spać z pieniącym się kremem na genitaliach, no i musi powstrzymać się od seksu. Niezmiernie psuje mu to humor, ale teraz przynajmniej może się czuć jak prawdziwy weteran – kombatant, który ma za sobą incydent z wszami łonowymi.

W każdym mieście, które odwiedza, opracowuje inną strategię działania. Oprócz zaliczenia wszystkich obowiązkowych atrakcji turystycznych zawsze stara się wyszukać mniej znane muzea i parki, żeby poczuć się kimś więcej niż zwykłym turystą. W Rzymie odkrywa Villa Borghese, z jej rozległymi ogrodami i pięknymi rzeźbami autorstwa Canovy. W Paryżu – Muzeum Marmottan, gdzie można obejrzeć wielkie obrazy z cyklu Lilie wodne, które Monet kończył w Giverny w ostatnich latach życia. We Florencji wybór pada na kaplicę Brancaccich przy kościele Santa Maria del Carmine, gdzie bardzo silnie przemawia do niego zachwycający fresk Masaccia Wygnanie z raju. W Madrycie na jego wyobraźnię najbardziej działają czarne szkice Goi w Prado. Przesiadując na ławkach w parkach przed tymi wszystkimi muzeami, Guillermo wypisuje pocztówki do rodziców w Vista Hermosa, do swojego przyjaciela Juancho w Tempe w Arizonie i do swojej siostry Michelle, która postanowiła zrobić dyplom z pedagogiki na Uniwersytecie Stanowym w San Francisco.

W każdym nowym mieście regularnie odwiedza biuro American Express, żeby usłyszeć wieści z domu. Od matki dowiaduje się, że z uwagi na coraz groźniejszą sytuację w kraju jego rodzice zastanawiają się nad przeprowadzką z Vista Hermosa do ogrodzonego osiedla w Los Próceres. Jego siostra nerwowo wyznaje mu, że podobają się jej kobiety (już dawno to podejrzewał) i zaczęła zgłębiać nową tożsamość ze swoją meksykańską dziewczyną, Marcelą. Z kolei ojciec informuje go, że partyzanci zyskują coraz większe poparcie wśród populacji Majów zamieszkujących regiony górskie. Juancho, jego przyjaciel, pisze, że tak bardzo tęskni za domem, że zamierza rzucić studia na Uniwersytecie Stanowym w Arizonie, wrócić do kraju i zapisać się na kurs biznesu na Uniwersytecie Marroquína – nowej uczelni utworzonej przez elitę biznesową Gwatemali jako przeciwwaga dla coraz bardziej radykalnie nastawionego Uniwersytetu San Carlos.

Guillermo ma wrażenie, że Gwatemala bardzo zmienia się pod jego nieobecność, ale kontynuuje tę pozbawioną celu wędrówkę po nowych miastach i ich muzeach. Jest samotny i marzy o powrocie do domu, ale czuje się zobowiązany dokończyć czteromiesięczną eskapadę po Europie.

W ostatnim etapie podróży jeździ autostopem po południu Francji i sypia w hotelach, gdzie płaci siedem dolarów za noc. Ma wystarczająco dużo pieniędzy i woli unikać niezręcznych pod względem towarzyskim pobytów w młodzieżowych hotelach. Odwiedza Awinion, Arles, Saint-Rémy, Les Baux i Aix-en-Provence, gdzie z nikim nie rozmawia, ale zaczyna rozumieć, dlaczego Europę zwykło się nazywać Starym Światem. Zachwycają go rzymskie ruiny, sarkofagi i akwedukty, choć nawet nie wie dokładnie dlaczego – może dlatego, że tak silnie kontrastują z pięknem krajobrazu południowej Francji. Wiosna jest wyjątkowo ciepła, a Guillermo szybko przyzwyczaja się do powietrza o zapachu świeżej lawendy i tymianku. Ogląda drzewa i wszechobecne tulipany.

