Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 545 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pan Whicher w Warszawie - Agnieszka Chodkowska–Gyurics

Ostatnie miesiące roku 1862. W Warszawie spokój – zostaje odwołany stan wojenny. Jednak obie strony – polscy spiskowcy i rosyjscy okupanci – wiedzą, że to cisza przed burzą.

Służby carskie zrobią wszystko, by wyłapać przywódców polskiego podziemia. Na zlecenie cara do Warszawy zjeżdżają najlepsi angielscy policjanci. Jednym z nich jest słynny Jonathan „Jack” Whicher (postać i misja autentyczne), zwany „księciem detektywów”.

Tymczasem w niewyjaśnionych okolicznościach znika krewna cara. Pan Whicher zostaje odwołany od spraw politycznych i skierowany do odnalezienia zaginionej…

Chłodny umysł inspektora Scotland Yardu musi przeniknąć mroczną tajemnicę, nie tylko zniknięcie arystokratki. Okazuje się, że ktoś morduje i masakruje swoje ofiary, tak by nikt nie był w stanie ich rozpoznać. Śledztwo przenosi się z wytwornych salonów stolicy Królestwa do podłych zaułków Powiśla i straszliwych mordowni Pragi. Detektyw, by przeżyć, będzie musiał swój sprawny umysł wesprzeć pewnym okiem i ręką zbrojną w rewolwer.

O autorach

Agnieszka Chodkowska–Gyurics – z wykształcenia inżynier mechanik, zatrudniona jako wysokiej klasy specjalista od baz danych, jest także tłumaczką z języków rosyjskiego i angielskiego. Jako pisarka niedawno debiutowała w prasie publikacjami opowiadań. Uwielbia dobre, klasyczne kryminały – i takie też zawsze pragnęła pisać.

Tomasz Bochiński – pisarz, autor tworzący różne gatunki prozy: od horroru, przez hard science-fiction, aż po opowieści obyczajowe podszyte legendami miejskimi oraz humoreski dla dzieci. Publikuje od ponad ćwierci wieku. Uwielbia historię i tajemnice przeszłości, dlatego z entuzjazmem podjął się opowiedzenia przygód Mr. Whichera w Warszawie.

Podsumowując: autorzy – prywatnie pozostający w związku małżeńskim – kochają klasyczne kryminały, zagadki i sforę hodowanych przez siebie mopsów – co nie jest bez znaczenia w świetle opisanych w powieści zdarzeń.

Opinie o ebooku Pan Whicher w Warszawie - Agnieszka Chodkowska–Gyurics

Fragment ebooka Pan Whicher w Warszawie - Agnieszka Chodkowska–Gyurics

Redakcja: ARTUR SZREJTER
Korekta: KATARZYNA JUSZYŃSKA
Projekt okładki: MARIUSZ BANACHOWICZ
Redakcja techniczna, skład i łamanie: AGNIESZKA CZULIŃSKA-WENDOŁOWSKA
© Copyright by Agnieszka Chodkowska-Gyurics & Tomasz Bochiński, 2012 © Copyright by Instytut Wydawniczy Erica, 2012©
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-64185-36-6
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail: wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja: eLitera s.c.
PROLOG

Kłąb fajkowego dymu popłynął ku otwartym na oścież wielkim oknom. Zgromadzeni w gabinecie siedzieli, milcząc, jakby nasłuchiwali odległych dźwięków muzyki. Bal dobiegał końca, przestronne sale świeciły pustkami, ledwie tu i ówdzie pozostały gromadki dyskutantów lub skryte w cieniu kolumn pary. Orkiestra jednak niestrudzenie trwała na stanowisku, najnowsze wiedeńskie i paryskie melodie wypełniały pilnie strzeżony gmach i wylewały się na ulice niepokornego miasta.

Gospodarz, rozparty w fotelu i okryty aksamitnym szlafrokiem, odłożył fajkę na blat ogromnego biurka. Spojrzał na obecnych i zmarszczywszy czoło, by nadać dobrodusznej twarzy groźny wygląd, rzekł cicho:

– Panowie, Jego Wysokość jest bardzo, ach!, ale to bardzo niezadowolony z obecnej sytuacji.

Najstarszy z gości – pewnie już po sześćdziesiątce – o twarzy ozdobionej obfitymi bokobrodami, zacisnął sine usta, a jego rybie oczy błysnęły spod nastroszonych siwych brwi. Drugi z uczestników spotkania, o połowę młodszy od rybiookiego generała, w strojnym mundurze podpułkownika żandarmerii, ze złośliwą satysfakcją spostrzegł, jak opięta sztywnym kołnierzykiem szyja starego oficera poczerwieniała w skrywanej pasji.

– Książę... – odparł po francusku leciwy Fin. Wybrał ten język, bo choć służył carowi od czterdziestu lat, to gdy mówił po rosyjsku, nie potrafił pozbyć się prześmiesznego, laplandzkiego akcentu. – Ależ pozwól zameldować: gwardia cesarska jest gotowa! Twierdze obsadzone na nowo, element niepewny wyrugowany, garnizony na stopie wojennej, dyslokacja wojsk zakończona. Armia czeka rozkazów!

– Przedstaw sobie, jenerale, że ja to wszystko wiem, a jednak Najjaśniejszy Pan w korespondencji wyraźnie stwierdza, że wojsko zbyt radykalnie sobie poczyna, za bardzo okazuje siłę i potęgę.

Oberpolicmajster i jednocześnie podpułkownik żandarmerii poważnie zaniepokoił się o zdrowie, a nawet życie generała. „Szlag go trafi, apopleksja pewną jest” – pomyślał. Widocznie mający to samo na względzie wielki książę rzekł uspokajająco:

– Jenerale, jenerale, brat mój wiele ciepłych słów poświęcił tobie, który już wtóry raz musisz zaprowadzać porządek w tym kraju. Jednak obecnie trzeba powstrzymać naszą żelazną pięść.

Kark starego wrócił do normalnej barwy, jednak oficer nie zamierzał ustąpić. Wstał, podszedł do okna i dramatycznym gestem wskazał na miasto.

– Jest ich tam ćwierć miliona, dyszą chęcią pomsty, a my mamy czekać z bronią u nogi?! Do ostatniego tchu będę służył Najjaśniejszemu Panu, ale milczeć nie mogę, choćby miało to mnie szlify kosztować! Wszak wciąż jeszcze, książę, musisz odczuwać skutki postrzału!

Żandarm, już-już chcący rozładować sytuację żarcikiem w stylu „nie wszystek lud dyszy z nienawiści, zajrzyj pan, jenerale, do teatru, co za niewiasty tu mają!”, spoważniał i nie otworzył ust. Jak nic, zaraz dyskurs zejdzie na policję.

Wielki książę odruchowo dotknął ranionego boku, ale odparł lekkim tonem:

– At, dajże spokój, partacz i waryjat, a nie zamachowiec mnie ranił. Drugiej takiej okazji nie będzie. Wiedz, że przyjdzie nam szable i bagnety krwią ubroczyć... ale nie teraz. Owoc nie dojrzał jeszcze. Pojąłeś, mon cher général?

Stary wojownik istotnie musiał zrozumieć myśl brata miłościwie panującego, gdyż westchnął tylko ciężko i usiadł na swoim miejscu. Służący napełnił jego kielich szampanem i zniknął w cieniu.

– Najjaśniejszy Pan wyraża też zaniepokojenie bezradnością naszych sił policyjnych... Tak, wiem! Wiem, że żandarmi świetnie się spisali, ująwszy dwa tygodnie temu przywódcę spiskowców. Jednak ferment narasta w sposób niekontrolowany i nawet III Oddział nie do końca radzi sobie z zaistniałą sytuacją.

Z miejsca najbardziej oddalonego od lampy dobiegło ciche chrząknięcie. Wielki książę umilkł i nie bez pewnej nerwowości poprawił pince-nez.

– Tedy życzeniem Jego Cesarskiej Mości było, by użyć wszelkich środków. W tym i zagranicznych pomocników. Co też oczywiście nakazałem. Pan, pułkowniku, otoczy opieką naszych gości. I nie chcę słyszeć o jakichkolwiek wstrętach im czynionych!

Zapadła kompletna cisza, bo i muzyka już umilkła, lecz w sekundę później, gdzieś niedaleko, rozległ się krzyk niemowlęcia. Na ustach gospodarza wykwitł uśmiech.

– Zdrowe płuca, Wasza Wysokość! – rzekł z pochwałą w głosie oberpolicmajster.