Zwiedzając małe miasteczka i wsie Prowansji, przestaje wypatrywać burdeli, ponieważ nie chce znowu zarazić się wszami łonowymi albo czymś znacznie gorszym. Wystarczy mu onanizowanie się w łóżku, z papierem toaletowym pod ręką, i wyobrażanie sobie, że ściąga z Perli majtki i deponuje swoją spermę – która nieodmiennie lądowała w kinie na podłodze – wewnątrz jej ciała.

W kwietniu, gdy letnie ciepło dociera na ulice Paryża, Guillermo powraca do domu, który zna od dziecka. Opowiada rodzicom o swoich licznych przygodach – przemilczając te natury seksualnej – po czym znów zalega w ich domu, zajmując kawalerkę, którą zbudowali dla niego, kiedy był jeszcze w gimnazjum. Teraz to jego twierdza, jego ptaszarnia, jego leże, gdzie może słuchać kaset Nat King Cole’a i Andy’ego Williamsa, przeglądać albumy fotograficzne, przemycać egzemplarze „Playboya”, kupione w kiosku El Portal, i w spokoju się dotykać. Robi to bardziej z gniewem niż z przyjemnością.

W końcu, po kilku tygodniach znoszenia lenistwa syna, Günter po raz kolejny wdrapuje się po schodach do jego pokoju. Ponieważ ostatnio gwałtownie się postarzał, Guillermo zastanawia się, czy nie jest przypadkiem chory. Ojciec zadaje mu swoje ulubione pytanie:

– Co zamierzasz zrobić ze swoim życiem, Guillermo?

– Nie wiem, tato – odpowiada bez zastanowienia chłopak.

Jego ojciec spogląda na stosy czasopism i skotłowanych ubrań w rogach pokoju. Choć kosztuje go to niemało wysiłku, mówi wysokim głosem:

– Chciałbym, żebyś przejął sklep. Chcę odejść na emeryturę.

Guillerma ogarnia smutek. Uświadamia sobie, że z jednej strony ojciec kompletnie go nie rozumie, a z drugiej on nie rozumie motywacji ojca.

– Chcę dokonać czegoś na własną rękę. Zostawić po sobie jakiś ślad. Może zajmę się rolnictwem.

Czegoś takiego Günter jeszcze nie słyszał. Niemal odbiera mu mowę.

– Rolnictwem? I co, będziesz uprawiał kapustę?

– Myślałem raczej o karczochach – odpowiada Guillermo, mając w pamięci to, jak bardzo smakowały mu we Francji ich mięsiste liście zanurzone w ciepłym sosie z masła, bazylii i czosnku. W Gwatemali nigdy nawet nie widział karczochów, ale jest przekonany, że miejscowa gleba i klimat mogłyby sprzyjać uprawie, choć może nie da się ich hodować na masową skalę. Z całą pewnością jednak nigdy nie trafiłyby na stół jego ojca.

– I właśnie to postanowiłeś po trzech miesiącach spędzonych w Europie? – Günter marszczy czoło, a Guillermo zauważa, że rdzawe włosy na głowie jego ojca zaczynają się robić siwe. – Że chcesz hodować karczochy?

– Nie było mnie cztery miesiące.

Jego ojciec wbija w niego zmęczony wzrok.

– Dobrze, cztery. Co to za różnica? Jedziesz do Paryża, Londynu i Amsterdamu i nagle w głowie zapala ci się lampka, że pragniesz zostać rolnikiem i grzebać się w ziemi?

– Nie chcę siedzieć całe życie w biurze – mówi Guillermo, przypominając sobie Carlosa. Powstrzymuje się od żartu na temat lampki zapalającej się w głowie syna sprzedawcy lamp. – I nie mam głowy do handlu.

– Dlaczego więc nie nauczysz się robić czegoś wartościowego? Zamiast własnymi rękami sadzić karczochy, mógłbyś zająć się rolnictwem od strony biznesowej. Niech ktoś inny wykonuje brudną robotę. – Günter wciąż pamięta bzdurną fantazję syna o pomaganiu archeologom przy wykopaliskach w środku gwatemalskiej dżungli.

– Chodzi ci o agronomię?