– Tak, dziecko ze wszech miar udane – poparł go dowódca gwardii, potwierdzając tym fakt, iż wcale nie jest takim durniem, na jakiego wygląda.

– Dziękuję, panowie – rzekł, próbując nie okazywać dumy, ojciec Więcesława Konstantynowicza, który darł się w najlepsze.

Zgromadzeni przyjęli wypowiedziane słowa jako pożegnanie. Wielki książę podał każdemu dłoń i odprowadził do drzwi gabinetu.

– Matwieju Aleksandrowiczu – zatrzymał ubranego w surdut gościa, który nie zabrał głosu na spotkaniu. – Książę Dołgoruki, pański krewny, wyjednał u mego brata, aby najsprawniejszy z Anglików podjął próbę pomocy w pańskim nieszczęściu.

– Nie prosiłem o to – odparł tamten sucho. – Stryj nie pytał mnie o zdanie.

– Cóż, Najjaśniejszy Pan raczył wejrzeć w sprawę i wielce go ona zmartwiła. W końcu chodzi o dalekie może, ale jednak nasze krewne – wielki książę wyrzekł te słowa z naciskiem, na co Matwiej Aleksandrowicz Dołgoruki skłonił się w milczeniu i wyszedł.

Stojący na kominku marmurowy zegar Gugenmusa wydzwonił drugą godzinę nocy.

Dzień zapowiadał się piękny, słońce, nieco przytłumione, zwiastowało już jesień, ale wciąż wesołe i ciepłe, oświetlało Krakowskie Przedmieście pełne spieszących w codziennych sprawach ludzi. Wśród nich szedł, stawiając długie kroki, Mikołaj Czernyszewski. Panny służące z koszami pełnymi sprawunków uśmiechały się doń mile, ten i ów równy wiekiem albo i starszy uchylił cylindra, ale wysoki, szczupły młodzieniec szedł z pochyloną głową i nie widział oznak sympatii. Zamyślony, omal nie przewrócił ulicznego przekupnia, niezrozumiale mruknął przeprosiny i poszedł dalej. Nie w głowie mu były dzierlatki, a nawet damy. Sprawa, którą prowadził, coraz bardziej zaczynała zakrawać na koszmar. Przeczuwał, że jego kariera dozna uszczerbku, a przełożeni stracą doń zaufanie, na które tak długo pracował. Podejrzewał, że tylko zamieszanie polityczne ratowało mu głowę. Wobec spraw wagi państwowej jeden czy drugi dziesiątek zamordowanych, głównie zresztą Polaków, nie przyciągał uwagi zwierzchników. Ale pobyt w oku cyklonu nie mógł trwać zbyt długo. Kolejna ofiara wyrwie wreszcie naczalstwo z nieświadomości. I on zostanie kozłem ofiarnym. Ech, życie...

Przemierzył na ukos plac Saski, nie zwracając większej uwagi na pyszny fronton najnowszego warszawskiego hotelu. W połowie Wierzbowej wyjął z kieszonki wielką, srebrną cebulę i, zobaczywszy godzinę, przyspieszył kroku. Niemal biegł. Dopiero przed Ratuszem zwolnił i dostojnym krokiem minął wartowników. Chwilę później był już w biurze. Stary Wawiłon Aleksandrowicz przywitał go ironicznym spojrzeniem znad gazety, o dziwo nie był to „Kurier” a „Tygodnik Ilustrowany”. Foma Fomicz Niewstrujew, okrągły, łysawy, wiecznie zalękniony trzydziestolatek, siorbał herbatę, zaś milczący Jacenty Józefowicz Kazimierski przekładał sterty papierów. Dzień jak co dzień w magistrackiej policji.

– A to już kwadrans na dziewiątą, drogi Mikołaju Borysowiczu. Po minie widzę, żeście wczoraj pewnie na jakim wieczorku tańcującym hasali, możeście nawet rankiem wrócili... Ech, młodość, młodość – odezwał się, jak zawsze marudnie, Wawiłon Aleksandrowicz.

Mikołaj lubił nawet zrzędę, ale dziś gadanie starca go zdenerwowało. Pół nocy spędził w spelunkach Solca, idąc za tropem – fałszywym, jak się okazało. Już miał odpowiedzieć Wawiłonowi, by lepiej pilnował własnej roboty, gdy weteran rzekł z uśmiechem:

– Usiądźcie sobie, odpocznijcie, herbaty trzeba popić – ot, widzicie, Foma Fomicz już drugą dziś spija – i humor wróci. Ech, młodość – westchnął jeszcze raz i zatopił nos w gazecie.

Mikołaj, rozbrojony troską starca, uśmiechnął się, odłożył cylinder na półkę obok wieszaka i podszedł do samowara, by nalać sobie solidną porcję mocnej „tureckiej” esencji.

– A co tam ciekawego żeście, radco tytularny Wawiłonie Aleksandrowiczu, znaleźli w „Tygodniku”? Przecież w nim o tej tam kulturze piszą albo o obyczajach wsiowych – zagadnął, by zrobić przyjemność staremu.

– Ach, dobrze jest wiedzieć to i owo o świecie. Ale posłuchaj tego, dobrodzieju! – Wawiłon Aleksandrowicz odchrząknął i, poprawiwszy binokle, odczytał: – Korrespondent paryzki Gazety krzyżowej donosi, że cesarz Napoleon postanowił wysłać świeże posiłki do Rzymu. Eskadra Morza Śródziemnego odwołaną być ma do Tulonu, celem przewiezienia pięćdziesięciotysięcznego korpusu, nad którym główne dowództwo obejmie książę Magenty[1]. Ot, widzisz! Awantura! Bo po co Francuzy mają mieć w Rzymie tyle wojska? Czy aby nie po to, żeby do Neapolu wkroczyć?

Radca tytularny popatrzył z tryumfem na Czernyszewskiego.

Mikołaj omal nie parsknął śmiechem.

– No tak, polityka. A już myślałem, że was, Wawiłonie Aleksandrowiczu, dawne stroje wojskowe zainteresowały albo jakość bruku w Lublinie, a już koniecznie nagrobki znakomitych Czechów, pięknie drzeworytami ukazanych.

Tryumf na twarzy radcy ustąpił miejsca konsternacji.

– Czytujecie „Tygodnik”?...

– A jakże, drogi radco. A jakże, przecież dobrze jest wiedzieć to i owo o świecie – odparł Mikołaj i łyknął mocnej herbaty. Wtedy zapukano do drzwi, które zaraz uchyliły się odrobinę, a przez szparę wsadziło głowę młode chłopię, goniec biurowy.

– Szanowny Mikołaj Borysowicz Czernyszewski proszony jest do wielmożnego naczelnika Teodora Fiodorowicza Tuchołki.

Mikołaj odstawił herbatę, wstał i nie mieszkając, ruszył za gońcem. Naczelnik nie lubił czekać.

Wawiłon Aleksandrowicz zatrzymał go, zlustrował uważnie i powiedział:

– Guziki zapnijcie równo, a i włosy przygładźcie! – Podał czysty grzebyk. – To służbista, sami wiecie!

Doprowadziwszy się do porządku, Czernyszewski poszedł szybkim krokiem do gabinetu zwierzchnika. Schody na piętro pokonywał, przeskakując po dwa stopnie, choć wolałby zmienić się w zmęczonego życiem ślimaka. Wezwanie nie zwiastowało niczego dobrego. W zasadzie wiedział już, że nadszedł czas, by wychylić czarę goryczy. Los inspektora Mikołaja Czernyszewskiego był przesądzony, trafi do jakiejś prowincjonalnej dziury, gdzie po wiek wieków będzie pijaków i drobnych złodziejaszków do tiurmy sadzał.

– A, Mikołaj Borysowicz! – Naczelnik, ku zdumieniu Czernyszewskiego, powitał podwładnego uśmiechem.

– Sprawozdanie... – zaczął nerwowo Mikołaj, ale Tuchołka machnął niecierpliwie ręką.

– Ważka sprawa wynikła, mamy polecenie z samiutkiej góry! – Zwierzchnik wskazał palcem ku zdobnemu w kasetony sufitowi. „Jak nic od Pana Boga” – nieprawomyślnie przemknęło przez głowę inspektorowi policji.

– Oberpolicmajster raczył... – zapytał ostrożnie, ale naczelnik ponownie zamachał rękoma.