– Nie wiem, jak to się nazywa, ale na pewno można się z tego utrzymać. Zarządzanie uprawami, dystrybucja, sprzedaż. Wszystko to lepsze niż patrzenie, jak harujesz na kolanach na polu.

Guillermo musi przyznać, że raz na jakiś czas staruszek miewa dobre pomysły.

– Nie mam nic przeciwko, żeby stać się bogatym rolnikiem, tato.

– Tego właśnie nauczyłeś się w Europie? – drwi Günter. – Że brzydzisz się pracą? Wolałbyś być eleganckim rolnikiem niż przejąć firmę, którą stworzył twój ojciec?

Guillermo nie ma ochoty się kłócić.

– Nie brzydzę się biedą, po prostu nie chcę żyć w biedzie. Biedni ludzie budzą we mnie niesmak.

– Teraz już rozumiem, dlaczego Indianie i partyzanci walczą razem w gwatemalskich górach. Ponieważ postanowili być biedni, tak? A Europa to twoim zdaniem stary, zmęczony kontynent pełen muzeów. Mam rację?

– Europa jest gorsza od Gwatemali – stwierdza Guillermo. – Tutaj przynajmniej istnieje jakaś nadzieja na zmiany. Tam są tylko skamieliny.

Günter Rosensweig nie kryje irytacji. Odwraca się powoli i przygarbiony rusza w stronę drzwi. Guillermo zna te ruchy – ojciec zachowuje się tak przy klientach, kiedy stara się doprowadzić do sprzedaży. Ale tym razem transakcja nie zostanie dokonana. Klient nie zawoła go z powrotem.

– Nie chcę codziennie zakładać fartucha – dodaje Guillermo łamiącym się głosem.

Günter odwraca się, a Guillermo wstrzymuje oddech. Znów ma łzy w oczach. Ojciec uświadamia sobie, że tak właśnie postrzega go syn. Wiecznie w fartuchu, jak pokojówka.

– Chodź tu, synu.

Guillermo podbiega i rzuca się w jego otwarte ramiona. Od miesięcy tłumił w sobie frustrację, poczucie kompletnej porażki. Nienawidzi się tak czuć i obiecuje sobie, że już nigdy nie będzie słaby, nigdy więcej nie będzie musiał się na nikim opierać. Nie chce wcale zranić ojca – nie jest przecież sadystą – ale nie chce również pozwolić na uwięzienie się w życiu, które napawa go obrzydzeniem.

Günter głaszcze syna po głowie i sam również zalewa się łzami. Obaj płaczą, lecz każdy z innego powodu. Guillermo chciałby przestać, ale nie jest w stanie. Może tak się to właśnie kończy, kiedy mówi się ojcu, że praca, którą wykonuje, jest poniżająca, a może to po prostu dlatego, że po raz pierwszy od miesięcy drugi człowiek dotknął go w sposób mający cokolwiek wspólnego z miłością.

Jest rok 1980, a sytuacja w Gwatemali staje się naprawdę groźna. Większość licealnych znajomych Guillerma postanawia zostać za granicą, gdzie uczą się, pracują albo podróżują przez całe lato. Doradza się im, aby na razie nie wracali do domu. Ich rodzice muszą zajmować się swoimi sklepami i biurami, ryzykując, że w każdej chwili mogą zostać uprowadzeni, ale nie ma powodu, by ich dzieci miałyby się także narażać na niebezpieczeństwo. Matka jego kolegi z Colegio Americano pada ofiarą porwania, a gdy jej rodzinie nie udaje się dostatecznie szybko zapłacić okupu w wysokości miliona dolarów, zostaje zastrzelona i wyrzucona – wciąż mając na sobie biżuterię – na pobocze drogi pod Chimaltenango.

Komunikat jest jasny i czytelny: albo płacisz, albo giniesz.

Guillermo ma dziewiętnaście lat, a prezydent Lucas García twierdzi, że kraj jest bezpieczny jak nigdy dotąd. To prawdziwa głupota mówić o porządku i rządach prawa – tak jakby historia ludzkości kiedykolwiek była cywilizowana. Guillermo pamięta, że złotą epokę Majów w siódmym wieku charakteryzowały surowa hierarchia, przesądy i wyrywanie ludziom z piersi bijących serc, nie wspominając o niewolnictwie i niekończących się wojnach. Rzymianie i Galowie natomiast pozwalali tysiącom swoich żołnierzy ginąć w bezsensownych walkach.

Świat zawsze przypominał jatkę i do dzisiaj się to nie zmieniło. W stolicy Gwatemali biznesmeni wynajmują dwudziestokilkulatków z automatycznymi strzelbami, wygolonymi głowami i napompowanymi na siłowni mięśniami i to oni jednym ruchem ręki decydują o czyimś życiu lub śmierci.

Jego ojciec sprzedaje lampy. W liceum Guillermo był tylko kolejnym chłopakiem marzącym o tym, by pocałować dziewczynę, która ledwo zdawała sobie sprawę z jego istnienia, ale zawsze obdarzała go mechanicznym uśmiechem. Dziewczyna wiedziała, że jego ojciec sprzedaje lampy, podczas gdy jej ojciec jest właścicielem kilku fabryk, należy do Mayan Golf Club w Amatitlán, ma w Likín dom z motorówką i nartami wodnymi, a w garażu trzy białe chevrolety z opuszczanymi dachami. Ludzie tego pokroju nie musieli nawet niczego tłumaczyć swoim córkom – wszyscy rozumieli bez słów, że w przypadku tej dziewczyny nie ma mowy o umawianiu się z kimś takim jak on.

Tak więc Guillermo w końcu mówi ojcu, że pragnie być bogaty, obrzydliwie bogaty, tak by nigdy nie musiał się zastanawiać, kiedy będzie miał ochotę zamówić w restauracji stek czy homara. I nigdy więcej nie dotknie żadnej lampy w innym celu niż po to, by ją włączyć lub wyłączyć.

Ponieważ wydał tylko połowę z czterech tysięcy quetzali, które ojciec dał mu na podróż, ma dość pieniędzy, żeby opłacić semestr nauki na Uniwersytecie Marroquína, gdzie studiuje Juancho. Jego przyjaciel namawia go, żeby nie czekał na semestr jesienny, ale zaczął od razu chodzić na letnie kursy.

W Marroquínie furorę robi chicagowska szkoła ekonomii. Wszyscy czczą boga kapitalizmu, a bóg ten nazywa się Milton Friedman. Jego teoria jest prosta: obniżyć albo wyeliminować podatki i pozwolić, aby pieniądze robiły to, co zawsze, czyli generowały więcej pieniędzy. W dalszej perspektywie skapujące z góry quetzale trafią także do kieszeni pucybuta i zamiatacza ulic.

Nie ma miejsca na poczucie winy z powodu nierówności społecznych albo przepaści pomiędzy bogatymi a biednymi, ponieważ polityka ekonomiczna nagradza tych, którzy przejmują inicjatywę. Jeżeli pozwoli się klasie kupieckiej swobodnie zbijać majątek, wykorzysta ona swoje zyski do dalszego użyźniania pól obfitości. W ziemi obiecanej będą szklane budynki, ulice brukowane złotem, w ogrodzie na tyłach każdego domu będą rosły papaje i awokado. Raj na ziemi.

Guillermo nie ma żadnych zastrzeżeń wobec tej filozofii. Przeciwnie, przyjmuje ją całkowicie. Niedługo sam zaczyna z pamięci cytować Friedmana, którego myśli, wyryte na drewnianych tabliczkach, zdobią wejścia do biblioteki i do innych budynków w kampusie. „Społeczeństwo, które stawia równość ponad wolnością, nie osiągnie ani jednego, ani drugiego. Społeczeństwo, które stawia wolność ponad równością, będzie mogło cieszyć się jednym i drugim”. Ale jego ulubiony cytat brzmi: „Najszybciej działa ten, kto działa sam”.