– Siergiej Siergiejewicz długo ze mną rozmawiał – Tuchołka nie omieszkał się pochwalić, że z samym dowódcą policji jest w zażyłych stosunkach – ale rozkazy przyszły z jeszcze wyższych instancji. Oto na zaproszenie Jego Wysokości przybywają do Warszawy dwaj oficerowie policji angielskiej. Mają pomóc nam swoją wiedzą i umiejętnościami w tropieniu buntowników. I nauczyć światłych metod – jakby gorycz zabrzmiała w głosie naczelnika.

Czernyszewski nie podzielał oburzenia zwierzchnika, sam był admiratorem policji angielskiej i chętnie poznawał metody jej pracy. Co prawda, raczej nie byłoby miło, gdyby ktoś z zewnątrz chciał go pouczać, ale w końcu to nie jego sprawa, niech szef się martwi.

– Trzeba się nimi zająć, ugościć, otoczyć opieką. Ale bez przesady, w końcu to tylko urzędnicy niezbyt wysokiej rangi. Tedy powierzę ich wam, Mikołaju Borysowiczu...

– Mnie?! – Mikołaj osłupiał.

– A tak, bo angielski znacie i człowiek światły jesteście, na świecie bywały. A jeśli wstydu nie przyniesiecie, to i o jakiejś nagrodzie pomyślę.

– Ale, panie naczelniku... śledztwo... morderstwa – zaczął się jąkać Czernyszewski.

– A, Polaczków ktoś zabija... prawda. Ale – rozpromienił się Tuchołka – możecie się zajmować tym w wolnym czasie, a przecież i ci angielscy oficerowie wam pomogą.

Inspektor Czernyszewski umilkł zdruzgotany. Będzie zabawiał Anglików, za przewodnika robił, a ze śledztwa i tak go rozliczą. Co więcej, powiedzą, że miał wyrękę w przybyszach, a efektów nie ma... O, wtedy dostanie solidną nagrodę, wraz z wilczym biletem. Podjął ostatnią, desperacką próbę przekonania naczelnika. W końcu Anglicy to sprawa polityczna, czyli w gestii żandarmerii, policja magistracka nic do tego nie ma.

– Wie... wielmożny pa... panie naczelniku... – zaczął, lecz Teodor Fiodrowicz nie zamierzał słuchać.

– Podziękujecie później – powiedział tonem, jakby wyświadczał inspektorowi nie wiadomo jaką łaskę. – Idźcie już, Czernyszewski. Weźcie w kasie rubli pięćdziesiąt, na koszta. Bo musimy jakoś ugościć przedstawicieli Jej Królewskiej Mości. Za trzy kwadranse trzeba Anglików odebrać z banhofu Wiedeńskiego. Idźcie, idźcie... – Naczelnik machał ręką, jakby odganiał natarczywą muchę.

Mikołaj usiadł za biurkiem z miną tak ponurą, że nikt nie miał odwagi zagadnąć o przyczyny nagłego zainteresowania naczelnika jego osobą.

Po chwili milczenia Wawiłon Aleksandrowicz powiedział służbowym tonem:

– Był tu ten... no wiecie, z cyrkułu praskiego. Ponoć znaleziono nowego nieboszczyka.

– Co?! Gdzie?

– A tuż przy moście.

– Jadę! – Mikołaj już sięgał po cylinder.

– Zaraz, coście tacy w gorącej wodzie kąpani? Tego trupa już tam nie ma. Leżał w publicznym miejscu, więc, żeby obyczajności nie urażać, zabrano zwłoki do kostnicy.

Mikołaj nie wytrzymał i zaklął, jak z pewnością nie powinien urzędnik IX rangi. No, chyba że przy przesłuchaniu.

– Tyle razy mówiłem, że zwłok nie dotykać, a miejsca zbrodni nie deptać... – jęknął w zapadłej ciszy. Jednak nie odłożył cylindra. Podjął decyzję:

– Foma Fomicz!

– Tak, panie inspektorze?

– Odbierzesz gości z Wiedeńskiego. To Anglicy, więc tam z nimi w białych rękawiczkach trzeba.

– Ja?! – wykrzyknął przestraszony Foma Fomicz.

– Tak. Ty. Mówisz po francusku, jakoś się dogadasz. Zaproś ich dziś na kolację w moim imieniu. No! Ruszaj! A ja tym czasem obsobaczę tych durni z Pragi.

Czernyszewski wybiegł z pokoju, pozostawiając zdumionych współpracowników i niedopitą szklankę herbaty.