Takie hasła, jak „John Maynard Keynes” czy „rząd federalny” są źle widziane. Uniwersytet jest pełen poważnych młodych mężczyzn, którzy zamierzają zostać milionerami, zanim skończą trzydziestkę. Guillermo staje się jednym z nich – ale ponieważ z natury jest samotnikiem, nie przyłącza się do żadnego klubu.

Wierzy, że nie ma nic lepszego niż wolny rynek.

Daje się wciągnąć w studiowanie. Nie cierpi zajęć z literatury i filozofii, na których idea sukcesu ekonomicznego jest albo podważana, albo uznawana za przeszkodę na drodze do równości społecznej. Powieści, które każe mu się czytać, i dzieła filozoficzne, które musi studiować, bez wyjątku podkreślają negatywną stronę tego zjawiska, lecz Guillermo interesuje się teraz przede wszystkim zgłębianiem systemów umożliwiających niczym nieskrępowaną drogę do bogactwa i szczęścia.

W liceum wszyscy zaczytywali się w literaturze egzystencjalnej. Jego rówieśnicy uważali, że Obcy Camusa to najwspanialsza powieść, jaka kiedykolwiek powstała – z bohaterem, który nie czuje nic, kiedy umiera jego matka, który zabija drugą osobę bez wyraźnego powodu, który nie żałuje za swoje grzechy, który nie tylko nie wierzy w Boga, ale wręcz pluje mu w twarz, i który radośnie oczekuje na egzekucję w nadziei, że wielki, rozkrzyczany tłum przyjdzie patrzeć, jak go wieszają. Uwielbiali tę książkę, ponieważ nie miała nic wspólnego z ich własnym życiem.

Zajęcia z makro- i mikroekonomii, zarządzania, teorii prawdopodobieństwa, ekonomii biznesu i omawiające czynniki motywujące rozwój gospodarczy wydają mu się nazbyt suche i teoretyczne. Uświadamia sobie, że najwięcej przyjemności sprawia mu teraz nie studiowanie i zapamiętywanie koncepcji ekonomicznych, ale spieranie się z innymi studentami. Stał się akolitą kapitalizmu, który jest jego nową religią, ale przede wszystkim niezwykle skutecznym i zręcznym dyskutantem. Nie ma wątpliwości, że jest w stanie wygrać każdą debatę, nawet taką, w której broniłby poglądów Marksa czy Engelsa.

Wśród studentów Marroquína znajdują się synowie najbogatszych rodów, jak Paiz, Soto, Halfon, Haber. Nieważne, jakie stanowisko w kwestiach politycznych czy ekonomicznych zajmują jego koledzy, Guillermo zawsze jest o jeden krok bardziej na prawo. Choć jego koledzy obawiają się komunistycznego przewrotu, wielu z nich uważa wojskowy zamach stanu Ríosa Montta przeciw Romeo Lucasowi Garcíi za godny ubolewania, ponieważ oznacza pogwałcenie rządów prawa. Tymczasem Guillermo jako jedyny jest zadowolony z takiego rozwoju wypadków.

„Zamierzasz siedzieć bezczynnie, podczas gdy partyzanci będą zajmować fabryki twojego ojca, porywać członków twojej rodziny i żądać za nich okupu w wysokości wielu milionów dolarów? Kiedy to się skończy? Kiedy twoi rodzice stracą cały majątek, a siostra zostanie sprzedana i zmuszona do prostytucji?”

Guillermo uwielbia dyskutować nie tylko dlatego, że posiada gruntowną znajomość faktów, ale także dlatego, że ciężko pracował nad tym, by nauczyć się nimi sprytnie manipulować. Ma talent do przewidywania kontrargumentów swoich kolegów. Niczym mistrz szachowy pozostaje zawsze dwa kroki przed nimi i delektuje się smakiem spodziewanego zwycięstwa jeszcze na długo przed tym, zanim faktycznie do niego dochodzi.

Na drugim roku rezygnuje ze studiowania biznesu na rzecz prawa, ponieważ ten kierunek lepiej pasuje do jego stale rozwijających się umiejętności manipulatorskich. Rozpoczyna kurs prawa handlowego i formalnego w Marroquínie, ale zapisuje się także na podyplomowe seminaria z prawa konstytucyjnego i podatkowego na Uniwersytecie Landívara. Im więcej zdobędzie wiedzy, tym większe wpływy i pieniądze czekają na niego w przyszłości.

Po raz pierwszy w życiu wie, czym chce się zajmować.

Podczas pobytu w Paryżu Guillermo słyszał, jak francuski dyplomata mówił o swoim własnym kraju: C’est un pays de merde. Jeśli Francja to gówniany kraj, to ciekawe, co w takim razie ten człowiek powiedziałby o Gwatemali? W najlepszym razie: C’est un pays trop bizarre.

ROZDZIAŁ TRZECIKARMIENIE SŁONI

Pewnej majowej niedzieli Guillermo i Juancho postanawiają wybrać się do Ogrodu Zoologicznego Aurora, gdzie w dzieciństwie spędzili tak wiele miłych chwil. Teraz jednak wyczuwa się między nimi niemal namacalne napięcie, jakby wydarzyło się coś szczególnego, co zmieniło ich relację. W rzeczywistości nic nadzwyczajnego się nie stało, ale Juancho, widząc coraz większą impulsywność Guillerma, zaczyna się trochę obawiać swojego przyjaciela. Nie chce sprowokować go do kłótni. Juancho cieszy się, że to on siedzi za kierownicą, bo dzięki temu nie musi patrzeć Guillermowi prosto w oczy.

Parkują niedaleko głównego wejścia do zoo. Po drodze do bramy mijają dziadków, rodziców i dzieci na rowerach i hulajnogach, rodziny indiańskie i robotnicze – rodziny wszelkiej innej maści, z wyjątkiem tych naprawdę bogatych. Wzdłuż ścieżki rosną jakarandy, obsypane intensywnie czerwonymi kwiatami w kształcie odwróconych stożków, oraz krzewy upstrzone białymi i czerwonymi jagodami. Po niebie płyną gęste, bulwiaste chmury; za kilka godzin może się rozpadać, ale w tej chwili świeci piękne, niezbyt palące słońce.

W powietrzu unoszą się zapachy waty cukrowej, orzechów w cukrze, tamales i mixt, czyli parówek z dodatkiem awokado zawiniętych w ciepłą tortillę.

– Jestem głodny – stwierdza nagle Guillermo, gasząc papierosa. Zaczął palić w Europie, z początku miało mu to pomóc ukoić nerwy i poczuć się pewniej. Ale nigdy nie pali przy rodzicach. Nie chce, żeby mu przypominali, jak bardzo sam skarżył się kiedyś na nałóg Carlosa.

– Właściwie mógłbym coś zjeść – odpowiada z wahaniem Juancho, który jest chudy jak pęd bambusa.

Podchodzą do wózka z jedzeniem i stają w kolejce. Guillermo kręci głową na widok wypisanego z boku menu: jedna mixta kosztuje trzydzieści pięć centów, mała cola dwadzieścia. To marne grosze, mimo to czuje potrzebę wyrażenia swojej opinii.

– Dawniej płaciliśmy za porcję pięć centów, pamiętasz? We Frankfurts obok Cine Capitol.

Juancho kiwa głową.

– A cola kosztowała sześć centów.

– Tak wygląda życie i tak wygląda inflacja w cholernych tropikach – podsumowuje Guillermo.

Zamawia dwie mixty dla siebie i jedną dla Juancho. Wolałby wypić atol de elote1, ale musiałby w tym celu wyjść z zoo. Właściciel wózka zręcznie, niemal z maszynową precyzją, przygotowuje dla nich mixty: kładzie parówki na podgrzanych tortillach i obficie smaruje je guacamole. Ze stojącej za nim przenośnej styropianowej lodówki wyciąga dwie puszki coli.

Guillermo wręcza mu dwa quetzale.

– Reszty nie trzeba. Niech pan zainwestuje w nowy wózek.