Ze wspomnień pana Whichera

Rozmowa nie kleiła się, bo i jak kleić się miała, jeśli siedzący naprzeciwko mnie korpulentny urzędnik z trudem potrafił sklecić do kupy kilka słów po angielsku? Aż dziw, że jako tako poradził sobie z powitaniem. Nadspodziewanie sprawnie wypatrzył nas na zatłoczonym peronie Dworca Wiedeńskiego, przechwycił z rąk towarzyszącego nam od samej granicy mrukliwego opiekuna i radośnie zagadnął po francusku. Dobre sobie! Co oni myślą, że nie miałem w życiu nic lepszego do roboty, tylko tracić czas na naukę języka dobrego dla pensjonarek i egzaltowanych dam?

Dworzec Wiedeński, koniec XIX wieku

Na szczęście do grubasa szybko dotarło, że nic z tego nie będzie. Zaciskając ze zdenerwowania dłonie w pięści, wyrzucił z siebie na jednym oddechu starannie wyuczony na pamięć tekst: My name is Foma Fomicz Niewstrujew. How do you do? Ale potem było już tylko gorzej.

Biedak, zanim wydusił z siebie najprostsze zdanie, czerwieniał z wysiłku, ocierał z czoła kropelki potu, sapał, po czym z trudem dukał coś niezrozumiałego. A do tego ten jego śmieszny akcent i śpiewne przeciąganie słów!

Aż przykro było patrzeć na nieboraka. Spojrzałem ukradkiem na mego towarzysza podróży, nadinspektora Walkera, ale ten najwyraźniej nie miał ochoty konwersować ani podejmować jakichkolwiek innych prób znalezienia wyjścia z krępującej sytuacji. Z ogromnym skupieniem wbijał wzrok w przeciwległą ścianę karety, jakby za wszelką cenę chciał zapamiętać nie tylko wzór pokrywającej ją tkaniny, lecz także każdą nierówność powierzchni, każdą plamkę, każdą skazę. Patrząc na niego, miałem wrażenie, że zależy od tego co najmniej jego życie, a może nawet losy całego Imperium Brytyjskiego.

Jechaliśmy więc w milczeniu. Ciszę przerywał tylko miarowy stukot kół, toczących się powoli po brukowanych ulicach.

Z trudem powstrzymując westchnienie, zerknąłem niby od niechcenia przez okno – wszak nie wypadało wytrzeszczać oczu jak prostak, co to pierwszy raz wytknął nos poza swoją wieś. Nie żebym jakoś szczególnie dbał o opinię cudzoziemskiego urzędniczyny, ale w końcu byłem wysłannikiem Jej Królewskiej Mości, nie mogłem dać powodu do drwin byle komu.

Ulica wyglądała jak ożywiony dagerotyp. Mimo pięknego, słonecznego dnia miasto sprawiało ponure wrażenie. Wszędzie dominowały ciemne barwy: obszerne krynoliny dam, modne narzutki, kapelusze, szale, ba!, nawet ubrania dzieci uszyto głównie z czarnych i szarych materiałów.

„Dziwny kraj, dziwni ludzie” – pomyślałem. „Ciekawe, czy taka tutaj moda, czy raczej jakiś kuriozalny zwyczaj albo smętne święto”.

Przez chwilę kusiło mnie, by zapytać o to Rosjanina, ale gdy tylko otworzyłem usta, zobaczyłem takie przerażenie na twarzy nieboraka, że nie miałem serca go dręczyć.

– Piękna pogoda – rzuciłem w nadziei, że grubas poradzi sobie z tą nieskomplikowaną wypowiedzią.

– Tak, tak, istotnie – z wyraźną ulgą odparł Foma Fomicz.

Znowu zapanowało głuche milczenie, lecz tym razem, na szczęście, nie trwało długo.

– Prrrrr... – Usłyszałem dobiegający z kozła donośny głos woźnicy. Pojazd szarpnął i stanął przed pałacem Teppera.

– To tutaj – oznajmił Rosjanin. Przez chwilę podrygiwał nerwowo w miejscu, w końcu zebrał resztki sił i powoli, lecz z wyraźną determinacją, wyrecytował bez najmniejszego śladu intonacji:

– Jeśli nie jesteście, panowie, zbyt zmęczeni po podróży, mój przełożony, Mikołaj Borysowicz Czernyszewski, byłby zaszczycony, mogąc zaprosić panów na kolację.

– To dla nas wielki honor – uprzejmie odparł Walker, a ja tylko modliłem się w duchu, by niebiosa obdarzyły Mikołaja Borysowicza większym talentem lingwistycznym niż ten, który przypadł w udziale jego wystraszonemu podwładnemu.

Na pytanie, co jest najważniejsze w pracy detektywa, niezmiennie odpowiadam „intuicja”. Cierpliwość, sumienność, spostrzegawczość, upór – tak, to wszystko jest istotne, ale najważniejsza jest intuicja. Jest dla śledczego tym, czym węch dla psa – dzięki niej łapiemy trop prowadzący do celu, potem wystarczy już tylko konsekwentnie podążać za śladem.

Lata doświadczeń nauczyły mnie, że w naszej robocie nie ma nic pewnego. Śledztwo jest jak wędrówka po chwiejnym moście zbudowanym z niegodnych zaufania dowodów: zeznania świadków są subiektywne i skażone ułomnością ludzkiej pamięci, ślady materialne można interpretować na setki sposobów, logiczne wywody nie są warte funta kłaków, gdy u ich podstaw leżą fałszywe przesłanki. Dlatego tak wielką wagę przywiązuję do pierwszego wrażenia – i to nie tylko na miejscu zbrodni, lecz także w życiu. Nigdy tego nie żałowałem. A Mikołaj Czernyszewski od początku wzbudził moją sympatię. Zdziwiło mnie to nawet, bo raczej nie przepadam za cudzoziemcami.

Kolację rozpoczęliśmy w zdecydowanie sztywnej atmosferze. Od razu spostrzegłem – choć Rosjanin robił wszystko, by to ukryć – że, podobnie jak my, nie czuł się dobrze w rzęsiście oświetlonej restauracji, gdzie między stolikami nakrytymi śnieżnobiałymi obrusami bezszelestnie przemykali kelnerzy równie nieskazitelnie eleganccy jak zastawa, na której serwowano kolejne potrawy. Widząc, z jaką rezerwą Czernyszewski podchodzi do wykwintnych dań, poczułem, że to bratnia dusza. Sam chętnie wymieniłbym wszystkie te frykasy na kawał porządnej brytyjskiej baraniny i głowę bym dał, że Czernyszewski myślał tak samo.

Szybko znaleźliśmy wspólny język i, wbrew obawom, wieczór upłynął nam całkiem miło na niespiesznej, niezobowiązującej rozmowie.

– Jutro przyjadę po panów trzy kwadranse na dziewiątą – oznajmił, gdy kolacja dobiegała końca.

– Szkoda pańskiej fatygi – zaprotestował Walker. – Proszę tylko naszkicować mapkę. Sami dotrzemy do biura. Poranny spacer dobrze nam zrobi, a przy okazji obejrzymy miasto.

– Ach, to panowie nic nie wiedzą! Jedziemy na zamek. Rano przyjmie panów sam namiestnik.

Zatkało mnie, straciłem oddech, a Walker o mało nie udławił się kawą.

– Wielki książę Konstanty? – wybełkotałem, gdy w końcu odzyskałem głos.

– Brat cara? – Walker był nie mniej zszokowany.

– Tak... – z uśmiechem odparł Mikołaj Borysowicz, wyraźnie kontent z wrażenia, jakie na nas wywarł.

Do końca wieczoru nie mogłem opanować drżenia rąk.

Tej nocy prawie nie spałem. Mój Boże, ja, syn ogrodnika z Camberwell, miałem stanąć twarzą w twarz z członkiem rodziny panującej!

Do dziś pamiętam dzień, gdy ujrzałem królową Wiktorię, a widziałem ją tylko przez chwilę, gdy minęła mnie, jadąc na koronację, a ja – świeżo upieczony policjant – pilnowałem porządku na trasie przejazdu karety. Uśmiechała się łagodnie, pozdrawiała wiwatujące na jej część tłumy, była taka młoda i taka... nierealna. Choć minęło równo ćwierć wieku, nadal pamiętam każdy szczegół. A przecież tego, com doświadczył wtenczas, nie sposób porównać z tym, co mnie czekało nazajutrz.

Usnąłem dopiero nad ranem, gdy za oknem zaczynało szarzeć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przypisy

[1]Tygodnik Ilustrowany nr 153 z dnia 30 sierpnia 1862 roku.